Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 816wpisów
  • 3962komentarzy

Wazelina dla moderatora


Nieść pomoc innym są ludzie gotowi

Bo instynkt mają iście zwierzęcy.

Silni jak byk, jak owca- bojowi

Sprytni i zwinni jak stado zajęcy.


Strażnikiem Texasu są w naszym necie

I czasem też trolli za swojej kadencji

Usunąć muszą, jak dobrze wiecie,

Gdy imby kręcą pragnąc atencji.


Na takich miejscu popadłbym w fobie,

Zszedlbym na zawał albo na raka.

Bez czarnolosty skończyłbym w grobie

Lub los podzielił pod sklepem pijaka.


Wnet posyp popiół po swojej głowie

Gdy wpis Ci usunął, robaku gniewny,

Pan moderator, bo to jest nadczłowiek.

Więc taguj swe wpisy buraku pastewny.


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Biały Bicz Boży


Płyną zewsząd czarni nowi

Ach! czekałem od miesięcy

miecz mój małpy wnet owdowi

siekam ostrzem więc czym prędzej


pod mym konia grzbiecie

nie dla zysku i atencji

wnet żywota wyzioniecie

przy szermierczej mej inwencji


póki mam to moje zdrowie

tnę przez łeb małpy krewniaka

lud smoluszy już w żałobie

dzień jak codzień, żadna draka


rośnie z trupów czarny zasiek

wiatr kołysze płaszcz mój zwiewny

nie pomylą mnie z kimkolwiek?

tego jestem ciut niepewny


#nasonety

#zafirewallem

I znowu trudne, bo tu już rytmika bardziej jak u @moderacja_sie_nie_myje , ale równie dobrze można to przypisać @splash545 albo @RogerThat

dla mnie to @RogerThat - on potrafi takie krótkie zgrabniochy robić


also, @George_Stark - dawno nie czekałam tak końca edycji #nasonety! Strasznie chcę się dowiedzieć, który wiersz należy do kogo

Zaloguj się aby komentować

Modlitwa wędkarza


Choćbym i sto karpi złowił

Co świt wstawał pięć miesięcy

To by temu szczupakowi

radę dał ino czteroręcy


Wędkowałem jako dziecię

Rybiej sięgłem prepotencji

Zimą, wiosną, no i w lecie

Naturalnie - bez licencji


Potentną zanętę zrobię

Złowię w końcu go, szczupaka!

Kukurydzy nie udziobie?

To spróbuję na robaka


A gdy złowię jakiegokolwiek

Boże, bądźże tego pewny

że odmówię sto zdrowasiek

I oddam śpiew modlitewny


#nasonety #diriposta #zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Niebieski sonet


Jak sonet napisać zwierz pewien się głowi.

Wiele razy próbował od tylu miesięcy.

W końcu jednak to zrobił i to wbrew lękowi.

Pokazał kawałek odwagi zwierzęcej.


To pierwszy mój sonet. Co na to powiecie?

Wrzucam go dyskretnie. Nie pragnę atencji.

Szacunek nim zyskam. R⁎⁎⁎ać mnie przestaniecie...

Choć źle mi nie było i nie mam pretensji...


Ciekawy byłem uczucia gdy w końcu to zrobię.

W Lublinie jak równi zbijemy piątaka. 

Nie liczcie, że szybko coś jeszcze naskrobię

i nawet gdy ktoś dałby mi za to tysiaka.


Jeden sonet wystarczy na jeden wiek.

Na częściej nie liczcie, nie jestem wylewny.

Swoje już zrobiłem i jestem swój człowiek.

Choć wyszedł o niczym, taki trochę badziewny...


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Kot w ciepłym mieszkaniu


Rankiem, słoneczko po wąsach świeci kotkowi,

Koniec nieuchronny widać letnich miesięcy.

Lecz nie wadzi to wcale czarnemu mruczkowi,

Nie tak jak ptaszynie, zimną aurą przejętej...


Kotek śpi głęboko i śni o miłym lecie,

Tuląc się do grzejnika ciepłej konwencji,

Marząc o pudle, przy fotelu, w pakiecie,

Gdyż w nim się umości, po drzemki sekwencji.


I może pomyśli o tej jednej osobie,

A myśl to będzie kocia i nie byle jaka,

Wszystko sprowadzi się w mruczącym sposobie,

Wszamać saszetę i dać na półkę drapaka.


Na szczenięce szaleństwa już wziął minął ten wiek,

W jej miejsce powaga dostojnej królewny,

Niech sobie wokół robią co chcą i cokolwiek,

Kot w tym wieku nie bywa zbytnio wylewny.


