Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 746wpisy
  • 3813komentarzy

A, jeszcze jeden proszę:


***


Syrena


To najdziwniejsze jest z morskich stworzeń:

przy tej istocie, w pół z ryby złożonej,

marynarz staje wyborem zdumiony:

z kwiatami do niej podejść czy z nożem?


Bo chce mu się – daleko jest przecież od żony –

jednako dzielić z kobietą łoże

jako i strawy na swym jęzorze

smak innej poczuć, niż tej przez koka warzonej.


Więc marzy mu się rozkosz cudzołóstw

lub rozkosz może świeżego rosołu? –

decyzję próbuje podjąć w zadumie.


Bo, jak by nie liczyć, to już rok trzeci

gnany wiatrami po morzach leci:

a tu i zjeść, i r⁎⁎⁎ać ją można. Po rumie.


***


#nasonety

#zafirewallem


I wpis z utworem di proposta.

@George_Stark

a tu i zjeść, i r⁎⁎⁎ać ją można. Po rumie.

Ten wers oczywiście najlepszy. xd Czyli jednak jest bardzo wszechstronny pożytek z takiej syreny.

@bartek555 jak to jest z Wami i syrenami? Bardziej się je je czy r⁎⁎ha? A może jedno i drugie ale w jakiej kolejności? Prosimy o wypowiedź eksperta

Zaloguj się aby komentować

Otwieram więc XXXIX edycję zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem publikując swój pierwszy wytwór-odpowiedź na zadany sonet di proposta . A jak syrena, no to


***


Syrena


Po cichym, spokojnym letnim wieczorze

niebo nabrzmiało: złe, zachmurzone.

I deszcz spadł. I blaski nastały. I gromy.

Trafiło stodołę. I płonie. O Boże!


Już sąsiad z sąsiadem, ledwo przebudzony,

z wiadrem tam biegnie, pomaga jak może,

lecz cóż dadzą wiadra, gdy jest coraz gorzej?

Stodole przyglądam się, na wpół spalonej.


I wtedy rozległ się, jak śpiew aniołów,

z remizy sygnał, co wzywał do boju,

a był on głośniejszy niż ty, piorunie.


I przyjechali w blasku, jak święci,

ogień stodołę zżarł, lecz oszczędził

dom – ocalił go wody strumień.

Zaloguj się aby komentować

725 + 1 = 726


Tytuł: Wczoraj

Autor: Juan Emar

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 4/10


#bookmeter


Zegar w poczekalni wybił godzinę, odliczając stracony czas.


Nie mam pojęcia jak to jest, ale jest tak, że o ile lubię surrealizm w malarstwie, tak w literaturze zupełnie mi ten gatunek nie podchodzi. Po co za tę książkę się więc zabrałem? Ano nie wiem. Chyba nie miałem co czytać, a akurat była na czytniku (skąd?!). Albo może dlatego, że od czasu do czasu zabieram się za autorów rodem z Ameryki Południowej. I zwykle kończy się to źle. Tak było i tym razem.


A zaczęło się świetnie. Zaczęło się od ścięcia. Absurdalny opis procesu Rudecindo Malleco rozbudził mój apetyt na tę lekturę. Epizodyczna postać brata Canuto Co Wie Wszystko (a właściwie samo tylko jego imię) spowodowała, że wciągnąłem się w lekturę. Mój zapał został jednak szybko ścięty, niemal tak jak skazany Malleco.


Ta książka to opis spaceru z żoną w czasie którego narrator odwiedza kilka miejsc w Sam Agustin de Tango. W każdym z tych miejsc dzieje się coś surrealistycznego a on – taką ma widać naturę – analizuje zdarzenia (ale i obiekty, niekoniecznie prawdziwe, a też i ludzi) poprzez prowadzenie niekończących się niemal wywodów opartych na skojarzeniach, analogiach czy pytaniach. Ta opowieść snuta jest z jakąś wewnętrzną logiką i w zgodzie z charakterem narratora, tutaj nie mogę nic autorowi zarzucić. Chciałbym go tylko zapytać: – „Po co to wszystko?”.


Odpowiedź na to pytanie przychodzi pod koniec lektury i w jakiś sposób ją ratuje (i ratuje ją jeszcze, w mojej ocenie, oprócz opisu procesu z samego początku, podniesienie problemu witryn sklepowych). I tak się zastanawiam, bo zapytać autora nie mogę, jaki był cel powstania Wczoraj? Bo literacko nie ma w niej nic szczególnego (być może kwestia tłumaczenia), opisane sytuacje, poza tymi wymienionymi wyżej są czasami wręcz idiotyczne (jak cała scena w zoo). Miała pokazać – w jakimś szerszym ujęciu – bezsens codzienności? Wtedy może jej powstanie miałoby jakiś sens.


I, żeby nie było, ja nie twierdzę, że ta książka jest zła (może poza tą sceną w zoo). Mnóstwo myśli (a nie były to myśli z gatunku „a rzuć to w cholerę!”) i skojarzeń przychodziło mi w czasie lektury do głowy, a to zawsze plus. A jednak te myśli były tak rozproszone, że nie doprowadziły do żadnych, nawet najogólniejszych wniosków. Przeczytałem coś i nie jestem w stanie klarownie powiedzieć co i po co. Jeśli taki był zamysł autora, a być może był – to przecież surrealizm, to mu się udało. Nie doznałem też w czasie lektury nie tylko jakichś rozkoszy artystycznych, ale również zwykłej przyjemności. I właśnie dlatego, że nie do końca tę książkę rozumiem, nie twierdzę, że jest zła. Twierdzę tylko, że mnie nie bardzo się podobała.

b49934ca-8911-4b41-8a24-626b7ac4e086

Zaloguj się aby komentować

724 + 1 = 725


Tytuł: W kleszczach lęku

Autor: Henry James

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 6/10


#bookmeter


Jeśli dziecko tak potęguje atmosferę grozy, to cóż powiecie o dwójce dzieci…?


Jakiś czas temu została mi polecona książka Portret damy autorstwa pana Henryego Jamesa. Dowiedziałem się wtedy, że autor ten w ścianach tekstu, które tworzył, niesamowicie potrafi ukazać zawiłości psychiki – w przypadku Portretu damy psychiki kobiecej. Odkładałem tę książkę od dawna. Od tak dawna, że plik z nią gdzieś mi zaginął. Ostatnio, kiedy byłem na wyjeździe z błogosławieństwem ograniczonego dostępu do internetu, przeglądałem sobie czytnik i okazało się, że mam inną powieść tego autora. – „W zasadzie” – pomyślałem sobie – „to czemu by nie spróbować?”


W kleszczach lęku to powieść gotycka – gatunek dziś już chyba wymarły, a będący jednym z protoplastów współczesnego horroru. Wydana po raz pierwszy w 1898 roku, napisana jest zgodnie z panującą wówczas szeroko w literaturze modą, jako opowieść w opowieści. We wstępie czytelnik jest świadkiem rozmowy, z której wnioskuje, że zgromadzeni w jakimś zamku goście opowiadają sobie wieczorami przerażające historie. Jeden z nich, w reakcji na to, co usłyszał, posyła po będący w jego posiadaniu dziennik guwernantki, która pełniła służbę w posiadłości Bly. I to właśnie ten dziennik jest właściwą treścią tego utworu. A ja uwielbiam ten, zaniechany już chyba dziś, zabieg literacki!


Sama treść dziennika jest prowadzona w taki sposób, że niewiele się dzieje. Guwernantka zostaje przyjęta do pracy, przybywa do posiadłości, gdzie wuj dzieci, którymi ma się opiekować prosi tylko o jedną rzecz: żeby mu nie zawracała głowy i zajmowała się wszystkim sama. Następnie poznaje panią Grose – kogoś w rodzaju gospodyni w Bly a także Florę i Milesa – dzieci, którymi ma się zajmować. A później nie dzieje się niemal nic, choć to co się dzieje, jest niezwykłe.


Sprawdziło się to, co o tym autorze zostało mi powiedziane: ściany tekstu i dość głębokie wejście w postaci to zdecydowanie coś, co w tej książce można znaleźć. Rozbicie każdego zachowania i myśli na najdrobniejsze części buduje niesamowity klimat, ale też czyni tę książkę ciężko w odbiorze. A jednak, tak uważam, warto było. Choćby dla tego, że czułem w czasie lektury coś, czego dawno nie zdarzyło mi się czuć przy czytaniu: lekką nerwowość objawiającą się mrowieniem w dolnej części pleców, jakby wynikającą ze świadomości że „coś tam może w tej ciemności być, kiedy ja idę siku, a nie chce mi się światła zapalać”. A to, że wrażenia te zostały wywołane u mnie wyłącznie nastrojem lektury – bo, już pisałem, w niej w zasadzie nic się nie dzieje – w moim odbiorze wskazuje na kunszt autora. Bo to chyba najtrudniejszy sposób wywołania wrażeń u czytelnika. Coś jak to, co słyszałem o twórczości pana Lovecrafta, że u niego nie jest straszne to co widać, nawet nie to, co jest za rogiem, ale to co może być za rogiem. I choć akurat panu Lovecraftowi nie udało się przekonać mnie, że Cthulhu mógłby istnieć, tak pan James sprawił, że jeśli Bly istniałoby naprawdę, to za nic nie chciałbym zostać tam guwernantką. Już chyba wolałbym być przedstawicielem handlowym.

0c17b885-66ea-4ce3-b18c-079cd4a59ed4

Zaloguj się aby komentować

723 + 1 = 724


Tytuł: Wciąż o tobie śnię

Autor: Fannie Flagg

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 7/10


#bookmeter


Mogła zostać również stewardesą, ale w tamtych czasach byłe Miss Alabamy nie zostawały stewardesami, tylko wychodziły za mąż i rodziły dwa i pół dziecka.


