Opowieść dorosłego żyjącego w cieniu wypadku z czasów nastoletnich, który permanentnie okaleczył jego twarz. Gra korespondencyjna, którą tworzy, i ludzie, którzy w nią grają.
O czym jest "Wilk w białej furgonetce"? Ciężko to określić. Jest to współczesna literatura piękna — coś, od czego zazwyczaj stronię, bo czuję się trochę za głupia, by w pełni ją zrozumieć. Nie ma prostej, jasnej fabuły. Jej akcja jest wręcz odwrócona — przez całą książkę próbujemy zrozumieć, co było przyczyną wypadku, co do niego doprowadziło, i wyjaśnienie dostajemy na samym końcu.
Ale w większości jest to pewnego rodzaju spowiedź. Dowiadujemy się, kim jest narrator, w jaki sposób myśli z jego opowieści i wspomnień. Opowiada nam, w jaki sposób dochodził do siebie, skazując się jednocześnie na całkowitą izolację. Odczuwamy to, co sam odczuwał — pewną rezygnację połączoną z pogodzeniem się z losem.
Książkę tę poleciły mi zaprzyjaźnione bibliotekarki z silent book clubu, i choć nie zmieniła ona mojego życia, to była miłym zaskoczeniem jako reprezentant gatunku, który zwykle omijam.
Miałem jeszcze kilka dni do końca roku to postanowiłem, że przeczytam coś krótkiego. Okazało się, że Czterej pancerni mają 768 a 451 F tylko ~180 to przeczytałem tę drugą. Wiedziałem, że to coś o paleniu papieru i antyutopia. Brzmi ok, jedziemy. Autor miał pomysł na zakazanie książek w państwie, przykleił się tego pomysłu ich palenia przez jakąś inkwizycję OSP i za cholerę nie chciał puścić. Takie to średnie wszystko, ani odkrywcze ani jakoś szczególnie nie przybliża samego świata bo wszystko jest jakieś takie po łebkach. A mogłem zamiast tego przeczytać pierwsze 180 stron 4 pancernych :<
@owczareknietrzymryjski jeżeli w następnym roku też będziesz dodawał wpisy, to dawaj książkom 7/10, bo tej oceny i tak jest zawsze najwięcej, a nie będziesz przy okazji zaburzał rozkładu. Poza tym jeżeli nie chce ci się lub z jakiegoś powodu nie potrafisz (co to za wytłumaczenie?), to zastosuj - tak jak wyżej zasugerowano - dwu lub trzystopniową skalę.
Hej, dzieci, jeśli chcecie... poczytać dobre fantasy, to "Droga Królów" jest nawet okej.
Cykl "Archiwum burzowego światła" polecił mi @Dziwen (najwyraźniej jest tu spora grupka ewangelistów tej serii, ale Dziwen to jej papież). Wiele już o samej "Drodze Królów" zostało też powiedziane, ale parę zdań wprowadzenia napisać trzeba.
Jest to przede wszystkim kobyła. Dość męcząca, bo opowieść jest gęsta — przebrnięcie przez nią zajęło mi prawie miesiąc (co jest o tyle dziwne, że niemal dwa razy dłuższą "Wojnę i pokój" czytałam nieco ponad miesiąc). Opowieść zbudowana jest na paru wątkach dotyczących kilku głównych bohaterów — arcyksięcia, niewolnika, młodej szlachcianki-uczennicy i skrytobójcy, których z pozoru nic nie łączy.
Akcja tak naprawdę rozwija się dopiero w połowie książki, by nabrać rozpędu w ostatnich 15 procentach. Z tego powodu mamy wciąż wrażenie, że nie za bardzo coś tu się dzieje i ten pierwszy tom serii jest po prostu mocnym wprowadzeniem w świat przedstawiony. Tak poza tym, to mamy bitwy z dziwnymi ludami, niestworzone nazwy zwierząt i roślin, a także świecące kamyczki będące jednocześnie walutą i — uwaga, uwaga — źródłem mocy dla wybranych.
Jest to w moim odczuciu "męskie" fantasy. Na pewno spodobałoby się mojemu bratu. Czy mi? Nie porwało mnie aż tak, bym rzucała teraz kolejkę książek i zabierała się za kolejny tom. Ale może wrócę do tej serii w przyszłym roku.
