Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 746wpisy
  • 3813komentarzy

Pierunów dostałem więcej niż płci,

i za to zwycięstwo przypadło mi!

Wobec tego, moje Misie

dam zadanie Wam na dzisiej:


rymy: pacha - róże - macha - dłużej

temat: pisanie sonetu


Doskonałej zabawy życzę, a i na efekt uboczny liczę.


#naczteryrymy

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna

Nie napisze znów sonetu @UmytaPacha

Zamiast tego wącha bąki i zbija róże

Od tego zapachu skrzydełkiem macha

Licząc, że zostanie przy niej na dłużej

Z wycieńczenia śmierdzi mi pacha

Niestety nie są to świeże róże

Dłoń z piurem ciągle mi macha

Chciałbym umieć pisać sonety dłużej

Zaloguj się aby komentować

Widzę, że w tej edycji prowokacje i wszelakie zabawy słowne idą jak z płatka, to postanowiłem się dołączyć ze swoim wytworem, który również chciałem utrzymać w stylu zabawy słowami.


***


Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem


Słodkawy napój w kolorze white,

czy pełnotłusty, czy wersji light,

można też podać go w wersji „_bite_”:

tak zwany cheese. (I wtedy smile.)

I wapń ma, więc z kośćmi będzie all right.


Ale – to zgroza – o mamo! Bo mleko sklepowe pasteryzowano!


Smakuje teraz jak fake and gay

ten płyn co w kartonie się kupuje

więc może lepiej pojechać na wieś

i w życie wcielić nasz mleczny sen?

Hej! Gospodynie! Udójcie nam! Hej!


– My mleka właśnie wam udoiłyśmy,

skopek na stole stoi tuż tuż…

Lecz się przewrócił! Nasz koszmar się ziścił!

But: don’t cry, baby! Wytrzyjcie obrus!


***


#nasonety

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna


No i wpis z zadaniem konkursowym .

Zaloguj się aby komentować

681 + 1 = 682


Tytuł: Pan Lodowego Ogrodu - tom I

Autor: Jarosław Grzędowicz

Kategoria: fantasy, science fiction

Ocena: 8/10


#bookmeter


- Kiedy zacznie się wiec? - pytam.

- Nie wiesz? Już trwa.

Czuje się jak w szkole. Dlaczego zawsze wszyscy skądś wszystko wiedzą, a ja nie. To jak zły sen. "Do kiedy trzeba zaliczyć chemię? - Nie wiedziałeś? Do wczoraj.". A potem tak samo przez całe życie.


To dla mnie powrót sentymentalny, bo kilka lat temu, o czym już pisałem przy okazji wpisu o Księdze jesiennych demonów, właśnie za sprawą pana Grzędowicza i jego sagi Pan Lodowego Ogrodu na nowo rozkochałem się w czytaniu książek. Nie miałem co prawda zamiaru czytać znów całej sagi, nie miałem nawet zamiaru w ogóle do niej wracać, ale kiedy dowiedziałem się, że w miejscowym (czymś w rodzaju) dyskusyjnego klubu książki ten właśnie tom będzie na najbliższym spotkaniu omawiany, zdecydowałem że, jeśli chcę tam pójść i podyskutować, wypadałoby go sobie odświeżyć.


Lubię wracać tam gdzie byłem śpiewał pan Zbigniew Wodecki i te słowa doskonale opisują moje wrażenia związane z powtórnymi odwiedzinami Midgaardu – planety na drugim końcu wszechświata, na której rozgrywa się akcja całej sagi. Na tę planetę zostaje wysłana kilkuosobowa ziemska misja badawcza, po której jednak słuch zaginął. Wobec tego, zgodnie z ziemską moralnością należy wysłać po tych ludzi ekspedycję ratunkową. Samotnie, z pewnych względów, wysłany zostaje na nią Vuko Drakkinen, chorwacko-fińsko-polski śmiałek, wybrany spośród kilku kandydatów. W odróżnieniu więc od wyprawy badawczej na wyprawę ratunkową wyrusza tylko jedna osoba. Jedna osoba, ale za to jaka!


Świetnie są zbudowane postaci uczestniczące w tej historii. Zacząwszy od Drakkinena, jednego z głównych bohaterów, o którego wyborze do przydzielonego mu zadania zadecydowały przede wszystkim cechy jego osobowości – ciekawe i konsekwentnie przez cały ten tom określające jego zachowanie – a na dodatek jeszcze „ulepszonego” w laboratorium. Tak, Drakkinen jest superbohaterem, posiada nadprzyrodzone zdolności. Ten nadprzyrodzone zdolności są jednak równoważone jego słabościami, a użycie ich ma swoje konsekwencje. Balans tej postaci autor zachował w sposób wyśmienity.


Drugim z głównych bohaterów, którego z jakichś, chyba niezrozumiałych do końca dla mnie powodów, polubiłem bardziej, jest następca Tygrysiego Tronu, wywodzący się z rodu Kirenenów syn cesarza podbitego Amitraju. Młodzieniec, którego historię poznajemy od momentu rozpoczęcia nauki, przygotowania do objęcia władzy (rozdział Odwrócony Żuraw – coś, co przy pierwszym czytaniu te kilka lat temu zrobiło na mnie tak piorunujące wrażenie, że większość opisanych wydarzeń pamiętałem do dziś, coś co moim zdaniem obroniłoby się – i to fantastycznie – jako samodzielne opowiadanie), a który to zostaje w wyniku okoliczności rzucony w wir wydarzeń związanych z nastaniem na planecie nowego porządku. Postać tak kontrastowa w stosunku do Drakkinena wrzucona do tego samego świata nie tylko pozwala przedstawić go z dwóch różnych perspektyw (Drakkinen, który nie rozumie świata, do którego przybył i musi się sam go nauczyć oraz młody następca tronu, którego tego świata uczą), ale czyni tę historię niesamowicie ciekawą.


Kapitalny pomysł miał pan Grzędowicz na sposób opowiedzenia tej historii. Wątki Drakkinena i młodego cesarza prowadzone są oddzielnie, opisywane w co drugim rozdziale i w tym pierwszym tomie nie krzyżują się ze sobą. Płacąc za jedną książkę dostajemy więc dwie oddzielne historie! – moim zdaniem to się opłaca! Dodatkowo – świetne rozwiązanie narracyjne – przygody Drakkinena opowiadane są z perspektywy trzeciej osoby, zwykle aż do momentu kiedy zaczyna się dziać coś dynamicznego, narracja wówczas przechodzi w pierwszoosobową. Efekt? Kapitalny!


W ogóle sposób w jaki pan Grzędowicz snuje tę (i nie tylko tę, za to bardzo cenię tego autora) jest tak obrazowy, tak gawędziarski, że czystą przyjemnością jest chłonąć jego słowa dla samego tylko ich rytmu, dla porównań, dla pomysłów. Jasne – te pomysły nie wszystkie są jego. Mamy w Panu Lodowego Ogrodu między innymi kruka, który nazywa się Nevermore, a cały pomysł oparty jest (o czym zresztą w książce jest wprost) na obrazie Ogród rozkoszy ziemskich autorstwa szesnastowiecznego niderlandzkiego malarza, Hieronima Boscha. Czy to źle? Absolutnie. Przynajmniej dla mnie. Odnajdywanie inspiracji autorów zawsze jest dla mnie świetną zabawą. Zapoznawanie się zaś z tym, w jaki sposób autorzy te inspiracje przetworzyli zwykle sprawia mi mnóstwo przyjemności.


Kilka jeszcze szczegółów na koniec, które najwyraźniej zapamiętałem z tego pierwszego tomu, już w formie listy:

– jeden z cytatów, który z jakiegoś powodu najbardziej zapadł mi w pamięć, a który otwiera ten wpis; pamiętałem, że pochodzi on z tej sagi, ale nie że z pierwszego jej tomu; ogromnie się ucieszyłem, kiedy go tutaj znalazłem;

– postać Lemiesza – Amitraja, który uważa, że jest Kirenenem; świetna prezentacja tego, jak wyobrażamy sobie inne, „lepsze” od nas kultury, pomijając już to, że w historii ta scena w jego dworze jest zwyczajnie odprężająca, a i dość zabawna;

– sposób w jaki pan Grzędowicz wprowadza tajemniczość, jak przede wszystkim rozmowa z Kruczym Cieniem w Żmijowym Gardle, a raczej tej rozmowy zakończenie;

– koncepcja religii Amitraju, ale to głównie ze względu na to, że równolegle studiuję sobie wierzenia ludów pierwonych.


Jest w tej książce kilka nieścisłości, ale bardzo drobnych. Gdybym nie był literackim pedantem, pewnie bym ich nawet nie zauważył. Jest też trochę deus-ex machina, ale nie żeby jakoś bardzo to raziło. Nie wpływają te – w mojej ocenie – potknięcia na odbiór historii (być może irytowałyby mnie, gdyby była ona nudniejsza lub napisana gorzej?). Jest też tutaj cała ta – naiwna jednak – otoczka fantasy ze wszystkimi jej wzniosło-teatralnymi zachowaniami postaci, z Niesamowicie Napuszonymi Nazwami czy to regionów, czy też bohaterów. No ale, taką konwencję ma fantastyka i, jeśli się tę konwencję łyknie, a przez pana Grzędowicza w tym pierwszym tomie Pana Lodowego Ogrodu podana jest ona w wyjątkowo apetycznej formie, to lektura tej pozycji powinna być wyjątkową przyjemnością. Przynajmniej dla mnie była.


I tylko końcówka tej pierwszej części mniej mi się podobała i w zasadzie zniechęciła do sięgnięcia kolejny raz po kolejne tomy tej opowieści. Dla mnie było tego wszystkie już tam zbyt dużo, zbyt bardzo i zbyt jednak fantastycznie. Losy bohatera, jego zmagania ze światem przedstawionym są dla mnie zdecydowanie bardziej pasjonujące niż największy nawet rozmach tego świata przedstawionego. A, z tego co pamiętam i z tego co wnioskuję po zakończeniu tej pierwszej części, dalej nacisk położony będzie raczej na tę drugą, mniej mnie zajmującą sprawę.

