W ogóle z rozkmin, to jakby Everything Everywhere All At Once wyszło w zeszłym roku, a nie w 2022 to by miało mniejsze szansę na Oskara, bo by byli ludzie co by mówili, że losowe jakby AI to pisało i efekty jakby AI wymyślało.
@Deykun a ja nie mam ochoty oglądać żadnego nominowanego filmu bo tam same zwykłe pierdoły (przynajmniej po opisach i recenzjach) zamiast czegoś typu to czy Parasite ¯\_(ツ)_/¯
Marzycielsko i romantycznie. Zapraszam na #piechuroglada
----------
Tytuł: La Double Vie de Véronique (Podwójne Życie Weroniki)
Rok produkcji: 1991
Reżyseria: Krzysztof Kieślowski
Kategoria: #dramatpsychologiczny #arthouse
Czas trwania: 98 min
Moja ocena: 6/10
W dwóch różnych krajach dwie różne kobiety wiodą podobne życie, a ich losy zdają się być połączone niewidzialną nicią.
Bardzo artystyczny obraz, pełen metafizyki i romantyzmu. Ciekawe zdjęcia i ujęcia, muzyka budująca atmosferę i grająca jedną z ról w filmie. Jak to w europejskich produkcjach tamtego okresu musi być trochę nagości i erotyzmu, co jednak pomaga też budować postać marzycielskiej, wrażliwej i romantycznej bohaterki, świetnie zagranej przez delikatną Irène Jacob. Podobał mi się pomysł, podobały mi się zdjęcia, ale zostałem przefiltrowany przez ogólną atmosferę: takie kino chyba zwyczajnie nie jest dla mnie. Czuję się źle oceniając ten film jak oceniam, chyba powinien dostać ten punkt więcej za próbowanie czegoś innego, ale nie jestem w stanie zmienić swoich odczuć. Polecam wrażliwym i artystycznym duszom.
Fun fact: Kieślowski musiał nagrać lekko zmodyfikowane, bardziej dosłowne zakończenie dla amerykańskiej publiczności, która nie rozumiała subtelnej metafory oryginału.
Dobrze, że seans współdzielony inaczej bym wyłączyła po 10 minutach. Z moim osobistym klubikiem filmów "niszowych" naprawdę odkrywam kino na nowo. Chociaż głębiny, w które wchodzę mogą wydać się mało ambitne, to cieszę się, że poznaję filmy także z tej innej strony.
Tytułowa baba po prostu jedzie z pośrednikiem zobaczyć dom, ale nie będzie to jej dane, gdyż podczas wymiany koła zauważa niezbyt legalne rzeczy na podwórku u sąsiadów. Banda patałachów, o przepraszam, banda złowieszczych dilerów rusza w pościg za niechcianym świadkiem. Gdzieś tak w połowie typowa baba odnajduje porzucony warsztat i tam transformuje się w Macho Babę by ostatecznie zlikwidować problem ścigających ją złoli.
Złole to istne patałachy, przez pół filmu ganiają babę, która wiecznie im ucieka, a potem giną jeden po drugim z rąk już Macho Baby.
Najczęstsze słowa, które pojawiają się w filmie to "shit" oraz "bitch". Na początku filmu sama baba wypowiada "shit" regularnie co kilka minut, ale co się dziwić skoro banda patonarkobiznesmenów ją ściga, chce zgwałcić, zabić, albo doprowadzić ją żywą do szefa - choose one.
Niektóre teksty były tak kuriozalne, że ciężko nie wybuchnąć śmiechem: "I'am bad bitch!" albo "Uważajcie, ona ćwiczyła balet!".
Szczytem kuriozum był całkiem nieźle widoczny dźwiękowiec złapany w całej okazałości w jednej ze scen przez kamerę gdy kucał w krzakach z mikrofonem.
Normalnie dałabym 2/10, ale to ten film z rodzaju "tak zły, że aż dobry". Zresztą to film związany z Tromą, co dużo mówi także o poziomie filmowym tego dzieła.
Robotnik marzący o przygodzie odkrywa, że jego pamięć została sfabrykowana, a sam jest uczestnikiem akcji mającej na celu wsparcie rebelii na Marsie.
