Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 746wpisy
  • 3813komentarzy

Na głowie ma kraśny wianek, w ręku zielony badylek […] – znacie te słowa, nie? Ale jakoś tak to trochę inaczej leciało, co? Otóż odpowiadam: nie, nie leciało to inaczej. Autorem tych słów nie jest bowiem, jak mogłoby się wydawać (i, jak i mnie się kiedyś wydawało) żaden z panów Staszewskich. Ani pan Stanisław, ani pan Kazimierz nawet, choć pięknie je sobie ten starszy z nich (czyli pan Stanisław) w swój własny tekst wkomponował. Autorem tych słów jest pan Adam. Adam Mickiewicz konkretnie. A że koleżanka @moll uznała, że XLV edycja konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem będzie edycją mickiewiczowską , to postanowiłem się dostosować. Tym bardziej, że pisaliśmy dziś trochę o Dziadach , to niechże te Dziady pojawią się w końcu w tej naszej kawiarence! – listopad przecież się zbliża! Co prawda komentarze te dotyczyły części trzeciej, a ja mój dziadoski wytwór oparłem na części drugiej, no ale koleżanka organizatorka ma problemy z liczeniem, to może nie zauważy.


***


A przed nią bieżył baranek. Ale już nie bieży.

czyli Co się dzieje, gdy kobieta nie bierze (za męża – żeby nie było!)


Baś, baś, baranku! Baś, baś, baranku!

Zostaw już Zosię, przed którą tak kroczysz

bo Zosia serce ma twardsze od broszy

tej którą nosi, z górskich kryształków.


Józio, co dawał jej wstążkę do wianku,

gdy nie przyjęła – do rzeki skoczył.

Antoś, który aże krwią broczył,

po sercu wyrwanym, nie uszedł szwanku

na zdrowiu i skonał nade potokiem.


Jedyny Oleś, co przetrwał dramat.

Gołąbki zabrał, do Hani poszedł

i, kiedy Zosia została sama,

kolejny prezent wymyślił, kokiet:

– „Z baranka także ucieszy się Hania.”

Zaloguj się aby komentować

Greccy żołnierze dość smacznie spali

Gdy ich poderwano na rozkaz mądrali

Co nagły atak chciał wcielić już w życie

Bo konnicy nie było lecz przecież to wicie

Grecy za zasiekami oliwnymi spali,

To dzięki radzie pewnego mądrali.

Ta jego decyzja uratowała im życie,

6k martwych persów naliczyli o świcie.

Pod sklepem sportowym "Maraton" spali

promki na otwarcie wymyśliło paru mądrali

z rana wybuchła walka na śmierć i życie

ludzie w amoku, sklep splądrowany niesamowicie

Zaloguj się aby komentować

Dobra, ostatni już chyba na dziś. Byle tylko do czterech rymów dotrwać.


***


AMERICANA


WELCOME TO AMERI-CANA

Kaseta Offspringa w kółko słuchana

była, gdy byłem jeszcze chłopięciem młodym.

No ale już takim, co to się buntował.


Nad miejskim zalewem mieliśmy Kalifornię

i dżinsy z dziurami, bo tam, na betonie

niejeden z nas czasem przewrócić się musiał.

I włosy też czasem stawialiśmy sobie. Na cukier.


Baterie się do Kasprzaka wkładało

na naszej Malibu się z niego grało

aż czasem pytał któryś z rodziców:

„Co to za wariat tak głośno tam krzyczy?”


Dzisiaj już miewam tak, jak wtedy mama

gdy głośnik jest bardziej forte niż piano,

bo gust przez te lata mi zmienił się przecież.

Lecz Offspring czasami jeszcze poleci.


***


#nasonety

#zafirewallem

Już się kiedyś chwaliłem, ale dalej mam - moja pierwsza oryginalna kaseta kupiona za własne oszczędności Bardzo pozytywny utwór

dbf78543-e99c-4672-85ec-f2a909437d08

Zaloguj się aby komentować

Nie wiem czy znacie, albo może czy pamiętacie te doniesienia na temat anatomicznych odkryć radzieckich naukowców? Tym, którzy nie znają przedstawiam, tym, którzy znają, ale zapomnieli, przypominam:


***


Porażka wstecznej medycyny „ludowej” w starciu z przodującą nauką radziecką

czyli Radzieccy uczeni odkryli nerw łączący oko z dupą


Coś tam ajurweda mówi o czakramach?

Nie będzie nas tu pouczał doktor Dalajlama!

Bo też do wyników uzyskanych w sposób naukowy

nijak się ma ta wsteczna tradycja ludowa.


Zresztą tam: ludowa! Co i to, to nie!

Lud to na nauce, nie na zabobonie

polegać powinien. Na pracy! W fartuchach!

Jak ten kowal, co to przyszłość w trudzie nam wykuwa!


A z frontu nauki w przodującym kraju

spiker Jurij Lewitan wiadomość podaje,

że wspaniałym odkryciem się mogą poszczycić

radzieccy uczeni, łomonosownicy:


kiedy igła w oko komuś jest wbijana

skutkiem tego będzie bielizna osrana;

a jak się tą igłą w d⁎⁎ę ukłujecie

to nerw powoduje, że łza z oka leci.


***


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark ostatnio chyba ze dwa razy ns hejto czytałem jak ktoś pisał o rosyjskich naukowcach, a nie uczonych, już wiarę w nasz naród zacząłem tracić. Miło jest sobie poczytać jak ktoś się zna i wie jak sprawy opisywać xd

Zaloguj się aby komentować

Jest to jakiś rodzaj uzależnienia albo choroby psychicznej nawet, kiedy się siada do komputera z myślą: „a, jeden wiersz napiszę i pójdę się zająć czym pożytecznym”, a później się w głowie same układają następne. Co to dokładnie jest – czy uzależnienie, czy też może choroba – to jeszcze nie zdiagnozowałem, w każdym razie jest to pewnego rodzaju problem. A na problemy to ja już znam taki jeden sposób:


***


Hamak

czyli Jakoś leci


Gdy cię życie męczy, gdy ci miesza w planach

mam odpowiedź na to. A brzmi ona: hamak!

Prostej to konstrukcji mebel ogrodowy:

kilka tylko linek i płaszcz nylonowy,


a gdy jest już chłodniej, bo to lata koniec,

można na stojaku rozpiąć go w salonie

i tam na nim leżeć lub lekko się huśtać.

Hamak to jest wolność – zapomnij o musie.


Mówią o kłopotach? Odpowiedz: nie znaju,

a jak dalej męczą, każ: niech spierdalają.

Puszczaj mimo uszu, gdy ktoś „Problem!” krzyczy.

Niech się martwi martwią. Najlepiej w kostnicy


Nie czekaj na zmiany. Sam bądź sobie zmianą.

Zapomnij o wszystkim co w głowę ci wkładano

że czas szybko mija. Fakt: skończył się już wrzesień.

Ja c⁎⁎j na to kładę. No i jakoś leci.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Niedawno jeszcze myślałem że jestem człowiekiem dojrzałym, pod różnymi względami, w tym i pod względem muzycznym, ukształtowanym. Ale nie. Przylazł bowiem pewnego razu kolega @splash545 i podrzucił mi kawałek A co jeśli się uda? . No i mu się udało, temu Splaszu, bo od tamtego czasu często u mnie w głośnikach gości ten raper, którego nie znałem. Ten cały Łona. Teraz zresztą mam na ripicie jego fantastyczny Kocyk . Jakby ktoś pytał.


A tak naprawdę muzycznie zupełnie nie jest to moja bajka, ale teksty tego człowieka są niesamowite. To, jak nieoczywiste rymy potrafi znaleźć, zachwyca mnie niemal za każdym razem. Tak, zdarza się i tak, że zachwycam się kolejny raz tym samym rymem. No i czegoś podobnego chciałem w tym wytworze spróbować, jakiejś takiej nieoczywistości właśnie. Jak mi to wyszło? No tak właśnie:


***


Skąd się biorą poeci?


Wstyd! Hańba! Kompromitacja! Blamaż! –

krzyczą. A tutaj tak naprawdę rozegrał się dramat.

Ten chłopak, co stoi tam w kącie, ten młodzian,

sens życia swój stracił. Gdzieś mu się zapodział.


Wybranka jego, jak Julia, stała na balkonie.

On, z wysokości chodnika, zęby szczerzył do niej

i, jak stał tam wtedy, to aż sobie usiadł

bo, przechodząc, za rękę wzięła go mamusia.


Ej, ty! Maminsynek! P⁎⁎da! Ciota! Laluś! –

takie epitety ku niemu padają

odkąd w obecności swej oblubienicy

utracił szacunek młodzieży w dzielnicy.


Przyszłość legła w gruzach, cała połamana;

już nie Amor w sercu, ale w sercu rana

od gniewu, co wstąpił w to dziecię.


W taki właśnie sposób powstają poeci.


***


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark Mimo że od zawsze słucham raczej cięższego grania to akurat Łona też mi zawsze siadał. Z innych nielicznych raperów których lubię to L.U.C szczególnie na pierwszych płytach.

Zaloguj się aby komentować

No to żeby mieć wolne co najmniej do piątku, to publikuję jeszcze i to.


Mało sielankowa mi coś ta sielanka wyszła, no ale trudno. Najwyżej zostanę zdyskwalifikowany.


***


Trzysta trzydziestka


Normalnie to tatuś mówił na niego po prostu trzysta trzydziestka. No ale czasami, a zwłaszcza po ciężkim dniu, kiedy to było kupę roboty, a każda jedna była pilniejsza od drugiej, i każda do zrobienia koniecznie dziś, to nazywał go wtedy niedźwiadkiem. Albo i delikatniej nawet, i misiem też go czasami wtedy nazywał. A wzięło mu się to stąd, że, po rusku – albo może i po niemiecku?; dokładnie to nie pamiętam, tatuś zresztą chyba też nie do końca wiedział, bo zdaje mi się, że raz mówił tak, a raz tak – że to „ursus” po tym rusku czy po niemiecku to właśnie „niedźwiedź” znaczyło. Tatuś pamiętał jeszcze, ja już tego nie pamiętam, jak to się w polu koniami robiło no i umiał docenić to ułatwienie, jakie do naszego gospodarstwa zawitało, kiedy to wreszcie udało mu się kupić traktor.