3cc93f89-ff4e-4b46-9f98-f3d899c67ac3

@George_Stark genialny cykl ale zbluźniłeś i nie zostanie Ci to wybaczone:

Powiadali, że wyszedł wprost z fal Północnego Morza i że spłodził go ich lodowaty, wściekły bezmiar, a powiła zapłodniona przez morze topielica.

Powiadali, że wyszedł z Pustkowi Trwogi, gdzie powstał jako płód czyichś nieczystych myśli, inny niż pozostałe Cienie. Inny, bo we wszystkim podobny do człowieka.

Mówili, że był synem Hinda, boga wojów, spłodzonym ze śmiertelną kobietą, podczas jednej z jego wędrówek po świecie pod postacią włóczęgi.

Mówili, że zrodził go piorun, który zabił stojącą na wydmach Sikranę Słony Wiatr, córkę wielkiego żeglarza Stiginga Krzyczącego Topora. Stała samotnie w burzy na klifie, wypatrując na horyzoncie żagla statku swojego ukochanego. Martwa, powiła płomienie i wojownika.

Mówili, że pojawił się wprost z nocy. Jadąc na wielkim jak smok koniu, z jastrzębiem siedzącym na ramieniu i wilkiem biegnącym obok.

Mówili różne bzdury.

Było całkiem inaczej.

Prawda jest taka, że wypluły go gwiazdy.

Zaloguj się aby komentować

Drodzy!


Ostatnim razem, kiedy to mnie spotkał zaszczyt i niewątpliwa przyjemność poprowadzenia XXXII edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem, zadałem Wam (nam) zadanie muzyczne . Układaliśmy wówczas nasze odpowiedzi do tekstu zaczerpniętego z tego wspaniałego gatunku muzycznego jakim niewątpliwie jest polski rap (choć – moim zdaniem – z tego niezbyt licznego, a wyśmienitego jego przedstawicielstwa). Tym razem również będzie to tekst muzyczny, jeden z tych które ostatnio mi się przypomniały, chodzą mi po głowie i jakoś za nic nie chcą z niej wyjść. Sięgniemy jednak w zupełne inne rejony muzyczne niż te, w których można odnaleźć taką na przykład Paktofonikę.


Chodził kiedyś (EDIT: O, szczęśliwie dalej chodzi!; a myślałem, że już nie!) po świecie taki śpiewak jak pan Julio Iglesias (ojciec boskiego Enrique). Pochodzący z Hiszpanii muzyk, który światową karierę zrobił za sprawą duetu, do którego zaprosił go niejaki Willie Nelson . My, niesieni wzbierającą patriotyczną (a może matriotyczną? – wszak „ojczyzna” to jednak rodzaj żeński) falą nie będziemy jednak rymować ani w obcych językach, ani nawet do obcych języków. Dlatego dobrze się składa, że świetną wersję tego utworu , do tekstu w polskim przekładzie wykonali panowie Krzysztof Krawczyk i Bohdan Smoleń. I to właśnie czternaście pierwszych wersów tego tłumaczenia będzie naszym zadaniem #diproposta w tej, rozpoczynającej się w chwili publikacji tego wpisu, XXXVII edycji zabawy #nasonety .


A oto i fragment teksu, do którego proszę żeby zostały wytworzone Wasze (nasze) piękne wytwory:


Jak bardzo nam się zmienił świat

przybyło nam za wiele lat

wspomnienia porwał wiatr

i człowiek rad nie rad

po uszy już w kompleksy wpadł


Na głowie już i włosów mniej

wieczorem wcześnie spać się chce

i w kościach strzyka gdzieś

i wzrok już też nie ten

i wolniej w żyłach krąży krew


Dziewczyny, które mam na myśli

powychodziły za mąż już

jedynie my - recydywiści

trzymamy wciąż samotny kurs


***


Niestety, nie jestem w stanie ustalić kto jest autorem zarówno oryginalnego teksu, ani kto przełożył go na język polski.


Powodzenia! A przede wszystkim dobrej zabawy!


***


REGULAMIN XXXVII EDYCJI KONKURSU #NASONETY:


§ 1 ZASADY UCZESTNICTWA


1.1. XXXVII edycja konkursu #nasonety trwa od piątku, 09-08-2024, od opublikowania wpisu rozpoczynającego edycję, do piątku, 16-08-2024, do opublikowania wpisu zamykającego edycję.

1.2. Aby przystąpić do konkursu należy w wyżej oznaczonym terminie opublikować w społeczności Kawiarnia „Za Firewallem” wpis zawierający własny wytwór. We wpisie należy zawrzeć również (co najmniej) tagi: #nasonety #zafirewallem .

1.3. Własny wytwór (di risposta) powinien charakteryzować się tym, że końcówka każdego wersu będzie rymować się z końcówką wersu utworu di proposta (dla ułatwienia słowa te zostały powyżej pogrubione).

4. Kategorycznie zabronione jest powtarzanie słów, które kończą wersy utworu di proposta. Indeks Słów Zakazanych stanowi załącznik do niniejszego regulaminu.

1.5. Od powyższego kategorycznego zakazu przewiduje się wyjątek. W przypadku, gdy wytwarzającemu swój wytwór Poecie słowo użyte w oryginalnym utworze akurat pasuje, może, w ramach licentia poetica, wykorzystać je w swoim dziele. Wyjątek ten nosi nazwę licencja na powtarzanie.


§ 2 ZASADY OCENIANIA


2.1 Zwycięzcą XXXVII edycji konkursu #nasonety zostanie Poeta, którego najbardziej piorunowany wytwór osiągnie najwyższą w tej edycji liczbę piorunów.

2.2 W przypadku osiągnięcia przez jeden lub więcej wytworów takiej samy najwyższej liczby piorunów zobaczy się.

2.3. Przewiduje się możliwość uzyskania dodatkowych 5 piorunów za dodanie pomiędzy pierwszą a drugą strofą dodatkowego wersu, rymującego się z wypowiedzianym w oryginalnym wykonaniu przez pana Bohdana Smolenia zwrotem „mam tak samo”.


§ 3 POSTANOWIENIA KOŃCOWE


3.1 W sprawach nieuregulowanych niniejszym Regulaminem stosować się będzie widzimisię Organizatora bieżącej edycji. Ze względu na widzimisię Organizatora zmiana (bez konieczności uprzedzenia, komunikowania i bez okresu uprawomocnienia) może dotyczyć również dowolnego z punktów Regulaminu w dowolnym momencie trwania konkursu.


***


ZAŁĄCZNIKI


ZAŁĄCZNIK 1: INDEKS SŁÓW ZAKAZANYCH


świat, lat, wiatr, rad, wpadł, mniej, chce, gdzieś, ten, krew, myśli, już recydywiści, kurs

licencja na powtarzanie.

Skąd Wy bierzecie te licencje. Na icentia poetica się nie załapałem i za każdym razem muszę prosić @splash545 żeby machał swoją

XD

Zaloguj się aby komentować

!!! --> SPRAWA ORGANIZACYJNA <-- !!!


Kochani!


Akcja jest taka,

że mamy cwaniaka!


Zarymowałem, więc do kawiarenki #zafirewallem wpis już się nadaje. No to teraz do rzeczy.


Okazało się, w tym skandalicznym komentarzu , że kolega @Dziwen rozgryzł system i tym sposobem dłuuugo udawało mu się uniknąć zwycięstwa w naszej zabawie #naczteryrymy . Szkoda byłoby jednak takiego artysty nie docenić, prawda?


Czy możecie mi pomóc w przyznaniu mu nagrody publiczności? Trzebaby cofnąć swoje pioruny tym, którzy mają ich więcej bądź tyle samo co nasz artysta, a dać je jemu, żeby miał ich więcej niż inni.


Z góry dziękuję. 

Dżordż

Zaloguj się aby komentować

Doktor Koziełło


Kiedy doktor Koziełło mijał wczoraj drzwi do mieszkania sąsiadki zobaczył przywiązaną do ich klamki kozę. Zatrzymał się i zastanowił – „Co też tej pani Kozłowskiej mogło przyjść do głowy?”


Na odpowiedź nie musiał długo czekać. Drzwi uchyliły się i sąsiadka wyszła z mieszkania na klatkę schodową.


– Dzień dobry, doktorze – powiedziała grzebiąc w nosie. Wydłubała z niego ogromną kozę, którą wytarła o zarzuconą na siebie podomkę.


– Dzień dobry pani – odpowiedział doktor – a cóż to, remont się w domu szykuje? – zapytał.


– A, wie pan, tak sobie pomyślałam: Putin, stary cap, kurek nam z gazem zakręcił, zima idzie, a te, jak sam pan pewnie zauważył w tej epoce globalnego ocieplenia coraz to zimniejsze są. Starego mi do kozy zamknęli, to i pieniędzy tyle co kot napłakał, to pomyślałam, że wstawię sobie do kuchni piecyk taki. No bo co w końcu, mam marznąć? Niedoczekanie! A tak to zawsze człowiekowi ciepło chociaż będzie. Napalę sobie czy to sztachetami od płotów z ogródków, czy tymi kartonami po telewizorach, co to na klatce sąsiedzi je co i rusz wystawiają…


Tyradę pani Kozłowskiej przerwało trzaśnięcie drzwi na górnym piętrze. Zaraz po nim rozległ się dźwięk ciężkich butów uderzających o kolejne stopnie. Czarny kształt śmignął pomiędzy rozmówcami potrącając doktora Koziełłę. Tylko ciemne rozwiane w pędzie włosy powiewały jeszcze przez chwilę, kiedy kształt zniknął za załomem półpiętra.


– A, to ta głupia koza, Kozielska, patrz pan. A taka dobra dziewczyna z niej była! Do kościoła chodziła, w chórze śpiewała, a teraz co? Matka nie dopilnowała to i stoczyła się córeczka! Na czarno ubrana chodzi, na koszulkach jakieś diabły nosi, kozie łby w tych gwiazdach szatańskich! Kto wie co ona tam jeszcze wyprawia? Co to się ze światem porobiło?