Jakiś czas temu widziałem trailer Gdy Invincible na podstawie Niezwyciężonego. Trailer nic mi nie mówił a bardzo zaintrygował. Postanowiłem książkę przeczytać przed ewentualnym zagraniem w gierkę (nie wiem czy mi pójdzie na moim laptopie, się zobaczy). Klimacik jest, styl pisania zmienia się odpowiednio do rozwoju historii. Ciężko to wytłumaczyć bez spoilerowania. Na początku jednak widać wyraźnie dumę i wyniosłość kiedy to ludzkość jest mega pewna siebie i swoich możliwości.
Specjalnie więcej nie piszę bo jednak łatwo zaspoilerować i odebrać całą przyjemność z czytania tej książki jeśli wie się cokolwiek więcej. Imo lepiej podejść nieświadomym i nawet nie czytać tych kilku zdań na tylnej okładce książki bo już one mówią za dużo.
Bardzo przyjemne sci-fi. Takie retro, do którego Lem przyzwyczaił.
@owczareknietrzymryjski jakiś czas temu wyszła gra komputerowa która fabularnie jest prequelem. Mi się bardzo podobała.
Gra stworzona przez polskie niezależne studio.
Trzecie wydanie bajtow polskich. Nie trzeba czytać oryginalnego wydania ani 2.0 żeby ogarnąć historię. Autorzy przeprowadzają czytelnika po historii polskich gier komputerowych, ich autorów, narodzin i rozwoju komputerowej i konsolowej rozrywki. Zaczyna się od gierek robionych na oscyloskopach przez naszych dziadków następnie atari, pegazusy, comodory, amigi aż wreszcie przez komputery. Wszystko okraszone masą screenów z opisywanych gier (~60 screenów na dwie strony).
Miałem kiedyś za dzieciaka C64, pamiętam że coś na nim grałem. Jednak człowiek był młody, głupi, nie miał skąd brać wiedzy jak tego używać i ten etap życia jakoś nie specjalnie zapadł mi w pamięć. Poza momentem w którym ktoś pożyczył moje kasety i potem nie oddał. nie wspominam z łezką w oku tamtych czasów, że kiedyś to było itd. Historie powstawania gierek na te i pokrewne platformy czytałem z takim samym zaangażowaniem emocjonalnym co powstawanie gierek na odrę w latach 60. Kiedy w książce przyszły jakieś czasy które mogłem pamiętać bardziej świadomie to był już koniec książki. Nie mówię że to było nudne tylko nie znałem tamtych gier. Ten obrazek, który wrzucałem wczoraj o Kulkach z 1995r to była przed ostatnia strona. Dla mnie książka bardziej jako ciekawostka. Bardzo ładnie wydany album z historią polskich gier. To chyba pierwsze wydanie ze screenami. Niestety ten pomysł z wrzucaniem jednego wielkiego screena na całą stronę gdzie środek (tam gdzie najczęściej jest cała akcja) wypada na łamaniu taki średni.
Mega dużo ciekawostek i smaczków od kuchni. Jak działały giełdy w Polsce, jak to ludzie wydawali swoje gierki w raczkującym przemyśle growym, kto publikował swoje listingi w zagranicznych czasopismach, jak zatwardziali atarowcy reagowali na pegazusa, jak się robiło gierki za granicą i wiele wiele innych. A jak jeszcze pamiętasz bajtka, top secret to nostalgia i dodatkowa frajda gwarantowana.
@owczareknietrzymryjski Przeczytałem całe od deski do deski. Poczatkowe gry też nie znałem. Czasy "Top secret" z wypiekami na twarzy u mnie to juz moje statium, gdzie grałem w gierki. Nie wspomniałeś o fajnych dodatkach pocztówek z grafikami z gier.
Od kiedy zapoznałam się z prozą Rebecci F. Kuang, wpadłam po uszy. Autorka wplata w swoje powieści wątki, które są mi bliskie (językoznawstwo, mity), ale też które mnie ciekawią (daleki wschód, środowisko akademickie).
W "Katabazie" autorka łączy w zasadzie wszystkie te wątki. Główna bohaterka, Alice Law, jest doktorantką magii lingwistycznej na Cambridge. Schodzi do piekła, by ocalić duszę swojego promotora. Promotor, wiadomo, potrzebny jest jej, by obronić pracę doktorską i uzyskać to, na co pracuje od lat: stanowisko akademickie. W tej podróży towarzyszy jej inny doktorant, Peter Murdoch. Peter specjalizuje się w magii analitycznej i konkuruje z Alice o miano najlepszego doktoranta. Podróż do piekła nie jest jednak, oczywiście, łatwa. Muszą w końcu przejść przez wszystkie 8 kręgów, odnaleźć swojego promotora wśród milionów dusz, nie zginąć, i jeszcze do tego wrócić na ziemię...
Bardzo dobrze czytało mi się tę powieść. Jest to fantasy typu, który lubię — bez wróżek i wampirów. Fajny, przemyślany świat pozwala zagłębić się w lekturze. A smaczki w postaci paradoksów, wątków lingwistycznych i równań wszelakich trącają w dokładnie te struny, które lubię.
Książka oparta na serii komiksów BRZRKR wydawanych w 2021r w 12 zeszytach. Wspólne elementy książki i komiksów to główny pomysł czyli 80000 lat temu przychodzi na świat główny bohater. Dziecko ludzkiej matki i boskiego ojca. Dzieciak jest potężny i nieśmiertelny. Znaczy umiera ale potem się odradza. I na tym bez spoilerów opiera się główny pomysł który przedstawiony był najpierw w formie rysunkowej a potem w rozwinięciu na stronach książki.
Książka nie jest idealną adaptacją komiksów. W większości rozszerza historię, dodaje nowe wątki, albo całkowicie zmienia zakończenie. Imo ciężko byłoby zrobić inaczej, komiks skupiał się na czymś innym bo jest bardziej graficzną formą a nie tekstową. Zresztą książka to głównie rozkminy i vibe. Dużo vajbu, w klimacie, siedzisz sobie ze znajomymi jaracie zielsko i wymyślacie sobie historie o typie który jest nieśmiertelny, to znaczy jest śmiertelny ale się odradza i wszystko pamięta. Jakie są jego motywy, co pamięta, co może robić przez te 80000lat, co robią inni ludzie na świecie, czy wiedzą czy nie wiedzą. Potem to wszystko spisujecie w postaci książki et voila "księga innych miejsc". Dodać tylko znane nazwisko na okładce i można wydawać.
Polecam czytać książkę i co jakiś czas sięgać sobie po zeszyt komiksu (dostępne do czytania w internecie). Główny bohater w komiksie wygląda jak Reeves a w książce ma jego vibe. Można też przeczytać tylko komiks, jest to graficznie najlepszy jaki widziałem w życiu (czytałem tylko kaczory donaldy więc się znam).
Zainspirowana komentarzem @WujekAlien , który napisał że posiada ponad 1000 książek - przychodzę z pytaniem.
Ile macie książek u siebie?
I pytanie extra: ile z nich jeszcze czeka na przeczytanie? 😁
U mnie aktualnie znajduje się około 30 książek. Większości z nich planuję w niedługim czasie dać drugie życie na vinted.
Koniec przygody z "Wojną i pokojem". W sumie na całość zszedł mi nieco ponad miesiąc.
Czwarty tom ukazuje nam pogorzelisko, dosłownie i w przenośni. Napoleon decyduje się na odwrót i powrót do Paryża, zostawiając za sobą spaloną Moskwę. Doświadczenie wojny zmienia wszystkich bohaterów: jedni tracą bliskich, w innych zachodzą całkowite przemiany moralne. Każdy próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości.
Dalej jestem zdania, że trudno jest współczesnemu czytelnikowi utożsamić się z rozterkami bohaterów. Upłynęło znacznie za dużo czasu, wojny wyglądają już zupełnie inaczej, zmieniła się też kultura i normy społeczne. Dlatego też ciężko jest zżyć się z opisywanymi postaciami i w pełni przeżywać ich losy.
Tym niemniej jest to wiekopomne dzieło, które świetnie opisuje niemal wszystkie aspekty wojny i jej wpływu na naród. Fajnie jest móc je w końcu odhaczyć.
Nie poddaję się i cisnę dalej z "Wojną i pokojem".
Tom trzeci otwiera tę część "wojenną" dzieła. Bo podobno pierwsze dwa tomy opisywały czasy pokoju, zaś kolejne dwa opisują czasy wojny.
W tym tomie śledzimy losy naszych bohaterów w czasie marszu Napoleona na Moskwę oraz bitwy o Borodino. Dla niektórych oznacza to udział w krwawych działaniach wojennych; dla innych — ucieczkę z moskiewskich rezydencji. Inni jeszcze szukają sensu i znaczenia istoty życia i swoich działań, reewaluując dotychczasowe wartości.
Ciekawe są analizy narratora dotyczące działań wojennych, odnoszące się do wniosków badaczy historii. Laikowi dalej ciężko ogarnąć opisy manewrów wojsk, ale jest ich teraz trochę mniej z uwagi na chaotyczność potyczek.
Jared Diamond - biolog, z zamiłowania lingwista i podróżnik. Przeprowadza czytelnika przez milenia ludzkiej historii i wszystkie kontynenty (poza Antarktydą). Pokazuje jak rozwijała się cywilizacja na każdym z nich. Jak wyglądała produkcja żywności, udomawianie zwierząt, rozwijanie odporności na lokalne choroby, wynalazczość, powstawanie pisma i jaki to wszystko miało wpływ na rozwój ludów te tereny zamieszkujących.
Bardzo dobrze mi się czytało tę książkę. Mimo, że została wydana 28 lat temu, dalej jest całkiem aktualna. Autor wykłada wiedzę w całkiem przystępny sposób. Jest masa przykładów, mapek, tabelek. Były nawet dwie wklejki ze zdjęciami. W późniejszych rozdziałach wraca do informacji z poprzednich części książki. Czułem się, że retencja wiedzy po tej lekturze będzie spora.
Należy jedynie wziąć poprawkę na to, że tytuł może trochę oszukać. Nie jest to opowieść o strzelbach, zarazkach i maszynach. Tytułowe przedmioty są jedynie tłem całej historii, która jest o wiele ciekawsza niż może to wyglądać na pierwszy rzut oka.
"Należy jedynie wziąć poprawkę na to, że tytuł może trochę oszukać. Nie jest to opowieść o strzelbach, zarazkach i maszynach. Tytułowe przedmioty są jedynie tłem całej historii, która jest o wiele ciekawsza niż może to wyglądać na pierwszy rzut oka."
Udało mi się przebrnąć przez tom drugi "Wojny i pokoju". Nie wiem, czemu, ale ten szedł mi dużo oporniej niż pierwszy.
Podobno pierwsze dwa tomy traktują o czasach pokoju, natomiast kolejne dwa — wojny. W teorii we wszystkich czterech ta wojna z Napoleonem jest kanwą wydarzeń. W tomie drugim jest jednak gdzieś w tle, na dalszym planie, gdyż cesarze Napoleon i Aleksander żyją we względnej zgodzie.
Ten tom skupia się na życiu i rozterkach ludzi, którzy w wojnie udziału nie biorą. Są więc dworskie bale, rozterki finansowe, romanse, bałałajki, arszenik i rozmyślania na temat moralności.
"Wojna i pokój" nie porywa jak trylogia Sienkiewicza, ale też czyta się ją dobrze. Zobaczymy, jak dalsze tomy.
Tytuł: Ultraprzetworzeni ludzie. Dlaczego wszyscy jemy rzeczy, które nie są jedzeniem... i czemu nie możemy przestać?
Autor: Chris van Tulleken
Kategoria: popularnonaukowa
Wydawnictwo: Marginesy
Format: e-book
Liczba stron: 448
Ocena: 3/10
Książka jest raczej słaba merytorycznie…
Już tłumaczę dlaczego: książka jest w całości pisana pod tezę, a wszystkie przedstawione informacje są tak sprytnie manipulowane żeby tylko to potwierdzić.
Co więcej, książka jest po prostu broszurką reklamową dla systemu klasyfikacji żywności NOVA, który nie tylko że jest krytykowany przez środowisko naukowe, ale nawet na pierwszy rzut oka prostego człowieka widać że coś z nim jest nie tak.
Najbardziej urzeka mnie, że w książce występują dwie praktycznie wykluczające się wzajemnie tezy które zamiennie są stosowane do wyjaśnienia tego zjawiska, w zależności od tego które akurat pasuje emocjonalnie do opisywanej anegdotki.
Są to: (będę się do nich odwoływał jako “punkt 1” i “punkt 2”)
1. “W dzisiejszych czasach jemy coś co nie jest i nigdy w historii nie było jedzeniem. Konsumujemy związki które zostały wytworzone w nowoczesnych laboratoriach, wpychamy do gęby sztuczne produkty inżynierii chemicznej, a spychamy na margines prawdziwe jedzenie, naturalne pożywienie, produkty które jedli nasi przodkowie przez miliony lat i do których wyewoluowaliśmy.” Trzeba przyznać że jest to świetnie wzbudzający emocje truizm. Włos się jerzy na głowie, ciężko się z tym stwierdzeniem kłócić, a nawet i nagle człowieka łapie motywacja pt “TO JA BĘDĘ JADŁ NATURALNIE”. Generalnie dobieranie argumentów pod takie zrywy emocji było w książce obrzydliwie nadużywane, ale poczekajcie aż przejdę do… holocaustu.
2. Skład chemiczny jedzenia nie ma ŻADNEGO znaczenia. Suma wartości odżywczych, soli, błonnika, tłuszczu, węgli - to wszytko NIC NIE MÓWI o jedzeniu które jemy, oraz na nic nie wpływa. Zwracanie na to uwagi jest błędem, używanie wskaźników które to podsumowują (jak Nutri-Score) jest błędem, i jedyne na co powinniśmy patrzeć to wskaźnik NOVA zaproponowany przez profesorka z Brazylii w sposób tak arbitralny że aż pomyślicie że upraszczam i spłycam, gdy już go przedstawię.
Więc oto przedstawiam.
Skrót klasyfikacji NOVA:
Grupa 1. Żywność nie przetworzona - owoce, nasiona, bulwy, mleko, jaja, mięso, grzyby, itp.
Grupa 2. Składniki kulinarne - W jakiś sposób obrobione, zazwyczaj spożywane z produktami grupy 1. Ta grupa jest uznawana za pozytywną… bo jeśli ktoś kupuje dużo produktów z tej grupy to znaczy że musi je zużywać do gotowania, a wiec zdrowo je xd Jest w tym jakaś logika, nie powiem xD Przykłady: cukier. No jak kupujesz dużo cukru to raczej już nie kupujesz drożdżówek, które są przetworzone, wiec to dobrze, co nie? Kolejne przykłady: oleje roślinne, masło, smalec, ocet, mąka, miód (tego ostatniego nie rozumiem w sumie).
Grupa 3. Przetworzone rzeczy z grupy 1, poddane konserwacji, oraz uzupełnione produktami z grupy 1. W sumie to większość domowego jedzenia łapie się właśnie tutaj, ale też i kupne rzeczy w puszkach, słoikach, czy butelkach.
Grupa 4. Żeby produkt trafił do grupy czwartej, oznaczanej na czerwono, musi… Składać się z pięciu składników xDDDDDD Nie, to nie żart. Dokładnie w ten sposób profesor Monteiro stworzył swoją skalę. Tak więc książka opowiada o różnych “strasznych” procesach przetwórstwa żywności żeby finalnie za złe uznać wszystko co ma pięć składników lub więcej, kropka. Dodatkowym opisem tej grupy jest że te produkty są tanie, gotowe od razu do spożycia, wyglądają apetycznie, mają atrakcyjne opakowanie, i często kampanie marketingowe. Przykłady: napoje gazowane, energetyki, ciastka, czekolada, lody, cukierki, słodycze, pizza z biedronki, hamburgery, zupki błyskawiczne.
Powiecie tak: “no zaraz, ale przecież produkty z grupy 4 to sam syf z tego co przedstawiłeś w przykładach”. Jeśli tak uważasz to masz racje, ale patrz punkt 2 powyżej: Te produkty nie są zdaniem autora szkodliwe przez to co zawierają, ani przez ilość wartości odżywczych, tylko przez sam fakt należenia do grupy 4, który może wynikać z ilości składników.
Dajcie mi wyjaśnić to jeszcze raz, bo to ważne.
Gość wpakował produkty (o których wiemy że są niezdrowe, bo chociażby dlatego że większość z nich jest zajebana cukrem, dziwnymi dodatkami i tłuszczami trans) do grupy produktów szkodliwych, i teraz mówi że są szkodliwe DLATEGO ŻE SĄ W TEJ GRUPIE. Cała podstawowa zasada forsowana przez pierwsze 150 stron tej książki to właśnie to. Że produkt szkodzi BO JEST W GRUPIE KTÓRĄ NAZWANO ULTRAPRZETWORZONĄ, CO BRZMI STRASZNIE, A NIE ZE WZGLĘDU NA JAKIEKOLWIEK WŁAŚCIWOŚCI FIZYCZNE/CHEMICZNE/BIOLOGICZNE/ODŻYWCZE. Nieźle, co?
Oczywiście tak durny system jest krytykowany w środowiskach naukowych w sposób dosyć bezlitosny. Jak sobie z tym poradzić w książce będącej bezmyślną broszurką reklamową pisaną pod tezę? Ano w sposób Goebbelsowski: wybrać te krytyczne opinie które są pisane przez osoby związane w jakikolwiek sposób z żywnością przetworzoną (np pracowali dla ha tfu Nestlé) a następnie wytknąć im to. W ten sposób można zbudować super aurę oblężonej twierdzy gdzie krytyka systemu NOVA to ostatnia desperacka próba ratowania biznesu przez złe koncerny.
Przejdźmy do rozdziału który bardzo fajnie pokazuje w jaki sposób pisana jest książka.
Żeby ładnie zdemonizować dzisiejsze dodatki do jedzenia przenieśliśmy się w czasie do drugiej wojny światowej, podczas której Niemcom zaczęło brakować tłuszczu do jedzenia. Był to ponoć poważny problem, który trzeba było jakoś rozwiązać. Na szczęście jakiś niemiaszek wpadł na pomysł jak przerabiać parafinę (będącą odpadem z produkcji ropy naftowej) w pierwszy na świecie syntetyczny tłuszcz jadalny. (Tutaj śmieszna dygresja że to było opisywane w atmosferze punktu 1, czyli jedzenia rzeczy które nigdy nie były jedzeniem, ale z tego co zrozumiałem w książce to ostateczny produkt zaliczał się do organicznych kwasów tłuszczowych tych samych co w tkance zwierzęcej, ale teraz patrz punkt 2 - to nie ma znaczenia czym był, albo z czego się składał, ważne że był zły). No więc mamy pięknie nakreślone kto tworzy sztuczne jedzenie - NAZIŚCI! I TO Z ROPY! Mało Ci? No to śmiertelność takiego masła została ustalona przez… średnią długość życia członka załogi ubota w boju, wraz z liczbą 60 dni. Nie było powiedziane wprost że “od tego masła umrzesz w 60 dni”, nie. Było mistrzowsko powiedziane że dłużej żyć nie musisz, a to rozbudza wyobraźnie nawet lepiej.
Mało? No to jeszcze dopiszmy że to masło było testowane w Auschwitz, bo nikt nie wiedział czy serio nadaje się do jedzenia.
No jeśli po takiej mieszance emocji nie czujesz wstrętu do UPF (Ultra Processed Food) to ja już nie mam sił Ci tłumaczyć. Ale czy masło to faktycznie było szkodliwe? A NIE WIEM, TEGO NIE NAPISALI XDDDD
Podoba mi się też, że w paru miejscach autor napisał że schudnięcie gdy jest się grubym jest NIEMOŻLIWE bez operacji, a nawet jak się uda to MUSI BYĆ EFEKT YOYO, a tak w ogóle to otyłość jest ZAWSZE TOTALNIE POZA ODPOWIEDZIALNOŚCIĄ OSÓB CIERPIĄCYCH NA NIE, i porównał do raka.
Książka totalnie pomija możliwość… Liczenia kalorii. Tak jakby to nie istniało. No po prostu nie da się. Ale z drugiej strony po co miałbyś to liczyć skoro (punkt 2) wartości odżywcze nic nie dają, nic nie wnoszą, nie mają znaczenia, liczy się tylko czy losowy profesor z Brazylii uznał że to czwarta grupa czy nie czwarta grupa. Tylko byś czas tracił.
Generalnie pierwsze 2 części książki były dla mnie okropne i ledwo przez nie przebrnąłem.
A potem?
Potem w sumie zrobiło się nienajgorzej xd
Autor omawiał szkodliwośc różnych dodatków, przywoływał ciekawe badania (chociaż nadal manipulując nimi i np w jednym opisie wspomniał kilkukrotnie o EKSPERTACH i SPECJALISTACH poddanych badaniom podczas gdy wyszukałem na necie że byli to... studenci). Opisywał wiele zbrodniczych praktyk wielkich korporacji i generalnie sypał anegdotkami jak z rękawa.
Mam ból d⁎⁎y, bo ja naprawdę bardzo chciałem się z tą książką zgadzać. Ja nadal szczerze wierzę że śmieciowe żarcie to syf, że korporacje są jednoznacznie złe, a takie Nestle to powinno pójść do rozstrzelania. Ale no ta książka bardziej sprawiła że momentami czułem się jak ich obrońca przed totalnie źle przedstawionym ciągiem oskarżeń a nie hejter, którym w sumie chciałbym być.
Nie wiem czy polecam xD Wołam @rith bo u niego w recenzji podpatrzyłem ten tytuł.
Szarlatani od żywieniowego voodoo zawsze będą wmawiać że należy jeść jak w czasach kiedy średnia długość życia wynosiła 30 lat a dorosły mężczyzna ważył 40 kilo (nasi zdrowi praprzodkowie). Bo przyznanie że dzisiejsza żywność jest lepsza niż kiedykolwiek a przede wszystkim dostęp do niej i jej zróżnicowanie może i było by zgodne z prawdą, ale czy napisałbyś o tym dobrze sprzedającą się książke?
Zacznę od tego co mi się w książce nie podoba. Po pierwsze można z niej dosyć łatwo spomiędzy wierszów wyczytać jakie autorka ma poglądy - dla mnie już sama ta cecha jest w powieściach wadą. I nie chodzi tu nawet o to, że te poglądy w znaczącej mierze nie odpowiadają moim tylko o to, w jaki sposób się one ujawniają, tzn. w tym w jak groteskowy i nieporadny sposób są przedstawione postacie reprezentujące idee przeciwne do tych z którymi autorka się utożsamia - i te nieporadnie stworzone postacie są dla mnie drugą główną rzeczą która mnie mocno irytowała. Przygruby, łysawy, niezbyt bystry komendant policji o bardziej konserwatywnym spojrzeniu na świat wciąż ubolewa nad tym jak to młodsi nie mają szacunku do jego pokolenia i jak to młodsze pokolenie mało wie o życiu. Leniwy, niekompetentny policjant ze starszego pokolenia swoim olewactwem doprowadza do katastrofy. Matka jednej z głównych bohaterek swoim brakiem czułości oraz apodaktycznością doprowadza do skrzywienia psychicznego córki. Mąż siostry głównej bohaterki jest stereotypowym, przerysowanym przemocowym psychopatą. Teściowa głównej bohaterki te wredne, złośliwe babsko. Strasznie koślawo przedstawiono też postać chłopaka z aspergerem, można by rzecz, że wręcz w sposób karykaturalny. Tylko bidne kobiety są z tym całym bałaganem pozostawione same i muszę to wszystko ogarniać a jeszcze do tego użerać się z tymi starymi babami, dziadami i tępymi facetami. Generalnie w książce (a w zasadzie w całej serii którą zdążyłem przeczytać do tej pory) wciąż powtarzają się następujące motywy - pokolenie młodych, dorosłych ludzi zostało skrzywdzone przez starsze wychowujące je pokolenie poprzez jego konserwatyzm, brak czułości i zrozumienia, kobiety są generalnie związkach są poszkodowane - czy to poprzez macierzyństwo które w książkach autorki jest przedstawione głównie jako cierpienie czy też przez mężczyzn, którzy albo są przemocowcami albo niewierni albo leniwi(nawet partner głównej bohaterki, postać pozytywna co chwila ma wyrzuty sumienia bo pracuje zamiast pomagać partnerce w wychowaniu dzieci). Ogólnie z książki można wyciągnąć wniosek, że posiadanie dziecka można porównać do pobytu w Guantanamo w roli więźnia - tylko cierpienie, uwiązanie i brak jakichkolwiek perspektyw na poprawę w jakiejś rozsądnej przyszłości. Sam dobrze wiem, że wychowanie dzieci to nie jest wesołe miasteczko i momentami jest baaaaardzo ciężko ale bez przesady - w końcu w ostateczności to co dostajemy w zamian wynagradza nam wszystko ze znaczną nawiązką. Teraz pomimo tego narzekania dlaczego tak stosunkowo wysoka ocena? Otóż pomimo tych wad książka jako typowe czytadło sprawia się bardzo dobrze. Rozdziały znikają nie wiadomo kiedy, fabuła wciąga, nie ma nużących dłużyzn - pomimo sporej objętości byłem bardzo zaskoczony jak szybko udało mi się ją skończyć. Na plus też można zaliczyć wstawki z przeszłości charakterystyczne dla tej serii - z jakiegoś powodu kreowanie postaci w tych fragmentach wychodzi autorce znacznie lepiej. Jako książka na odmóżdżenie ten tytuł jak najbardziej się nada.
W moim odkrywaniu na nowo klasyki literatury nie mogłam nie zahaczyć o klasykę literatury rosyjskiej. Nie miałam na "Wojnę i pokój" czasu w trakcie studiów, więc to idealny moment, by się za nią zabrać.
"Wojna i pokój" to czterotomowe dzieło Lwa Tołstoja (choć chciałoby się odmienić jego nazwisko "Tołstogo", ale mniejsza), w którym zagłębiamy się w losy narodu rosyjskiego w czasie wojen napoleońskich.
Tom pierwszy skupia się na przedstawieniu nam głównych bohaterów powieści (rodziny Bołkońskich, Rostowów, Kuraginów, Bezuchowów i pozostałych bohaterów), zarysowaniu sytuacji politycznej i społecznej, a także pierwszych potyczek zjednoczonych wojsk rosyjsko-austriackich z siłami Napoleona. Autor poświęcił tu dużo wysiłku w przedstawienie podejścia bohaterów do nadchodzącej wojny i tego, co sądzą o samym Bonapartem oraz wartościach, którymi się kieruje.
To, co utrudniło mi lekturę, to brak opisów natury i świata przedstawionego (co sprawia, że ciężko wyobrazić sobie akcję i ją przeżywać w trakcie czytania) oraz dość nużące opisy ruchów wojsk i wszelkich innych spraw wojennych, które dla kobity takiej jak ja są nieznane i niewiele mówią.
Tym niemniej, czyta się to bardzo przyjemnie i nie spodziewałam się, że tak szybko uda mi się ukończyć pierwszy tom. Lektura wzbudza we mnie częściowo skojarzenia z trylogią Sienkiewicza (a zwłaszcza z "Potopem") — w końcu jest to epos narodowy, są młodzi ludzie, walczą o sprawę, a gdzieś tam w domu czekają na nich ich ukochane kobiety i ojcowie. No i, wiadomo, lecę od razu z kolejnymi tomami.
Ostatnio na Gorzowskim hejtosoczku pytałem o polecajki zbiorów opowiadań bo chciałem sobie coś poczytać. Zapomniałem o tym, że od kilku lat na półce mam tę kobyłę od Strugackich w której jest 5 opowiadań: Piknik na skraju drogi, Poniedziałek zaczyna się w sobotę, Trudno być bogiem, Miliard lat przed końcem świata, Ślimak na zboczu.
Bardzo dobrze mi się to wszystko czytało. Opowiadania były zróżnicowane każde ze swoim klimacikiem, bohaterami, specyficznym światem no i były długie na tyle, że można się wciągnąć na nieco dłużej (około 150-250 stron każde).
Piknik na skraju drogi to og opowiadanie o stalkerach. Poniedziałek zaczyna się w sobotę to trochę saszka potter albo akademia pana wanii (to chyba podobało mi się bardziej od pikniku). Trudno być bogiem średniowieczny klimat i rozkminy na temat ludzkiej natury. Miliard lat przed końcem świata to trochę jak proces kafki. Ślimak na zboczu to trochę jak paragraf 22 i gdzie są pieniądze za las w jednym. Przynajmniej to moje odczucia po przeczytaniu tych opowiadań.
Nieironicznie, z czystym sumieniem daję dyszkę bo świetnie się bawiłem podczas czytania każdego opowiadania. Nawet nie było mi przykro po przeczytaniu każdego utworu bo wiedziałem, że zaraz będzie kolejny jak również długość była odpowiednia. Ani za długie ani za krótkie. Wcześniej nic od nich nie czytałem ale na pewno na tym zbiorze nie poprzestanę.
Strugaccy u mnie też na propsie. Zawsze jakoś porównywałem ich do Asimova. Może przez taką naiwność fabuły. Jednak są bardziej konkretni w prowadzeniu narracji.
@tschecov o zdecydowanie. Lepiej się bawiłem czytając to niż asimowa. U Icka wszystko trochę zbyt sterylne i suche jest. Tutaj była zabawa bohaterami i bohaterów, barwne światy bez napinki.
@owczareknietrzymryjski ja miałam to szczęście, że moja mama bardzo ich lubiła i strugaccy byli jednymi z pierwszych autorów fantastyki, na jakich trafiłam... Minus jest taki, że wysoko zawiesili poprzeczkę xd