We wsi były też już wtedy i inne traktory. Niektórzy mieli radzieckie Władymiriece, większość jednak polskie Ursusy. Głównie trzysta trzydziestki, tak jak my. Pamiętam, że na innych trzysta trzydziestkach, tych co to sąsiedzi je mieli, na kominie – tak z Heniem nazywaliśmy rurę wydechową; tatuś to na początku nas poprawiał bo wtedy nie wiedzieliśmy, że to nazywa się rura wydechowa, a później to już się denerwował, bo kiedyśmy już zapamiętali, to specjalnie mówiliśmy wtedy że to „komin”, może właśnie po to żeby go trochę podenerwować? – to pamiętam, że na tych kominach to były takie klapki, żeby woda deszczowa nie dostawała się do środka. Jak ciągnik był odpalony to ta klapka tak się unosiła pod wpływem spalin. Na wolnym biegu unosiła się i opadała, klapała tak, czasami uderzając o krawędź komina i wydawała wtedy taki dźwięk jak to wtedy, kiedy metal uderza o metal. No a kiedy dodało się więcej gazu, to wtedy stawała prawie do pionu. Na tyle, na ile mogła. Jakiś ogranicznik tam chyba miała czy coś takiego? No strasznie mi się ta klapka wtedy podobała.


No ale my takiej klapki w naszej trzysta trzydziestce nie mieliśmy. Kiedyś, niedziela to chyba była, albo jakieś inne święto, bo ciepło było, a my nie pojechaliśmy w pole, postanowiliśmy z Heniusiem sprawdzić jak to jest z tą naszą klapką. Zastanawialiśmy się wtedy, czy ona była i odpadła bo wypadła z niej zawleczka albo śrubka jakaś się odkręciła, czy może w ogóle nigdy jej tam nie było. Klapki były montowane na takich opaskach. Obejmach może? Zaciskach takich blaszanych, co to na górze dookoła komina były zaciśnięte. Myśmy sobie to wtedy wymyślili tak, że jak taka opaska kiedyś tam była, to ślad po niej powinien był zostać. Było to jakoś zaraz po tym, jak żeśmy z tatusiem ławkę na podwórku rozbierali, bo deski w niej zbutwiały i ta ławka była wtedy właśnie takimi zaciskami stalowymi połapana, no i się te zaciski na drewnie odcisnęły. A jak na drewnie się odcisnęły, to i na chyba na kominie powinny? – tak jak mówiłem, tak żeśmy sobie to właśnie wtedy z Heniem pomyśleli.


Siedem lat wtedy może miałem, albo osiem, no a Heniuś młodszy o rok był, to, żeby to sprawdzić, to go podsadziłem i pomogłem mu na maskę wleźć, bo stamtąd lepiej mógł się przyjrzeć i zobaczyć czy ślad na tym kominie to tam jest, czy też go tam nie ma. Awantura się wtedy zrobiła, bo tatuś jak przez okno zobaczył, że Heniuś się na ten ciągnik wspina, to przyleciał wtedy i krzyczał na nas, że spaść stamtąd można. Krzywdę sobie można zrobić. Tatuś rzadko na nas krzyczał, no chyba że, tak jak wtedy, miał do tego krzyczenia jakiś powód. Czy ślad po tej klapce na naszej trzysta trzydziestce był, czy go tam nie było, to nie pamiętam. Nie pamiętam czy Heniuś w ogóle to wtedy sprawdził czy też tego nie sprawdził, bo nie zdążył zanim go tatuś stamtąd ściągnął.


No ale klapki nie było. Tatuś z tą wodą to radził sobie tak, że jak ciągnik stał, to zakładał mu na komin plastikową butelkę. Taką uciętą tak w dwóch trzecich wysokości, zaraz za tym jak to zwężenie od szyjki się kończy. No ale czasami ta butelka gdzieś ginęła. Gdzieś się zawieruszała. Zwykle działo się to po tym, jak pan Władek przywoził nam ropę w takich stalowych dwustulitrowych beczkach. Miał ją trochę taniej niż na stacji można było dostać. Skąd ją miał, to nie wiem. Ani ja, ani Heniuś żeśmy wtedy tatusia o to nie pytali. No ale ta butelka po tych jego wizytach to nam często ginęła. Myśmy sobie nawet z Heniusiem tak kiedyś wymyślili, że to może pan Władek nam tę butelkę zabiera, jak ona tak często ginie zaraz po tym jak on do nas przyjeżdża? Powiedzieliśmy nawet o tym tatusiowi, ale on się wtedy tylko roześmiał.

– Nie, to przypadek jest, chłopcy – powiedział. – Niech wam tylko do głowy nie przyjdzie Władka o to pytać – przestrzegł nas. – Jeszcze sobie pomyśli, że za jakiegoś złodzieja go mamy.


No więc nie pytaliśmy pana Władka o nic, ale kiedy przyjeżdżał, to pilne go żeśmy wtedy z Heniusiem obserwowali. Faktycznie, nigdy nie udało nam się zobaczyć żeby tę naszą butelkę ze sobą zabierał. Zwykle to nawet koło ciągnika się nie kręcił. Mimo to jednak butelka dalej ginęła. Tatuś wołał nas wtedy, wyciągał pieniądze z kieszeni i mówił:

– Chłopcy, idźcie do sklepu, kupcie sobie jakiś napój, a jak go wypijecie, to butelkę się utnie i na rurę wydechową się założy.

No i szliśmy wtedy z Heniem do tego sklepu i kupowaliśmy ten napój, Colę jakąś albo Fantę, jak Heniuś miał na pomarańczowe ochotę, bo ja to za pomarańczowym nie przepadałem, dalej nie przepadam, no ale czasami to się zgadzałem żeby bratu tę przyjemność zrobić. No i żeśmy ten napój na spółkę sobie wypijali. Boże, jak on nam wtedy smakował! Jaki był inny od tego kompotu, co go mamusia nasza robiła! Chociaż ten kompot to też dobry był, jak tak sobie go teraz przypominam.


Jak to dziwnie jest z tą pamięcią, prawda? Tak mi się to wszystko przypomniało teraz, jak na tej ławce siedzę. Przed chwilą był Łukasz, syn pana Władka. Ropę przywiózł, co to ją w Spółdzielni Rolniczej po trochu z maszyn odciąga. Trochę taniej niż na stacji można u niego kupić. Trochę człowiek może zaoszczędzić, a tu każdy grosz się przecież liczy. No i tak sobie siedzę i tak sobie patrzę na tę trzysta trzydziestkę po ojcu i tak mi się ta historia przypomniała. I wstaję z ławki, i patrzę gdzie są chłopcy. Łuk sobie zrobili z tego kija wiklinowego, cośmy to go wczoraj nad rzeką ucięli, jak żeśmy się kąpać poszli. Taki łuk to dobra rzecz jest, zabawka dobra. Bierze się nylonowy sznurek od snopowiązałki, wiąże się go na górze i na dole. Strzały to też z wikliny się robi. Kijki cienkie trzeba znaleźć, zaostrzyć je później trzeba. A jak kto lepiej chce – i umie – to i kurze pióra można z tyłu przywiązać. Lotki takie zrobić. Lepiej wtedy niesie. Ale to trzeba umieć. Ja nie umiałem. Chłopcy też nie umieją, bo kto by ich miał tego nauczyć, jak ojciec nie umie? No ale i bez lotek zabawa jest niezła. Sam się tak bawiłem. No i patrzę na tę trzysta trzydziestkę i podchodzę do niej. Patrzę jeszcze raz na chłopców, ale oni mnie nie widzą. Nie patrzą w moją stronę. Zajęci są zabawą. I ściągam z rury wydechowej tę plastikową butelkę, i chowam ją do garażu. Później się ją spali. I wracam na ławkę. I wołam chłopców:

– Maciek! Kuba!

Chłopcy odwracają się i przybiegają do ojca. A kiedy już do mnie przybiegają, to wyciągam z kieszeni pieniądze i podaję im banknot.

– Chłopcy – mówię – gdzieś mi się zawieruszyła ta butelka na rurę wydechową. Skoczcie no do sklepu, picie jakieś sobie kupcie, tylko w butelce plastikowej. A jak już je wypijecie, to się tę butelkę utnie i na rurę wydechową się ją założy.


***


1277 słów


***


#naopowiesci

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Trochę tłumacząc się z nieobecności, trochę chwaląc się wyjazdem, trochę polecając festiwal zamieszczam swoją odpowiedź na wiersz di proposta od kolegi @Piechur w XLIV edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem.


To jeden z tych rzadkich przypadków, kiedy wytwór mój inspirowany jest własnym doświadczeniem, co też dokumentuję zdjęciami. Generalnie nie wierzę we wszelkiej maści znaki, amulety i inne talizmany. Ale może to, co mi się w tej Łodzi przydarzyło, to znak, że warto by zacząć w to wszystko wierzyć?


***


Pan Julian Tuwim i Light Move Festival


Na ławce w Łodzi leżała bandana.

Dosiadłem się tam do pana Juliana

Tuwima. Zauważyłem ją w czasie rozmowy.

A kolor tej bandany to był fioletowy.


To wczesny był wieczór, Łódź zwykle tonie

w półmroku wtedy; latarnie są wówczas jeszcze zgaszone

i nie zauważyłbym jej może, gdybym tak tam usiadł

innego wieczoru. Lub nie tam, na Piotrkowskiej, a choćby na Brusie.


Bo, tak już jest w łódzkim, wrześniowym zwyczaju,

że centrum jej dwie noce co rok rozświetlają

instalacje, mappingi – światło na ulicy.

Co można tym światłem zrobić na starej kamienicy!


W tym świetle dostrzegłem ją. Zabrałem – to moja bandana!

I – tak trochę się łudzę – że mi tam ją dano

celowo. Żebym, gdy piszę, to wtedy… No, wiecie…

Jak Łódź wrześniem świeci, bym i ja tak świecił.

aa7b2288-5db4-4a68-9405-60c7cc916ad5
a7aa8c4a-1afa-42c0-897f-1d0732fab8bc
5e1e59e9-d99b-486d-a232-9cbf76f0b665

Ty nie świecisz a lśnisz panie Stark Pięknie napisane. Nie wiedziałem w ogóle, że taki festiwal ma miejsce, będę się musiał przejechać z dziewczynami jak podrosną

Zaloguj się aby komentować

Trochę jestem zajęty, więc narobiło mi się zaległości kawiarenkowych, które postaram się nadrobić, niemniej tę jedną rzecz chciałbym zrobić od ręki. No bo jest niedziela i może ktoś się będzie akurat nudził i w ramach walki z tą nudą coś napisze? Albo chociaż, z tych nudów, coś komuś może do głowy przyjdzie?


