Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 746wpisy
  • 3813komentarzy

Pamiętacie może od czego zaczęła się nasza zabawa # naczteryrymy? Znalazłem we wspaniałej książce Pegaz dęba taki oto wiersz:


Jeżeli piękna, to bezwzględnie wiosna,

Jeśli zielone, to trawy kobierce,

Jeżeli twórczość, to zawsze radosna,

Jeśli zajęte, to W.C. lub serce.


Pan Tuwim niezmiennie (a wręcz coraz bardziej i bardziej) zachwyca mnie i inspiruje swoją twórczością, i choć ten akurat wiersz nie jest jego autorstwa, napisał go czytelnik Cyrulika Warszawskiego, a pan Tuwim tylko go wyszperał i zarchiwizował, to pozwoliłem sobie wykorzystać pomysł w naszej drugiej zabawie, która odbywa się w kawiarni #zafirewallem , to jest w zabawie #nasonety . Oto co mi z tego wyszło:


Zajęta


Chciałem spróbować, pomimo tego

że na jej palcu, cynicznie błyskając,

obrączka śmiała się, wprost oznajmiając,

że chyba jednak ma męża jakiegoś.


Jakbyśmy przed sobą się złotem bronili -

tak pomyślałem, ku niej zerkając,

swoją obrączkę w kieszeń chowając

dosiadłem się: - Czy mogę pani wieczór umilić?


Wrażenie sprawiała, że niby jest chętna,

że brak jej towarzystwa, rozmowy.


Lecz zrozumiałem, gdy w szale zmysłowym

wspinaliśmy się na prowadzące ku łazience schody:

że nic jednak z tego. Była zajęta.

Zaloguj się aby komentować

Postawa romantyczna w obliczu schyłku romantyzmu


Uderzył w tony pokrzywdzonego

uczucia swoje w rezonans wprawiając,

smyczkiem po strunach duszy ciągając

do bólu aż. Ale nic z tego.


Bo mecenasi kierunki zmienili

od podstaw pracę rozpoczynając,

sztukę do ziemi z niebios ściągając,

serca ku rozumowi zwrócili.


Kto będzie o Mickiewiczu pamiętał?

Norwid, Słowacki złożeni w groby,

i Goethe odszedł, ten Król Olchowy...


Jakże w tym świecie odnaleźć się nowym? -

decyzja, by z życiem się rozstać, podjęta.


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark świetne! A w szczególności spodobały mi się te wersy:

Uderzył w tony pokrzywdzonego

uczucia swoje w rezonans wprawiając,

Zaloguj się aby komentować

No dobrze. Nie śpię, więc szybciutko otwieram kolejną, XLI edycję zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem . Widzę, że nie śpi również koleżanka @UmytaPacha (bo komentuje), więc może się zbierze i coś wreszcie napisze?

Nie przedłużając jednak więcej, przechodzę do konkretów.


Ponieważ w tym roku przypadła dwudziesta rocznica śmierci pana Czesława Miłosza, Senat Rzeczypospolitej Polskiej Uchwałą z dnia 07.09.2023 ( M.P. 2023 poz. 1013 ) zdecydował, że rok 2024 będzie rokiem tego autora. Ja natomiast zdecydowałem, że my również uhonorujemy pana Miłosza i w tej edycji zabawy #nasonety na tapet weźmiemy jeden z jego wierszy. Spod pióra pana Miłosza wyszło mnóstwo fantastycznych utworów, a jednym z bardziej znanych jest niemal sonet, którym to się zajmiemy. A oto i on, nasz tekst di proposta:


Który skrzywdziłeś


Który skrzywdziłeś człowieka prostego

śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,

gromadę błaznów koło siebie mając

na pomieszanie dobrego i złego,


choćby przed tobą wszyscy się kłonili

cnotę i mądrość tobie przypisując,

złote medale na twoją cześć kując,

radzi że jeszcze dzień jeden przeżyli,


nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta.

Możesz go zabić – narodzi się nowy.

Spisane będą czyny i rozmowy.


Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy

i sznur i gałąź pod ciężarem zgięta.


***


Miałem nie przedłużać, więc zasad oceniania nie będę teraz podawał. Na bieżąco dostosuję je do potrzeb, kiedy to będę pisał podsumowanie i wtedy je opublikuję. Jeśli ktoś ma ochotę dołączyć do zabawy, a nie wie o co chodzi, proszę pytać pod którymś z wpisów w tagu. Koleżanka @UmytaPacha chętnie wyjaśni zasady zabawy.


***


I jeszcze, dla chętnych: proszę zwrócić na podobieństwo wymowy zaproponowanego utworu do tekstu autorstwa pana Juliana Tuwima, nieoficjalnego patrona naszej kawiarenki. A mowa o tekście Do generałów.


(Co za czasy w ogóle! – nie mogę znaleźć nigdzie w Internecie tego utworu zamieszczonego po prostu jako wiersz, a nie jako tekst piosenki wykonywanej przez zespół Buldog! A wspomniane wykonanie zespołu Buldog, bardzo zresztą zgrabne, można znaleźć tutaj .)

***


No to chyba tyle.

Weny, owocności w rymowaniu, a przede wszystkim dobrej zabawy! Osądzę Was za tydzień.


***


#diproposta

Zaloguj się aby komentować

No nic, trzynastka okazała się dla mnie pechowa, ale ja nie nawalam. Tak więc to mnie przyszło czynić dziś honory. Czynię je więc z namaszczeniem, ale żeby z chęcią, to jednak nie.


Rymy: kawalerce – noże – widelce – położę

Temat: aktualizacja oprogramowania


Bawcie się wspaniale, a wygrywającego proszę o wykazanie się jutro odpowiedzialnością! Jeśli nie chcecie wygrać, piszcie słabe wiersze – to jest przecież proste!


***


#naczteryrymy

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna


***


Zasady i o co chodzi:


- Musimy ułożyć cztery wersy, lub ich wielokrotność jeśli ktoś ma taką ochotę,

- Op zadaje cztery słowa, które mają być użyte dokładnie w tej kolejności, na końcu kazdego wersu,

- Op zadaje również temat zadania a rymowanka powinna, przynajmniej luźno, nawiązywać do niego,

- Zwycięzcą jest osoba, która kolejnego dnia do godziny 20 zdobędzie najwięcej piorunów.

- !!!Wygrany w nagrodę wymyśla nowe zadanie, czyli temat oraz rymy i publikuje do godz. 21 nowy wpis!!!

- Wpisy lądują w społeczności Kawiarnia "za Firewallem", bo jak nie, to trzeba prosić Owcę o pomoc

Zaloguj się aby komentować

759 + 1 = 760


Tytuł: O perspektywach rozwoju małych miasteczek

Autor: Małgorzata Boryczka

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10


#bookmeter


Równy stukot maszyny do tuli mnie często do snu w pokoju nad kuchnią; matka tuli mnie rzadko.


Ponieważ wiersz Sobota autorstwa pana Andrzeja Bursy jest jednym z moich ulubionych, zabrałem się za książkę O perspektywach rozwoju małych miasteczek. Ale ponieważ wiersz Sobota autorstwa pana Andrzeja Bursy jest jednym z moich ulubionych, zabrałem się za książkę O perspektywach rozwoju małych miasteczek z pewną ostrożnością. Bo – i tak, to jest moje malkontenctwo – nie jestem zbyt optymistycznie nastawiony do współczesnej prozy, a już szczególnie do autorów debiutujących. Kilka razy się sparzyłem, więcej razy odbiłem się od lektury – no nie mam dobrych doświadczeń. Tym razem, oprócz tego, że ta książka to debiut autorki, to jeszcze tytuł w tak wyraźny sposób nawiązuje do twórczości tego wspaniałego poety wyklętego. I tak ta książka leżała u mnie w czytniku od dłuższego czasu, bo trochę się bałem co z tego pomysłu czy eksperymentu mogło wyjść. Tak, przyznaję: do lektury podszedłem nawet nie z obawami, ale wręcz trochę z nastawieniem. Z nastawieniem, że „to się nie uda”.


