"Wróżby to rzecz zimowa" tej autorki wywarły na mnie duże wrażenie, dlatego zabrałam się jeszcze za jej inną książkę, czyli "Nim dojrzeją maliny". To opowieść o relacjach rodzinnych między kobietami: babcią, dwiema wnuczkami, ich kuzynką, ich matką, i... dzieckiem, które trafia do nich przypadkiem. To próba odpowiedzi na pytanie, czy kobieta ma prawo iść za głosem swojego serca, czy powinna przyjąć jakąś rolę, i jeśli tak, to jaką. To próba ocalenia miejsca, które jest "od zawsze" — domu babci i sadu, który posadził dziadek.
Kuzniecowa pisze przyjemnie i lekko, zaś szczególnie doceniam to, jak jej narrator po cichu opisuje ludzi tak, że znamy ich najskrytsze myśli.
Kolejna książka z odmętów czytnika, tym razem ściągnięta na fali zachwytu "Shogunem". I tu mamy dzielnych, honorowych samurajów, piękne gejsze, i... chrześcijańskich misjonarzy. Zarys fabuły mocno przypomina "Shoguna", ale jest tu o wiele więcej subtelności.
Naprawdę dobra pozycja, nie będę spoilerować. Kto polubił "Shoguna", polubi też i tę książkę.
Nadrabiam bookmeterowe zaległości. Kwiecień upłynął mi pod znakiem fenomenalnych książek, a jedną z nich jest "Oberki do końca świata" Wita Szostaka. Książka, która przeleżała w pamięci mojego czytnika mnóstwo czasu, pobrana na etapie poszukiwania większej liczby chłopomańskich książek. Ot, ktoś polecił, bo fajne.
I jejku, jakaż to była uczta literacka. Książka napisana muzyką, oberkami. Rytm, powtarzające się frazy, klimat, a w tym wszystkim historia rodziny muzykantów, mistrzów oberka. Na pół realistyczna, na pół wyśniona.
Nigdy w życiu bym po tę książkę nie sięgnęła. Ani tytuł, ani okładka mnie by nie zachęciły. Ale taka mocna polecajka skłoniła mnie do tego i o rany! Z żalem się odrywam, gdy obowiązki wzywają. Dzięki, @Wrzoo
@osn_jallr nie wiem jeszcze nie zaczalem czytac i tez trudno mi sie wczuc w role kogos kto nie zna śląskiego ¯\_( ͡° ͜ʖ ͡°)_/¯ zrobie ci zdjecie jak bede w domu to sam ocenisz
Tytuł: Właśnie że tak! Nigdy w życiu! 20 lat później
Autor: Katarzyna Grochola
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Format: książka papierowa
Liczba stron: 504
Ocena: 6/10
Przez ostatni miesiąc nadrabiałam cykl "Żaby i anioły", by zdążyć z przeczytaniem go na premierę najnowszego tomu serii. Tak się szczęśliwie złożyło, że moja siostra przywiozła "Właśnie że tak!" na święta i zdążyła je przeczytać. Od razu zabrałam się za czytanko.
Główna bohaterka serii, Judyta, jest już koło sześćdziesiątki. Dalej mieszka w domku na wsi, sąsiaduje z Ulą, i prowadzi dom z Adamem. Wraz z nim założyła też biuro matrymonialne, i wspólnie pomagają samotnym ludziom odnaleźć miłość. Jednak to, co nie daje Judycie spokoju, to problemy związkowe jej córki, Tosi — teraz dorosłej kobiety z trójką dzieci.
I to na tych dwóch wątkach skupia się narracja książki: biuro matrymonialne i Tosia. No dobra, i wnuki. A o wnukach jest bardzo dużo. Nie wiem, czy dobrze zgaduję, ale wydaje mi się, że pani Grochola ma tendencję do wrzucania anegdotek ze swojego życia i tekstów zasłyszanych u bliskich, co w przypadku wypowiedzi wnuków Judyty bywa sztuczne i krindżowe.
Tym niemniej, miło, że po 20 latach znalazła czas, by odświeżyć tę serię. Szału nie ma, ale czyta się lekko jak zwykle.
@WujekAlien hm, jestem na mobilce i wygląda dobrze, ale może edytor w wersji webowej źle przetwarza tekst wklejony z bookmetera… @renkeri, mógłbyś potwierdzić?