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Bobik


Dałam mu na imię Bobik

Taki słodki pysk szczenięcy

Na spacery ze mną chodził

Przez dwanaście w rok miesięcy


A pewnego razu w lecie

To w rabatę wbiegł hortensji

Sąsiad płakał o to kwiecie

Ja o pyłek w jego sierści


W nocy sypiał na podłodze

Chociaż się próbował wdrapać

I na męża spać połowie

Cóż. Przynajmniej on nie chrapał


A później gdzieś sobie pobiegł

Mnie zalał wtedy płacz rzewny

Wrócił. Uszy spuścił po sobie

Podkulił ogon, pysk miał niepewny


#nasonety

#zafirewallem

To wygląda na @Wrzoo ale I tak obstawiam, że to @George_Stark się podszywa. Na koniec edycji wyjdzie, że to tylko on się podszywał i nikt inny sonetu nie napisał xd

Zaloguj się aby komentować

Prze-życie


W przeżyciu życia jesteśmy wciąż nowi,

Choć to za nami przybywa miesięcy.

Jesteśmy też mniej rzeczywiści, bardziej cyfrowi,

Cyniczni, mniej w nas naiwności dziecięcej.


Bo życie jest przeżyciem na debecie,

W pogoni, traci na swej esencji;

Środek staje się celem w mglistej poświecie.

Pusty rytuał zamyka się w swej sekwencji.


Chyłkiem umyka czas, zebrany w minionej daty ozdobie...

Czy wart był on chociaż groszaka?

Czy zamkniesz go w dobrym słowie?

Czy raczej nie wart nawet kłaka?


Wszystko się toczy jakkolwiek,

Niewiele zmienia, czyś gniewny...

Powstanie, przeminie z nami wiek,

Poniesie wszystko nurt czasu zwiewny.


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Jezus też nienawidził wędkarzy


Siedzi Smoluch, ryby łowi

przynętą z uszu zajęcy,


  • czemu nie biorą?! nad tym się głowi

nic nie dociera do głowy tępej


tak się łowi w lecie

rzecz też jest w esencji

jak smród w lesie

i w odpowiedniej konwencji


dlatego psikusa mu zrobię

i łeb rozwalę biedaka

wieszając ku lasu ozdobie

jak na haku pędraka


wisi nad ziemią czarny zbieg

w skamleniu taki wylewny

śmierć to życia obieg

żywota skończył małpy krewny


#nasonety

#zafirewallem

Myślę, że @George_Stark może się podszywać ale ostatecznie stawiam na @moderacja_sie_nie_myje bo jednak dał szybko koment pod wpisem rozpoczynającym a też chłopak umie jak z karabinu te sonety wystrzeliwać

Zaloguj się aby komentować

919 + 1 = 920


Tytuł: Mapa

Autor: Barbara Sadurska

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 7/10


#bookmeter


Na najcieńszym pergaminie, zrobionym ze skóry białych jagniąt, które zostały pobrane od żywych matek, na pergaminie godnym możnych tego świata, na takim pergaminie złotym pyłem rysowaliśmy z Fra Mauro mapę, za którą on chciał kupić zbawienie, a ja wolność. Zbawienie, którego nie ma. Wolność, której nie ma. Wodzenie na pokuszenie.


Coraz bardziej lubię to małe wydawnictwo Nisza, bo za każdym razem, kiedy sięgam po opublikowaną ich nakładem książkę dostaję coś albo nietypowego, albo coś, co mi się podoba. Często nawet te dwie cechy łączą się w jednej pozycji, co tylko moją sympatię do tego wydawnictwa wzmacnia. Taką książką, która połączyła pewien rodzaj zaskoczenia z podobaniem mi się była właśnie Mapa pani Barbary Sadurskiej.


Pewnym zaskoczeniem jest kompozycja tej książki, w której łatwo można się pogubić (mnie się to kilka razy zdarzyło), ale, co ciekawe, to zupełnie nie przeszkadza. Opowieść rozgrywa się na przestrzeni sześciu wieków w kilku różnych krajach (a zajmuje tylko nieco ponad 200 stron!) i swobodnie i nieoczekiwanie przeskakuje sobie w czasie i przestrzeni tak, że czasami czytelnik zdaje sobie z tego sprawę dopiero po kilku zdaniach. Brzmi trochę jak kiepsko prowadzona narracja, z wykorzystaniem koślawej składni i nieumiejętnym operowaniem podmiotem? Ale tak nie jest. To, co dzieje się w Mapie to zabieg świadomy i przeprowadzony świetnie. A z tego, że człowiek się nie zorientował, że cofnął się o kilka wieków można sobie wyciągać różne wnioski. O życiu na przykład, które się podobno tak mocno różnych epokach pozmieniało.