A jednak się udało. Wydaje mi się, że przede wszystkim dlatego, że oprócz cytatu ze wspomnianego wyżej wiersza i związanej z nim tematyki pani Boryczka (pani! – rok ode mnie młodsza, czyli gówniara!) nie wzięła sobie więcej ani od pana Bursy, ani w ogóle znikądinąd. Jeśli miałbym te jej opowiadania porównać do czegoś, co znam to najprędzej byłby to opowiadania pana Kurta Vonneguta (to w moim systemie wartości literackich ogromny komplement!), a i to przede wszystkim ze względu na umiejętność przedstawienia spraw poważnych w sytuacjach codziennych, na jasność i klarowność przekazu, na umiejętność pięknego operowania językiem w prosty sposób (co nie jest znowu takie łatwe), na niesamowitą intuicję literacką, która objawia się okraszającymi jej prozę świetnymi uwagami i spostrzeżeniami natury ogólnej, które tak uwielbiam. Wyszło to wszystko świetnie!


Tom O perspektywach rozwoju małych miasteczek to czternaście obrazków wyrwanych gdzieś z małego miasteczka (takie było założenie, choć to akurat niekoniecznie się udało – część z tych historii mogłaby się rozgrywać gdzie indziej; z drugiej strony pokazuje to, że problemy „skądinąd” są dość uniwersalne, że są na tyle uniwersalne, że dotykają również mieszkańców małych miasteczek – więc może jednak się udało?), a każdy z tych obrazów to jeden człowiek i fragment jego życia. W każdym z opowiadań narracja jest troszeczkę inna, charakter głównego bohatera trochę się różni – nie ma się wrażenia, że to różne historie klepane przez jedną osobę – a jednocześnie można znaleźć jakiś wspólny dla nich wszystkich obszar. Być może jest to styl autorki? Różnice bywają subtelne, ale są. I są jasno wyczuwalne. Problematyka opowiadań to codzienność małych miasteczek: relacje rodzinne, relacje i pozycja w społeczności, samosądy. Nie wszystkie opowiadania zrozumiałem, nie wszystkie mnie zachwyciły, ale nie było takiego, które by mi się nie podobało bądź uznałbym je za „złe” albo „słabe”.


Z tych, które najbardziej zapadły mi w pamięć to przede wszystkim opowiadające o gwałcie i relacji córki z matką opowiadanie Krzyżówka – ono nie jest mocne przez sam tekst, ale jego siła jest właśnie w tym co się kryje pod opisanym wspólnym wieczorem czy popołudniem. Jak się okazuje, wcale nie trzeba epatować brutalnością i dosłownością (niech przepadnie naturalizm!) żeby wywołać u odbiorcy silną reakcję. Podobała mi się postać, którą pani Boryczka stworzyła w opowiadaniu Surówka, tym bardziej, że autorka jest kobietą i, jak mi się wydaje, nie uległa modzie (czy naciskom) na przedstawianie postaci kobiecych wyłącznie w superlatywach. Bo czasami i złe kobiety przecież się zdarzają. Podobało mi się opowiadanie Karel Gott, które mówi chyba o różnicy pokoleń i o tym, że chociaż „za naszych czasów” było lepiej, to i tak zazdrościmy dzisiejszej młodzieży, choć tak mało ona wie o (naszym) świecie i jak tak w ogóle można żyć. Podobało mi się opowiadanie Źródło o tym jaki wpływ, zasięg i konsekwencje może mieć plotka. I podobało mi się jeszcze kilka innych opowiadań, ale to można je sobie samemu przeczytać i ocenić.

Jeśli o mnie chodzi, to na pewno przeczytam kolejną pozycję w dorobku autorki, książkę Nigdzie i, jeśli zrobi na mnie podobne wrażenie jak O perspektywach rozwoju małych miasteczek to z pewnością nie tylko będę śledził z zainteresowaniem pisarski rozwój autorki, ale i trzymał za tę gówniarę kciuki. Choć trochę z zazdrością.


Sama książka O perspektywach rozwoju małych miasteczek została wydana jako zwycięska praca konkursowa w ramach studiów podyplomowych Szkoła Mistrzów na Wydziale Polonistyki UW. Na końcu tego tomu znajduje się lista pozostałych książek wydanych w serii opowiadaj dalej… wydawnictwa Nisza i, być może, również z nimi warto się zapoznać? Bo, być może, ze współczesną literaturą polską nie jest tak źle, jak uważałem, a tylko ja nie umiem szukać?


EDIT: A, okładka też mi się podoba. Zawsze zapominam o tym napisać!

19f76228-206e-4edd-94b3-90ecb5f437d8

Zaloguj się aby komentować

To jeszcze rzecz historyczno-erotyczno-obyczajowa:


***


O ognistych skutkach płomiennej namiętności


Daj ać, ja pobruszę, a ty idź się gzić!

Myślisz, latawico, że tego nie widzę,

jak na siano do stodoły chadzasz ze sołtysem?

Za jakie to grzechy żonę mam kurwicę?!


Że pomięte na sobie ciągle nosisz giezło?

Że pół wsi przez ciebie jak pielgrzymka przeszło?

Powiedz, czy Helenka to jest moje dziecko?

Urodę ma nie naszą, a jakąś niemiecką.


Że mi rogi sprawiasz, wie już cała wieś

co innego we wianie mogłabyś mi wnieść

jak już przed ślubem daleka byłaś od dziewicy?


Ale i ty coś w zamian dostaniesz ode mnie

a prezent umocowanie będzie miał papieskie

Inkwizycji zgłoszę! Stos dla czarownicy!


***


#nasonety

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Był kiedyś taki kierunek w sztuce, co się turpizm nazywał. – „Czemu by i w nim swoich sił nie spróbować?” – pomyślałem. A oto i efekt:


***


Epitafium własne


Cóż jest piękniejszego niż tak sobie gnić?

Chłodno mi się robi, kiedy to kostnicę

oczami mej martwej wyobraźni widzę.

Czy koniecznie trzeba grób mój wieńczyć krzyżem?


Na ziemi zakończyłem mą wędrówkę ziemską:

w lesie się rozkładało moje martwe cielsko

a tu przyszedł do mnie dzisiaj leśnik ścieżką

no i przerwać musiał moją drzemkę wieczną.


A niechby i nadszedł jakiś lis czy pies,

mech mógłby mnie obróść albo bluszcz opleść,

ale nie, cholera! Pieprzeni leśnicy!


I służby sprowadził na tę mą pustelnię,

i zamiast spokoju sceny mam dantejskie.

Dajcie wy mi spokój! Nie chcę do kostnicy!


***


#nasonety

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna

@George_Stark i od razu mi się skojarzyło z tym

( ͡° ͜ʖ ͡°) :


Czy porzucone ciało rozniosą ptaki, czy pożrą je Morskie psy, jeśli będzie im może oddane na pastwę, jakież to ma znaczenie dla duszy, skoro ona tu już nie przebywa? Ale nawet i wtedy, kiedy między ludźmi przebywa, nie lęka się żadnych gróźb na czas pośmiertny ze strony tych, którym mało jest, że się ich obawia aż po samą śmierć. Nie przestraszą mnie — mówi — ani haki, ani ohydne dla patrzących się rozszarpywanie wyrzuconego gwoli pohańbienia trupa. Nikogo o ostatnią powinność nie proszę, nikomu szczątków moich nie polecam. Sama natura postarała się już o to, by nikt nie został bez pogrzebu. Kogo wyrzuciło na poniewierkę czyjeś okrucieństwo, tego pochowa upływ czasu.


