"Tyle zwlekałam z tym albumem o owadach... Ale ej, on ma tylko 360 stron i dużo zdjęć, pewnie przeczytam go w trzy dni i fajrant!"
O, moje niedoczekanie. Ta książka to gęścioch.
Jest to skarbnica wiedzy o polskich owadach, a konkretnie wszystkim tym, co nie jest chrząszczem (z uwagi na liczność gatunków, o chrząszczach powstał oddzielny tom). Mamy błonkoskrzydłe, mamy pluskwiaki, mamy parazytoidy wszelkie. Paskudztwa małe i duże. A jednocześnie są to niezwykle ciekawe paskudztwa. To, jak różną budowę, życie i zwyczaje mają poszczególne owady, budzi zachwyt. Masa zdjęć i ilustracji dopełnia przyjemności z lektury.
Autor, bardzo znana postać świata entomologii, potrafi naprawdę przekazywać wiedzę. Opisy gatunków czyta się z ogromnym zainteresowaniem, choć nie jest to prosta lektura dla laika. Niemniej, autor dokłada wszelkich starań, by zaciekawić czytelnika. Widać, że jest to pasjonat — człowiek, który poświęcił swoje życie badaniom insektów, bo to po prostu uwielbia. Zaraża wręcz taką dziecięcą uważnością i ciekawością wobec świata owadów.
Chyba jedyny minus, który muszę przedstawić, to... rozmiar i waga książki. Ciężko było czytać ją nawet w łóżku.
Przy okazji, jest to realizacja drugiego z trzech wyzwań w ramach #zimowewyzwania, a mianowicie:
Przeczytaj książkę, którą od dawna trzymasz na półce i odkładasz na później
Zalegała już od dłuższego czasu na stoliku kawowym, ale wreszcie udało mi się ją ukończyć i mogę ją teraz bez wyrzutów sumienia odłożyć na półkę.
Dom Wydawniczy REBIS szykuje dodruk z serii Wehikuł Czasu. "Bill, bohater galaktyki" Harry'ego Harrisona wróci do księgarń 3 marca 2026 roku. Wydanie w oprawie zintegrowanej, imitującej twardą, obejmuje 216 stron, w cenie detalicznej 49,99 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Bill jest prostym chłopakiem mieszkającym na rolniczej planecie Phigerinadon II, położonej na totalnym zadupiu galaktyki. Jego największym życiowym marzeniem jest zostać operatorem mechanicznych roztrząsaczy obornika. Niestety tak się akurat składa, że ludzie prowadzą w tym czasie wojnę z Chingerami, którzy – jak głosi patriotyczna propaganda – są rasą ogromnych i krwiożerczych jaszczurek. Bill, umięśniony i niezbyt rozgarnięty byczek, idealnie nadaje się na żołnierza, więc zostaje podstępem wcielony do cesarskiej armii. Trafia do obozu szkoleniowego Lew Trocki, pod komendę okrutnego sierżanta Kostuchy Dranga, który zamierza pozbawić go wszelkich ludzkich cech i zamienić w maszynę do zabijania…
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Rewelacja. Camus tworzy intensywny i udzielający się czytelnikowi portret bohatera, któremu jest wszystko jedno, w bardzo skrajnym wydaniu. Domyślam się, że powstało mnóstwo analiz psychologicznych czy filozoficznych o tym kim jest bohater i o tym jak to ponadczasowe, ale nawet odkładając na bok tę intelektualną otoczkę, to jest to bardzo emocjonująca i oryginalna historia od której trudno się oderwać. Jeden z najciekawszych bohaterów literackich jakich poznałem, co jest paradoksalne, bo bohater jest nikim, jest bierny, istnieje obok świata i społeczeństwa. Obcy.
W wielkim skrócie: to zdecydowanie jedna z książek, która powstała. A na poważnie: tak jak w poprzedniej części, dzieje się niemało, tym razem jednak teatr działań jest znacznie bardziej rozległy i nie ogranicza się właściwie do jednego miasteczka i terenów przyległych - nie wykluczając kilku pierwszych rozdziałów. Drużyna udaje się wreszcie do stolicy Imperium i doświadcza na własnej skórze zarówno jej przytłaczającego ogromu i mnogości opcji, ale i ciężaru obowiązków oraz czyhających w niekoniecznie oczywistych miejscach przeszkód.
Brzmi jak standardowa kontynuacja, która kieruje bohaterów w centralne punkty na mapie, podbija stawki, dopakowuje niemilców, komplikuje i rozwija relacje między postaciami, rzuca ich w coraz to bardziej beznadziejne kabały, przędzie jeszcze bardziej misterne sieci intryg oraz niekiedy próbuje trzymać czytelnika na skraju fotela czy gdzie on tam siedzi i pochłania kolejne strony? Tak. Ale czy robi to dobrze? Jak to u mnie zwykle bywa: no tak średnio bym powiedział. Z rzemieślniczego punktu widzenia wszystko jest niejako na swoim miejscu, ale z personalnego ani mnie ta seria nie zachwyca, ani angażuje.
