Krótka lektura traktująca o losach Tomasza Münzera i wojny chłopskiej w XVI w. na terenie dzisiejszych Niemiec i Szwajcarii.
Przyjemnie czytało mi się tę książkę. Temat wyzysku biednych przez bogatych towarzyszy nam od zarania ludzkości i pewnie zawsze będzie towarzyszył. Warto pamiętać, do czego to prowadzi na dłuższą metę.
Kontynuując moje wyzwanie związane z czytaniem książek z "Perdido" w tytule, miejscach i nazwach własnych, trafiłem na literaturę młodzieżową, która niedawno miała swoją polską premierę - "Agencja Perdido - Droga przez mrok".
Jest to pierwszy tom przygodowo-fantastycznej historii o Lucy Lachance, dziewczynce, której matka znika w tajemniczych okolicznościach, zostawiając po sobie więcej pytań niż odpowiedzi. Lucy trafia pod opiekę ciotki, która w dużym skrócie traktuje ją jak Dursleyowe Harego Pottera, czy kolejni opiekunowie rodzeństwo Baudelaire.
Rok później Lucy trafia na dziwny przedmiot - wahadło, które okazuje się nie tylko kluczem do świata rzeczy zagubionych, ale też początkiem wejścia w rzeczywistość pełną ukrytych miejsc, do których trafiają przedmioty, ludzie i sekrety, których zwykły świat nie potrafi już odzyskać. Od tego momentu książka zmienia się w wyprawę przez kolejne warstwy tajemnicy: od nowojorskiego Grand Central, przez mroczne podziemia pełne zgub, aż po Kraj Cierni, w którym dziecięcy lęk miesza się z prawdziwym horrorem.
Najbardziej podobało mi się w tej książce to, że Victor Dixen bardzo dobrze wykorzystuje prosty, ale nośny pomysł: co dzieje się z rzeczami, które gubimy? Na tym fundamencie buduje świat, który jest jednocześnie baśniowy, trochę steampunkowy, trochę gotycki i momentami naprawdę niepokojący. To nie jest tylko przygodówka o szukaniu matki, ale też opowieść o pamięci, porzuceniu, winie i o tym, że pewne rzeczy - nawet jeśli zostają zgubione - nadal mają ciężar. Bardzo pasowało mi to przejście od zwyczajnego dramatu dziewczyny, pozostawionej samej sobie, do historii o tajnej gildii, potworach karmiących się strachem i rodzinnych sekretach, które sięgają dużo głębiej, niż początkowo można zakładać.
Lucy jest bohaterką skonstruowaną w dość klasyczny sposób: skrzywdzona, samotna, ale uparta i mająca w sobie moc, której sama jeszcze nie rozumie. Mimo że to schemat znany z wielu książek młodzieżowych, tutaj działa, bo jej motywacja jest bardzo konkretna i emocjonalna - ona nie chce ratować świata, tylko odnaleźć matkę - tyllko tyle i aż tyle. Dopiero później okazuje się, że osobista sprawa jest częścią większej układanki. Dobrze wypada też Jasper, który początkowo wygląda jak ktoś stojący po niewłaściwej stronie, ale z czasem staje się bardziej tragiczną postacią niż zwykłym pomocnikiem. Rita Perdido dodaje historii tajemnicy i ciężaru, a Rex, czyli arogancki kot, wprowadza odrobinę humoru, który nie rozwala klimatu, tylko pozwala odetchnąć między bardziej mrocznymi scenami.
Największą siłą książki jest jednak klimat. Grand Central jako brama do ukrytego świata rzeczy zgubionych to świetny punkt wyjścia, a Kraj Cierni ma w sobie coś z koszmaru, baśni braci Grimm i dziecięcej traumy, która nigdy do końca nie znika. Podobało mi się też to, że książka stopniowo poszerza skalę: zaczynamy od zaginionej matki, potem pojawia się tajemnicza agencja, potem rodzinne dziedzictwo, a na końcu przeklęte regalia i większy konflikt, który wyraźnie przygotowuje grunt pod kolejne tomy.
