Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 816wpisów
  • 3962komentarzy

Piękne początki, ale nieźle się wkopałem


Ależ mi się kręci w głowie

Nie-sonetów jak zajęcy

Wszyscy na twarzy bordowi

Ślą mi sonety czym prędzyj!


Już mnie coś w serduszku gniecie

Edycja z maksimum atencji

Już wy wszyscy dobrze wiecie

Fundatorzy mojej nędzy


Tuwim się przewróci w grobie

Zanim tu się skończy draka

Zanim podsumowanie zrobię

Zamienię się w wilkołaka


Chyba że odwrócę rzeczy bieg

Taki zabieg zrobię wredny

Propostę i sonetów mrowie

usuwania poczynie manewry


#nasonety

#zafirewallem

#diriposta

Zaloguj się aby komentować

"Problemy zdrowotne"


Chłopa w zwałach mózgu mrowi

od dwunastu już miesięcy

"Mam dość!" - rzekł neurologowi

nie chcąc tomografii więcej.


Do cyganki zaszedł w lecie

w perfum dusząc się esencji,

a ta wciska mu zawzięcie,

że to od moczu retencji.


Chłop rozsierdzon głowę skrobie,

ojciec przyszedł: "Rada taka!

Wszy masz!" - choć tam jak na globie

ni jednego włoska, sraka!


Długo jeszcze się nie dowie

chłop, choć jest w naukach biegły,

że w kosmatych myślach w głowie

stadka pcheł mu się zalęgły!


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Burrito


W jelitach ruchy dzięki gazowi

Było żryć wczoraj fasoli wincyj

Pierdy zaś już ustępują kałowi

Leci tych złogów z kilku miesięcy


Ach co za ulga już mnie nie gniecie

To jak sens poczuć swej egzystencji

Wierszy i srania czego poecie

potrzeba więcej? No może atencji


Wstawać już chcę lecz tego nie robię

Znów coś bulgocze czyżby to sraka?

Co skrywam wciąż ja we własnej osobie?

Żar pali nagle mojego siusiaka


Powód przytomnie znajduję w głowie

Hot super sos extra był niepotrzebny

Doprawić musieli go Aztekowie

Ku niebu zanoszę mój ryk modlitewny


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Trzy Grosze


Całe swe życie zawdzięczam losowi,

Idąc przed siebie na ślepo od miesiecy,

Ciemnością skąpany, plączą się nogi,

Brnę po kolana w rzece myśli rwącej.


Rozsypuje popioły na istnienia palecie,

Więżąc swe grosze, nie łamię pieczęci,

Żyję w złudzeniu, koślawej makiecie,

Licząc na pomoc gwiazd konwergencji.


Świeczki od dawna na mych celów grobie,

Czemu jakaś macka mą szyję oplata?

Nie ruszę, to zginę, na trasie ku zgubie,

Nic lepszego nie czeka dopaminy pijaka.


Czy droga bez kierunku znaczy cokolwiek,

I czy życie, dla życia to postępek haniebny,

Czasem nadziei próżno szukać gdziekolwiek,

Bezwiednie patrząc na ten narkotyk cholerny.


#nasonety

#zafirewallem

Trochę @UmytaPacha , ale jednak @George_Stark . Btw, jeśli dodane tagi i ich układ mogą w jakiś sposób identyfikować autora, to wyszłoby, że na ten moment jeden poeta (ciekawe który!) napisał 17 (85%) utworów. Drogie koleżanki, drodzy koledzy, śmiem wysnuć wniosek, że zostaliśmy rozegrani jak dzieci

Zaloguj się aby komentować

Syrena


Przepiękną syrenę rybak raz wyłowił

Co miała lico smukłe i dziewczęce

Uroda, uśmiech i jej czar go spowił

Budząc w nim instynkty dzikie i zwierzęce


Nagle oprzytomniał: “Ty durny facecie

Chyba doświadczyłeś chwilowej demencji.

W związku rybackim w całym powiecie

Na połów syren nie zdjęli karencji!


A gdy ją zatrzymam, co z tworem tym zrobię

Co w dolnej części ma wygląd humbaka?”

Chwyciły ją w pas jego ręce obie

Wy⁎⁎⁎ał za burtę pół-rybę, pół-ssaka.


Obudził się nagle, gdzieś w przydrożnym rowie

Na kacu, w otoczeniu jakby pobitewnym

Pochylił się obok nad trupa tułowiem

Co nie miał on ogona. To syreny krewny?


#nasonety

#zafirewallem

Podejrzewam, że to sonet napisany przez żeńską stronę kawiarenki, lecz kto konkretnie? Może @moll, bo coś bardzo aktywna jest xD

Zaloguj się aby komentować

Czarny piątek

czyli Trzeba będzie napisać podsumowanie…


Cóż się urodziło w mojej głupiej głowie!?

Kawiarenkę zalała istna powódź wierszy!

Do piątku daleko, a my? My ku rekordowi

idziemy. Tylko ja tu, biedny, załamuję ręce.


Gdy w podsumowaniu mi przyjdzie o każdym „sonecie”

co nieco napisać, przy takiej frekwencji,

elektryki w mózgu nastąpi przepięcie

i dostanę psychozy. Lub innej demencji.


W zasadzie to już teraz me półkule obie

nie bardzo się mogą ze sobą dogadać:

jedna pyta drugą: – Co to będzie, powiedz?

Tylko oczy zgodnie zaczynają płakać.


Tak to widzę już teraz, gdyśmy są w połowie

edycji anonimowej. Sam ku sobie gniewny

na przyszłość się nad pomysłami mocniej zastanowię

i, czego jak czego, tego jestem pewny.


#nasonety

#zafirewallem

A ja myślę, że to oszustwo! Myślę, że to ktoś podrabia @George_Stark tym razem xD Mimo, że najwięcej sonetów pewnie finalnie napisał sam @George_Stark, to strzelam, że to nie jest jego, choć nie powiem, ktoś się postarał xD

Zaloguj się aby komentować

Im więcej sonetów, tym łatwiej zgadnąć poetów


Może w tej edycji nowi

pojawili się tu twórcy?

W pysk każdemu sonetowi

patrzę, spod czyjej ręcy


mógł wyjść. I wiecie,

w mej niekompetencji

trochę mnie dołujecie:

nie umiem odkryć proweniencji!


Część jest jak spod pióra kobiet

Inne - jakby od chłopaka

Jeszcze inne chyba skrobie

sam Dżordż rozrabiaka


Brak tropu jakiegokolwiek

Więc chyba ruszę w płacz rzewny

Kawiarenko, co się zowie

piszże wierszy w bród, zalewnie!


