W trakcie zeszłorocznej zmiany rządu, kiedy zaczynał jako marszałek, wydawało się że miał ogromne poparcie. Wysoka oglądalność nowego kanału na YT, duża aprobata społeczna. Dużo ludzi wróżyło mu prezydenturę w tym roku.
A teraz sondaże dają mu po 5-6%. Skąd taki spadek w porównaniu do oczekiwań na początku kadencji?
Mieszkam za granicą i praktycznie nie śledzę mediów, poza tym co dociera do mnie czasem w socialach, więc nie jestem jakoś super na bieżąco. Nie spisuje się jako marszałek?
@lukmar po pierwsze koalicja z PSL - najgorszą mafią w tym kraju, która obecnie blokuje wszystkie reformy i jedyne co robi to knuje jak tu sypnąć dziesiątki miliardów złotych deweloperom i bankom. Po drugie - chłop praktycznie nie prowadzi kampnaii wyborczej, tu aż go jakiś dziadek za to dosłownie zjebał ostatnio. xD
@lukmar Hołownia stara się być politykiem godzącym obie strony sporu, przez co naraził się zarówno wyborcom PIS m.in. swoimi decyzjami dot. Wąsika i Kamińskiego, jak i wyborcom PO m.in. swoimi głosami przeciwko odebraniu immunitetu Kaczyńskiemu.
Nie jest skrajny, a to się nie sprzedaje. Rubio po przegranej prekampanii z Trumpem powiedział kiedyś, że zawsze wygra kandydat o troszeczkę bardziej skrajny i to prawda. I dlatego Rubio teraz występuje w tv z krzyżem na czole xD
EDIT: No i jeszcze jedno - ciężko rozpoznać posłów PL2050. W żaden sposób się nie wyróżniają dla osób nie obytych z polityką. To daje wrażenie jakoby ich nie było, a to wpływa też na kampanię prezydencką.
@lukmar Jednym z największych tematów poprzednich wyborów były prawa kobiet i dostęp do bezpiecznej aborcji. Stara opozycja mocno robiła na tym kampanię, a jak doszła do władzy to trzecia droga pokazała się z bardziej konserwatywnej strony tracąc poparcie.
Repozytorium na GtiHubie zawierające oryginalny kod źródłowy sterujący komputerami modułu dowodzenia (Comanche055) oraz modułu księżycowego (Luminary099) programu Apollo (czyli lądowania na Księżycu w roku 1969).
W opisie repozytorium znajdują się linki do oryginalnych skanów kart na których był zapisany oryginalny kod.
Ta sekcja w artykule na Wikipedii oraz pliki readme poszczególnych modułów mówią nieco więcej o działaniu tego komputera. Ja nie jestem wykwalifikowany żeby cokolwiek tutaj tłumaczyć xD
@lukmar jak sobie przypominam zajęcia z assemblera na uczelni, to aż mi teraz słabo. Kilkanaście lat temu to było i od tamtej pory nawet 1 linijki nie musiałem w tym na szczęście napisać
W ramach przerzucania się na europejskie produkty, uznałem że rozejrzę się za europejską przeglądarką internetową.
Wychodzi na to, że w zasadzie jedyna opcja to Vivaldi, czyli przeglądarka stworzona przez Norwegów, której CEO jest współzałożyciel Opery. Jako że to właśnie Opera była moim daily przez ostatnich kilka lat, uznałem że przesiadka nie powinna być trudna.
W zasadzie jedynym ficzerem Opery, bez którego trudno byłoby mi żyć są tzw. workspace'y, czyli oddzielne "pulpity" w przeglądarce, między którymi można się płynnie przełączać. Dzięki temu mam oddzielny bałagan główny, oddzielny bałagan do kodzenia, bałagan z filmami, itd. Każdy bałagan ma swoją kategorię i swój własny workspace. Vivaldi jest chyba jedyną przeglądarką obo Opery, która ma to natywnie, bez instalowania jakichś rozszerzeń.
Po około dobie użytkowania nie mam w zasadzie żadnych zastrzeżeń. Opcji customizacji jest mnóstwo i dopiero zaczynam się nimi bawić. Myślę, że zostanie ze mną na jakiś czas.
#przegladarki #opera #vivaldi #buyfromeu (a w tym wypadku EEA) #kupujeuropejskie #europa #komputery
@lukmar Używam od wieków. Zapłaczę się jak chromium przejdzie na manifest V3 i vivaldi będzie też musiało wyciąć sporo wtyczek (w tym uBlocka). Mam nadzieję, że nie będą się śpieszyli z migracją do V3, albo wymyślą coś, żeby temat ominąć. Inaczej czeka mnie firefox a on niestety jest mało elastyczny jeśli chodzi o wygląd i nawet z wtyczkami nie sposób go ogarnąć, żeby był dla mnie wygodny.