Słabsze jest dla mnie to, że miejscami książka idzie bardzo mocno ustalonym schematem pierwszego tomu serii: dużo wyjaśniania zasad świata, dużo nowych nazw, dużo elementów, które są bardziej zapowiedzią przyszłych wydarzeń niż pełnoprawnym rozwiązaniem w tej części. Czasami miałem wrażenie, że autor wrzuca kolejne koncepcje trochę za szybko. Wszystkie elementy są ciekawe, ale chwilami robi się tego tak dużo, że czytelnik traci trochę koncentrację.
Niektóre rozwiązania są też dość wygodne fabularnie. Lucy bardzo szybko wpada w sam środek ukrytego świata i choć oczywiście wynika to z jej daru oraz rodzinnego pochodzenia, momentami czuć konstrukcję "tej wybranej/wyjątkowej". Nie przeszkadzało mi to bardzo, bo książka ma w sobie dużo energii i wyobraźni, ale jest to ten typ historii, w której trzeba zaakceptować konwencję. Jeśli ktoś nie lubi młodzieżowych przygodówek z tajnym światem ukrytym pod powierzchnią naszej rzeczywistości, może mieć poczucie, że zna już część tych mechanizmów z innych książek.
Mimo tego "Agencja Perdido" czyta się bardzo dobrze. To książka, która ma świetny pomysł, mocny nastrój i wyraźną obietnicę większej historii. Najbardziej doceniam ją za wyobraźnię i za to, że świat rzeczy zagubionych nie jest tylko ładnym gadżetem, ale miejscem naprawdę niepokojącym, pełnym strat, niedopowiedzeń i potworów zbudowanych z dziecięcych lęków. Nie jest to tom całkowicie samodzielny - finał wyraźnie zostawia czytelnika z poczuciem, że prawdziwa opowieść dopiero się zaczęła - ale jako otwarcie serii działa bardzo dobrze.
To jedna z tych książek, które już z samego założenia powinny się nie udać. Kryminał, w którym śledztwo prowadzą… owce? A jednak Leonie Swann zrobiła z tego coś naprawdę inteligentnego, zabawnego i momentami zaskakująco refleksyjnego.
Punktem wyjścia jest śmierć pasterza George’a, którego ciało odnajduje jego stado. Owce, przekonane, że człowieka zamordowano, próbują rozwikłać zagadkę na swój własny sposób. Problem polega na tym, że interpretują świat przez pryzmat owczej logiki - rozumieją tylko fragmenty ludzkich zachowań, często wyciągają absurdalne wnioski, ale jednocześnie potrafią dostrzec rzeczy, które ludziom umykają.
Największą siłą książki są właśnie literackie nawiązania i gra konwencją. Oczywiste skojarzenia z "Folwarkiem zwierzęcym" czy "Wodnikowym Wzgórzem" pojawiają się niemal od razu, ale im dalej w historię, tym więcej można znaleźć kolejnych tropów. Sama konstrukcja śledztwa mocno przypomina klasyczne kryminały w duchu "Morderstwo na plebanii" albo historii z "Przygód Sherlocka Holmesa" - mamy zamkniętą społeczność, obserwację szczegółów i próbę logicznego połączenia faktów.
Ale pod tą lekką formą kryje się też coś bardziej gorzkiego. W kilku momentach książka bardzo mocno skojarzyła mi się z "1984" czy nawet "Procesem". Szczególnie wtedy, gdy bohaterowie próbują zrozumieć system, którego zasad nie pojmują, albo gdy absurd zaczyna być traktowany jako coś normalnego. Owce obserwujące ludzi momentami przypominają czytelnika próbującego zrozumieć świat, który ma sam coraz mniej sensu.
Najlepsze jest jednak to, że Swann bardzo umiejętnie balansuje humor i refleksję. Książka jest zabawna, czasem wręcz absurdalna, ale nigdy nie zamienia się w parodię dla samej siebie. Pod tą "owczą" perspektywą naprawdę kryje się inteligentna obserwacja ludzkich zachowań. To kryminał totalnie nietypowy, ale właśnie dzięki temu tak dobrze zapadający w pamięć.
Świetnie się bawiłam czytając książki z tej serii. Odnośnie okładek wolę polskie wydania z poprzedniej dekady. Gdzieś w internecie mignął mi zwiastun filmu z Hugh Jackmanem z motywem owiec prowadzących śledztwo. Nie wiem tylko czy jest inspirowany tą książką czy nie.
