Poezję pana Antoniego Słonimskiego polubiłam w liceum, jego felietony pokochałam na studiach - za cięty dowcip i uniwersalność - niektóre pozostają niepokojąco aktualne także dziś.
Książkę Joanny Kuciel-Frydryszak zaczęłam czytać jakoś w sierpniu i skończyłam dopiero dzisiaj i to nie z powodu mojego rozczarowania życiorysem Słonimskiego. Ta książka jest nudna i choć widać w niej ogromną pracę włożoną w dotarcie do osób związanych z poetą i rozmowy z nimi - to książka jest po prostu przeładowana, a przez to męczy. Zbyt wiele w niej postaci pobocznych, były nawet takie momenty, w których czułam jakbym czytała książkę o Iwaszkiewiczach, a nie o Słonimskim.
Książkę wcześniej zrecenzował nasz @bojowonastawionaowca tu, inną książkę autorki czytała ostatnio @Wrzoo i opisała ją tu.
Natsuki poznajemy gdy jest dziewczynką, która stara się przetrwać. Jej życie oglądane z zewnątrz jest zwyczajne - mieszka z rodzicami i siostrą, chodzi do szkoły, gdzie spotyka się z koleżankami. Natsuki ma jednak wiele bolesnych tajemnic i posiłkując się karmioną filmami animowanymi wyobraźnią tworzy dla siebie miejsca bezpieczne.
To opowieść momentami bardzo trudna i przejmująca, z kompletnie odjechanym, zaskakującym zakończeniem.
Polecam!
Czytelnicze bingo: Książka autora z Dalekiego Wschodu
Tytuł: Okno z widokiem na Fuji. Japonia - kraina szeptów i niedomówień
Autor: Dominika Giordano
Kategoria: inne
Wydawnictwo: Bezdroża
Format: książka papierowa
ISBN: 978-83-289-2256-3
Liczba stron: 254
Ocena: 5/10
Autorka przez pewien czas była konsulem w Japonii, dlatego liczyłam na ciekawe spojrzenie na ten kraj z perspektywy osoby, która poznała ciekawych ludzi i dotarła w miejsca niedostępne dla innych.
A figę.
Dostajemy tu mnóstwo banałów i tekstów wprost z pierwszych lepszych przewodników, które są raczej bardziej rozbudowanymi wpisami na bloga podróżniczego z mnóstwem nic nie wnoszących zdjęć. Nawet fragmenty o tym jak wyglądają japońskie więzienia, które autorka odwiedzała zawodowo są nudne i płaskie, okraszone wątpliwej jakości humorem. Autorka była konsulem w czasie tragicznego tsunami w 2011 - nawet tutaj nie dostajemy nic ciekawego, pani Giordano stwierdza, że była zmęczona, bo było dużo pracy.
Nie polecam!
Czytelnicze bingo: Świeżaczek - książka wydana w/lub po 2025
Miał być mój ulubiony klimat postapo: lepka, przyziemna codzienność w trakcie i po końcu świata, opowieści o zwykłych ludziach próbujących przetrwać, ciężar epidemii, który czuć w każdym oddechu. A tymczasem dostałem opowieść, która - mimo rozmachu - rzadko pozwala poczuć klimat świata, o którym tak dużo mówi.
Bohaterowie są jak figury na wielkiej szachownicy dobra i zła, trudno się do nich naprawdę przywiązać, a sama zaraza szybko ustępuje miejsca alegorii i "wielkim ideom". W efekcie, jak na powieść o końcu cywilizacji, zaskakująco mało tu postapokaliptycznej samotności i jednocześnie dusznośći, które lubię najbardziej.
Wielka mapa Ameryki po epidemicznym ciosie, kilka naprawdę mocnych scen. Ale kiedy liczyłem na obezwładniający, namacalny koniec świata, Bastion coraz częściej uciekał mi w przypowieść. Jeśli szukasz esencji postapo (gnuśnego chłodu, logistyki przetrwania, brudu codzienności) - to nie tutaj. Jeśli natomiast kręci Cię monumentalna, symboliczna walka dobra ze złem, to jest szansa, że ta książka przypadnie Ci do gustu.