@lukmar Dzięki Twojemu wpisowi od dziś śmigam na Vivaldi i, jak dotąd, jestem zadowolony. To nie jest moje pierwsze podejście do tej przeglądarki, bo miałem już tam konto. Nie pamiętam czemu wtedy przestałem używać.
Kilka myśli ode mnie oraz zainspirowanych komentarzami z reddita o wczorajszej walce Błachowicza z Ulbergiem. Kolejność w sumie losowa.
Błachowicz jest w świetnej formie jak na 42 lata. Jednak mimo wszystko nadal - Błachowicz ma 42 lata i to jest widoczne. Szczególnie było to widać po walce, kiedy Jano ledwo stał, spocony jak ruda mysz, a Carlos wyglądał jakby mógł spokojnie polecieć jeszcze ze dwie rundy.
Po pierwszej rundzie ktoś wrzucił tweeta że już teraz widać że walka będzie na split decision. Ostatecznie tak się nie stało, ale faktycznie było blisko. W zasadzie wszystkie walki Janka od utraty pasa takie były (Ankalayev, Poatan, i teraz Ulberg). Wiadomo, że nie ma co go usprawiedliwiać - powinien sam się bronić swoimi wynikami w klatce. Niemniej, ciekawe jakby się potoczył ten etap jego kariery, gdyby trafił na kilku bardziej przychylnych sędziów.
Waga półciężka UFC stała się dywizją low-kicków. Nuuuudyyyy. Co drugi ma petardę w prawej ręce, ale boją się ich używać, żeby nie wpaść na kontrę. Wczorajsza walka dobrze to pokazała - wzajemne obijanie piszczeli w oczekiwaniu na błąd przeciwnika. Rozumiem podejście obu stron. Jano ma 42 lata, został ojcem, kariera się powoli kończy - nie ma już takiej agresji jak kiedyś. Z kolei Carlos podszedł do byłego mistrza zachowawczo, bo "Legendarna Polska Siła" może i jest wyświechtanym frazesem, ale wszyscy wiemy że Błachowicz potrafi znokautować. Niemniej - nudno się to ogląda.
Tylko Czeski Samuraj może nas uratować! Serio, czekam na jego powrót po kontuzji. To jest chyba jedyny zawodnik w półciężkiej, który nie boi się pójść na wymianę, a jednocześnie potrafi dobrze boksować. Nie widziałem lepszego show w tej kategorii od jego walki z Teixeirą.
Za mną kolejna, czwarta już, część cyklu. Będą spoilery.
No jest grubo. Przeskok o 3500 lat do przodu. Leto II jest praktycznie niezniszczalną, omnipotentną hybrydą człowieka i czerwia. Fremeni w zasadzie wyginęli. Na Arrakis płyną rzeki. Gdzie tu jest Diuna w tej Diunie?
Mimo tego wszystkiego, mam wrażenie, że to jest część którą przeczytałem najszybciej. Prawdopodobnie przez to, że fabuła jest w zasadzie jednowątkowa. Wszystko kręci się dookoła Boga Imperatora, a wątki poboczne, które by go nie dotyczyły praktycznie nie istnieją.
Zostawia to dużo miejsca na filozoficzne rozważania. Na temat natury władzy, wolnej woli i tak dalej. Przez całą książkę bardzo trudno jest postawić jednoznaczna ocenę głównego bohatera. Bo jak ocenić wszechmocnego Boga? Nie wiadomo czy Leto jest dobrym, czy złym bohaterem. Jego niemal nieskończona wiedza, sprawia że praktycznie nie jest w stanie czuć emocji. Nieczęste momenty kiedy to się zdarza, sprawiają mu przyjemność, nawet jeżeli są to emocje negatywne - lepiej czuć złość, niż nie czuć nic. I takie rozważania ciągną się przez ponad 500 stron.
Jedynym, obok Leta, bohaterem, który powraca z poprzednich części jest Duncan Idaho, a raczej jego kolejna z rzędu iteracja pod postacią gholi. Stanowi dla Leto swego rodzaju maskotkę, ulubieńca mimo woli. Prowokuje to ciekawe przemyślenia na temat klonowania, niekoniecznie z woli klonowanego.