Wszystko w Mapie rozbija się o mapę, z roku tysiąc czterysta któregoś tam, która w kolejnych pokoleniach trafia do kolejnych osób i wywołuje kolejne emocje, które z kolei powodują kolejne zdarzenia. Podobał mi się w tej książce sposób kreacji bohaterów, którzy zawsze czegoś chcieli, podobało mi się bardzo oszczędne, ale wiarygodne odwzorowanie różnych epok. Podobał mi się język i wrażenia z jego odbioru, podobne do tych, które wywoływał u mnie pan Bruno Schulz. Podobały mi się momenty w których odnajdywałem pewne tropy prowadzące do pana Márqueza (czy one tam rzeczywiście były, czy mi się tak kojarzyło, to już inna kwestia). Podobały mi się relacje między postaciami, podobały mi się mroczne tajemnice (niewyjaśnione, ale to nie szkodzi) Cała ta książka w ogóle mi się podobała. To była dla mnie taka bardziej lektura emocjonalno-impresyjna niż intelektualna i może właśnie dlatego tak mi się podobała?

726f3588-4642-4d54-a0fd-585bec6d42d6

Zaloguj się aby komentować

Drodzy!


Wydałem z siebie donośne „Ooo!”, kiedy się okazało, że zostałem zwycięzcą XLVIII edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem . Zgodnie więc z tradycją przychodzi mi otworzyć kolejną, zgodnie z nieubłaganymi prawami matematyki, XLIX edycję zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem. Będzie to edycja inna niż wszystkie, i to nawet nie tylko dlatego, że żadna wcześniej nie miała takiego numeru i żadna później mieć już go raczej nie będzie – raczej, bo z naszymi zdolnościami matematycznymi to wszystko jest możliwe – ale o tym dlaczego będzie inna napiszę później, przy okazji podawania zasad. Na początek tekst #diproposta .


Otóż bardzo mocno przypadł mi do gustu wspaniały Sonet o boyu hotelowym, którym zajmowaliśmy się poprzednio i w związku z tym zdecydowałem, że w tej edycji również będzie naszej twórczości przyświecał Boy. Tym razem nie boy hotelowy jednak, a Boy-Żeleński. Tadeusz Boy-Żeleński konkretnie.


Spośród utworów pana Żeleńskiego wybrałem Wierszyk, który sam autor uważa za nie bardzo mądry . Być może utwór ten nie jest bardzo mądry, ale jest za to dość długi, a przynajmniej zbyt długi na to żebym nas męczył układaniem do całości. Stąd podaję tutaj tylko cztery pierwsze jego strofy, czyli szesnaście wersów (bo w przypadku czternastu dwa ostatnie by się nie rymowały). Cały zaś wiersz, jeśli ktoś ma ochotę, można znaleźć pod linkiem wyżej. Do rzeczy więc::


Tadeusz Boy-Żeleński

Wierszyk, który sam autor uważa za nie bardzo mądry

(fragment)


Niech mi ktoś wreszcie powi

- Diabłów kroć sto tysięcy! -

Czemu się tak nerwowi

Stajemy coraz więcej?


Długom to zgłębiał, przecie

Doszedłem kwintesencji:

W tym zło, że na tym świecie

Nic nie ma konsekwencji.


Rzecz jedna sama w sobie

Nie ciągle jest jednaka,

Lecz bywa w różnej dobie

To taka, to owaka.


Bywają dni, że człowiek

Strasznie jest siebie pewny,

Rad, od otwarcia powiek,

Jak prosię w deszcz ulewny.


***


!!! ZASADY !!!


Ponieważ zapowiada się, że w tym tygodniu będę miał nieco więcej czasu zrobimy sobie coś, co chciałem zrobić już od dawna, a zawsze kiedy miałem okazję, to o tym zapominałem. XLIX edycja zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem będzie edycją anonimową!


Na czym będzie to polegać? Otóż, po standardowym ułożeniu wiersza tak, żeby ostatnie słowa w odpowiednich wersach rymowały się ostatnimi słowami utworu di proposta układający nie zamieszcza go samodzielnie, a wysyła do mnie przez wiadomość prywatną. To ja, pamiętając o społeczności, zamieszczam odpowiedź, a resztę prosiłbym o zgadywanie w komentarzach kto jest zamieszczonego wytworu autorem (mogę to być również ja!). Plan jest taki, że wygra uczestnik, którego zdemaskuje najwięcej osób, ale czy to wyjdzie, to tego nie wiem. W razie czego wymyślę coś innego.


***


Jeszcze dwie prośby.


Pierwsza: ponieważ nie chciałbym w żaden sposób ingerować we wpisy, proszę o przesyłanie dokładnie tego co mam zamieścić. To znaczy już z tagami, jeśli ma być jakiś wstęp, to również z tym wstępem w jednej wiadomości. Tak, żebym mógł ją po prostu skopiować i wkleić. Z góry dziękuję.


Druga (tutaj chyba @bojowonastawionaowca): czy jest na tym portalu możliwość wyszukania wpisów użytkownika w tagu? Bo, jeśli czas mi pozwoli, to mam ogromną chęć pobawić się w próby podrabiania stylu innych naszych Poetów i sprawdzenia czy uda mi się Was podpuścić.


***


To chyba tyle. Miłej zabawy! I mam nadzieję, że ten format sprawi nam trochę radości!