Bardzo duży zawód, bo książka mianuje się jednym z kilku Opus Magnum autora, a w wielu elementach ustępuje innym pozycjom, które nie przytłaczają tak rozmachem i na siłę nie starając się być epickim dziełem. Respekt dla skali, ale niedosyt emocji, postaci i świata, którego nie czuć pod palcami. A dodam, że książka w ebooku na legimi dobija do 2000 stron
Osobisty licznik: 13/128
#czytelniczebingo i Bingo! (pierwsza kolumna z lewej 1+6+11+16+21) ;)
Oznaczam jako: 1 - książka, która sprzedała się w milionach
Profesorowa Szczupaczyńska, choć z pewnymi oporami, rusza do Zakopanego, wzywana przez Rajmunda Klossowitza do pomocy w rozwiązaniu zagadki zaginięcia pewnego górala.
Poświęcony Zakopanemu tom przygód profesorowej wydaje mi się raczej słabszy niż poprzednie, autorzy szarżują przez cudowne metafory, porównania i nawiązania niezbyt przy tym mocno skupiając się na prawdopodobieństwie psychologicznym postaci. Zawiązanie akcji i cała zagadka kryminalna są naciągane, a rozwiązanie - rozczarowujące.
Co mi się podobało? - oczywiście Zakopane sprzed stu lat, to Zakopane, którego szukałam w te wakacje - z mnóstwem fascynujących postaci o różnych pomysłach na to miejsce. Wędrowałam tego lata tymi samymi uliczkami i mieszkałam w miejscu, do którego profesorowa włamała się, by przeszukać pokój dwóch młodych mężczyzn.
Bawiłam się świetnie, pomimo poważnych usterek w konstrukcji tej książki, którymi właściwie postanowiłam się nie przejmować. Profesorowa Szczupaczyńska wraz ze swoim bagażem poglądów jest bowiem absolutnie przecudowna i tyle.
Tytuł: Boska cząstka. Jeśli wszechświat jest odpowiedzią, jak brzmi pytanie?
Autor: Leon M. Lederman, Dick Teresi
Kategoria: popularnonaukowa
Wydawnictwo: Prószyński
Format: e-book
Liczba stron: 576
Ocena: 8/10
Amerykański fizyk, noblista, zabiera nas w fascynującą podróż przez historię fizyki.
Od Demokryta i jego koncepcji cząstki niepodzielnej — atomu, uznawanego za najmniejszą cząstkę materii — aż po nowoczesne akceleratory cząstek i odkrycia, które one umożliwiły.
Po książkę sięgnąłem po obejrzanym wywiadzie z panem Gryżewskim, autorem kilku książek z szeroko pojętej seksuologii. Najbardziej mnie zafascynowała "Sztuka obsługi waginy" - no i się zawiodłem. Nic ciekawego się nie dowiedziałem. Książka jest bardzo ogólnikowa, porusza kilkanaście różnych tematów i każdy jest ledwie liźnięty po wierzchu (hehe xD).
Ale po kolei: czytałem i nic nowego się nie dowiedziałem. Czy książka jest zła i zasługuje na 5/10? Nie.
Podejrzewam że wiesz jak obsługiwać waginę, ja też. Ale - jest masa ludzi, którzy wiedzę czerpią z pornoli i/lub z opowiadań kumpli. I właśnie dla nich jest ta książka.
Podobnie jak "Sztuka obsługi penisa". Jedna kobieta uzna że to "piaskownica" inna przeczyta z wypiekami na twarzy i być może zastosuje to i owo
@Yes_Man to nie do końca jest o tym co robić z waginą, tak jak sztuka obsługi penisa to nie jest przewodnik masturbacji. Te książki są głównie o psychologii i poruszają tematy edukacji seksualnej. Ale tak, ci co mieli dobrą edukację seksualną nie wyciągną za wiele z nich, ale ci co tej edukacji nie mieli... To jest przełom, dla mnie był :P
Ogólnie uważam że Sztuka obsługi penisa jest lepszą książką, dużo więcej się z niej dowiedziałem o sobie niż o kobietach ze Sztuki obsługi waginy. Ta druga w ogóle jest też w dużym stopniu o związkach. Niemniej polecam obie
Elina musi co roku wrócić w swoje rodzinne strony, do Laponii, aby złowić szczupaka żyjącego w jeziorku Oś. Zależy od tego jej życie. Do tego ściga ją policjantka w sprawie o morderstwo. Jak to się wszystko ze sobą wiąże? O tym dowiadujemy się już w trakcie tej magicznej podróży w te tajemnicze regiony.