Film dla chłopa, pachnący latami 80. oraz ociekający unikalnym stylem Verhoevena. Jako widz dostałem to, czego chciał również główny bohater, co swoją drogą było fajnym zabiegiem. Obraz trąci jednak myszką, duża część efektów będących w topce w tamtych czasach zwyczajnie zestarzała się kiepsko. Do oglądnięcia jako ciekawostka, swoisty wehikuł czasu. Jest rozkosznie, śmiesznie, sam koncept jest ciekawy, ale im dłużej oglądałem, tym bardziej mi się nudziło. Grę Arnolda najlepiej oddaje załączony plakat. Jednak ani gra Schwarzeneggera, ani przestarzałe efekty nie są tym, co przeszkadzało mi najbardziej, a był to kompletny brak gry światłem: wszystko wydawało się płaskie, czuć było sztuczność, zabrakło mi klimatu jaki został osiągnięty np. w Blade Runner, który zwyczajnie bije Total Recall na głowę mimo bycia 8 lat starszym. Polecam jako luźny film na wspólny wieczór z tatą przy piwku.
Fun fact: W postać Tony'ego, mutanta o oszpeconej twarzy, wciela się Dean Norris, aktor znany z roli Hanka "They're minerals" Schradera z serialu Breaking Bad.
Ależ ten serial jest za⁎⁎⁎⁎sty! Pierwszy sezon był znakomity, ale drugi wchodzi na kolejny poziom. Ponownie mamy dwie linie czasowe - czyli czas teraźniejszy w Dubaju, gdzie Louis opowiada dziennikarzowi o swojej historii i czasach z jego wspomnień.
SPOILERY jak coś!
Tym razem przenosimy się z Nowego Orleanu do Europy. Lestat został tam pozostawiony na pastwę śmierci, a Louis z Claudią przemierzają kolejne rumuńskie wioski próbując odnaleźć podobnych sobie. Szybko czeka ich rozczarowanie, wyruszają więc do powojennego Paryża. Tam poznają w końcu wampirów bardziej podobnych sobie. Władcą wampirzego klanu paryskiego jest enigmatyczny Armand, który z miejsca zakochuje się w Louisie.
Wampiry w francuskiej stolicy mają swój własny teatr - z której robią nie tylko uciechę dla zwykłych widzów, ale także dla samych siebie - bez konsekwencji mogą pożywiać się ludźmi na scenie, bo widzowie myślą, że to po prostu kolejna część przedstawienia. Louis nie jest zainteresowany klanem ani teatrem, za to zbliża się coraz bardziej z Armandem. Tymczasem Claudia wstępuję do teatru z chęcią.
Jednak wampiry zaczynają coś podejrzewać, coś co wie już Armand - że stwórcą Louisa i Claudii był Lestat - były aktor z ich teatru, którego para z Ameryki zabiła, albo próbowała zabić. Gdy tylko francuskie wampiry odkrywają prawdę los Louisa i Claudii jest zagrożony. Czy pomoże Armand?
A może pomoże ktoś inny, ktoś kto w sumie powinien kroczyć ścieżką zemsty a nie im pomagać?
Dziennikarskie śledztwo, szukanie luk, pozwoli Molloyowi (przeprowadzającemu wywiad) przedstawić inną wersję wydarzeń w Paryżu i odkryć niewygodną prawdę o Armandzie.
Teraz moja wstawka: Louis jest chaosem, bazuje na swoich szybkich uczuciach, jest egocentryczny i zachłanny - on chce mieć dziecko! panie Lestat zrób mnie dziecko, chociaż konsekwencje tego będą ponure. Louis działa często impulsywnie, ale zarazem na tym zbiera swoją siłę - jego zdecydowanie w newralgicznych momentach jest wręcz potężne. Czy to się poprawia gdy wlatuje w związek z Armandem? Może, chociaż wspomnienia z wydarzeń gdy Louis udzielał po raz pierwszy młodemu wtedy Molloyowi wywiadu świadczą inaczej.
Louis jest pewien miłości Armanda, deprecjonując zarazem dawne uczucie wobec Lestata. W trakcie wywiadu w Dubaju z czasem cała paryska historia układa się w całość i co się okazuje? Że to nie Lestat był zły, egoistyczny i władczy. Nie, Lestat to bardzo kochliwy wampir - jak już raz się zakocha to na zabój. To Louis był w tym związku właśnie chaosem i manipulatorem, a nie dziwaczny Francuz zrodzony wampirem ponad sto lat temu.
Świetna to była psychoterapia, którą przechodzimy razem z Louisem. Naprawdę, nie spodziewałam się takiego potraktowania tematu, fabuła z książki jest tutaj obrośnięta solidnym mięchem - każda ważniejsza postać jest super zarysowana, relacje są skomplikowane, a prawda chowa się w zakamarkach pamięci, które uruchamia sprytny umysł rozmówcy Molloya. Nie wspominając o wspaniałej scenografii i kostiumach.