Vonvalt okazuje się nie być czystym jak źródlana woda bezwzględnym strażnikiem prawa, Helena na zmianę płacze, strzela fochy i lata za tym pierwszym, a Bressinger i Radomir są z reguły sobą. Nie czuję chemii do tych postaci i nie wiem, czy złożyć to na karb ciągle rosnącego licznika przeczytanych książek, a tym samym coraz bardziej zapełniającego się mózgu, który po prostu nie jest w stanie stworzyć więzi z każdym pojedynczym bohaterem każdej pojedynczej książki i śledzić jego losów z zapartym tchem, czy może najzwyczajniej w świecie ich kreacja nie jest najwyższej próby. Skłaniam się ku odpowiedzi dwukrotnie twierdzącej.
Nie wspomniałem o tym przy pierwszej okazji, ale autor w kreacji świata - czy to nazw obszarów i miast, czy to nazwisk - w dużej mierze posiłkuje się klimatami germańskimi i wschodniosłowiańskimi. Ważnym graczem jest Zakon Templariuszy, który z tymi prawdziwymi pewne nieznaczne podobieństwa dzieli. No i raz nawet została wspomniana Europa, ale nic z tego nie wyniknęło, więc w sumie nie rozumiem sensu zamieszczania tego słowa.
Dosyć obszernie zostaje rozwinięty wątek (nie)świętych i innych wymiarów, przy czym odgrywa on tutaj istotną rolę w więcej niż jednym przypadku. Nie mogę nazwać się jego fanem: wolałem te bardziej przyziemne problemy, których skala koniec końców może i rosła później do rangi wręcz cesarskiej, ale jednak nie wiązała się z jakimiś niepojętymi bytami. Lepiej szlachtować podłych ludzi niż bezmyślne demony.
W pewnym momencie zaczęły mnie z deczka wytrącać z rytmu częste, irytujące i głupiutkie porównania, nic niewnoszące sobą do historii, zalatujące grafomanią, nabijające - w stopniu mikroskopijnym, ale jednak - objętość. No i w pierwszej części Westenholtz miał pod swoimi rozkazami aremkę liczącą sobie 500 osób, tutaj z kolei, na początkowych stronach, wspomina się o 5000. To jednak zasadnicza różnica.
1 tom cyklu "Ekspansja" dziejący się w odległej przyszłości, gdzie Ziemię zamieszkuję 30 mld ludzi, Mars przeszedł terraformację, a cały układ słoneczny został skolonizowany/eksploatowany przez ludzkość.
Na wstępie przyznam, że obejrzałem cały serial.
Mimo, że od 1 sezonu minęło przeszło 10 lat, to wszystkie postaci z książki dostały w mojej wyobraźni twarze odgrywających ich aktorów. Okazało się, że pamiętam dużo z fabuły. Co pewnie wpływało na sam odbiór książki.
Aczkolwiek, bardzo dobrze się czyta, podział na 2 punkty widzenia Holdena i Millera nadaje odpowiednią dynamikę akcji. Czytając miałem też wrażenie, że ta książka jest wprost napisana pod adaptację serialową. Co chwilę mamy zmianę okoliczności, które można zamknąć właśnie w jednym osobnym odcinku.
W drugim tomie jeszcze lepiej widać znakomity dobór aktorów do ról - Avasarala dostała dopasowana perfekcyjnie.
Rozpocząłeś fajną przygodę, miłej lektury!
Rok 1348. Francja gnije od środka za sprawą zarazy, głodu i wojen. Thomas de Givras, były rycerz spod Crecy, włóczy się jak zwierzę, aż spotyka dziewczynkę (Delphine), która twierdzi, że widzi anioły. Ruszają razem na południe, w stronę Awinionu. To brzmi jak klasyczna droga przez mrok, ale "Dwa ognie" szybko pokazują, że to coś więcej niż postapokaliptyczne fantasy w historycznym kostiumie. To średniowieczny koszmar teologiczny, w którym piekło jest równie realne jak błoto na butach bohaterów.
Najbardziej uderzyło mnie to, jak Buehlman miesza brutalny realizm z oniryzmem, który jest... zbyt realny. Sny nie są tu mglistymi wizjami - są cielesne, lepkie, brudne, bolesne. Kiedy Thomas doświadcza piekła, to nie jest metafora. To rozbiór duszy na części pierwsze:
...Tamten z ogromnym wysiłkiem podszedł do Thomasa i zasiadł na swoim stołku. Bił od niego zapach przypominający dno studni. Wyglądał, jakby zbierało mu się na płacz.
– Thomasie de Givras – odezwał się, rzucając Thomasowi ojcowskie spojrzenie – Skazuję cię na potępienie...
czy
...Zapomniał, jak się nazywa… Doznawał jednej męki za drugą… obdzierano go ze skóry i zmuszano, by włóczył ją za sobą...
Te fragmenty są przykładem, że piekło nie jest tu efektem specjalnym. Jest konsekwencją wyborów, działań i rozkładu świata, który przyszło naszym bohaterom przemierzać.