Książka jest pełna lokalnego folkloru wymieszanego z magią, mitologią i gwarą w której porozumiewają się mieszkańcy tych ziem. Wszystko to daje specyficzną, ale bardzo smaczną mieszankę. Mamy tu niepowtarzalny klimat - zastanawiałem się jak to opisać i powiedziałbym, że to mieszanka świata Wiedźmina, lekko doprawiona przaśnością Jakuba Wędrowycza, osadzona na dalekiej północy Finlandii.
Czytało się to bardzo przyjemnie, jedynie wspomniana gwara którą pisane są wszystkie dialogi na początku ciekawiła, po chwili zaczęła trochę irytować, ale szybko się do niej przyzwyczaiłem i później wydawała się już naturalna. Z resztą bez niej była by to kompletnie inna książka, co fajnie opisuje w posłowiu polski tłumacz.
Dołączam też do czytelniczego bingo. Książka pasowałaby mi do kilku kategorii, ale niech będzie "nowy autor"
@onpanopticon no tak, to 3 raz w tym miesiącu się pojawia. Ale zacząłem to czytać przed pierwszym wpisem xD https://www.hejto.pl/wpis/15-1-16-tytul-polowanie-na-malego-szczupaka-autor-juhani-karila-kategoria-fantas?commentId=d17b0340-3f37-4d0c-bc1a-183ecd7afcd8
W 1464 roku Elżbietę Grey de domo Woodville ciężko było uznać za dobrą partię – miała już 27 lat, dwóch osieroconych synów i żyła na garnuszku rodziców, bowiem majątek po zmarłym mężu zagarnęła jej teściowa. Niespodziewanie jednak Elżbieta zwróciła na siebie uwagę Edwarda IV, świeżo ukoronowanego króla z rodu Yorków, który pod wpływem gorącego uczucia zdecydował się na czyn w owej epoce niewyobrażalny, mianowicie poślubił zubożałą wdowę. Ożenek ów wywołał nie tylko skandal na dworze królewskim, ale też stał się przyczynkiem do nowej fazy Wojny Dwóch Róż, bowiem dotychczasowy zwolennik Yorków, earl Warwick, zmienił strony i zaczął wspierać zdetronizowanego Henryka VI. Chociaż ostatecznie w tej fazie konfliktu między Plantagenetami Edward IV znów zatriumfował, nikt nie spodziewał się, jak szybko skończy się pokój…
Z dotychczasowo przeze mnie przeczytanych tomów cyklu o Plantagenetach i Tudorach, Biała królowa jest najsłabsza.
Przede wszystkim, autorka nie dowiozła do końca kreacji głównej bohaterki. Elżbieta Woodville oceniana jest przez historyków raczej negatywnie, jako nadambitna parweniuszka, która królową została umiejętnie manipulując napalonym młokosem, a jako monarchini dbała przede wszystkim o interes własnej rodziny i była na tyle krótkowzroczna, że zraziła do siebie i rodu Wooville’ów większość angielskiej arystokracji. Był więc materiał na stworzenie wzbudzającej silne emocje antybohaterki, takiej jak Anna Boleyn w Kochanicach króla tej samej autorki. I owszem, chociaż nadmiaru ambicji protagonistce odmówić nie można, to poza tym nie budzi ona w czytelniku żadnej reakcji, ani pozytywnej, ani negatywnej, ciężko jej kibicować, ale też zżyć się z nią na tyle, by współczuć jej straty kolejnych członków rodziny. Elżbieta Woodville trochę jest bo jest, i tyle.
Biała królowa jest też ogólnie kiepsko napisana. Dużo irytujących powtórzeń, ze wzmianek o Meluzynie albo nienawiści protagonistki do braci męża można by sobie było zrobić alkoholowe bingo. Strasznie mnie irytuje, jak autor zakłada, że potencjalny czytelnik to emeryt z demencją i powtarza wszystko po 2137 razy – jeśli na pierwszych stronach dostaję jakąś informację, to pamiętam o tym przez resztę powieści!