Zaloguj się aby komentować

No pan Jan Stanisław Skorupski jest absolutnie niepodrabianly! Przez ostatnich kilka dni siadałem w wolnych chwilach próbując choć odrobinę zbliżyć się do poziomu artyzmu, jaki osiągnął w swoim Sonecie o boyu hotelowym, który jest tekstem di proposta w XLVIII edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem. Wyszło jak wyszło, ale bardziej zbliżyć się do ideału już po prostu nie potrafię. Pozostaje mi chyba tylko grzać się jego egipskim ciepłem.


***


Sonet o piłkarskim oldboyu


Jan Tomaszewski jest już oldboyem

zamienił boisko na sejmową salę

można powiedzieć stadion na halę

tym zajął się gdy skończył z futbolem


oburza się kiedy panie posłanki

chcą w głosowaniach go przekabacić

to bramkarz – nie daje się więc zeszmacić

broni swojego, jak bronił bramki


nie kryje się ze swoim zdaniem

ma prawo mówić co myśli przecież

pocieszamy go publikowaniem


wpierw były Leppera przeprosiny

zgodnie z wyrokiem sądu w gazecie

wczoraj z Bońkiem doszło do spiny


Warszawa, 31 października 2024

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Godząc się z tym, że niemożliwym jest napisać cokolwiek lepszego niż sonet pana Jana Stanisława Skorupskiego, który został wybrany na tekst di proposta w XLVIII edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem nieśmiało pragnę przedstawić swoją odpowiedź na ten wspaniały utwór:


***


Ich Troje


Jak u Dumasa, też było Ich Troje

i zdominowali na tygodnie całe

listy przebojów. Wstrząsnęli krajem.

Powiedz, pamiętasz którym przebojem?


Pozostawili gdzieś w tyle Brathanki,

łzami Narcyza nie chcieli się trapić,

mówili: „Depesze na pocztę powinni trafić”

bo nienawidzili Twojej generacji.


W czerwcu zaczęło się to ich panowanie.

Świecili, jak słońce świeciło nam w lecie;

na zawsze (przez lato)? – tak brzmiało pytanie.


A jednak, gdy rok już się zbliżał do zimy,

i nastał tamten pamiętny wrzesień

Krzysztof z Goranem zwyciężyli z nimi.

Zaloguj się aby komentować

905 + 1 = 906


Tytuł: Pan wszystkich krów

Autor: Andrzej Dybczak

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 9/10


#bookmeter


To, co chciałbym opisać, wydarzyło się następnego dnia, w poniedziałek, i powiem od razu, że nie było to wielkie wydarzenie.


Sto szesnaście pobranych książek Wydawnictwa Literackiego. Sześćdziesiąt sześć opublikowanych przez wydawnictwo Czarne. Dziewięć od Czarnej Owcy, siedemnaście z Rebisu. Kilka z Zysku i kilka kolejnych z Prószyńskiego. Trzy ze Świata Książki. Tak wyglądały moje przygotowania do zmian wprowadzonych ostatnio przez Legimi. A to wszystko nie licząc około pięćdziesięciu książek, które miałem pobrane już wcześniej. Około pięćdziesiąt pozycji to taka stała, zwykła liczba tego, co chciałbym przeczytać i co ciągle wierzę, że przeczytać mi się kiedyś uda. A później wpada mi w oczy wpis wydawnictwa Nisza , który zaczyna się takim zdaniem: Na początku spotkania Andrzej Stasiuk wyznaje, że podziwia tylko dwóch polskich pisarzy, jeden to Michał Milczarek, drugi - Andrzej Dybczak. No i ściągam kolejną książkę. Tamte przecież mogą spokojnie jeszcze trochę na swoją kolej poczekać.


Twórczości autora Pana wszystkich krów, pana Andrzeja Dybczaka nie znałem wcześniej, tak jak zresztą nie miałem w ogóle pojęcia o istnieniu takiego człowieka jak pan Andrzej Dybczak. – „Ilu jeszcze takich autorów chowa się gdzieś tam przede mną?” – pomyślałem sobie. – I czy w ogóle dam radę ich wszystkich przeczytać?” Bo ta proza zrobiła na mnie niesamowite wrażenie, j€z od pierwszych jej zdań. Najpierw, co według mnie jest olbrzymim komplementem, zadźwięczała mi panem Andrzejem Stasiukiem. Tym, którego uwielbiam, to znaczy tym, w którego esejach się zaczytywałem i dalej się zaczytuję, bo zdarza mi się do nich wracać. Nie znaczy to oczywiście, że chciałem napisać że pan Dybczak jest jakąś kopią czy naśladowcą pana Stasiuka (chociaż może?; tego nie wiem). Może jacyś literaturoznawcy potrafiliby znaleźć, porównując teksty tych dwóch autorów, jakieś wspólne elementy składniowe, coś zbliżonego w ich frazach albo coś tam jeszcze innego takie profesjonalne oko potrafiłoby dostrzec. Ja, posługując się raczej intuicją niż wiedzą znalazłem dwa wspólne punkty. Pierwszym z nich jest lekkość i przyjemność z jaką odbiera się teksty obu tych panów, drugim jest tych tekstów obrazowość i jakaś impresyjność może, wyrażona w tak naturalny i niewymuszony sposób, że aż się człowiek dziwi, że tak można. Tak bez żadnych fajerwerków, tak zupełnie po prostu.