W porównaniu do doniosłości całego dzieła, zakończenie jest nieco rozczarowujące. Koniec Boga Imperatora okazał się zaskakująco… łatwy do przeprowadzenia. Oczywiście sam opis zakończenia jest na bardzo wysokim, godnym Herberta, poziomie. Tylko sama intryga, która do tego końca doprowadziła wydaje się trochę za prosta.
@lukmar To jest jedyna (jak do tej pory) część, zarówno z głównego cyklu jak i ze wszystkich pobocznych z uniwersum, po której cieszyłem się, że już koniec. Wymęczyły mnie te filozoficzne rozkminy...
Geralt - podrostek, który ledwo co ukończył szkolenie w Kaer Morhen - po raz pierwszy wyrusza na wiedźmiński szlak. Jest… ciężko. Angażuje się, ufa we wszystko co widzi, popełnia błędy i czasem jedynie łut szczęścia sprawia, że wychodzi obronną ręką z opresji.
Po kilku latach od ukończenia #3wiedźmin3 i jeszcze kilku więcej od przeczytania całej “sagi” wróciłem do książek autorstwa Andrzeja Sapkowskiego.
Koncepcja odkrycia początku przygody Geralta jest interesująca. Z jednej strony jest to świeże. Czytelnicy mogą razem z bohaterem przeżyć przygody, które sprawiły że Geralt stał się chłodnym cynikiem jakiego znamy z późniejszych chronologicznie opowiadań. Dowiadujemy się jak wyglądały jego kształtujące początki na wiedźmińskim szlaku.
Z drugiej strony, w dobie wyciskania ostaniej kropli z każdej popularnej franczyzy, takie nadmierne eksplorowanie pobocznych wątków zaczyna mnie nużyć. Czy naprawdę musimy wiedzieć wszystko o każdej postaci? To nie jest do końca krytyka tej książki, tylko generalnego trendu, ale myślę, że niektóre wątki byłyby lepsze, gdyby pozostały niedopowiedziane.
Mimo tych zastrzeżeń, Rozdroże Kruków jest dobrą książką. Czyta się lekko, a historia, choć momentami przewidywalna, jest wciągająca
Czuć że przedstawiony świat faktycznie jest młodszy. Potworów jest więcej, a atak na Kaer Morhen funkcjonuje w społecznej świadomości jako stosunkowo niedawne wydarzenie.
Krótkie opowiadanie japońskiej autorki. Samotna matka pracująca jako pomoc domowa zostaje zatrudniona do opieki nad emerytowanym profesorem matematyki. Zlecenie jest o tyle wyjątkowe, że naukowiec w przeszłości uległ wypadkowi, którego efektem ubocznym jest brak pamięci na dłużej niż 180 minut w przeszłość.
W związku ze swoją niepełnosprawnością nie opuszcza domu, a jego jedynym zajęciem jest rozwiązywanie łamigłówek matematycznych.
Z czasem pomiędzy gosposią a profesorem nawiązuje się relacja. Ona zaczyna przyprowadzać swojego dziesięcioletniego syna, a profesor daje się namówić na krótkie wyjścia z domu. Przez książkę przewija się motyw matematyki, o której profesor opowiada swoim gościom, jednak ten wątek jest poprowadzony w taki sposób, żeby nie zniechęcić czytelników nie mających z tą dziedziną nic wspólnego. Pomaga w tym pierwszoosobowa narracja z punktu widzenia prostej gosposi domowej.
Generalnie, jest to dość prosta, obyczajowa opowieść. Postaci nie mają imion, a, mimo że akcja dzieje się w Japonii, historia jest na tyle alegoryczna, że mogłaby wydarzyć się wszędzie. Rzadko mam do czynienia z tego rodzaju literaturą, ale muszę stwierdzić że słuchałem z przyjemnością. Jest momentami wzruszająco, ale cały czas bezpiecznie. Comfort book.
Audiobook został mi puszczony przez żonę w trakcie podróży samochodem. Cały odsłuch trwa około 6 godzin, więc w sam raz na dłuższą trasę. Czyta kobieta, co dobrze współgra z pierwszoosobową narracją.
W zeszłym roku na emeryturę odszedł Kjeld Kirk Chritiansen - wieloletni prezes i członek zarządu grupy LEGO, a także wnuk Olego Kirka Christiansena - założyciela firmy LEGO.
Kjeld jest drugoplanowym bohaterem książki napisanej przez Jensa Andersena, a zarazem jednym z głównych źródeł autora. Książka jest przeplatana akapitami wspomnień odchodzącego prezesa. Głównym bohaterem jednak jest sama grupa LEGO.