Widzę, że już jest zapowiedziany trzeci sezon - normalnie łapałabym się z a głowę, że dość! przecież sezon 2 może spokojnie być zamknięciem całości. Ale ten klimat, wspaniali aktorzy - budzą tylko ciekawość.
O ile w sezonie pierwszym bardziej ceniłam aktora, który zagrał Lestata, tak tutaj w pełnym wachlarzu pokazał swoją klasę Jacob Anderson - grający Louisa. Reszta niewiele odstaje.
Skoro jest na Netflix to postanowiłam nadrobić oscarową pełnometrażową animację. To film animowany, musical w sumie, ale napakowany także akcją, morałem, dobrze opakowany i skonstruowany. Jest fun, jest wyższa ocena niż "mheh".
Gwiazdy K-popu Rumi, Mira i Zoey nie tylko śpiewają i tańczą, ale także bronią ludzkość przed demonami. Władca demonów sfrustrowany porażkami postanawia postawić na inną kartę - w szranki o miano najlepszego k-popowego zespołu staje boysband stworzony z demonów.
I wydawałoby się, że tyle wystarczy w muzycznej bajeczce dla dzieci, ale owa animacja proponuje trochę więcej - pogadankę o tym jak warto zaakceptować całego siebie, wraz z wadami, złymi cechami - tylko wtedy jest się sobą w pełni i można pokonać zło na świecie! The End!
Początek był bardzo typowy, ale potem fabuła nieco się zagęszcza i z głupiutkiej bajki robi się naprawdę fajna fabuła.
Piosenki i muzyka są git.
Był fun a to najważniejsze, szczególnie przy takich mainstreamach - wiadomo, że one muszą być sprawne, ale często nie mają duszy, zrobione co do linijki - ale "K-popowe łowczynie demonów" mają ducha, można się wczuć w historię, przeżywać przygody, po prostu bawić się.
Oglądałem to z siostrzenicami jakiś czas temu. Typowa bajka dla dzieci 6-7+. Nie lubię musicali, chociaż kpop przynajmniej nie zamula w tej bajce. Ostatnio nawet główna piosenka często bywa w radiu. Mocne 5 na 10, a nominacja do oscarów tylko pokazuje, jak zepsuty jest ten plebiscyt.
Mnie ciekawi, czy takie "Belle " (czyli uwspółcześniona wersja "Pięknej i Bestii", jako anime) odniosłoby podobny sukces do "K-popowych..." gdyby trafiło do Netflixa...
@koszotorobur Dobra, źle zdefiniowałem. Jedyna komedia osadzona w latach 70/80 i rzeczywistości PRL, która mi się podoba. Bo np. twórczość Barei jest dla mnie nieoglądalna.
Znacie jakieś dobre filmy albo seriale gdzie się mało dzieje? Bo ostatnio obejrzałem Pluribus, gdzie też tak jest w wielu odcinkach i przypomniałem sobie jak mi się takie coś podoba. xd
Gatunek i tematyka obojętna, lubię np. Patersona, Reality, A ghost story, American Honey.
Świetny powrót Reachera i najlepszy sezon jak do tej pory. Ritchson gra świetnie, intryga powoli się rozkręca, a do tego oglądamy odcinki w napięciu, że przykrywka Reachera zostanie odkryta. Jack trafia też na pierwszego przeciwnika, z którym walki się boi, a który jako pierwszy przeciwnik spuszcza mu realny wpierdziel.
Głównym antagonistą jest Takashi z Tokio Drift, Kompletnie się go tu nie spodziewałem Serial jest dużo lepszy od książki, na której go oparto.
Coraz ciężej ogląda mi się gale oscarowe, to chyba wiek XD Ale i tym razem się udało zarwać nockę. Uważam, że nie ma co rozpaczać, że wygrał ten a nie tamten, a tamten przecież słaby.
W nominacjach było dość jednak wyrównanie i gdzie by nie spojrzeć te rozdane w nocy Oscary wyglądają na zasłużone.
Najlepszy film - Jedna Bitwa Po Drugiej.
Konkurencja deptała temu filmowi po piętach, nawet były głosy, że to Sinners jest faworytem i czy byłoby to złe gdyby wygrał? Nie, byłby to pierwszy horror z najważniejszym Oscarem w historii. Z każdego nominowanego filmu można byłoby wyciągnąć coś ciekawego.
Najlepsza aktorka pierwszoplanowa - Jessie Buckley za Hamnet.
Chyba nawet nie ma co dyskutować. Konkurencyjna wydawała się tylko rola Rose Byrne, ale nie na tyle by zagrozić Buckley.
Najlepszy aktor pierwszoplanowy - Michael B. Jordan za Sinners.
Tu pojawiają się głosy, że był najsłabszy i osobiście zgadzam się - dla mnie bezkonkurencyjny był Ethan Hawke niczym Buckley wśród kobiet, ale nie ma co się czarować, że Akademia przyzna nagrodę za taką artystyczną niszową rolę z filmu, którego w USA nikt nie oglądał - więc w szrankach stanęli Chalamet i właśnie Jordan. I szczerze mówiąc? Wolę Jordanowską rolę od Chalameta, dobra rola w Martym, ale czy godna Oscara? A z drugiej strony czy Jordan zagra jeszcze coś lepszego w karierze? Niestety, czasem tak trzeba rozumieć rozdawane Oscary. W każdym razie dobra konkurencja była i nawet nie boli, że nie wygrał najlepszy.
Najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny - Pan Nikt kontra Putin.
Z nominowanych widziałam tylko dwa, i właśnie nie widziałam jeszcze wygranego - ten dopiero wchodzi u nas do kin. Ale mam przemożne wrażenie, że Akademia wolała dać takiemu filmowi Oscara byle nie wyszło, że USA to równie dziki kraj, bo na pewno o tym opowiada Idealna Sąsiadka i Prawo Alabamy.
Najlepszy film międzynarodowy - Wartość sentymentalna.
Tutaj było najgęściej moim zdaniem - nie widziałam Głos Hind Rajab i Tajnego Agenta, ale słyszałam i czytałam, że to bardzo dobre filmy. Myślę, że tu mógłby wygrać każdy tytuł i nie byłoby żadnej kontrowersji - naprawdę wyrównany poziom.
Najlepsze efekty - Avatar: Ogień i Popiół.
Bawiło mnie jak w polskim studio komentujący rugali Avatara za powtarzalnąi prostą fabułę, kompletnie ignorując fakt, że lata mijają, ba! nawet dekady a dalej nikt nawet nie podskoczyć chociaż procentem do poziomu Avatarów. Tam efekty są popchnięte w latach w przyszłość, jedyna gwarancja prawdziwej arcy wysokiej jakości w dzisiejszych czasach. A potem włączasz, nawet jakiś inny wysokobudżetowy film i efekty w nim w porównaniu z Avatarami wyglądają po prostu słabo. Nie średnio, nie trochę gorzej - po prostu słabo. To chyba jedyna kategoria, która nie miała w tym roku absolutnie żadnej konkurencji.
Rok byl na tyle dobry, ze nawet kiedy twój ulubieniec nie zdobywał nagrody to w większość kategorii ciężko sie przyczepić do zwycięzcy. Żałuję tylko ze sirat nie dostał niczego, nawet tego najlepszego dzwieku, ale rozumiem ze to nie jest przyjazny oskarom film
Czwórka młodego wkraczającego w dorosłość rodzeństwa, film oscyluje wokół ich relacji, które bywają trudne, acz czuć, że mimo wszystko bracia i siostry są sobie bliscy - nie potrafią normalnie funkcjonować we własnym życiu, gdy z rodzeństwa miesza się w życiu. Gdy jeden brat wyrzuci drugiego z mieszkania to siostry przygarną.
W sumie jak na polski debiut to dość imponujące tak łatwo i sprawnie zamknąć owe relacje - ciekawi aktorzy, ciekawe zdjęcia - widać tam inspiracje współczesnym europejskim kinem - i bardzo dobrze! Zresztą ten film wcale nie jest polski w sensie "polski". Równie dobrze mógłby dziać się w Szwecji, Australii czy Francji.
Największą siłą są właśnie owe relacje, może jeden aktor nie dosięga poziomu pozostałych, ale w takim gronie czuć to zaledwie lekko. Jestem ciekawa bardzo kolejnych projektów Buchwad. Młoda, zdolna jak to mówią reżyserka. Ale z planem w głowie - kto wie? może przyjdą filmy, które będą dolatywać swobodnie do filmów Triera?
Na razie ocena 7+/10, bo czegoś jednak mi brakowało w tym filmie i nie chodzi o jakąś fabularną klamrę bo to ma ten film, ale jakieś niedociągnięcia można wyczuć. Jakkolwiek, warto przymknąć oko, bo to jednak pełnometrażowy debiut z opcją podniesienia poziomu w przyszłości.