#nasonety

#zafirewallem

#poezja

Zaloguj się aby komentować

Dylematy


Starzy przyjaciele, a może nowi

Czy to co robię to błędy czy postępy

Żyć w niewoli czy sprzeciwić się szefowi

Jakie szanse na "tak" tej istoty pięknej


Iść w koszuli, a może w dresie

Jaki cel jest mej egzystencji

Tej małej cząstki we wszechświecie

Żyjemy wszyscy w tej ambiwalencji


Ciągłe dylematy, z nich nikt nie wyrośnie

Nie oszczędzają zarówno bogacza, jak i biedaka

Niektórych czynów jak i słów się nie cofnie

Wybieraj więc mądrze, by nie wyjść na prostaka


Mądrość człowieka to nie tylko wiek

Błędy popełniajmy, wniosek z nich cenny

Mimo, że wydarzeń życia zmienią nam bieg

To czyż nie będzie on w przyszłości bezcenny?


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Brzydal


Kłaniali się wszyscy swemu królowi

Bo rządził mądrze od stu miesięcy

Hołd mu składali jak faraonowi

Różnorakie dary dawali w podzięce.


Trufle z szafranem i kawior miał w diecie

Nie brakło mu klasy i szlachty atencji

Grać pięknie umiał na harfie czy flecie

Słynął wśród ludu też z elokwencji.


Lecz wewnątrz siebie był w ciągłej chorobie

Gdyż wygląd miał zwykłego prostaka

Nie miał przez to w życiu kochających kobiet

Lecz co chciały kasę. Sytuacja taka.


Krótki z tego morał, niech każdy się dowie:

Prawdziwej miłości los będzie niepewny

Gdy facjata szpetna, jak Ci Habsburgowie

Bo spłodził Cię ojciec co jest twoim krewnym.


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

948 + 1 = 949


Tytuł: Ameryka

Autor: Franz Kafka

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10


#bookmeter


Nie można się bronić, jeśli druga strona nie ma dobrej woli”


Szesnastoletni Karl Rossman za karę za to, że uwiodła go służąca i miała z nim dziecko zostaje przez swoich rodziców wysłany do Ameryki. Czytelnik poznaje Karla Rossmanna w momencie kiedy statek, na którym do tej Ameryki przybywa, wpływa do nowojorskiego portu. I Karl mógłby rozpocząć nowe życie, do którego zresztą nie bardzo był przygotowany, gdyby nie to, że zapomniał spod pokładu swojego parasola. Wrócił więc, zostawiając jednak na decku swój kuferek. Ten powrót był brzemienny w skutkach, bo pod pokładem Karl spotkał palacza, którego dotknęła niesprawiedliwość i postanowił stanąć w jego obronie przy okazji rozmowy z Kapitanem. To właśnie w kajucie Kapitana Karl poznaje swojego wuja, którego nie spodziewał się spotkać, a który to wuj jest już mocno w Ameryce ustosunkowany.


To wyżej to z grubsza treść pierwszego rozdziału tej książki, rozdziału o tytule Palacz, który ukazał się w roku 1913, jeszcze za życia autora, i z którego, z tego co mi wiadomo, autor był co najmniej zadowolony. Nad całą tą powieścią, którą pan Kafka nazywał w rozmowach „powieścią amerykańską”, a później „Palaczem” pracował od roku 1911 do roku 1914 i, jak miał to w zwyczaju, nie ukończył jej, choć, jak wspomniał pan Max Brod, pan Kafka pracował nad tym tekstem z wielkim upodobaniem. To, co z notatek pana Kafki panu Brodowi udało się złożyć zostało wydane przez niego w roku 1927, trzy lata po śmierci autora, i opatrzone przez niego właśnie tym tytułem, pod jakim ten tekst znamy, a więc Ameryka.


Ameryka to tekst, w którym z jednej strony czuć, że jest to pan Kafka, a z drugiej strony jest od innych tekstów pana Kafki ogromnie różny (a przeczytałem już chyba wszystkie jego opublikowane po polsku utwory, poza Zamkiem, do którego zaraz będę się zabierał). Podobieństwo polega moim zdaniem na spojrzeniu na świat – w Ameryce czuje się to samo zagubienie, niezrozumienie, niesprawiedliwość i wyobcowanie, które można odnaleźć w innych utworach pana Kafki_,_ różnica zaś polega na tego świata przedstawieniu – w Ameryce próżno szukać symboli i alegorii, od których tak gęsto jest choćby w najbardziej znanym Procesie. Próżno szukać obrazowego przerysowania, alegorii, czy też tego, co później nazwano surrealizmem. Nie znaczy to oczywiście, że Ameryka nie jest groteską, że nie występuje w niej abstrakcja. Abstrakcja jest w Ameryce bardzo mocno obecna, a tylko zbudowana jest na innym fundamencie. Wyczytałem gdzieś, że każda z tych realnych postaci, które w książce występują, ma jakiś silny brak, z którym to twierdzeniem zupełnie się zgadzam i które rozwinąłem sobie dalej do twierdzenia, że to właśnie to silne wyeksponowanie tego braku tę abstrakcję w Ameryce rodzi. Każda z postaci, a nawet instytucji, jest w tym swoim braku ogromnie konsekwentna, co z kolei powoduje, że zwykłe, normalne zachowania, niewielkie zaniedbania i nieporozumienia, które normalnie są szybko zapominane, albo w ogóle nie zwraca się na nie uwagi, w Ameryce rodzą ogromne i poważne konsekwencje. Chyba właśnie to rozwinięcie realności aż do nierealnych rozmiarów spowodowało, że tak bardzo mi się ta powieść podobała. Kapitalny jest w niej rozdział Robinson, a już zawarty w nim opis funkcjonowania portierni to absolutny majstersztyk.


Bardzo ubogaciła mi lekturę znajomość postaci autora, którą wyrobiłem sobie na podstawie przeczytanych wcześniej traktujących o nim biografii. Pan Kafka pisał mocno w oparciu o siebie; przetwarzał sytuacje ze swojego życia, swoje marzenia, fascynacje, spostrzeżenia, obawy i lęki na sceny i postaci literackie. Ta znajomość jego życiorysu i zarys charakteru i postrzegania świata przedstawiony w biografiach pozwalała mi nie tylko odnajdywać Kafkę w Kafce, ale też zrozumieć, dlaczego postaci były takie a nie inne, dlaczego zachowywały się tak, a nie inaczej. Pozwalały wyłapać i osadzić w kontekście myśli i spostrzeżenia, pojawiające się czasem jakby trochę na marginesie, a które bardzo mocno do mnie trafiały – być może to jakiś rodzaj wyczulenia na absurd? Jeszcze jedna rzecz, o której chciałbym wspomnieć, to fascynacja pana Kafki obserwowaniem ludzi, też w tej książce mocno widoczna, choćby w scenie kiedy pan Gross nie śledzi wzrokiem wychodzącego z pokoju Karla Rossmanna, choć ludzie zwykle tak właśnie się zachowują. Takie szczegóły bardzo mocno budują realność świata przedstawionego i niesamowicie też podkreślają jego miejscowe odrealnienie, kiedy ono już nastąpi.