Czasami mam tak że, mimo czekających stosów „poważnej literatury” – czy to traktującej o faktach czy też rozdrapującej człowieka tak mocno, że zostaje z niego tylko te dwadzieścia jeden gramów, które to podobno stanowią duszę, nachodzi mnie ochota na jakąś prostą, ciepłą opowieść. Czasami takie książki przychodzą do mnie same, trochę przez przypadek – tak zdarzyło się na przykład ze Spacerującym z książkami. Ale kiedy przez dłuższy czas nie chcą jakoś przyjść, sam się ku nim kieruję. Zabieram się wówczas do jednego z dwójki autorów: pana Fredrika Backmana albo do pani Fannie Flagg właśnie. Pana Backmana w ostatnim czasie naczytałem się tyle, że mam lekki przesyt, więc tym razem wybór dokonał się sam przez się.


Tak mi się wydaje, że są autorzy obdarzeni niezwykłą umiejętnością opowiadania i nie sama treść tego, co mi przekazują jest istotna, ale chodzi raczej o sposób w jaki to robią. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że z taką pasją czytałem o byłej Miss Alabamy (obecnie po menopauzie), która zajmuje się handlem nieruchomościami? Żaden przecież z wymienionych obszarów nie jest dla mnie interesujący! – no, może gdyby Maggie, bo tak na imię ma agentka, była jeszcze przed menopauzą, to może patrzyłbym na to wszystko inaczej. Z drugiej strony jak tu nie zapałać sympatią, jak nie utożsamić się z Maggie, która (trochę jak ja) do tej pory, po latach prób nie nauczyła się parkować równolegle a w dzieciństwie naoglądała się stanowczo za dużo filmów i niepotrzebnie spodziewała się szczęśliwego zakończenia? Tak, pani Flagg ma wyjątkową zdolność do tworzenia sobie właściwych wyraźnych, choć trochę pierdołowatych i przesłodzonych postaci. Ale na tym polega właśnie ich ciepło i urok.


Sama treść Wciąż o tobie śnię to zmagania opisanej wcześniej Maggie (i jej dwóch współpracownic-przyjaciółek) z… życiem, jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało. Takim życiem przeciętnym, zwykłym, choć akurat przedstawionym w momencie życiowego dołka. I właśnie o tym pisałem w tym akapicie wcześniej. Bo to wszystko jest przedstawione w taki lekki, sympatyczny sposób, że aż chce się o tym czytać. Tej nocy, kiedy zabrałem się za tę książkę nie śniłem. Wciągnąłem ją na raz. A jeśli komuś jest mało albo nudno czytać o takim przeciętnym, zwykłym (choć kapitalnie przedstawionym) życiu, to i jakiś tam trup w szafie się znajdzie. Bo w książce jest i drugi ciekawy wątek – kryminalno-historyczno-przygodowy, powiedzmy.


I mógłbym tutaj narzekać, że to wszystko za słodkie (bo to prawda), że już w zasadzie od początku wiadomo, jak się problem głównej bohaterki rozwiąże (jeśli zna się twórczość pani Flagg), że przemiana głównej bohaterki zachodzi nagle i trochę za sprawą deus ex-machina (a tak w ogóle to nie jest tak do końca przemianą), że feministyczne, że kolejny raz w opowieści jest postać, która swoje problemy „zajada”, że wątki rasistowskie są wprowadzone w zasadzie niepotrzebnie. I na coś tam jeszcze pewnie mógłbym narzekać. No ale wiedziałem przecież na co się piszę sięgając po książkę autorstwa pani Flagg i to właśnie dostałem: noc z miłą, cukierkową bajeczką, ale bajeczką podnoszącą jednak na duchu, więc narzekać nie będę.


***


A z takich rzeczy, przy których uśmiechnąłem się mocniej, to dowiedziałem się, że Amerykanie (a przynajmniej niektórzy) również trzymają kosz na śmieci pod zlewem. Ciekawe czy zakładają też skarpetki do sandałów?

bd1fec80-d89c-495e-9a1d-e769f62313d3

Zaloguj się aby komentować

722 + 1 = 723


Tytuł: Joseph Conrad i narodziny globalnego świata

Autor: Maya Jasanoff

Kategoria: biografia

Ocena: 6/10


#bookmeter


Nie da się znaleźć źródła rzeki, stojąc w jej środku, ale można tam określić jej prąd.


Trochę przypadkiem sięgnęło mi się po tę książkę, bo szukałem informacji na temat życia codziennego w Londynie na przełomie XIX i XX wieku albo czegoś na temat codziennego życia w brytyjskich koloniach w tymże okresie. No i tak przeglądałem sobie tytuły z tagiem „kolonializm” aż tu w oczy wpadła mi ta pozycja. Kraj się z moimi wymaganiami zgadał, okres mniej więcej też, to pomyślałem: – „A, co mi tam. Spróbuję!”. No nie tego szukałem.


To znaczy książka nie jest zła, przynajmniej jeśli wziąć pod uwagę przyjemność z jej odbioru. Mój osobisty zarzut dotyczy tego, że nie znalazłem w niej tego czego akurat szukałem. No ale to akurat wynika głównie z mojej ignorancji i choć wygodnie byłoby mi zrzucić winę za to na panią Jasanoff, to jednak tego nie zrobię. Wytknę jej za to kilka innych rzeczy.


Po pierwsze zastanawiam się do kogo ta książka była adresowana. Bo jeśli wziąć pod uwagę jej wartość merytoryczną, to nie będzie to kompletna biografia opowiadająca o pisarzu. Na to jest w niej za mało faktóe. Owszem, autorka dotarła do mnóstwa rozmaitych źródeł (książka zawiera 934 przypisy, z których większość to cytaty pochodzące z dzieł pana Conrada, z jego korespondencji czy rozmaitych dokumentów). Owszem, przedstawiła wydarzenia w porządku chronologicznym: od narodzin Józefa Teodora Konrada Korzeniowskiego w Berdyczowie na dzisiejszej Ukrainie (niech o szerokości jej researchu świadczy fakt, że przytoczyła w tekście przysłowie „pisz do mnie na Berdyczów”), przez jego kariery: żeglarską i pisarską aż do śmierci autora. Owszem, na końcu książki znajdujemy kalendarium (tak bardzo mi go brakowało w biografii profesora Bronisława Malinowskiego!). Zrobiła to jednak (moim zdaniem) trochę po łebkach.


Nie będzie to też opowieść o człowieku. Bo jako człowieka za mało pana Conrada udało mi się poznać. Owszem, jest w książce kilka fragmentów demaskujących bzdury, jakie panu Conradowi zdarzało się o sobie opowiadać i wypisywać. Zostały one skonfrontowane z relacjami świadków dotyczących tych samych zdarzeń i wychodzi na to, że autor Jądra ciemności był nie tylko powieścio- ale i bajkopisarzem. Przynajmniej jeśli chodzi o opis siebie. Z drugiej strony nie ukrywał tego, że pewne rzeczy ubarwia. Ale, tak czy tak, za mało dostałem opisów tej ludzkiej strony pana Josepha Conrada żeby uważać, że jest to coś w rodzaju fabularyzowanej biografii.


Nie będzie to też, wbrew tytułowi, opowieść o narodzinach globalnego świata. Ani globalnego świata jako takiego ani też o tych narodzinach widzianych przez pryzmat (czy oczami) pana Conrada. Bo tego „świata” zwyczajnie też w tej książce jest za mało. Owszem, jest informacja o zastępowaniu żaglowców parowcami (i o niechęci pana Conrada do tych drugich). Owszem, jest trochę o koloniach (głównie o belgijskim Kongu Leopolda II) i metodach stosowanych przez kolonizatorów (ukrywanie w dłoni baterii przy podawaniu ręki miejscowym ażeby ci, porażeni prądem, byli w stanie uwierzyć w nadnaturalne moce białych! – a to jedna z najłagodniejszych). Ale też nie tyle, żebym mógł napisać, że to książka o kolonializmie. W ogóle dziwi mnie to jak mało miejsca (w tym, ale i również w innych opowieściach o tamtym okresie rozpatrywanym jako ten, który rozpoczął globalizację) poświęca się telegrafowi. No ale to już uwaga na marginesie.


Czym zatem jest ta książka, którą przeczytałem? Ująłbym to tak: jeśli biografie rozpatrywać jako opowieści przeszłości ludzi to można by wówczas znaleźć dla nich miejsce w gatunku „historia”. Jeśli zaś historię brać jako naukę, to ja Josepha Conrada i narodziny globalnego świata nazwałbym wówczas książką popularnonaukową. Owszem, napisaną ciekawie, wciągająco. Rzucającą światło nie tylko na postać, o której autorka zdecydowała się napisać, ale też na czasy w jakich tej postaci przyszło żyć. Tylko że to światło jest dość słabe – jakby z trochę przykręconej lampy naftowej. Jeśli ktoś byłby zainteresowany głębszym poznaniem czy to pana Conrada czy przełomu XIX I XX wieku to można potraktować ją jako wstęp do tego (raczej do tego pierwszego jednak niż drugiego). A jeśli ktoś chciałby sobie po prostu o jednym bądź drugim poczytać dla czystej przyjemności, to do tego nada się zdecydowanie jeszcze lepiej.

6ba49c89-0c8a-4fa5-9ab5-19a6fc57639a

Zaloguj się aby komentować

Literatura osiemnastowieczna:

było ich dwoje: piękna i bestia.

Tak to było w opowiadaniu

przez jakąś francuską napisanym panią.