Książka jest podzielona na rozdziały, z których każdy opisuje kolejną dekadę istnienia firmy poczynając od lat trzydziestych dwudziestego wieku. Posiłkując się wspomnieniami prezesa seniora, śledzimy historię, która zaczynaja się od drewnianych figurę, a z czasem rewolucjonizuje świat zabawek systemem klocków do budowania. Tłem historii oraz motorem napędowym firmy jest saga rodziny Kirk Christiansen, która od czterech pokoleń dzierży ster i jest decyzyjnym właścicielem firmy. Książka opisuje zmiany pokoleniowe, oraz różnice w podejściu do zarządzania kolejno Olego, Godtfreda, Kjelda, i w końcu nadchodzącego Thomasa.
Znajdziemy tu historie o pożarach, tragicznych wypadkach, kredytach, błędnych decyzjach i wielu innych kryzysach, które sprawiały że grupa LEGO stawała u progu bankructwa.
Początek książki jest zdecydowanie jej mocniejszą stroną. Historia duńskiego cieśli, który w trakcie kryzysu lat 30. zajął się robieniem zabawek, żeby połączyć koniec z końcem, nie była do tej pory często opowiadana. Początkowe rozdziały są krótsze, a historia w nich zawarta (mimo że prawie stuletnia) wydaje się być świeższa. Czytamy w nich o początkach firmy i jej niepewnych pierwszych krokach w kierunku nowoczesnego tworzywa jakim był plastik.
Z czasem książka traci nieco impet. Dokończenie jej zajęło mi ponad rok. Prawdopodobnie dużo łatwiej jest opowiadać historie dawno minione, kiedy większość ludzi, którym można nieopatrznie nadepnąć na odcisk już od dłuższego nie żyje. Jest to pozycja napisana przez fana, dla fanów, pod ścisłym nadzorem kierownictwa grupy LEGO. Nie ma tu zbyt wielu pikantnych ani kontrowersyjnych szczegółów. Momentami może być zbyt laurkowo. Przydałoby się nieco więcej mięsa.
Niemniej, dla fanów duńskich klocków jest to pozycja obowiązkowa.
Rozwój technologiczny sprawił że życie w przyszłości jest dużo łatwiejsze. Niewielka grupa ludzi nadzoruje zautomatyzowaną produkcję, podczas gdy reszta społeczeństwa korzysta z dobrodziejstw przychodu gwarantowanego.
Jednak czy na pewno jest tak kolorowo? Wszyscy mają taki sam dostęp do edukacji, a co za tym idzie Równe Szanse. Żeby rozróżnić obywateli, wprowadzony został system kastowy. Każdy ma przydzieloną numeryczną klasę od 0 do 6, w zależności od ilorazu inteligencji (im niżej tym lepiej). Dochód gwarantowany jest taki sam dla każdego, ale zaspokaja tylko podstawowe potrzeby. Tym, którzy naprawdę chcieliby korzystać z życia potrzebny jest dodatkowy dochód, a do zatrudnienia potrzebna jest dobra klasa inteligencji. Do tego dziewczyny nie chcą umawiać się z facetami powyżej “czwórki”.
Jednak, czy ten nowy wspaniały świat faktycznie jest pozbawiony wad?
Janusz Zajdel stworzył konspekt tej książki w 1979 roku. Przewidział w nim istnienie internetu (u niego pod nazwą Globalnego Systemu Komputerowego - Syskomu), elektroniczną identyfikację obywateli, publiczne samochody dostępne na minuty, i wiele innych. Książka jest satyrą na PRL - odgórnie narzucony system, o którym wszyscy wiedzą że nie działa, ale jednocześnie zgodnie naginają rzeczywistość, żeby zadowolić Wielkiego Brata, który im ten system narzucił. Zajdel zręcznie omija cenzurę, opisując w swojej książce absurdy systemu, ukryte pod kalką społeczeństwa przyszłości.
Odkrywanie tego świata odrobinę zepsuł mi opis z tyłu okładki. W czterech zdaniach streszczono całą fabułę, w tym wszystkie zwroty akcji. Jednakowoż, każdy ówcześnie żyjący mógł się spodziewać jaki jest faktyczny obraz tego pozornie idyllicznego świata. Fabuła tej książki, choć niewątpliwie dobra, jest raczej pretekstem do pokazania absurdów komunizmu, na każdym szczeblu drabiny społecznej.
Polska fantastyka urosła na eskapizmie i omijaniu cenzury. Świat, w którym żyli autorzy dostarczał niezliczonych inspiracji, a często jedynym dozwolonym sposobem na krytykę ówczesnego sytemu, było ukrycie go w odległej przyszłości. Limes Inferior słusznie jest klasyką tego gatunku.