Ameryka to tekst autorstwa pana Franza Kafki, który najbardziej przypadł mi do gustu ze wszystkich jego utworów, które do tej pory czytałem. Był niepokojący, był przemyślany i, co podkreśla w posłowiu pan Brod, miał być tekstem, który, w przeciwieństwie do innych, kończy się dobrze. To zakończenie nie jest takie, jakie miało być, zresztą następuje ono nagle – w fabule jest luka, której nie mogą uzupełnić nawet dwa zamieszczone na końcu książki fragmenty, mające w zamiarze autora być w tę lukę wpasowane. Czytelnik nie dostaje więc kompletnej opowieści – być może szkoda – ale nawet to, co dostaje, to też jakby dwie osobne opowieści – postaci, które pojawiają się na początku książki znikają i nie pojawiają się więcej, Karl Rossmann poznaje nowe osoby i to wokół nich skupiają się dalsze wydarzenia. Czy te początkowe postaci miały się pojawić, czy nie miały? Można tylko przypuszczać.


I jeszcze na koniec to o czym zawsze zapominam, a tym razem pamiętam: chciałem pochwalić świetną okładkę tej książki, w jaką zaopatrzone jest wydanie które miałem przyjemność czytać, opublikowane nakładem wydawnictwa Czytelnik w roku 1989. A taka okładka to dla mnie jednak zawsze dodatkowy plus dodatni.

8f10773d-ef3e-4fd5-bda7-d185ac46672b

Zaloguj się aby komentować

Strzał Amora


Pamiętam dobrze ten dzień majowy,

chociaż minęło tyle miesięcy,

gdy serce swoje dałem drabowi

razem z portfelem pełnym pieniędzy.


***


Świat się zielenił, pachniało kwiecie;

chłonąłem napar z życia esencji,

kiedy cios dłoni o twardym grzbiecie

wyrwał mnie nagle z tej egzystencji.


Uniosłem w górę swe ręce obie,

ale dostałem lewego haka.

Padając wreszcie przyjrzałem się tobie:

byłeś niezwykły... Mój zabijaka!


Mogłem ci wtedy oddać cokolwiek -

wziąłeś pieniądze, władczy i gniewny.

Jak bardzo tęsknię nikt się nie dowie

i nikt nie zliczy łez moich rzewnych.


#nasonety #zafirewallem #tworczoscwlasna #poezja

Zaloguj się aby komentować

946 + 1 = 947


Tytuł: Koniec świata to dopiero początek. Scenariusz upadku globalizacji

Autor: Peter Zeihan

Kategoria: nauki społeczne (psychologia, socjologia, itd.)

Ocena: 6/10


#bookmeter


Współczesny model życia jest możliwy dzięki idei ciągłości: idei, że dzisiejsze bezpieczeństwo i ochrona jutro nie znikną, toteż możemy powierzyć swoje życie składającym się na ten model systemom. W końcu, gdybyśmy wiedzieli, że nasze państwo jutro upadnie, nie przejmowalibyśmy się zbytnio różnymi głupotami, których domaga się od nas szef, tylko zaczęlibyśmy się uczyć wekować warzywa.


Rozmawianie w ramach klubu dyskusyjnego z innymi ludźmi o książkach ma tę wadę, że czasami (a może nawet często?) trzeba przed spotkaniem przeczytać coś, po co normalnie pewnie by się nigdy nie sięgnęło, a czasami takie lektury okazują się męczące. Rozmawianie w ramach klubu dyskusyjnego z innymi ludźmi o książkach ma tę zaletę, że czasami (a może nawet często?) trzeba przed spotkaniem przeczytać coś, po co normalnie pewnie by się nigdy nie sięgnęło, a czasami takie lektury potrafią zostawić coś w głowie i może jakoś poszerzyć horyzont (choćby o centymetr).


Tak właśnie było z książką pana Zeihana, bo za nią z własnej woli na pewno bym się nie zabrał, a nawet jakbym się już z jakiegoś powodu zabrał, to pewnie, ze względu na sposób, w jaki autor opowiadał mi o tym swoim scenariuszu, szybko bym ją odłożył. To tylko jedno z moich natręctw w postaci chęci bycia przygotowanym do tematu rozmowy – jeśli rozmowa ma się odbywać na jakiś temat – sprawiło, że tę książkę w ogóle skończyłem.


Skoro już zacząłem od tego, że przeszkadzał mi sposób w jaki pan Zeihan tę książkę napisał, to może na początek szerzej właśnie o tym. Autor jest Amerykaninem i to w sposobie prowadzenia narracji czuć tak mocno, że czasami przed oczami aż pojawiały mi się gwiazdy (w liczbie pięćdziesięciu). Czytając Koniec świata to dopiero początek miałem wrażenie, że jestem na jakimś show, a cała treść jest tylko pretekstem do wystąpienia. Jednym to może się podobać, innym nie – ja akurat jestem z tych drugich, mnie taki sposób narracji razi. Ale związany z tym jest jeszcze jeden kłopot – przekazując ważne i istotne informacje w taki a nie inny sposób treść rozmywała mi się z powodu tej formy. Zasadniczo stawiam zwykle formę nad treścią, ale nie w książkach popularnonaukowych, jeśli już za nie się zabieram, chciałbym dostać w miarę jasny obraz i chciałbym też jednak żeby coś mi z nich w głowie zostało.


Sama treść to, jak na to wskazuje tytuł, scenariusz tego, co stanie się ze światem po upadku Pax Americana – porządku, jaki obowiązuje obecnie za sprawą Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Tutaj pierwszy minus książki – autor nie przedstawia w sposób wystarczająco jasny i klarowny tego, dlaczego jego zdaniem ten porządek miałby upaść. W ogóle – co zrozumiałe, w końcu ta książka to scenariusz, więc z natury rzeczy oparta jest na pewnych założeniach – zabrakło mi zebrania w jednym miejscu założeń na jakich został ten scenariusz oparty. Wracamy do jasności i klarowności przekazu.


Perspektywy, które pan Zeihan przedstawia nie są wesołe. Wieszczy on załamanie łańuchów transportowych, co ma doprowadzić do cofnięcia wielu regionów świata do poziomu sprzed rewolucji przemysłowej. Dodając do tego występujące w całym niemal rozwiniętym świecie problemy demograficzne wskazuje na nadchodzące załamanie się rynków finansowych. I choć zajmuje się później również dostępem do energii, surowców przemysłowych i produkcją rolnictwa, to mam wrażenie, że w rozdziałach traktujących o tych trzech zagadnieniach w tej jego wizji wszystko i tak jest skutkiem problemów przedstawionych wcześniej.