Doktor zignorował uwagę sąsiadki. Przypomniał sobie swoją własną młodość, zresztą jeszcze wczoraj, w czasie sprzątania, znalazł starą koszulkę z kozim łbem na piersiach i z sentymentem wspominał dawne czasy, kiedy to nauczyciele nieraz za „nieobyczajny wygląd” kazali mu po lekcjach zostawać w kozie. Straszyli, że źle skończy jeśli dalej tak się będzie prowadził. Chyba jednak nie skończył tak źle? Choć przecież zawsze mogło być lepiej. Poza tym lubił młodą Kozielską, która mieszkała z nim przez ścianę. A już szczególnie cenił jej talent muzyczny. Przyjemność sprawiało mu słuchanie piszczałek, kiedy dziewczyna grała na swoim nietypowym instrumencie, bo grała na kozie. Czasami przystawiał sobie bliżej ściany swój gimnastyczny kozioł i przykładał do ściany szklankę, przez którą słuchał koncertu młodej instrumentalistki. – A to jakiś kozioł pod tę kozę trzeba by chyba zbudować? Żeby podłogi nie poniszczyć – zmieniając temat zapytał pani Kozłowskiej kiedy wyrwał się z tej chwilowej zadumy.


– A trzeba, trzeba. Racja. Pan doktor fachura widzę, nie tylko w swojej dziedzinie. Ja już nawet kozę mam – tu sąsiadka wyjęła zza drzwi deskę z uchwytem i pokazała doktorowi – tylko cegieł jeszcze nie udało mi się zorganizować. Ale w parafii, to wie pan, kościół teraz budują i…


Pani Kozłowska zdała sobie chyba sprawę, że powiedziała ciut za dużo, przerwała bowiem kiedy doktor Koziełło spojrzał na nią dziwnym wzrokiem i pogładził się po swojej koziej bródce.


– A wie pan... – tym razem to sąsiadka próbowała zmienić temat, ale urwała zmieszana, nie bardzo wiedząc na jaki. Z pomocą przyszła jej chyba jednak opatrzność boska, bowiem nad głowami rozmówców rozległy się nagle regularne, rytmiczne uderzenia. – O właśnie! Widzi pan doktor! Taka to cała rodzina tych Kozielskich! Córka, głupia koza, tylko ubiera się na czarno jak szatanistka jakaś, zresztą kto to wie, może i jest tą szatanistką, uchowaj Boże! – tutaj Kozłowska przeżegnała się nabożnie – A ten ich synek, wcale nie lepszy! Nic tylko tą piłką kozłuje po całych dniach! Koszykarzem jakimś chce zostać! Człowiek własnych myśli nie słyszy! No ale co się dziwić, jak dzieci same z matką zostały. Ten ich ojciec, cap stary, kozioł głupi, a uparty, w świat wyruszył. Zboże spławia po rzekach! Widział to kto! Kozą sobie pływa, a domu nie ma kto pilnować! Nie ma kto ma dzieci wychowywać? No bo kto ma, jak ojca nie ma, pytam się pana? A złą to miał robotę? Złą? No sam pan powiedz. Węgiel wozem rozwoził, na koźle sobie siedział, to go ten kozioł w d⁎⁎ę uwierał. Bolała go ta d⁎⁎a! A właśnie! Co do bólu, przypomniało mi się! Bo ja to bym do pana doktora sprawę miała, tak zapytam. Zapytać nie zaszkodzi, raz w końcu kozie śmierć, prawda? Bo mnie tak plecy, o tu na dole, tak bolą, jakby mi kozioł rozpędzony w nerki rogami uderzył. Nie spojrzał by pan doktor może?


– Spojrzę – odpowiedział doktor Koziełło. – Spojrzę, pani Kozłowska, ale jutro, jak z pracy wrócę. Dyżur, sama pani rozumie. No, muszę już pędzić. Do widzenia.


I popędził doktor. Zbiegł po schodach w dół, wybiegł z klatki schodowej i ruszył na parking.


Na parkingu czekała doktora Koziełłę nieprzyjemna niespodzianka. Okazało się, że w nocy ktoś ukradł mu koła. Alufelgi, co prawda dość zdarte i nie najmodniejsze, na których już kupił to auto, okazały się być komuś potrzebne.

– „Dobrze, że chociaż na koziołkach go zostawili, a nie tak na glebie” – pomyślał. Wyjął telefon i zadzwonił po taksówkę.


Taksówkarz był mrukliwy, doktor Kozłowski zresztą też nie był w nastroju do rozmów. – „Trzeba było, cholera, nie być upartym! Trzeba było posłuchać Kozietulskiego, kiedy radził żeby po studiach zostać w Poznaniu.” – myślał – „To nie! Spokoju mi się zachciało! Małego miasteczka! Co mnie na te Kozy podkusiło? Już chyba w Pacanowie byłoby mi lepiej!”

– Sto trzy złote się należy – z zadumy wyrwał go głos taksówkarza. Sięgnął po portfel, wyjął z niego dwa banknoty, ten z Władysławem Jagiełłą i ten z Kazimierzem Wielkim.

– Nie mam jak wydać – odezwał się taksówkarz patrząc na pieniądze w ręku doktora Koziełły.

– No dobrze, reszta dla pana.


Doktor wbiegł po schodach, dotarł do swojego gabinetu. Był chwilę przed czasem. Zdążył jeszcze nasypać karmy do akwarium, natychmiast do powierzchni podpłynęła koza, jego ulubiona jasnożółta rybka z ciemnymi plamami.

– Głodna byłaś, co? – zapytał rybki doktor. Kolejne pytania skierował już sam do siebie: – A może by tak zadzwonić do tego Kozietulskiego? Zapytać? Może coś tam u niego się zwolniło?


Dzwony na kozieńkim ratuszu rozkołysały się, obwieszczając swoim dźwiękiem, że właśnie nastało południe, początek dyżuru doktora Koziełły. W tym samym czasie na poznańskim ratuszu, naprzeciw zadłużonej willi, koziołki ocierały się o siebie częściami, których niektórzy woleliby nie mieć.


***


1020 słów.


#naopowiesci

#zafirewallem

#tworczoscwlasna


EDIT: Ja mam tylko nadzieję, że koleżanka @moll , której komentarz zainspirował to opowiadanie miała inny pomysł. Jeśli nie, to przepraszam.


No i muszę narzeknąć na formatowanie tekstu na tym serwisie, znowu. Trochę dziwnie to musiałem podzielić, bo inaczej wyszła ściana tekstu, której nie dało się czytać. Teraz też się czyta trudno, ale mniej trudno niż wcześniej. Chyba.

Zaloguj się aby komentować

676 + 1 = 677


Tytuł: Jądro ciemności

Autor: Joseph Conrad

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 4/10


#bookmeter


Nazywano ich zatem zbrodniarzami, a pogwałcone przez nich prawo, tak jak i pękające pociski, przybyły zza morza – niezbadane, tajemnicze.


W czasie rejsu po Tamizie niejaki Marlow, o którym dowiadujemy się w zasadzie niewiele, choć i tak więcej niż o pozostałych uczestnikach tego rejsu, opowiada historię, która przydarzyła mu się w czasie wyprawy do niezbadanych wówczas jeszcze rejonów świata. To stamtąd, z miejsca gdzie obóz założył niejaki Kurtz, do centralnego obozu przysyłane są ogromne transporty kości słoniowej, ilościowo przekraczające sumę dostarczą przez pozostałych kolonizatorów. Jednocześnie z placówki objętej przez Kurtza dochodzą niepokojące informacje dotyczące jego stanu. Marlow dostaje zadanie dotarcia tam i sprawdzenia co się dzieje.


Temat ważki, bo dotyczący tej drugiej strony kolonializmu, tego co działo się gdzieś daleko i o czym ludzie nie wiedzieli bo nie zastanawiali się nad tym, bądź wiedzieć nie chcieli, bo spojrzenie przesłaniało im bogactwo, jakiego dostarczały kolonie, bądź wiedzieli (zwykle ci, którzy byli na miejscu), ale przyjmowali to jako naturalny porządek rzeczy, bo przecież Murzyni to zwierzęta i biały człowiek ma nad nimi naturalną przewagę w każdym aspekcie. Temat ważki, a jednak przedstawiony przez pana Conrada w sposób tak fatalny, że momentami to – krótkie jednak – opowiadanie męczyło mnie niemiłosiernie. Nie ciężkim tematem, ale chaosem. Konstrukcją scen, fragmentarycznym traktowaniem bohaterów, opisem zamiast scenami. Nie bardzo potrafiłem się w tym wszystkim odnaleźć, nie mówiąc już o tym, żebym się poczuł jakbym był w środku akcji.


Sam pomysł na fabułę świetny. Końcówka – od spotkania Kurtza przez opis tego jak się na tej swojej placówce urządził aż do rozmowy z jego narzeczoną pomyślana rewelacyjnie. Z tego co mi wiadomo wówczas, kiedy Jądro ciemności zostało wydane, wzbudziła dyskusję. Bo faktycznie, zwraca uwagę na kilka problemów: na to, jak chciwość (nie tylko w sensie materialnym, a więc może i próżność) potrafi zawładnąć człowiekiem, ale też na to jak, by zachować nasz obraz świata (a może „poprawność polityczną”, z tym, że inną niż dziś, taką z przełomy XIX i XX wieku), prawda ustępuje miejsca budowaniu obrazów o ludziach. Szkoda tylko, tak jak pisałem wyżej, że wykonanie (przynajmniej dla mnie) pozostawia wiele do życzenia.


Językowo jest tak sobie. Być może to stylizacja na chaotyczną opowieść – wszak na opowiadającym Marlowie zdarzenia te odcisnęły swoje piętno – a być może (do tego wniosku przychylałbym się – nawet na podstawie własnych doświadczeń z twórczością pana Conrada – bardziej) po prostu brak umiejętności literackich autora. Zresztą, do dziś, zdaje mi się, postać pana Josepha Conrada budzi kontrowersje. Są głosy, że ten polskiego pochodzenia autor nie posługiwał się językiem angielskim na tyle dobrze, żeby był w stanie sam napisać swoje książki. Jak było naprawdę? Nie mam pojęcia. Piszę tylko o tym co gdzieś tam zasłyszałem, a oceniam efekty, a nie przyczyny.