Śmierć przechylił czaszkę na bok, jakby wsłuchiwał się w wewnętrzny głos. Opadł mu kaptur i martwy król zauważył, że Śmierć przypomina gładki szkielet pod każdym względem prócz jednego: oczodoły płonęły mu błękitem nieba. Verence nie czuł strachu - trudno czuć strach, jeśli elementy do niego niezbędne stygną właśnie o kilka stóp obok, a w dodatku nigdy w życiu niczego się nie bał i nie miał ochoty zaczynać w tej chwili. Po części z powodu braku wyobraźni, ale też dlatego że był jednym z tych rzadkich osobników całkowicie zogniskowanych w czasie.
Dom Wydawniczy REBIS ogłasza dodruk historyczny. "Chwała Rzymu" Anthony'ego Everitta ponownie w sprzedaży od 9 czerwca 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie obejmuje 464 strony, w cenie detalicznej 89 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Pasjonująca opowieść o tym, jak z małej osady nad Tybrem Rzym przekształcił się w imperium, które zmieniło oblicze świata.
Anthony Everitt przedstawia wciągającą, a przy tym rzetelną naukowo opowieść o drodze Rzymu do chwały, pełną ważnych lekcji dla naszej epoki. Jak starcie między patrycjuszami i plebejuszami kształtowało politykę republiki? Dlaczego roztropna rzymska strategia oferowania obywatelstwa pokonanym sąsiadom przyczyniła się do rozwoju kiełkującego imperium? Jak to się stało, że niewyobrażalne bogactwo i potęga wypaczyły tradycyjną republikańską virtus i w Rzymie, triumfującym na zewnątrz, pojawiły się pierwsze oznaki rozkładu wewnętrznego?
Autor kreśli niezapomniane portrety wielkich Rzymian, m.in. Cyncynata ,symbolu rzymskiej odwagi i surowości obyczajów; błyskotliwego wodza Scypiona Afrykańskiego, który odparł zagrożenie ze strony Hannibala. Oddaje też głos pisarzom, historykom, myślicielom, których uwagi na temat sztuki rządzenia i „dobrego życia“ inspirowały wszystkie zachodnie potęgi od starożytności po obecne czasy, jak choćby Cyceron, wytrawny prawnik, mówca i filozof – jego pisma poświęcone sprawiedliwości i wolności do dziś kształtują nasz dyskurs polityczny.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Książka napisana w gawędziarskim stylu, jak to u Myśliwskiego bywa, lecz cała jej fabuła wydaje mi się tylko pretekstem do przemycenia filozofii i snucia refleksji na temat życia. Wiele spostrzeżeń jest niesamowicie trafnych, głębokich i ciężko się z nimi nie zgodzić. Ja sobie tę książkę zaznaczam jako nadającą się do czytania w ramach praktyki stoickiej. Choć takiego stricte bezpośredniego stoicyzmu w niej nie ma, to zawiera w sobie taki pokład refleksji, że ciężko aby nie poruszyły one tej naszej wewnętrznej refleksyjności i z nią nie zarezonowały.
O treści książki nie będę pisał, bo są już jej dużo lepsze recenzje na bookmeter.
Czytając pierwszą część z Pięcioksiągu Sokolego Oka nie spodziewałem się, że tak się wciągnę. Nie wkurzały mnie opisy natury, postacie były całkiem fajnie napisane, a tłumaczenie... Kto to kurka tłumaczył i czemu Sokole Oko jest Sokole, a nie Jastrzębie?
Mniejsza o to, bardzo fajnie mi się czytało książkę, pomimo tego co właściwie się w samej książce dzieje. Jak na ponad dwustuletnią książkę i dosyć stare tłumaczenie, to nie miałem problemu by zagłębić się w całość i naprawdę dobrze się bawić. Co ciekawsze, znacznie lepiej się bawiłem przy tej książce niż obecnie przy bardziej znanym Ostatnim Mohikaninie.
Tłumaczenie wierne vs lokalizacja i zakorzenione w kulturze zwroty.
"Sokole oko"i wszytko jasne, a "Jastrzębie oko" co symbolizuje? Chyba, że faktycznie, z kontekstu postaci imię opisuje inną cechę niż przyjęte w Polsce Sokole oko.
Absolutnie nie jestem fanem rodziny królewskiej, ale coś mnie podkusiło kilka lat temu by kupić książkę. I tak sobie stała na półce i zbierała kurz. W sumie to już chyba z miesiąc temu przeczytałem ją, ale strasznie się męczyłem. No i w sumie nie chciało mi się wrzucać wpisu xD
O samej książce cóż... Harry rozprawia się ze swoimi demonami przeszłości, opisuje jak wielki uraz zostawiła mu w głowie śmierć Diany. I tak w sumie całą książkę. Podobały mi się w sumie opisy z życia Harry'ego, zwłaszcza, że w przeciwieństwie do wielu innych autorów - jego opisy przyrody były... fajniejsze? Ciekawsze? Coś w tym stylu.
Niemniej jednak, strasznie się męczyłem z przebrnięciem przez całość.
@ArmandoNumber5 mnie również nie ciągnie do rodzin królewskich (normalni ludzie jak każdy, tyle że urodzili się tam a nie gdzieś indziej), a jeszcze bardziej mnie nie ciągnie do biografii w ogóle ludzi (no chyba że Hitler XD)
Wspomnienia amerykańskiego ambasadora, który spędził w Polsce około dwóch lat, by ostatecznie po "wolnych" wyborach w roku 1947 zrezygnować ze stanowiska i wrócić do USA.
Ciekawa lektura, szczególnie opis interakcji z moskiewskimi pachołkami(Bierut, Berman i reszta komunistycznej kliki).
To piękny opis tragedii polskiego narodu i porażki państw zachodnich w egzekwowaniu postanowień z Jałty i Teheranu. Gdy w Polsce opozycja jest niszczona, ludzie zastraszani, a nawet zabijani przez komunistycznych agentów, najlepsze, co może zaoferować amerykański sojusznik, to kolejne pisma, które, a jakże, są olewane. Twardsze działania sugerowane przez autora są puszczane mimo uszu.
Książkę można dorwać na archive.org w wersji angielskiej, jeśli kogoś interesuje taka tematyka.
Wydawnictwo Zysk i S-ka zapowiada dodruk książki Johna Ronalda Reuela Tolkiena. "Silmarillion" wróci do sprzedaży 2 czerwca 2025 roku. Wydanie w twardej oprawie z obwolutą ma 484 strony, w cenie detalicznej 104,99 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Niezbędna pozycja w biblioteczce każdego fana Tolkiena ? zbiór opowieści o Pierwszej Erze Świata, czyli Dawnych Dniach, poprzedzających epokę, w której rozgrywa się akcja Władcy Pierścieni.
Opowiedziane w książce legendy i mity sięgają zamierzchłych czasów, gdy pierwszy Władca Ciemności przebywał w Śródziemiu, a elfy Wysokiego Rodu toczyły z nim wojnę, by odzyskać Silmarile, trzy „świetliste klejnoty“, w których przetrwało światło Dwóch Drzew Valinoru.
Książkę wypełniają legendy o Ainurach, Valarach, upadku Númenoru i Pierścieniu Władzy. Razem składają się one na niepowtarzalny obraz dziejów Śródziemia ? od Muzyki Ainurów, z której zrodził się świat, aż do końca Trzeciej Ery, gdy powiernicy Pierścienia odpłynęli z Szarej Przystani...
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Tymczasem król Verence, władca Lancre, dokonywał odkrycia.
Jak większość ludzi - w każdym razie większość ludzi w wieku poniżej sześćdziesiątki - Verence nie dręczył swego umysłu rozważaniami, co się dzieje z człowiekiem po śmierci. Jak większość ludzi od samego zarania dziejów zakładał, że w końcu wszystko samo się jakoś ułoży.
I - jak większość ludzi od zarania dziejów - był teraz martwy.
Książka trochę o niczym. Czytałem ją jakieś 2 miesiące temu i bez sięgania po nią na półkę nie pamiętam z niej nic (a aż tak źle z moją pamięcią nie jest...).
Biorąc już książkę w rękę i ją wertując, coś jednak sobie przypominam. Podmiot liryczny zaczyna od stwierdzenia, że dokładnie upozorowała swoją śmierć. I zaczyna w ten sposób pleść opowieść o swoim życiu, którego finałem będą efekty tego (spoiler alert - nieudolnego) upozorowania śmierci. Bohaterki życie było pełne gwałtownych skrętów, których motywację trudno było mi zrozumieć. Nie chce się w żaden sposób dać wtłoczyć w schematy, które widzi w życiu, więc tak kluczy, w końcu nie ma innej ucieczki niż "śmierć" i rozpoczęcie od nowa.
Pomysł ciekawy, wykonanie co najwyżej przeciętne. Szkoda było czasu.
Feministyczna antyutopia o Ameryce zamienionej w religijny reżim oparty na bazie biblijnego fundamentalizmu. PIsana z perspektywy kobiet i zajmująca się przede wszystkim losem kobiet, które nieważne na jakiej pozycji w społeczeństwie się znajdowały, miały w jakiś sposób przerąbane. Na czele z podręcznymi, które zostały pozbawione wszystkiego poza jednym zadaniem: realizowanie celów rozrodczych. Mężczyźni, w zasadzie oprócz tych stojących na czele społeczeństwa bądź tych dbających o ład i porządek z bronią w ręki, praktycznie są nieobecni. Myślę, że o fabule nie ma co się rozwodzić, bo zdecydowanej większości jest ona znana, nawet jeśli mniej dzięki książce, to bardziej dzięki serialowi nagranemu na jej podstawie.
Sama książka jest napisana dosyć suchy i nieemocjonalny sposób, jak każda antyutopia ma trochę nielogiczności, ale tak podsumowując książka całkiem niezła. Zakończenie bardzo otwarte, wręcz proszące się o ciąg dalszy - który został finalnie napisany 30 lat później. Niemniej ja za kontynuację nie będę się zabierać.
Nie powinnam się wypowiadać bo znam serial ale wzbudzał we mnie dość silne emocje. I tak sobie pomyślałam czy bym dzisiaj w końcu tego ostatniego sezonu nie zaczęła oglądać
“The forests are gone, but the monsters still remain.”
XI część cyklu Herezja Horusa
Akcja dzieje się 50 lat po wydarzeniach kończących “Zstąpienie Aniołów”. Wieść o zdradzie Horusa dociera do Legionu Mrocznych Aniołów. Lion El’Jonson świadom niemożliwości szybkiego przegrupowania całego legionu zaangażowanego w wieloletnią batalię w odległym zakątku galaktyki, powołuje niewielką flotę ekspedycyjną mającą na celu zabezpieczenie silnie zindustrializowanego systemu Tanagra, aby uniemożliwić zdrajcom utworzenie tam centrum zaopatrzenia.
Narracja podzielona została na dwa naprzemiennie prowadzone i w zasadzie oddzielne wątki.
Pierwszy dotyczy Zahariela i Luthera na Calibanie. Choć zaczyna się smętnie od biadolenia “czy tatuś Lew nas jeszcze kocha?”, to przeradza się we wciągającą i emocjonującą opowieść o niepokojach wśród mieszkańców rodzimej planety, duchach przeszłości i złożonej intrydze, z umiejętnie wplecionymi elementami horroru. 8/10
Drugi obejmuje Nemiela oraz flotę Liona i jest to typowy “Space Marine Wietnam”, z bitwami statków kosmicznych mającymi pokazać zmysł taktyczny Jonsona, dużą ilością intensywnych starć naziemnych i łatwo przewidywanymi motywami podstępu i zdrady. 6/10
Mike Lee operuje prostym językiem dalekim od kwiecistego stylu Grahama McNeilla, więc tylko kilka terminów z żargonu wojskowego wymagało wyjaśnienia. Natomiast zdecydowanie gorzej mi się czyta anglosaskie formatowanie dialogów. Czas przyzwyczajać się, gdyż jak dotąd w języku polskim wydano tylko 45 części, więc do oblężenia Terry jeszcze daleko.
Do “Fallen Angels” podchodziłem sceptycznie, ale okazała się dobrą książką. Wciąż daleko jej do najlepszych pozycji Herezji, ale i tak stawiam ją znacznie wyżej od “Zstąpienia Aniołów”.
Smutna historia o marzeniu niemożliwym, ale dającym jakiś cel w życiu.
George i Lennie łażą od rancza do rancza szukając tymczasowej roboty. Lennie jest upośledzonym wielkoludem, ma intelekt małego dziecka. Dlatego też często pakują się w kłopoty i muszą szukać innej roboty. George się nim opiekuje, jak tylko umie, fajna więź. Lennie ufa mu bezgranicznie.
Chłopaki mają marzenie. Uzbierać troche pieniędzy, kupić własne gospodarstwo, żyć z tego co da ziemia i najważniejsze króliki. Lennie był zafiksowany na punkcie królików.
"– Kiedyś uskładamy trochę forsy i będziemy mieli własny domek i kilka akrów, i krowę, i parę świń, i…
– I będziemy żyli z tego, co da ziemia! – zawołał Lennie. – I będziemy mieli króliki! Mów dalej, George"
Książka mimo, że krótka to porusza trochę tematów, nad którymi można się zastanowić.
Po kilku wcześniejszych tomach przygód Bonda miałem wobec Goldfingera naprawdę duże oczekiwania - głównie dlatego, że sam antagonista urósł już do rangi jednego z najbardziej ikonicznych złoczyńców całego uniwersum Goldfinger. I chyba właśnie przez ten status książka trochę mnie rozczarowała.
Tym razem Bond trafia na trop Aurica Goldfingera - ekscentrycznego milionera powiązanego z przemytem złota i wielką finansową machiną. Początkowo historia bardziej przypomina grę obserwacji i próbę zrozumienia, kim właściwie jest Goldfinger i co planuje. Trafia na niego 2 razy, zanim rozwinie się właściwa akcja, próbując rozszyfrować w jaki sposób oszukuje. Dopiero później całość przechodzi w bardziej klasyczną bondowską historię o wielkim planie i zagrożeniu na ogromną skalę.
I problem polega na tym, że sam Goldfinger nie wypada aż tak imponująco, jak się spodziewałem. Oczywiście jest inteligentny, obsesyjny i bezwzględny, ale przez dużą część książki bardziej przypomina dziwacznego bogacza niż ostatecznego złoczyńcę. Dopiero gdy wychodzi na jaw, że jest gotów poświęcić całe miasteczko i zamordować ogromną liczbę ludzi dla realizacji swojego planu, zaczyna być naprawdę niepokojący. Wcześniej brakowało mi trochę tej aury zagrożenia, którą miał choćby Doktor No.
Podobało mi się natomiast, że Fleming ponownie pozwala Bondowi działać bardziej jako obserwator i człowiek próbujący rozgryźć przeciwnika, a nie tylko maszyna do akcji. Są tu fragmenty bardzo klimatyczne - szczególnie te związane z hazardem, oszustwami i analizowaniem zachowań Goldfingera. To nadal ten bardziej szpiegowski Bond, którego lubię najbardziej.
Niestety druga połowa książki jest już dużo bardziej komiksowa i momentami trudno było mi traktować ją całkowicie poważnie. Widać też, jak mocno seria zaczyna budować własny schemat: ekscentryczny złoczyńca, wielki plan, piękna kobieta i Bond próbujący przeżyć sytuację, która wydaje się niemożliwa do wyjścia. To nadal całkiem przyjemna przygodowo-szpiegowska lektura, ale jeden z tych tomów, które bardziej docenia się za wpływ na popkulturę niż za samą historię.
@saradonin_redux tak, dokładnie tak się nazywała. Natomiast jej rola pojawia się w książce dopiero pod koniec (za 70-80% książki), mam wrażenie, że w filmie to było dużo, dużo wcześniej. Muszę obejrzeć film jeszcze raz, żeby porównać.
Wydawnictwo ArtRage przygotowuje nowy tom serii Cymelia. "Cesarstwo, które nigdy nie istniało" Angéliki Gorodischer ukaże się 12 czerwca 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie z obwolutą zawiera 288 stron, w cenie detalicznej 69 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Nie wiadomo kiedy, nie wiadomo gdzie, a nawet czy w ogóle istniało Cesarstwo, którego granic także nie sposób wytyczyć. Przez setki, a może tysiące lat państwem tym władali najróżniejsi władcy i władczynie: mądrzy i podli, odpowiedzialni i tchórzliwi, wielbieni i nienawidzeni. O niektórych z nich, ale także o bitwach, o zdradach, o zakładaniu miast i o wyprawach przez pustynie opowiadają zebrane w tym tomie historie, snute przez zawodowych gawędziarzy.