A później, po kilku tekstach, kolejnym autorem, którego bardzo cenię, i którego twórczości jakieś echa odezwały się w mojej głowie przy tych tekstach był pan Wiesław Myśliwski. Z nim z kolei skojarzyło mi się to, w jaki sposób pan Dybczak prezentuje pojawiające się w opowiadaniach postaci. W tej książce nie ma ich opisów, a jeśli już są, to są szczątkowe (chyba że są, a tylko mnie tak ta lektura porwała, że ich nie zauważyłem, co w zasadzie wychodzi na to samo). O tych ludziach, którzy są bohaterami tych opowiadań dowiadujemy się z tego co mówią, co robią, jak się zachowują. No i jeszcze z bohaterami pana Myśliwskiego bohaterów pana Dybczaka łączy to, że żadnym bohaterami nie są. Są wiejskimi gospodarzami, krawcami, robotnikami, zbieraczami złomu czy ojcami, o których nie wiemy w zasadzie nic więcej poza tym ich ojcostwem. Są zwykłymi ludźmi i właśnie w tej swojej zwykłości są niezwykle fascynujący.


Tak samo w Panu wszystkich krów czytelnik nie będzie przemierzał złowrogich krain po to, żeby wrzucić obrączkę do wulkanu; nie wyląduje na bezludnej wyspie, która w piątek okaże się jednak nie tak całkiem bezludna; nie będzie polował na białego wieloryba razem z szalonym kapitanem na pokładzie Pequoda; nie będzie nawet cały dzień spacerował po Dublinie. Wybierze się raczej na pastwisko, z którego będzie zaganiał krowy na udój do obory; wybierze się na klatkę schodową, gdzie będzie rozmawiał ze swoim sąsiadem z wyższego piętra, wybierze się w odwiedziny do brata, do którego jednak nie dotrze, bo po drodze dopadną go wspomnienia wywołane przez stary kościół; a jeśli już wybierze się nawet za granicę, to do Norwegii, nie po to jednak żeby karmić tam fiordy, ale żeby rozładowywać kilkusettonowe okręty wracające z połowu z ładowniami wypełnionymi mrożonymi rybami (o szaleństwie ich kapitanów niczego się jednak nie dowie). Nie przeżyje żadnej niesamowitej przygody, a tylko kawałek zwykłego życia. I może przekona się, że takie życie, jeśli pięknie, jak u pana Dybczaka, opisane, może być, jeśli nie piękne, to przynajmniej ciekawe i interesujące.

0f6d2402-53f5-4822-aaa1-c2a703d56589

Zaloguj się aby komentować

904 + 1 = 905


Tytuł: Franz Kafka: Koszmar rozumu

Autor: Ernst Pawel

Kategoria: biografia, autobiografia, pamiętnik

Ocena: 8/10


#bookmeter


Jego twórczość jest wywrotowa nie dlatego, że znalazł prawdę, ale dlatego, że będąc człowiekiem, czyli nie znajdując jej, nie zgodził się na półprawdy i kompromis.


To druga, po Opowieści biograficznej autorstwa pana Maxa Broda biografia pana Franza Kafki, którą przeczytałem. Jeśli miałbym je porównać, powiedziałbym że Opowieść biograficzna jest książką emocjonalną, natomiast Koszmar rozumu jest książką dokumentalną. Bo taką zasadniczą różnicę między nimi znajduję.


Pan Pawel, autor Koszmaru rozumu, wykonał – taki mi się wydaje – ogrom mozolnej i skrupulatnej pracy. Pozbawiony również sentymentu, czy osobistego zaangażowania w stosunku do postaci, którą w swojej książce opisuje był w stanie odtworzyć – również: tak mi się wydaje – w obiektywny sposób losy tego praskiego Żyda piszącego po niemiecku, którego obrał za temat swojego utworu. Piszę „losy”, bo w tej książce niewiele jest Kafki jako człowieka. To zrozumiałe, ze względu na kilka spraw. Na niekompletność zapisów, które po sobie zostawił i na skłonność samego pana Kafki do dramatyzowania i przedstawiania w tych zapisach swoich nastrojów w bardzo ciemnych kolorach, czasem być może wbrew temu, jakie wnioski można by wyciągnąć z wydarzeń w jego życiu. Fakt, w kilku miejscach pan Pawel pisze o tym, że pan Kafka samobiczowanie doprowadził do perfekcji oraz o tym, że – świadomie czy nie – sam kreował swój wizerunek na taki, jaki mniej więcej teraz znamy. Na to drugie przytacza przykłady, szczególnie przykłady dotyczące wspomnień z dzieciństwa, gdzie przywoływane przez pana Kafkę wydarzenia przedstawione są inaczej niż wspominają to inni. Czy była to konfabulacja, czy może czas wypaczył te wspomnienia – o tym pan Pawel nie wspomina. I słusznie, skąd mógłby niby to wiedzieć?