Seneka, Listy moralne do Lucyliusza

To klasykiem tera:


Nie mam nogi - pożarli ją moi współtowarzysze

Jeszcze ich mlaskanie słyszę

Wyszliśmy w góry jeszcze za dni ciepłych

Dopadła nas zima zaskoczonych

Zjedliśmy wszystko co zjeść się dało

Nic nie zostało

Widoki na przyszłość są raczej nieciekawe

Zachciało się nam iść na wyprawę


Hej hej hej, hej hej hej

Inni mają jeszcze gorzej

Hej hej hej, hej hej hej

Inni mają jeszcze gorzej


Zawieja nie ustąpi, jest wręcz coraz większa

Co rusz nasza sytuacja gorsza

Tak losować będziemy kto kogo zje

Czekając, aż ratunek nadejdzie

Los padł na mnie, wtedy się opamiętałem

Zaoponowałem

Towarzysze napierali, w końcu za wygraną dali

Usiedli osowiali

Minął dzień i drugi. My krańcowo bezsilni

Nie mają siły na mnie być źli

W końcu nie wytrzymali i nocy pewnej

Doczołgali do mnie się bliżej

Wyszła na jaw prawda, którą chciałem ukryć

Tej hańby nie da się zmyć

Przestałem o nich myśleć, taką naturę mam

Po prawdzie, swoją nogę zjadłem sam

Zaloguj się aby komentować

Czasy się zmieniają. Kiedyś były gitary i długie włosy, było sex, drugs & rock’n’roll, a później nadeszły szerokie spodnie i łyse łby. Podążając, choć lekko chyba spóźniony, za zmieniającymi się trendami ogłaszam oto mój hip-hopowy manifest:


***


Sleep, coffie, & hip-hop


By się przebudzić kawę muszę pić!

Pieprzę jajecznicę! Herbatą się brzydzę!

Spacer w okolicę? Ja nie jestem gidem!

Człowiek cierpi bidę, kiedy z buta idzie.


Yerba mate, dziecko? Z Paragwaju zielsko?

Raczej będzie ciężko by przez gardło przeszło.

Kumple? Prochy wzięto. To niebezpieczeństwo.

Ja tam widzę cienko nosem budzić cielsko.


MK, Jacobs, Tchibo, albo Nescafe.

gorzkością mi gardło, nos zapachem pieść!

Robusty albo arabiki fani. My, kawoholicy.


Kto kawę pierdzielnie tego nigdy więcej

popołudnia ciężkie nie zamęczą sennie.

I to był explicit.

--------------- My, kawoholicy!


***


#nasonety

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Inwazja mszyc


Żaden jest to pic! To inwazja mszyc!

Nasze okolice atakują mszyce!

Okupują ludzie schrony i piwnice:

atakuje szkorbut, cierpią na gruźlicę.


To z braku witamin nam zadziało się to.

Owocowe sady pochłonęło piekło,

przez uprawy jabłek jak szarańcza przeszło

to owadzie wojsko. Będzie z nami cienko!


I tak apokaliptyczna nam gruchnęła wieść:

w tym sezonie owoców nie będziemy jeść!

Rozwiązać problem próbowali farmaceutycy


i z takim zapałem pracowali dzielnie

że masy krytyczne przekroczyli wszelkie:

bum! – syntezy jądrowej żaden nie obliczył!


***


#nasonety

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Nie mam pojęcia czy ta historia przedstawiona poniżej jest romantyczna, czy wręcz przeciwnie, no ale proszę:


***


BL 98WAK


Kiedyś, jeszcze całkiem niedawno, byłoby jej zdecydowanie łatwiej. Kiedyś, przed 2022 rokiem, kiedy w Polsce obowiązywała jeszcze regionalizacja tablic rejestracyjnych, z dużo większą dozą prawdopodobieństwa mogłaby założyć, że mieszkał w Łomży. A dziś? Dziś mogło być tak, że samochód kupił w Łomży, a mieszkał na przykład w Koninie, Kraśniku albo Jeleniej Górze. Po prostu mógł nie zmienić numerów. A nie wiedziała gdzie mieszkał. Nie zaglądała mu przecież w dowód rejestracyjny.


Poznali się na biwaku. Do Grajwa przyjechała z koleżankami. Były zaraz po maturze i w czasie tych najdłuższych wakacji w życiu zatrudniły się jako obsługa pola namiotowego – Work & Travel na jakie mogą pozwolić sobie córki rodziców będących przedstawicielami augustowskiej klasy średniej. On od początku zwrócił jej uwagę. Był dojrzały, przystojny i wyjątkowy – żeby nie powiedzieć ekscentryczny. To ostatnie przeczuwała od razu, zanim nawet jeszcze zobaczyła jak wygląda.


Pewnego dnia na pole namiotowe wjechał samochód marki Trabant. Auto wyróżniało się. Nie tylko tym, że pojazdy tej marki rzadko już spotykało się na drogach, wyróżniało się nawet pośród innych Trabantów. Było pomalowane na liliowy kolor z zielonymi akcentami motywów roślinnych. Zwracało na siebie uwagę. Przez przednią szybę, od której odbijały się wściekle tego dnia palące promienie słoneczne dojrzała, że w środku jest tylko jedna osoba: mężczyzna, który zajmuje fotel kierowcy. Coś, jakiś wewnętrzny głos, powiedział jej, że warto poznać właściciela tego wehikułu. Czy pociągała ją bardziej jego tajemniczość, czy jego samochód? – tego do dziś nie potrafi stwierdzić. Fakt, że koleżanki czasami śmiały się z niej, mówiły, że jest blacharą. Cóż miała jednak poradzić, że pociągali ją mężczyźni, którzy kierowali nietypowymi samochodami? Poza tym to był Trabant, który z blachą nie miał przecież za wiele wspólnego.


– Ja pójdę – powiedziała do Wioli, która tego dnia pełniła dyżur na recepcji i to jej zadaniem było meldowanie przybyłych na kemping gości, a także pobieranie od nich opłat.

– Jeśli masz ochotę… – odpowiedziała Wiola, której najwyraźniej propozycja Martyny była na rękę i wróciła do piłowania paznokci.


– Michał – przedstawił się mężczyzna, który wysiadł zza kierownicy Trabanta. Zrobił na Martynie jeszcze większe wrażenie niż jego wyjątkowy samochód. Opalona twarz i klatka piersiowa, której bujne, ciemne owłosienie kusiło, wyglądając pomiędzy materiałem rozpiętej do połowy koszuli w ciemnozielone motywy rodem z dżungli. Złoty, szeroki łańcuch na szyi tak wspaniale komponujący się z brązem tej jeszcze szerszej szyi. Wąs, ciemniejszy niż włosy na klatce piersiowej, który wspaniale przyozdabiał uniesioną w uśmiechu ukazującym równe, białe lśniące zęby (czy odbijało się od nich światło słoneczne, czy błyszczały tak same z siebie?) górną wargę. Włosy, zawadiacko spływające na czoło spod słomkowego letniego kapelusza, przewiązanego brązową wstążką i nadające mężczyźnie tajemniczości okulary przeciwsłoneczne w złotej oprawie, spiętej u góry, nad noskiem dodatkową poprzeczką. Całości dopełniały jasne, lniane spodnie i jasnobrązowe mokasyny. Tak, ten mężczyzna wyglądał egzotycznie. Wyglądał nawet lepiej niż jego samochód.