Otóż, wpisem tym otwieram X edycję zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem. Tak szybciutkio i w skrócie, odhaczając tylko niezbędne punkty.


Gatunek: sielanka – tak, wiem że sielanka to gatunek poetycki, ale kto nam zabroni pisać sielanki prozą?; choć proza ta może być, oczywiście, poetycka, tutaj nie mam nic przeciwko.

Temat: lekki ciągnik rolniczy Ursus C-330.

Termin: 13 października 2024.

Objętość tekstu: 1000 – 2500 słów.


Miłej zabawy i zobaczenia za dwa tygodnie podczas podsumowania. Albo może i wcześniej? Ale to przy innej okazji.

Zaloguj się aby komentować

Nie wiem, czy można dwa, ale spróbuję ¯⁠\⁠_⁠(⁠ツ⁠)⁠_⁠/⁠¯


Gumka pękła jak struna w czasie godowego tańca

Zrzuciła mnie z siebie ta niby lepsza połowa

Czy na fifolu będzie teraz jakaś cholerna franca?

Już czuję że swędzi mnie ta druga głowa

Zaloguj się aby komentować

Jest taka teoria, że w literaturze dobrze sprawdzają się kontrasty. Kierując się nią, wróciłem dziś do swojego wczorajszego wiersza i postanowiłem dopisać do niego kolejny, tak żeby powstał z tego wszystkiego dyptyk. Niezależnie jednak od tego wczorajszego mojego wytworu, jest to również kolejna odpowiedź, czyli di risposta na wiersz di proposta zaproponowany przez koleżankę @UmytaPacha w trwającej właśnie XLIII edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem :


***


Wiersz o rozwolnieniu


Gówniana trąba w symfonii dup

swą dętą partię wygrywa kolejną.

W fotokomórce czas skończył się już

i światło zgasło. Zrobiło się ciemno.


Wcześniej, jak skrzypek, ktoś obok wyżynał

dźwięki wysokie, w tonacji H.

Druga zaś, po mojej lewej, kabina

rytm nadawała. Bo grał tam bas.


Smectę, Stoperan żarłem jak prosię;

Laremid, Imodium doza po dozie

łykałem – efektów ni śladu!


I zastanawiam się: „Co też ja zjadłem?!”

No, były śliwki. I mleko zsiadałe.

I teraz leci. Jak z wodospadu.

@George_Stark Masz ci, zapomniałam przy swoim wspomnieć, że poza Gripeksem i Ferveksem inspiracją dla mojego wiersza była też Twoja Xenna!

Ta druga kabina z basem mnie urzekła.

@George_Stark Przy okazji przypomniałeś mi tym o książce mojej "zbuntowanej" młodości o tytule "Xenna moja miłość". Wtedy ten tytuł był mniej skażony skojarzeniem gastrofarmakologicznym

Zaloguj się aby komentować

828 + 1 = 829


Tytuł: Klinika

Autor: Pavel Rankov

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 6/10


#bookmeter


Pan profesor jest wprawdzie nadzwyczaj pracowity, ale też wyjątkowo zapracowany.


Absurdalną, jak się tak nad nią zastanowiłem, wydała mi się kwestia absurdu. Może nawet nie tyle kwestia absurdu samego w sobie, ale mojego, dość absurdalnego, do tego absurdu podejścia. Bo, co sobie z zaskoczeniem uświadomiłem, kiedy coś tam sobie czasami piszę, to opowieść sama często ucieka mi w jakieś absurdalno-groteskowe rejony. Pojawia się jakaś postać, jakaś myśl, jakieś zdanie, które często pchają tę historię, którą właśnie próbuję spisać właśnie w tę, a nie inną stronę. Często daję się tej sile ponieść, bywa, że czasami nawet jestem z efektów zadowolony. Jeśli natomiast chodzi o rzecz przeciwną, o mój odbiór czyjegoś absurdu, to, poza nielicznymi wyjątkami, jak pan Vonnegut czy pan Beckett, raczej jest z tym średnio.


I tak właśnie średnio było z ostatnią lekturą, którą skończyłem. Z Kliniką słowackiego pisarza, pana Pavla (Pavela?) Rankova. Jak to często zdarza się w absurdalnych historiach, tak i tutaj bohater ma przed sobą jasny i, zdawało by się, prosty cel. W tym przypadku bohater, który jednocześnie jest narratorem, chce dostać się do profesora psychiatrii. To proste, jak by się wydawało zadanie, komplikuje się na skutek okoliczności zewnętrznych: tego, że profesor jest człowiekiem niezwykle zajętym, tego, że w soboty i niedziele klinika jest nieczynna, tego, że w klinice obowiązują przepisy. No i o tym właśnie ta historia opowiada. Opowiada o wytrwałości pacjenta i sposobach radzenia sobie z napotkanymi przeszkodami. To w warstwie fabularnej.


Co natomiast znalazłem w warstwie symbolicznej? Przede wszystkim świetny pomysł, od którego wyszedł autor. Uczynienie głównym bohaterem człowieka, który chce dostać się do psychiatry, zapewne więc borykającego się z problemami psychicznymi i osadzenie go w zupełnie zwariowanym świecie, który to z kolei świat jest przedstawiony jako coś normalnego i naturalnego, to wspaniały punkt wyjścia. Poza tym podobały mi się kreacje tych, których bohater na swojej drodze spotykał, a właściwie relacje między nimi. Skonstruowanie dwóch par, palacz-recepcjonistka oraz asystent-pielęgniarka, według takiego samego schematu było urocze. I jeszcze, rzecz bardziej osobista, samo przygotowywanie się bohatera do rozmowy z profesorem. To zastanawianie się co, jak i kiedy mu powiedzieć tak bardzo przypominało mi rozmowy z moją chorującą na cukrzycę babcią, której za nic nie dało się przekonać, że wstrzymywanie się z jedzeniem słodyczy na tydzień przed wizytą u lekarza po to, żeby wyniki wyszły dobre, nie jest najlepszym pomysłem.


Mimo świetnych, tych wymienionych wyżej, ale też i kilku innych, pomysłów, pan Rankov nie przekonał mnie wykonaniem. Narracja, gdzie często trafiałem na ściany tekstu nie porwała mnie. Nie bardzo mogłem sympatyzować z głównym bohaterem, bo on w zasadzie, poza dostaniem się do profesora, nie miał żadnego innego celu, a i w tej sprawie zachowywał się jakoś biernie. Jeśli już podejmował działania, to takie, na jakie pozwalały mu okoliczności. I zdaję sobie sprawę, że prawdopodobnie było to celowe i nie mam też pomysłu na to jak tę historię można by przedstawić inaczej, tak żeby była dla mnie ciekawsza. No ale w takiej formie, w jakiej ją dostałem ciekawa i interesująca jako opowieść, czyli jako całość, niestety nie była.

e95a22ac-7897-42d2-a2c4-707b66d62f28

@George_Stark O widzisz, nieco inny odbiór tej książki jednak mamy Co do sympatyzowania z bohaterem, to ja również nie odczułam z nim jakiejś więzi ani tendencji do utożsamienia się, ale wydaje mi się, że taka ta postać miała być. Może trochę, żeby nim gardzić, może mu współczuć, może być oburzonym jego postępowaniem, ale nie utożsamiać się z nim. Wydaje mi się, że autor nas wrzuca tu w rolę takiego wielkiego brata (tych kamer, które w pewnym momencie zauważa bohater), obserwatora szczura laboratoryjnego, który próbuje zachowywać się logicznie w coraz bardziej nielogicznych okolicznościach.

@Wrzoo Co do bohatera, to mam takie samo zdanie. Właśnie tak mi się wydaje, że on miła taki być. Jeśli tak, to to się całkowicie autorowi udało i tutaj rzeczywiście ma moje uznanie. Co nie zmienia faktu, że nawet jeśli dzieło zostało dobrze wykonane, to może mi się nie bardzo podobać. Raczej staram się unikać kategorycznych sądów że coś jest dobre, a już szczególnie, że jest złe (chyba, że naprawdę jest fatalne). Raczej staram się pisać czy mnie się podobało, czy nie.

@George_Stark Naturalnie, jak najbardziej rozumiem. Mi chyba akurat ta książka wpadła na czytnik w odpowiednim momencie, kiedy sama przebywałam w oniryczno-delirycznym stanie skupienia, dlatego "wjechała". Jestem ciekawa, jak bym do niej podeszła przy drugiej, już trochę bardziej świadomej lekturze...

Zaloguj się aby komentować

Ku ogólnej atmosfery ciężkiej rozluźnieniu

śmiem zaproponować


Wiersz o zatwardzeniu


W pewnej sprawie co nieco doradzić bym mógł,

a radę tę niektórzy mogą znaleźć cenną;

tym, co trawienia nie mają już jak młody bóg

mówię: zatwardzenia można leczyć Xenną.


Siedzący tryb życia, tak to się zaczyna.

I śmieciowe żarcie: błonnika w nim brak,

i o nawodnieniu gdy się zapomina

kończy się to wszystko patologią srak.


Wtedy na sedesie całe godzin osiem

spędzam – prawie jak w robocie –

i boli mnie końcówka trawienia układu.


Znowu bez nadziei na kibelku siadłem

a tu niespodzianka! To było tak nagłe!

I mogę już pomachać do strawionych obiadów.


***


#nasonety

#zafirewallem

Wtedy na sedesie całe godzin osiem

spędzam – prawie jak w robocie –

To już wiem czemu jak pytam "Co robiłeś w pracy?" to ludzie odpowiadają "Gówno" ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Zaloguj się aby komentować

Di risposta do wiersza di prosta koleżanki @UmytaPacha. Starałem się pozostać w temacie, choć nie jesiennym akurat.


***


Fatum


Zaraza, Wojna, na końcu Głód

defilowali przez Ziemię kolejno.

Dosięgał za nimi w kapturze trup

tych, których oni nie mogli dosięgnąć.


Pod pracy ciężarem uginał

się człowiek – ile już lat?;

kiedy cywilizację budować zaczynał

czy się spodziewał, że skończy się tak?


Choćbyś i w ciągłym znajdował się wzniosie

to Fatum przesądza o twoim losie;

to ono gościem uczyni cię dziadów.