Wieki nam jednak szybko mijają

i dziś zadanie Wam wspólnie zadają

piękna @moll

i brzydki troll:


rymy: najlepiej – szybko – sklepie – śliwką

temat: suszone pomidory


Wesołej zabawy!


#naczteryrymy #zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna


A koledze @CzosnkowySmok przypominam, że przydałoby się podsumować nasz inny konkurs. Mówiłem, że z tym jest trochę roboty?

Suszone pomidory smakują najlepiej

Jednak na wiór mogą wyschnąć szybko

Więc uważnie trzeba je dobierać w sklepie

Jak się nie uda można uraczyć się śliwką

Żona kazała kupić suszone pomidory


Na roślin podziale znam ja się najlepiej,

do działu owoców podążam więc szybko,

Chcę z kierownikiem, bo nie ma na sklepie!

Skończyło się w domu pod okiem śliwką…

Wino z suszonych pomidorów smakuje najlepiej

jednak jeśli chcesz sponiewierać się szybko

lepiej poszukaj loga z owadem na sklepie

przejdź labirynt z palet, kup nalewką ze śliwką

Zaloguj się aby komentować

Zdaję sobie sprawę z tego, że czasoprzestrzeń trochę mi się rozjechała w tym opowiadaniu, no ale cóż. Licentia poetica, prawda?


Opowiadanie to powstało trochę za sprawą jednego z pomysłów podrzuconych przez koleżankę @moll , tyle że „ martwa mysz na wycieraczce ” okazała się być kozą na klamce. Martwą jednak, więc w zasadzie się zgadza:


***


Turath Almaeiz


Kiedy mijałem wczoraj drzwi do mieszkania sąsiadki zobaczyłem przywiązaną do ich klamki kozę. Nie była już pierwszej świeżości. Oczy miała wybałuszone, jęzor na wierzchu, a jej futro było zmierzwione i w odcieniu bieli, która długo poddawana była działaniu kurzu oraz czegoś żółtawego – być może piasku albo jakiejś gliny. Nie ma co tego ukrywać: koza nie żyła. Ktoś powiesił martwą kozę na klamce pani Malinowskiej.


Początkowo nie wiedziałem co mam zrobić. No bo jak? Zadzwonić? Zapukać? Malinowska otworzy i co? – „Dzień dobry, sąsiadko. Nie wiem, czy pani zdaje sobie sprawę, ale ktoś powiesił na pani drzwiach kozę.” – Tak miałem jej powiedzieć? Zresztą, po co w ogóle mówić? Drzwi przecież otwierają się do wewnątrz, pani Malinowska pewnie sama by ją zauważyła zanim w ogóle zdołałbym się odezwać. – „Jak by zareagowała?” – zastanawiałem się. – „Przecież kobieta jest już starsza, może się wystraszyć. Z drugiej strony, przecież kiedyś w końcu otworzy te drzwi i wtedy tę kozę zobaczy. Sama. Jeszcze zejdzie na zawał i wtedy to nie tylko koza będzie martwa, ale i pani Malinowska również. To może lepiej zrobić to w kontrolowanych warunkach? W razie czego pomogę przecież. Wezwę pogotowie albo coś takiego…” – Po chwili wahania wdusiłem dzwonek.


Później wdusiłem go jeszcze drugi i trzeci raz. Nikt nie otwierał. Nawet zastanawiałem się czy poczekać. Może sąsiadka wyszła do sklepu i za chwilę wróci? Ostatecznie jednak zdecydował za mnie głód. Szedłem wtedy do sklepu żeby kupić coś na śniadanie. Postanowiłem zrobić zakupy i w drodze powrotnej spróbować ponownie.


Panią Malinowską spotkałem przy wyjściu z klatki schodowej. Niemal zderzyliśmy się w drzwiach.

– Dzień dobry, chłopcze – zaczęła rezolutna sąsiadka. – Coś na zdenerwowanego mi wyglądasz. Stało się coś? Może mogę ci jakoś pomóc?

Zamurowało mnie. Nie wiedziałem co powiedzieć. Nie wiedziałem jak zacząć.

– Nie, nic się nie stało. Nie trzeba mi pomóc. To może raczej pani trzeba pomóc, bo… – zacząłem i nie wiedziałem jak skończyć.

– Mi? A w czym? – zapytała zdziwiona pani Malinowska. – Chyba, że chcesz wnieść te torby? Bo wiesz, wnuczek jutro przyjeżdża i trochę zakupów zrobiłam. A w ogóle to jadłeś już śniadanie? Wy młodzi, wiem to po moim Patryku, to w ogóle nie dbacie o siebie. Mało jadacie, a śniadań to już w ogóle. A śniadanie jest przecież najważniejszym posiłkiem dnia! To co, możemy się tak umówić, że pomożesz mi wnieść te siaty, a ja w zamian zrobię ci coś do jedzenia? Zawsze to przyjemniej porozmawiać z kimś przy posiłku, jak tak człowiek sam zostanie.


Zgodziłem się. Wziąłem w ręce siatki i podążyłem za panią Malinowską po schodach w górę. Sąsiadka cały czas szczebiotała coś radosnym głosem, zadowolona widać z mojego towarzystwa, ja jednak jej nie słuchałem. Układałem sobie w głowie zdania, którymi w delikatny sposób mógłbym jej przekazać wiadomość o tym co zastanie, kiedy już dotrzemy do trzeciego piętra, na którym mieszkała. Z każdym kolejnym stopniem te myśli ciążyły mi coraz bardziej. Bardziej nawet niż dźwigane – skądinąd nielekkie wcale – zakupy sąsiadki.


Nie udało mi się ubrać myśli w odpowiednie słowa. Ogarnęła mnie panika kiedy dotarliśmy na półpiętro i pani Malinowska postawiła stopę na pierwszym stopniu ostatniego odcinka schodów. Sam postawiłem wówczas siatki na ziemi i zamarłem w oczekiwaniu na to co za chwilę się stanie. Jeszcze krok, jeszcze dwa w górę, obrót głowy w prawo i wówczas sąsiadka ujrzy to, co zostało przywiązane do jej klamki. Obserwowałem jej stopy z założonymi na nie tanimi pantoflami, które, jak w zwolnionym tempie, na przemian odrywały się od kolejnego stopnia po to, żeby za chwilę znaleźć oparcie te kilkanaście centymetrów wyżej. W końcu, po nieskończenie długim z mojej perspektywy oczekiwaniu ujrzała to, co ujrzeć musiała. Na chwilę zamarła.

– Wahib – wyszeptała, kiedy oprzytomniała. – Tyle lat minęło, a on jednak pamiętał.


***


– Miała być jajecznica, ale przy takiej okazji musi być szakszuka – powiedziała pani Malinowska. – Upiekłam też libański chleb, choć na patelni nie da się go zrobić tak jak należy, nie smakuje tak, jak pieczony nad ogniskiem.

Siedziałem przy stole w kuchni pani Malinowskiej czekając na śniadanie, które przygotowywała. Martwa koza leżała na balkonie. Zgodnie z życzeniem gosodyni pomogłem jej ją tam przeciągnąć.

– Nie mogę pani nie zapytać o co chodzi z tą kozą – powiedziałem w końcu, kiedy jako tako oswoiłem się z tą, niecodzienną jednak, sytuacją.

– To dłuższa historia – powiedziała pani Malinowska. – Pozwól mi najpierw skończyć śniadanie, a później wszystko ci wyjaśnię.


***


– Zdarzyło się tak, że władza radziecka zsyłała Polaków na Syberię. Również i na mnie też trafiło, za odmowę niesienia sztandaru w pochodzie pierwszomajowym. Stare dzieje, zresztą to akurat jest w tej opowieści nieistotne. Istotne jest to, że żołdacy, którzy mieli nas pilnować, popili się i coś im się w tym zamroczeniu alkoholowym pomyliło. Zamiast na mroźne krańce radzieckiego imperium trafiliśmy na Bliski Wschód. Syria, Syberia – co to w końcu za różnica, szczególnie przy kilku promilach. Zostaliśmy zostawieni gdzieś na środku pustyni, w pobliżu niewielkiej osady. Miejscowa ludność szybko zorientowała się, że w okolicy pojawili się przybysze. Nakarmiono nas i napojono, wskazano miejsce gdzie możemy założyć obóz, w czym również uzyskaliśmy znaczną pomoc od miejscowych. Rozpoczynaliśmy tam razem w nowe życie wspomagając się nawzajem i radząc sobie wspólnie z ciężkim losem, jaki stał się naszym udziałem.