– Martyna – powiedziała Martyna i już miała wypowiedzieć wymaganą przez właściciela kempingu standardową formułę biwakowej recepcjonistki zawierającą serdeczne przywitanie i zachętę do skorzystania z dodatkowych usług i udogodnień dostępnych na miejscu za dodatkową opłatą, kiedy, trochę jakby bez udziału woli, z ust wyrwało się jej: – Ładny samochód.

– Prawda? – odpowiedział Michał. – A Martyna to ładne imię. Chcesz się przejechać?

– A nie chce pan…

– Michał.

– No tak. A nie chcesz najpierw odpocząć po podróży? Zjeść czegoś? Napić się może? Trzeba by też się zameldować. – Martynie przypomniało się, że jest w pracy.

– Nie będzie dla mnie lepszego odpoczynku niż usiąść nad jeziorem z tak piękną kobietą. Tam też możemy coś zjeść i napić się. Wszystko co potrzebne mam ze sobą. – Michał poklepał bagażnik Trabanta. – A formalności możemy załatwić wieczorem. Szkoda marnować takiego pięknego dnia na siedzenie w biurze.


Na kemping wrócili późno w nocy, właściwie już nad ranem. Martyna nie wiedziała, która jest godzina, ale na wschodzie, nad polami horyzont zaczynał już jaśnieć. Pole namiotowe było już spokojne. Z niektórych namiotów dobiegało chrapanie.

– To ja pójdę po książkę meldunkową – powiedziała do Michała.

– Dobrze. Poczekam tu na ciebie. – Michał pocałował jeszcze dziewczynę na odchodne.


Kiedy tylko za Martyną zamknęły się drzwi domku, w którym mieściło się biuro i w którym mieszkała razem z koleżankami spokojny pomruk dwusuwowego silnika zmienił swój charakter. Stał się głośniejszy i bardziej dynamiczny. Dziewczyna wybiegła na zewnątrz, ale ujrzała już tylko znikające za zakrętem czerwone tylne światła samochodu.


Michał – tak się przynajmniej Martynie wydawało, bo w dowód osobisty też nie miała okazji mu zajrzeć – zostawił jej nie tylko wakacyjne wspomnienia, ale, co odkryła po kilku tygodniach, również rozwijającą się w niej żywą pamiątkę tego letniego wieczoru. I gdyby nie ta pamiątka, być może zagryzła by zęby i pogodziła się z tym, że i tym razem również się jej nie udało. Nie udawało się jej już przecież wiele razy. Nie udało jej się z Kamilem, który miał wściekłofioletowe, błyszczące E36, nie udało jej się z Marcinem, który jeździł srebrnym E300 w cabrio, nie udało jej się z Kamilem, który na bokach swojego czarnego Subaru miał wymalowane płomienie. Układało jej się co prawda całkiem nieźle z Robertem, który jeździł czarno-żółtą Corvettą, ale życie – to znaczy wydmuchana uszczelka pod głowicą – zmusiło go do wyjazdu za granicę, gdzie miał zamiar odłożyć na remont silnika i jakoś tak się to wszystko wtedy rozeszło. Tym razem, ze względu na sytuację, postanowiła, że nie odpuści.


Wśród wspomnień Martyny zachował się między innymi numer rejestracyjny Trabanta domniemanego Michała: BL 98WAK. Z tą informacją swoje poszukiwania rozpoczęła na augustowskim posterunku, gdzie opisała dyżurnemu sytuację, w jakiej się znalazła.

– Nie wiem czy bez zgody sądu mógłbym udzielić pani informacji o właścicielu – powiedział policjant – ale taki numeru, jaki pani podała nie istnieje. A tyle to na pewno mogę pani powiedzieć.

Martyna zrobiła wielkie oczy, a usta otworzyła jeszcze szerzej.

– Przykro mi – dodał policjant.


A teraz siedziała w autobusie jadącym do Białegostoku, gdzie miała przesiąść się w kolejny, jadący już do docelowej Łomży. Co miała zrobić? Postąpiła zgodnie z wolą jej wiernych tradycji rodziców, którzy zakomunikowali jej, że dopóki ciąża nie jest jeszcze widoczna Martyna może zostać w domu, ale później ma się wyprowadzić do męża, kimkolwiek by ten mąż nie był, bo oni pod swoim dachem nie będą trzymać panny z dzieckiem. Co powiedzieliby sąsiedzi? Jak tu przyjąć księdza po kolędzie? Ta podróż, te poszukiwania to był odruch rozpaczy, ale to było jedyne, co przyszło jej do głowy. Spróbować przecież nie zaszkodzi.


Kiedy wysiadła na dworcu w Białymstoku udała się do toalety. W czasie podróży zrobiło jej się trochę niedobrze. Czy to z powodu lekkiej choroby lokomocyjnej, czy też ze względu na jej stan – nie wiedziała.

– „Jak nie rzygnę, to się przynajmniej wysikam” – pomyślała. Zostawiła dwa złote w miseczce przed wejściem i zamknęła się w pierwszej wolnej kabinie. Nie zdążyła jeszcze rozpiąć spodni, kiedy przez uchylone okno wraz z chłodnym już, jesiennym wiatrem wpadł tak znajomy, charakterystyczny dźwięk dwusuwowego silnika.

– „Może?” – pomyślała natychmiast i wybiegła z toalety. Wybiegła z dworca. Okrążyła budynek i na parkingu ujrzała tego samego liliowo-zielonego Trabanta. Przez chwilę nie mogła uwierzyć we własne szczęście. Uszczypnęła się nawet w przedramię, ale auto nie zniknęło, dalej stało tam gdzie stało. Coś jednak jej się nie zgadzało. Przez dłuższą chwilę przypatrywała się samochodowi aż w końcu doszła do wniosku co jest nie tak, kiedy jej wzrok spoczął na tablicy rejestracyjnej. BI 98WAK. Martyna podeszła i ukucnęła przed przed przednim zderzakiem samochodu. Na dole, po prawej stronie litery „I” można było odróżnić jaśniejszy pasek, czystszy niż reszta tablicy. Tak, jakby kiedyś było tam coś naklejone.


***


1211 słów.


***


Tak: nie mam pojęcia czy napisana przeze mnie historia jest romantyczna czy też nie, ale jeśli dzieje się coś, co zadziało się we wpisie otwierającym tę edycję, a czego ślady pozostały w tym komentarzu, to aż żal tego nie wykorzystać. Niewykorzystane okazje lubią się przecież mścić, jak to powtarzał pan Dariusz Szpakowski.


#naopowiesci

#zafirewallem

#tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

757 + 1 = 758


Tytuł: Mała apokalipsa

Autor: Tadeusz Konwicki

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 9/10


#bookmeter


Więc odsłoniło się znowu niebo, tak niewinne i czyste jak kiedyś, kiedy było naprawdę niewinne i czyste. Dziś niebo to zasmrodziły rakiety, zadeptali skwapliwi filozofowie w poszukiwaniu prawy, której, być może, nie ma.