I kiedy w końcu na zawsze już zbladłeś

kładą cię – a wczoraj sam jeszcze się kładłeś! –

pod ziemię. Na dół.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

827 + 1 = 828


Tytuł: Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję

Autor: Mateusz Pakuła

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 4/10


#bookmeter


Tak, kościółkowe ludki, będę obrażał waszego bożka, na którego się spuszczacie kremem z zasranych kremówek.


To jest kolejna książka o której dużo słyszałem i która zalegała mi w czytniku już od dłuższego czasu. A tak to już jest, że kiedy człowiek postanowi wyjść z domu, to później, w związku z tym postanowionym wyjściem, pojawiają się komplikacje. Tak też było i tym razem ze mną i z książką pana Pakuły. Dowiedziałem się bowiem, że w najbliższą niedzielę odbędzie się w Kielcach spotkanie z autorem właśnie wokół Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję. – „O, pójdę!” – pomyślałem sobie i pojawił się problem, bo książkę wypadałoby najpierw przeczytać. A miałem czytać inne rzeczy.


Śmierć rodzica wydaje się rzeczą przykrą, choć potrafię sobie wyobrazić, że może być inaczej. Umieranie na raka, trwające długo, bolesne, z całym repertuarem dodatkowych wrażeń nie jest niczym pięknym. Stąd, chciałbym to zaznaczyć, nie odnoszę się w ogóle do tego co ta książka zawiera, a tylko do tego jak to prezentuje. I może trochę do tego po co powstała. Nie w sensie osobistym, nie będę rozważał dlaczego autor zdecydował się opisać śmierć swojego ojca. Raczej co może ona wnieść do dyskusji publicznej.


Pan Pakuła, jak czytam sobie w Internecie, jest dramatopisarzem. To w tym tekście czuć. Nawet nie dlatego, że dwa jego rozdziały napisane są w formie dramatu (jeden to jego sztuka Stanisław Lem vs Philip K. Dick, drugi to rozmowa z babcią Haliną), ale dlatego, że – przynajmniej według mnie – autor nie poradził sobie z przekazaniem w tym tekście emocji. Tak jakby, sposobem dramatopisarzy, tę część pozostawił aktorom i może reżyserowi swojej sztuki (swoją drogą, Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję zostało wystawione na deskach kieleckiego teatru imienia Stefana Żeromskiego – nie widziałem, jakoś nie miałem ochoty, teraz nie mam jeszcze bardziej). Jako miłośnik długich i nudnych dziewiętnastowiecznych powieści przyzwyczajony jestem do czegoś innego. Nie przemawia do mnie przedstawienie złości czy frustracji, które są dużą częścią tej historii i często uważałem je za uzasadnione, poprzez nagromadzenie wulgaryzmów i oskarżanie całego świata. Oczywiście, wydaje mi się, że rozumiem to co poczuł autor i – tak jak mówiłem – wcale nie to oceniam. Chodzi mi tylko o to, że nie uważam, żeby udało mu się tego przekazać w taki sposób, żeby to do mnie trafiło.


Sprawy które porusza pan Pakuła opisując śmierć swojego ojca to przede wszystkim kwestia eutanazji (ojciec prosił o pomoc w tym, żeby umrzeć) oraz bezduszność systemu, dodatkowo jeszcze wzmocniona zewnętrznymi okolicznościami związanymi z epidemicznymi ograniczeniami. Tak, sama scena kapelana, który wychodzi z oddziału paliatywnego wówczas, kiedy rodzina nie ma dostępu do swoich bliskich daje do myślenia, że coś tutaj jest nie tak. Z drugiej strony kawałek dalej autor bulwersuje się na wymóg zakładania szpitalnego fartucha, którego nigdzie nie może dostać, przed wejściem na oddział. Znów, z jednej strony rozumiem to, mnie samemu czasami w emocjach czy w zdenerwowaniu przychodzą do głowy rozmaite rzeczy. Z drugiej zaś, dwukrotnie chyba pisze Fakty, nie wartości! Fakty! Rozmawiajmy o faktach! A dla mnie fakty są takie, że, niezależnie, czy kapelan na salę wchodzi w fartuchu czy bez (albo czy w ogóle wchodzi czy nie), wejście kolejnej osoby bez fartucha jest zwiększeniem zagrożenia.


I wreszcie kwestia tego po co?. Jeśli ta książka miała być głosem zabranym w dyskusji o eutanazji czy funkcjonowaniu służby zdrowia, to, w moim pojmowaniu świata, głos taki jest bez wartości. Jest to swojego rodzaju krzyk i stawianie się w pozycji kogoś w rodzaju autorytetu, z założeniem z góry, że ja mam rację, a druga strona jej nie ma. Dla mnie dyskusja to coś zupełnie innego. Tyle, że obserwując debaty publiczne, coraz częściej mam wrażenie, że jestem w tym postrzeganiu jakiś odosobniony. Bo co zrobić, kiedy druga strona też twardo trwa na swoim fundamentalnym stanowisku i też stosuje metodę krzyku i agresji? Nie znam rozwiązania, nie umiem sobie w takich dyskusjach poradzić i zdaję sobie sprawę, że być może jest to moja wada. No ale nie zmienia to faktu, że mojej wewnętrznej zgody na coś takiego nie ma.


Pan Pakuła, który jest dramatopisarzem, uświadomił mi tą książką dlaczego z coraz mniejszą ochotą chodzę do teatru. I, tak się teraz zastanawiam, czy po lekturze Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję w ogóle mam ochotę iść na to spotkanie żeby posłuchać rozmowy wokół tej książki. Czy nie lepiej byłoby spożytkować niedzielne popołudnie jakoś inaczej? Na przykład czytając którąś z długich i nudnych dziewiętnastowiecznych powieści?


***


Jedna rzecz, która wyjątkowo mi się podobała, to ten, cytowany za chwilę akapit. Bo uwielbiam takie rozważania. Ale jeden akapit w całej książce to jednak dla mnie trochę za mało.


Nic. Bo poza rzeczywistością nic nie istnieje. I to podwójne zaprzeczenie nie jest przypadkowe. Ponieważ nic nie istnieje. Nie ma nicości. Nicość nie istnieje.

3b77b490-d4fb-4254-8987-3a9c5d601216

Czyli cały dramat "Stanisław Lem vs Philip K. Dick" można znaleźć w tej książce? Główny temat mnie nie interesuje, ale akurat chętnie bym zobaczył jak sobie poradził z tym tematem, bo tych dwóch pisarzy zawsze działało mi na wyobraźnię.

Zaloguj się aby komentować

826 + 1 = 827


Tytuł: Proces

Autor: Franz Kafka

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 6/10


#bookmeter

\

Zobacz, Wilhelm, on przyznaje, że nie nie zna prawa, a jednocześnie twierdzi, że jest niewinny.


Ja z kolei, w przeciwieństwie do Józefa K., nie twierdzę czy jestem winny czy też nie, przyznaję się jednak, że niemal cztery lata temu przeczytałem tę książkę po raz pierwszy, a dokładnie trzy lata i dziewięć miesięcy temu dodałem na jej temat taki wpis . Teraz postanowiłem przeczytać ją jeszcze raz i jeszcze raz spróbować zebrać w jakiś sposób wrażenia z lektury. Co się przez ten czas zmieniło? Czy mój jej odbiór był taki sam, czy inny niż za pierwszym razem? To będzie bardziej wpis o tym, niż o samej książce. Tak mi się przynajmniej wydaje.


Pierwsza i zasadnicza różnica była taka, że tym razem czytałem inny przekład. Tym razem mój wybór padł na tłumaczenie autorstwa pana Jakuba Ekiera, w czym miałem szczęście, bo nie tylko nie wiedziałem, że Proces został w Polsce wydany w kilku różnych tłumaczeniach, ale i wybór akurat tego a nie innego wydania był zupełnie przypadkowy. W czasie lektury coś mi się nie zgadzało z tym, co pamiętałem z poprzedniej lektury; postanowiłem to sprawdzić. Nie wiem dlaczego jako ilustrację do tamtego wpisu sprzed czterech lat wybrałem okładkę pochodzącą z nakładu Świata Książki, zawsze starałem się dodawać okładki dokładnie tych wydań, które czytałem. Może nie mogłem jej wtedy znaleźć? Tym razem jednak poszukałem, choć czegoś zupełnie innego, bo pliku z książką, którą miałem na poprzednim czynniku. Zajrzałem do swojego archiwum, gdzie rzeczywiście go znalazłem. Faktycznie, jest w nim informacja, że tamto tłumaczenie było autorstwa pana Bruno Schulza (co, swoją drogą, nie jest prawdą; tamten przekład jest autorstwa pani Józefiny Szelińskiej, pan Schulz go tylko przejrzał i, tak na marginesie, Proces spotkał się z jego uznaniem, dostrzegł w nim przede wszystkim mnogość – czy może nieskończoność?; dokładnie nie pamiętam – możliwych interpretacji).


To, co zwróciło moją uwagę, to fakt, że pamiętałem, że przy poprzednim czytaniu część rozdziałów kończyła się informacją, że nie zostały dokończone. U pana Ekiera takiej informacji nie ma. U pani Szelińskiej te dziesięć rozdziałów to była całość, która została opublikowana, u pana Ekiera po treści właściwej zamieszczone są jeszcze fragmenty, których Kafka chyba do powieści nie włączył (albo z niej wyłączył?). Bo rzeczywiście, ta powieść nie została ukończona. Prace nad nią zostały przez autora zarzucone.


To tyle na temat różnic w wydaniach, teraz na temat różnic w moim odbiorze wtedy i dziś. Po zakończonej lekturze wróciłem do tego swojego starego wpisu i zdziwiłem się. Tym razem przede wszystkim nie potrafiłbym uzasadnić tamtej swojej opinii. Dlaczego przychylałem się wtedy do interpretacji Fromma? Tym razem, już w czasie lektury, przede wszystkim pojawiała mi się w głowie myśl o tym, że w przedstawionym przez pana Kafkę świecie jesteśmy samotni i ze wszystkich stron poddawani ciągłym osądom. Ten jego sąd jest wszędzie, każdy chyba człowiek, którego Józef K. spotyka na swojej drodze jest jego częścią. A czy nie jest tak, że i my sami na co dzień jesteśmy przez innych oceniani? Mało tego: czy nie jest też tak, że i my na co dzień oceniamy? Kogoś lubimy, kogoś nie lubimy; uważamy, że ktoś zrobił dobrze czy źle. No i jeszcze może wywnioskowałem coś o potędze, wszechobecności i bezwładności biurokracji. Myślę, że miały na to wpływ moje doświadczenia, których doznałem w tym okresie między pierwszym a drugim czytaniem. Moje zderzenie się z tą bezduszną machiną. I to, co jeszcze zapamiętam z tego drugiego podejścia, to zwrócenie uwagi na bezrefleksyjność trybów tej maszyny. Wydaje mi się, że zdanie: Najęli mnie do batożenia, więc batożę zostanie ze mną na dłużej.