Zdaniem pana Zeihana w czasie nadchodzącego kryzysu najlepiej poradzą sobie Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, co, jak czytałem w komentarzach dotyczących tej książki, jest głównym przedmiotem krytyki wśród polskich czytelników. Ja jestem skłonny przychylić się w tej sprawie do zdania autora, i zgodzić się z jego argumentami, dość licznymi, przedstawiającymi Amerykę Północną jako kontynent „samowystarczalny”. Z jednym tylko zastrzeżeniem: pan Zeihan zakłada, że w Stanach Zjednoczonych nie wydarzy się nic, co zachwiałoby integralnością tego państwa. Ma do tego prawo, to w końcu tylko scenariusz. Coraz bardziej przypomina mi jednak gdybanie.


Świetną robotę wykonał za to autor kreśląc obraz tego w jaki sposób doszliśmy do tego, co teraz mamy. Zaczynając od naświetlenia przyczyn, które sprawiły, że pierwsze cywilizacje rozwinęły się tam, gdzie się rozwinęły, przez wpływ pojawienia się kolei żelaznych, aż po optymalizację transportu morskiego za pomocą kontenerów. Drugą rzeczą, która uświadomiła mi złożoność dzisiejszego świata było prześledzenie łańcuchów dostaw na podstawie kilku produktów codziennego użytku. Zdałem sobie sprawę, jak wszystko to, co mamy jest chwiejne i jak niewiele wystarczy żeby to wszystko zostało sparaliżowane – taki trochę efekt motyla, gdzie zdarzenie na morzu w okolicach Somalii może, w skrajnym przypadku, wywołać głód a przynajmniej brak jakiegoś produktu na przykład w Danii.


Dla mnie Koniec świata to dopiero początek był bardziej książką fantastyczną, zbudowaną co prawda na solidnych, zabetonowanych na faktach fundamentach, niż naukową analizą. Pytanie tylko, czy geopolityka nie jest właśnie takim snuciem scenariuszy właśnie po to, żeby być na różne warianty przyszłości przygotowanym?

96e7a105-b80d-48d5-bdf6-98cef0f8900b

Zaloguj się aby komentować

Drodzy!


16 listopada zbliża się wielkimi krokami i miałem dziś zrobić risercz gdzie moglibyśmy się spotkać, ale pająk szepnął mi, że smok wykonał już wstępny rekonesansowy lot nad Lublinem i znalazł tam miejsce, które nazywa się Święty Spokój – nazwa, przyznam kusząca.


Plusem tego miejsca, jak dowiedziałem się z relacji z drugiego, pajęczego odnóża jest to, że właściciel ponoć nie ma nic przeciwko, żeby jakieś żarcie ze sobą przynieść, a poza tym mają rozmaite napoje: alkoholowe i bezalkoholowe, w sobotę mają otwarte do 2 i nie ma problemu żeby zrobić rezerwację na tak mniej więcej 12 osób. Mnie się podoba, ale chciałem jeszcze zapytać Was. Ta o Wasze zdanie na temat miejsca, jak i o deklaracje, kto przyjdzie. Tak żeby wiedzieć, na ile osób tę rezerwację zrobić.


Słucham Państwa, a i pozwolę sobie otagować #lublin, bo może jakiś mieszkaniec ma lepszy pomysł. Albo prowadzi tam własną działalność gospodarczą, na przykład w postaci jakiegoś pubu.


#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Jak zbudowali drogi na Dzikim Zachodzie


Wstyd przynosi Zachodowi

czarnuch, choć ma białe zęby

nie podskoczy szeryfowi

szeryf strzela do nich prędzej


leżą pokotem obok siebie śmiecie

a szeryf doznaje przypływu inwencji

asfalta się w glebę wgniecie

szczyt to smoluchowej potencji


drogi w budowie bywają drogie

a tutaj znalazł się darmowy asfalt

jednego przy drugim ułożą przy sobie

nikt po nich przecież nie będzie plakał


tak zbudowali drogi na Dzikim Zachodzie

i dyliżansy potem nimi biegły

smoluch biegł obok drogi, w rowie

Kowalsky mierzył do niego ze strzelby


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Odpuść winy sąsiadowi

Bo sie tylko będziesz męczył

Nie poddawaj się sądowi

I uwolnij swoje serce


Możesz iść pobiegać w lesie

Herbaty się napić esencji

Wszystko człowiek jakoś zniesie

Przetrwa każdą z turbulencji


Człowiek byłby sobie Bogiem

Gdyby go nie kusił Szatan

Przeszłość złożyć trzeba w grobie

Wykopywać ją jest zakaz


To o Tobie ta opowieść

Żeby żywot wieść chwalebny

Bo żył będziesz tylko w połowie

Kiedy w nastrój wpadniesz gniewny


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Chłopcy i dziewczynki


Zdarzają się wśród chłopców także uczuciowi

Co serce stawiają wyżej do pieniędzy

Odważni, przystojni, także honorowi

Którzy, tak jak serce, mają czyste ręce


Wśród grzecznych dziewczynek też się zdarza kwiecie

Choć ich wygląd i ubiór godne ekscelencji

W głowie mają pusto, każda głupio plecie

Podejście ich do życia z nutką dekadencji


Jak się porozumieć mają te płcie obie?

Kiedy sie skupiają na wzajemnych brakach

Będą się kłócili przy każdej rozmowie

Dziewczynki będą krzyczeć, chłopcy będą płakać


Zdziwi się dziewczynka, kiedy już sie dowie,

Że łobuz to mocniej, ale bije w zęby

A ty, chłopcze, choćbyś i stanął na głowie

I tak zawsze będziesz niegodny królewny


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Perypetie nowoczesnych chłopów z morderstwem w tle


Dziś nad patelnią Bożena się głowi:

Co chce na obiad jej zadek książęcy?

Idźże no Wiesiek owcę odłowić

Bo zjadłabym dzisiaj kotlet jagnięcy


Jednakże owce to nie są ciecie:

Jedna użyła kopnięć sekwencji

Już chłopu klejnoty do ziemi gniecie

Prowadząc go rychło do impotencji.


Wyrwał się krzycząc: “odegram się Tobie,

Ty jesteś warta mi funtów kłaka!-

Dosyć mam w życiu podstępnych kobiet”

I wrzucił ją całą do swego rębaka.


Bożeny z Owcą po takiej zmowie

Szaty swe zrzucił jak Pan wylewny.