Ta ostatnia rzecz to duży plus jeśli chodzi o wartość dokumentalną Koszmaru rozumu, bo nie ma w tej książce niepotrzebnych uwag i przypuszczeń, a jeśli już są, to są rzadko i są wyraźnie zaznaczone. Z drugiej jednak strony pozostawia pewien niedosyt, jeśli ktoś chciałby z niej poznać pana Kafkę jako człowieka – czy to w ogóle było możliwe po sześćdziesięciu latach od jego śmierci, kiedy ta książka powstawała? Albo szerzej: czy to w ogóle było możliwe nawet za jego życia? Być może jesteśmy skazani na to, żeby mieć tylko jakiś jego obraz, przefiltrowany dodatkowo przez tych, którzy nam o nim opowiadali. Pytanie tylko, czy nie jest też tak z każdym innym człowiekiem, nawet z tym, którego znamy osobiście?


Zostawiając jednak te niepotrzebne filozoficzne dywagacje (trochę w stylu pana Franza Kafki, tak mi się przynajmniej wydaje), a przechodząc znowu do książki: cała ta rozszerzona kronika wydarzeń z życia praskie autora rozszerzona jest bardzo mocno o tło historyczne. Kontekst – to słowo najczęściej przychodził mi do głowy w czasie lektury. I to jest w tej książce dopiero wykonane świetnie! Czytelnik nie tylko śledzi w niej zmiany zachodzące w Europie na przełomie XIX i XX wieku, u schyłku belle epoque w, mało już jednak belle, Cesarstwie Austriackim, ale zostaje też wciągnięty w codzienne życie Pragi (a przynajmniej jej części, którą stanowili niemieckojęzyczni Żydzi) z tamtego okresu. I to jest w Koszmarze rozumu rzecz absolutnie fantastyczna! To jest dokładnie ta historia, o której uwielbiam czytać! A był to faktycznie okres ciekawy, dość wspomnieć, że na kartach tej książki pojawiają się takie osoby jak pan Jaroslav Hašek, pan Tomáš Masaryk czy pan Hans Gross, twórca nowoczesnej kryminalistyki, żeby wymienić tylko te bardziej rozpoznawalne.


Dostałem w tej książce coś trochę innego niż się po niej spodziewałem. Dotarło do mnie w czasie lektury, że tak prawdopodobnie musiało być. Że to, czego od niej oczekiwałem nie było możliwe do uzyskania i domyśliłem się dlaczego nie było to możliwe. I może właśnie dlatego jestem po jej zakończeniu tak bardzo zadowolony?

aa86e06f-feaa-4010-b2b8-e6adead22128

Zaloguj się aby komentować

No dobrze. XLVII edycja zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem powoli się kończy, więc jeszcze jeden – już ostatni! – wytwór zamieszczę. Uważam go, co prawda, za niedokończony, no ale ta druga strofa tak mi się w nim podoba, że chciałem się nią pochwalić:


***


Myśliciel


Nad rozwiązaniem się dwoję i troję

i mam już je prawie! No, jeszcze chwilę.

A sam radzić se muszę, no bo wilczy bilet

akademicy mi dali. Za brak uzdolnień.


Niech w tyłek se wsadzą te dyplomy swoje!

To papier jest przecież, więc warty jest tyle

że można nim sobie podetrzeć ten tyłek.

Choć ja tam akurat to mięksiejszy wolę.


Jeden mi z drugim tu jajogłwy

me wnioski podważa, gdy je ogłoszę.

A ja się o takie stwierdzenie pokuszę

że wyście, mądrale, ani połowy,

zagadnień nie podnieśli, co ja je podnoszę

mym chłopskim rozumem! Magistry wy głupie!


***


EDIT: Obrazka zapomniałem, co go lubię! Już naprawiam.

09af75b5-6539-46a4-80a9-51650b1bdc5f

Zaloguj się aby komentować

Ja chciałem tylko napisać, że niepokojąco mało uczestników wzięło udział w tej XLVII edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem . No i jeszcze, że koleżanka @Wrzoo , która, co prawda, udział wzięła, to obiecała jeszcze wykroić krajzegą jakiś wiersz z gdańskimi regionalizmami . No i nie wykroiła.