Po kilku dniach, kiedy żołnierze Armii Czerwonej spostrzegli swoją pomyłkę, a może dlatego, że zabrakło im alkoholu, który u miejscowych nie był produkowany, zdecydowali się zrobić zapasy przed czekającym ich powrotem. Zgodnie z radziecką doktryną wojenną wdarli się do wioski i rabowali co tylko się dało. Zawsze byłam optymistką i zawsze też byłam zainteresowana kuchnią a i z nawiązywaniem kontaktów nie miałam nigdy problemów. To dlatego tak szybko odnalazłam się w tej nowej sytuacji. Byłam wtedy w wiosce. Gościłam u Zahiba, miejscowego kucharza, czerpiąc z wiedzy którą posiadał, a którą przekazywał swojemu synowi, Wahibowi. To właśnie tam nauczyłam się jak robić taką szakszukę, jaką teraz jesz. Smakuje ci, prawda? Straszny krzyk rozległ się wtedy na zewnątrz. Wszyscy troje wybiegliśmy z chaty Zahiba. Widok, jaki ukazał się naszym oczom był przerażający. Krasnoarmiejcy trzęsący się w delirium spowodowanym brakiem alkoholu szarpali się z miejscowymi mężczyznami. Przewaga oczywiście była po lokalnej stronie, przynajmniej tak długo, aż napastnicy nie sięgnęli po karabiny. We mnie wtedy coś pękło. Za całą dobroć okazaną mi przez naszych gospodarzy, za opiekę jaką nas otoczyli, postanowiłam stanąć w ich obronie. Złapałam ciągniętą przez jednego z żołnierzy kozę za róg – co ciekawe, nawet zwierzęta, przeczuwając jakby swój los, nie chciały poddać się woli grabieżców; obracały się tyłem do kierunku, w którym próbowano je ciągnąć, zapierały się nogami w ziemi, ryczały tak przejmująco, że aż żal się ich robiło. Dlatego właśnie mogłam złapać za róg. Sołdat, który ciągnął na postronku tę kozę obrócił się w moim kierunku i opierając karabin o biodro, ponieważ w drugiej ręce dzierżył postronek, wycelował w moim kierunku. Widok skierowanej ku mnie lufy otrzeźwił mnie. Już żegnałam się z życiem, kiedy wydarzyło się coś niespodziewanego: kozi róg złamał się i został w mojej ręce. Przewróciłam się, nagle tracąc oparcie, róg wypadł mi z ręki, a żołnierz popatrzył na mnie z pogardą.

– Ty głupsza niż koza – powiedział i splunął w moim kierunku. Odwrócił się jednak i odszedł pozostawiając mnie przy życiu.

Wstałam wówczas i uciekłam. Pobiegałam ku gościnnej i przyjaznej chacie Zahiba. Długo nie mogłam dojść do siebie. Pocieszał mnie Wahib, parząc przy okazji ziołowe napoje, które mnie uspokoiły na tyle, że udało mi się usnąć wśród dźwięków dobiegającego zewsząd lamentu.


Ze snu wyrwały mnie krzyki, głośniejsze i zabarwione inną emocją niż te, przy których zasnęłam. Ta emocja to było coś jakby radość. Nie bardzo potrafiłam wyobrazić sobie co w takiej sytuacji może być powodem do radości, wyszłam więc z chaty aby się przekonać. Zobaczyłam ogromne zgromadzanie w miejscu gdzie upadłam. Ruszyłam w tamtym kierunku. Kiedy dotarłam na miejsce, kiedy przedarłam się przez tłum, w którym niektórzy tańczyli, niektórzy śmiali się, a inni płakali ze szczęścia, zobaczyłam leżący na ziemi ułamany róg kozy, a wokół niego mnóstwo pożywienia, które cięgle jeszcze się z niego wysypywało. Czego tam nie było! Jaja, mleko, owoce, warzywa, suszone mięso! Słowem wszystko, co było potrzebne, a nawet jeszcze więcej. Pożywienie, którego róg dostarczał pozwoliło przetrwać nie tylko osadzie, ale i nam, zesłańcom.


– A co było dalej z zesłańcami? – zapytałem zaciekawiony.

– Część z nas osiedliła się tam. Inni, jak ja, zatęsknili za ojczyzną i postanowili wrócić. Przedostawaliśmy się do Libii, do Bejrutu albo do Trypolis, tam znajdowaliśmy statki handlowe płynące do Europy. Mnie w powrocie pomógł Wahib, syn Zahiba, który wybrał się ze mną w długą podróż do Trypolis, pomógł znaleźć okręt, wyposażył na drogę i wrócił dopiero wówczas, kiedy statek zniknął za horyzontem.

– To nie koniec darów – powiedział mi wówczas – za to, że nas ocaliłaś, będę modlił się za ciebie do końca życia. A jeśli kiedyś pojawię się w Europie, spodziewaj się ode mnie darów.


***


Historia opowiedziana przez panią Malinowską zrobiła na mnie takie wrażenie, że musiałem ją sobie na spokojnie przetrawić. Zawsze najlepiej myślało mi się przy spokojnej muzyce, podszedłem więc do półki z moją kolekcją płyt kompaktowych. Wybrałem Popular problems Leonarda Cohena, bo do tego, o czym miałem zamiar rozmyślać wyjątkowo pasował mi pochodzący z tej płyty utwór Almost like the blues. Włączyłem wieżę. W głośnikach rozległ się głos spikera, na antenie wczoraj przeze mnie słuchanej stacji radiowej trwał właśnie serwis informacyjny:

– … do wysadzenia Kremla przyznała się syryjska organizacja _Turath Almaeiz_…


***


1524 słowa


***


#naopowiesci

#zafirewallem

@George_Stark świetne połączenie tematu tej edycji z gatunkiem i wstępem edycji poprzedniej. Muszę pochwalić za sposób prowadzenia narracji i budowanie napięcia, czytało mi się bardzo przyjemnie. Najbardziej podobała mi się początkowa sytuacja w jakiej znalazł się bohater i jego absurdalne rozważania z nią związane. No i ta Syria zamiast Syberii i wysadzenie Kremla też super.

Zaloguj się aby komentować

Wszystkie rodzaje dna


Technicy obecni na miejscu już od jakiegoś uwijali się w pocie czoła, kiedy na scenę wkroczył as miejscowego wydziału kryminalnego, kapitan Plusk. Z grubsza zlustrował wzrokiem pokój w którym znaleziono denata po czym bez zwłoki czujnym spojrzeniem obrzucił zwłoki.


Mężczyzna zdecydowanie nie żył. Co więcej: nie żył już od jakiegoś czasu. Świadczył o tym przede wszystkim wygląd ciała: zsiniałe usta i widoczne plamy opadowe. Plusk był na tyle doświadczonym śledczym, że w tym zakresie nie potrzebował czekać na opinię lekarza. Sam potrafił stwierdzić pewne fakty. Pozwalało mu to nie tracić czasu i rozpoczynać śledztwa natychmiast po przybyciu, co nie pozostawało z kolei bez wpływu na jego wyjątkową skuteczność.


– „Ofiara nie jest w stanie udzielić żadnych użytecznych informacji, wobec czego należy przyjąć metodę dedukcyjną” – skonstatował detektyw. Wrócił do oględzin miejsca zbrodni. Pokój w mieszkaniu położonym na trzecim piętrze bloku na jednym z osiedli Mińska Mazowieckiego nie odbiegałby może aranżem od innych, znajdujących się na wyższym bądź niższym piętrze, a może nawet i w sąsiednim budynku, gdyby nie wiszące na ścianie ogromne łopaty łosia.


– „Ciekawe czy to on, czy może raczej to jego żona?” – pomyślał Plusk przyglądając się porożu. Ta myśl niespodziewanie wybiła go z rytmu. Przypomniał sobie wówczas o własnej, byłej już żonie. Życie Pluska sypało się bowiem wówczas na wszystkich frontach.


***


Wszystko zaczęło się poza domem. Zaczęło się w pracy. Pewnego dnia partner Pluska, jego przyjaciel, a może nawet ktoś więcej, ktoś w rodzaju przyszywanego brata, człowiek z którym od początku ramię wspinali się po szczeblach kariery zawodowej, zaczynając nawet nie od szkoły oficerskiej w Szczytnie, ale już od szkoły podstawowej w Szydłowcu, gdzie wspólnie rozwiązali zagadkę zaginionych dzienników lekcyjnych, oświadczył wchodząc do gabinetu:

– Odchodzę.

– Gdzie? – zapytał Plusk.

– Do konkurencji – powiedział Jerzy Ostrowski, tak bowiem się partner Pluska nazywał.

Plusk o nic więcej nie pytał. Nie próbował nawet zgadywać czy Ostrowskiemu chodzi o CBA, CBŚ, ABW czy może o jakąś jeszcze inną tajną organizację, której akronimu mógł nawet nie znać. Wiedział, że ten etap kariery, który właśnie osiągnął Jerzy objęty jest już tajemnicą. Że na tym etapie nie ma się już przyjaciół i nie mówi się o tym, co w pracy. Zresztą, kiedy człowiek poświęca się takiej służbie, w jego życiu przestaje istnieć cokolwiek innego poza pracą – nie ma się czasu wolnego, nie ma się znajomych. Wszystko staje się tajne. Plusk wiedział też że Jerzy jest człowiekiem ambitnym. Ambitniejszym – jak się okazało – nawet od niego. Komenda Miejsca Policji w Mińsku Mazowieckim była dla Ostrowskiego tylko kolejnym przystankiem na drodze do wielkiej kariery.


A przecież z Pluskiem kiedyś było podobnie. Być może dalej podążałby wraz ze swoim partnerem w górę tymi kuszącymi schodami, które prowadziły do Komendy Głównej Policji, a – kto wie? – może i jeszcze wyżej? Może nawet aż do Ministerstwa Sprawiedliwości? Na drodze stanęła mu jednak kobieta. Kobieta, która najpierw stała się jego dziewczyną, później narzeczoną, następnie żoną, a wszystko to tylko po to, żeby dziś być dla niego byłą żoną i źródłem większości jego utrapień.


Odejście ze służby Ostrowskiego wpłynęło na Pluska bardziej niż mógłby wcześniej przypuszczać. Został mu co prawda przydzielony jakiś szczyl, świeżo po szkole oficerskiej.

– „Czego oni ich tam teraz uczą?!” – zastanawiał się kapitan, kiedy młody nie potrafił rozwiązać najprostszej sprawy, w której należało wykazać się myśleniem wykraczającym choć odrobinę poza zalgorytmizowane metody opisane w policyjnych podręcznikach. Przyzwyczajony do długich i burzliwych dyskusji z Ostrowskim, Plusk musiał nauczyć się nowych metod samodzielnej pracy. Brał wówczas karabin, który przewieszał przez ramię i spacerował po przyległym do budynku komisariatu ogródku, w którym zajadał się papierówkami. Zjadał ich ogromne ilości, a długie spacery, które uprawiał dynamicznym, marszowym krokiem, powodowały obijanie się jabłek w żołądku oficera. Obite w ten sposób owoce fermentowały, co stało się przyczyną alkoholizmu w który popadł Plusk.