Później przeszedłem do lektury zamieszczonych na końcu szkiców na temat Procesu, ale i samego Kafki, autorstwa tłumacza, pana Ekierta, oraz pana Łukasza Musiała. I okazało się, że jeśli ktoś wskaże mi palcem, to i ta interpretacja, do której się te kilka lat temu przychylałem, okazuje się mieć uzasadnienie. W którymś z tych tekstów, nie pamiętam już w którym dokładnie, przedstawiony jest bowiem fakt, że K. nic w swojej sprawie nie zrobił, choć zrobić mógł. Że jedyne jego działania miały na celu odwlekanie procesu. Unikanie go. Że nie działał, a szukał kogoś, kto zrobi coś za niego. Tyle, że kiedy już znalazł, kiedy zwrócił się o pomoc do adwokata, te robił to samo co K. Muszę jeszcze przemyśleć, jak to rozumiem. Z tych dwóch tekstów, znów nie pamiętam z którego dokładnie, dowiedziałem się jeszcze dwóch ciekawych rzeczy. Pierwszą jest ta, że z dzienników pana Kafki wynika, że K. był winny – nie wiem tylko czego. Drugą natomiast jest ta, że za pisanie Procesu autor zabrał się po zerwaniu z nim zaręczyn przez Felice Bauer, co odbyło się w formie sądu nad jego osobą. Stąd właśnie prawdopodobnie wzięła się u Kafki inspiracja.


Jeszcze jedna rzecz, którą wtedy, te cztery niemal lata temu napisałem, to spójnej, przyczynowo-skutkowej historii. Nie pamiętam jak to było wtedy, ale teraz czytałem Proces powoli i wnikliwie. Po takiej lekturze jestem w stanie stwierdzić, a nawet udowodnić na przykładach, że w tej historii taki związek między przyczyną a skutkiem jest bardzo mocno obecny, że działania (albo zaniechania) K. mają swoje konsekwencje. Czasami absurdalne, ale jednak logiczne, a cały świat przedstawiony jest bardzo spójny. Czy do tego, żeby zauważyć ten związek potrzebowałem wspomnianej uważności, tego innego (może lepszego?) przekładu, czy też większego bagażu doświadczeń? Tego nie jestem pewien. Może było to wszystko po trochu.


Tak jak pisałem wcześniej, ta powieść nie została przez autora dokończona. Może byłaby lepsza, gdyby udało mu się doprowadzić ją do końca, może trochę przeredagować. Podana w takiej formie, choć doceniam wizję, podniesione problemy, sposób ich przedstawienia i jeszcze kilka innych rzeczy, jaka całość mnie jednak dalej mnie nie zachwyciła. Może znowu wrócę do niej za kilka lat, bogatszy nowe doświadczania (obym wtedy mógł napisać, że pan Kafka się mylił). A może źle adresuję te swoje pretensje? Może powinienem kierować je nie do powieści, a do świata, który ta powieść opisuje? Może to nie jest tak, że nie podoba mi się ta powieść, ale nie podoba mi się właśnie ten świat?


***


EDIT: A jeszcze jedna rzecz odnośnie spójności, tym razem spójności wydania. W tekście Parametry Kafki, autorstwa pana Łukasza Musiała, tym zamieszczonym na końcu książki jest takie zdanie (podaję fragment): [...] i oto nagle Kafka, ten realny, wskakuje do swojej opowieści, w której bezwzględnie trzymał się do tej pory narracji trzecioosobowej, i pisze, dosłownie wchodząc w swoją postać, niczym dybuk: U n i o s ł e m [...]. Być może tak było w oryginale, bo kiedy wracam do tekstu, który przeczytałem, znajduję tam: K. uniósł dłonie i rozstawił palce. Tak samo jest zresztą w przekładzie pani Szelińskiej: Podniósł ręce i rozwarł wszystkie palce. Spójność wydania to jedna rzecz, drugą natomiast jest to, ile w przekładzie tekst może stracić. Zresztą, pan Ekiert też temat trudności przekładu porusza w tym drugim tekście z końca książki, Nie przed zwykłym sądem.

16ad33cb-4c5e-47dc-92c9-6c64b38d8d4e

@Hilalum


Ale wiesz, z Procesem było tak, że po śmierci Kafki, wbrew jego wyli, wydał go Max Brod. I jakąś tam redakcję przeprowadził. Żeby to rzeczywiście sprawdzić, to trzeba by spojrzeć na rękopis. Ja nie mówię, że to błąd tłumacza, tam jest podane, na podstawie którego wydania był robiony przekład. Ale jednak nieścisłość między tymi dwiema informacjami w książce jest.


@Dzemik_Skrytozerca Dziękuję.

Zaloguj się aby komentować

Tak jak obiecałem, lirycznie milczę w ramach protestu, więc wypowiem się prozatorsko. Apeluję jednak w tym miejscu do innych, choć czasu jeszcze sporo, a apel mój dotyczy napisania swoich opowiadań w konkursie #naopowiesci tak, aby zmniejszyć prawdopodobieństwo mojej w tym konkursie wygranej, która to byłaby mi zupełnie nie na rękę.


Jeśli jednak taka wygrana by mi się przydarzyła, przyjmę ją, choć z bólem (ale i z honorem) i wywiążę się z wynikających z niej obowiązków. Bo tak jest po prostu w porządku wobec innych, którzy w zabawie chcieliby dalej uczestniczyć.


Dobra, koniec tego pierdololo, zapraszam do lektury:


***


Zaognia


czyli


Powiastka ku rozwadze o zabawie, o koleżeństwie oraz o etyce


Lato zbliżało się już do swojego kresu i chłód jakiś dziwny nadciągnął nad królestwo, które miejscowi Zaognią zwali. Nie był to jednak li tylko chłód związany ze zmianą pory roku. Był to chłód, który zmroził serca mieszańców tej krainy.


Zaognia była państwem małym, otoczonym murem na wzór chiński, na którym to murze, na w pewnych odległościach rozmieszczonych wieżach strażniczych, płonęły ogniska Wiecznego Ognia Sztuki. Mieszkańcy Zaogni dbali o podtrzymywanie tych płomieni. Pełniły one nie tylko funkcje obronne, ale i zagrzewały ich serca do twórczości, Zaognia bowiem w tamtym czasie była światową stolicą sztuki lirycznej.


Mieszkańcy równie wysoko jak twórczość własną cenili sobie tradycję. Zaognia była krainą dziwną, zorganizowaną po części jako republika, po części jako anarchia. Władzę w tej krainie dzierżył bowiem lud, a mieszkańcy jej żyli w zgodzie, szczęściu i bez konfliktów, choć praw spisanych nie posiadali niemal żadnych. Ze względu na wymogi formalne zgodzono się, że oficjalną formą ustroju będzie monarchia, a ponieważ nikt nie chciał wywyższać się ponad innych i zasiadać na tronie, ustalono, że królową zostanie muza Eutrepe, tak jak król Jan Kazimierz kilka wieków później nadał godność Królowej Polski Matce Boskiej.


Sprawowanie rzeczywistej władzy spoczywało w rękach ministrów, a było tych ministrów na tamten moment trzech: wybierany na najkrótszą kadencję Minister Formy Lirycznej Krótkiej, wybierany na dłuższą kadencję Minister Formy Lirycznej Dłuższej oraz, wybierany na najdłuższą kadencję, Minister Formy Prozatorskiej.


Zdarzyło się razu pewnego tak, że wzorem króla Bolesława Chrobrego, który to sprowadził kilka wieków wcześniej do Polski wielbłąda tylko po to, żeby ofiarować go w darze Ottonowi III, i do Zaogni sprowadzono zwierza egzotycznego, choć z innych zupełnie stron świata, bo z chłodnych krańców południowej półkuli, zwierzem tym był bowiem pingwin królewski. Różnica nie tylko leżała w miejscu pochodzenia stworzenia, ale i w celu, w jakim zwierzę to egzotyczne zostało do kraju ściągnięte. Pingwin ten nie miał być dla nikogo prezentem, nikt nie myślał o oddaniu go komukolwiek, ale miał posłużyć mieszkańcom jako wyrocznia i wskazać kto z mieszkańców na kolejny okres obejmie rządy w Ministerstwie Formy Lirycznej Dłuższej, co miało rozwiązać zwyczajowy problem z brakiem chętnych do pełnienia tego urzędu. Pingwin wyznaczone mu zadanie wypełnił znakomicie i wskazał niewiastę imieniem Róża. Od tego właśnie momentu w Zaogni rozpoczęły się kłopoty.


Na początku nic nie wskazywało na to, że sytuacja przybierze taki obrót, jaki obrała. Zdarzało się bowiem i wcześniej tak, że nowo obrany Minister, zajęty swoimi własnymi sprawami, nakazany tradycją dekret wydawał z opóźnieniem. Służba publiczna w Zaogni była służbą honorową, nie wiązały się z nią żadne profity, oprócz może zaszczytu, a i to w wąskim jedynie gronie mieszkańców tej krainy. Czasami Ministrowi, zajętemu swoimi własnymi sprawami, o ciążącym na nim obowiązku należało przypomnieć. Bywało i tak, a zdarzało się to w najbardziej dynamicznym Ministerstwie Formy Lirycznej Krótkiej, że obrany urzędnik swoich obowiązków nie spełnił. Znajdował się wówczas śmiałek, który go na stanowisku zastępował, tak aby ciągłość władzy została zachowana. Te zastępstwa były również częścią tradycji, a wynikały z prostej, pragmatycznej przyczyny: ze wspomnianej wcześniej dynamicznej specyfiki tegoż Ministerstwa. Nigdy wcześniej nic takiego nie zdarzyło się jednak ani w Ministerstwie Formy Prozatorskiej, ani w Ministerstwie Formy Lirycznej Dłuższej. Aż do tego feralnego okresu z przełomu lata i jesieni, o którym to jest ta opowieść.