Zirytowało mnie też znaczne (o wiele większe, niż we Władczyni rzek) rozdmuchanie wątków fantastycznych, tutaj zakrawające już o robienie z czytelnika debila, gdyż kobiety z rodu Woodville zostały przedstawione niemal jak czarodziejki w Wiedźminie, zabrakło im tylko, by ciskały kulami ognia. Ogólnie, jeśli chodzi o logikę świata przedstawionego i wydarzeń, to Biała królowa jest z nimi na bakier. O ile są wątki, w których licentia poetica Philippy Gregory była w miarę sensowna, tak były też takie, na które można było zareagować jedynie facepalmem (np. nienawiść Cecylii York do pierworodnego syna tak wielka, że kobieta była gotowa rozgłaszać, iż król był bękartem, byle koronę dostał jej drugi syn).
Jedyne, co tę książkę ratuje, to tocząca się na drugim planie Wojna Dwóch Róż. Podczas lektury pomyślałam sobie, że historia tego konfliktu zbrojnego byłaby świetnym materiałem na wielowątkowy cykl historyczny w stylu Królów przeklętych Maurice’a Druona. Sprawdziłam Google i niestety, wydaje się, że oprócz Gregory i leniwego grubasa Martina żaden autor nie dostrzegł w „wojnie kuzynów” wystarczającego potencjału na stworzenie historycznej sagi.
Zabić drozda podobała mi się, ponieważ na początku kojarzyła mi się z lekkością Dzieci z Bullerbyn, jedną z moich ulubionych książek za gówniaka. Głównie przez ukazanie zabaw i codziennego życia z perspektywy dziecka oraz problemów, które dorośli postrzegają zupełnie inaczej. W książce dużo miejsca poświęcono tematowi rasizmu i choć myślę, że poruszyłby mnie on jeszcze bardziej, gdybym żył w czasach, w których ta książka się ukazała, to najmocniej zapadła mi w pamięć relacja ojca z dziećmi. Przypomniała mi ona, za co jestem wdzięczny własnemu ojcu i jak bardzo się starał jako rodzic, nawet jeśli nie zawsze to okazywał, a ja nie zawsze to dostrzegałem. Momentami książka wywoływała we mnie smutek ze względu na sposób, w jaki traktowano czarnoskórych, ale w dużej mierze miała też w sobie spokój i beztroskę dzieciństwa, która działała na mnie relaksująco.
Ta książka bardzo mi się podobała, głównie ze względu na czasy, w których się rozgrywa – są one dla mnie niecodzienne, bo zazwyczaj sięgam po powieści osadzone we współczesności. Szczególnie wciągnęła mnie rzymska intryga i brutalność tamtego świata, gdzie zabójstwa były czymś powszechnym i służyły nie tylko walce o tron, ale także załatwianiu znacznie mniejszych spraw. Było to dla mnie szokujące, choć jednocześnie byłem świadomy realiów epoki. Dzięki temu historia jest niezwykle dynamiczna i wciągająca – to thriller osadzony w czasach rzymskich, który pozytywnie mnie zaskoczył i mocno wciągnął.
Zachęcony #czytelniczebingo postanowiłem przełamać nieco ciąg sci-fi/fantasy i dla odpoczynku spróbować czegoś zupełnie innego. To nie jest gatunek, którego regularnie słucham, czy czytam, więc dla mnie była to miła odskocznia.
Reportaż podany w lekkostrawnej, przyjaznej formie, bardzo na luzie. Autorka zaczyna od pełnych kontrastów Chin, następnie przechodzi do Tybetu, by w końcu dotrzeć do Nepalu, a na koniec nawet do Indii. Poszczególne rozdziały opatrzone zostały krótkimi encyklopedycznymi wtrąceniami, rozwinięte w formie osobistych wspomnień z wyprawy. Bardzo podobały mi się spotkania ze zwykłymi ludźmi i przelotny wgląd w codzienność tak bardzo odmienną od tej, którą znam. W efekcie wyszło jednak średnio, gdyż oczekiwałem bardziej szczegółowej relacji z pobytu w samym Tybecie, natomiast spore fragmenty dotyczące Chin i Nepalu rozmyły obraz i pozostawiły niedosyt.
Zachowane pamiętnikarskie relacje ludzi usiłujących pracować niezależnie. Począwszy od przedwojennych rzemieślników stopniowo wypychanych przez system, po badylarzy i kombinatorów z Berlina Zachodniego. Nie ukrywam, że relacje pamiętnikarskie lubię najbardziej za język i autentyczność, dlatego daję DZIEWIĄTKĘ.
A ja tam się świetnie bawiłem, uwielbiam gawędziarski styl ASa i rzadko zaglądam do fantasy, więc powróciły wspomnienia z liceum i czytania sagi echhhhh
@DerMirker To przeczytaj raz jeszcze sagę (de fakto cykl, to literacko ani nie jest i nigdy nie będzie saga, niezależnie co wydawca na okładkę nie walnie), będzie 11/10
No taki tam reportaż o Sosnowcu. Trochę o początkach miasta, o Gierku, o Kiepurze, o micie Czerwonego Zagłębia i o nieudanym zamachu na kogoś tam na ulicy Mieroszowskich. Autorka wycisnęła maksa z tych historyjek, nawet to było czytalne, ale jak to z reportażami Czarnego, po dwóch tygodniach zapomina się, co tam było hehe
Tytuł: Kaput. Koniec niemieckiego cudu gospodarczego
Autor: Wolfgang Muenchau
Kategoria: reportaż
Format: książka papierowa
Ocena: 8/10
No cóż, Niemcy idą na dno, a my jako Europa razem z nimi, bo oni tu dowodzą. Zaorany sektor energetyczny, sektor motoryzacyjny zmierzający do zaorania, fatalna struktura wiekowa, zdemoralizowane społeczeństwo, niezasymilowani migranci, AfD kroczące po władzę. To koniec, danke Merkel.
Chłop jeździ siódemką po algomeracji i mijając rejony za oknem snuje opowieść związaną z miejscami za oknem. Czasem dalej, czasem bliżej torów. Jest coś tam o Lukasie Podolskim, jakimś malarzu samouku z Katowic, imienia już nie pomnę, o relacji zagłębiowsko-śląskiej, o Ruchu Radzionków.
Fajny pomysł z tym tramwajem, ale reportaż niezbyt zapada w pamięć. Być może Ślązacy znajdą tę pozycję ciekawszą, mnie Śląsk nigdy nie interesował.
Tytuł: Didaskalia. Osiem rozmów o przyszłości Polski
Autor: Patrycjusz Wyżga
Kategoria: inne
Format: książka papierowa
Ocena: 8/10
Rozmowy z ekspertami o prawdopodobnym kierunku rozwoju Polski. Przez politykę, gospodarkę, wojsko, migrację na demografii kończąc. Neutralna światopoglądowo, mądrych to miło posłuchać (poczytać).
@FoxtrotLima nie oglądam jego rozmów na yt, ale powiedziałbym, że esencja, bo skoro gościł tych ludzi na kanale, to pewnie powyciągał najciekawsze fragmenty
Ciężko ostatnio było z nowymi książkami, poprzednią wrzuciłam do przysłowiowego kosza, bo nie dałam rady przez to brnąć dalej mimo, że spędziłam nad nią wiele godzin ;(
Tej też się obawiałam, ale przynajmniej była krótsza.
Największym problemem tej książki jest to, że pisana była w połowie 2020, czyli w zasadzie kiedy pandemia była na topie, ale jeszcze dużo zostało do powiedzenia w kolejnych miesiącach (i latach).
Trochę bałam się, że będzie pisana pod tezę, jaka to służba zdrowia jest beznadziejna i że wszystko jest źle, lekarze źli a pielęgniarki chcą za dużo hajsu. Na szczęście wywiady zawarte w tej książce były różnorodne i dało się tam coś ciekawego przeczytać. Nie jest to książka, którą bym polecała, chyba że ktoś interesuje się tematem, ale jednak jest zjadliwa.
Książka porusza ważny i wciąż jeszcze niewygodny temat alkoholizmu w Polsce bardzo przekrojowo. Są wywiady ze znanymi ludźmi, jest trochę źródeł, a nawet śledztwo Pana Roberta, czy w Kanie Galilejskiej Pan Jezus rzeczywiście zamienił wodę w wino, czy raczej w sok winogronowy i skąd wyjątkowa rola wina w naszej cywilizacji.
Książka ma też wady, głównie kaznodziejski ton autora, postulowanie całkowitej abstynencji, a także jest ona kiepsko zredagowana. Potraktujmy ją jako przyczynek do dalszej dyskusji, bowiem przetarła drogę.
czytałem kilka porządnych publikacji zarówno o alkoholizmie jako problemie rodzinnym jak i zjawisku społecznym - według mnie ta książka nie jest rzetelna - nic do niej nie mam, jako straszak działa świetnie. Ale czy tego oczekuje czytelnik?