Literacko, jak pisałem, tak sobie. W całej książce podobało mi się tylko jedno określenie: Mefistofeles z papier maché – pisane właśnie tak, a nie, jak być powinno, "mâché". Jeśliby ktoś natomiast z jakichś powodów chciał zapoznać się z tym dziełem, nie polecam wydania, które ja czytałem (to z tą okładką ilustrującą wpis), opublikowanego przez wydawnictwo Liber Electronicus (sic!). To jest jakiś, takie mam wrażenie, robiony na szybko i nie sprawdzony OCR. Nagminne są w tym tekście literówki, tak charakterystyczne dla tej metody przetwarzania tekstu: „me” zamiast „nie”, „aa” zamiast „za” czy „na”. Nie tylko utrudniało to mi odbiór i tak już niełatwego tekstu, ale zwyczajnie mnie irytowało.

ec4139b0-ac5d-46b8-be23-82a6536ad646

Zaloguj się aby komentować

A, jeszcze jeden. Krzywdzący stereotyp, kiepski rym i zupełny brak miary – wszystkie moje znaki firmowe w jednym wytworze. Proszę bardzo:


***


Płody rolne

czyli Tradycyjna gościnność


Winogron puszcza już pierwsze soki,

już samogony po szopach pędzą,

kiełbasy też już powoli wędzą:

Dożynki! Zabawa! Jak w zeszłe roki!


Scenę już postawili w rynku chłopoki,

już przeczekali przemowę księżą,

wójt ze sołtysem jeszcze coś ględzą,

my – zaczynamy! Do dna weź dopij!


Zjechało się do wsi szacownych gości

z miastową próbują narzucać się modą.

Że kulturalni. No a my – prości.

My ich żegnamy. Co? Nie odchodzą?


Z rolniczych płodów, darów prawdziwych,

każdy pod okiem doczekał się śliwy.


***


#nasonety

#zafirewallem

#tworczoscwlasna


I sonet di proposta .

Zaloguj się aby komentować

Skandalem moim zdaniem jest formatowanie teksu na tej stronie. Chcąc zrobić wcięcie muszę się do jakichś dziwnych sztuczek uciekać!


Skandalem są również prowokacje. Szczególnie te wymierzone we mnie. Bo te wymierzone przeze mnie to już nie. Niemniej wywołany w zasadach do tablicy , podporządkowuję się tym zasadom. Bo przecież zasady to zasady!


***


I bez pomocy szewczyka smok owcę połyka


Wiadomo: owcami żywią się smoki.

Cóż z egzystencją bowiem tak nędzną

zwierzę to marne, pokryte przędzą,

zrobić by mogło? Jakie widoki

mieć może wełną zakrytooki?


O bojowym nastawieniu co prawda coś ględzą

lecz w owczym swym pędzie wprost w paszcze pędzą

smocze. A to, co zostanie, rozdziobią sroki.

Bo przecież nie kruki. Nie wrony. Litości!

Te ptaki szlachetne go nie podziobią!

Już wolą głód znosić swoich wnętrzności.


Takie to plotki po hejto chodzą

że moderator jest pamiętliwy.

Chciałeś sonetu? To proszę.

------------------------- Życzliwy.


***


#nasonety

#zafirewallem

#tworczoscwlasna

Mógłby być smokiem, a nawet Francuzem

Bo Francuz nie puściłby owcy luzem

Byle nie sięgał po owcze pachy:

Stamtąd niezbyt apetyczne zapachy…

Zaloguj się aby komentować

673 + 1 = 674


Tytuł: Wierzenia pierwotne i formy ustroju społecznego. Pogląd na genezę religii ze szczególnym uwzględnieniem totemizmu; O zasadzie ekonomii myślenia.

Autor: Bronisław Malinowski

Kategoria: nauki społeczne


#bookmeter


Wiedza o człowieku nigdy nie uniknęła tego okresu surowego racjonalizmu i w zawiązku każdej gałęzi socjologii i etnologii spotykamy zawsze teorie starające się wytłumaczyć „początki” danego wierzenia czy instytucji społecznej przez hipotezę „człowieka pierwotnego” tak pedantycznie logicznego i racjonalnego jak sam uczony, który snuje te teorie.


Jeszcze na początku XX wieku antropologię (lub, szerzej: etnologię) uprawiało się zza biurek. Opierano się wówczas na relacjach, opisach, ale również i przedmiotach dostarczanych do cywilizowanego świata z dzikich rejonów przez tych, którzy te rejony odwiedzali: kupców, urzędników kolonialnych, misjonarzy – nie byli to jednak naukowcy. Naukowcy zaś, na podstawie dostarczonych im – materialnych lub nie – elementów wywodzących się z obcych, pierwotnych kultur w zaciszach swoich gabinetów wywodzili rozmaite teorie. Zdarzało się nader często również i tak, że z szerokiego zbioru dostępnych im przesłanek wybierali sobie te, które ułożoną teorię uprawomocniały ignorując jednocześnie te, które jej przeczyły. Trochę jak w wypaczonym słynnym zdaniu Hegla: „Jeśli fakty przeczą teorii, tym gorzej dla faktów”.


W tej „zabiurkowej” antropologii dominowały wówczas dwa podejścia: podejście ewolucjonistyczne i dyfuzyjne. Pierwsze z nich zakładało, że etapy rozwoju życia społecznego przebiegają dla wszystkich kultur tak samo. Wniosek, jaki z tego założenia został wyciągnięty brzmiał tak, że badając pierwotne kultury (kultury dzikich) jesteśmy w stanie odtworzyć przeszłość naszej własnej społeczności, a w konsekwencji zrozumieć mechanizmy, jakie w niej zachodzą. Drugie podejście, podejście dyfuzyjne zakładało z kolei wspólny dla całej ludzkości początek kultury (z jakiegoś powodu upatrywano go w starożytnym Egipcie) i rozpowszechnianie się jej elementów w kolejnych regionach (dyfuzję tych elementów kultury). Zadaniem, przed jakim według tego podejścia stała nauka, było prześledzenie drogi, którą kultura z Egiptu rozprzestrzeniła się na cały świat. I voilà! – jesteśmy w domu! Czy, w tym przypadku bardziej pasowałoby może: poza domem.


Totemicznym (tu, w trochę jednak wypaczonym znaczeniu, jako „wielkim”) dziełem tamtego okresu było dzieło Złota gałąź Sir Jamesa Georga Frazera. To właśnie to dzieło wywarło na Bronisławie Malinowskim wrażenie tak silne, że zrozumiał, że antropologia jest wielką nauką, godną takiego samego oddania, jak którakolwiek ze starszych i bardziej od niej ścisłych dyscyplin.


W Wierzeniach pierwotnych i formach ustroju społecznego wówczas jeszcze doktor Malinowski (ta praca w zamyśle miała być jego rozprawą habilitacyjną) poddaje jednak dzieło Frazera (a także inne współczesne mu publikacje dotyczące podejmowanego tematu) krytyce – Wierzenia pierwotne… to jednak praca naukowa i, jako taka, rozpoczyna się przeglądem aktualnej wiedzy. Krytyka ta dotyczy wniosków oraz sposobu ich wyciągania (opisanego wyżej), jakie autorzy wyciągali z dostępnych im faktów. Pan Malinowski docenia jednak ogrom wiedzy (choć i tak niewystarczającej do nakreślenia pełnego obrazu) zgromadzonej w dostępnych mu dziełach. Decyduje się przeprowadzić własne rozumowanie, próbuje zrozumieć człowieka pierwotnego, który nie ma czasu na głęboką, czasami wręcz filozoficzną analizę zjawisk i „świadome” tworzenie systemu wierzeń. Źródeł religii upatruje raczej w codzienności – w emocjach, które towarzyszyły „dzikim” w życiu polegającym na ciągłej niemal walce o przetrwanie. Wyciąga stąd wniosek, że to właśnie w prozie życia i związanych z nią afektach – gniewie, strachu, rozpaczy; najsilniejszych elementach fizjologicznych niezbędnych do zachowania życia – głodzie i jego zaspokajaniu (jedzeniu) oraz popędzie seksualnym należy upatrywać źródeł religii. Dopiero później efekty tych swoich teoretycznych rozważań poddaje konfrontacji ze znanym wówczas efektami obserwacji dzikich plemion. Wyniki tego porównania wydają mu się zadowalające. Na koniec, na podstawie stworzonego poglądu na genezę religii i jej funkcje społeczne, rozpatruje ustrój społeczeństw totemicznych (a więc ustrój klanowy – w całym niemal świecie zorganizowany w zbliżony sposób) dowodząc, że, z wielu punktów widzenia, lecz szczególnie ze względów ekonomicznych (czy też technicznych) jest to jedyny możliwy w takich społeczeństwach ustrój.


Rozważania te prowadzone są w sposób niezmiernie ciekawy i interesujący, a jednocześnie przystępny. Doktor Malinowski podaje obrazowe przykłady odnosząc się nieraz do naszej, cywilizowanej codzienności. My sami przecież, na krótki choć moment, jeszcze dziś nadajemy cechy istoty żywej (animizujemy) choćby kamieniowi, o który się potkniemy, a któremu w ramach „zemsty” wymierzamy kopniak (bądź rzucamy w jego stronę „o motyla noga!”) .


Nie mam pojęcia jak na dziś wygląda wiedza o początkach religii, nie wiem też czy doktor Malinowski w tym roku 1915, kiedy pracę opublikował, miał rację (całkowicie albo częściowo), ale nie z chęci poznania prawdy obiektywnej po tę pozycję sięgnąłem. Sprawiło mi przyjemność samo zapoznanie się z traktem naukowy sprzed przeszło stu lat. Obcowanie z ciekawym (choć nie bardzo odbiegającym od dzisiejszego) językiem, poznanie myśli, jakie wtedy zajmowały naukowców, prześledzenie toku rozumowania człowieka uznanego za jednego z najwybitniejszych w swojej dziedzinie, który przyczynił się do przełomu w badaniach antropologicznych.