@WujekAlien @Wrzoo Portal traktuje znaki nowej linii inaczej w przeglądarce, a inaczej w aplikacji mobilnej. Kiedy kopiujesz treść z Bookmetera, wygląda ona mniej więcej tak: `Tytuł: ...\nAutor: ...\n`, gdzie `\n` oznacza znak nowej linii.
Gdy wkleisz post przez przeglądarkę, `\n` łamie tekst do nowej linii i wpis wyświetla się poprawnie. Natomiast gdy wkleisz go przez aplikację mobilną, `\n` jest poprawnie interpretowane na urządzeniu mobilnym, ale w przeglądarce zostaje zamienione na spację.
Nie wiem, z czego wynika brak spójności w wyświetlaniu tych znaków, ponieważ dzieje się to po stronie portalu. Po swojej stronie mogę jedynie sprawdzać, czy użytkownik kopiuje wpis z urządzenia mobilnego, i ewentualnie modyfikować znaki przy kopiowaniu, ale to i tak nie daje 100% pokrycia wszystkich przypadków.
Po "Wróżby to rzecz zimowa" sięgnęłam przypadkowo. Ot, znalazłam tę książkę na półce z nowościami w czasie silent book clubu w bibliotece. Opis na tyle okładki skojarzył mi się z Grocholą. Ostatecznie okazało się być to dość odległym skojarzeniem, aaale.
Jana przyjeżdża z Hiszpanii do Ukrainy, a konkretnie na teren wsi, w której na starość mieszkał jej ojciec. Planuje zebrać tu badania do swojego doktoratu na temat wierzeń, wróżb, przesądów, magii ludowej. Ukraińska wieś w nowej wojennej codzienności braków prądu i szumu generatorów sprawia, że nawiązuje dziwną przyjaźń z Maksymem, byłym architektem opiekującym się swoim ojcem z Alzheimerem.
Ta książka zaskoczyła mnie swoją normalnością. A konkretnie ukazaniem codzienności obywateli Ukrainy, która poprzecinana jest powiadomieniami o nalotach, odległymi wybuchami i ciemnością. Bo życie toczy się dalej, restauracje wciąż serwują drogie dania, muzea — choć nieco opustoszałe ze zwiedzających i dzieł sztuki — wciąż działają. Tylko święta w gronie rodziny bywają słodko-gorzkie, gdy żołnierzom nie udaje się dostać przepustki.
Jest to dobra, zastanawiająca książka, którą skończyłam z cięższym sercem.
Klasyki literatury polskiej ciąg dalszy. Tym razem udajemy się z Marią Rodziewiczówną na Żmudź, czyli północno-zachodnią część obecnej Litwy.
Marek Czertwan jest pracowitym mężczyzną, który po śmierci ojca musi zająć się Poświciem — ziemią należącą prawnie do Orwidów, zaginionych przyjaciół jego ojca. Ojciec przysiągł im, że zapiekuje się ich włościami i nie doprowadzi do ruiny, a na łożu śmierci przekazał to zobowiązanie najstarszemu synowi.
Zobowiązanie to jest kulą u nogi, która nie pozwala Markowi realizować swoich pragnień i skupić się na swojej ziemi. Niemniej, zaciska zęby i w milczeniu godzi się na ten los... Do momentu, aż odnajduje się dziedziczka majątku.
Początki z tą książką były trudne — częściowo nie rozumiałam, co się dzieje w chwili, gdy ojciec Marka przekazywał swój testament, jednak z czasem fabuła stawała się coraz jaśniejsza.
Jest to powieść pozytywistyczna, mamy więc pochwałę pokory i pracy. Ale nie wieje nudą: nie brakuje barwnych postaci drugoplanowych i litewskich legend, które dodają kolorytu.
Dowiedziałam się przypadkowo, że powstała niedawno ekranizacja tej powieści — ciekawe, czy warta uwagi, bo książka jest naprawdę dobra.
@Vampiress dzięki za wyjaśnienie - ta kwestia własności Poświcia mi totalnie umknęła 🥲
Nawet nie wiesz, jak śmiechłam z tego żyda, który stał się Ruskiem xD ech, niby człowiek wiedział, jak to z tą ekranizacją będzie, a jednak się łudził…
Tytuł: Afrykańska historia Afryki. Od narodzin człowieka do niepodległych państw
Autor: Zeinab Badawi
Kategoria: reportaż
Wydawnictwo: HI:STORY
Format: e-book
Liczba stron: 544
Ocena: 6/10
To ambitna próba opowiedzenia historii całego kontynentu - od początków ludzkości, przez rozwój starożytnych cywilizacji, aż po czasy kolonializmu i powstawanie niepodległych państw. Badawi skupia się na oddaniu głosu samej Afryce, odchodząc od typowo europejskiej narracji i pokazując historię przez pryzmat lokalnych ludów, migracji, odkryć i przemian społecznych. Dzięki temu książka daje szeroki obraz kontynentu, który zwykle bywa przedstawiany bardzo fragmentarycznie.
Największą zaletą tej pozycji jest właśnie jej przekrojowość. Autorka sprawnie prowadzi czytelnika przez różne regiony - od Egiptu, przez Afrykę Zachodnią, po wschodnie wybrzeża i południe kontynentu - pokazując bogactwo kultur i historii, które często są pomijane w klasycznych opracowaniach. To naprawdę dobre wprowadzenie do historii Afryki, szczególnie dla osób, które chcą zrozumieć jej różnorodność i złożoność.
Problemem okazuje się jednak forma. Książka często przeskakuje między regionami i okresami czasowymi, co potrafi być męczące i utrudnia zbudowanie spójnego obrazu wydarzeń. W pewnym momencie sam próbowałem to uporządkować, robiąc notatki i budując mind mapę, ale w połowie książki zrobiła się ona tak rozbudowana, że odpuściłem i to chyba dobrze oddaje skalę tego chaosu.
Książka jest za to świetna w ciekawostki, poniżej znajdziecie kilka z nich:
Wszyscy pierwotnie byliśmy czarni: Badania genetyczne wykazują, że cechy rasy białej pojawiły się dopiero około 8 000 - 12 000 lat temu, co oznacza, że przez większość historii gatunku wszyscy ludzie byli ciemnoskórzy.
Piramidy w Sudanie: Starożytne królestwo Kusz (dzisiejszy Sudan) zbudowało około tysiąca piramid, z których do dziś stoi 250 - to znacznie więcej niż w lepiej znanym pod tym względem Egipcie.
Mury Beninu: System murów obronnych wokół Benin City w dzisiejszej Nigerii miał łączną długość 16 tysięcy kilometrów, co czyniło go cztery razy dłuższym od Wielkiego Muru Chińskiego.
Niewyobrażalne bogactwo Mansy Musy: Władca imperium Mali, Mansa Musa I, uznawany jest za najbogatszego człowieka w historii (majątek ok. 400 mld dolarów); podczas podróży do Mekki rozdał tyle złota, że jego wartość na świecie spadła na ponad dekadę.
Pierwszy meczet na świecie: Według tradycji pierwszy meczet (Masjid aṣ-Ṣaḥābah) nie powstał w Arabii, lecz w Massawie (dzisiejsza Erytrea), gdzie modlili się pierwsi wyznawcy Mahometa uciekający przed prześladowaniami.
Własna waluta Aksum: Królestwo Aksum (dzisiejsza Etiopia i Erytrea) już w III wieku n.e. jako jedno z pierwszych w Afryce biło własne monety ze złota, srebra i brązu, które odnajdywano nawet w Indiach.
Etiopia nigdy nieskolonizowana: Jest to jedyny kraj w Afryce, który nigdy nie został podbity przez Europejczyków, co przypieczętowało spektakularne zwycięstwo armii cesarza Menelika II nad Włochami w bitwie pod Adwą w 1896 roku.
To solidne, ale wymagające w odbiorze wprowadzenie do historii Afryki, które bardziej się docenia za zakres niż za sposób prowadzenia narracji.
Książka zalicza #wyzwaniagoodreads - Black Heritage
No i się udało — jutro premiera "Właśnie że tak! Nigdy w życiu! 20 lat później", a mi się udało wyrobić ze wszystkimi poprzednimi tomami.
Ten jest nieco gorszy od poprzedniego. Trochę bardziej chaotyczny, ale nie w tym miłym, roztrzepanym znaczeniu. Judyta nie wie, czego chce, potem bardzo wie, potem jej rodzice, potem leci do Stanów, potem wątek jej byłego męża, potem wątek pracowy, pies. gość z chomikiem... Uniwersum jest tak rozbudowane, że cudem jeszcze łapiemy, kto jest kim.
Ale jeśli ktoś czytał serię na bieżąco i czekał lat parę na tę część, to musiał mieć nie lada zagwozdkę, kim są ci wszyscy ludzie i jakie mają relacje z Judytą.
Trzeci tom przygód Judyty, która odnajduje siebie na nowo po rozwodzie. Tym razem nasza bohaterka zmaga się z wizją wyjazdu jej ukochanego do Ameryki. A biorąc pod uwagę to, że w czasach, w których powstawała książka, kontakt między Polską a zagranicą nie był taki łatwy i dostępny, to tymczasowe rozstanie jest poważnym testem dla ich związku.
Jest to znacznie lepszy i bardziej przemyślany tom od poprzedniego. I pierwszy, w którym poleciała mi łezka. Są przebłyski dojrzalszego, szczerszego pisania Grocholi. Choć dalej jest to głównie książka komediowa.
Niektóre postaci dalej irytują swoją niedojrzałością, inne dopiero tu przejawiają swoją niedojrzałość. Niemniej, czyta się to w dalszym ciągu dobrze. Choć zdziwiłam się, że wątek wiertarki, który w filmie zrobił na mnie duże wrażenie, tu jest w zasadzie nieobecny. Ciekawe, że został stworzony przez scenarzystów.
PS Wolszczak to nawet nie jest Judyta. Tylko Stenka!
Kolejny tom przygód Judyty. Tym razem powieść skupia się na w zasadzie dwóch motywach: inwestycji Judyty, którą ta próbuje ukryć przed Adamem, oraz nieustannego dążenia do schudnięcia wszelkimi możliwymi sposobami.
Ten tom jest wyraźnie gorszy. Czuć tu mniej świeżości; główne motywy przytłaczają historię, przez co nie odczuwamy tej różnorodności świata i życia głównej bohaterki, co dawał nam tom pierwszy. Judyta jest też wyraźnie mniej zabawna, nie ma aż tylu celnych odzywek.
Dalej czyta się to dobrze i szybko, choć ewidentnie książka była pisana, by zdążyć popłynąć na fali popularności "Nigdy w życiu!".
Pokończyły mi się pasujące pola w bingo, więc wrócę do nich po tej serii.
Pamiętam, gdy byłam jeszcze dzieckiem, a moja mama i ciocia zaczytywały się książkami z cyklu "Żaby i Anioły" Katarzyny Grocholi. W głowie utkwił mi obraz tej okładki z gruszką, która towarzyszyła nam podczas którychś wakacji. Wtedy ze strzępków opowieści mamy i ciotki uplotłam sobie teorię, że jest to książka o dorosłych i ich sprawach, a ja przecież dorosła nigdy nie będę, więc nawet nie ma co się interesować.
Parę lat później widziałam zresztą ekranizację "Nigdy w życiu!" z kapitalną rolą Danutą Stenką w roli Judyty ("Ja wam pokażę!" bez niej to absolutny skandal), i dalej jako nastolatka nie przemawiał do mnie w najmniejszym stopniu. No bo kobita na wsi, kogo by to interesowało.
Fast forward do 2026, i... włącza mi się judytowanie. Wajbuję z tym trochę. Podoba mi się chaotyczność myśli Judyty. Podoba mi się ten dom na wsi, świerszcze w polu, ptasi trel, wiejskie mleko, ptasie mleko.
Książka jest lekka, zabawna, trochę naiwna, miejscami krindżowa. Ale nie jest zła. Jest taka w sam raz na początek wiosny. Naprawdę dobrze się bawiłam, czytając ją, mimo że ma już 25 lat.
Niedawno odświeżyłam sobie ekranizację i jej kontynuację, i zaskoczyło mnie to, jak filmowe "Nigdy w życiu" zostało okrojone. Wielu wątków brak, zakończenie się różni, większość przyjaciółek zlewa się w jedną Ulę (a jednak w książce stanowią one armię wsparcia). Ale połączenie książki i ekranizacji przynosi jakieś takie poczucie komfortu.
Wisienką na torcie jest to, że już wkrótce wyjdzie kontynuacja losów Judyty, po 20 latach od ostatniego tomu. Tak że robimy judytowy speedrun.
A chcąc podciągnąć "Nigdy w życiu!" pod czytelnicze bingo wyczytałam, że została uhonorowana prestiżowym ASem Empiku 2001. No to książka nagrodzona.
To pierwsza książka, po którą sięgnąłem, nie czytając od dawna. Muszę powiedzieć, nie żałuję.
Jest to wielowymiarowy opis jednej z pierwszych strzelanin szkolnych w USA - tak wielowymiarowy, że poznajemy nawet opinię lokalnej społeczności, początkowo wspierającej, a później znużonej. Poznajemy jednak przede wszystkim Erica, Dylana i ich najbliższe otoczenie i to bardzo dogłębnie.
Autor stara się przedstawić swoją hipotezę na to, co się stało. Nie wiem, czy ma rację - tego niestety się nie dowie już nikt, natomiast wiem, że cała konkluzja jest logiczna i rzeczowa, zaś historia przedstawiona bardzo dobrze.
Czy to jest mistrzostwo literatury faktu? Nie wiem, dlatego wahałem się między 8 a 9. Ale czyta się z zaciekawieniem, mimo że przez konstrukcję książki każdy już wie, co się stanie na koniec. Ale ten koniec i tak porusza.
A i chciałem podziękować pięknie społeczności Hejto za zmotywowanie do powrotu do czytania. Jak to było na jednym plakacie "Czytanie jest jak Counter-Strike. Musicie tylko Państwo zacząć". Warto było i cieszę się, że się udało mi wrócić do tego wspaniałego hobby.
Zmiana władzy, prywatyzacja, galopująca inflacja — to początek lat 90. w Polsce, czyli okres transformacji ustrojowej. Czas na tyle dziwny i przełomowy, że wciąż pisze się o nim kolejne książki. W tym i tę.
Podejść do książki o najntisach można na kilka sposobów: pisać depresyjnie o tym, co się nie udało; pisać radośnie o tym, co się udało; pisać z tęsknotą o tym, co się utraciło; pisać z rozrzewnieniem o tym, czego się doświadczyło.
Pomysł autorki na tę książkę był następujący: opowiedzieć niemal o wszystkim i zmieścić się w 300 stronach, 2/3 poświęcając na upadające zakłady przemysłowe.
I trochę czuć to, że w pewnym momencie koncepcja na tę książkę uległa zmianie: bo sama opowieść o zamykanych zakładach pracy i ludziach, którzy zostali na lodzie w miejscowościach skupionych wokół fabryk to trochę za mało. Ta część opowieści jest dość sucha. Zakłady padały jeden po drugim. Pracownicy tracili pracę. Dzieci chodziły niedożywione.
A jednak brak w pisaniu o tych tragediach jakiejś emocji. Być może wynika to z charakterystyki tonu autorki, nieco zbyt reporterskim, zbyt kancelaryjnym.
Dużo ciekawszy fragment dotyczy problemów związanych z archiwami po tych zakładach. Pewnie wynika to z dodatkowego zajęcia autorki, bowiem jak wynika z blurba, jest archiwistką społeczną i ratowanie dokumentów to jej pasja. Tu czujemy jakieś emocje, autorka wprowadza nas w świat ocalonych teczek osobowych.
Mamy obowiązkową dyskusję na temat prawa aborcyjnego, podziału miasto/wieś, architektury i urbanistyki, znikającego transportu PKS, postępującej suszy — wszystko to, co powinno się znaleźć w poważnym reportażu o transformacji. A jednak brakuje tu czegoś. Jakiejś duszy. Czegoś, co sprawi, że te lata 90. nam się w tej książce zmaterializują, że wrócą do nas na chwilę. Tylko na czas tej lektury. Tego tu nie odczułam.
Prywatny licznik: 13/52
W czytelniczym bingo jest to natomiast świeżaczek — książka wydana po 2025.
@Wrzoo tak poza tematem, to takie krzesła, jak te z okładki, tylko palowane na nijako-brązowy były na początku lat 90. w sali geografii w mojej podstawówce.
@Wrzoo im więcej czytam reportaży wydawanych przez Czarne na jakieś polskie tematy ("Głośnik w głowie", Żeby umarło przede mną", "Wszyscy jesteśmy cyborgami", "Dziury w ziemi", "Urobieni", "Zapaść") mają ten sam schemat - wszystko jest złe, niedofinansowane, kiedyś było dobrze, jakoś pieniądze były, teraz każdy jest wrogi, znikąd pomocy, wojewoda się nie interesuje, biurokracja blokuje rozwiązania.
Czekam na wydanie nowej książki Szymaniaka, ale jak go śledzę w social mediach, to znów szykuje się straszenie, a nie coś obiektywnego.
Chłopomania plus powieść łotrzykowska? Przecież tego nie da się popsuć. To musi być genialne. Prawda? Prawda...?
Mamy lata 30. XIX wieku. Rozalia żyje na lubelskiej wsi. W chwili, gdy ją poznajemy, jest dzieckiem, które przemierza pobliski las i obserwuje śmierć młodego panicza na bagnie. Obserwuje też wiele innych śmierci. Do części się przyczynia.
Rozalia, naturalnie, nie chce pozostać na wsi — brud, choroby, brak perspektyw skutecznie ją odstraszają. Zwłaszcza że liznęła trochę lepszego świata, gdy przez krótki czas towarzyszyła małej dziedziczce jako dziewczynka do towarzystwa. W swych dążeniach do poprawy losu kieruje się nienawiścią do wielu osób, które stanęły na jej drodze — w tym do tajemniczego hrabiego Starka, i pragnieniem zemsty.
...To tyle, jeśli chodzi o zamysł, bo książka ta ma sporo wad. Przede wszystkim nie spełnia swoich obietnic z okładki, co najbardziej mnie irytuje. Pod tytułem znajdujemy dopisek: "Czyli historia biednej dziewczyny ze wsi przez nią samą opowiedziana", co jest jawnym kłamstwem, bo przez 99,999% książki narrator jest trzecioosobowy. Blurb na tyle okładki obiecuje też formę podobną do "Hrabiego Monte Christo": że poznajemy początek losów bohaterki, po czym przeskakujemy parę lat do przodu i retrospektywnie dowiadujemy się, w jaki sposób toczyły się jej losy oraz jak znalazła się w miejscu, w którym jest — już jako bogata kobieta szukająca zemsty. A tak nie jest, bo fabuła jest niemal całkowicie liniowa.
To, co chyba irytowało mnie najbardziej, to próby stylizowania języka na gwarę lubelską. Kurczę, sporą część życia spędziłam na lubelszczyźnie, i... to nie tak ludzie tam gadają. Dużo tu mazurzenia. Ale co ja się tam znam. Ta gwara jednak utrudnia czytanie przez znaczną część książki, jako że również narrator nią mówi. Jeszcze bardziej irytujące są nieustanne "poprawki". gdy narrator w pewnym momencie zaczyna mówić coś w stylu: "ciosnek, tfu, czosnek", poprawiając się po losowych słowach. Okej, taki zabieg jest w porządku przez pierwszych kilka stron, ale towarzyszy nam niemal przez całą książkę. Do tego często musimy się domyślać, o co chodzi narratorowi i bohaterce, bo część wątków i sytuacji nie jest opowiedziana wprost.
I tak, zamiast skupić się na przyjemności czytania i losach bohaterki, mamy trochę nie wiadomo co napisane trochę nie wiadomo jak o nie wiadomo czym. I, jak to często bywa w takich przypadkach, końcówka napisana na odwal się.
Książka przyda się natomiast w ramach #czytelniczebingo, by zapełnić okienko "Nietypowy system magii lub technologia", bo mamy tu wielokrotne nietypowe czarowanie przy pomocy kołtunów i wierszyka po angielsku, którego nauczyła się główna bohaterka. Naciągane, ale skorzystam.
Książka ta jest zapisem wypowiedzi z ponad 250 wywiadów przeprowadzonych przez autora z muzykami związanymi ze sceną Seattle. Mamy tu m.in. muzyków Nirvany, Mudhaney, L7, Hole, Soundgarden, Melvins. Jest też dużo o kultowej wytwórni Sub-Pop. Nie jestem i nigdy nie byłem entuzjastą tego gatunku muzycznego, mimo że lata 90. kiedy nastąpiło wejście grunge'u do mainstreamu przypadł na moje czasy szkolne. Niemniej książka podana w formie historii mówionej jest tym, co bardzo lubię. Dzięki temu można zgłębić ten muzyczny fenomen, poznać historie zespołów i klimat samego miasta. Najbardziej interesujące wydały mi się wszystkie wypowiedzi dotyczące wytwórni Sub-Pop i perypetii jej założycieli oraz kapel, które wzięli pod swoje skrzydła. Na koniec ostrzeżenie - to jest pozycja dla muzycznych nerdów. Przeciętny czytelnik nie przebrnie przez mnogość nazwisk, miejsc i nazw kapel.
@A381 czytałem. Niezła, chociaż chyba spodziewałem się czegoś więcej. Na pewno na plus styl autora. Można przeczytać bez męczenia się nawet, jeśli nie jest się muzycznym świrem. Ja na szczęście jestem
Było sobie ponoć takie czasopismo, jak "Życie literackie". Sama go nigdy w rękach nie miałam (pewnie dlatego, że przestało być wydawane zanim się urodziłam). Było ono natomiast pismem dla tych, którzy lubią pisać (i czytać). Czytelnicy mogli nadsyłać doń swoje wiersze, nowelki, opowiadania, listy. Część z nich była publikowana, część odrzucana, a część... komentowana. W rubryce "Poczta literacka" zamieszczane były odpowiedzi na niektóre z tych listów.
Okazuje się, że znacznej części tych odpowiedzi udzieliła anonimowo Wisława Szymborska, która wraz z Włodzimierzem Maciągiem prowadziła tę rubrykę od lat 60. W tej książce natomiast zostały zebrane jej odpowiedzi. Nie wszystkie, naturalnie, ale te co ciekawsze.
I o rety, ta Szymborska to cięty język miała. Trochę jak w anonimowych komentarzach w internecie, dawała znać aspirującym pisarzom, żeby lepiej z pisaniem dali sobie spokój. Że z talentem literackim trzeba się urodzić. Że mogą być zamiast tego świetnymi czytelnikami.
Nie mamy, niestety, wglądu w listy samych autorów — nie możemy sami ocenić tego, co nadesłali (poza paroma cytatami wrzuconymi do odpowiedzi). I o ile miejscami rzeczywiście daje się poznać talent Szymborskiej, jej uwagi czyta się z zainteresowaniem, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest w tym miejscami jakiś bullying. I wtedy już przyjemność z lektury trochę opada. No ale, ocenia nas przecież noblistka.
"Tyle zwlekałam z tym albumem o owadach... Ale ej, on ma tylko 360 stron i dużo zdjęć, pewnie przeczytam go w trzy dni i fajrant!"
O, moje niedoczekanie. Ta książka to gęścioch.
Jest to skarbnica wiedzy o polskich owadach, a konkretnie wszystkim tym, co nie jest chrząszczem (z uwagi na liczność gatunków, o chrząszczach powstał oddzielny tom). Mamy błonkoskrzydłe, mamy pluskwiaki, mamy parazytoidy wszelkie. Paskudztwa małe i duże. A jednocześnie są to niezwykle ciekawe paskudztwa. To, jak różną budowę, życie i zwyczaje mają poszczególne owady, budzi zachwyt. Masa zdjęć i ilustracji dopełnia przyjemności z lektury.
Autor, bardzo znana postać świata entomologii, potrafi naprawdę przekazywać wiedzę. Opisy gatunków czyta się z ogromnym zainteresowaniem, choć nie jest to prosta lektura dla laika. Niemniej, autor dokłada wszelkich starań, by zaciekawić czytelnika. Widać, że jest to pasjonat — człowiek, który poświęcił swoje życie badaniom insektów, bo to po prostu uwielbia. Zaraża wręcz taką dziecięcą uważnością i ciekawością wobec świata owadów.
Chyba jedyny minus, który muszę przedstawić, to... rozmiar i waga książki. Ciężko było czytać ją nawet w łóżku.
Przy okazji, jest to realizacja drugiego z trzech wyzwań w ramach #zimowewyzwania, a mianowicie:
Przeczytaj książkę, którą od dawna trzymasz na półce i odkładasz na później
Zalegała już od dłuższego czasu na stoliku kawowym, ale wreszcie udało mi się ją ukończyć i mogę ją teraz bez wyrzutów sumienia odłożyć na półkę.