Pierwsze niepokoje wśród spokojnych zazwyczaj mieszkańców pojawiły się trzeciego dnia po obiorze Róży na nowego Ministra. Przedłużająca się zwłoka w wydaniu spodziewanego rozporządzenia zaniepokoiła dwójkę z najstarszych mieszkańców: błazna na królewskim dworze Eutrepe, mężczyznę imieniem Narcyz i piękną miejscową pisarkę-kucharkę, kobietę o równie kwiatowym imieniu Dalia. Oboje, zaniepokojeni sytuacją, wystąpili równolegle z taką samą, precedensową w historii królestwa, propozycją zastąpienia obranego Ministra w pełnieniu wyznaczonych mu zaszczytnych, choć uciążliwych obowiązków. Rozumieli oni bowiem, że różnie w życiu się układa. Rozumieli, że ożna nie mieć czasu, ochoty, siły, możliwości; różne mogą być powody odwlekania obowiązków. Propozycję swoją Narcyz i Dali wystosowali do milczącej od pewnego czasu Róży, propozycja ta jednak została przez Różę odrzucona. Róża twierdziła, że przygotowuje coś specjalnego.


Nastroje w królestwie podupadały. Pojawiły się głosy nawołujące do buntu. Grożono Róży agresją słowną. Pierwszy na rynku zabrał głos królewski koniuszy, który wykorzystywał swoją pozycję do nielegalnego hodowania pająków w niezmiatanych od niepamiętnych czasów pajęczynach zalegających w narożnikach stajni. Oskarżał panią Minister-elekt o małostkowość pobudek, o złośliwość, o opieszałość, w czym znajdował poparcie coraz bardziej zagubionego w nowej, niespodziewanej i nieprzyjemnej sytuacji tłumu. Róża zabrała głos w sprawie kierowanych pod jej adresem gróźb i oskarżeń, twierdząc, że wszystko co miała do powiedzenia już powiedziała, tym samym metodą terrorystyczną utrzymując mieszkańców w stanie ciągłego i przedłużającego się niepokoju. Drugim, który w tej publicznej debacie zabrał głos, był królewski sekretarz, człowiek-grzyb, którego głównym zadaniem, pochłaniającym całe jego dnie, było studiowanie kalendarzy. Ten z kolei, widząc nieskuteczność groźby zastosowanej przez koniuszego, spróbował innej metody. Spróbował prośby. Wyświetlał Róży możliwe katastrofalne skutki jej zaniechania dotyczące prawdopodobnego wystąpienia szkód w uzębieniu mieszkańców krainy na skutek tych zębów niecierpliwego zaciskania. Mało brakło, a wzorem królów Kacpra, Melchiora i Baltazara, którzy kilka wieków wcześniej przybyli do Betlejem z darami, również człowiek-grzyb złożyłby przed obliczem Róży dary. Nie byłyby to jednak ani mirra, ani kadzidło, ani nawet złoto, a cenniejsza od nich wszystkich biała substancja pochodząca z odległej krainy Kielce, majonezem zwana. Czy ta prośba człowieka-grzyba została przez Różę wysłuchana? – nie wiadomo. Pewnym jest jednak to, że nie tylko nie uczyniono tej prośbie zadość, ale też i to, że pozostała ona zupełnie bez odpowiedzi.


Byli też i tacy, którzy próbowali prowadzić śledztwa. Próbowali dochodzić tak do tego, czy prośba wystosowana przez królewskiego sekretarza trafiła do adresatki, jak również do tego, co może być przyczyną przedłużającej się opieszałości owo obranej Minister. Śledztwa te prywatne, prowadzone na własną rękę nie przynosiły rezultatów. Na skutek działań Róży więzy społeczne w Zagoni rozluźniały się, ludzie nie współpracowali ze sobą tak chętnie i intensywnie jak dotychczas, bo nie mieli ku temu okazji. Wspólne działania, przynoszące więcej korzyści niż dziania nawet nie egoistyczne, ale prowadzone wyłącznie w pojedynkę, nie zostały podjęte również w obszarze prowadzonych śledztw. Tak jak nieużywanie narządów ciała prowadzi do ich zaniku, tak samo dzieje się z umiejętnościami społecznymi. To właśnie była przyczyna niepowodzeń w prowadzonych na zaognijskim dworze Eutrepe prywatnych śledztw, o których powiedzieliśmy powyżej.


Powiastka ta nie jest bajką, nie ma więc w niej morału. Ocenę zachowań Róży, nie znając powodów jej opieszałości, pozostawiamy etykom. W tym miejscu stwierdzamy tylko, że miała możliwości aby nie pozbawiać mieszkańców radości z zabawy, która to zabawa była częścią ich życia w tej szczęśliwej dotąd krainie. Uczciwie stwierdzamy jednak, że powody, dla których z tych możliwości nie skorzystała, również nie są nam wiadome.


Czy Róża zachowała się w porządku? Czy mogła zrobić inaczej? Czy gdyby zrobiła inaczej, sprawy przybrałyby lepszy obrót? Jaki los spotka Zaognię na skutek jej zaniechania, a jaki spotkałby gdyby wybrała jakiekolwiek inne rozwiązanie? Tego, niestety, również nie wiemy. W tym przypadku zadajemy się na to, co przyniesie czas, a ocenę pozostawiamy historii i historykom.


***


1146 słów


***


#zafirewallem

#naopowiesci

@George_Stark świetnie dołączyłeś tym opowiadaniem! Zawsze miałeś talent do wplatania losów kawiarenki do swojej twórczości

Zaloguj się aby komentować

816 + 1 = 817


Tytuł: Historia pszczół

Autor: Maja Lunde

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 6/10


#bookmeter


Na szczęście pszczoły mogą pokonać wiele kilometrów dziennie, zapylić tysiące kwiatów. Bez nich kwiaty byłyby tak samo bezproduktywne jak uczestniczki konkursu piękności.


Wydaje się to być całkiem dobrym interesem: kupuje się jedną książkę, a dostaje trzy historie. No chyba, że chodzi o to, żeby w tej naszej odliczance się ścigać, to wtedy lepiej byłoby odwrotnie: jedna historia rozbita na trzy tomy na przykład. Ale w Historii pszczół historie są trzy, choć można potraktować je też jako osobne wątki jednej historii i wówczas w Historii pszczół mamy tylko jedną historię. Pszczół.


I chyba tak właśnie najlepiej byłoby traktować tę książkę, tym bardziej, że każdy z wątków, punktowo osadzonych w czasie na przestrzeni mniej więcej trzech wieków, w taki czy inny sposób łączy się ze sobą. Przeszłość wpływa na przyszłość i to w sposób niekiedy nie najlepszy. No ale jest jeszcze nadzieja.


Każdy z wątków, które łączy problematyka wymierania pszczół, opisana według klasycznej krzywej dramaturgicznej, z wyraźnie zaznaczonymi katastrofami, a która pokrywa się z historią przemysłu pszczelarskiego (CCD – zespół masowego ginięcia pszczoły miodnej był przecież powodem powstania tej książki) zbudowany jest też na własnej dramaturgii. Dramaturgia ta, w przypadku każdej z historii, dotyczy relacji rodzica z dzieckiem. Ciekawym jest to, że w historii Williama i Georga problem z potomkiem, z jakim zmagają się ojcowie, jest dokładnie odwrotny. Na dystansie kilku pokoleń ojcowie, którzy chcą dla swoich synów dobrze, ale dobrze po swojemu, mają wobec tych swoich potomków zupełnie odwrotne zamiary. To było ciekawe. Trzecia historia, rozgrywająca się w przyszłości, dotyczy innego rodzaju zmartwienia, jakie, tym razem matka, Tao, ma w związku ze swoim synem.


Te trzy wątki przeplatają się ze sobą nie tylko fabularnie, ale i narracyjnie. Kolejne rozdziały, prezentujące kolejną opowieść liniowo, przeplatają się ze sobą w różnej kolejności. To również ciekawy zabieg, który daje czytelnikowi wskazówkę, że to nie przypadek, że tak odległe zdarzenia opisane są w jednym tomie. Pomysł fajny.

Wykonanie też całkiem niezłe, choć z pewnymi zastrzeżeniami. Przede wszystkim wizja przyszłości, ta wątku Tao, nie bardzo mnie przekonała. Oparta była na jednym wyłącznie pomyśle, na wyginięciu pszczół, a wszystko inne w tej wizji świata było stworzone trochę po łebkach. Rozwiązania zastosowane przez panią Linde przy jego konstrukcji często wyglądały mi na pójście na łatwiznę po to, żeby dostępne były narzędzia, przy pomocy której można pchnąć fabułę do przodu. To mi zgrzytało i uważam, że autorce nie bardzo wyszło. Choć i tak to tło wątku dotyczącego przyszłości było lepsze niż tło przeszłości i przyszłości. Te z kolei, miałem wrażenie, zawieszone są w nicości. I wiem, że celem autorki było coś innego, i ten cel udało jej się osiągnąć, ale jakoś tak mało malowniczo było.


Dziwne też wydało mi się tłumaczenie. Co jakiś czas trafiałem na jakieś niebrzmiące zdania, jakieś zestawienia niepasujących do siebie wyrazów, jakieś niezgrabne sformułowania – co, szczerze mówiąc, dość mnie zdziwiło: w tej warstwie, akurat z pozycjami Wydawnictwa Literackiego, nie miałem do tej pory nieprzyjemnych przejść. To również sprawiało, że, choć same relacje między bohaterami i trawiące ich (a też świat i czasu, które reprezentowali) problemy, wymyślone były ciekawie, to sposób ich przedstawienia odbierał mi sporo przyjemności z lektury.


Ta książka, Historia pszczół, to pierwsza część Kwartetu klimatycznego pani Lunde, serii książek, które ostrzegać mają przed możliwymi konsekwencjami wynikającymi z zaniedbań, jakie, jako ludzie, czynimy względem środowiska. Z tego co czytam o kolejnych częściach, Błękicie, opowiadającym o wodzie, Ostatnim, opowiadającym o koniach Przewalskiego i wydanym w tym roku w Polsce, pochodzącym z 2022 roku Śnie o drzewie, opowiadającym – niespodzianka! – o drzewach, napisane według tego samego schematu – trzech narratorów, trzy plany czasowe, trzy łączące się ze sobą wątki i konsekwencje naszych ekologicznych zaniedbań. Zastanawiam się jednak, czy je same, po lekturze Historii pszczół, w ogóle mam ochotę czytać.

78839bba-abd9-4423-8e97-e3fcc2105437

@KatieWee


Wiesz, pomysł świetny, podejmuje też świetny temat, ale jakoś tak słabo. Choć to może jest jej plus, została przecież bestsellerem i być może szerzej zwróciła uwagę na problem. Ale to chyba płonne nadzieje, w końcu, powtarzając za panem Lemem: Nikt nie czyta; jeśli czyta, nic nie rozumie; jeśli rozumie, natychmiast zapomina.