Druga część tego tomu, O zasadzie ekonomii myślenia, która decyzją wydawcy została włączona jego zakres (być może ze względu na ekonomię druku, tj. na optymalne wykorzystanie arkuszy wydawniczych?) to rozprawa doktorska Bronisława Malinowskiego z roku 1910. Dla mnie mniej zajmująca, dotycząca przede wszystkim problemu czy umysł nasz ma tendencję do szukania sposobów wymagających najmniejszego możliwego wysiłku (to w ogóle porównane jest do matematyki i mechaniki, ujęte w matematyczne terminy funkcji, co zwiastuje już przyszłe podejście Malinowskiego również do badań antropologicznych, wszak (współ)stworzona przez niego szkoła nazwana została szkołą funkcjonalną). Dla mnie była to część mniej zajmująca, mocno syntetyczna i dość niejasna. Przede wszystkim ze względu na odwoływanie się myśli innych uczonych (Avenariusa i Macha) ze skrótowym i pobieżnym ich omówieniem co dla mnie, tych myśli nieznającego, było mocnym utrudnieniem w odbiorze. Fakt, że też z tą pracą zapoznałem się raczej pobieżnie i nie szukałem rozwinięcia prezentowanych stanowisk, bo ten temat interesował mnie jednak mniej niż pogląd doktora Malinowskiego na genezę religii. Ze szczególnym uwzględnieniem totemizmu, rzecz jasna.

665919f3-dd5d-4dcf-bc55-4589beae8d96

Zaloguj się aby komentować

Drodzy!


Z powodu braku czasu i konieczności pisania na telefonie, za czym, jako człek w latach posunięty, nie bardzo przepadam, postaram się krótko.


Otóż przypadł mi niewątpliwy zaszczyt i wątpliwa radość otwarcia kolejnej, już VI edycji konkursu #naopowiesci , która to przez najbliższe dwa tygodnie będzie odbywać się w naszej wspaniałej kawiarni #zafirewallem .


W tym czasie chciałbym żebyście napisali opowiadanie obyczajowe (cokolwiek to dla Was nie oznacza) o długości 900 do 2000 słów


Temat opowiadanie pozostawiam Wam dowolny, natomiast, ponieważ dla mnie sensem opowiadania historii jest (między innymi) znajdywanie odpowiedzi na dwa pytania: “dlaczego?” oraz “i co z tego?” chciałbym (pomysł jest zaczerpnięty z książki pani Katarzyny Bondy Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania, a także zainspirowany wspaniałym Wierszem o kozach koleżanki @moll ) żebyście zaczęli od tego samego wydarzenia i - być może odpowiadając w swoim tekście na wyżej postawione pytania - przedstawili własną wersję związanych z nim wydarzeń. Czy to przeszłych, czy przyszłych, nie ma to w zasadzie większego znaczenia.


Żeby łatwiej było nam (mi?) Wasze teksty porównać podaję cztery warianty zdania, którym, w zależności od rodzaju narracji oraz płci bohatera (lub bohaterki) chciałbym żebyście swoją opowieść rozpoczęli:


Mijając wczoraj drzwi do mieszkania sąsiadki zobaczyłem przywiązaną do ich klamki kozę.


lub


Mijając wczoraj drzwi do mieszkania sąsiadki zobaczyłam przywiązaną do ich klamki kozę.


lub


Kiedy [imię bohatera] mijał wczoraj drzwi do mieszkania sąsiadki zobaczył przywiązaną do ich klamki kozę.


lub


Kiedy [imię bohaterki] mijała wczoraj drzwi do mieszkania sąsiadki zobaczyła przywiązaną do ich klamki kozę.


***


Dopuszczam oczywiście narrację z perspektywy innych płci lub narrację drugoosobową, choć taki wybór, w mojej ocenie na tyle utrudnia zadanie, że osoba decydująca się na taki krok będzie musiała sobie już samodzielnie poradzić z przeredagowaniem pierwszego zdania. Niech ma za swoje!


***


ZASADY OCENIANIA wymyślę pisząc podsumowanie.


***


To tyle na początek. Miłej zabawy i liczę na Waszą kreatywność!

Zaloguj się aby komentować

Starzy górale na podstawie bólu w kościach potrafią podobno przepowiadać pogodę. Nie wiem, czy znaczenie ma to, że (być może – oby!) nie jestem jeszcze taki całkiem stary, czy też może to, że pochodzę z Kielc (a jak mówi stare i znane przysłowie: kawa bezkofeinowa, piwo bezalkoholowe, Góry Świętokrzyskie), ale mój dzisiejszy ból w kościach podpowiada mi tyle, że kolega @m-q nie zada nam dziś zadania. Zrobię to zatem ja:


temat: kiedy góral umiera

rymy: sine – synem – bukową – drogą


Bawcie się wyśmienicie!


***


Zasady:


- Układamy cztery wersy, lub wielokrotność jeśli ktoś ma ochotę.

- Każdy wers musi kończyć słowem zadanym przez OPa dokładnie w tej kolejności, która jest we wpisie.

- Rymowanka powinna, przynajmniej luźno, nawiązywać do tematu zadanego przez OPa.

- Zwycięża osoba, która kolejnego dnia do godziny 20 zdobędzie najwięcej piorunów.

- W nagrodę wymyśla nowe zadanie, czyli temat oraz rymy i publikuje do godz. 21 nowy wpis.

- Trzeba pamiętać w nowym wpisie o społeczności albo zawołać @bojowonastawionaowca , jeśli się o niej zapomni. A jeśli się o niej nie zapomni, to @bojowonastawionaowca MUSI wówczas napisać swój wierszyk.


#naczteryrymy #zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

Ojca ciało sztywne, a usteczka sine

Jak ceprów naciągnąć myśli matka z synem

Wsadzili starego w trumnę bukową -

Zdjęcie z góralem za opłatą niedrogą

Nad Giewontem chmury kłębią się sine,

Czas się pożegnać z żoną i synem.

Zaraz mnie złożą w skrzynię bukową,

Na zawsze odejdę ostatnią drogą.

Po w przeręblu kąpieli jajeczka sine

już góral nie połowi ryb z synem

idzie orszak z denatem ulicą Bukową

na szczęście nie po lodzie, a drogą

Zaloguj się aby komentować

Ponieważ koleżanka @Wrzoo , która wyprzedziła mnie niecnie w rozpoczęciu tej XXXVI edycji konkursu #nasonety w kawiarence #zafirewallem , zaszpanowała łaciną, to – choć drugi – nie mogę być przecież gorszy!:


***


Homo homini lupus est


Jak świat jest długi i jak szeroki

różni mądrale wszędzie coś ględzą:

do puenty jeden przed drugim pędzą,

za ogon łapią najbliższe sroki.


Gorzej kiedy opuszczą swoje otoki:

gdy jeden z drugim tak się rozsierdzą,

że aż ich kłykcie dłoni zaswędzą

i jeden z drugim: podbitooki.


Lecz o co idzie w sporach tych gości?

O nic! Za nos jedynie się wodzą

i jeden drugiego kąsa do kości.

A, niech się zagryzą! Co nas obchodzą?


A my? My: bądźmy wolni! Bądźmy szczęśliwi!

My bądźmy jak ptaki! Wszak kiwi kiwi kiwi.


***


#poezja

#tworczoscwlasna

#diriposta


I jeszcze wpis z wierszem di proposrta .

Zaloguj się aby komentować

Kurde! Na ament zapomniałem, że miałem w planach napisać jeszcze coś ZGODNEGO Z REGULAMINEM w tej, kończącej się właśnie, XXXV edycji konkursu #nasonety !


Jest takie modne słowo, feedback i, choć od zorganizowanego przez wielkiego nieobecnego kolegę @bojowonastawionaowca spotkania minął tydzień, to fulfillmentu tego feedbacku ni widu ni słychu. Albo to ja jestem tak zorientowany.


***


I jak wrażenia?

czyli Luźne pytanie bez zobowiązań


Już tydzień temu opadły nam maski

loginów; stanęliśmy wówczas we własnej osobie

w Warszawie, przy Rybach – to z owczej łaski,

choć Owca obecny nie był sam w sobie.


Sceną spotkania były nam schody,

do rymu mieliśmy Wisłę i akcję.

Niektórzy noc przegadali gdzieś do połowy,

inni dopiero rozstali się brzaskiem.


Tydzień upłynął, jak rzeki prądem

niesiony; podzielcie się po nim swoim osądem:

dobrze– źle– było? Czy może tak sobie?


Wspominam sobotę, myślą zajęty:

raz spotkać się jeszcze, czy ktoś byłby chętny?

Na przykład w tej drugiej roku połowie?


***


#nasonety

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna


No i sonet di proposta. Z ZASADAMI!

@George_Stark


Ciężkie jest życie introwertyka

lękliwego, gdy z ludźmi się spotyka

I choć mnie nerwy zjadały do kości

Nasz "zjazd" przyniósł mi masę radości!


Lecz jedną rzecz powiem bez złości

Że brak mi było tych ważnych gości

@moll , @UmytaPacha i @ErwinoRommelo

Następnym razem przybądźcie! No, to... elo?

@George_Stark Spotkanie wyszło bardzo dobrze i z chęcią bym powtórzył. Bo tylko czasu było mało, żeby pogadać z każdym tyle ile by się chciało

Ja to wręcz liczę na powtórkę i już zacząłem ćwiczyć do kolejnego kawiarenkowego slamu, żeby tym razem lepiej wypaść! Jak mnie nie było to brałem udział w międzynarodowych występach i nawet mam nagrane i może wrzucę nawet ale to zobaczę czy mnie jednak cykady za bardzo nie zagłuszyły

Zaloguj się aby komentować

644 + 1 = 645


Tytuł: Dzikie żądze. Bronisław Malinowski nie tylko w terenie

Autor: Grzegorz Łyś

Kategoria: biografia

Ocena: 6/10


#bookmeter


W tym mniej więcej czasie Bronisław Malinowski, student i wykładowca London School of Economics, zwierzył się ze swych zamiarów profesorowej Seligman, żonie swego patrona i protektora: „będę Conradem antropologii”. I cel ten, uwzględniając różnice w sile oddziaływania poczytnej literatury i pracy naukowej, osiągnął. Dla obu, Conrada i Malinowskiego, punktem wyjścia dla wielkiej kariery były laboratoria tropików.