22 lipca roku… No właśnie, na skutek przekraczania tudzież nie wykonywania opracowanych planów i związanych z tym manipulacji czasowych – żeby w papierach, a może w przekazie albo w propagandzie(?), wyglądało, że wszystko jest w porządku; wszak władza w końcu nie może się mylić – nie do końca wiadomo którego. W każdym razie 22 lipca czyli kolejna rocznica powstania Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Tylko że akurat ten 22 lipca roku nie wiadomo którego jest wyjątkowy. Jest wyjątkowy jeśli idzie o skalę narodową, do Warszawy przyjeżdża bowiem radziecki wódz (o nieco azjatyckich rysach) ażeby to dołączyć Polskę do Związku Radzieckiego jako wolną, niezawisłą Polską Republikę Radziecką. Ale jest też wyjątkowy jeśli idzie o skalę osobistą, bo do Tadeusza K., narratora tej opowieści, przybywa w osobie dwóch jego kolegów-literatów delegacja opozycji. Składają mu oni propozycję żeby w akcie protestu dokonał o godzinie ósmej wieczorem aktu samospalenia. Tadeusz K. został bowiem wytypowany jako osoba, która najlepiej będzie się do tego nadawać.


Tadeusz K. to człowiek o usposobieniu melancholijnym, depresyjnym wręcz. Jeszcze zanim złożono mu propozycję często zdarzało mu się rozmyślać o śmierci. Otrzymawszy jednak taką propozycję, kiedy to myśli te mają okazję się urzeczywistnić, waha się. Podejmuje jednak działania i, choć niepewny jeszcze swojej decyzji, wybiera się pod wskazany przez delegatów adres gdzie ma zostać zapoznany z częścią techniczną swojego zadania. Ta pierwsza część książki była dla mnie dużo lepszą ilustracją powiedzenia „umieramy samotni” niż Śmierć Iwana Iljicza, która to pozycja podobno ilustruje to hasło wyjątkowo dobrze. Niesamowita była obojętność osób zaangażowanych w organizację mającego nadejść wydarzenia, ich skupienie się na zadaniu z całkowitym pominięciem człowieka, który zadanie miał wykonać.


Później Tadeusz K. spaceruje po Warszawie w towarzystwie Tadzia Skórko, jego wielbiciela, który przy okazji nosi kanister z benzyną mającą być jednym z rekwizytów wieczornego spektaklu. Drugim mają być zapałki. Porządne, szwedzkie. Kupione za dewizy. Tadeusz K. przez cały dzień spotyka rozmaitych ludzi i obserwuje rozmaite sytuacje, a wniosek z tego wszystkiego jest jeden: świat się rozpada. W tym rozpadającym się świecie absurd goni absurd, a ludzie, z wielkimi hasłami na ustach zajęci są głównie swoją wygodą – najlepszy przykład: opozycjoniści, którzy, za zgodą chyba władzy, z opozycyjności uczynili sobie sposób na życie.


To chyba jedna z najgłośniejszych cichych książek. Cichych, bo początkowo wydawanych w podziemnym obiegu. Głośnych, bo ponoć nikt wcześniej przed panem Konwickim nie mówił tak wprost o rzeczywistości. Nie nazywało się wówczas w literaturze (przynajmniej krytycznej) Związku Radzieckiego Związkiem Radzieckim. Ale dla mnie nie tylko w tym tkwi jej siła, choć zdaję sobie sprawę, że przez to prawdopodobnie Mała apokalipsa zdobyła swój rozgłos. Ta książka jest po prostu świetnie napisana. Malowniczy, momentami poetycki język, którym narrator opisuje obserwowaną przez siebie rzeczywistość, obrazowość tego, co kreśli sprawiają wyjątkową przyjemność w czasie czytania. A dodatkowo ta tak wspaniale opisana rzeczywistość zderzona z racjonalno-melancholijnym spojrzeniem na nią, jakim cechuje się ta opowieść powoduje, że czułem przy lekturze Małej apokalipsy to, co niektórzy twierdzą, że czują przy czytaniu Procesu pana Kafki: jakiś rodzaj niepokoju. Ja przy Procesie niczego takiego nie czułem. Może Mała apokalipsa trafia do mnie bardziej dlatego, że, choć równie absurdalna, to jednak ten jej absurd mocniej wrośnięty jest w rzeczywistość jaką znam.

921e555b-a63c-419c-b5a9-71482c512595

Zaloguj się aby komentować

756 + 1 = 757


Tytuł: Człowiek, który znał mowę węży

Autor: Andrus Kivirähk

Kategoria: fantasy, science fiction

Ocena: 8/10


#bookmeter


Żmije nie mieszały się w nieswoje sprawy, jak długo nie wchodziło im się w drogę. Uważały, że każdy, jeśli ma takie życzenie, ma prawo żyć tak głupio, jak tego pragnie.


Ponownie, w niedługim odstępie czasowym, zrobiłem sobie wycieczkę do Estonii w towarzystwie pana Andrusa Kivirähka. I ponownie była to ogromna przyjemność, choć ta Estonia z jednej strony była inna niż Listopadowych porzeczkach, to z drugiej tak bardzo była podobna.


Człowiek, który znał mowę węży nie wydaje się w żaden sposób, może poza osobą autora, związany z Listopadowymi porzeczkami. A jednak teraz, kiedy piszę te słowa, przychodzi mi do głowy, że można doszukiwać się – trochę na siłę – jakiegoś ciągu logiczno-historycznego między tymi dwoma utworami. Bo ile późniejsze Listopadowe porzeczki opowiadają o życiu w estońskiej wsi a „antagonistą” jest dwór, tak wcześniejszy Człowiek, który znał mowę węży opowiada o życiu w lesie, a „antagonistą” jest wieś. Człowiek, który znał mowę węży opowiada z jednej strony o postępie, przyniesionym z zewnątrz, a z drugiej strony o tradycji i przywiązaniu do niej, którą ten przyniesiony z zewnątrz postęp wypiera. Albo zabija czy niszczy. I opowiada chyba też o tym, że obojętnie jakich wartości człowiek sobie w życiu nie wybierze, to schematy jego zachowań i tak pozostaną takie same, choć mogą wynikać z innych przyczyn.


Świetne jest zestawienie wiejskiego sołtysa (pastora?) Johannesa z leśnym szamanem Ulgäsem. Bezkrytyczny zachwyt tego pierwszego nad wszystkim co nowe i przyniesione „zza morza”, albo w ogóle ze świętego miasta Rzymu, jego chęć naśladowania i wiara (albo nadzieja), że pracą i poświęceniem uda się dogonić ludy postępowe kontra wiara w leśne duchy tego drugiego (albo jego cynizm, bo nawet po zakończonej lekturze nie do końca wiem co o tej postaci sądzić; ale to dobrze, ja to poczytuję za plus) zostały wyśmienicie przedstawione jako coś w rodzaju kolejnych stadiów ewolucji społecznej. Fantastyczne jest przedstawienie tego, jak szybko można w zachwycie nad nowością zapomnieć o swoich korzeniach, co uosabia Peetrus (wcześniej Pärt) – „_Zostałem ochrzczony i od teraz jestem Peetrus. Bóg nie lubi tych, którzy noszą imię Pärt. Ale Peetrusów kocha i gdy go o coś poproszę, to mi to da._” No i właśnie, jeszcze przy tym ostatnim cytacie – kapitalne przedstawienie „chłopskiego rozumu” mieszkańców wsi i takie jakieś swojskie rozumienie nowoprzyniesionej religii, w czym zresztą (to już mój domysł) przybywający z nią „misjonarze” musieli mieć swój udział. Bo przecież żeby zdobyć nowych wyznawców trzeba ich czymś skusić. A że ludzie to nieświatli, tacy, którzy dopiero co (i to dosłownie) wyszli z lasu, to i swój, jak byśmy dziś powiedzieli: marketing musieli dostosować do, jak byśmy dziś powiedzieli: targetu.