Słuchajcie zatem opowieści: o młodym następcy tronu, którego nauczono nienawidzić ojca, ale czas pozwolił mu poznać prawdę i smak zemsty; o mądrej cesarzowej, która wywodziła się ze społecznych nizin, i sprytem dotarła na sam szczyt, z korzyścią dla korony i poddanych; o walecznym i głupim generale; o przebiegłym kupcu, który wiedział, jak niebezpieczny może być taniec; o mordercy, który stanął na czele rewolty; i jeszcze innych słuchajcie!
Gęstym, często poetyckim, zawsze precyzyjnym językiem Anglica Gorodischer opowiada swoje historie, a może mity, w których odbija się wielka tradycja fantastyki baśniowej, ale także latynoamerykańskie doświadczenie politycznej przemocy.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Zacznę od tego, że postaram się być możliwie jak najbardziej obiektywny, gdyż ze Stachurą mam problem, ale o tym za moment. O czym jest książka? Historia jest prosta. Główny bohater, Janek Pradera ma dosyć dotychczasowego życia, chce od niego uciec, mimo tego, że wie iż zgotować mu to może masę wewnętrznego cierpienia. Jedzie na dawne tzw. ziemie odzyskane i zatrudnia się przy wycince lasu. Tam poznaje miejscowych, pracowników leśnych i szybko się wśród nich odnajduje. Razem z nimi chodzi do knajpy, prowadzi rozmowy an banalne tematy, zaczyna żyć ich życiem. Jednak wciąż prześladuje go ból pozostały po miłości, która odeszła i opuszczeniu miejsca w którym był. Stachura do powieści wplótł wątki autobiograficzne a całość miewa lekko poetycki styl. Dodatkowo bywa, że autor zwraca się do czytelnika poprzez swego rodzaju strumień świadomości. A teraz bardzo osobiście. Książkę tę czytałem pierwszy raz będąc na studiach i zrobiła na mnie wtedy ogromne wrażenie. Trafiła w swój czas. Nie wiedziałem czego chcę, miałem pierwsze objawy depresji i przy okazji pracowałem fizycznie na hali produkcyjnej i przy obsłudze maszyn. Zachwyciło mnie w niej wszystko - język, historia, główny bohater. Zostałem fanem Stachury połykając całą jego twórczość. Potrafiłem jechać przed siebie pociągiem do bylegdzie i w tym bylegdzie wysiąść na stacji, usiąść na ławce i czytać. Niemniej z perspektyw czasu i po kolejnej lekturze po latach "Siekierezada" jawi mi się, jako dość depresyjna i momentami przesadnie poetycka z "zlew myśli" bohatera bywa męczący. Polecam jednak każdemu, bo Stachura, to po prostu klasyk.
Ciekawe czy każdy tak ma, ja nie raz miałem tak że książka czy opowiadanie za młodu mnie się bardzo podobało, a przeczytane po latach odbieram dużo gorzej.
Może człowiek jak młody to romantyczny jakiś, uczuciowy bardziej no i oczywiście bardziej naiwny.
Po latach życia na tym łez padole, szarpania się żeby to czy tamto ogarnąć, inaczej patrzymy na świat.
@WatluszPierwszy ze Stachurą jest dokładnie jak z Hłaską. Trafiają do ludzi w wieku 16-23, z tych samych powodów, i potem jak się ich czyta w dojrzałości, to już człowiek sam nie wie co w tym widział.
@Maciek Stachurę nadal lubię, ale to już głównie z sentymentu. Co do Hłaski to uwielbiałem właśnie w takim wieku licealnym a po latach, to on mi się zaczął wydawać takim zblazowanym pozerem. Nie potrafię już do tego wrócić.
@WatluszPierwszy Tak jak ze Stachurą mam tak że poezja>powieści, tak u Hłaski opowiadania>powieści. Do końca lat 50 miał całkiem niezłe ("Cmentarze", "Następny do raju"), ale już okres lat 60 to jest potworna bufoniada literacka. Do "Sowy, córki piekarza" miałem ze cztery podejścia i nie umiem tego czytać. Nawet "Piękni dwudziestoletni" po latach już nie są tacy znów piękni.