--- DYWAGACJE WSTĘPNE ---


Tak jak zapewne trudno pisze się biografie, a już zwłaszcza biografie ludzi, którzy jawią się dość niejednoznacznie, jak na przykład profesor Bronisław Malinowski, tak samo trudno, przynajmniej mnie, pisze się o biografiach. Bo do czego się w tym wpisie odnieść? Do człowieka, którego życiorys właśnie skończyłem czytać, a w zasadzie to do obrazu tego człowieka, który na podstawie lektury ułożyłem sobie w głowie? Do prawdziwości (proszę nie mylić z wiarygodnością!) tego co przeczytałem? W jaki sposób? Nie mam przecież porównania. Profesora Malinowskiego nie znałem, nie miałem fizycznej możliwości go poznać, nawet nie znałem nikogo, kto by go znał. Innych dotyczących tego człowieka źródeł też nie znam – wszak sięgnąłem po Dzikie żądze po to, żeby czegoś się o tej postaci dowiedzieć. A może, jak w przypadku literatury pięknej, odłożyć gdzieś na bok chęć poznania prawdy obiektywnej (tej dostępnej, jakakolwiek by ona nie była), a skupić się wyłącznie na chłonięciu wrażeń? Czy to z historii, czy też ze sposobu jej opowiadania.


Takie pytania przychodziły mi do głowy już w czasie lektury, bo już w czasie lektury uświadomiłem sobie (iście archimedesowska _Eureka!_), że po książki sięga się w jakimś celu. Sięga się po nie po coś. Po co w takim wypadku ja sięgnąłem po Dzikie żądze? Chciałem zapoznać się z sylwetką człowieka, który z jednej strony w początkach XX wieku zburzył „stary ład” w dziedzinie antropologii wychodząc zza biurka i, jako jeden z pierwszych, prowadząc badania w terenie, z drugiej zaś, co okazało się mniej więcej ćwierć wieku po jego śmierci, po publikacji jego nieprzeznaczonych do wydania, osobistych dzienników, wydał się egocentrykiem, bufonem i cynikiem, co trochę przeczy głoszonym i stosowanym przez niego metodom badawczym. Czy panu Łysiowi udało się spełnić moje oczekiwania? Niestety, ale uważam, że nie.


Życie człowieka to mnóstwo obszarów składowych rozciągniętych w czasie, więc – tak mi się wydaje – do pisania biografii można podejść dwojako. Można albo podążać zgodnie ze strzałką czasu, co ma tę wadę, że wydarzenia z przeszłości zdarza się, że wracają po kilku lub kilkunastu latach i w ten sposób trudno czasami utrzymać porządek i jasność przekazu. Można też próbować pogrupować wydarzenia, dzieląc niejako obszary życia człowieka na coś w rodzaju bloków tematycznych. Ma to ten minus, że bez silnego rygoru narracyjnego, a czasem wręcz bez powtarzania pewnych informacji, czytelnik może czuć się zagubiony. Ideałem wydawałoby się stworzenie czegoś w rodzaju „literatury przestawnej”, na wzór znanych z Excela tabel przestawnych, gdzie, w zależności od potrzeb, czytelnik sam mógłby sobie dopasowywać to, pod jakim kątem i w jakiej kolejności chce spojrzeć na życie opisywanej osoby. Póki co jednak jest to chyba coś w rodzaju literary-fiction i, jeśli chce się dotrzeć i poukładać sobie informacje o – jak w tym przypadku – profesorze Malinowskim, trzeba zrobić to samemu. Najlepiej na podstawie kilku źródeł.


--- O KSIĄŻCE ---


Pan Łyś wykonał karkołomną próbę napisania czegoś pomiędzy porządkiem chronologicznym a porządkiem tematycznym i podał ten życiorys pana Bronisława Malinowskiego w formie bloków (rozdziałów), rozdziały te jednak uporządkowane są mniej więcej, na ile – tak mi się wydaje – zgodnie z kolejnością wydarzeń w życiu bohatera. Co dostajemy w tej książce? Stosunkowo mało – być może niestety – jest o samym profesorze Malinowskim. Już od początku Dzikich żądz autor stara się przedstawić tło i kontekst wydarzeń, a nawet spojrzeć na nie z szerszej perspektywy. Okiem badacza, można powiedzieć, próbując czytelnikowi ułatwić spojrzenie i zrozumienie tego, co miało miejsce w okolicach stu lat temu. Dostajemy więc dość bogaty obraz Krakowa i Zakopanego z przełomu XIX i XX wieku, wcale nie cukierkowy, a z obnażoną „dulszczyzną”, szczególnie jeśli idzie o powierzchowną pruderię w strefie seksualności. Nic dziwnego, że ten akurat aspekt mocno jest naświetlony w podanym przeglądzie, bowiem pan Malinowski zasłynął przede wszystkim opublikowaną w 1929 roku pracą _Życie seksualne dzikich w północno-zachodniej Melanezji_. (Od razu, na wszelki wypadek napiszę to, czego się z Dzikich żądz dowiedziałem: otóż najbardziej kontrowersyjną obserwacją zawartą w tym dziele jest ta, że społeczność zamieszkująca Wyspy Trobrianda, nie znała czegoś, co my nazywamy „biologicznym ojcostwem”; egzotycznej pornografii literackiej w tym dziele ponoć nie ma, choć tę informację jeszcze być może potwierdzę, bo pracę zamierzam przeczytać.) Kolejną sprawą jest znajomość przyszłego badacza tropików z przyszłym twórcą teorii czystej formy, czy też (również przyszłym) demonem z Krupówek, a więc Stanisławem Ignacym Witkiewiczem, który, jeśli chodzi o erotykę i seksualność też miałby sporo do powiedzenia.


Po macoszemu, moim zdaniem, natomiast potraktowana jest pozostała – dla mnie chyba na dziś ważniejsza – część życia pana Bronisława Malinowskiego. Chodzi o jego krótki pobyt w Lipsku, później w Londynie, aż wreszcie, największa wyprawa życia, która przyniosła badaczowi światowy rozgłos, czyli pobyt w Melanzji. Późniejsza kariera akademicka i błyskawiczne pięcie się po szczeblach kariery naukowej zostało natomiast przedstawione w telegraficznym wręcz skrócie.


Czyta się tę książkę lekko, narracja prowadzona jest zgrabnie, beletrystycznie nawet można wręcz powiedzieć. Autor często oddaje głos opisywanym w niej osobom, stąd mnóstwo cytatów (i pokaźna bibliografia) – zdziwiłem się, jak dobrze momentami potrafił pisać pan Malinowski. Ja nie dostałem od niej, co prawda, tego co oczekiwałem – być może książce pomogłoby dodanie do niej jakiegoś kalendarium pozwalającego czytelnikowi odnajdywać się nie tylko we wrażeniach, ale i czasie, kiedy te miały miejsce? Z drugiej strony rozumiem, że Dzikie żądze to nie jest opracowanie naukowe i w zamyśle pewnie miało być książką z gatunku „popularnych”, mającą trafić do czytelnika, który niekoniecznie chce otrzymać suche informacje albo – jeszcze chyba gorzej – zagłębiać się w naukowe meandry antropologii. I to jeszcze jej dwóch, przestarzałych już dziś, szkół. Traktuję ją jednak jako ciekawy wstęp do poznania postaci jej bohatera, a nawet doceniam za dość zgrabne poprowadzenie mnie po łebkach – tak po łebku profesora Malinowskiego, jak i innych pojawiających się w niej naukowców, literatów, malarzy, polityków. I kobiet. Mnóstwa kobiet.

4ea187a8-4456-4f69-bd79-331e304abe0c

Zaloguj się aby komentować

Bez zbędnych wstępów, tyle może tylko, że to znów lekko tylko wygładzony za pomocą zgrubnej redakcji autorskiej szkic. Jeśli by jednak ktoś z Szanownych Czytelników znalazł jakieś błędy, nieścisłości, niezgrabności lub zwyczajnie chciałby się czepić, to jestem mocno otwarty na krytykę. Przede wszystkim na konstruktywną, ale przyjmę każdą. Z góry za nią dziękuję i zapraszam do lektury, z której to życzę czerpania przyjemności:


-----


Grzyb Wzrostu


Na Skrzyżowaniu Mrocznej Czaszki miał jeszcze wybór. Mógł wybrać drogę na zachód. Mógł podążyć przez Krainę Stalowych Byków, które, choć potrafią wydawać donośne, groźne ryki, a rozpędzone są w stanie zadawać śmiertelne obrażenia obuchowe, pozbawione jednak talizmanu, który zwykle ich pan zabiera ze sobą, znajdują się w stanie uśpienia i wówczas są zupełnie niegroźne. Właśnie w takim stanie uśpienia zwykle zastawał stalowe byki mieszkające przy Zachodnim Trakcie. Mógł również wybrać drogę na północ. Mógł ruszyć Traktem Północnym, bezpiecznym gościńcem, szlakiem handlowym, który prowadził z zamku wprost ku targowiskom, którym codziennie poruszało się setki wędrowców, a którym i on, choć dotychczas zawsze w towarzystwie – bądź to pod czujnym okiem niezwyciężonej Królowej, bądź potężnego Króla, a w dawnych czasach, w czasach, w których konflikt Królowej z wszechmocną Czarodziejką, która później okazała się być złośliwą Wiedźmą dopiero miał nadejść, czasami również otoczony jej opieką – wyprawiał się wówczas, kiedy zachodziła potrzeba uzupełnienia ingrediencji do podtrzymujących życie mieszkańców Królestwa mikstur i wyrobów.


Takie myśli przychodziły mu do głowy, kiedy było już za późno. Kiedy nie było już odwrotu. Kiedy decyzja już zapadła i nie było od niej odwołania. Ruszył bowiem na azymut. Wybrał najkrótszą, choć najbardziej niebezpieczną drogę. Skierował się na północny zachód, niewytyczoną trasą, biegnącą pomiędzy dwoma bezpiecznymi szlakami, na której to przyszło mu przedzierać się przez Dzikie Krainy. Królowa jasno dała mu jednak do zrozumienia jaka wielka jest waga jego zadania i jak bardzo liczy się w nim czas. Nie chciał zawieść Królowej.


– … i absolutnie nie wolno ci zabrać ze sobą miecza! – rzuciła Królowa na koniec, czyniąc trudne już samo w sobie zadanie jeszcze trudniejszym. A przecież był rycerzem! Jak miał poradzić sobie z niebezpieczeństwami Dzikich Krain pozbawiony swojego oręża? To właśnie wówczas zrozumiał, że zadanie, jakie postawiła przed nim Królowa jest próbą. Próbą trudną. Próbą niebezpieczną. Próbą, z której musiał wyjść zwycięsko. Zadanie to było próbą, od której zależała nie tylko jego przyszłość, ale zależało też zażegnanie konfliktu Królowej z wszechmocną Czarodziejką, która okazała się złośliwą Wiedźmą. Przyszłość nie tylko Królowej, ale całego Królestwa leżała w jego rękach. Nie mógł zawieść Królowej.