“Nie muszę gotować już takiej krowie

Poszukam sobie prawdziwej królewny”


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

SERCE NIE SŁUGA


Snuje się rolnik środkiem pola

Paląc papieros przez szklaną rurkę

Szczyt jego głowy zdobią zakola

Czesiek łysieje przez swoją córkę


Bo owa córka co rusz co chwila

Innego gacha ściąga do domu

Wczoraj gówniarze wycierał gila

Dziś pełnoletnia, na co to komu?


Tu "zięć" z Nigerii, tu z Senegalu

Aż ciężko złapać który jest który

Latem tańczyła na jakimś balu


Tam poleciała już z grubej rury

Bo rozkochała starego Edka

Kiedyś Czesława zgarnie karetka


#nasonety

#zafirewallem

@moll @splash545


Nie potwierdzam, nie zaprzeczam. W ogóle wypowiem się dopiero w piątek, choć juz teraz mam mnóstwo zabawy.


Szkoda tylko że nie mogę sam zgadywać. Ale może kiedyś ktoś inny coś takiego znowu zrobi, albo znajdzie się jakiś niepiszący jeleń, na przykład @bojowonastawionaowca , który zgodzi się następnym razem żeby to jemu przysyłać i będzie zamieszczał, a tylko w piątek prześle podsumowanie kto co nadesłał?

Zaloguj się aby komentować

939 + 1 = 940


Tytuł: Byk

Autor: Szczepan Twardoch

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 5/10


#bookmeter


Yno tyś tak dō mie godoł, Roboczku, pamiyntosz? Nic niu pamiyntosz, nic już we tyj gowie niy mosz, nic.


Nie do końca lubię (może dlatego, że nie do końca się na nich znam) te wszystkie sztywne klasyfikacje utworów literackich. Bo czy Byk to jest dramat? Czym w ogóle jest dramat? Słownik PWN podaje (między innymi): utwór literacki, którego akcja przedstawiona jest w dialogach i monologach, przeznaczony do wystawienia na scenie. No to chyba dramat. Ale piszą, że monodram. Tylko tam w Byku pod koniec jest drugi głos. Ale jest przeznaczony na scenie. No pogubić się w tych definicjach idzie. To może „utwór sceniczny” po prostu? Tak, zostańmy przy tym. Przeczytałem więc Byka, utwór sceniczny autorstwa pana Szczepana Twardocha.


I nie bardzo mi się podobał. To znaczy nie podobał mi się pod względem tego, do czego jestem u pana Twardocha przyzwyczajony, ale o tym za chwilę. Najpierw jeszcze trochę tła. A tło jest takie, że w ogóle mało utworów scenicznych czytałem, a z tych, które już przeczytałem, to podobał mi się chyba tylko jeden: Emigranci pana Mrożka. To znaczy podobało mi się jeszcze jego Tango, ale podobało mi się takim specyficznym rodzajem podobania się, czyli podobała mi się treść i idea, a nie podobała mi się zupełnie forma. Może utworów scenicznych nie powinno się czytać, ale oglądać na scenie? Wówczas ich odbiór byłby pewnie lepszy.


Dokładnie tak samo jak z Tangiem mam z Bykiem. Byk to długi monolog Roberta Mamoka, człowieka nie do zajebania, który popadł w kłopoty i chowa się teraz w mieszkaniu swojego dziadka, któremu opowiada o swoim życiu. Głównie ma pretensje o to swoje życie. Niekoniecznie do samego dziadka, raczej w ogóle o to, co go spotkało.


Od dziecka, k⁎⁎wa, od dziecka od zawsze. Tajemnica za tajemnicą, cały labirynt z tajemnic zbudowany. Milknący dorośli gdy wchodziłem do pokoju.

Pamiyntosz to?


A później do Roberta Mamoka dzwonią różni ludzie i on czasami te połączenia od nich odrzuca, a czasami odbiera i wówczas, kiedy je odbiera, czytelnik dowiaduje się nieco o tym, co sprawiło, że Robert Mamok pojawił się u swojego dziadka i wylewa te swoje żale.


Robert Mamok nie jest bohaterem sympatycznym. Nie jest bohaterem, którego dałoby się lubić. Można mu, owszem, współczuć, bo to, że jest, jaki jest, z czegoś wynika, ale Robert Mamok mógł znaleźć jakąś inną drogę. Wielu znalazło. Te problemy z dzieciństwa Roberta Mamoka nie są jakieś znowu wyjątkowe i niespotykane. Wydaje mi się, że wiele osób ma podobne wspomnienia, a jednak nie poszli w skrajność. Albo lepiej niż Robertowi Mamokowi udaje im się ją ukrywać. Z drugiej strony, czy ciekawą byłaby postać, która po prostu sobie poradziła? Nie wiem. Być może.


Byk, tak jak ja go odbieram, to utwór o wpływie dzieciństwa na przyszłe życie, o antagonizmach (Śląsk kontra reszta Polski – to przecież pan Twardoch), o pogubieniu człowieka w świecie i konsekwencjach zachowań. Tylko tyle i aż tyle. To dobry temat na utwór. I teraz – wracając do tego, że Byk nie bardzo mi się podobał – zabrakło mi w tym wszystkim tych soczystych opisów, które tak u pana Twardocha lubię. Tej immersji, o której on sam mówił, że poszukuje w swoich książkach. Rozumiem, że to forma wymusiła taki a nie inny kształt tego tekstu, ale ja po tej lekturze nie jestem zbyt zadowolony – może mam za małą wyobraźnię? – i raczej nie zapamiętam tego literackiego Roberta Mamoka na długo. Może inaczej byłoby z Robertem Mamokiem scenicznym? Może będę miał okazję się przekonać, jeśli przypadkiem zdarzyłoby mi się być w Katowicach akurat tego dnia, kiedy Byk, grany do dziś, już po ponad dwóch lata od premiery, byłby Teatrze Śląskim wystawiany? Bo żeby specjalnie jechać, to raczej jednak nie.


***


Aha. W książce jest sporo języka śląskiego. Mnie to nie przeszkadzało, bo w miarę sobie radzę z jego odbiorem, nie był też jakoś specjalnie "zaawansowany", choć nie wiem jak odebrałby go ktoś, kto nie miał z nim styczności. Ale tak na wszelki wypadek o tym napiszę, bo komuś może to przeszkadzać. A przypisów brak.

78def3a1-03b9-434f-8596-20b401be5444

@George_Stark książką, opis brzmi jak coś ciężkiego i trochę ryjącego głowę samą psychiką bohatera/narratora. Jeśli oczywiście da się w niego wczuć, zasymulować jego uczucia i emocje. Szczególnie jeśli autorowi udało się dobrze uchwycić ten dziecięcy sposób patrzenia na świat, rozumienia go. Czy raczej często nie-rozumienia, interpretowania w ramach możliwości

Zaloguj się aby komentować

No dobrze, moi Drodzy!