To, co opisałem wyżej, to oczywiście nie wszystko co w tej wciągającej powieści (wciągnąłem za jednym posiedzeniem) można znaleźć, ale to rzeczy które szczególnie z niej zapamiętałem. I zapamiętałem z niej jeszcze osadzenie tych wszystkich problemów – do czego pan Kivirähk już w Listopadowych porzeczkach mnie przyzwyczaił i czym rozpieścił – w fantastycznym świecie. Tym razem nie ma w nim magii, jak przy tworzeniu kratów. Jest za to coś w rodzaju druidyzmu, bo to siły natury, nie ujarzmione przez człowieka, ale przez tego człowieka poznane, pozwalają mu funkcjonować w lesie i żyć w zgodzie z przyrodą. Przyjaźń ze żmijami, niedźwiedzie łase na ludzkie kobiety, udomowione wilki – to wszystko oferuje ten wspaniały, barwny, opisany przez pana Kivirähka w Człowieku, który znał mowę węży świat.


W tym wydaniu, które czytałem, na końcu zamieszczone jest jeszcze posłowie napisane przez tłumacza, panią Annę Michalczuk-Podlecki. W nim jest kilka informacji o tym czym ta powieść jest (albo czym może być), ale najciekawszą dla mnie rzeczą była informacja o tym, jak pani podeszła do przekładu. Otóż okazało się, że starała się unikać w wypowiedziach mieszkańców lasu słów pochodzenia łacińskiego. Ciekawy pomysł na zwiększenie wiarygodności tekstu i fantastyczne (chyba) wyzwanie, jakie postawiła sobie w czasie pracy.

edb1e129-d04b-403d-83fc-ceb5b42071b3

Zaloguj się aby komentować

co jest k⁎⁎wa, nic nie działa

bij na alarm moja służka

bijesz mocno aż ci chwałą

oto jest dla ciebie gruszka


jednak chyba dałaś ciała

niekt nie jedzie, pusta dróżka

całą noc syrena grała

nic nie dali, pusta puszka


dwie rymowanki, nie powtarzałem rymów, bo jak to tak, dalem bardzo podobne

Budzik na 4:45


W Gdańskim porcie grzmią działa

obudzony wcześniej, zanim zrobi to służka

na Westerplatte wykuwa się wieczna chwała

szkoła odwołana, z tornistra wyjęta już gruszka

Zaloguj się aby komentować

748 + 1 = 749


Tytuł: Starość aksolotla. Hardware dreams

Autor: Jacek Dukaj

Kategoria: fantasy, science fiction

Ocena: 4/10


#bookmeter


Wódeczki jeszcze?

A poproszę.

Stalowe paluchy z chirurgiczną precyzją obejmują delikatne szkło. Są do tego specjalne programy wspomagające motorykę, do picia wódki. Oczywiście nie piją wódki, te trunki to atrapy. Niczego nie piją, niczego nie jedzą, ćwierćtonowe mechy w barze Chūō Akachōchin, mogę tylko odgrywać te gesty życia, z mozołem powtarzać przyzwyczajenia przebrzmiałej biologii.


Przez Ziemię przetoczyła się śmiercionośna fala. Czy był to skutek wyrzutu neutronów przez jakąś gwiazdę, czy było to atak (kto atakował?) – tego nie wiadomo. Wiadomo na to, że fala przesuwa się ze wschodu na zachód. Względem Ziemi. Bo można też przyjąć, że stoi w miejscu, a to Ziemia, obracając się, przesuwa swoją powierzchnię względem nieruchomej bariery, która zabija wszelkie życie. Wszelkie. To znaczy w tej książce nie ginie tylko ludzkość, jak w niektórych innych z gatunku postapo, które z większą bądź mniejszą (choć raczej mniejszą) przyjemnością zdarzało mi się czytać. Giną również zwierzęta, giną rośliny, bakterie. Ginie życie biologiczne – czy jest jakieś inne?


To właśnie to pytanie jest jednym z problemów stawianych przez autora w Starości aksolotla. Bo niektórym udaje się „przeżyć” – a może bardziej „przetrwać”? – poprzez zmapowanie swoich mózgów za pomocą prototypowego urządzenia, przygotowanego z myślą o graczach. Tylko tak: po pierwsze to nikt nie wie na ile te mapy mózgów, ta przeniesiona świadomość, jest skopiowana dokładnie. No i po drugie, czy taki plik (który można skopiować, wykasować, albo modyfikować – w tym przypadku za pomocą malware zwanego Zarazą) zainstalowany w jakimś sprzęcie wchodzącym w skład Internetu Rzeczy albo w humanoidalnym (lub niehumanoidalnym) robocie to dalej jest życie? Bez zmysłów, bez snu. Bez biologii.


Książka przedstawia świat na chwilę przed Zagładą (tak nazywane jest to zdarzenie w książce) i to jest ciekawe – szczególnie prezentacja rozmaitych zachowań ludzi w obliczu nieuniknionego. To jest faktycznie wypunktowane interesująco, ale pan Dukaj prześlizgnął się tylko po temacie. Chętnie przeczytałbym coś (byle było dobrze napisane), gdzie byłyby zaprezentowane właśnie rozmaite postawy na kilka godzin przed pewną zagładą.


Później są kolejne części, logarytmicznie przesunięte w czasie, a więc obejmujące okres tysiąca, dziesięciu tysięcy i stu tysięcy dni po Zagładzie. W tych punktach autor przedstawia jak ci, którzy „przetrwali”, przystosowują się do nowego świata. I ta początkowa część, ta związana z tęsknotą za biologiczną powłoką (tutaj pozwolę sobie przypomnieć opowiadanie kolegi @splash545 w naszej zabawie #naopowiesci ), zachowania będące skutkiem przyzwyczajenia do posiadania ciała, sprawiła mi trochę przyjemności i skłoniła do przemyśleń. Ale później już – z mojej perspektywy – było tylko gorzej.


Wydaje mi się, że w zbyt małej objętości autor chciał zmieścić zbyt dużo. Ogrom rozmaitych koalicji, które tworzą się po katastrofie, które wchodzą ze sobą w alianse ale też konflikty, które rywalizują o zasoby – bo przecież jeśli nie musimy już walczyć o żywność czy bogactwo, to robotom potrzebny jest prąd elektryczny a także możliwość magazynowania danych – jest przedstawiony bardzo skrótowo. O ile dobrym i realistycznym pomysłem wydaje mi się podzielenie „nowego świata” na tyle frakcji, o tyle nie ma w tej książce miejsca na to, żeby się ten geopolityczny wątek rozpędził. Dla mnie w tym temacie to było skakanie od jednej grupy do drugiej. Ot, wymienianie ich po kolei. Z bardziej zajmujących rzeczy wymieniłbym jeszcze skutki ekologiczne zniknięcia z powierzchni Ziemi życia, choć to też zostało tylko wspomnianie.


W ogóle im dalej w las tym dla mnie było mniej ciekawie – „bez serc, bez ducha, to robotów ludy”, chciałoby się wręcz powiedzieć. Ale to może dlatego, że nie jestem fanem sf (a hard sf to już w ogóle) i jest to wynik moich osobistych preferencji. A może dlatego, że później wszystko w tej powieści było tak mało plastyczne a bardzo techniczne? Albo za mało ludzkie? Problemy i aspiracje globalne zdominowały tak narrację jak i zdeterminowały działania bohaterów. Mało w tym wszystkim było człowieka. I nawet jeśli był to celowy zabieg autora, coś co chciał pokazać – a tak mi się wydaje – to mimo że z wnioskami się zgadzam, tak sposób ich przedstawienia i doprowadznia do nich zupełnie do mnie nie trafił.