Stąd prosta już droga poprowadziła Pluska wprost na dno. Odeszła od niego żona, zabierając przy okazji wszystkie pająki jakie udało im się zgromadzić przez te lata w miarę spokojnego pożycia. Jako oficer policji nie miał przyjaciół poza branżą – nikt w końcu nie ufa policjantom, każdy ma przecież mniejsze bądź większe grzeszki na sumieniu. W pracy Plusk przez swoją przenikliwość i rozliczne sukcesy budził zawiść, więc – chociaż był szanowany – nie udało mu się nawiązać bliższych relacji z żadnym ze współpracowników. Może poza Ostrowskim, który był równie wybitny jak on, ale Ostrowski przecież odszedł ze służby. Plusk na równi zatopił się wówczas tak w pracy, jak i w alkoholu.


***


– Ma pan już jakieś pomysły, kapitanie? – z zamyślenia wyrwało Pluska pytanie zadane przez jednego z techników.

– To Jerzy Ostrowski – odpowiedział Plusk.

– Skąd pan to wie?!

– Przy ciele leży teczka z jego nazwiskiem.


***


– Zdradziła cię dna.

– Chyba zdradziło – oburzył się Jerzy, który zawsze był purystą w sprawach językowych. – Mówi się raczej „to DNA”. Co, swoją drogą, jest jakimś dziwnym uzusem, bo przecież ten skrót oznacza „kwas dezoksyrybonukleinowy”. Kwas, który niewątpliwie jest przecież rodzaju męskiego. Idąc więc tym tokiem myślenia, a więc kierując się logiką, poprawnie powinno się raczej mówić „ten DNA”.

– Ta dna. – z naciskiem powiedział Kapitan Plusk, który obstawał przy swoim zdaniu. Na potwierdzenie swojego stanowiska położył przed podejrzanym znalezioną przy denacie teczkę.

– Moje skierowanie! – wykrzyknął Jerzy. – Ty! Faktycznie gdzieś mi się zapodziało. Szukałem go wszędzie. Byłem ostatnio u lekarza, i wiesz, podejrzewają u mnie dnę moczanową. Kazali mi zrobić jakieś badania. – Jerzy zastanowił się przez chwilę. – I tak, masz racę. W tym przypadku faktycznie należałoby powiedzieć „ta dna”. W każdym razie: dzięki Plusk!

Jerzy wyciągnął rękę w kierunku teczki, ale jego były partner natychmiast odsunął ją poza jego zasięg.

– Wiesz gdzie ją znalazłem? – zapytał.

– Domyślam się. No cóż, Plusk. Tym razem okazałeś się ode mnie sprytniejszy.

Na chwilę w pokoju zapadła cisza, po czym Jerzy kontynuował:

– Ile za to dostanę? Z dobrym papugą to pewnie nie więcej niż piętnastaka? Po siedmiu, może dziewięciu powinienem wyjść za dobre sprawowanie. Termin mam na 2034. To chyba uda mi się zdążyć?


***


963 słowa (według LibreOffice Writer)


***


#zafirewallem

#naopowiesci

@George_Stark Podoba mi się, że Plusk "ma racę". Od razu go sobie wyobraziłam jako kibola.

A tak na poważnie, to wciągnęło! "Że na tym etapie nie ma się już przyjaciół i nie mówi się o tym, co w pracy." - to jest bardzo dobre zdanie, świetnie podsumowałeś znaczenie tego awansu w tak prosty sposób.

@George_Stark bardzo mi miło i się czytało też miło. Szydłowiec, papierówki(powodem alkoholizmu xd) i nawiązanie do łopatowego kolegi z Mińska Mazowieckiego - nawiązania prima sort. Tak w ogóle to tytuł bardzo mi się spodobał. A i jeszcze to końcowe skierowanie. W każdym razie uśmiałem się przy czytaniu.

Zaloguj się aby komentować

No dobrze.


Zszedłem w piątek z poetyckiego Parnasu przekazując obowiązki organizacyjne w innej naszej zabawie, więc niedziela będzie już zupełnie prozaiczna. A będzie prozaiczna z tego względu, że nadszedł czas ażeby podsumować VI edycję konkursu #naopowiesci , która przez ostatnie dwa tygodnie trwała w kawiarence #zafirewallem , a więc konkursu prozatorskiego.


W tym wspomnianym wyżej okresie zajmowaliśmy się obyczajowością kóz, zgodnie z zadaniem, które zaproponowałem we wpisie otwierającym kończącą się właśnie edycję.


Do konkursu przystąpiło pięć osób (w tym jedna rzutem na taśmę) zgłaszając pięć opowiadań (w sumie pięć, czyli każdy po jednym). A oto i (w kolejności chronologicznej) nadesłane prace:


Doktor Koziełło autorstwa @George_Stark ;

Pan Szczepan autorstwa @moll ;

Przepychacze i podgrzewacze autorstwa @Wrzoo ;

Pożeraczka autorstwa @splash545 ;

Opowiadanie bez tytułu autorstwa @KatieWee .


***


Skandalem (ale jakże cieszącym!) jest skala nieposzanowania zasad przez uczestników tej edycji konkursu! Dwa tylko opowiadania spełniły, niewygórowane przecież, wymagania formalne dotyczące objętości napisanej pracy! Były to:


Doktor Koziełło autorstwa @George_Stark –1020 słów;

oraz Pan Szczepan autorstwa @moll – 1462 słowa (o ile dobrze policzyła, bo nie sprawdzałem).


Pozostałe trzy opowiadania (a więc 60% nadesłanch prac, czyli większość) objętościowo znalazły się poza określonymi granicami. I tak:


Przepychacze i podgrzewacze autorstwa @Wrzoo , które składa się z 2010 słów (10 ponad normę);

Pożeraczka autorstwa @splash545 , które składa się z 646 słów (254 słowa poniżej normy);

Opowiadanie bez tytułu autorstwa @KatieWee , które składa się z 709 słów (191 słów poniżej normy).


***


Wobec powyższego, aby docenić nonszalancję i nonkonformizm, w tej edycji postanowiłem nagrodzić autora, który najlekcej sobie poważył zasady i w ten oto sposób zwycięzcą VI edycji konkursu #naopowiesci zostaje @splash545 ! Gratuluję serdecznie!


#podsumowanienaopowiesci

Zaloguj się aby komentować

Podpuszczony (albo zachęcony) przez kolegę @splash545 postanowiłem uprzyjemnić przyszły piątek koledze @CzosnkowySmok . On jeszcze nie wie jak wygląda zakończenie edycji z perspektywy prowadzącego! Z tego miejsca zachęcam również innych do wyjątkowo aktywnego udziału w tej edycji konkursu!


***


Jak smakuje zwycięstwo


Tak to już jest, że gdy otwierać

edycję nam przyjdzie, gdy wiersz wybierać,

do którego przez tydzień będziem rymowali,

to dobrze jest wówczas byśmy narzekali.


Zwycięstwo bowiem to zaszczyt jest miły

lecz i obowiązki się z nim pojawiły:

bo co powinien zrobić zwycięzca?

Pachę, by coś skrobnęła, zachęcać.

Użerać się z tymi, co nie chcą siebie

na podium widzieć – bo wolą na glebie.

Wreszcie, u prowadzonej edycji schyłku,

należy włożyć trochę wysiłku,

a schodzi, zanim się ją podsumuje.

A więc Ci, Smoku, raz jeszcze winszuję!


***


#nasonety

#zafirewallem


I wiersz di proposta

Zaloguj się aby komentować

Ponieważ organizator XXXVIII edycji konkursu #nasonety nie zachował tradycji i nie narzeknął, zrobię to zatem za niego: ale dziś gorąco!


Bo faktycznie, gorąc dziś taki, że widzę tylko dwie możliwości: albo można wyjść na zewnątrz i umrzeć albo można też zostać i pisać wiersze. Wybrałem opcję drugą, niemniej jednak to opcja pierwsza zainspirowała mnie do napisania tego co poniżej. A więc, Panowie i Panie, oto:


***


Ostatnie pożegnanie


Ach, jakżeś kilometry pożerał!

Do setki z minuta – ale od zera.

A ileż to wespół żeśmy się nazwiedzali!

Choć i tak było, żeś wziął i nawalił.


A teraz tu stoisz: progi przegniły;

silnik już z nazwy, bowiem bez siły;

zresztą rozrusznik już cię nie rozkręca –

tak moja miłość umiera chłopięca.


A tu list przyszedł, co o potrzebie

że OC zapłacić muszę za ciebie

donosi. I tak to się zdarza już od lat kilku.


A więc żegnaj mi, mój automobilku!

Bo chociaż podle z decyzją się czuję,

to cóż mogę zrobić? Nic. Cię zezłomuję.


***


#zafirewallem


I wpis z utworem di proposta .

@George_Stark wzruszający. A @CzosnkowySmok za ten brak narzeku czeka kara bo wyjątkowo płodna edycja już jest w tym momencie to będzie miał roboty przy podsumowaniu. Mógłbyś jeszcze mu tam kilka sonetów dołożyć to następnym razem będzie pamiętał, że lepiej dochować tradycji i narzeknąć

Zaloguj się aby komentować

Co róży nie służy


Badyle – nie zgadniesz z jakiego to ziela –

parapet zdobią w kraju Karela

króla, co żeśmy go sobie z czeska nazwali.