I w zasadzie na tym mógłbym zakończyć ten mój wpis, bo tyle miałem w nim do przekazania, no ale głupio by było tak z mordą wyskoczyć, nie posiadając ku temu wyskoczeniu żadnego pretekstu. No to pretekst poniżej, że niby chciałem ten wytwór opublikować, a te zarzuty to tylko tak przy okazji.


***


Wylew


Pną się, jak po pergolach powoje.

Gęste, tak jak na stawach lilije.

Barwne, jak na tych lilijach motyle.

A rosną! - jak nawożone gnojem.


Klęska urodzaju - to tego się boję,

bo jeśli to potrwa jeszcze przez chwilę

to myśli do mózgu będę miał wylew.


I cóż że odwiedzam kolejne już zdroje?

Otrzymać nie mogę pomocy fachowej.

A i karetki do tych moich zgłoszeń.

od jakiegoś czasu już nie chcą wyruszać.

Sam radzić więc muszę z tym sobie.

I jakoś te męki, choć ledwie, lecz znoszę.


Na szczęście pokój obity mam pluszem.

@George_Stark nie obiecałam. Pisałam, że się postaram.

W ramach sprzeciwu wobec takiego wywoływania po imieniu (już rozumiem Pachę), wrzucam tu, a nie jako osobny sonet.


Beton


Popływałabym w morzu, lecz sinic się boję

To nie jest zatoka, to Bałtyk, debile!

Czasem o dno zahaczą StenaLajnów kile

Płytko jest trochę, to nie Międzyzdroje


Myślisz, że na sypialnie mówimy tutaj "koje"?

Może śledzie tak ględzą, lub redzkie imbecyle,

Czasem na rogówce śpimy, ale bóle w tyle

Nie pozwolą nam wtedy jutro jeździć na kole


Kolejką podjadę, mam całodobowy

Z Wrzeszcza do Gdańska jak zwykle wyruszę

W siatce, nie reklamówce, badziewie se noszę


Odpalisz fajkę od świeczki - ktoś urwie ci głowę

Lecz poza tym, że u nas grali jacyś blaszani dobosze

Nie różnimy się niczym - wszyscy pod zlewem mamy kosze

@Wrzoo


nie obiecałam. Pisałam, że się postaram.

W ramach sprzeciwu wobec takiego wywoływania po imieniu (już rozumiem Pachę), wrzucam tu, a nie jako osobny sonet.


Żeby uniknąć ewentualnej kolejnej nieprzyjemnej sytuacji napiszę tylko, że z tą obietnicą to miała być żartobliwa hiperbola. Jeśli żart nie wyszedł, to znaczy że był kiepski. Jeśli uraził, przepraszam. Sam se ze sobą będę od tej pory żartował.


A wiersz bardzo ładny. Dziękuję i doceniam.

Zaloguj się aby komentować

885 + 1 = 886


Tytuł: Historia o mewie i kocie, który uczył ją latać

Autor: Luis Sepúlveda

Kategoria: literatura dziecięca

Ocena: 7/10


#bookmeter


Nagle mały czarny kot poczuł, że ziemia usuwa mu się spod łap, i nie rozumiejąc, co się dzieje, zaczął fikać koziołki w powietrzu. Pamiętając jedno z pierwszych pouczeń matki, rozejrzał się za miejscem, gdzie mógłby spaść na cztery łapy.


Było to tak, że wczoraj, ponieważ wczoraj było jeszcze przed 22. października (i nadal jest jeszcze przed 22. października, więc jeśli ktoś ma abonament Legimi i ta książka go zainteresuje, to można ją sobie w dalszym ciągu na swoją półkę bez opłat dodać), przeglądałem sobie na Legimi książki, głównie Wydawnictwa Literackiego, i decydowałem na które z nich być może będę miał w ciągu najbliższego pół roku ochotę, bo na najbliższe pół roku mam jeszcze opłacony abonament. I dodawałem sobie je po kolei na półkę, i wpadła mi wtedy w oko ta okładka tej książki pana Sepúlvedy i mnie zachwyciła. Bardziej nawet niż jej tytuł mnie ta okładka zachwyciła, który to tytuł zresztą też ogromnie mnie zachwycił. Nie wiedziałem wtedy, że jest to książka dla dzieci, zorientowałem się o tym gdzieś po dwóch-trzech pierwszych rozdziałach, bowiem wieczorem się za nią od razu, pod wpływem tego zachwytu jej tytułem i okładką, zabrałem. A to, że jest to książka dla dzieci w ogóle mi nie przeszkadzało.


Historia o mewie i kocie, który uczył ją latać to historia o kocie, który uczył latać mewę, chociaż tej nauki latania jest w tej książce mało, bo jest ono tylko w dwóch-trzech rozdziałach na jej końcu. Szkoda, bo liczyłem na opisy właśnie tej nauki latania, bo zainteresowało mnie jak kot, który przecież latać nie umie, może uczyć latać mewę, która przecież latać powinna umieć. Takie samo chyba pytanie zadał sobie autor tej książki, zresztą jej bohater, gruby czarny kot Zorbas też je sobie zadawał. I o tym jest ta książka, jest o poszukiwaniu sposobu na to, jak kot mógłby nauczyć mewę latać.