No i ja nie wiem, czy jestem fanem literatury zaangażowanej. Może jest jakieś prawo, które określa stały stosunek między wagą tematu a wagą wartości estetyczno-literackich?

@George_Stark ja też nie wiem. Nie ma takiego prawa i w dodatku nie ma jakiegoś matematycznego wzoru na obliczenie oceny książki, która co prawda jest badziewna, ale tobie się podobała!

Zaloguj się aby komentować

Trochę nie mam cierpliwości do redagowania własnych tekstów, więc proszę o wyrozumiałość. Przede wszystkim chyba w sprawie dość swobodnej stylizacji językowej. Niemniej życzę przyjemności:


***


To który jest synem kogo?


28 października roku pańskiego 1660, z Bożej Łaski i z dynastii Habsburgów królowa, Maria Anna Austriaczka, powiła syna. W dziecięciu tym nowo narodzonym medycy nadworni pokładali większe nawet nadzieje niż ojciec jego, król z Bożej Łaski (i również z dynastii Habsburgów), mąż i jednocześnie wuj królowej Marii Anny, Filip IV, pokładał we wciąż żyjącym jeszcze starszym bracie noworodka, księciu Filipie Prospero. W tamtym bowiem czasie, po śmierci obydwóch synów z poprzedniego związku króla Filipa z królową z Bożej Łaski (i, tym razem, z dynastii Burbonów jednak), Elżbietą de France, po śmierci samej królowej Elżbiety, po ponownym małżeństwie króla, tym razem ze swoją siostrzenicą Marią Anną z dynastii Habsburgów, po śmierci drugiego syna ze związku z nią, wciąż jeszcze życiem cieszył się pierworodny syn z drugiego małżeństwa, wspomniany już książę Filip Prospero (z dynastii Habsburgów).


Książę Filip dziecięciem był słabym i chorowitym, co i może większą łaskę i miłość u ojca zaskarbiać mu mogło, albowiem on jeden, poza dwiema siostrami, spośród licznych zastępów prawego potomstwa władcy, utrzymywał się tak długo przy życiu. Król, w obawie bądź to o syna, bądź o sukcesję, nad zdrowiem jego się zamartwiał i sposoby rozmaite przedsiębrał ażeby śmierć od dziedzica tronu odegnać. Rad rozmaitych zasięgał, medyków sławnych ze wszystkich stron świata ściągał, na dwór kazał relikwie świętego Diego z Alcalá sprowadzić. Jak się później miało okazać, wszystko to zdało się jednak na nic.


28 października roku pańskiego 1660 jednakowoż, dziecię powite przez królową Marię, młodszy brat księcia Filipa, całkowicie zdrowym się być okazało. Chłopiec dorodny, rosły, aparycji i fizjognomii przyjemnej, nie wykazywał deformacyj ciała żadnych ni innych defektów, a które to defekta dziś nazwalibyśmy skutkami chorób genetycznych wynikających z długotrwałego chowu wsobnego.


Matka dziecięcia, królowa Maria Anna szczęśliwa i dumna z syna była. Król Filip zaś, choć, jako ojciec, udział brał w uroczystościach z okazji narodzin potomka, minę miał niemało zasromaną. Wrażenie sprawiał jakoby coś go gryzło i spokój jego mąciło.


***


Trzeciego dnia po narodzinach młodego księcia to było, kiedy guwernantka, dziecię uśpiwszy, królewskie komnaty opuściła w kołysce je tam zostawiając pod opieką królowej matki, bo takie było królowej matki życzenie. Król Filip natenczas weszedł do komnaty, nad kołyską się zatrzymał, na dziecię popatrzał, czoło zmarszczył, poczem wzrok na królową uniósł i w takie oto ozwał się słowa:


– Małżonko moja! Uszu mych plotki doszły i domysły rozmaite jakie się po dworze niosą, a i mnie samego zmartwienie wielkie ogarnia kiedy na dziecię to spoglądam! Albowiem ciało jego całe, a twarz osobliwie, żadnych oznak deformacyj nie zdradza. Szczęka jego cofnięta, nos zadarty, nogi proste. Słowem: niepodobny on do nas, Habsburgów, wogóle.

Królowa oburzyła się na to:

– Małżonku mój! Cóż ty mi insynuujesz tutaj, przypuszczenia jakieś wysnuwasz?! Czyż sugerujesz, żem niewierną ci była? Że dziecię moje nie z ciebie poczęte?

– Małżonko moja! Pytam jeno, bo na sercu dobro rodu i ojczyzny mi leży, a i poważanie króla we dworze istotnym mi jest. Nieledwie dziś kazałem ściąć dwóch żartownisiów, którzy to szeptali, że królowi korona już niepotrzebna, że rogi wystarczy mu pozłocić… I z czegóż to się śmiejesz, małżonko moja?

– Bo to wyborny żart jest, małżonku mój.

– Żart, zaiste, wyborny – tutaj król uśmiechnął się również – jednakowoż nie mogę sobie na takie żarty w stosunku do mojej osoby pozwolić. Sama rozumiesz, małżonko moja: majestat władzy. Ale, wracając do rzeczy: niestety, badań genetycznych jeszcze nie znamy, więc na medyków nie ma się co w tej sprawie spuszczać. Tyle zobaczą, co i ja sam widzę. Na Sąd Boży też się nie ma co zdawać, bo dziecię ani o czary oskarżone nie jest, ani nie chodzi o to, że, jeśli niewinne, to żeby Bóg je w dobroci swojej do swojego królestwa przyjął, a o to jedynie, że, jeśli moje, to żeby żywe na tron wstąpiło, gdyby Filip śmierci mej nie dożył. Co tu robić? Co robić? – zamartwiał się król.


Natenczas poruszyła się kotara we oknie królewskiej komnaty, a zza niej wynurzył się człowiek od stóp do głów w krwistą czerwień obleczony.

– Panie – ukłonił się przed królem.

– Panie… – odrzekł król – nie spodziewaliśmy się ciebie.

– Nikt się nie spodziewa hiszpańskiej inkwizycji! – odparł człowiek w czerwieni. – Juan Don de Balléron – przedstawił się – Przychodzę, panie, z radą. Otóż, królu, w sprawie, którą przed chwilą z małżonką swą dyskutować raczyłeś byłeś, śledztwo przeprowadzić należy!

– Śledztwo… – Król się zamyślił. – Śledztwo. Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Któż bowiem miałby takie śledztwo przeprowadzić?

– Panie! Nie po toż nas poprzednik twój szlachetny, Ferdynand, był powołał ażebyśmy heretyków… Wróć! – inkwizytor zreflektował się – Wybacz panie, roboty dużo, człowiek przemęczony, to i z przyzwyczajenia wersję oficjalną od razu podaje, a tu przecież sami swoi i wprost mówić należy. Przecież po to byliśmy zostaliśmy powołani żeby król swoich rąk krwią plamić nie miał potrzeby. Rzeknij, panie, tylko słowo, a sąd zrobimy nad kim trzeba. Nad całym dworem nawet! A przyznają się! Oj, przyznają! Przyzna się każdy i to do czego sobie tylko, panie, zażyczysz! I krew popłynie! I będzie płacz! I zgrzytanie zębów będzie! I stosy zapłoną! I, i… – w oczach inkwizytora, na podobieństwo wspomnianych stosów, zapaliły się iskierki. Twarz jego nabiegła purpurą i dziwny jakiś wyraz, ni to rozkoszy, ni to uniesienia, przybrała. Przerwał mu jednak król, w takie oto słowa się ozywając:

– Spokój! Spokój panie inkwizytorze! Cóż mi bowiem z tego, że cały dwór wymordujesz? Na cóż to być królem, kiedy nie ma nad kim rządzić? Rozsądku nam trzeba! Rozsądku!

– Cóż więc panie proponujesz? – zapytał inkwizytor przygaszonym głosem.

– Śledztwo chcesz przeprowadzić? – zgoda. Ale niech tym razem będzie uczciwe.

– Zawsze przecież…

– Nie przerywaj, kiedy król mówi! Tak jak powiedziałem: tym razem śledztwo ma być uczciwe. Ma na celu li tylko ustalić, czy chłopiec ten jest moim synem, czy też jest synem kogoś innego. Wnioski przestawisz mnie i tylko mnie. Wówczas zadecyduję co dalej czynić należy.

– Wedle rozkazu – inkwizytor ukłonił się królowi cokolwiek niedbale i skierował się do wyjścia.

– I jeszcze jedno – król zatrzymał urzędnika, kiedy ten otwierał już drzwi.

– Tak panie?

– Póki co, nie wolno ci nikogo spalić.

– Ale to może przedłużyć śledztwo!

– Ani torturować.

– Nikogo?

– Nikogo.


***


W ten oto sposób proste, wydawałoby się, śledztwo znacznie się skomplikowało. Inkwizytor chodził od komnaty do komnaty, od drzwi do drzwi, od chaty do chaty i wszędzie zadawał dworzanom, szlachcicom i chłopom to samo pytanie:

– Czy to ty jesteś ojcem królewskiego syna?

– Nie. – Za każdym razem dostawał tę samą odpowiedź. I cóż było robić? Mimo tego, że siedem razy podejrzewał kłamstwo, a w czterech przypadkach był nawet tego kłamstwa zupełnie pewien, został pozbawiony wszelkich narzędzi, które pozwoliłby mu wydobyć z przesłuchiwanych prawdę. Zmęczony przedłużającym się i nieefektywnym dochodzeniem udał się po radę do ojca Diego de Arce y Reinoso, który to natenczas pełnił obowiązki Inkwizytora Generalnego.


Czcigodnego starca zastał pochylonego nad księgami.

– W jakiejż to sprawie przybywasz do mnie, Juanie? – zapytał dobrotliwie Wielki Inkwizytor, kiedy podniósł zmęczony wzrok zza biurka. – Czy coś cię trapi?

– W istocie, ojcze, zmartwienie mam.