Z czeska, bo w tym sonecie będziemy się śmiali.


Aromat miała rozsiewać miły

plan był by od jej piękna oczy łzawiły

lecz gospodyni wiecznie zajęta

przez swe zaniechanie ziele uśmierca.


Cóż z tego, że była w kwaskowej glebie?

Że miała dość światła ku fotosyntezie?

Bez wody nie kwiat to, a kilka kijków.


Dotrwała biedna suchego schyłku,

jedyne co teraz robi to kłuje:

to właśnie róża, co Pacha hoduje.


***


#nasonety

#zafirewallem


I tekst di proposta

Zaloguj się aby komentować

W nawiązaniu do wydarzeń z poprzedniej edycji poniżej publikuję wytwór powstały poprzez wyciągnięcie z tych wydarzeń wniosków:


***


Jak się nie umie pisać, to zawsze się można „zainspirować”


To była nasza ostatnia niedziela…

O Ela! Straciłaś przyjaciela!

Piękni jak okręt pod pełnymi żaglami,

a tak łatwopalni! Tak śmiesznie mali.


Nie odnajdę cię, mój miły!

Choćbym i statkiem-tango do Piły,

płynęła: kamienie. Benzyna w butelkach.

Sytuacja, w której serce klęka.


Teraz nie ma, nie ma ciebie;

dałabym po ślubie siebie.


I co, krakowski smoku-osiłku?

No bo ja sonet ten bez wysiłku

napisałem. I właśnie go publikuję.

Tam, napisałem! Ukradłem! Ale nie, nic nie żałuję!


***


#nasonety

#zafirewallem


No i tekst di proposta

Zaloguj się aby komentować

Drodzy!


Ponieważ dziś już jest piątek, 16-08-2024, zgodnie więc z pkt. 1.1 §1 REGULAMINU XXXVII EDYCJI KONKURSU #nasonety należy obecną, XXXVII edycję konkursu #nasonety zakończyć, co też niniejszym wpisem czynię.


***


Do obecnej, kończącej się właśnie XXXVII edycji konkursu #nasonety zostały zgłoszone następujące wytwory (podaję chronologicznie, wraz z punktacją, uwzględniającą pkt. 2.3 §2 REGULAMINU XXXVII EDYCJI KONKURSU #nasonety ; stan na godzinę 14:11):


wytwór bez tytułu użytkownika @RogerThat – 15 piorunów + 5 piorunów zgodnie z pkt. 2.3 §2 REGULAMINU XXXVII EDYCJI KONKURSU #NASONETY RAZEM 20 PIORUNÓW;


wytwór Poezja to jedyny znieczulacz duszy użytkownika @ErwinoRommelo15 PIORUNÓW;


wytwór Copyright Infringement użytkownika @entropy_12 PIORUNÓW;


wytwór Nowy dokument tekstowy(17) użytkownika @entropy_14 PIORUNÓW;


wytwór Wiersz fatalistyczny użytkownika @moll13 PIORUNÓW;


wytwór Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem użytkownika @George_Stark – 13 piorunów + 5 piorunów zgodnie z pkt. 2.3 §2 REGULAMINU XXXVII EDYCJI KONKURSU #nasonetyRAZEM 18 PIORUNÓW;


wytwór HEJTO CITY użytkownika @Dziwen13 PIORUNÓW;


wytwór Modlitwa użytkownika @splash545 – 16 piorunów + 5 piorunów zgodnie z pkt. 2.3 §2 REGULAMINU XXXVII EDYCJI KONKURSU #nasonetyRAZEM 21 PIORUNÓW;


wytwór To, co cenniejsze od biletu do Ameryki użytkownika @Wrzoo17 PIORUNÓW;


wytwór Do miłości lata użytkownika @UmytaPacha24(!) PIORUNY;


wytwór Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów użytkownika @George_Stark21 PIORUNÓW;


wytwór Z dzieciństwa pamiętam już tylko papierówki użytkownika @Wrzoo14 PIORUNÓW;


wytwór Trochę krótsza podróż maga użytkownika @CzosnkowySmok18 PIORUNÓW;


oraz wytwór Czekając na jesień użytkownika @George_Stark9 PIORUNÓW;


***


Zanim jednak przejdę do ogłoszenia wyników tej, XXXVII edycji konkursu #nasonety , rozdam nagrody niespodzianki, nieuwzględnione w REGULAMINU XXXVII EDYCJI KONKURSU #nasonety :


nagrodę Najlepszego Brygadzisty otrzymuje użytkownik @RogerThat ;


nagrodę Ciemnego Jądra otrzymuje użytkownik @ErwinoRommelo ;


Nagrodę imienia Kamila Ślimaka otrzymuje użytkownik @entropy_ ;


nagrodę Złotego Środka otrzymuje użytkownik @moll ;


nagrodę Za Dodatkowe Zwrotki nie otrzymuje użytkownik @Dziwen , bo to on mnie wkopał w prowadzenie tej edycji, a tak jak cieszy ogrom sonetów, tak nie cieszy mnóstwo pisania w tym podsumowaniu;


nagrodę Za Krótkiego (Sonetu) otrzymuje użytkownik @splash545 ;


nagrodę Papierowego Biletu do Ameryki otrzymuje użytkownik @Wrzoo ;


i wreszcie nagrodę Najlepszego Organizatora XXXVII Edycji Konkursu #nasonety otrzymuje użytkownik @George_Stark .


***


W tym miejscu pora ogłosić kolejną moją organizatorską decyzję, zgodną z pkt. 3.1 §3 REGULAMINU XXXVII EDYCJI KONKURSU #nasonety , tj. nowelizację tego regulaminu.


W związku z tą nowelizacją, pkt. 2.1 §2 REGULAMINU XXXVII EDYCJI KONKURSU #nasonety otrzymuje następujące brzmienie (zmiany wytłuszczono):


2.1 Zwycięzcą XXXVII edycji konkursu #nasonety zostanie Poeta, który nigdy do tej pory nie dostąpił zaszczytu poprowadzenia żadnej edycji konkursu #nasonety , a którego najbardziej piorunowany (bez uwzględnienia piorunów dodatkowych, o których mowa w pkt. 2.2 §2) wytwór osiągnie najwyższą w tej edycji liczbę piorunów.


***


A więc, moi Drodzy, w świetle znowelizowanego REGULAMINU XXXVII EDYCJI KONKURSU #NASONETY ogłaszam wszem i wobec, że zwycięzcą XXXVII edycji konkursu #nasonety zostaje użytkownik @CzosnkowySmok ! Gratuluję!


Wszystkim pozostałym uczestnikom dziękuję. Mam nadzieję, że dobrze się bawiliście, że nikt nie jest niezadowolony ani pokrzywdzony, a niektórzy być może to się nawet ucieszyli.


***


#nasonety #podsumowanienasonety #zafirewallem


***


Aha, nagrodę dodatkową Nie ma za co (chociaż jest) otrzymuje użytkownik @UmytaPacha .

@George_Stark

Stópki Ojcze twe całuję

z serca głębin Ci dziękuję

życzę zdrówka i pieniędzy

i byś nigdy nie żył w nędzy!


@CzosnkowySmok pa jakie mam cygańskie moce że ci zwycięstwo wywróżyłam

cd2f2834-b5de-4827-a69e-8268d7d6bce2

Zaloguj się aby komentować

701 + 1 = 702


Tytuł: Zwyczaj i zbrodnia w społeczności dzikich; Życie seksualne dzikich w północno-zachodniej Melanezji. Miłość, małżeństwo i życie rodzinne u krajowców z Wysp Trobrianda Brytyjskiej Nowej Gwinei.

Autor: Bronisław Malinowski

Kategoria: nauki społeczne

Ocena: 7/10


#bookmeter


Poznawanie obcej kultury przypomina naukę obcego języka; najpierw sama asymilacja i surowe tłumaczenie, pod koniec całkowite oderwanie się od pierwotnego środowiska pomocniczego i kompletne opanowanie nowego.


W wydanym w 1980 roku przez Państwowe Wydawnictwo Naukowe drugim tomie Dzieł autorstwa pana Bronisława Malinowskiego zamieszczone zostały dwie jego prace: Zwyczaj i zbrodnia w społeczności dzikich (1926) oraz Życie seksualne dzikich w północno-zachodniej Melanezji (1929). Dlaczego zapadła decyzja żeby publikować dzieła tego autora w takiej właśnie kolejności, nie mam pojęcia. Faktem jest, że początkowo próbowałem czytać je zgodnie z kolejnością zaproponowaną przez polskiego wydawcę, jednak ogrom odnośników do Argonautów Zachodniego Pacyfiku (1922) szybko sprawił, że najpierw zabrałem się za tę tak często wspominaną pozycję, opublikowaną w ramach tej samej serii jako trzeci tom Dzieł.


Co do zawartości tomu drugiego. Zwyczaj i zbrodnia jest niejako rozwinięciem krytycznego stanowiska, jakie pan Malinowski zajmował wobec metod współczesnej mu antropologii, tym razem jednak nie wywodzącego się z przesłanek teoretycznych ale podpartego badaniami terenowymi, jakie w latach 1914 -1918 (z przerwami) prowadził w rejonie Melanezji. Praca to zwięzła, syntetyczna, bardzo przeglądowa i nie wnikająca głębiej w istotę rzeczy. Przykłady podane są w tej rozprawie w formie czegoś w rodzaju krótkich relacji pokazujących skutki i przyczyny.