Kiedy stanął na progu Ognistego Stepu, pierwszej spośród Dzikich Krain, poczuł niepewność. Poczuł pot pojawiający się na wnętrzach dłoni, które odruchowo próbował zaciskać na rękojeści miecza. Chwytał jednak powietrze. Ujrzał wtedy leżący nieopodal kij. Wiedział, że tego rodzaju broni używają druidzi, nie potrafił jednak zaklinać potęgi żywiołów. Wiedział też, że niektórzy magowie używają kosturów, ale zaklęcia to również nie był jego żywioł.

– „Cóż, postąpię sposobem barbarzyńców” – pomyślał. Ujął kij w rękę, wykonał kilka próbnych uderzeń w powietrze posługując się kijem jak pałką. Jego ciało, wyćwiczone do miecza, nie było przyzwyczajone do tego rodzaju ruchów. Wychodziły mu niezgrabnie. Po barbarzyńsku. Spoglądając na rozpościerający się przed nim widok, na roślinność, która była od niego wyższa, doszedł również do wniosku, że taki sposób użycia tej przygodnej broni nie sprawdzi się w tym przypadku zupełnie. Spróbował innego sposobu. Wykonał próbne cięcie. Nisko, przy samej ziemi: atak na nogi przeciwnika. Wyszło zgrabnie. Sukces podniósł go na duchu, ruszył więc do przodu. Podszedł bliżej Parzących Roślin. Wykonał kolejne cięcie. Rośliny, nisko ścięte, kładły się na ziemi, tak jak hordy plugawych bestii padających pod toporami. I, tak jak te plugawe bestie, które umierając broczą ziemię krwi strumieniem, tak obrzydliwe zielsko puszczało soki, których część trysnęła na jego ciało i ubranie, pozostawiając po sobie zielone ślady. Przez chwilę bał się oparzeń od jadu, który mógł być zawarty w ich sokach, ale nic takiego nie nastąpiło. Zrozumiał wtedy, że tylko dotyk żywej rośliny może wyrządzić mu krzywdę. Że martwe, ścięte rośliny nie są już w stanie uczynić mu krzywdy. Zadowolony ze zdobycia nowej wiedzy ruszył więc dalej.


Kiedy utorował sobie drogę, którą przedarł się przez Ognisty Step oczom jego ukazała się mokra, brązowa ziemia. To były Błotniste Pustkowia. Znał legendy o tych, którzy w tej krainie zaginęli. Słyszał je zarówno od Królowej, od Czarodziejki, zanim ta jeszcze okazała się być Wiedźmą, ale też od przygodnie spotkanych podróżnych, a przede wszystkim od innych rycerzy zamieszkujących okolicę, z którymi spotykał się na turniejach i pojedynkach. Czy śmiałkowie ci, którzy zapuszczali się na Błotniste Pustkowia zostali wciągnięci przez ziemię i zostali pochowani żywcem, czy też może mieszkały tu jakieś złowrogie istoty, które czaiły się na życie śmiałków odważających się zapuszczać w te zakazane rejony, tego nie był pewien. Opowieści wyjaśniały te zaginięcia na różne sposoby. Jedno było pewne: mało kto z tych, którzy rozpoczęli drogę przez tę krainę, drogę tę kończył. On jednak musiał. Miał zadanie.


Mokra ziemia kleiła się od butów, szło się ciężko. Wszystko jednak było w porządku, było bezpiecznie, aż do momentu, gdy szerokim łukiem omijał ukrytą w ziemi nieckę, z trzech stron osłoniętą drzewami i krzakami. Poczuł dochodzący stamtąd zapach dymu, usłyszał charczące, gardłowe dźwięki – coś jakby rozmowa w groźnym, nieznanym języku, w której mógł rozróżnić co najmniej cztery głosy. Zwiększył promień łuku, licząc na to że stwory – kimkolwiek lub czymkolwiek by nie były – nie dostrzegą go. Wiedział, że najlepszym sposobem walki jest jej unikanie i uznał, że właśnie teraz ta taktyka będzie najskuteczniejszą z możliwych.


– Ej! Młody! – usłyszał za sobą. A więc stwory jednak go dostrzegły! Wszystkie myśli, cała wiedza, jaką do tej pory posiadł, w jednej chwili pojawiły się w jego głowie. Wśród całego tego zamętu dominujące były dwie. Pierwsza z nich to uciekać! Uciekać jak najszybciej. Cel już był blisko, widział już targowisko i zmierzający ku niemu gościńcem tłum kupujących. Uświadomił sobie, że wśród ludzi powinien być bezpieczny. A przynajmniej bezpieczniejszy niż tutaj, na tym pustkowiu. Drugą z kolei myślą była historia, którą opowiedziała mu Czarodziejka zanim jeszcze okazała się być Wiedźmą. Mówiła mu wtedy o kobiecie, która uciekała przed niebezpieczeństwem i miała zabronione oglądać się za siebie. Złamała jednak ten zakaz, spojrzała w tył i zamieniła się w słup soli. Kto wie jakie moce mają te stworzenia za jego plecami? Na wszelki wypadek postanowił, że lepiej się jednak nie oglądać, choć słyszał za sobą kroki. Nie był pewien, czy są one rzeczywiste, czy tylko mu się wydaje. Wolał tego jednak nie sprawdzać.


– Patrz do przodu! Patrz do przodu! – powtarzał sobie wlepiając wzrok w ciągle zbliżające się targowisko. Przyspieszył również kroku. Nie zauważył zatopionego w błocie kamienia i potknął się o niego. Runął na ziemię, zaraz jednak wstał. Nie sprawdził, czy coś mu się przy tym upadku stało, podniósł tylko swój kij, przetarł twarz z błota i puścił się biegiem w kierunku bezpiecznego, jak mu się wydawało, celu.


Udało się. Dotarł do wrót targowiska. Wrota z delikatnym sykiem rozstąpiły się przed nim, ale stojący za nimi Strażnik obrzucił go zdziwionym spojrzeniem.

– Co to jest? – zapytał Strażnik wskazując na kij.

– To… To mój miecz – odpowiedział.

– Nie możesz wejść tutaj uzbrojonym – powiedział kpiącym głosem strażnik.

Ten zakaz to było coś nowego. Do tej pory, kiedy wybierał się na targowisko w towarzystwie czy to Królowej, czy Króla a nawet Czarodziejki, zanim ta jeszcze okazała się być wiedźmą, nikt mu wstrentów z powodu miecza nie czynił. Fakt, że wtedy był to jego prawdziwy miecz. Przez chwilę bił się z myślami. Rozważył jednak sytuację, nie znalazł żadnego niebezpieczeństwa i zgodził się zostawić broń pod opieką Strażnika.


Nieuzbrojony czuł się niepewnie, ale ruszył w głąb targowiska przeszukując wzrokiem kolejne kramy, aż w końcu znalazł to, po co wysłała go Królowa: Grzyb Wzrostu. Magiczny grzyb, którego działanie wytłumaczyła mu Czarodziejka, zanim jeszcze okazała się być Wiedźmą. Zapłacił za towar i udał się w drogę powrotną. Tym razem postanowił obrać bezpieczną drogę. Postanowił wrócić bezpiecznym, Północnym Traktem. Był już tą przygodą zmęczony. Był tak zmęczony, że zapomniał nawet o swoim orężu, który zostawił pod opieką Strażnika.


***


– Mój Boże! – wykrzyknęła na jego widok Królowa. – Gdzie żeś ty się tyle czasu podziewał?! I czym żeś się tak upaprał?! Marsz do łazienki! Masz natychmiast się umyć i przebrać w coś czystego! A w ogóle to kupiłeś te drożdże? Babcia pewnie już za chwilę będzie, a ciasto już dawno powinno siedzieć w piekarniku. Znowu mi ta wiedźma zrobi awanturę, że niby nie jestem punktualna!


-----


1311 słów


#naopowiesci

#zafirewallem

#tworczoscwlasna

Bardzo fajny pomysł i wykonanie, świetne opisy budujące klimat

Zastanawiam się tylko, czy ślady, które starałem się zostawiać po drodze okazały się być dla czytającego w miarę jasne.

Ślady są jasne jak słońce bo od momentu walki kijem z pokrzywami już wiadomo o co chodzi

@George_Stark Kolejne zauważonka pisałam na bieżąco:

Podszedł bliżej Parzących Roślin. 


I see what you did there ( ͡° ͜ʖ ͡°)


gdy szerokim łukiem omijał ukrytą w ziemi nieckę, z trzech stron osłoniętą drzewami i krzakami. 


I see what you did there - again!


Mówiła mu wtedy o kobiecie, która uciekała przed niebezpieczeństwem i miała zabronione oglądać się za siebie. Złamała jednak ten zakaz, spojrzała w tył i zamieniła się w słup soli. 


Och, lubię takie wzmianki. Jak przy średniowiecznych (albo średniowieczyzujących) opowieściach o rycerzach, w których takie religijne dydaktyczne uwagi były na porządku dziennym. Dyskretny zabieg, ale dodaje kolorku.


– Nie możesz wejść tutaj uzbrojonym – powiedział kpiącym głosem strażnik.


AWWW (ʘ‿ʘ)


Do końca myślałam, że wiedźmą będzie siostra Świetne, cudne, uwielbiam!

Zaloguj się aby komentować

635 + 1 = 636


Tytuł: Korowód

Autor: Jakub Małecki

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 7/10


#bookmeter


Teraz byliśmy my, a po nas – kto wie? Ale czy to możliwe, że wszystko, co nas otacza, i my również, jest w jakiś sposób jednym?