– To widać – starzec pokiwał głową. – Z ksiąg wynika, że nasz najskuteczniejszy człowiek od trzech tygodni nie przeprowadził żadnej egzekucji. Niedobrze. Niedobrze. Co się z tobą, Juanie, dzieje? Jedno, że statystyki nam spadają, a drugie, że drewno w magazynach już mi się powoli przestaje mieścić. A dostawy takie mamy, że ho, ho! Świerk ostatnio z Prus zaczęliśmy sprowadzać, najnowszy krzyk mody. Mówię ci, to drewno pali się tak fantastycznie! A zapach jaki! Żywicą wszystko przesiąka! Szkoda byłoby, żeby nam się to wszystko zmarnowało. A już znajdują się i tacy, co to głosy podnoszą, że za dużo drewna, żeby z niego zacząć budować, żeby go w ciesielce wykorzystać, tak jak to i Prusacy i Brytyjczycy robią, podłe heretyki! Może by i tych, co to nawołują, heretykami ogłosić? – Wielki Inkwizytor przez chwilę rozważał tę myśl z błogą miną, po czym wrócił ze słodkiej krainy wyobraźni i zwrócił się do Juana: – No ale, synu, wróćmy do twojego zmartwienia.

– Bo widzi ojciec – zaczął Juan – ten syn, co to się ostatnio był królowi narodził, to król podejrzewa, że to nie jego.

– Tak. Mówią, że królowi to już nawet korony nie potrzeba. Że rogi wystarczy mu tylko na złoto pomalować.

– Tak, słyszałem już, ojcze. Dobre to jest. Naprawdę wyborny żart. No ale ja faktycznie mam problem, bo król kazał był mi śledztwo przeprowadzić i ojca ustalić.

– To co to za problem? Dla ciebie? Nie wiesz jak to się robi? Bierzesz kogoś, najlepiej kogoś u kogo masz dług, na przesłuchanie i… Zresztą, co ja ci będę tłumaczył. Komu jak komu, ale tobie?

– Kiedy król był zabronił…

– Czego zabronił?

– Tortur.

– Tortur zabronił?!

– I palenia.

– I palenia?! To może by tak i jego heretykiem obwołać? – starzec ponownie się zamyślił. – No ale rzeczywiście masz, synu, problem – dodał po chwili, kiedy wrócił już do spraw przyziemnych i odzyskał wątek. – Tym większy, że nie mogę dłużej tolerować twojej opieszałości w obowiązkach i jeśli do końca tygodnia nie wykażesz się poprawą, to wiedz, że mnie król stosów rozpalać nie był zabronił.


***


– Ojcem twojego dziecka, panie, jest ojciec Diego de Arce y Reinoso.

– Ten starzec?! – zdziwił się Filip.

– Z boską pomocą nie ma rzeczy niemożliwych. – Juan Don de Balléron stał przed królem niewzruszony. Król natomiast podniósł się ze swojego stolca i minąwszy zaskoczonego inkwizytora, głośno myśląc, nerwowo przechadzał się po sali tronowej.

– Nie mogę oskarżyć Inkwizytora Generalnego, bo inkwizycja zwróci się przeciwko mnie. Nie mogę też udawać, że nic się nie stało, bo pewnego dnia mogą przyjść i upomnieć się o tron jak o swoje. O niedoczekanie! No ale cóż. Coś zrobić trzeba. Dzieciaka każe się cichcem utopić i powiedzie się, że zmarł w czasie snu. Żony trzeba będzie lepiej pilnować. Najlepiej chyba zamknąć ją w wieży? Coś jeszcze? A! Filip słabnie. Trzeba będzie postarać się o kolejnego potomka. Tak na wszelki wypadek.


Oblicze króla stało się jakby spokojniejsze, choć ten spokój nie do końca jeszcze zdążył się na nim rozgościć.

– Mam wrażenie że o czymś zapomniałem – powiedział, kiedy uniósł wzrok wbity w czasie marszu w podłogę i spojrzał na ciągle stojącego przed stołem inkwizytora.

– Nie, absolutnie nie, panie. Wszystko byłeś przemyślałeś bezbłędnie. Plan idealny. Żadnego bękarta, żadnego ryzyka, żadnych świadków.

– Świadkowie! Właśnie! Ty, Balléron, zdaje się, lubisz palenie? Bo coś mi się wydaje, że chyba przyjdzie nam kogoś dzisiaj uwędzić.


***


EDIT: A, OpenOffice mówi, że 1664 słowa.


***


#naopowiesci

#zafirewallem

@George_Stark nie spodziewałem się hiszpańskiej inkwizycji ( ͡° ͜ʖ ͡°) Podobał mi się użyty w tekście język, który fajnie współgrał z rozważaniami na temat badań genetycznych. Problem nadmiaru drewna u inkwizycji też mi się spodobał. No ale najlepszym momentem było jak król wstał ze stolca

@splash545


Dziękuję, miło mi.


Choć cały czas niezmiernie dla mnie zaskakujące i interesujące jest to, co w komentarzach jest wymieniane jako to, co się komuś podobało. No nie wpadłbym na to, że akurat to będzie docenione. Ale ma to swój urok.

@George_Stark Nadrabiam teraz lekturę zaległych opowiadań, i ojej - świetnie się bawiłam przy tym opowiadaniu! Te badania genetyczne i powtórzenie dowcipu z rogami były wprost wyborne. Językowo bijesz nas wszystkich na łopatki. Cóż mogę rzec... Wincyj!

@Wrzoo


Dziękuję. Z ubawienia cieszę się ogromnie. Postanawiam kiedyś napisać coś poważnego, choć obawiam się, że to może być męczarnia. Oby tylko dla autora, a nie dla czytelnika.


Ze sprawami, które doceniłaś byłaś bliżej mojego zamiaru, ale ja najbardziej jestem w tym opowiadaniu dumny z rzeczy, które nie zostały zauważone. Albo nie zostały wymienione. Ale i tak się cieszę, że parę takich żarcików tam przemyciłem, bo samo to szmuglowanie sprawia mi radość.


A co do języka, to dziękuję. Choć niekoniecznie się zgadzam. Są opowiadania, które mnie czyta się zdecydowanie lepiej niż moje. A jeśli chodzi o stylizację, to przeczytałem je jeszcze raz i już widzę, że sporo bym poprawił. Może warto nauczyć się cierpliwości? Albo zrobić eksperyment i tę stylizację poprawić, a później do tego poprawionego zajrzeć za miesiąc i zobaczyć co mnie w nim razi. Bo coś będzie mnie razić na pewno.

@George_Stark to, że tylko autor wie o tych najfajniejszych smaczkach, to klasyk. Sama jestem często dumna z rzeczy, które są wynikiem dogłębnego riserczu tematu, ale jest chyba na tyle zaawansowany, że tylko ja je jestem w stanie wskazać.

O, palenie świerkiem mnie jeszcze rozbawiło mocno. Bezsens jego sprowadzania mnie urzekł. :D

Zaloguj się aby komentować

809 + 1 = 810


Tytuł: Nigdzie

Autor: Małgorzata Boryczka

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10


#bookmeter


I powtarzam sobie jak mantrę, że na koniec wszystko musi być dobrze, więc jeśli nie jest, to jeszcze nie koniec.


Pan George Orwell w swoim dziele Brak tchu przypuścił, że odpowiednie książki same przychodzą do człowieka w odpowiednim czasie. Jeśli założyć, że to jego przypuszczenie jest słuszne, zastanawiam się dlaczego w tak krótkim czasie kolejny raz, sama w zasadzie, przyszła do mnie książka opowiadająca o kobiecie, która wychowywała się porzucona przez rodziców i którą później w życiu kolejni ludzie porzucali. Albo to jej się tak wydawało, bo w tej książce wiele rzeczy jest płynnych, rzeczywistość miesza się w niej z wyobraźnią, a wyobraźnia jest często przez rzeczywistość brutalnie weryfikowana.


Zacząłem od tego Braku tchu nie bez przyczyny, bo w Nigdzie pani Boryczka opowiedziała mi bardzo podobną historię. Tak samo jak bohater pana Orwella, George Bowling, wraca do miejsca swojej młodości, tak i bohaterka tej książki, Aga, wraca do rodzinnej miejscowości. Tak samo jak życie George’a Bowlinga i jej życie straciło smak. Albo może nigdy go nie miało? W ogóle tych motywów, które znam z innych lektur, gdzieś w Nigdzie przewinęło się mnóstwo. Jak choćby sprawa tego jak różnie pamiętamy te same zdarzenia z przeszłości – rzecz, która mnie mocno ujęła pięknie przedstawiona w Uchu igielnym przez pana Wiesława Myśliwskiego.


W Nigdzie widać też obycie literackie autorki, bardzo sprytnie i umiejętnie zresztą wykorzystane. Zachwycił mnie poboczny wątek mieszkańców sąsiednich miast jednoczących się wokół Mickiewicza i Słowackiego niemal tak, jak jednoczą się kibice wokół klubów piłkarskich, z uśmiechem przyjmowałem pojawiającego się tu i tam na kartach powieści Norwida, który objawiał się nie tylko samym sobą, ale i w cytatach gdzieniegdzie kwitujących akapity. Podobała mi się vonnegutowska (dla mnie zawsze będzie ona vonnegutowska) maniera trafnych, ironicznych skojarzeń i podsumowań dotyczących rzeczywistości bohaterki. Z podziwem dawałem się ponieść licznym emocjom, jakie autorka w tej swojej, krótkiej jednak, książce zawarła. Opis tęsknoty kilkulatki za rodzicami i pewien rodzaj racjonalizacji braku kontaktu z ich strony to naprawdę był kawał świetnej literackiej roboty. I na koniec sama warstwa językowa: powiedzieć poprawna to byłoby mało; bo, mimo że nie ma w książce spektakularnych fajerwerków (a lubię je przecież ogromnie), to napisana jest tak, że czyta się szybko i z przyjemnością. A takie operowanie językiem to przecież też nie byle jaka umiejętność.


Zabrałem się za tę książkę, drugą w dorobku autorki, po przeczytaniu jej debiutanckiego zbioru opowiadań, O perspektywach rozwoju małych miasteczek . Zabrałem się za Nigdzie po to, żeby sprawdzić jak pani Boryczce poszło po tym świetnym debiucie i wiedzieć, czy mam za nią trzymać kciuki czy nie. Po zakończeniu lektury zacisnąłem te kciuki i przyjdzie mi tak niewygodnie przez dłuższy czas operować dłońmi, bo, z tego co wyczytałem, autorka w kwietniu zeszłego roku rozpoczęła zaplanowaną na dwa lata pracę nad nową powieścią. No trudno, poczekam. Choć z pewną niecierpliwością.

634b4d8a-4b4e-4e95-aa47-45657912b5a8

Zaloguj się aby komentować