Dopiero później, w Życiu seksualnym dzikich przykłady, często powtarzające się względem Zwyczaju i zbrodni zostają osadzone w szerszym kontekście. Autor stara się na podstawie swoich obserwacji terenowych wyciągnąć wnioski i opisać współczesną mu rzeczywistość melanezyjską tym razem spoglądając na nią przez pryzmat płciowości. Nie ma jednak tutaj, o czym sam we wstępie ostrzega, pornograficznych i szczegółowych opisów plemiennych orgii, stosunków panujących w grupowych małżeństwach (w tych przypadkach głównie dlatego, że takowe, z małym wyjątkiem, u badanych ludów nie występują), nie ma też pisanych z literackim zacięciem (tak mi się wydaje, bo nie czytałem) w stylu pani E. L. James (tutaj głównie z powodu tego, że życie płciowe dla Trobriandczyków jest w jakimś stopniu sprawą intymną i nie afiszują się z nim tak bardzo, jak niektórym mogłoby się wydawać).


Co zatem jest w tej książce, skoro ustaliliśmy czego w niej nie ma? Ano jest przegląd funkcji społecznych, jakie w tamtejszym systemie społecznym zajmowały jednostki ze względu na swoją płeć; jest przejście przez całe życie życie człowieka z uwzględnieniem jego seksualności, to jest jej początków, rozwoju, rozkwitu i zaniku; jest opis instytucji społecznej jaka się z ludzką seksualnością mniej lub bardziej wiąże, a jaką jest małżeństwo; jest opis tego małżeństwa, od prowadzących do niego dróg, poprzez jego przebieg aż do rozwiązania – czy to przez śmierć jednego z małżonków, czy przez rozwód; jest opis ciąży i związanej z nią magii; jest opis magii (w tym przypadku magii miłosnej i magii piękności), bo na ówczesnych Trobriandach nie było chyba dziedziny, w której magia nie miałaby swojego udziału; jest wreszcie osadzenie tego wszystkiego w kontekście kulturowym czy folklorystycznym, bo z rodziną w każdej chyba kulturze wiążą się pewne obyczaje.


To polskie wydanie opracowane jest na podstawie trzeciego wydania brytyjskiego, do którego autor napisał specjalny wstęp. W tym wstępie z jednej strony wyraża zadowolenie z ciepłego przyjęcia jego dzieła, z drugiej jednak pisze o zawodzie, który spotkał go w związku z tego dzieła odbiorem. Bo, jak twierdzi, a też jak dowiedziałem się z kilku innych źródeł, najczęściej i najżywiej dyskutowanym faktem przedstawionym w Życiu seksualnym dzikich był ten dotyczący pojęcia ojcostwa. Trobriandczycy wówczas nie zdawali sobie sprawy z biologicznego ojcostwa (kobiety, według ich wierzeń, zachodziły w ciąże za sprawą duchów i mężczyźni byli im do tego prawnie zupełnie niepotrzebni). Wszelkie próby skorygowania ich wiedzy przez obecnych już tam białych (misjonarzy, plantatorów, kupców) spełzały na niczym, miejscowi mieli bowiem swoje argumenty. Argumenty w rodzaju macierzyństwa kobiet tak brzydkich, że spółkowanie z nimi było dla nich czymś niewyobrażalnym („idź spółkuj z nią” było wręcz czymś w rodzaju żartobliwego przekleństwa), czy narodziny dziecka po dłuższej, ponadrocznej na przykład, nieobecności męża.


Przykładów takich lokalnych wierzeń jest w książce mnóstwo i „łowca egzotycznych niezwykłości” z pewnością znajdzie tutaj wiele przyjemności. Z całego tego zbioru obserwacji powstaje jednak zsyntetyzowany przez autora obraz społeczności. Społeczności, w której obowiązują co prawda tabu narzucane przez prawo, tradycję lub zwyczaj, ale które czasami są łamane. Przykładem takiego tabu niech będzie kazirodztwo (w totemicznym ustroju rozumiane jednak dość specyficznie). Oczywiście, w relacjach zdawanych antropologowi przez miejscowych w zamian za laskę tytoniu będą oni opowiadać o tym, jak życie powinno wyglądać – co mówi zwyczaj. Będą o kazirodztwie mówić z odrazą, o ile w ogóle będą o tym chcieli mówić. Będą opowiadać, że karą za ten występek jest lo’u – samobójczy skok z palmy kokosowej. Dopiero dłuższa obserwacja, poznanie miejscowego języka (z jego subtelnościami), a być może też zdobycie w pewien sposób zaufania pozwoli wniknąć w tę sprawę głębiej. Okaże się wówczas, że tabu, w tym to kazirodcze, oczywiście są łamane. W jaki sposób winowajcom udaje się uniknąć konieczności wymierzenia sobie kary? Ano, o złamaniach tabu zwyczajnie nie mówi się głośno. Dopiero kiedy w jakiś sposób wychodzą one na jaw, wtedy nie ma już wyjścia i karę należy sobie wymierzyć. (Znamy to to skądś?) Oczywiście, i od tego jest ucieczka – zamiast skakać z palmy, co niechybnie kończy się śmiercią, można również spożyć powstałą z wydzielin pewnej ryby truciznę. Na tę truciznę istnieje jednak antidotum i zwykle niedoszłemu samobójcy udaje się uratować życie. Razem z jego honorem.


Mimo że ciekawa, ta książka wydała mi się mniej pasjonująca niż Argonauci Zachodniego Pacyfiku. Być może ze względu na tematykę, na jej rozłożystość i skomplikowanie, które nie pozwalało prowadzić prowadzić opowieści tak jasno, jak przy opisie poszczególnych etapów wyprawy zamorskiej. Być może ze względu na narrację, bardziej naukową, a mniej epicką; choć i to dzieło czytało się raczej lekko, a sam autor nie poszczędził gdzieniegdzie delikatnych złośliwości w punktowaniu licznych niekonsekwencji lokalnych wierzeń. Czy obraża to powagę pracy naukowej czy też może uprzyjemnia lekturę, to już pozostawiam do osobistej oceny ewentualnemu czytelnikowi. Mnie się jednak całkiem podobało.


***


A tak zupełnie na marginesie, swój wpis dotyczący Argonautów Zachodniego Pacyfiku zacząłem od wątpliwości dotyczących tego, jak sprawy na wyspach Trobrianda wyglądają dziś. Udało mi się znaleźć (choć jeszcze nie szukałem jakoś specjalnie) film, który pokazuje, że rytualny podział żywności sagali (w tym przypadku po zakończeniu okresu żałoby) praktykowany jest do dziś. Tak samo jak tradycyjne tańce , choć tutaj wydaje mi się, że mogą być one już dziś czymś w rodzaju atrakcji turystycznej. Tak czy inaczej mnie, po lekturze obu książek dotyczących tamtejszej społeczności miło było zobaczyć jak mogło to wyglądać.

16d901ab-7a74-49f1-9f82-0489008a1ec7

Życie seksualne dzikich w północno-zachodniej Melanezji.

w sumie niewiele się zmieniło poza krajami gdzie dzicy gwałcą i popełniają inne zbrodnie. nowoczesna europa przyjmuje z uśmiechem multikulti

Zaloguj się aby komentować

Nic tak nie inspiruje jak krzywda. Wszak najlepsza poezja, jak wiadomo, rodzi się z bólu. W tym przypadku (całe szczęście!) z bólu cudzego :


***


Czekając na jesień


Obsrany Pacha już ma zad

bowiem nadciąga, tak jak kat,

zwycięstwa cień. Nie chcesz by spadł?


Zasady przejrzyste są, niczym mgła

czym wobec nich wola twa?

Do di proposty już szykuj się!


Doceniam mocno to „O nie!

Ten kielich ty ode weź!”

Lecz zaakceptuj – wybierz zen.

(i niech ci nawet nie drgnie brew)


Bo pierunami wybraliśmy,

przybraliśmy w triumfalny róż

Pachę, co do jesiennych liści

tęskni. Spokojnie: jesień jest już tuż tuż.


(tak jak i triumf Twój)


***


#nasonety

#zafirewallem


No i, dl porządku, utwór di proposta

Zaloguj się aby komentować

695 + 1 = 696


Tytuł: Bajki robotów

Autor: Stanisław Lem

Kategoria: fantasy, science fiction

Ocena: 6/10


#bookmeter


Sporządzić mogę wszystko, co mi przyjdzie do głowy – mówił Mikromił – ale znów nie wszystko do niej przychodzi. To ogranicza mnie, jak i ciebie – nie potrafimy bowiem pomyśleć wszystkiego, co jest do pomyślenia […]


Czy jest na sali ktoś, kto Bajek robotów nie czytał, czy też może jestem ostatnim, który zapoznał się z tą pozycją? Bo, wnioskując choćby z niektórych rozmów prowadzonych w czasie ostatniego spotkania Kawiarni „Za Firewallem”, mam czasami wrażenie, że wszyscy tę książkę znają. _„Tak wiele książek, tak mało czasu_” – tym będę usprawiedliwiał to, że zabrałem się za nią dopiero ostatnio.


Ileż to pochwał nasłuchałem się na temat tych króciutkich opowieści autorstwa pana Lema! A jednak do książki podszedłem z ciekawością raczej niż z jakimiś nadziejami. I może dobrze, bo wtedy chyba bym się sparzył.