Jeśli chodzi o twórczość pana Małeckiego, to jakiś – dłuższy już raczej – czas temu czytałem Dygot jego autorstwa. Już miałem pisać, że książka zrobiła na mnie takie wrażenie, że więcej do twórczości autora nie sięgnąłem, ale zajrzałem do moich starych notatek i, jak się okazało, oceniłem ją wtedy maksymalną możliwą notą. Dziś wydaje mi się, że zrobiłem to mocno na wyrost, bo prawie nic z Dygotu nie pamiętam, a i do twórczości pana Małeckiego nie ciągnęło mnie w zasadzie wcale. Za powieść Korowód zabrałem się za sprawą człowieka, który powieści raczej nie czyta (albo przynajmniej nie kończy), to jest pana Mariusza Szczygła, którego post na Facebooku sprawił, że „też chciałem poczuć tę przyjemność”. Albo może zapoznać się z nietypową formą tej powieści, którą w tym wpisie opisywał? Nie do końca jestem w stanie stwierdzić co tak naprawdę mną wtedy kierowało, ale fakt jest taki, że Korowód przeczytałem. I nie żałuję.


Korowód to sześć części, z których każda to osobna historia. Każda z tych kolejnych historii dzieje się po zakończeniu poprzedniej. Czasami długo po jej zakończeniu, bo pan Małecki zaczyna w połowie XVI wieku, kiedy to Bałtyk zamarzał tak, że zimą docierano po jego powierzchni do Szwecji a kończy… No właśnie. Kiedy się kończy? Współcześnie? W przyszłości? To już chyba czytelnik musi dopowiedzieć sobie sam po lekturze części VI, która podobała mi się wyjątkowo. Nie tylko ze względu na – tak to nazwijmy – pozostawienie otwartego zakończenia, ale i przez moją fascynację formą, którą ostatnimi czasy przeżywam. Tutaj rzeczywiście forma była bardzo nietypowa.


Zanim jednak ta szósta część, to jest jeszcze pozostałych pięć. Każda z nich opowiedziana jest inaczej. Bo w Korowodzie znajdziemy i opowiadanie, i listy (powieść epistolarna?), i dziennik, i „książkę w książce” i coś w rodzaju pamiętnika albo wspomnień. Każdą kolejną część z poprzednimi łączy coś metafizycznego, a przynajmniej tak mi się wydaje, bo nigdzie nie jest to powiedziane wprost. Bo to, że w każdej kolejnej części obecne są materialne ślady przeszłości, pochodzące z części wcześniejszych, to akurat podane jest na tacy. I chyba właśnie to jest problem, jaki autor postanowił w tej książce rozważyć: czy przeszłość wpływa na nas również w jakiś pozamaterialny sposób, przy czym nie mam tutaj na myśli ani kultury, ani cywilizacji – tego całego niematerialnego, ale w jakiś sposób zauważalnego dziedzictwa wypracowanego przez tych, którzy żyli przed nami. Chodzi mi raczej o coś – bo ja wiem?; sam nie umiem tego nazwać – duchowego? Właśnie: „chodzi mi”. Bo nawet jeśli autor nie chciał tego w Korowodzie rozważyć, to teraz, po lekturze, robię to ja. Bo to w tej książce znalazłem i właśnie do tego mnie ona skłoniła. I właśnie dlatego Korowód był dla mnie wartościową lekturą.

51a455f2-7cdc-489b-9577-92496f9f7086

Zaloguj się aby komentować

634 + 1 = 635


Tytuł: Listopadowe porzeczki

Autor: Andrus Kivirähk

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10


#bookmeter


Przychodzisz ze służby u diabła i chcesz się przyjąć do kościoła?

No i co z tego? – Ott wzruszył ramionami – Praca to praca, a pan to pan. Stary Piekielnik kazał mi co prawda każdego ranka przed pracą splunąć na krzyż…

I spluwałeś?

Spluwałem. I czy jestem gorszym chrześcijaninem? To jeszcze ze mnie diabła nie czyni. Gdyby na przykład pastor kazał mi splunąć na obraz diabła, proszę bardzo, bez zwlekania! Najważniejsze, by służba była zacna.


Z czego się śmiejecie? Sami z siebie się śmiejecie!” – te wspaniałe słowa pana Gogola zawsze przychodzą mi do głowy, kiedy mam okazję i przyjemność czytać dobrą komedię. „Dobrą” w moim rozumieniu znaczy tyle co taką, w której sam mogę odnaleźć swoje wady i przywary. Dobrą, to znaczy taką, w której te wady i przywary przedstawione są w sposób sympatyczny; taką, gdzie autor nie wchodzi w rolę moralisty; taką, gdzie to właśnie te wady i przywary nie tylko budują bohaterów, ale i, powodując u nich pewne zachowania, które wywołują konsekwencje, pchają akcję do przodu. Dobrą, to znaczy na przykład taką jak Listopadowe porzeczki pana Kivirähka, bo w Listopadowych porzeczkach tych moich wad i przywar jest mnóstwo. Różnica jest taka, że u mnie objawiają się te wady i przywary raczej w sposobie myślenia, w pomysłach, które przychodzą mi do głowy, a które potrafię na szczęście w jakiś sposób powstrzymać przed wcieleniem ich w życie. Choć może spowodowane jest to nie tyle moją umiejętnością samokontroli a po prostu tym, że nie umiem stworzyć własnego krata?


No właśnie. Krat. Albo bieruch. Istota wywodząca się z estońskiego folkloru, tworzona przez człowieka z tego, co akurat ma pod ręką i obdarzana duszą, którą tworzący ją człowiek „wypożyczał” niejako od Starego Piekielnika, jak czasami Estończycy nazywają diabła. Miała za zadanie pomagać w gospodarstwie, wykonując polecenia tego, który ją stworzył. Mogła na przykład pilnować ognia, ale mogła też – do czego często i chętnie mieszkańcy nienazwanej przez autora wsi swoje kraty wykorzystywali – zajrzeć do spichlerza. Czy to do spichlerza sąsiada, czy też mieszkającego we dworze niemieckiego barona, nie miało to większego znaczenia. Znaczenie za to miało to, że krat mógł z tego spichlerza zabrać coś – czy to szynkę, czy zboże, albo nawet i mydło – co gospodarzowi mogło się akurat przydać. Kłopot tylko w tym, że sąsiad też miał swojego krata, którego mógł wysłać po „moje”. A „mojego” należy przecież bronić. Drugi kłopot z kolei polegał na tym, że Stary Piekielnik jest jednak istotą interesowną. W związku z tym nie „wypożyczał” tych dusz dla kratów za darmo, co to to nie! Ceną była dusza „najemcy”, co należało w piekielnych dokumentach odpowiednio pokwitować. Ale czy cwany człowiek i na to nie znajdzie sposobu?


Wspaniała to była książka, bo to nie tylko satyra na egoizm, chciwość, zapalczywość i na jeszcze kilka innych jakże ludzkich cech, ale też świetnie oddany na wpół magiczny świat, w którym ta opowieść została osadzona. Świat, w którym po niebie latają kraty, Stary Piekielnik przechadza się lasem a ludzie za pomocą magicznych maści przemieniają się w wilki i pod postacią tych wilków zakradają się żeby oglądać to, co chcą oglądać albo zdobywać to, co chcą zdobyć. To też opowieść o miłości, a nawet kilku miłościach, które jednak nie kończą się dobrze. I jeszcze opowieść o „chłopskim rozumie”, bo takim często kierują się bohaterowie, co szczególnie podobało mi się u Insta, estońskiego zarządcy na niemieckim dworze oraz u Otta, tego z cytatu na początku wpisu. Nie wiem czy potrafiłbym znaleźć jakąś główną oś fabularną tej opowieści, bo w istocie Listopadowe porzeczki wyglądały dla mnie jak zbiór następujących po sobie historii, które łączy miejsce, gdzie one się wydarzają i bohaterowie, którzy biorą w nich udział. Ale nic to! To wcale nie szkodzi, bo każda z tych historii, mimo że często oparta na powtarzającym się schemacie, była nie tylko zabawna, ale i prowokowała do zastanowienia się. Nad sobą. Albo może lepiej nad innymi, jeśli dla wygody przyjąć mentalność mieszkańców tej estońskiej wioski i, choć na chwilę, zapomnieć o panu Gogolu.

91c491c1-df08-403e-a7ac-c97440bece03

Zaloguj się aby komentować

Nadajemy z kawiarenkowego zjazdu, głosem wszystkich dwunastu osób - liczone metodą @moll . Ja robię tylko za medium, tak mnie wrobili.


temat: rzeka

rymy: akcja - Wisła - sensacja - zmysłach


Miłej zabawy tym, którzy są i tym których nie ma.


#naczteryrymy

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna


I widoczek spędowy:

8d77ecab-1358-4866-90f8-2ae5c35895e1

Cóż to jest za niesamowita akcja

Nic Sekwana, nic Tamiza tylko Wisła

Jest grupowa zbereźna sensacja

Aromat rzeczny wali nas po zmysłach!

@George_Stark


Nadchodzi ten czas, zbliża się akcja,

Nie ustąpimy o krok, granicą będzie Wisła,

Głosimy nasze rację, niech będzie sensacja!

Na sped kawiarenkowiczow przybędzie KAŻDY o zdrowych zmysłach!


beeeee

ed11c0f6-be1b-4a3f-8981-d965034e5c95

Zaloguj się aby komentować

Jakiś mam taki okres buntowniczy, co objawia się w mojej twórczości. Po (post)modernistycznym opowiadaniu, przedstawiam teraz wiersz złośliwy. Choć nie przeciw organizatorce on przecież, a tylko przeciw zasadom:


***


Od poety

czyli Najwyżej zostanę zdyskwalifikowany


Nie chciała @Wrzoo udzielić mi łaski

ani dyspensy dać, choć jednodniowej.

Co teraz będzie? Karanie czy wrzaski?

Ja w swym zamiarze zostanę surowy.


Wyrzucam słowa z wnętrza mej głowy,

początki wersów rozświetlam ich blaskiem.

A każdy z tych wersów, choć całkiem jest nowy,

tak samo się kończy. Jak koncert oklaskiem.


I co teraz? Postawisz mnie może za to przed sądem?

Za to, żem zasady rozpatrzył swym własnym poglądem?

Czy wobec poety można być srogiem?


Owszem, jestem w przekorze swojej zawzięty.

Złośliwy, buntownik, nie żaden tam święty.


Tylko, cholera, co zrobić z "trójnogiem"?


***


#nasonety

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna


A tutaj utwór di proposta i ZASADY .

@George_Stark Okres buntowniczy wjechał na dobre jak sturm und drang na niemieckie salony!

Sonet cudny, przed sądem nie postawię. Chyba, że pochwalnym.

Zaloguj się aby komentować