@Cori01 Prezenty są fajne, ale w ograniczonym stopniu. Uczenie dziecka skakania od jednej rzeczy do drugiej sprawi, że niczym się nie będzie bawiło, niczym się nie zainteresuje, nic jej nie zajmie. Najfajniejszym elementem stanie się sam fakt otrzymywania podarków, a nie ich użytkowanie.
Mam tutaj dobre rozgraniczenie, gdyż mnie i moją siostrę dzieli 16 lat różnicy i przepaść jeśli chodzi o to na co było rodziców stać. Moje dzieciństwo było ultrabiedne, a jej względnie dostatnie. Miałem więc okazję obserwować te różnice i zobaczyć też efekt, gdyż jest ona już dorosła.
Dla mnie każda otrzymana rzecz sprawiała radość głównie z faktu tej rzeczy. Każdą zabawkę, każdy gadżet, choćby tani i mały - młóciłem do zepsucia. Jeden zestaw klocków układałem na milion sposobów. Jakiś pistolecik z odpustu jak się zepsuł, 10x rozbierałem, naprawiałem, malowałem go, robiłem własne kulki. Dużo potrzeby kreatywności i duży szacunek do każdej rzeczy.
Natomiast siostra otrzymywała co chciała. Cały pieprzony pokój zawalony szpargołami. Setki zabawek, książeczek, misiaczków, gadżetów i innych dupereli. Spora część używana tylko i wyłącznie w dniu otrzymania, aby resztę czasu zbierać kurz z półki. Pamiętam, że kiedyś dostała... samochód zdalnie sterowany. Bo gdzieś widziała i chciała. Bawiła się nim łącznie z 15 minut, a to drogie gówno było. Natomiast ja, wówczas 25 letni chłop, bawiłem się tym jak dziecko później, bo fajny gadżet
No i po latach widząc to, nadal tak jest. Ja potrafię się cieszyć byle gównem, potrafię się skupić i zająć jedną rzeczą która sprawia mi satysfakcję. Natomiast ona jest przebodźcowana, zakupoholizm ostry, ciągłe kupowanie kolejnych nieużywanych bzdetów, ciągła podatność na "chciejstwo", bo zobaczyła coś w reklamie, albo u znajomej. Niczym się nie cieszy, niczym nie interesuje, każda rzecz ją "zawodzi", bo frajdę ma tylko podczas odpakowywania i może 5 minutach obcowania z nowością. A później sru, na półkę, do szafy ... na zawsze.
Nie ma sensu rozpieszczać. A ja sam jak swoim różnym pociotkom mam coś dać, to robię to od wielkiego dzwona i staram się tylko, aby było to przemyślane i faktycznie przydatne. A rozpuszczonym bębnom których rodzice mają hajs i rozpieszczają - nie daję nic, bo po co. Za to jak kiedyś już wujek coś przyniesie, to przynajmniej zapamiętają. Jedyne co daję, to np wyjazd na sanki, na rower, na ognisko, raczej przeżycia, niż rzeczy.