Z drugiej strony mamy sceny tak przyziemne, że czuć zapach zgniłego zboża i końskiej derki (cytując Tomka Kopyra z blogu blog kopyra kom). Bitwa pod Crecy, spalony Paryż, głód, rabunki - wszystko jest historycznie dokładne, niemal dokumentalne. A potem nagle: galaretowate bestie w Rodanie, anioły spadające z nieba, potwory rodzące się z trupów, czy posąg matki boskiej z rozkładającym się dzieciątkiem trzymanym za kostkę. I co najważniejsze - to nie gryzie się ze sobą. Ten świat jest tak przekonująco zbudowany, że wszystko, co nadprzyrodzone, wydaje się być logiczną konsekwencją zepsucia świata.
Bardzo podobał mi się też motyw milczącego Boga. Boga, który postanowił zakończyć żywot ludzi raz na zawsze, zasłał na nich plagę w postaci Czarnej śmierci i przestał odpowiadać na ich modły.
Pokazuje to refren powracający jak cios:
A Pan nie odpowiadał.
To zdanie wybrzmiewa przez całą książkę. Bóg milczy, anioły działają po cichu, diabły eksperymentują z materią. Czarna Śmierć nie jest tu tylko chorobą - to element wojny. A człowiek? Człowiek jest między dwoma ogniami, ale też i pierwszym jej przegranym, bo z tej wojny nie uda mu się wyjść zwycięsko.
Thomas jako bohater to absolutny majstersztyk. Brutal, bluźnierca, cynik. A jednocześnie ktoś, kto mimo wszystko wybiera ochronę dziecka. Jego droga - od "nie mam nic i nie mam po co żyć" do świadomego wejścia w ogień - jest jedną z lepiej napisanych przemian, jakie czytałem w fantasy ostatnich lat. W jego ustach bluźnierstwa brzmią jak tarcza przed rozpaczą, a nie tania prowokacja, choć Delphine go za każde z nich gani i rozlicza.
Delphine z kolei to postać balansująca między niewinnością, a czymś znacznie większym. Nie jest mesjaszem wprost, ale jej obecność zmienia wszystko. To przez nią Thomas zaczyna walczyć o siebie i lepsze jutro.
Jeśli miałbym wskazać, co najbardziej trafiło w moje czytelnicze gusta - to właśnie to przemieszanie realizmu z wizjami, które są tak konkretne, że aż fizyczne. Sen i jawa mają tu tę samą wagę, co tu i teraz. Piekło jest równie materialne jak kolczuga. To książka brudna, momentami obrzydliwa, trudna do czytania, ale jednocześnie głęboko metafizyczna. Weird fiction w historycznym przebraniu i upudrowaną peruką. Postapo XIV wieku - Teologiczny horror.
Niektóre fragmenty są nietypowe i dziwne, ale w tej książce nic nie było w stanie mnie zaskoczyć:
Kiedy dotarli do miejscowości Ponchelvert, powitał ich przedziwny widok. Ktoś ukrzyżował karła. A karzeł wciąż był żywy. Nawet bardzo. Gdy wóz podjechał bliżej, zauważyli, że ukrzyżowany został przywiązany, nie przybity, a jego stopy opierają się na niewielkiej platformie.
Całkiem prawdziwa była natomiast tkwiąca na jego głowie cierniowa korona. Opodal w trawie leżała drabina, obok której czekały wiaderko i przytwierdzona do długiego kija gąbka.
Karzeł milczał, choć przez cały czas bacznie wędrowców obserwował. Pere Matthieu zatrzymał muła i wszyscy obrzucili krzyż osłupiałymi spojrzeniami.
Karzeł wskazał ruchem głowy wiaderko.
Delphine wyskoczyła z wozu, namoczyła gąbkę i podniosła ją do ust ukrzyżowanego.
Karzeł oblizał ją tak, że dziewczyna odruchowo pomyślała o owcy
Pozwolę sobie jeszcze zauważyć, że polska okładka jest do d⁎⁎y i przypomina słodko-pierdzące fantasy, a chyba nie ma dalszego określenia na to, co znajdziemy w treści. Dorzucam oryginalną okładkę do porównania.
“Stalin!” To jedyne słowo, wypisane na wszystkich plakatach i transparentach, ludzie wykrzykiwali, skandowali, unosiło się ono w mroźnym powietrzu, wszystkie spojrzenia zwrócone były ku trybunie na mauzoleum, gdzie stał On – w szynelu i prostej czapce uszance z opuszczonymi nausznikami. Wszyscy na trybunie byli w ciepłych czapkach, ale opuszcone nauszniki miał tylko Stalin, było mu zimno, i to czyniło go w oczach miliona manifestantów kimś jeszcze bardziej zwyczajnym i ludzkim – im też jest zimno, ale on marznie dotkliwiej, oni idą, a on przez kilka godzin musi stać bez ruchu na trybunie mauzoleum, żeby ich pozdrowić.
Bohaterów jest w tej książce mnogo. Jest przede wszystkim to tytułowe arbackie towarzystwo, jest Sasza Pankratow, jest Jura Szarok, są Nina i Waria Iwanowne (nazwiska jakoś nie zapamiętałem, a znaleźć nie mogę), jest Lena Budiagina. Jest matka Saszy, Sofia Aleksandrowna i jest wujek Saszy, Mark Riazanow, jest nawet ojciec Saszy, Paweł Nikołajewicz. Są też postaci autentyczne, wysoko postawieni urzędnicy, członkowie KC, tacy jak na przykład Nikołaj Jeżow (ten któremu zdarzyło się w pewnym momencie zniknąć, również ze zdjęcia ). No i jest jeszcze towarzysz Stalin.