***


EDIT: Jeszcze jeden zarzut do autora. Panu Dukajowi zdarzyło się zapomnieć, że w takim świecie nie byłoby komarów, co ja uważam za jego zdecydowany plus, bo książkę czytałem wieczorem w pobliżu rzeki.


No i jeszcze jedna rzecz, którą tej lekturze zaliczam z osobistych powodów na plus: zawsze myślałem, że to zwierzę nazywa się "aksolot". A tu jeszcze jedno "l", jak larwa, na końcu jest mu potrzebne, jak się okazuje.

ff58e5b2-8e6c-430c-9ef8-d0ea3006518f

Zaloguj się aby komentować

747 + 1 = 748


Tytuł: Imperium. Jak Wielka Brytania zbudowała nowoczesny świat

Autor: Niall Ferguson

Kategoria: historia

Ocena: 8/10


#bookmeter

\

Takie nieprawdopodobne opowieści utwierdzały łatwowiernych ludzi w kraju w przekonaniu, że powstanie było walką między dobrem a złem, białymi a czarnymi, chrześcijanami a poganami. I jeśli klęskę powstania próbowano interpretować jako przejaw boskiego gniewu, to ukazała ona tylko, że nawrócenie Indii rozpoczęło się za późno, aby mogło to się spodobać Bogu.


To była dla mnie książka z gatunku „nie tego wprawdzie szukałem, ale jest na tyle ciekawie, że szkoda byłoby jej nie skończyć”. Bo faktycznie, szukałem pozycji, która opowie mi o codziennym życiu w koloniach brytyjskich (szczególnie na Zachodnim Pacyfiku) na początku XX wieku. Jasne, nie spodziewałem się, że cały ten tom będzie o tym, aż tak to nawet mnie nieczęsto zdarza się pomylić. Liczyłem jednak, że choć jakieś fragmenty uda mi się na ten interesujący mnie temat znaleźć.


Hańba. Wstyd. Kompromitacja. To tyle, jeśli chodzi o mnie. A właściwie nie o mnie całego, ale o moją ignorancję. Bo owszem, zdawałem sobie sprawę, że Wielka Brytania była kiedyś potęgą kolonialną, ale nie wiedziałem, że aż do tego stopnia. Że jedna czwarta mapy świata była kiedyś pomalowana imperialną czerwienią, jak to z upodobaniem przez całą książkę pan Ferguson powtarzał. No ale przeczytałem i teraz już wiem.


Wiem nawet trochę więcej. Dowiedziałem się bowiem z tej lektury również wielu innych rzeczy. I tak, zachowując porządek zaproponowany przez autora, dowiedziałem się dlaczego to właśnie Wielka Brytania, która do wyścigu kolonialnego przystąpiła dość późno, stała się z upływem czasu tego wyścigu liderem. Dowiedziałem się o sposobach jakimi tworzące się Imperium zdobywało nowe ziemie i o sposobach jakimi te ziemie utrzymywało. I o tym, że sposoby te w różnych częściach świata były pod pewnymi względami różne. Dowiedziałem się o problemach, jakie Brytyjczycy napotykali w rozmaitych częściach podległego sobie świata i sposobach którymi próbowali sobie – skutecznie bądź mniej skutecznie – z nimi radzić. Poznałem mnóstwo postaci, które w mniejszym bądź większym stopniu wpłynęły na kształt i kierunek brytyjskiego imperium. Dowiedziałem się jak „doktryny” i cele były adaptowane zależnie od napotykanych okoliczności i jak elastyczna momentami była imperialna postawa i moralność. I dowiedziałem się o tym dlaczego i jak imperium „upadło”. Oraz o tym, że – z perspektywy – ten „upadek” to była najsłuszniejsza i najwłaściwsza wówczas droga.


Dowiedziałem się też, ale to już po zakończonej lekturze, dlaczego sporo jednak czasu zdecydowałem się poświęcić na czytanie książki, w której – już na początku – wiedziałem, że nie znajdę tego, czego szukam. To chyba przede wszystkim zasługa sposobu, w jaki pan Ferguson opowiedział mi tę historię Imperium Brytyjskiego. Płynna, interesująca narracja, zgrabnie przechodząca z perspektywy globalnej – od opisów warunków ekonomicznych i stosunków pomiędzy ówczesnymi mocarstwami kolonialnymi – do perspektywy lokalnej – przedstawienia i analizy wydarzeń z życia pojedynczych ludzi, którzy tę historię tworzyli: ich celów, motywacji, sukcesów i porażek. I tak się zastanawiam: dlaczego podręczniki historii nie są (a przynajmniej „za moich czasów” nie były) pisane w taki sposób jak Imperium – z jednej strony kompleksowo, pokazując liczne i skomplikowane powiązania pomiędzy poszczególnymi obszarami życia społecznego, a z drugiej po prostu ciekawie. Może było to celowe? Może było już wiadomo, że potrzeba nam mniej historyków, a więcej inżynierów i był to sprytny sposób Imperium Polskiego na zniechęcenie młodzieży do zainteresowania się tą dziedziną wiedzy?


A tak zupełnie serio, to po lekturze Imperium, z którego dowiedziałem się ogromnie wiele i moja ignorancja wydaje się jakby ciut mniejsza, pozostały mi dwa pytania. Być może ktoś z szanownych użytkowników tagu będzie w stanie mi choć na jedno z nich odpowiedzieć?

1. Czy po tej książce warto brać się jeszcze za Brzemię białego człowieka pana Kazimierza Dziewanowskiego? Czy ktoś czytał obie i mógłby je porównać?

2. Czy ktoś znam może jakąś pozycję, która opisywałaby życie Brytyjczyków w koloniach na Zachodnim Pacyfiku na początku XX wieku?


EDIT: A, no i okładka ładna. Taka imperialna.

b46161d0-c06b-4b7e-bd76-d1f88cd7fad5

Zaloguj się aby komentować

746 + 1 = 747


Tytuł: Opowieść o dwóch miastach

Autor: Charles Dickens

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 9/10


#bookmeter


Muszkieterowie plądrowali w St. Giles, szukając bandytów, a tłum strzelał do muszkieterów, zaś muszkieterowie strzelali do tłumu, i nikomu nie przyszło na myśl że jest w tych zdarzeniach coś niepokojącego.


To może być rodzaj jakiejś (lekkiej – przynajmniej taką mam nadzieję) perwersji, ale uwielbiam te kobyły ogromne, te tomiszcza opasłe, te długie i nudne dziewiętnastowieczne powieści. Uwielbiam ten staroczesny, jak mawia – on akurat o sobie, ale dlaczego nie poszerzyć znaczenia tego (o ironio!) neologizmu i nie objąć nim również literatury? – pan Marek Niedźwiedzki, styl narracji. Uwielbiam te przerysowane dialogi i interakcje między postaciami, odznaczające się przesadą i jakąś wręcz teatralnością. Uwielbiam te barwne porównania i przydługie opisy, a także te przydługie, barwne opisy porównawcze, jak choćby, akurat w przypadku Opowieści o dwóch miastach, kilkustronicowy opis wina, które rozlało się z pękniętej beczki, a które w wizji autora miało być zapowiedzią nadchodzącego rozlewu krwi w czasie Rewolucji Francuskiej. Rewolucji Francuskiej, w czasie której wielu straciło głowy na rzecz tego, żeby głową państwa został lud. W ten sposób powstała Republika Wolności, Braterstwa i Równości lub Śmierci, którą pan Dickens opisał z błyskotliwą uszczypliwością, którą nota bene, również uwielbiam.