A skąd w ogóle kotu przyszło do głowy, żeby nauczyć mewę latać? Ano, stało się to w wyniku zbiegu okoliczności, dość tragicznego zresztą i spowodowanego przez zaniedbania ludzi, chociaż nie wszystkich, jak to powiedziała mewa Kenga zanim skonała oblepiona ropą naftową, którą ludzie zrzucili do Morza Północnego. Mewa Kenga, zanim skonała, zdążyła dolecieć na balkon, na którym wygrzewał się gruby czarny kot Zorbas i na tym balkonie, zanim na nim skonała zdążyła nie tylko złożyć jajko, ale i odebrać od Zorbasa trzy obietnice, z których ostatnią było właśnie to, żeby mewę, która się z jajka wykluje, Zorbas nauczył latać.


Historia o mewie i kocie, który uczył ją latać to króciutka, ciepła, opowiedziana w uroczy sposób historia, tak jak to dzieciom opowiada się świat za pomocą przenośni, uproszczeń i szczęśliwych zakończeń. Nie oznacza to, że nie ma w tej książce zła, bo jest. Jest w tej książce zło w postaci dwóch kotów podwórkowych, z którym to złem gruby czarny kot Zorbas radzi sobie odpowiednio siłą i sprytem (tylko trochę siłą wspomaganym). Tak że dobro wygrywa, zło przegrywa, zdobywa się to, o czym się marzy i, jeśli tylko znajdzie się odwagę, żeby się odważyć, to bez problemu można osiągnąć to, do czego się jest stworzonym. Nie jest to, co prawda, ani Mikołajek, ani Muminki, ale jest to książka w sam raz na jeden wieczór po cięższym dniu albo w cięższym okresie i, jako taka, się u mnie wczoraj doskonale sprawdziła.


***


Przy okazji naprawiam też licznik, co to go kolega @splash545 popsuł wczoraj przez zaniechanie w swoim ostatnim wpisie.

abf93ea1-3b7b-48eb-b79c-6ee306250921

Zaloguj się aby komentować

Chyba się starzeję, bo zawahałem się przez chwilę czy to zrobić, czy może jednak lepiej nie, bo na przykład nie wypada. No ale doszedłem do wniosku, że mamy wśród nas fanów gatunku, którzy, tak wydaje mi się wydaje, z tego powinni się ucieszyć. Tak więc, z dedykacją dla koleżanki @UmytaPacha i kolegi @splash545 , dziś w zabawie #naczteryrymy w kawiarni #zafirewallem zadaję następujące zadanie:


temat: awans społeczny

rymy: sikanie - kupa - rzyganie - d⁎⁎a


***


Miłej zabawy, najlepiej takiej, żeby się prawie posrać ze śmiechu!

Skończyło się po krzach sikanie

W lesie pod drzewkiem kupa

Po imprezie pod klubem rzyganie

Awans społeczny to jednak d⁎⁎a

@George_Stark

Ranking sprawiedliwych przysmaków

Podium zamyka womit - rzyganie

Najlepiej z sosem ze smarków

Tuż przed nim plasuje się sikanie

Szczyny, szczochy, płyn złoty

Na pierwszym miejscu zaś kupa

Deklasując siki i wymioty

Skarbnicą smaków jest d⁎⁎a

#konkursnanajbardziejgownianymemznosaczem

Zaloguj się aby komentować

Nie jestem wielkim fanem sztuki filmowej, a moją ulubioną chyba sceną, jaka kiedykolwiek została nagrana, jest początek teledysku do utworu Welcome to the jungle zespołu Guns’n’Roses. No tak mi się kolejny sonet w XLVII edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem napisał:


***


Awans społeczeny


Auta mkną wokół niczym naboje,

świecą zielone neonów badyle,

a z ptaków zostały tu pawie i gile,

co pstrzą chodniki do spółki z gnojem.


Pod dworcem wystają chętne dziewoje

i możesz mieć je – negocjuj za ile! –

i ten gość pijany – a może ma wylew? –

co lezy pod sklepem. Szyld? ALKOHOLE.


Gdzieś w bramie wystąpił incydent kałowy;

wcześniej, jak inne, śmierdziała moczem.

Tam ktoś drze ryja, tu ktoś się tłucze…


No więc, mieszczuchu mój ty, napływowy,

przybyszu z jednej z pobliskich wiosek

warto to było do miasta się ruszać?


***


A teraz pora zająć się czymś pożytecznym.

@Wrzoo


Początkowo miałem na myśli Koluszki, bo mi do ostatniego wersu rymem pasowało, a później myślałem o Łodzi. Może dlatego, że kiedyś tam mieszkałem?

Zaloguj się aby komentować