W związku z takim nagromadzeniem postaci, wątków również jest w tej książce mnogo. Dla mnie, który czytam ją po raz pierwszy przede wszystkim wybijają się trzy z nich: wątek Saszy Pankratowa – ofiary systemu, Jury Szaroka – beneficjenta systemu i Józefa Stalina, tego systemu twórcy, podopory i gwaranta. Szczególnie ten trzeci wątek zasługuje na uwagę, bo pan Rybakow przedstawił bardzo obszerny portret psychologiczny nie tylko wodza, ale i całego stworzonego przez niego paranoicznego reżimu. O ile w sprawie reżimu Dzieci Arbatu przedstawiają solidny, umocowany w rzeczywistości obraz, tak w sprawie wodza nie mam pojęcia ile jest w tym wszystkim prawdy, a ile licentia poetica. Ech, chciałoby się przeczytać coś jeszcze, na przykład to i móc porównać, tylko czasu brak.
Technicznie, tak pod względem konstrukcji fabuły, jak i literacko, ta książka jest na wskroś radziecka (antyradziecką ma wyłącznie wymowę), co akurat mnie niekoniecznie przeszkadza, a w przypadku języka jest nawet swego rodzaju perwersyjną zaletą. I mimo nawet tego, że Dzieci Arbatu niczym mnie nie zaskakują, to, kiedy tylko znajdę czas, pewnie zapoznam się z drugim tomem tej opowieści, choć wiem przecież czego mogę się w nim spodziewać. I ze współczuciem, będę towarzyszył Saszy Pankratowowi w jego zesłaniu na Syberię (ta część ponoć oparta jest na doświadczeniach własnych autora), z pewnym być może niedowarzaniem, a już na pewno z brakiem zrozumienia będę śledził rozwój kariery Jury Szaroka obserwując, jak w imię kolektywu dba o swój własny interes i będę poznawał kolejne odcienie szarości z całej ich palety w sposobie myślenia towarzysza Stalina, ze zgrozą znajdując analogie w tym, co coraz częściej niestety obserwuję na co dzień.
Swoją drogą, to stwierdzenie ważna historycznie książka, w zestawieniu z moimi wrażeniami estetycznymi z jej lektury uświadomiło mi, że w zasadzie większość ważnych (głośnych) książek jest napisana literacko dość słabo (pierwsze z brzegu przykłady: 1984,Nowy, wspaniały świat). I może to jest ich zaleta, jeśli chodzi o szeroki odbiór?
@George_Stark Miałem namyśli że pokazuje dobitnie zbrodnie i życie w czasach totalitaryzmu których wielu ludzi nie zna.
O Holokałście i naziolach mamy milion książek i filmów, o Komuniźmie trochę książek z których zaledwie kilka zyskało większy odbiór, a filmów prawie żadnych.
Tomasz Stawiszyński w swojej audycji o książkach pyta każdego rozmówcę o to jakie książki ich ukształtowały.
A ja pytam Was. Macie takie książki, takich autorów, takie serie i wydaje Wam się, że były dla Was przełomowe?
Chodzi mi na przykład o to, że nie czytaliście w ogóle lub mało i jakaś książka was przekonała do czytania? Albo czytaliście jakieś książki dziecięce/młodzieżowe, a jakiś autor odkrył przed wami książki poważniejsze? Lub czytaliście dla prostej rozrywki, a coś przed wami odkryło czytanie głębsze?
@JapyczStasiek ja zaczynałem od komiksów. Jako dzieciak po szkole zamiast w świetlicy przesiadywałem w bibliotece pochłaniając Asterixy, Kajko i Kokoszek, Tytusy, Romki i Atomki. To na pewno ukształtowało moje poczucie humoru.
W czasie potteromanii potrafiłem przeczytać premierowy tom w 2 dni. Choć im byłem starszy tym ta saga mnie bardziej nudziła.
Władca Pierścieni jest tytułem, który staram się co kilka lat przeczytać ponownie. Oczywiście pochlonalem również Hobbita, Silmarillion oraz Książki redakcji Christophera Tolkiena.
Z lektur szkolnych najbardziej wpłynęła na mnie "Dżuma"
Eden - Lema też był taką mocną książką.
Staram się przeplatać tytuły poważniejsze pomiędzy książkami czytanymi dla rozrywki (fantastyka, sci-fi, historyczne)
Za dzieciaka bardziej pochlanialem komiksy niż książki, ale pamiętam, że pierwsza pozycja, która wryła mi się w pamięci to ,,Pamiętnik narkomantki”. Nie polecam tej pozycji dzieciom w wieku 10 lat xD lata szkolne to głównie lektury i była to w większości droga przez mękę, a jako dorosły czytałem bardzo mało książek, 1-3 rocznie. Dopiero końcówka 2024 i poprzedni rok były pod tym względem przełomowe i duża w tym zasługa tego portalu. W 2025 wpadło ponad 40 pozycji. Dwie książki, które mnie najbardziej poruszyły to ,,Jack London” oraz ,,Na wschód od Edenu”.
Jeśli chodzi o gatunki to czytam od prawa do lewa, od kryminałów po Sf i fantasy na tytułach filozoficznych kończąc. Także korzystając z okazji chcę też od razu podziękować całej społeczności #bookmeter, skorzystałem z wielu polecajek z tego tagu.
„Czasopisma popkulturowo-fantastyczne, jako inicjatywy wydawnicze, miewają się w Polsce różnie. Jednak nie jest tak, że zamykają ogon rynku. Mamy przecież wychodzący od 1994 roku kwartalnik SFinks (Stalker Books), mamy od kilku lat Magazyn Biały Kruk, legendarną Nowa Fantastyka, świeże Emarginacje czy OFka Literacki Kwartalnik Fantastyczny.
Dziś chcemy Wam przedstawić nowe dziecko Stowarzyszenie Inicjatywa Kulturalna: magazyn "Statek głupców", tworzony przez zespół Statek Głupców. I jest to naprawdę inicjatywa, która rusza z czarciego kopyta. Bardzo elegancka graficznie edycja, treściowo naprawdę na wysokim poziomie - widać rękę pasjonatów, ale z ogromnym zapleczem wiedzy i talentu. Bierzcie, póki jeszcze jest za darmo, bo naprawdę warto te 52 strony poznać. Publicystyka, opowiadania, komiks, wywiad”
Trochę ciężko ocenić taką książkę. W momencie, gdy powstawała to pewnie przecierała szlaki i była czymś świeżym. Czytając dzisiaj jest mało interesująca. Przekaz dość prosty, intrygi i zwroty akcji z dzisiejszej perspektywy tandetne, mało ciekawych bohaterów, tło historyczne też skromne. Nie wiem jak z tłumaczeniem, może ono też pozbawiło tę historię życia.
Szczególna dla mnie lektura dlatego, że sięgnąłem po nią tuż po zachwycie nad "Tajemną historią". Tamta powieść ustawiła poprzeczkę bardzo wysoko - intelektualnie, emocjonalnie i stylistycznie - więc wchodząc w "Szczygła" miałem w sobie ogromne oczekiwania. I właśnie dlatego książka zrobiła na mnie tak duże wrażenie: Tartt po raz kolejny udowodniła, że potrafi budować świat powoli, gęsto i z niezwykłą precyzją emocji.
Historia Theo Deckera zaczyna się od tragedii, ale bardzo szybko staje się czymś więcej niż opowieścią o stracie. To wielowymiarowa narracja o dorastaniu w cieniu traumy, o pamięci, o sztuce jako czymś, co może być jednocześnie ratunkiem i ciężarem. Tytułowy obraz - mały, niepozorny "Szczygieł" - staje się osią całej historii, symbolem wszystkiego, czego nie da się cofnąć, ale co wciąż definiuje życie bohatera.
Czytanie tej powieści było dla mnie cudowną, intensywną podróżą u boku Theo. Tartt pozwala być bardzo blisko jego myśli, lęków i decyzji, dzięki czemu emocje działają z ogromną siłą. Książka rozpisana na lata życia, pełna refleksji o przypadku, winie i przeznaczeniu. Bardzo wysoka ocena za skalę, za głębię i za to, że po raz drugi mogłem zanurzyć się w świat stworzony przez autorkę, która potrafi pisać literaturę naprawdę dużego formatu.
Wydawnictwo Vesper przygotowuje dodruk drugiego tomu Lonesome Dove. "Ulice Laredo" Larryego McMurtry'ego wracają do księgarń 25 lutego 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie zawiera 484 strony, w cenie detalicznej 99,90 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Kapitan Woodrow Call – za młodu wspólnik Gusa McCrae i strażnik Teksasu – został łowcą nagród i właśnie zlecono mu wytropienie groźnego meksykańskiego bandyty. Towarzyszy mu w tej wyprawie pewien mieszczuch ze Wschodniego Wybrzeża, niezbyt rozgarnięty zastępca szeryfa i jeden z ostatnich członków ekipy Kapeluszników, niejaki Ślepki Parker, ożeniony z Loreną, dawną kochanką Gusa.
Podczas długiego i niebezpiecznego pościgu przemierzają ostatnie dzikie tereny Zachodu. Akcja na pewien czas przenosi się do bandyckiej ostoi zwanej Miastem Wron, a w finale bohaterowie odwiedzają rozlegle i okrutne równiny teksaskiego pogranicza.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Tytuł: 438 Days: An Extraordinary True Story of Survival at Sea
Autor: Jonathan Franklin
Kategoria: reportaż
Liczba stron: 269
Ocena: 6/10
E, ok.
#bookmeter #ksiazki
José Salvador Alvarenga (ur. 1975) – rybak, który przez 14 miesięcy dryfował po Pacyfiku na uszkodzonej łodzi. Zaginął 17 listopada 2012 roku na Oceanie Spokojnym w okolicy meksykańskiego stanu Chiapas, a został odnaleziony 30 stycznia 2014. Przeżył dzięki diecie złożonej z surowego mięsa ryb, żółwi, ptaków wodnych oraz wody deszczowej[1].
Wydawnictwo Marginesy zapowiada premierę książki "Minione Światy. Podróż do początków Ziemi" Thomasa Hallidaya.
Przekład z języka angielskiego: Jarosław Mikos.
Premiera zaplanowana jest na 11.03. Wydanie w miękkiej oprawie liczy 448 stron, a cenę okładkową ustalono na 74,90zł.
W przedsprzedaży książka jest dostępna za połowę tej ceny.
Krótko o książce:
Jesteście gotowi na niezwykłą podróż przez pięćset milionów lat historii Ziemi?
Książka „Minione światy. Podróż do początków Ziemi” w księgarniach od 11 marca.
Thomas Halliday – wybitny paleontolog i biolog – odwiedza miejsca, których już nie ma: plioceńskie sawanny w Kenii, gdzie gigantyczny pyton ściga grupę australopiteków, tropikalne lasy eocenu na Antarktydzie, płytkie wody ediakarskiej Australii, w których rodzi się pierwsze makrobiologiczne życie, czy klify przyszłego Morza Śródziemnego w chwili, gdy ocean zaczyna wdzierać się do wyschniętego basenu.
Każdy rozdział to osobne geologiczne safari, podczas którego można zobaczyć, usłyszeć i niemal dotknąć dawnych ekosystemów: przyjrzeć się tamtejszym zwierzętom i roślinom, zanurzyć się w otaczającym je krajobrazie i zrozumieć, w jaki sposób życie przystosowywało się do gwałtownych zmian klimatu i środowiska – czasem z powodzeniem, a czasem bezskutecznie.
Halliday nie unika również współczesnej perspektywy, przypominając, że masowe wymierania i znikanie całych światów już się zdarzały, a także stawia pytania, czego możemy dowiedzieć się o naszym własnym świecie od tych wymarłych ekosystemów.
Dwa opowiadania autorki "Ściany", którą czytałem kilka lat temu i bardzo mi się podobała.
Tym razem dostajemy 2 teksty, które są bardzo różne od siebie, choć skupiają się wokół młodych kobiet, dziewczynki i nastolatki. Każda z nich jest inna, ale każda uczy się doświadczania życia. Każda też przeywa na swój sposób tragedię, jedna traci niewinność, druga traci godność i szacunek do świata. Obie nie mają rodziców, obie żyją w czyimś domu i stosują się do panujących w nim reguł.
"Zabijemy Stellę" opowiada o nastolatce (Stelli), choć narratorką jest dorosła kobieta (Anna). Anna przyjmuje ją pod swój dach. Z jednej strony opiekuje się nią, z drugiej - traktuje jak projekt do uformowania. Poprawia jej zachowanie, ubiór, cywilizuje ją, wydobywa z niej atrakcyjność i kobiecość. Jednocześnie doskonale wie, że jej mąż Richard jest typem mężczyzny, który nie przepuści takiej okazji.
Richard zaczyna romans ze Stellą. Anna widzi to. Rozumie to. I… nic nie robi. Najmocniejsze w tym tekście jest właśnie to "nic". Nie ma scen dramatycznych konfrontacji. Nie ma wybuchów złości czy płaczy. Jest milczenie, racjonalizowanie, wygodne samozakłamanie. Anna woli utrzymać pozory stabilnego małżeństwa niż stanąć w obronie dziewczyny.
Stella nie wytrzymuje psychicznie. Popełnia samobójstwo. To nie jest historia o jednym winowajcy. To historia o współudziale. O biernej zgodzie. O systemie, który pozwala silniejszym wykorzystywać słabszych, a reszcie udawać, że to nie ich sprawa i nie muszą z tym nic robić. Anna nie jest potworem. I to jest najbardziej niepokojące. Jest zwyczajna. Tłumaczy się, analizuje, rozkłada winę na czynniki pierwsze, ale nigdy naprawdę jej nie przyjmuje na swoje barki.
"Piąty rok" to opowieść o małej dziewczynce (Marili), która mieszka na wsi u dziadków. Fabuła jest prosta, wręcz minimalistyczna - obserwujemy codzienność dziecka: dom, obejście, rytuały, drobne lęki i fascynacje. Ale to, co ważne, dzieje się pod powierzchnią.
Opowiadanie jest o momencie granicznym - symbolicznym końcu niewinności i dzieciństwa. Marili zaczyna dostrzegać, że świat nie jest jedynie bezpiecznym miejscem. Pojawiają się elementy niepokoju: religijne obrazy (np. Ukrzyżowanie), sny, zwierzęta, dziwne przeczucia. Dziewczynka nie rozumie jeszcze świata dorosłych, ale wyczuwa jego napięcia: milczenia, ukryte konflikty, coś, co wisi w powietrzu.
Autorka genialnie pokazuje, jak dziecko interpretuje rzeczywistość po swojemu. To nie jest historia o jakimś dramatycznym wydarzeniu. To historia o pierwszym pęknięciu w poczuciu bezpieczeństwa. O chwili, kiedy wyobraźnia przestaje być wyłącznie schronieniem, a zaczyna też produkować lęk.
Obie te historie przywołały mi na myśl wyznanie @Fafalala i jeszcze bardziej uświadomiły z czym musiała się mierzyć.
Książka z pogranicza nauki i zakazanej archeologii. Autor, znany szkocki pisarz i publicysta, na kolejnych stronach opowiada o różnych zabytkach, tajemnicach, tradycjach i wierzeniach z całego świata: zagadce dawnych map i naniesionej na nie Antarktydy, budowlach, geoglifach i wierzeniach Ameryki Południowej, budowlach i wierzeniach Ameryki Środkowej, zbieżnościach religii Ameryk i Starożytnego Egiptu, zjawiskach astronomicznych i precesji Ziemi, piramidach Egiptu i Wielkim Sfinksie, prahistorii Egiptu i "zapomnianych" Faraonach, zagadkach świątyń Egiptu, legendarnych kataklizmach w mitach i podaniach oraz przeszłości Antarktydy. Z przedstawionych hipotez i wysnutych wniosków autor konkluduje, że w przeszłości naszej planety istniała zaawansowana cywilizacja, która wskutek globalnego kataklizmu upadła, a jej przedstawiciele rozpierzchli się po świecie, nauczając prymitywne ludy co pozostawiło po sobie liczne ślady w postaci wierzeń oraz monumentalnych budowli.
Książka jest całkiem ciekawa, o ile nie reaguje się alergicznie na klimaty "zakazanej archeologii". W dzieciństwie z chęcią czytałem Danikena, więc do lektury tej pozycji zasiadłem z ciekawością. W dużej części powtarzała ona fakty oraz teorie mi już znane, ale dowiedziałem się też kilku nowych rzeczy. Pozycja została wydana w 1995 roku, więc już liczy sobie ponad 30 lat, ale moim zdaniem się nie zdezaktualizowała. W komentarzach wrzucam dwie ciekawsze teorie które powstały od momentu jej wydania.
To, na co książka zwróciła mi uwagę, a z czego nie zdawałem sobie do tej pory sprawy, to szczegóły detale pewnego stylu budownictwa przyporządkowanego do okresu Starego Państwa w Egipcie, opartego na wielkich kamiennych blokach, które sprawiają, że jeszcze bardziej nie mają one praktycznego sensu.
@bori Łoj ale te książki schodziły w latach 90, wszyscy czytali, ile tam bredni było wyszło dopiero w dobie internetu. :)
Kto miał zarobić ten zarobił.
Wydawnictwo MAG zapowiada ogłasza finał Wampirzego Cesarstwa. "Cesarstwo świtu" Jaya Kristoffa trafi do sprzedaży 25 marca 2026 roku. Dwa wydania w twardej oprawie, różniące się jedynie szatą graficzną, liczą 1024 strony, w cenie detalicznej 89 zł. Poniżej okładki (lewa pasuje do czarnej okładki pierwszego tomu, prawa do białej) i krótko o treści.
Ze świętego kielicha blask święty się sączy.
Ład na świecie wyjdzie spod wiernego ręki,
a przed obliczem męczeńskiej siódemki
szary człowiek noc bezkresną zakończy.
Gabriel de León stracił rodzinę, wiarę i ostatnią nadzieję na położenie kresu nieskończonej nocy – Świętego Graala, Dior. Kiedy jego jedyną motywacją pozostaje zemsta, wyprawia się z drużyną wiernych towarzyszy do serca rozdzieranego wojną Augustin, by pozbawić życia Wiecznotrwałego Króla.
Ostatni Srebroświęty nie wie jednak, że Graal żyje – i spieszy do oblężonej stolicy cesarstwa, wiedziona wątłą nadzieją na zakończenie bezdnia. W dworskich salach czai się jednak zdrada, a legiony Wiecznotrwałego Króla z każdym dniem są coraz bliżej. Gabriel i Dior zostają wciągnięci w ostateczną bitwę, która zadecyduje o przyszłych losach cesarstwa. Kiedy słońce zachodzi po raz – być może – ostatni, nikomu nie mogą już ufać.
Nawet sobie nawzajem.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
XIX wiek. Mająca już na karku parę stuleci wampirzyca z Europy Południowo-Wschodniej ucieka ze Starego Kontynentu w obawie przed łowcami wampirów i trafia do dynamicznie rozwijającego się Buenos Aires. Przez kilka dekad bezkarnie poluje na ludzi, jednak gdy pewnego dnia zabija młodzieńca z wpływowej rodziny, sama staje się zwierzyną i musi wycofać się do bezpiecznego schronienia.
Ponad 100 lat później Alma, młoda rozwódka z dzieckiem, przeżywająca powolną śmierć matki, przypadkowo wybudza wspomnianą wyżej wampirzycę. Bestia znów rozpoczyna polowanie na mieście. Podczas gdy mieszkańcy Buenos Aires odczuwają strach przed niezidentyfikowanym seryjnym mordercą, Alma pragnie jedynie ponownie spotkać się z wampirzycą...
Jeśli ten opis zachęcił kogokolwiek z was do przeczytania tej powieści, mam smutną wiadomość - zmęczona po całym tygodniu roboty, w parę minut stworzyłam o wiele lepszy tekst, niż pani Yuszczuk w trzy lata. "Pragnienie" to powieść pozująca na ambitną literaturę, jednak literackie nagrody dostaje jedynie za modny w libkowych kręgach intelektualnych wątek lesbijski, bo poza tym zwyczajnie ssie.
Pierwszym głównym mankamentem powieści jest fabuła. Historia wampirzycy jest nudna i nic nie wnosi do wampirzego lore, co nie dziwi, bo stanowi zlepek (tak, zlepek - nie luźne nawiązania, nie trawestację) kanonicznych wampirycznych historii - czarnej legendy Elżbiety Batory, "Draculi", "Carmilli" i "Wywiadu z wampirem". W tej części na plus wyróżnił się jedynie krótki wątek Leonory, nie na tyle jednak, bym miała podwyższyć powieści ocenę końcową - motyw zamordowanej i zmienionej mimo woli w wampirzycę dziewczyny, która swoją nową naturę wykorzystuje do zemsty na dawnych oprawcach, lepiej przedstawiła Stephenie Meyer w "Zaćmieniu" https://m.youtube.com/watch?v=IHWw3kx4OWA . Druga część powieści, skupiająca się na życiu codziennym Almy, jest jeszcze gorsza - do połowy nudna obyczajówka, zamienia się w festiwal robienia kurtyzany z logiki, gdy tylko na horyzoncie pojawia się wampirzyca.
Jak można się spodziewać po powyższym akapicie, kreacja bohaterek stoi na tym samym, bardzo niskim poziomie, co fabuła. Wampirzyca to takie tamagotchi z piosenki Taco, tylko że zamiast "pić, jeść, spać", działa w trybie "pić, roochać". Nie jest więc ani ciekawą protagonistką, której można kibicować, jak np. Selena z "Underworld", ani wzbudzającą fascynację antagonistką jak Dracula. Alma zaś to zwyczajna bezrefleksyjna idiotka, może lepiej by wypadła, gdyby autorki nie piliło jak najszybciej spiknąć ją z lesbijską wampirzycą, bez względu na sens fabuły i prawdopodobieństwo psychologiczne postaci.
Autorka tak jak nie potrafiła stworzyć dobrej historii ani interesujących bohaterów, tak nie zdołała też przenieść na papier klimatu rodzinnego miasta - jeśli ktoś myśli, że czytając tę książkę poczuje klimat Buenos Aires tak, jak u Zafona można było poczuć klimat Barcelony, to się srogo zawiedzie.
Naprodukowałam się, żeby zjechać tę powieść, a prawda taka, że użytkownik Goodreads o nicku H.Sapiens w dwóch zdaniach lepiej podsumował tę książeczkę, cytując:
Dziewiąta pozycja z cyklu Herezji Horusa jest smutną historią Schizmy Marsa.
Mars jest planetą‑zbrojownią imperium, to w jego kuźniach i fabrykach powstają pancerze kosmicznych marines oraz tytani dla armii imperialnej. Podzielony jednak pomiędzy liczne frakcje i sprzeczne interesy, nie jest monolitem.
Narracja obejmuje dwa główne, prowadzone równolegle wątki. Pierwszy ma formę przygodową i dotyczy prac zespołu specjalistów nad nową, rewolucyjną technologią oraz odkrywaniem sekretów kryjących się za marsjańskimi legendami. Drugi ma charakter trzymającego w napięciu dreszczowca wypełnionego polityką, prowokacjami, szantażem i zdradą.
Dialogi są drewniane, a postacie płaskie, szczególnie te drugoplanowe. Książka nadrabia jednak bogactwem detali fabularnych dotyczących Marsa i Mechanicum, umiejętnie budowanym napięciem oraz epickimi bitwami potężnych tytanów.
#czytelniczebingo - nietypowy system magii lub technologia - bóg-maszyna, połączenie technologii z mocami demonicznymi, maszyny samoświadome, “zły” kod
Trudno jest mi napisać cokolwiek o tej książce w sposób bezstronny. Jej autorka jest bowiem moją znajomą i pracowaliśmy razem przez kilka lat. Podobnie jak trudno jest mi odnieść się do wartości merytorycznej, bo niestety moja wiedza o średniowieczu nie wystaje ponad poziom przeciętnego ucznia liceum. Jednak spróbujmy. Maja Iwaszkiewicz podjęła się tematu bardzo interesującego, mianowicie podejścia ludzi do zwierząt w epoce średniowiecza. Znam autorkę i mogę zaświadczyć, że to jak wielką pasją darzy średniowiecze, jest na prawdę godne podziwu. Jest to więc książka napisana przez historyczkę mediawistkę, ale też zajawkowiczkę. I to czuć. Niestety... dlaczego niestety? Ano dlatego, że tego entuzjazmu jest aż za dużo. Wylewa się z kart książki, autorka stosuje sporo wykrzyknień i ma to moim zdaniem niezbyt dobry wpływ na odbiór całości. Jednak sama tematyka jest niezwykle interesująca, podana w luźny sposób i okraszona ilustracjami. Jest to idealna pozycja do przeczytania dla kogoś, kto chce się zrelaksować a jednocześnie czegoś dowiedzieć. Masa ciekawostek a czasami zabawnych faktów. Jak dla mnie, głównie ze względu na styl pisania autorki, dobra książka dla powiedzmy starszej młodzieży w przedziale 15-18 lat.