Ale dostało się nie tylko Francji. W tej powieści historycznej, drugiej, po Barnabie Rudge, w dorobku autora dostaje się również i Anglii końca XVIII wieku – w powieści zawarty jest szeroki i o dużej rozpiętości katalog występków, za który karano tam i wówczas śmiercią. To wszystko jednak o czym pisałem do tej pory to jedynie szczegóły, dodatki do opowieści, która przecież jest istotą tej pozycji.


A opowieści tworzone przez wielkich tamtych czasów, to trzeba im przyznać, mają rozmach (to zresztą w nich również uwielbiam!). Nie będę tutaj pisał o samej historii – nie chcę spoilerować, poza tym można to sobie znaleźć na Wikipedii , ale napiszę o motywach, które w Opowieści o dwóch miastach są obecne. I to obecne silnie, a –mało tego! – wyeksploatowane w sposób fantastyczny. Mamy w tej powieści i miłość (jakże by inaczej?) i poświęcenie (dla miłości – jakże by inaczej?) i mamy śmierć, i mamy też zemstę. To właśnie zemsta wydaje mi się motywem głównym całej historii, choć pojawia się dość późno (przynajmniej ta, o której piszę, bo zemst jest tutaj więcej – jak choćby zemsta powzięta prze lud Francji na tego ludu wrogach). Ta zemsta jest pokazana nie tylko w sposób fantastyczny, stawiający samego mszczącego się w sytuacji nie dość że niekomfortowej, to i dość zaskakującej. Niech się schowa pan Dumas ze swoim Edmundem Dantesem! – ja wiem, to stwierdzenie odważne i kontrowersyjne być może, ale nigdy nie ukrywałem, że, jeśli chodzi o ligę francuską, to jestem chuliganem z obozu pana Hugo i z panem Dumasem mam – no nie ma co ukrywać – jednak kosę.


Czytałem wydanie opublikowane przez Wydawnictwo Psychoskok (dokładnie to z tą okładką ilustrującą wpis) i wspaniałe jest w nim to, że zostało opracowane na podstawie pierwszego polskiego (anonimowego) przekładu (nie mam pojęcia, czy istnieje jakiś innym) z roku 1936 opublikowanego wówczas nakładem Wydawnictwa J. Przeworskiego. Chwała Psychoskokowi (choć pewnie podyktowane to było raczej względami ekonomicznymi niż literacko-ideowymi) za to, że nie wpadli na pomysł uwspółcześnienia tego tekstu! Obcowanie z tym pięknym, archaicznym, przedwojennym językiem polskim (bronzowy, paznogcie, nie mówiąc już o składni i długich, melodyjnych, pięknie złożonych zdaniach) naprawdę sprawiło mi już od pierwszych stron mnóstwo frajdy. Bo to też jest coś, co w tych długich, nudnych dziewiętnastowiecznych powieściach uwielbiam.


Na koniec jeszcze ciekawostka. Największym książkowym bestsellerem jest biblia. Szacuje się, że sprzedała się w ponad pięciu miliardach egzemplarzy. Szacuje się, bo – z różnych przyczyn – nie da się ustalić konkretnej liczby. Wysoko jest również koran (~ 800 milionów) a także Czerwona książeczka Mao Tse-tunga (wg różnych źródeł pomiędzy 800 milionów a 6,5 miliarda). Pomijając jednak teksty religijne i polityczne to właśnie Opowieść o dwóch miastach przedstawiana jest jako najlepiej sprzedająca się książka wszech czasów – źródła podają 200 milionów kopii. Ogromnie się cieszę, że mogłem (o ile przeczytanie na Legimi wlicza się do statystyk) dodać do tej liczby i swój wkład. Bo zdecydowanie było warto.

7dfc4642-891b-4eb9-9cc4-7d2cf7632e06

Uwielbiam te przerysowane dialogi i interakcje między postaciami, odznaczające się przesadą i jakąś wręcz teatralnością. Uwielbiam te barwne porównania i przydługie opisy, a także te przydługie, barwne opisy porównawcze


To przykre, ale nie martw się, każdy ma jakieś psychiczne skrzywienia xD


Ja też probowalem to przeczytać jak się właśnie dowiedziałem o popularności tej książki, ale odbiłem się po 50 stronach

Zaloguj się aby komentować

Sześć:


***


Syreny


Nic pan nie może, panie armatorze.

Bo od działania istoty nadprzyrodzonej

statek, niestety, jest nieubezpieczony.

Jeśli pan życzy, to OWU przedłożę.


Tak, gdyby na mieliznę był okręt zniesiony

mielibyśmy prawne ku temu podłoże

ażeby sumę wypłacić co skorzej.

Należy fakt przyjąć jednostki straconej.


I pocieszenia w murach kościołów

a później w tawernach, w pijackim znoju,

armator szukał. A słabł na rozumie.


Ubezpieczyciel zaś, posłyszawszy syrenie pieśni

kolejne zadanie im pobiegł obwieścić:

– Bo tam jeszcze jeden stoi na cumie.


***


#nasonety

#zafirewallem


No i sonet di proposta

Zaloguj się aby komentować

Piąty proszę:


***


Syrenka


W moim garażu, albo też „norze” –

jak pada z ust małżonki wkurzonej –

ostatni projekt mam już ukończony,

choć trudno było mi zgryźć ten orzech.


Tak było wcześniej, że dowożony

nad brzeg na prom czekałem w pokorze.

A teraz nie straszne mi nawet i morze! –

to dzięki śrubie w tył przykręconej.


Moją Syreną, jak Krzysztof Kolumb,

mogę wypłynąć, ale nie że „to łódź”;

bo mam amfibię – powód ku dumie!


Rozglądam się teraz pośród rupieci

aż nagle – jakby mnie ktoś oświecił –

że „jak dodać jej skrzydła, to może pofrunie?”


***


#nasonety

#zafirewallem


No i wpis z utworem di proposta

Zaloguj się aby komentować

No to jeszcze jeden:


***


Syrenka


Tak uradziliśmy z naszym farorzem,

że tej przy Wiśle kobiety z ogonem

biust ma natychmiast być zasłoniony!

Bo od golizny – uchowaj nas, Boże.


A konserwator zabytków wzburzony

brak zgody na nasze działania orzekł

i coś tam bąknął o prokuratorze

i że to symbol tradycji jest. Czy obrony?


– Proboszczu! Synod czym prędzej ty zwołuj!

Nie będą tutaj czcić nam chochołów

ni cycka kłaść nam na naszej dumie!


I konserwator ze stołka leci

chociaż wciąż jeszcze krzyczy że „sprzeciw!”.

No ale Syrenkę mamy w kostiumie.


***


#nasonety

#zafirewallem


I sonet di proposta

Zaloguj się aby komentować

Wielkości produkcji sonetów na poziomie założeń FSO z roku 1953 dotyczących produkcji Syreny raczej nie osiągnę, ale choć tę końcóweczkę, czyli trzy sztuki, to opublikować mi się udało:


***


Syrena


A na Żeraniu, tam za Żoliborzem,

w dzielnicy silnie uprzemysłowionej,

projekt najnowszy został wdrożony.

W ruch poszły frezy i tokarskie noże.


A plan przyjęty był przekroczony:

bo trzy tysiące sztuk – no, cztery, być może –

rocznej produkcji i miało być dobrze.

Hej, przodownicy! W podzięce – ukłony!


To dwusuw – więc razem z olejem pospołu

benzynę spalał, i napęd dalej, wałem ku kołu… –

ach, całe dwadzieścia dwa kunie!


A wczoraj widziałem model sto trzeci

jak na złomowisko, czyli do śmieci,

gnał. Przy śpiewie klaksonu, przy wiatru szumie.


***


#nasonety

#zafirewallem


Wiersz di proposta

Zaloguj się aby komentować