Sonety sonetami, zabawa Wam się chyba podoba, co mnie ogromnie cieszy, ale trzeba też zająć się prozą. Oto przedstawiam Wam bajkę, którą udało mi się zamknąć w trzech tomach:


***


Królestwo


Tom Pierwszy


Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma dolinami było sobie kiedyś Królestwo. Przez wiele lat rządził w nim król o imieniu Sam, a wszystkie te długie lata jego panowania były dla Królestwa czasem dostatku i powszechnej szczęśliwości. Mieszkańcy Królestwa mieli wówczas wszystkiego w bród, nie wyłączając nawet mleka i miodu, a jeśli czegoś nie mieli, to nie mieli wyłącznie kłopotów i problemów. Nie można jednak powiedzieć żeby za nimi tęsknili, i to nie tylko dlatego, że mało kto tęskni za kłopotami i problemami, ale przede wszystkim dlatego, że po tylu latach roztropnego panowania króla Sama mieszkańcy Królestwa nie pamiętali już że coś takiego jak kłopoty i problemy w ogóle kiedyś istniało.


Wśród mieszkańców Królestwa ten brak kłopotów i problemów brał się z centralizacji władzy. To nie było wcale tak, że kłopotów i problemów w Królestwie w ogóle nie było – to nie jest przecież możliwe. Nie docierały one tylko do mieszkańców, a działo się tak z tego powodu, że wszystkie problemy i kłopoty trafiały najpierw do króla Sama, on sobie z nimi radził, a lud otrzymywał od razu gotowe rozwiązania. Takim właśnie dobrym królem był król Sam.


Pewnego dnia jednak król Sam stanął przed obliczem problemu, który, w przeciwieństwie do mnóstwa poprzednich kłopotów i problemów, które z przyzwyczajenia rozwiązywał od ręki, był dla niego niemałą zagwozdką. Tamtego ranka, kiedy król Sam wstawał rano z łóżka żeby zająć się czekającymi go tego dnia kłopotami i problemami do rozwiązania, nie był jak zazwyczaj pełen werwy i energii. Poczuł jakieś dziwne zmęczenie i melancholię, a na dodatek coś strzyknęło mu w plecach, przez co na śniadanie musiał udać się pochylony, bo inaczej ból byłby nie do wytrzymania.


– „Oho, starość mnie dopadła. Niedługo chyba przyjdzie umierać.” – pomyślał roztropnie roztropny król, a myśl ta zmartwiła go ogromnie, bo oto pojawił się niezaplanowany problem do rozwiązania. Cały kłopot z tym problemem polegał na tym, że król Sam, przyzwyczajony do rozwiązywania kłopotów i problemów dopiero wówczas, kiedy się pojawiały, nie zwykł był się martwić na przyszłość i z tego powodu nie zadbał zawczasu o potomka, który mógłby po nim przejąć władzę nad Królestwem.


– „Co zrobić? Co zrobić?” – zastanawiał się król Sam przy śniadaniu, kiedy jadł jajeczniczkę z przepiórczych jajeczek na masełku z mleczka od młodych jałóweczek popijając ją herbatką z miodkiem.


– „Jak zaradzić? Jak zaradzić?” – zastanawiał się król Sam przy obiedzie, kiedy jadł pieczone przepióreczki w sosie miodkowym i popijał je winkiem z winogronek dojrzewających w słoneczku na południowym stoku Zamkowego Pagóreczka.


– „Cóż począć? Cóż począć?” – zastanawiał się król Sam przy kolacji, kiedy przeżuwał wysobiałkowe pszczółki przyrządzone na ostro i popijał je śmietanką z sptasiego mleczka.


I tak zeszło królowi na tych rozmyślaniach kilka dni, a wszystkie inne kłopoty i problemy, które się w tym czasie pojawiły, zeszły na dalszy plan. Mieszkańcy Królestwa odczuli to boleśnie na własnej skórze, bo oprócz rozmaitych innych kłopotów i problemów, które nierozwiązane przez króla spadły na nich, w tych właśnie dniach w Królestwie pojawił się straszny smok, który pożerał prawiczków. Zdarzało się i wcześniej tak, że smoki nawiedzały Królestwo, ale król Sam zawsze radził sobie z tym problemem wydając edykt każący rozprawiczać wszystkich chłopców, a kiedy edykt był już wykonany, smoki umierały wówczas z głodu. Tym razem jednak król, głowiąc się nad sukcesją tronu, a i odczuwając silną frustrację z powodu pierwszego w swoim życiu problemu, którego rozwiązać nie potrafił, edyktu nie wydał. Wątpliwym zresztą jest czy król Sam, zajęty swoimi rozważaniami, w ogóle pojawienie się tego smoka w Królestwie zauważył.


Prawiczkowie byli zjadani, król rozmyślał, kryzys demograficzny w Królestwie się nasilał. Wywołało to niepokój wśród poddanych króla Sama, zebrali się oni więc na Rynku i zaczęli radzić. Radzenie to szło im niesporo. Przekrzywiali się tylko nie potrafiąc dojść do porozumienia, nie byli bowiem zwyczajni do rozwiązywania kłopotów i problemów. Traf chciał jednak, że w tamtym czasie przebywała w Królestwie karawana kupiecka z innego Miasta, która przybyła aby nabyć w korzystnych cenach mleko i miód – towary, których wśród poddanych króla Sama nigdy nie brakowało.


– Jak to nie ma mleka i miodu?! – wykrzyknął przywódca karawany, kiedy udało mu się odciągnąć na bok jednego z radzących, którego znał, ten wcześniej zajmował się bowiem kupiectwem. W czasie rozmowy dowiedział się od byłego już kramarza o problemach i kłopotach trawiących Królestwo, które były między innymi powodem braków na rynkach tych towarów, które poza Królestwem uchodziły za luksusowe.


– Prowadźcie więc do króla! – zakrzyknął ten przybysz z obcego lądu, miał bowiem pewien pomysł na unormowanie sytuacji, do czego było mu pilno, gdyż miał przecież swoje zobowiązania handlowe.


– Królu! – powiedział przybysz, kiedy stanął przed obliczem króla. – Jeśli nie masz sukcesora, a ciągłość władzy monarszej musi być zachowana, nie masz bowiem głupszego rozwiązania nad oddanie władzy w ręce ludu, a już tym bardziej twojego, niech będzie tak, że następcą tronu zostanie ostatnia osoba, z którą przed śmiercią porozmawiasz!

Być może nie był to najlepszy pomysł, ale król Sam, zmęczony już przedłużającym się zamartwianiem nad problemem sukcesji, zgodził się na to rozwiązanie i postanowił od razu obwieścić je swoim poddanym. Wyszedł więc ze swojej Królewskiej Komnaty na swój Królewski Balkon, skąd zwykł wygłaszać swoje Królewskie Przemowy do ludu i natychmiast ogłosił mieszkańcom swoją Królewską Decyzję. Gdy tylko zakończył to Swoje Królewskie orędzie nad Królestwo nadleciał smok i ten smok wówczas króla Sama zjadł.


Okazało się wtedy, że ostatnią osobą, z którą król Sam rozmawiał był ów kupiec. Na mocy więc dopiero co ustanowionego prawa to właśnie on został nowym królem. Kupiec ten miał na imię Tom, a że nie było wcześniej króla o takim imieniu, został zapamiętany przez potomnych jako Tom Pierwszy.


Tom Drugi


Żeby jednak król Tom mógł zostać obdarowany przez Historię liczebnikiem porządkowym, musiał nastać po nim jakiś kolejny król Tom, który, dla odróżnienia, byłby nazywany Drugim. Tak też rzeczywiście się w Królestwie zdarzyło. A jak to z tym królem Tomem Drugim było? Posłuchajcie.


Król Tom, później nazwany Pierwszym, był władcą innym niż jego poprzednik, król Sam. W odróżnieniu od dobrego władcy Sama, którego w Królestwie długo wspominano z rozrzewnieniem, a czasami nawet ze łzami w oczach, król Tom nie rozwiązywał problemów i kłopotów swojego ludu. Wręcz przeciwnie. To król Tom był przyczyną kłopotów i problemów, które tak nagle spadły wtedy na mieszkańców Królestwa. Zły ten władca zaprowadził nowe porządki opierając funkcjonowanie Królestwa na zasadach wolnorynkowych. Każdy obywatel został pozostawiony sam sobie, musiał radzić sobie samodzielnie, co już stanowiło bardzo poważny problem dla mieszkańców Królestwa, którzy do tej pory dostawali wszystko to, czego potrzebowali, a o tym co mieli robić decydował nadany im przez króla Sama przydział. Zupełnie nie odnajdujący się w nowej rzeczywistości, pozostawieni samym sobie ludzie musieli sobie jednak jakoś radzić, choć z tym radzeniem sobie radzili sobie wyjątkowo źle. Król Tom rządził natomiast twardą ręką. Jedyną rzeczą, która go interesowała było zapełnianie Królewskiego Skarbca coraz to większymi bogactwami, które ściągał z poddanych za pomocą coraz to nowych danin i podatków. Wszystkie edykty, które wydawał dotyczyły wyłącznie gospodarki, a w czasie długich przemów i wieców prezentował kolejne makroekonomiczne wskaźniki, które obrazowały to, że za jego rządów w Królestwie żyje się zdecydowanie lepiej. Mieszkańcy niewiele z tych przemów i kolorowych wykresów rozumieli, zresztą nie za bardzo ich one interesowały, a to głównie z tego powodu, że zauważali, że, niezależnie od tego, co mówi król Tom, im samym żyje się zdecydowanie gorzej. Nie posiadali jednak na ten temat żadnych danych, których nie potrafili ani zbierać, ani zestawiać, ani przedstawiać graficznie, toteż kiedy stawiali się u króla na audiencji celem przedstawienia swoich problemów, król odsyłał ich z kwitkiem, za który to kwitek również musieli Opłatę Urzędową uiścić.

Mieszkańcy Królestwa popadali w nędzę. Brakowało żywności, gdyż wyznaczeni przez króla Sama rolnicy nie wiedzieli jak radzić sobie z problemem zachwaszczenia pól. Chaty się waliły, gdyż wyznaczeni przez króla Sama cieśle nie wiedzieli jak rozwiązać problem butwiejących belek. Nawet Królewski Zamek był w coraz gorszym stanie, gdyż wyznaczeni przez króla Sama murarze nie wiedzieli jak rozwiązać problem pękających murów, nikt im zresztą tego też robić nie kazał, gdyż król Tom zajęty był innymi, dużo ważniejszymi dla niego sprawami. Mieszkańcy Królestwa popadali w nędzę tak głęboką, że nawet nękający Królestwo smok odleciał, a inne przestały się zjawiać. Występowanie prawiczków było bowiem – z powodu braku innych rozrywek, za które trzeba było płacić pieniędzmi, których mieszkańcom brakowało – coraz rzadsze. Sami zresztą prawiczkowie, jeśli już nawet udało się jakiegoś znaleźć, nie byli też szczególnie apetyczni – ot, brudni, wychudzeni młodzi chłopcy. Żaden łakomy kąsek. Nawet dla smoka.


– Co tu o was takie braki w zatowarowaniu? – zapytał pewnego dnia przywódca jednej z karawan nędzarza, którego znał, ten wcześniej zajmował się bowiem kupiectwem. W czasie rozmowy dowiedział się od byłego już kramarza o problemach i kłopotach trawiących Królestwo, które były między innymi powodem braków na rynkach towarów, które poza Królestwem nie były obłożone tak horrendalnymi podatkami, że nadal opłacało się je jeszcze produkować.


– Prowadźcie więc do króla! – zakrzyknął ten przybysz z obcego lądu, miał bowiem pewien pomysł na unormowanie sytuacji, do czego było mu pilno, gdyż miał przecież swoje zobowiązania handlowe.


– Królu! – powiedział przybysz, kiedy stanął przed obliczem króla. – Zamek twój iście przebogatym jest! Widzę, że złotem ocieka, że każda ściana tym cennym kruszcem wysadzana! Doprawdy imponujące! Ze złotem jednak wiążą się pewne niebezpieczeństwa. Metal to owszem, szlachetny. Piękny i cenny, ale przy tym o dużej gęstości i miękki. Nie nadaje się zupełnie na konstrukcje, a tylko je obciąża. Być może zauważyłeś, że na murach twojego zamku tu i ówdzie pojawiają się pęknięcia? To wszystko na skutek zbytniego obciążenia ścian nośnych złotem! Wiemy o tym my, mieszkańcy naszej Krainy, która słynie z najlepszych inżynierów i najlepszej czekolady! Królu! Materiału konstrukcyjnego potrzebujesz, bo inaczej to całe bogactwo kiedyś ci się na łeb zawali! A tak się składa, że nasi inżynierowie taki materiał opracowali i myślę, że moglibyśmy nawiązać obustronnie korzystne kontrakty handlowe, gdybyś tylko zechciał wysłuchać mojej propozycji. Mam akurat ze sobą kilka próbek. – kupiec poklepał się po sakwie.


Król Tom rozejrzał się po komnacie i rzeczywiście wspomniane pęknięcia na ścianach dostrzegł. Oblicze jego przybrało wówczas zmartwiony wyraz, a sam król, zaciekawiony, podniósł się ze swojego złotego tronu i zbliżył się do przybysza chcąc bliżej przyjrzeć się temu nowemu materiałowi.


– A czym to panie handlujecie? – zapytał.


– Stalą – odpowiedział przybysz wbijając królowi sztylet w serce. – Umarł król, niech żyje król! – rzekł następnie podnosząc z marmurowej posadzki wysadzaną diamentami koronę, która zsunęła się martwego już ciała króla Toma, a którą to sam założył sobie na głowę.


Tak się złożyło, że również i ten kupiec miał na imię Tom, a że był już wcześniej król o takim imieniu, został zapamiętany przez potomnych jako Tom Drugi.


Tom Trzeci


Za panowania króla Toma Drugiego do Królestwa nie powróciły nie tylko mleko i miód, ale nie powrócił nawet choćby względny dobrobyt. Mieszkańcom nadal wiodło się źle. Wysokie podatki i daniny zostały utrzymane, zmieniło się tylko ich przeznaczenie. W przeciwieństwie do króla Toma Pierwszego, król Tom Drugi nie gromadził majątku w Królewskim Skarbcu. Całość środków finansowych przeznaczał na import stali z krainy inżynierów i czekolady. Wykorzystywał tę stal do produkcji zbrojeń, zbroił się bowiem na potęgę, pamiętając o sposobie w jaki przejął władzę i nie chcąc tej władzy w podobny sposób utracić. Pozostałą stal wykorzystywał do produkcji klatek w których umieszczał podejrzanych o działalność wywrotową obywateli, a takich obywateli w Królestwie była większość, jak również do produkcji zatrzaskowych kłódek, którymi te klatki z umieszczonymi w nich obywatelami zamykał. Kluczykami się nie kłopotał, zresztą było mu szkoda na nie stali. Lud poddawany był ciągłej kontroli przez Królewską Gwardię – wysokich, groźnych mężczyzn z halabardami, ubranych w fioletowo-żółte stroje i stalowe hełmy z czerwonym pióropuszem. Za panowania króla Toma Drugiego w Królestwie nastał czas terroru.


– Dlaczego nie sprowadzacie już od nas czekolady? – zapytał pewnego dnia przywódca jednej z karawan więźnia, którego znał, ten wcześniej zajmował się bowiem kupiectwem. W czasie rozmowy dowiedział się od byłego już kramarza o problemach i kłopotach trawiących Królestwo, które były między innymi spowodowane brakiem środków finansowych na zakup czekolady.

– Prowadźcie więc do króla! – zakrzyknął ten przybysz z obcego lądu, miał bowiem pewien pomysł na unormowanie sytuacji, do czego było mu pilno, gdyż miał przecież swoje zobowiązania handlowe.


– Pan skręci w lewo, później prosto na Zamkowy Pagóreczek, minie pan fosę, później przez dziedziniec i drzwi na wprost. Przejdzie pan przez korytarz i na jego końcu będą drzwi do Królewskiej Komnaty – powiedział więzień, który nie mógł zaprowadzić kupca do króla, gdyż był zamknięty w klatce. Drogę zaś do Królewskiej Komnaty pamiętał tak dokładnie jeszcze z czasów króla Sama, którego wspomniał wówczas z takim rozrzewnieniem, że aż łza zakręciła mu się w oku.


– Królu! – powiedział przybysz, kiedy stanął przed obliczem króla. – Pochodzisz z naszego ludu i nasz lud z dumą wspomina twoje imię, gdyż daleko w życiu swoją ciężką pracą zaszedłeś. Nęka mnie jednak pytanie, dlaczego, jako władca tego Królestwa, zaniedbujesz stosunki z ludem, z którego się wywodzisz? Dlaczego nie importujesz naszej czekolady?


– Czekolada… – król Tom Drugi rozmarzył się. – Już zapomniałem jak smakuje. Tyle innych wydatków, kupcu. Tyle kłopotów i problemów, a znikąd pomocy. Nic człowiek nie ma w życiu przyjemności, nawet kiedy jest królem…


– Królu – rzekł przybysz – przyjmij w takim wypadku jako wyraz hołdu tę tabliczkę czekolady. Niech będzie ona symbolem uznania naszego ludu dla dokonań jego syna, a – kto wie? – może i pozwoli nam w przyszłości nawiązać korzystne dla obu stron stosunki handlowe również i w obszarze czekolady?


– Doprawdy? – ucieszył się król Tom przyjmując z rąk kupca tabliczkę i odgryzając od razu cały jej róg. – Ach, ten smak importowanego kakaa produkowanego w przez niewolników w nieludzkich warunkach! Ten smak mleka od krów wypasanych na pastwiskach naszych gór, jak mleko matki…


I król urwał, i zazielenił się na twarzy, i oczy wyszły mu na wierzch. I złapał się za gardło, i próbował złapać oddech, ale próby te zakończyły się porażką. Zakończyło się również życie króla Toma, którego ciało zwiotczało i osunęło się na jego stalowy tron.

Z tego stalowego tronu kupiec zepchnął zwłoki króla zdejmując wcześniej z jego głowy stalową koronę. Na czubku tej korony umieścił kostkę czekolady, po czym zasiadł na pustym już tronie.


– Umarł król, niech żyje król! – powiedział.


Kupiec ten miał na imię Karol, a że nie było wcześniej króla o takim imieniu i król o takim imieniu nie nastał też nigdy po nim, został zapamiętany przez potomnych po prostu jako Karol.


***


2341 słów.


#naopowiesci

#zafirewallem

edykt każący rozprawiczać wszystkich chłopców

Myślę, że taki edykt w naszym świecie mógłby rozwiązać trochę problemów.


Tom Pierwszy.


Tom Drugi

Fajne przejście i z drugiego na trzeci również.


To mi wpadło w oka:

król odsyłał ich z kwitkiem, za który to kwitek również musieli Opłatę Urzędową uiścić.

Oraz:

Ach, ten smak importowanego kakaa produkowanego w przez niewolników w nieludzkich warunkach! 

Oczywiście smaczków było sporo więcej ale wybrałem wybrane.


Co natomiast mi się nie podobało:

wszystkie problemy i kłopoty trafiały najpierw do króla Sama, on sobie z nimi radził

...sam. - Przecież takie powinno być kolejne słowo w tym zdaniu. Strasznie się zawiodłem.

@splash545


...sam. - Przecież takie powinno być kolejne słowo w tym zdaniu. Strasznie się zawiodłem.


Faktycznie!

Od jakiegoś czasu już ubolewam nad brakiem redakcji.

Zaloguj się aby komentować