W Bajkach robotów znajduje się piętnaście historii przedstawionych przez autora w konwencji bajek, z tym, że umiejscowionych w świecie fantastyczno-naukowym. Jeśli już o konwencji, to jedną z rzeczy, która podobała mi się szczególnie była z tą konwencją zabawa. Ogromnie ucieszył mnie zabieg jaki pan Lem zastosował w Przyjacielu Automateusza, kiedy to prowadząc narrację posługiwał się czymś w rodzaju metapoziomu, za pomocą którego na początku opowiadania wprowadził do niego część elementów. Jestem ogromnym fanem takich zabiegów! W ogóle zresztą, w tym zbiorze tym, co wywołało u mnie najmocniejsze wrażenia były szczegóły. Tak jeśli chodzi o słowotwórstwo, nazywanie bohaterów (konstruktor Kreacjusz!), jak i poboczne elementy budujące rzeczywistość (pociągnął łyk z butelki lejdejskiej). Podobała mi się część spostrzeżeń, których zdradzał nie będę, nie chcąc odbierać przyjemności z lektury tym, którzy – być może – gdzieś tam się jeszcze bez znajomości Bajek robotów uchowali.


Nie podobał mi się za to – i to jest coś, co od książek zwykle mnie odrzuca – sposób narracji pana Lema. O ile doceniam te szczegóły, o których pisałem wcześniej, tak – dla mnie – było ich trochę za dużo. Za dużo świetnych, bo takie były, pomysłów upchniętych w krótkiej formie rozwlekało opowieści czyniąc je mało dynamicznymi. I, o ile potrafię taką niedogodność znieść, kiedy w tekście zafascynuje mnie co innego – czy to świat przedstawiony, a kosmos nie jest moją bajką, czy to wyraźni bohaterowie, a w Bajkach, z racji tego, że były bajkami, bohaterów określała jedna cecha – tak tutaj jednak moje osobiste preferencje czytelnicze sprawiły, że niekoniecznie Bajki robotów okazały się być dobrym wyborem. No ale przeczytałem i już nie będę musiał, jak jakiś robot, świecić w towarzystwie oczami.

1c2e6e2a-f950-40f6-a620-eb53bb901532

@George_Stark Bardziej o to mi chodziło, że bardziej zapamiętałem same odczucia niż treść. I do dziś trzymam się twojej konkluzji.

Zostały mi jeszcze dwa opowiadania. Bardzo podoba mi się świat wykreowany, ale zgadzam się, że jest zbyt szczegółowy. Konwencja bajek jest super, świetnie wykorzystany pomysł, opowiadania są różne- lepsze i gorsze, przy czyn gorsze to nadal dobra lektura. Tylko te opisy... jak u Orzeszkowej ^^ dla mnie na razie 7/10

Zaloguj się aby komentować

693 + 1 = 694


Tytuł: Argonauci Zachodniego Pacyfiku. Relacje o poczynaniach i przygodach krajowców z Nowej Gwinei

Autor: Bronisław Malinowski

Kategoria: nauki społeczne

Ocena: 9/10


#bookmeter


Około godziny dziewiątej wszyscy byli już zebrani na wybrzeżu. Słońce, znajdujące się jeszcze po wschodniej stronie nieba, zaczynało doskwierać upałem, choć do zenitu, gdy padające prostopadle promienie stwarzają martwotę tropikalnego południa, kiedy cienie zamiast uplastyczniać i uwydatniać szczegóły, zacierają płaszczyzny, zamazują kształty i pozbawiają je wszelkiego wyrazu – było jeszcze daleko.


Nie wiem jak jest tam dziś, choć mam pewne, mało jednak optymistyczne przypuszczenia, ale jeszcze na początku XX wieku w północno-zachodniej Melanezji rytm miejscowego życia wyznaczał obyczaj nazywany Kula. Polegał on na rytualnej, a więc związanej z obrzędowością stałej wymianie dóbr. Nie były to jednak dobra codziennego użytku. W kula wymieniano skarby! A przynajmniej skarby w miejscowym rozumieniu tego terminu (który, zresztą w miejscowym języku brzmiał vaya’gu). Przedmiotami wymiany były naramienniki ( soulava ) i naszyjniki ( mwali ). Krążyły one w tym obszarze, często pomiędzy wyspami odległymi od siebie o setki mil. Obieg ten charakteryzował się kilkoma osobliwościami. Po pierwsze, naramienniki poruszały się zawsze w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara, naszyjniki zaś w przeciwnym. Po drugie, przedmioty te, uroczyście przekazywane z ręki do ręki, nie stawały się niczyją trwała własnością. Osoba, w której posiadaniu były aktualnie cieszyła się, do czasu przekazania ich dalej, z ich posiadania, a także cieszyła się splendorem, jaki spływał na nią bądź to w związku z posiadaniem okazów wyjątkowych bądź też mniej wyjątkowych, ale za to licznych. Ta wymiana nie następowała z rąk do rąk, określona była przez szereg rytuałów i wspomagana magią. Istotnym jest zaznaczyć, że nie był to handel, w naszym, europejskim (dzisiejszym, ale również pochodzącym z tamtego czasu) rozumieniu. Przedmioty te były przekazywane w formie darów.


Autor, który około dwóch lat spędził wykonując badania terenowe w tamtym rejonie świata raczył opisać miejscowe obyczaje (w wielu różnych dziełach, w każdym skupiając się na spojrzeniu na nie przez jakiś pryzmat – tu, w Argonautach, przez pryzmat wymiany Kula właśnie). Zrobił to w kontraście do ówcześnie panujących trendów w antropologii, przy okazji obalając mnóstwo obowiązujących wówczas twierdzeń (żeby nie napisać „dogmatów”). I choć polemiki, jakie wyprowadza pan Malinowski w swoim dziele są ciekawe, to jednak nie o tym tu chciałem.


Chciałem tutaj o tym, jaki obraz krajowca i jego obyczajów wyłania się z Argonautów. A jest to obraz niezwykle interesujący. Czytelnik dostaje w tej książce krok po kroku pełny opis rytuału, począwszy od budowy i zaklinania czółna, na którym odbędzie się wyprawa po kosztowności, przez drogę do miejsca docelowego, przybycie na miejsce, samą wymianę i wreszcie powrót. Osadza to w szerszym kontekście, w kontekście obyczajów i społecznej organizacji życia plemiennego w badanym obszarze (niestety, nad czym ubolewa w tekście, poddającego się już wówczas zmianom narzucanym, czasami siłowo, przez białych kolonizatorów). A robi to wszystko z literackim zacięciem, w sposób tak malowniczy i obrazowy, że czasami, pod względem językowym, tę naukową, bądź co bądź, monografię czyta się jak pasjonującą powieść. I to jest tylko jej dodatkowa zaleta.


Oczywiście doktor Malinowski nie wyczerpuje tematu. Nie opisuje w szczegółach każdego geograficznego etapu wymiany – po pierwsze był jej świadkiem tylko na stosunkowo krótkim jego wycinku, po drugie procesy te w większości są do siebie zbliżone, po trzecie książka musiałaby mieć wówczas ogromną objętość. Wyraźnie rozgranicza w dziele elementy, których sam był świadkiem, wiadomości zasłyszane od tubylców: pochodzące z mitów czy podań oraz swoje własne wnioski z obserwacji. W tym ostatnim przypadku zawsze chyba podaje też przebieg swojego syntetycznego myślenia, za pomocą którego do tych wniosków doszedł, trzymając się, w przeciwieństwie do wielu mu współczesnych antropologów, faktów, bez próby uzupełnienia ich często wyssanymi z palca – byle pasowały do całości – łatami. W ten sposób nie daje pełnego obrazu podejmowanego zagadnienia, a jedynie to co udało mu się ustalić. Jak choćby w kwestii genezy Kula. Melanezyjczyk, zapytany o to dlaczego robi to co robi (w tym przypadku uczestniczy w Kula) najpewniej odpowiedziałby: „_bo mój ojciec tak robił i mój dziadek też tak robił_”. I w tym właśnie zasadza się istota i wyjątkowość (ponoć do dziś) tego jednego z pionierskich opracowań: przedstawione są w nim fakty. Czasami fakty są takie, że czegoś nie da się ustalić i wówczas, stosując naukowe, a nie literackie czy hochsztaplerskie podejście, należy jasno to stwierdzić i być może podać przyczyny takiego stanu rzeczy. Bo inaczej nie mamy do czynienia z nauką, a raczej z fantazją.


Świetna jest to książka, nie tylko ze względu na swoją wartość naukową, nie tylko ze względu na momentami (nawet dłuższymi) wrażenia literackie, ale przede wszystkim ze względu na podejmowaną tematykę. Na przedstawienie i próbę zrozumienia człowieka, którego postrzeganie świata jest tak odmienne od naszego, że rozpatrywanie tego postrzegania za pomocą naszych wartości prowadzić może nas wyłącznie na manowce. Z pasją czytałem o codziennym życiu Melanezyjczyków, o ich rzeczywistości, w której każda codzienna czynność przeplata się z magią. O rzeczywistości, w której pan Bronisław Malinowski spędził mniej więcej dwa lata i z której w tak kapitalny sposób zdał relację.

64436c20-bf34-4b4d-9c59-a1cf081b5774

Zaloguj się aby komentować

Zainspirowany stworzonym w mojej durnej głowie duetem Stanisław Lem i @Wrzoo , w odpowiedzi do jej ostatniego wytworu publikuję coś takiego:


***


Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów


Ponoć pan Lem powiedział tak

a kontrdowodów do dziś brak,

bo weźmy nasz przykład:

@moll nic tylko obiad,

@Dziwen i jego squad,


czy Katie i jej liczne Anie,

lub @Wrzoo i jej nawodnienie.

Pacha co chce brukselkę jeść,

Aureliusz nasz grudziądzkich scen

i Smok z czosnkowym oddechem.


Na końcu Dżordż co mu się iści

że wieszczem będzie. Próżny trud.

Dołączcie więc młodzi artyści,

idiota znajdzie tu ogrom muz.


***


#nasonety

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować