Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 746wpisy
  • 3813komentarzy

808 + 1 = 809


Tytuł: Książę

Autor: Niccolò Machiavelli

Kategoria: filozofia, etyka

Ocena: 7/10


#bookmeter


Ktoby zawżdy i wszędzie tylko dobrych uczynków był zwolennikiem, ten wśród mnóstwa złych ludzi musi upaść.


To jest jedna z tych książek, których nigdy bym pewnie nie przeczytał, choć zalegają mi na czytniku już od dawna – kiedyś miałem taki pomysł, żeby zostać człowiekiem światłym i prześledzić rozwój myśli ludzkiej w obszarach rozmaitych – bo to ani księciem być nie chcę, ani, na szczęście, się na to nie zanosi. Mało mnie wobec tego filozofia rządzenia interesuje. No ale, taki już urok uczestniczenia w dyskusyjnych klubach książki, że nie zawsze mówi się tam akurat o tym, o czym ja chciałbym żeby mówiono. I tutaj pojawia się moja słabość, bo, w przeciwieństwie do dzisiejszych(?) trendów, jeśli już mam o czymś dyskutować, to lubię znać przedmiot dyskusji – w znaczeniu takim, że pewniej się czuję zapoznawczy się z tym przedmiotem wcześniej.


Książę został przez autora pomyślany jako prezent (albo coś w rodzaju wkupnego czy innej łapówki) dla Wawrzyńca Medyceusza, w którego łaski Machiavelli próbował się wkupić, po upadku Republiki Florenckiej. Dość ironicznym wydaje mi się ten prezent w kontekście tego, co zostało wyłożone w dalszej części dzieła. W dalszej części dzieła bowiem, po przedstawieniu przeglądu możliwych organizacji księstw, Machiavelli skupia się między innymi na problemie doradców, jakimi powinien otaczać się książę. Pisze tam o tym, że władca owszem, powinien zasięgać rad, ale wyłącznie na własne żądanie. A z tego, co mi wiadomo, Wawrzyniec do Machiavellego z żadnym żądaniem się nie zwrócił.


Może ja się na stare lata jakimś republikaninem czy innym ideowym komunistą podświadomie zrobiłem, ale jeśli miałbym określić ten utwór jednym słowem, to byłoby to słowo „cynizm”. Wszystko to, o czym pisze Machiavelli, wszystkie rady których w Księciu udziela można sprowadzić do tego, że jedyną wartością określającą rządy jest ich skuteczność. Nie odraza on, a wręcz zaleca stosowania przemocy, podstępu, zbrodni i okrucieństwa zawsze wtedy, kiedy skuteczność takie działanie uzasadnia. Popiera to wszystko licznymi przykładami, sięgając głównie do starożytności i do czasów jemu współczesnych. Smutne jest w tym wszystkim to, że, jeśli tak się zastanowić, to w zasadzie ma rację. Może i pocieszenia można by szukać w fakcie, że, poza okrucieństwem koniecznym, radzi wstrzymać się z każdym innym. Tyle, że rada ta nie wynika z żadnych przyczyn etycznych a jedynie – znów: ze względu na skuteczność. Niepotrzebne okrucieństwo powoduje bowiem niezadowolenie poddanych, a tego, z powodów jak najbardziej praktycznych, lepiej jest unikać, kiedy tylko się da. Kilka innych rad, jakie daje Machiavelli to też między innymi to żeby okrucieństwa czynić cudzymi rękami, rozsądnie gospodarować finansami własnymi, a hojnie cudzymi, zaskarbiać sobie względy przyjaźń tych, którzy mogą stanowić zagrożenie (albo ich wymordować, to też jest opcja, którą warto rozważyć zależnie od okoliczności). We wszystkim tym zwraca uwagę na to, że władca powinien kierować się dalekowzrocznością i wszelkie działania podejmować kiedy problemy są jeszcze w zarodku, albo wręcz stosować działania prewencyjne, bo kiedy trudności urosną, wtedy jest już zwykle za późno.


Nie mam pojęcia, czy dostępne jest jakieś inne polskie tłumaczenie – ja czytałem przekład pana Antoniego Sozańskiego. Niby dziewiętnastowieczny, ale język, jakim Książę jest napisany ogromnie mnie wymęczył. Długie, wielokrotnie złożone zdania z jakąś dziwną wewnętrzną logiką powodowały, że nieraz traciłem wątek. Klarowność przekazu to nie jest to, co mógłbym uznać jako rzecz cechującą to wydanie.


Ten wpis to nie jest próba dyskusji z obserwacjami Machiavellego, choć z przykrością, ale przyznaję, że autor miał rację. To, że mi się to nie podoba, to zupełnie inna sprawa. Ten wpis to takie trochę moje przemyślenia natury ogólnej zainspirowane nawet nie dziełem, ale rzeczywistością ukazaną poprzez to dzieło. Ale może ta lektura jednak przyda mi się i, wysnuwszy z niej wnioski, zdominuję ten dyskusyjny klub książki tak, że od tej pory będziemy mówić tylko o tym, co mnie interesuje? Nie mam pojęcia, czas pokaże. Dążył do tego, a już szczególnie po trupach, jednak nie będę.

0f0f82da-242c-4c77-82db-5ac0520dc8da

Zaloguj się aby komentować

Do byłej pani menadżer


Niby umyta, a brudna cholera!

A wszystko to z powodu jej kłamstw:

najpierw, chłodnym sposobem jesieniar,

pisze: – Sonet jesienny chcę napisać!


A później – może Ci trzeba transfuzji? –

twierdzi, że poetyckiej energii jej brak;

sposobem kobiecym swe zdanie zmienia

i sprawia, że ten jesienny czas


jest jeszcze smutniejszy. Ten smutek, jak mgła,

wilgotny, zimny – jesienna to łza –

i nie że mnie, ale kawiarnię nam otula.


Zawiodłem się, Pacha, na Tobie, wiesz?

Zdymisjonowałby Cię z przyjemnością,

no ale sama kliknęłaś gdzieś źle.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

W modelowym podejściu wolnorynkowym to popyt określa podaż. Czasami jednak zdarza się i tak, że złośliwa rzeczywistość nie pokrywa się z założeniami modelu i podaż wyprzedza popyt. Cóż wówczas pozostaje innego niż ten popyt sztucznie wytworzyć? Tak właśnie działali strażacy ochotnicy, którzy to okazywali się sprawcami podpaleń, tak zrobił też i bohater poniższej historii:


***


Kuba Otwieracz


Ksywkę miał na osiedlu „Otwieracz”,

pogromcą był kłódek, zamków i krat,

ale tej swojej się sławy wypierał.

Mówił, że na chrzcie mu dali Kuba.


Był wśród mieszkańców przyczyną konfuzji,

bo chociaż z zamka zostawiał wrak

to nie posuwał się do okradzenia.

Skupiał się tylko na otwartych drzwiach.


Sąsiedzi w końcu zaczęli się bać

że ktoś mógłby ich jednak okraść,

a bieda była, brak pracy... Był krach.


„Po siódme” – powtarzał – „kradzieżą nie grzesz”;

i odtąd na życie pracowitością

zarabiał, bo znalazł posadę. Jest z niego cieć.


***


#nasonety

#zafirewallem


No i di proposta.

Zaloguj się aby komentować

Wiać za oknem wcale nie przestało, pozostając więc w nastroju sentymentalnym:


***


Jabłuszko z Sandomierza


Słuchało się Armii i Dezertera,

czasami też Włochaty nam grał;

i KSU było, i była Siekiera –

Skąd człowiek te wszystkie nagrania miał?


I ferwor całonocnych dyskusji,

które podlewał tanich win kwas;

a później butelki się szło wymieniać –

na flaszkę więcej było nas stać.


A słodki pierwszych zalotów smak?

Choć prowadziły nieraz do drak

i zamiast róży był tulipan.


Czasami tęsknię za tym. No wiesz,

nie że za biedą, lecz za młodością –

barwniejszą niż z szarych wynika zdjęć.


***


#nasonety

#zafirewallem


No i tekst di proposta.


I zdjęcie znowu nie moje. Znowu ukradzione. Ja je tylko poszarzyłem.

b0a61634-2c8e-403d-907a-9cebd5b0a301

No i nostalgłem po raz drugi. Tym razem tęskniąc za tanim winem i klimatem tamtych lat.

Dziś ma gitara się tylko kurzy a irlandzkiej w gardle tuli mnie smak.

Zaloguj się aby komentować

A ten wrześniowy za oknem wiatr

sentymentalne mi nuty gra.

Wrzesień – czas powrotu do nauki.

Lecz wcześniej robiło się jeszcze zakupy:


***


Dżinsy z USA


Się na kartonach człowiek przebierał,

gdzieś pośród różnych straganów i wiat,

a mama, wyjmując pieniądze z portfela,

z czułością mówiła: „Mój przystojniak”.


Swetry i dżinsy z importu, z Turcji,

choć się marzyły nam z USA,

a spełnialiśmy te swoje marzenia

wmawiając kolegom, że „to Levi Strauss”.


Później, gdzieś w grudniu, już pierwsze z łat

tata przyszywał na kolanach,

bo święta za pasem, więc forsy brak.


Czasami tęsknię za tym. No wiesz,

nie że za biedą, lecz za młodością –

barwniejszą niż z szarych wynika zdjęć.


***


#nasonety

#zafirewallem


I jeszcze tekst di proposta.


A zdjęcie nie moje, ukradzione z Internetu. Aż tak wysoki to w podstawówce nie byłem.

098919f5-a95f-481d-b6d8-d5bf879ec007

Zaloguj się aby komentować

803 + 1 = 804


Tytuł: Gdzie śpiewają raki

Autor: Delia Owens

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10


#bookmeter


Naznaczyliśmy ją i odrzuciliśmy, bo uznaliśmy, że jest inna. Tylko, drodzy państwo, czy wykluczyliśmy ją, bo była inna, czy też stała się inna, bo ją wykluczyliśmy.


Ciężkie jest życie czytelnika, ciężkie są też rozmowy między czytelnikami. No bo jak taka rozmowa mogłaby wyglądać?

– Czytałeś może [tytuł książki]?

– Nie.

– A to jest świetna rzecz!

I to w zasadzie tyle. Czytelnik pytający rozumie bowiem swojego rozmówcę i, nie chcą psuć mu przyjemności, niewiele może o polecanej książce powiedzieć. Sam nie chciałby przecież żeby ktoś zdradził mu fabułę pozycji, za którą być może się zabierze.


Właśnie taką książką, o której słyszałem wiele dobrego, ale – na szczęście! – żadnych konkretów, jest Gdzie śpiewają raki pani Delii Owens. Lubię czasami zabrać się za polecaną z różnych stron lekturę, o której nie mam pojęcia czego dotyczy. Czasami kończy się to źle, ale w tym przypadku – na szczęście! – skończyło się to dobrze, bo Gdzie śpiewają raki też polubiłem.


Stało się tak dlatego, że lubię książki, o których nie do końca potrafię powiedzieć jaki był ich temat przewodni. Napisałabym prawdę, jeśli stwierdziłbym, że to książka o samotności. Napisałbym prawdę, jeśli stwierdziłbym, że to książka o wpływie dzieciństwa na późniejsze życie. Napisałbym prawdę, jeśli stwierdziłbym, że to książka o bezmyślności społeczeństwa, o instynkcie stadnym. Napisałbym prawdę, jeśli stwierdziłbym, że to książka o przyjaźni albo miłości. I jeszcze kilka takich prawd mógłbym tutaj napisać, a każda z nich byłaby prawdziwa, ale żadna z nich nie byłaby pełna. Bo Gdzie śpiewają raki to opowieść o człowieku, o Dziewczynie z Bagien prezentująca bohaterkę przekrojowo i wielowymiarowo na bardzo szerokim tle przyrodniczym. Kapitalne w tej powieści było to, jak mocno szeroko i wspaniale zaprezentowane otoczenie mokradeł, gdzie rozgrywa się większość akcji, wpływało i kształtowało Kyę. Fantastyczne w tej powieści było to, jak wiele świetnie przeprowadzonych analogii między światem przyrody a stosunkami międzyludzkimi zostało przez autorkę przeprowadzonych. Świetny w tej powieści był balans emocjonalny jaki rozegrał się między smutkiem a radością, którą razem z bohaterką przeżywałem. Niezwykle interesujące w tej powieści było pokazanie w jaki sposób ludzie są w stanie naginać prawdę do swoich przekonań i jak wiele są skłonni zrobić, żeby osiągnąć swoje cele albo pozostać przy raz powziętej opinii. I jeszcze na dodatek zachwyciły mnie opisy przyrody, które wyszły spod pióra pani Owens (tutaj nachodzi mnie, niepokojąca jednak, refleksja, że może czas już spróbować chociaż przeprosić się z panią Orzeszkową?).


Z kronikarskiego tylko obowiązku otworzę na chwilę swój Kącik Marudy i wspomnę, że przy prezentacji głównej bohaterki (ale nie tylko) autorce zdarzyło się trochę, moim zdaniem, pogubić. Było kilka takich momentów, w których nie byłem w stanie uwierzyć w to, że Kya, która dorosła w takich warunkach, w jakich dorosła, potrafi wypowiadać się w taki sposób. Czasami nie rozumiałem też, skąd rozumie koncepcje, które powinny dla niej być zupełnie obce; w końcu spotykała się z nimi pierwszy raz w życiu. Zdziwił mnie jej brat który znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć że nieczęsto zdobywa się na taki gest, a to dlatego, że treści wynikało, że ten brat jej właśnie tak dobrze nie znał. Jednak przy całej powieści te małe zgrzyty były niemal zupełnie nieistotne i nie wpływały negatywnie na mój jej odbiór. To też, swoją drogą, ciekawe spostrzeżenie, ile potrafię autorowi wybaczyć (bo przy mniej pasjonującej historii mój pedantyzm literacki na tego typu rzeczy reaguje histerią), jeśli tylko zainteresuje mnie opowieścią.


Jest też w tej opowieści trochę humoru, co zawsze przyjmuję z uznaniem. Szczególnie jeśli jest to humor takiego typu, jaki w Gdzie śpiewają raki był. Bo jak tu się nie uśmiechnąć, kiedy czyta się na przykład o skunksie imieniem Chanel?


Najbardziej jednak podobało mi się w tej książce to, że z bohaterami (tak pozytywnymi, jak i negatywnymi) można się, przynajmniej w części – większej lub mniejszej, utożsamić. Oczywiście, szanując tych, którzy jeszcze książki nie czytali, a może mają (lub będą mieli) taki zamiar, a także mając na uwadze uniknięcie niepotrzebnego uzewnętrzniania się w Internecie, nie będę wdawał się w szczegółową analizę porównawczą bohaterów z samym sobą. Jedną rzecz z tego całego obszaru pozwolę sobie wyciągnąć na wierzch, a mianowicie pewien rodzaj tak bliskiego mi romantyzmu, który to uzewnętrznia się w tym oto dialogu:


Ciekawe co sprawia, że gwiazdy migoczą – zagadnął Chase.

Zawirowania w atmosferze, wiatry w jej wyższych partiach.

ab620495-5125-4055-a96b-1b52c39b1a26

Nie przepadam za autorką. Kiedy dowiedziałam się jakie zarzuty na niej ciążą, zupełnie zmienił się dla mnie odbiór książki.

Zaloguj się aby komentować

Ponieważ nic tak nie motywuje jak komplement – no, chyba że pieniądze – to w przypływie natchnienia trzeci już dziś ostatni sonet napisałem.


Całe szczęście, że zaraz północ no i niedługo będzie już jutro.


***


Hurtownia bez zysków


Kwitnie nam Jerzy, hurtownię otwiera,

sonety się sypią jak z wywrotki piach;

miał spać już się kłaść, no ale spoziera

wzrokiem swym wieszczym na wieszczy swój skład:


regały metafor, skrzynie aluzji,

kartony rymów, palety fraz –

jakiegoś dziwnego doznał natchnienia:

– „A skrobnę se jeszcze dzisiaj coś raz”.


I wzrokiem omiótł ten cały nieład

i sam już nie wie – jest rad czy nie-rad;

sonety składać – ciężki to fach.


Bo do roboty ty rano wstaniesz,

coś tam zarobisz pracowitością,

a co poecie? A z głodu śmierć!


***


#nasonety

#zafirewallem


No i znowu – wpis z tekstem di proposta.

@George_Stark Kolejny dobry sonet To poniżej bez złośliwości, proszę pisać dalej!


Kiedy minęła dopiero doba, a już masz 9 sonetów do podsumowania, w tym 6 dżordża, ale on dopiero się rozgrzewa:

8fb8d1c0-e9ab-475f-abaf-92fb328945c9

Zaloguj się aby komentować

Ten poprzedni miał być ostatni, ale włączył mi się przypadkowo taki stary kawałek – wiedzieliście w ogóle, że jest polska wersja Sweet home Alabama?


Zawsze mnie w tym polskim tekście – bo bardzo lubię takie obrazki – zachwycały wersy:


Co noc do ciebie list układam

bo spytać o to stary muszę

co się na spód walizki wkłada

gdy na zawsze w świat wyruszasz?

Kwiaty zostawiasz u sąsiada

wyłączasz światło i wychodzisz


No i w związku z tym tak mi się napisało:


***


Nie byłeś nigdy


Jak sójka za morze w świat się wybierasz:

i palcem miliony zwiedziłeś już map,

i przygotowałeś sobie bagaż

i coś do tego świata cię gna.


Lecz boisz się, że tam ludzie mogą być różni,

że może języków za dobrze nie znasz,

że to, że tamto – długo wymieniać.

I plan swój odkładasz. Znów na „za jakiś czas”.


I znowu ta myśl, że inni – nie ja;

i znowu ta myśl, że „może by tak?”;

i znowu, jak sójce – to przecież ptak –

skrzydła ci rosną. Znów lotki rwiesz.


A może im i marzeniom pozwól urosnąć?

Daj sąsiadowi kwiaty. I leć.


***


#nasonety

#zafirewallem


No i tekst di proposta.

@George_Stark Ładny sonet.


Nie myślicie realnie czasem o powrocie? Zostawiliście rodzinę i wszystko czy raczej wyjechaliście na zasadzie "nic mnie tu nie trzyma, lecę w świat!"? Głównie pytanie do Ciebie i @UmytaPacha, bo wiem, że jesteście na emigracji. Czasem tak myślałem o wyjeździe, raz 2 miesiące spędziłem na drugim końcu Polski, ale jakaś taka pustka była trochę, ale może to kwestia miejsca akurat też, nie wiem. Dobrych wyborów przyszłych podróży, bo widziałem, że szykuje się zmiana!

Zaloguj się aby komentować

To prawdopodobnie ostatni, przynajmniej na dziś.

No chyba że Pacha napisze coś o jesieni, to stanę w opozycji, jakkolwiek by do tematu nie podeszła. Przynajmniej jeśli nie usnę.


***


Parówkowym skrytożercom mówimy: współczuję


To był parówek skryty pożeracz:

cały kuchenny wyczyścił blat,

później od razu lodówkę otwierał –

nie straszny był mu parówek tych skład.


A tam w fabryce doszło do fuzji:

benzoesany, siarkowy kwas;

na wszelkie zasady zdrowego żywienia

producent parówek zdawał się plwać.


Teraz tu leży, biedny, na wznak

i żali się, że coś boli go flak,

a tego flaka to trawi mu rak.


Tak to już bywa gdy za dużo zjesz

parówek, co nie są zdrową żywnością:

po chemii teraz chemią się lecz.


***


#nasonety

#zafirewallem


I jeszcze tekst di proposta.

Na szczęście skład większości parówek poza tymi popularnymi berlinkami uległ znaczącej poprawie. No ale Ci parówkożercy sprzed choćby 10 lat to pewnie już gryzą piach

Zaloguj się aby komentować

Miało być o alkoholu... i jest! Przeziębienie przecież najlepiej leczyć jakąś Becherovką czy innym Jägermeistrem, prawda? Można też stosować zapobiegawczo. No bo co tu robić, jak pada?


***


Dla chorych – z życzeniami wyzdrowienia


I przyszła pieprzona jesień! Cholera!

Za oknem nic, deszcz tylko i wiatr.

Szlag jasny mnie od tej pogody strzela;

pogoda jest jak w jakimś U-Ka!


Tęsknię do jakiejś – ja wiem? – Andaluzji?

Do ciepłych Wysp Kanaryjskich plaż?

Do miejsca gdzie, jeśli pogoda się zmienia,

to amplituda rozsądnych trzyma się pasm.


No ale Londyn tu zrobił się nam:

deszcz, zimno, smog czasem – no fuck!

Się przeziębiłem – sick jestem. Bad luck.


A zadedykować chciałem ten wiersz

tym, co do jesieni pałają miłością –

trzeba być chorym, by tego chcieć.


***


#nasonety

#zafirewallem


I tekst di proposta.

Zaloguj się aby komentować

Obiecany erosomański proszę:


***


Epidemia osiedlowa


Groźnie jej imię brzmiało: Wenera;

a jednak bogini miłości był rad,

gdy pod nieobecność swej westalki nieraz

to z nią się w pokoju na wersalce kładł.


Choć dokonywał po wszystkim ablucji,

(mydło zawiera laurynowy kwas)

to doszło u niego do owrzodzenia

i lekarz powiedział mu: – Syfa pan masz!


A było też przecież z żoną rach-ciach:

różnie: bo raz był pod nią, a raz był nad.

… a później jeszcze z tyłu, jak psiak –


przypomniał sobie, a myśli tej nie potrafił znieść,

bo zastanawiał się: co z jej wiernością?

Bo sąsiad podobno też złapał coś gdzieś.


***


#nasonety

#zafirewallem


I tekst di proposta.

Zaloguj się aby komentować

Dobrze, kochani, wracamy do źródeł inspiracyjnych! Zara jeszcze jakiś erosomański się walnie, a później to może coś o alkoholu?


***


Gdzieś


Czuję ogromny ucisk na zwieracz:

o wolność woła wczorajszy kebab;

ale jest problem, bo czym się podcierać

gdy po papierze pusty jest hak?


A gruz olbrzymi, jak góry Gruzji,

jak Elbrus, jak cały Wielki Kaukaz,

i nie wytrzymam tego ciśnienia;

co mogę zrobić, gdy nadszedł już czas?


Ulgę ogromną poczuł mój zad,

i pocałunek Neptuna był – chlap!,

a ja jestem lżejszy o pięćset dag.


A teraz posrany zjada mnie stres,

lecz zastępuję go silną złością:

a, nie podetrę się – i mam to gdzieś.


***


#nasonety

#zafirewallem


I tekst di proposta .

@George_Stark

Pięćset dag

Chryste panie, matko przenajświętsza... pełnoprawny poród.

Zalecam odstawić opioidy. Takie balasy kończą się cesarką bo potrafią zabić

Zaloguj się aby komentować

798 + 1 = 799


Tytuł: Prawomił albo niedawne przedawnienie

Autor: Petr Stančík

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 5/10


#bookmeter


Stamtąd ruszyliśmy do restauracji Šroubek, gdzie akurat komunistyczni prominenci świętowali rocznicę Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej. Zanim się obejrzeli, wyjedliśmy im wszystkie przysmaki i wypiliśmy całą wódkę.


Zaczyna się całkiem ciekawie, bo trochę jakby po szpiegowsku, choć tak naprawdę po skrytobójczemu. No i jest trup. A z trupem związana jest tajemnica.


Ta książka to niby przedstawiona w formie dziennika historia Prawomiła Raichla, urodzonego 31 stycznia 1921 roku chłopca, dla którego to starodawne i niezwykłe imię wybrał jego ojciec, głęboko wierząc że wraz z każdym wypowiedzeniem wpajać [mu] będzie szacunek dla prawdy i miłość do Ojczyzny. Ojciec nie mógł wiedzieć, że ten szacunek dla prawdy i miłość do Ojczyzny w życiu Prawomiła poddany będzie wielu próbom, bo tak dla Czechosłowacji, jak i dla Europy nadchodziły ciężkie czasy. Najpierw, w 1938 roku, postanowieniami Układu Monachijskiego Czechosłowacja traci na rzecz Rzeszy Niemieckiej część swoich ziem. Później Hitler napada na Polskę (której z „pomocą” przychodzą Anglia i Francja, kraje które „sprzedały” ojczyznę Prawomiła rok wcześniej). A kiedy Związkowi Radzieckiemu udało się w końcu przepędzić hitlerowców aż do Berlina, okazało się, że ceną wyzwolenia jest komunizm. Komunizm, który sięgnął po władzę również i w Pradze. W tym wszystkim Prawomił, który przysiągł działać dla dobra Ojczyzny, musi się jakoś odnaleźć. Początkowo odnajduje się w działalności partyzanckiej, później zostaje wcielony do armii, na końcu zaś działa dla dobra Ojczyzny wbrew woli narodu. A wszystko to gęsto okraszone absurdami, jakimi lubi operować czeski humor.


Tak, ta książka to niby przedstawiona w formie dziennika historia Prawomiła Rachla, ale tak naprawdę to taka trochę historia Europy w XX wieku oglądana praskimi oczami, choć tym oczom zdarzyło się być nie tylko poza Pragą, ale i poza Czechosłowacją. No i właśnie. Nie wiem co autor miał na myśli, ale wydaje mi się, że wybór takiej formy jak dziennik nie był wyborem najszczęśliwszym. Bohater był wszędzie i nigdzie, kolejne etapy jego wędrówki przez Europę opisane są dość pobieżnie. Nie bardzo dane było mi poznać ani samego Prawomiła – w tym swoim dzienniku skupia się raczej na wydarzeniach, a nie na przeżyciach, ani nie dane było mi poznać ludzi, których Prawomił w czasie tej swojej wędrówki spotkał – opisani są raczej pobieżnie. Może autorowi chodziło więc o opowiedzenie o tym, co przetoczyło się przez kontynent mniej więcej od zakończenia I Wojny Światowej aż do roku 2002? To już wydaje mi się bardziej prawdopodobne i tak właśnie ta książka wygląda. Jest trochę slapstickowa i choć slapstick lubię (przynajmniej w filmie), tak tutaj miałem mieszane uczucia. Bo owszem, zdarzyło mi się kilka razy uśmiechnąć, jak choćby czytając historię kaprala Juraja Horhora, który zastrzelił się na własnym grobie, to Prawmił nie przemawia do mnie jako powieść. Dla mnie wygląda to jak zbiór anegdot luźno ze sobą powiązanych jakimś tam (być może ciekawym – jak pisałem, autor nie raczył mnie z nim poznać) bohaterem. Owszem, są tutaj elementy spajające tę historię w jedną całość, ale jakoś nie mogę pozbyć się wrażenia, że są one zastosowane bardzo na siłę.


Tak samo jak zresztą coś w rodzaju klamry kompozycyjnej. Przy okazji książki W kleszczach lęku pana Jamesa ubolewałem, że dziś nie pisze się już książek opartych na schemacie „opowieść w opowieści”, który bardzo lubię. Okazuje się, że jednak się pisze. A przynajmniej próbuje się tak pisać. Bo pan Stančík wykorzystał ten zabieg, ale zrobił to dość nieudolnie, a tego nie lubię. Tak samo jak nie lubię, kiedy obiecuje mi się w książce dwie historie, po czym jedną porzuca się. A ja zastanawiam się nie tylko nad tym po co w ogóle było ją rozpoczynać, ale także nad tym co z tą kobietą z początku książki? Nie wspominając już o scenach erotycznych, prawda: nie bardzo dosłownych, całe szczęście, ale które znalazły się w książce nie wiem skąd i po co. Być może – nomen omen – z d⁎⁎y? Bo, mimo że zdarzyło mi się przy Prawomile momentami pośmiać, to po całości czuję mocny niedosyt. Może to przez to że za mało we mnie humoru? Albo czeskości?

3d0898b0-a0f7-4b8b-88dd-91f32a7bc53d

Bardzo dziękuję że to wrzuciłeś. Nie wiedziałem, że wyszła ta książka. A to jeden z moich ulubionych czeskich autorów. Już kupiłem i czytam.

Zaloguj się aby komentować

797 + 1 = 798


Tytuł: Czas życia i czas śmierci

Autor: Erich Maria Remarque

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10


#bookmeter


Będziemy świętować wszystko naraz. Nie mamy już czasu na obchodzenie wielu poszczególnych uroczystości. Ani na to, żeby je w ogóle rozróżniać.


Świetnie się ta książka zaczyna, bardzo obrazowo. Śmierć miała inny zapach w Rosji niż w Afryce. Takim właśnie zdaniem wprowadza postać Ernsta Graebera, niemieckiego żołnierza, który w czasie II wojny światowej walczył najpierw w Afryce, a później trafił na front wschodni – do Rosji. Graebera, jak i zresztą sporą część część jego oddziału czytelnik poznaje w momencie kiedy „front trzeba skracać”, ale nie jest to problemem, bo niedługo już zostanie dostarczona tajna broń, która odmieni oblicze wojny, jak zapewniają rządowe komunikaty. Żołnierze frontowi wiedzą jednak swoje i mówią o tym co widzą, a mówić o tym nie wolno. Za sianie defetyzmu grozi nawet rozstrzelanie. I tak właśnie na początku książki czytelnik ma okazję zaobserwować różne postawy żołnierzy w obliczu zastanej przez nich sytuacji.


Ernst Graeber dość nieoczekiwanie dostaje zgodę na pierwszy od dwóch lat urlop. Wraca do domu, z czego nawet nie ma odwagi się cieszyć. Tyle, po tych dwóch latach, w domu nie jest tak jak było, a i odwagi żeby cieszyć się nie potrzeba, bo cieszyć się nie ma z czego. Przede wszystkim przez „dom” należy rozumieć tutaj rodzinne Werden Ernsta, bo jego dom, rozumiany jako budynek, został w czasie nalotów zredukowany do frontonu. I tak urlop, a przynajmniej jego początek, upływa Ernstowi na poszukiwaniu rodziców, z którymi nie wiadomo co się stało.


Co jeszcze mamy w Czasie życia i czasie śmierci? Przede wszystkim historię miłości i poświęcenia osadzoną w trudnych, wojennych realiach – to jedna z głównych osi fabularnych tej książki. Poza tym wyraźnie i szeroko przedstawione postawy biorących w tej wojnie udział ludzi; tutaj jest to o tyle ciekawe, że cała fabuła rozgrywa się po stronie niemieckiej – a więc po stronie agresora – i to też jest jeden z problemów, jakie pan Remarque podejmuje – postawa wobec wojny, kiedy wszystko wskazywało na to, że ją wygramy kontra postawa wobec wojny teraz, kiedy „skracamy fronty”. Dalej zaprezentowani są Niemcy (i zaprezentowane są Niemcy), którzy w wojnie nie biorą udziału: kobiety, starcy, „podludzie”, którzy nie zostali wcieleni do armii a jakimś cudem udało im się na terenie III Rzeszy przetrwać. Albo też wysocy rangą dygnitarze, dla których wojna jest okazją do bogacenia się, zdobywania uznania i przywilejów, pięcia się coraz wyżej w hierarchii nie tylko wojskowej, ale i społecznej, a także do zemsty za dawne, ale niezapomniane krzywdy – kapitalnie napisana postać Alfonsa Bindinga. Ale zaprezentowani są też ci, którzy w tej wojnie już nie biorą udziału: rannych, którzy zostali kalekami – wygląda na to, że schemat przydatności żołnierza rozsławiony przez Hollywood na przykładzie weteranów z Wietnamu jest starszy, a być może nawet uniwersalny. To co powyżej, to tak z grubsza, to to, co najbardziej z tej książki zapamiętałem, bo spraw wartych wspomnienia w Czasie życia i czasie śmierci jest zdecydowanie więcej.


Jak nie lubię tych zawadiackich książek wojennych o wesołych opowieściach z frontu albo o innych bohaterskich czynach, tak wojna w opisie pana Remarque’a ma w sobie coś fascynującego. Jest u tego autora czymś, co niby jest trochę w tle i służy przede wszystkim do tego, żeby pozwolić mu wyeksploatować bohaterów. Pan Remarque stawiał ich w skrajnych sytuacjach i w takim obliczu prezentował ich charaktery, a robił to po mistrzowsku. Zawsze mam przy lekturach jego autorstwa ten dysonans – bo te książki są świetne, są fantastycznie napisane, ale z drugiej strony rzeczywistość, jaka dała im inspirację, już jest zdecydowanie mniej świetna. Z drugiej jednak strony ta wojna u pana Remarque’a jednak jest i choć jakby w tle, to objawia się w najbardziej chyba brutalnym wydaniu, bo nie w tym opartym na mapach, liczbach czy statystykach, ale na historiach ludzi. Na ich uczuciach i emocjach. Na ich życiu i na ich śmierci.

071f3930-8db3-42a7-9d3e-95b8f19de270

@George_Stark polecam Zapomniany żołnierz Guy Sajer. Autor wspomina swoje przeżycia jako młody żołnierz Wehrmachtu na froncie wschodnim. Różne książki wojenne czytałem, ale nigdy nic tak wstrząsającego.

Zaloguj się aby komentować

Moi drodzy!


Ponieważ jestem na nieplanowanym wyjeździe i mam do dyspozycji tylko telefon, dziś nie będzie linków do wszystkich Waszych wspaniałych oraz moich wytworów, które powstały w ramach XLI edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem - szlag by mnie trafił gdybym musiał tyle w ten telefon klepać.


Ale edycję trzeba zakończyć. Jej zwycięzcą ogłaszam kolegę @pingWIN, któremu serdecznie gratuluję! Mam nadzieję, że wiesz jakie obowiązki wiążą się ze zwycięstwem?


Decyzję postaram się jakoś uzasadnić w komentarzu w terminie późniejszym, jak i zebrać również linki do wierszy; niech pod tagiem #podsumowanienasonety powstaje jakieś w miarę uporządkowane archiwum. Ale nie obiecuję. Mogę na przykład zapomnieć.


***


Jeszcze dwa słowa od siebie: cieszy mnie wysyp wspaniałych wytworów "na ostatnią chwilę". Mniej cieszy mnie fakt, że koleżanka @moll nie dała rady napisać czwartego wiersza. Ale, @moll , to nic złego. @UmytaPacha nie napisała ani jednego!


Zwycięzcy jeszcze raz gratuluję (i współczuję), uczestnikom dziękuję i do kolejnego razu!

Tak jak obiecałem, zbieram w jednym miejscu niemal sonety, które wzięły udział w XLI edycji bitwy #nasonety w kawiarni #zafirewallem.


Udział wzięli:


@KatieWee, która napisała jeden wiersz:

Bycie nastolatkiem jest do kitu


@George_Stark, który wyprodukował cztery wytwory:

Postawa romantyczna w obliczu schyłku romantyzmu

Zajęta

Rewolucja wrześniowa

@moll i tak trzeciego nie napisze, więc z nią nawet nie będę próbował


@RogerThat z dwoma wierszami:

Może źle, może dobrze

Jesień


@moll z niemal czterema (czyli trzema) utworami:

Zawartość dorosłości w dorosłości

Na specjalne nie-zamówienie @George_Stark (to chyba tytuł?)

Ten trzeci, o żałobie


@splash545 z jednym wierszem

...


@Piechur z jednym wierszem o mylącym tytule

Czternasty


@pingWIN z wierszem

Suplementy


oraz @Wrzoo, która zdążyła jeszcze z jednym wierszem

Co oznacza prosto z pani wyjęty


***


Miałem jeszcze uzasadnić dlaczego zwycięstwo przyznałem koledze @pingWIN, więc uzasadniam:

wczoraj był piątek trzynastego a jest to, jak wiadomo, dzień pechowy. Trzynasty w kolejności wpis konkursowy w XLI edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem był właśnie wiersz Suplementy, który to przyniósł koledze pecha w postaci zwycięstwa.


Dziękuję za uwagę.

Zaloguj się aby komentować

784 + 1 = 785


Tytuł: Dżozef

Autor: Jakub Małecki

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 6/10


#bookmeter


Takich ludzi już nie ma, skończyli się razem z powodami, dla których w ogóle istnieli. Wojna, powstanie, żegluga, w stronę nieznanych lądów. Gdy nie ma potrzeby, bohaterowie po prostu się nie rodzą.


Jakoś dziwnie mnie w ostatnim czasie ten uznany pisarz, pan Joseph Conrad, prześladuje. Znienacka pojawia się to tu, to tam. Wprost albo nie wprost. Bo zabrałem się za tę książkę, za którą zresztą już od jakiegoś czasu miałem się zabrać, po spotkaniu z panem Jakubem Małeckim, które to miało miejsce jakoś w zeszłym tygodniu w ramach IV Festiwalu imienia Gustawa Herlinga-Grudzińskiego w Kielcach. Jakoś nie wpadłem na to, że już sam tytuł, Dżozef, mógłby mi coś o jej treści powiedzieć.


Bo ten uznany pisarz, pan Joseph Conrad, zainspirował autora i opętał jedną z postaci, którą ten autor stworzył. Książka opowiada o tym co zdarzyło się w szpitalnej sali na której spotkało się czterech mężczyzn. Różnych mężczyzn. Dwóch z nich, Grzegorza i Kurza, pan Małecki pozwolił poznać dość dobrze, głównie przez pryzmat ich problemów, wątpliwości i słabości – to zawsze mocniej zapada czytelnikowi w pamięć, zwłaszcza jeśli tym czytelnikiem jestem ja. Jednego, Stanisława Baryłczaka, pozwolił poznać bardzo mocno, natomiast ostatniego, czwartego – Marudę umieścił tam nie wiadomo po co. Znów sparafrazuję pana Czechowa: jeśli nie masz zamiaru przeprowadzić na panu Marudzie wiwisekcji w drugim akcie, to nie umieszczaj go w szpitalnym łóżku w akcie pierwszym. To mój pierwszy zarzut do tej książki.


Drugim zarzutem jest trochę słaba konstrukcja tej opowieści (mimo że czytałem wydanie poprawione, z roku 2018; nie wiem jak było w pierwszej wersji, z roku 2011, no bo jej nie czytałem), która objawia się przede wszystkim w szybko przeprowadzonym i – dla mnie – trochę naciąganym zakończeniu tej historii. Z jednej strony ma to – przynajmniej tempo rozwiązania – uzasadnienie fabularne, z drugiej jednak, to nagłe zrozumienie, które spływa na jednego z bohaterów, nie wynika – znów: moim zdaniem – z niczego.


Mimo tego wszystkiego jednak, uważam że warto było poświęcić te kilka godzin na lekturę tej niedługiej w zasadzie pozycji. Bardzo podobał mi się w niej pomysł na ujęcie powiedzenia, że kiedy człowiek przenosi się w świat wykreowany przez autora rzeczywisty świat obok niego przestaje istnieć, bardzo podobała mi się również pewnego rodzaju polemika (nie wiem czy zamierzona przez autora, czy tylko zrodzona w mojej głowie) z twierdzeniem pana Umberto Eco, który miał powiedzieć „Kto czyta książki, ten żyje podwójnie”. Fakt, że może wyjść na to, że żadne z tych żyć nie jest tak naprawdę jego.


Nie znam wiele z całkiem obszernej twórczości pana Małeckiego. Ot, do tej pory czytałem (dość dawno) Dygot i (ostatnio) Korowód. W mojej ocenie Dżozef jest pozycją sporo słabszą od tych dwóch wymienionych przed chwilą. Z tej pozycji, z której podszedłem do tej lektury ciekawe było to, że można było trochę podejrzeć a jaki sposób rozwijał się autor. Bo faktycznie, w Dżozefie pan Małecki błyszczał momentami. Dopiero w późniejszych jego utworach te błyski przybierają na sile; zamieniają się może nawet w pewien rodzaj blasku. Co będzie później, po Korowodzie? Nie mam pojęcia. Ale chętnie się przekonam, bo na spotkaniu autor przyznał, że pracuje nad kolejną opowieścią.

1589001c-78a3-407c-adf6-2b6515b5848f

Zaloguj się aby komentować

Mam pewne przecieki od jury i wiem, że w tej edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem na pewno nie wygram, więc mogę sobie pozwolić na publikację kolejnego wytworu:


@moll i tak trzeciego nie napisze, więc z nią nawet nie będę próbował


Zadowolony dość jestem z tego

że swój komentarz dziś zamieszczając

(w nim w sposób jawny @moll podpuszczając)

wiersza się doczekałem drugiego.


A teraz ponownie będę się silić,

kolejny sukces osiągnąć próbując,

by - jakby to grzecznie ująć? -

@UmytaPacha ! Pisać! W tej chwili!


Zakładam, że w niebo nie będziesz wzięta

apelem mym, ale i w sposób samolotowy.


Patrz: @KatieWee już napisała, zadanie ma z głowy,

daruję @Wrzoo - a niech tam, spokój jej urlopowy...

Lecz Ciebie, Pacha, to mam zamiar nękać.

@splash545 Tytuł, Panie. Tytuł.


@moll Bo ja w tej edycji reprezentuję nurt feministyczny i walczę o parytety. No a owca to jednak baran.


@kopytakonia Zakładam, że "dziś" odnosi się do naszej drugiej zabawy, #naczteryrymy? Bo innych konkursów dziś nie rozstrzygamy. Jeśli tak, to wygrał @jakibytulogin i czekamy na zadanie od niego!


***


A poza tym uważam, że @UmytaPacha powinna napisać (niemal) sonet!

@UmytaPacha nie pisze sonetów, bo cierpi na analfabetyzm i dlatego się wozi po restauracjach z książkami żeby stan faktyczny przekłamać. Miałem nikomu o tym nie mówić ale analfabetyzm wynika z urazu głowy to pewnie i tak nie kojarzy.

Zaloguj się aby komentować

Dzisiaj byłem na spacerze i urzekł mnie adres wymalowany na bloku (pic. rel.). I tak sobie pomyślałem, że skoro jest Stara 2, to musi gdzieś być Stara 1. Ale o niej nie warto wspominać.


Stara 2


Cicho już, Stara – nie musisz się starać.

Dosyć mam z tobą tych wszystkich skarań

więc zdecydowałem, że teraz, od zaraz

zastąpi cię musi mi nowa Stara.


To ona będzie stała przy garach,

to ona zimnego poda browara,

to ona, gdy mnie zaswędzi fujara,

pod kołdrę wskoczy na bara-bara.


Cicho już, mówię! Skończ ten ambaras!

Znowu wywlekasz mi wszystko naraz!

Zaczekam aż ci się zamknie kopara

a ja tymczasem pójdę zajarać.


Stara się wprowadziła nowa

i cała historia stara od nowa:

znowu z browarem trzeba się chować,

jeść podle, bo nie chce jak mama gotować,

od czasu do czasu się masturbować;


to się nazywa brak szczęścia w miłości.

652b79b3-c1ae-4ce6-b652-3114a03beb65

Zaloguj się aby komentować

Tytuł: Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną

Autor: Dorota Masłowska

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 7/10


#bookmeter


Ja na to bym chciał coś odpowiedzieć, żeby się odpierdolił, gdyż łyknąć sobie na zszargane nerwy nervosolu z panadolem to nie jest jeszcze żaden grzech, cobym się z niego miał spowiadać na Sądzie Ostatecznym przed wujkiem Lewym, co to też bezgrzeszny nie jest w tej kwestii, gdyż sam sobie lubi ostrzej prz⁎⁎⁎⁎⁎⁎olić.


Dowiedziałem się ostatnio, że afera mnie ominęła. Dwadzieścia lat temu z okładem to było, bo w roku 2002. W tym to roku 2002 pani Dorota Masłowska, osiemnastolatka wówczas, wydała książkę Wojna, i właśnie wokół tej książki się rzeczona afera rozkręciła. Ja w roku 2002 miałem czternaście lat i nie zajmowałem się wtedy takimi pierdołami jak czytanie książek, od tego to tylko oczy się psują. Dzisiaj jestem sporo starszy i trochę mądrzejszy i wiem, że to nieprawda. Od czytania książek nie psują się oczy. Od czytania książek psuje się w głowie.


Ale w głowie może popsuć się nie tylko od czytania książek, przyczyny psucia się w głowie mogą być różne. Może to być na przykład mieszkanie w czasie ostatniego przełomu wieków na którymś z polskich blokowisk. Albo zażywanie amfetaminy. Albo jedno i drugie jednocześnie, bo oba czynniki są ze sobą dość blisko powiązane. I właśnie na tych dwóch czynnikach wyrośli bohaterowie Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną.


Bełkot narracyjny, strumień świadomości, narkotyczna huśtawka fizjologiczno-emocjonalna i od czasu do czasu lekki gwałt na polskiej deklinacji – takie określenia jako pierwsze przychodzą mi do głowy, kiedy myślę o tej książce po jej przeczytaniu. I sam się sobie dziwię, bo jednak mi się podobało. Nie ze względu na treść, tej znowu nie ma aż tak wiele (choć znalazłoby się i coś, co od biedy można nawet nazwać intrygą), ot jeden w zasadzie dzień w małym miasteczku, choć – fakt – dzień wyjątkowy. To w końcu Dzień Bez Ruska. I narkotyczny rajd głównego bohatera i narratora w jednej osobie, Andrzeja Robakoskiego, zwanego Siwym. Świetnie oddana była przez autorkę jego chybotliwa osobowość, to popadanie w przesadne stany emocjonalne na skutek rozgrywających się wydarzeń albo jego wyobrażeń na temat rozgrywających się wydarzeń. Momentalna podróż od miłości do nienawiści, od ekstazy do załamania była u niego nawet nie na porządku dziennym, ale wręcz na porządku godzinowym.


Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną została nazwana te ponad dwadzieścia lat temu, kiedy wybuchła afera, która mnie ominęła „pierwszą polską powieścią dresiarską”. Nie wiem czy miał to być zarzut czy też próba definicji nowego gatunku literackiego, ale z terminem „powieść dresiarska” w przypadku tej książki zgodziłbym się w całej rozciągłości. Bo Andrzej Robakoski nie tylko był dla mnie zupełnie wiarygodny jako postać – w czasie lektury przypominałem sobie naszego klasowego podstawkówkowo-gimnazjalnego arcydresa i pasowało mi to wszystko do niego tak, jakby o nim była mowa – ale też język, jakim napisana jest powieść pozwalał wczuć się całkowicie w to, co było nim opisane. Nie mówiąc już o tym, że ten język, mało elegancki, wypaczony i dziwny też przypominał mi Marcina (tego arcydresa, tak miał na imię) – on też układał, kiedy naszła go wena, długie, barwne zdania okraszone od czasu do czasu skomplikowanymi wyrazami (rzadko użytymi poprawnie, co prawda), które do tych zdań się zupełnie nie nadawały i nie pasowały, co nadawało tym zdaniom jakąś komiczność, a jednocześnie, pomijając momentami ich zupełny brak sensu, sprawiało, że brzmiały ciekawie. To samo dzieje się u pani Masłowskiej, choć tutaj wierzę, że było to zrobione celowo i świadomie, bo wydaje mi się, że już wtedy autorka językiem posługiwać umiała się sprawnie. A to, jak jej Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną jest, tak mi się wydaje, efektem wspaniałego słuchu literackiego.


Ta afera, która mnie ominęła dotyczyła wówczas właśnie tej książki. Nie dość, że na rynku ukazało się coś nowego – nie w kwestii tytułu, ale stylu, tematyki i tak dalej, to jeszcze wyniosło na literackie salony, zdominowane wówczas przez mędrców – czyli mężczyzn w marynarkach i okularach (oczy zniszczone od studiowania ksiąg) – nastolatkę. I jedno i drugie nie wszystkim się podobało. Czytałem wydanie jubileuszowe tej książki, pochodzące z roku 2022 i opatrzne wstępem napisanym z tej okazji przez autorkę. Ciekawie, choć niestety krótko i szczątkowo, wspomina tę aferę, która mnie ominęła. I teraz nie wiem, czy powinienem żałować, że przeszło to wszystko wtedy obok mnie (albo ja obok tego – zależy jak patrzeć, ruch jest przecież względny), czy cieszyć się, że zabrałem się za Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną dopiero teraz. Bo zastanawiam się jak odebrałbym ją ja czternastoletni. Ile bym zrozumiał z tego, co się w niej działo i z tego, co działo się wtedy wokół niej. I choć mam w tej sprawie kilka koncepcji, to żadna nie wydaje się być nie tylko pewną, ale nawet wiodącą.

226871f2-7a40-4b01-b6fc-f0ef3a049726

@George_Stark Czytałem tę książkę zaraz po wydaniu - zachwyciła mnie. To było coś nowego i odmiennego od tych wszystkich przemądrzałych pisarzy, piszących poprawną polszczyzną. Tam był język mieszkańców blokowisk, którym się wtedy naprawdę mówiło. Kilka fragmentów było surrealistycznych, ale ogólnie książka była dla mnie super.

A ja jestem ciekawy co powiesz o ekranizacji, która była gównem, choć zdania ekspertów da podzielone, bo druga część uważa że była ch⁎⁎⁎wa.

Zaloguj się aby komentować

Dziś w nocy, pierwszy raz od dawna, musiałem zamknąć w nocy okno, bo było mi zimno. I stąd właśnie zrodził się wytwór poniższy:


Rewolucja wrześniowa


Lato się kończy wśród wrześniowego

chłodu, który gdzieś się ze zmierzchem zjawiając

siłą się wpycha ażeby zająć

miejce ciepłego wieczoru letniego.


Niedługo już w swetrach będziemy chodzili;

niedługo już kaszląc, charcząc, smarkając,

przez okno na aurę deszczową zerkając,

będziemy do kolejnego lata tęsknili.


Jesień nas chłodnym wiatrem opęta

w łysych gałęzi nas zamknie okowy,

z drzew liście opadną, jak ścięte głowy,

gdy stary porządek zastępuje nowy.


Wrzesień. Już rewolucja zaczęta.


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować