Pierwszy sezon serialu Hijack to klasyczny thriller zamknięty w ograniczonej przestrzeni samolotu lecącego z Dubaju do Londynu. Produkcja stara się utrzymać tempo thrillera w czasie rzeczywistym, co nadaje akcji specyficznego rytmu.
Głównym powodem, dla którego warto sięgnąć po ten tytuł, jest bez wątpienia Idris Elba. Wciela się on w Sama Nelsona, korporacyjnego negocjatora, który próbuje wykorzystać swoje umiejętności, by uratować pasażerów. Elba jest w tej roli – jak zawsze – magnetyczny i przekonujący. To jego obecność sprawia, że przymykamy oko na wiele niedociągnięć scenariusza.
Serial ma swoje słabsze strony – fabuła bywa nieco naiwna, a zachowania niektórych pasażerów czy porywaczy mogą wydać się nielogiczne lub mało realistyczne. Mimo to, całość da się oglądać z dużą przyjemnością. Twórcy potrafią budować atmosferę niepokoju i serial trochę trzyma w napięciu, serwując kilka zwrotów akcji, które skutecznie zachęcają do włączenia kolejnego odcinka.
Nie był zły jak na kontynuację, ale nie był też dobry. Boyle miał swoją koncepcję kręcenia, tutaj to trochę się rozmywa, tak naprawdę nie wiadomo kto jest głównym bohaterem - to się co chwilę zmienia.
Sam pomysł ciekawy z zarażoną, ale nie chorą i z powrotem do pandemii - natomiast fundament psychologiczny, choć mocno zarysowany, rozpływa się zbyt szybko. Don, który uciekł ratować swoje życie zamiast pomóc żonie, teraz chce wynagrodzić owe zachowanie swoim dzieciom, a jednak ostatecznie to obcy amerykański żołnierz pokaże, że potrafi poświęcić życie dla innych jednostek. Ale powiedzmy sobie szczerze - jemu oraz Scarlett przyświeca wdzięczna idea ratowania ludzkości przed re-pandemią.
Samo oglądanie nie bolało, akcja jest, zarysowane wystarczająco postacie by się przejmować - więc lecimy z zabawą.
Historia z książki została wykastrowana ze wszystkiego to co w niej najlepsze czyli naukowych rozkminek. Rozumiem że trudno pokazać procesy myślowe, ale bardzo tego tutaj brakuje. Nie ma też żadnego suspensu związanego z amnezją Rylanda - od razu następuje ujawnienie tego co się dzieje.
Zamiast tego mamy psa Goofiego w kosmosie, który przy każdej akcji jaką wykonuje musi zaliczyć jakiegoś faila - uderzyć się, przewrócić, przywalić w ścianę... Dobrze, że nie dali mu w zapasach jedzenia bananów bo skórki by go zabiły. Zrobili z głównej postaci błazna który jest niekończącym się, męczącym comic reliefem. Trochę jest tego mniej w końcówce filmu, ale niesmak pozostaje.
Jak wspomniałem wyżej - dla mnie Gosling nie pasuje do roli - powiedziałem tak po pierwszym trailerze i to podtrzymuję. Ja bym tu widział Marka Ruffalo.
Wizualnie film jest bardzo ładny, dobre efekty specjalne nie kłujące w oczy.
Można obejrzeć, ale zdecydowanie polecam ksiażkę/audiobooka.
Ta recenzja mnie zachęciła do filmu. W książce Ryland jest zbyt idealny. Wszystko wie, prawie wszystko mu się udaje, a jak się nie udaje, to nie z jego winy. Jeżeli w filmie dodali mu coś, co sprawia, że ma jakieś wady, to super. Tego brakowało w książce.
Trochę słabo się to rozwinęło. Pierwszy sezon był tajemniczy i zaciekawił mnie ten świat, a drugi mnie z każdym odcinkiem coraz bardziej nudził. Walki mimo, że większe to też bez szału, dość schematyczne. Do tego ten wątek z ekipą ratunkową, która czekała cały sezon aż główni bohaterowie odwalą najtrudniejszą robotę.
Wizualnie dalej spoko, fajna kompozycja ciepłych pastelowych kolorów, ale poza tym to ciężko coś pochwalić.
@wewerwe-sdfsdfsdf Jeszcze nie miałem okazji obejrzeć drugiego sezonu ale na pewno nadrobię. W pierwszym sezonie podobało mi się kilka wątków dlatego dam szansę z nadzieją, że pojawi się coś dla czego uznam, że było warto.
Obsada: Peter Ustinov, Jane Birkin, James Mason, Maggie Smith, Diana Rigg
Czas trwania: 1h 57min
Ocena: 6/10
Badając sprawę fałszywego diamentu, Hercules Poirot trafia do ekskluzywnego kurortu dla bogaczy na tropikalnej wyspie. W trakcie pobytu zostaje zamordowana aktorka będąca gościem hotelu.
Dopiero przy wyjaśnieniu kto jest mordercą zrobiło się ciekawie. Reszta mocno średnia.
Była wskazana konkretna osoba by później oznajmić się że nie ona zabiła tylko ktoś inny - trochę słabe to było
Miałem w planach zaliczyć wszystkie filmy dzień po dniu - będące adaptacją książek Agaty Christie ale jak ma być ciekawie pod koniec każdego to odpuszczam.
Fajny horrorek, z tego sezonu, może nie straszny, ale momentami dość creepy. Na początku proste, jednowątkowe historie, ale po kilku odcinkach się rozkręca i historia mnie wciągnęła.
Ja bardzo lubię japońską stylistykę duchów czy demonów więc jak zobaczyłem to na liście aktualnych anime to od razu się zainteresowałem.
Akcja jest osadzona w przedszkolu, co zwykle by mnie zniechęciło, ale nawet fajnie tu pasują historie o duchach. Główna bohaterka ma moc widzenia i egzorcyzmowania duchów.
@zomers Powiedziałbym, że to jest bardziej komedia z elementami mystery i okazjonalnymi jump scare. Na pewno nie horror bo "straszne" sytuacje są raczej obracane w żart.
Cholernie nudny film. Pewnie dlatego tak mi się podobał. Opowiada o kobiecie, która na urlop "wyjeżdża w Bieszczady" w towarzystwie wspomnień z dzieciństwa.
Trzypokoleniowa rodzina zbiera się w posiadłości seniora Levi Rockwell'a,by uczcić jego 77 urodziny. Mężczyzna jest chory na serce i wie, że zostało mu niewiele czasu.
Czy ten film wymaga oceny? Niekoniecznie. W sumie każda ocena będzie prawidłowa bowiem to film dziwny, inny i krytyczny wobec popkultury, a równocześnie sam obraz wprost rozpływa się w odniesieniach popkulturowych. Więc moim zdaniem nie ma co mieć wyrzutów jeśli daje się 2/10 i nie ma co też uważać się za mega znawcę, bo spodobał nam się taki popaprany film i dajemy 10/10.
"Urodzeni mordercy" to przede wszystkim kino ekspresji. W tym sensie dużo nie różni się od mrocznych acz moralistycznych opowieści z początków kina. Tyle, że różni się etapowaniem owej mroczności, obraz jest dostosowany do czasów - a te, co ciekawe, jakoś za specjalnie nie zmieniły się od lat 90., przynajmniej w sensie mediów i popkultury.
Ten film już oficjalnie wsadził kwestię morderców do popkultury - powieść czy film bez porządnego złola często nie ma szans się obronić. Zło jest wszędzie i my to wiemy i akceptujemy.
Natomiast w filmie Stone'a zło zyskuje jeszcze jedną cechę - zachwyt. Mickey i Mallory zabijają dla przyjemności. Romans bohaterów oscyluje trochę wokół "Dzikości serca", ale tam na miłość czyhali gangusy, a nie popierdolony policjant. W filmie Lyncha główny bohater robił co musiał - zabijał jakby to było codzienność, ale zabijał bo musiał się bronić. W "Urodzonych mordercach" zabijanie jest po prostu elementem życia - niczym zaspokojenie własnych potrzeb.
Do tego mamy media, które nakręcają z lubością machinę uwielbienia - nie liczy się co temat przedstawia, liczy się sam TEMAT, czyli młoda ładna para, która lubi zabijać. Nikogo nawet nie przeraża jak łatwo udaje się zrobić z Mallory i Mickeya idoli społeczeństwa. To jest naturalne, tak jak chęć zabijania tłumaczy Mickey - mamy to w naturze i już.
Czy to jest także krytyka popkultury, która wypluła na swoje tereny seryjnych morderców i następnie pozwoliła im tam wsiąknąć? Możliwe, że tak, skoro w jednych z pierwszych scen oglądamy klimat rodzinny, w którym żyła Mallory za pomocą sitcoma - molestujący, obleśny ojciec wyrzuca z siebie obrzydliwe gadki, które są kwitowane salwą śmiechu.
Sam film zrealizowany jest w różnych kolorach, kompozycji, sposobie kręcenia - to ma oddać klimat wszechobecnej telewizji, oglądamy "Urodzonych morderców" jak typowy widz z pilotem w ręku - częste i zauważalne zmiany zdjęć mają potęgować "przełączanie kanałów".
Bardzo ciekawy re-seans. Pamiętam jak mocno mną wstrząsnął ten film gdy oglądałam go po raz pierwszy - dla mnie to była historia trochę też o mnie, bo wtedy bardzo mocno interesowałam się tematyką seryjnych morderców.
Stone trochę romantyzuje głównych bohaterów - ale robi to specjalnie, na co nam idea filmu, skoro sami widzowie filmu zawiodą? Zresztą owe romantyzowanie też polega na tym, że dookoła wszędzie są równie źli, jeśli nie gorsi ludzie - psychopatyczny policjant czy pozbawiony totalnie empatii i uczuć wyższych reporter. Więc motyw miłości, która łączy Mallory i Mickeya daje nam oddech jakiegoś tam "dobra".
Ciekawy film, do wielu długich analiz jak widać. Polecam każdemu kto jeszcze nie widział i kto nie boi się brutalności w kinie.
@zuchtomek Tak, ale Stone dużo pozmieniał i miał kompletnie inną koncepcję przez co Tarantino zażyczył sobie by wykreślono jego nazwisko z autorów scenariusza jest tylko wymieniony jako "story by".
On ogólnie napisał dwa scenariusze (jeszcze "Prawdziwy romans"), których nie reżyserował i zawsze miał wąty do twórców, chyba taki typ
@Mahjong z 300 jak nie więcej razy obejrzałem ten film. Oboje zagrali za⁎⁎⁎⁎ście. Ehhh. Potem był film z nią: dziwne dni " Strang Days" a potem kariera Juliette Lewis sie poplątała...
Nie no, gdy grała w Urodzonych była w peaku po "Co gryzie Gilberta Grape'a" i "Kalifornii" (co ciekawe, tam też grała dziewczynę seryjniaka, tyle że sama nie zabijała, wprost przeciwnie - była słodka i naiwna).
Jeszcze miała rolę w "Od zmierzchu do świtu". Potem faktycznie jakby zleciała z piedestału i stała się "mniej znaną aktorką".
Ostatnio fajnie zagrała w serialu "Yellowjackets" - taka klasyczna Juliette Lewis
Komedia, w której dwóch facetów zamienia się na życie za sprawką dobrego, lecz niskiego rangą anioła Gabriela (w tej roli Keanu Reeves). Jeden jest biedakiem Arj, śpi w samochodzie, wykonuje gówniane prace by zarobić mało pieniędzy, ale zakochuje się w koleżance i Gabriel pokazuje mu, że z czasem jakoś tam się im ułoży. Jako dowód na to Gabriel zamienia życiami go z życiem Jeffa, który jest bogaty, ma fajną chatę, mało pracy i ogólnie pławi się w luksusie.
Oczywiście Gabriel nie bierze pod uwagę materializmu ludzi i Arj nie chce już wrócić do dawnego życia, Jeff musi zaznać za to życia bidoka, a szefowa aniołów stróżów degraduje Gabriela do bycia zwykłym człowiekiem, dopóki nie naprawi tego całego zamieszania.
Ogólnie fajna komedia, można się pośmiać, o to właśnie chodzi. Tylko kaszaniło mi to wszystko wyolbrzymianie zwykłego biedackiego życia, jakby każdy musiał dostosować się do swojej roli. Rozumiem morał historii, ale jakoś tak wyszło, że ok może jesteś bidokiem bez kasy, ale za to z dziewczyną i jakoś to będzie. Brzmi trochę niesprawiedliwie mimo wszystko. Jakby ktoś mówił Amerykanom - taki mamy system (klimat!).
Nowy Jork, lata 90. XX wieku. Wszystko zaczęło się od kota sąsiada, którym Hank (pozbawiony już ambicji były basebalista teraz pracujący za barem i w alkoholu topiący smutki, czasem radość przynosi bliskość jego dziewczyny) miał się zaopiekować. Nagle po wyjeździe sąsiada pojawiają się gangsterzy i akcja rusza z kopyta rozwalając życie Hanka na miazgę.
Akcja goni akcję, humor jest, ciekawe złole, zarysowane postacie, zdjęcia, muzyka, montaż.
Ale to dalej zwykły akcyjniak w moim mniemaniu, z fajną dynamiką. Tym bardziej dziwne, że przecież nazwisko reżysera nie wskazuje na coś takiego.
Rok 1964, Wietnam Południowy. Niewielki oddział majora Barkera zajmuje opuszczoną wioskę, nie wiedząc o stacjonująch w pobliżu przeważających sił nieprzyjaciela.
Nie do końca rozumiem o co chodzi w tym całym culling game, ale i tak świetnie się oglądało.
Dużo walk, świetne animacje, ciekawi przeciwnicy. No i uroku dodają dość specyficzne zbliżenia kamery, które w połączeniu z walkami w ciasnych pomieszczeniach dodają im takiego klaustrofobicznego napięcia.
No i dużo mniej skupienia na głównym bohaterze, który dla mnie jest dość nudny, zarówno on jak i jego styl walki. I to uczucie się pogłębia, bo inne postacie się rozkręcają.
@wewerwe-sdfsdfsdf Też mam do nadrobienia i nie jestem w stanie jeszcze nic dobrego dodać. Jak do tej pory film 0 najbardziej trafił w moje gusty i znacznie bardziej wolałem Yutę niż głównego protagonistę serii.
Chcąc uchronić ojca przed ujawnieniem fałszerstwa rzeźby bogini Wenus, Nicole postanawia wykraść ją z muzeum. Kobiecie pomaga przystojny złodziej Simon.
Bardzo stonowana komedia doborową obsadą- to mi się podoba
Film z przesłaniem bliskim mojej duszy, ale trochę za mało śmieszny, za bardzo przebodźcowany i momentami zbyt straszny dla wrażliwego dziecka. Dla mnie 6/10. Stary swoje powiedział, a więc oddajemy głos ekspertowi.
[Piechur]: O czym był film?
[Mysz]: Ooo dziewczynce, która przybrała postać bobra. I tam się działo tak, że burmistrz chciał zbudować na jeziorku tą, autrostradę, i te zwierzęta go próbowały zrobić tak, żeby zostawił to jeziorko w spokoju.
[P]: Czy były w tym filmie elementy, które Ci się podobały, które Cię rozśmieszyły?
[M]: Tak, ale bardzo mało. Że ta dziewczynka się zamieniła w bobra, i że spędzała ten czas z babcią. I że zabierała te zwierzęta.
[P]: A co Ci się w tym filmie nie podobało?
[M]: !SPOILER! To jak ten pan, jak zabrali mu maskę i wtedy był taki dziwny. Pożar też mi się nie podobał.