Moje wydanie zostało opatrzone posłowiem autorstwa Macieja Parowskiego, napisanym w kwietniu 1989, na dwa miesiące przed upadkiem PRL. Pan Maciej mógł sobie już pozwolić na bardziej otwarte opisanie paralel pomiędzy światem Limes Inferior, a gierkowską Polską. W ten sposób podsumował on swoją recenzję:
(…) jest to świat oryginalny, literacko barwny, nawet zabawny, jego atrakcyjność nie wyczerpuje się w trafności aluzji. Zajdlowska konstrukcja dostarczała czytelnikom szczególnych satysfakcji estetycznych i intelektualnych. Nie zmniejszą się one, mam nadzieję, nawet teraz, gdy rzeczywiste mechanizmy, które inspirowały Zajdla do pisania zostały nazwane i będę (podobno) demontowane.
Pisząc te słowa trzydzieści sześć lat później mogę stwierdzić że moje satysfakcje z czytania nie uległy zmniejszeniu.
@KierownikW10 ja do baseusa mam jedno zastrzeżenie ich dwustronny kabel micro usb (nie ma "dobrej" strony wtyczki micro, pasują obie) wyrabia się bardzo szybko, a nie molestowałem go siłowo.
@macgajster no to jest zastrzeżenie do jednego, dosyć niszowego produktu. Bo micro-usb już obecnie idzie wyłącznie do urządzeń dosyć starych lub bardzo specyficznych.
W przypadku kabli na usb-c oraz usb-a brak jakichkolwiek zastrzeżeń dot. wyrabiania się wtyczek. Siedzą twardo pomimo szarpania w aucie lub w domu przez nakręconego bąbelka.
@lukmar Nintendo Switch wymaga jakiegoś nietypowego woltażu (15V?) o ile dobrze pamiętam, zdaje się że zwykłe ładowarki takiego prądu nie dostarczają, więc musisz poszukać czegoś co jednoznacznie twierdzi że taka konsolę ładuje
@baklazan No właśnie nie jestem pewien. Niby jak jestem w podróży to ładuję ją czym popadnie i działa. Oryginalna kostka mieszka za telewizorem podpięta do huba, i nie chce mi się jej wyciągać.
Między innymi dlatego dodałem ten tag, żeby może ktoś z doświadczeniem się wypowiedział.
Czytam sobie _Czysty Kod_ Roberta Martina i dochodzę do wniosku, że zdecydowanie wolę przyswajać wiedzę z książek, niż z kursów online.
Co ciekawe, jest to pierwszy podręcznik za jaki się wziąłem od czasów inżynierki z 5 lat temu, i chyba pierwszy, po który sięgnąłem kompletnie z własnej woli.
Przez cały ten czas wydawało mi się, że nie ma lepszego sposobu na przekazywanie wiedzy niż forma wideo. Jak chciałem się nauczyć czegoś nowego, to pierwsze co robiłem to szukałem kursu online. Jednak czytanie jest czynnością aktywną, a słuchanie i oglądanie - pasywną. Dużo łatwiej jest się rozproszyć słuchając wykładu (szczególnie mając otwarte na drugiej karcie hejto), niż mając w ręku książkę, z dala od telefonu i komputera.
Już nie wspominając o tym, że jestem stuprocentowym wzrokowcem.
Takie tam przemyślenia. Od dzisiaj, jeżeli faktycznie będę chciał się czegoś nauczyć, zamawiam podręczniki.
Włączyłem przez przypadek w momencie, gdy redaktor chciał zadać kolejne pytanie, ale Adrian nie pozwolił i się przechwalał, że on był tym pierwszym u trumpa. Szybciej niż Macron, Starmer no i Zelenski. Żulczyk pełną mordą.
Singiel z 2017 roku, a chłopaki wyglądają i brzmią jakby to był '77. Myślę, że nikt nie robi dziś lepszej muzyki niż Skandynawowie. Albo po prostu bardzo dobrze im wychodzi ignorowanie współczesnych trendów i są hermetycznie zamknięci w minionym stuleciu.
No więc w tym tygodniu zapomniałem jeszcze bardziej niż w poprzednim. Mimo że mamy już poniedziałek, wrzucam kartki z kalendarza z poprzedniego tygodnia.
Przy okazji z zaskoczenia zaczął nam się marzec. Czy to cokolwiek zmienia dla naszego kalendarza? Nie sądzę.
Wczoraj pierwszy raz ćwiczyłem z czujnikiem tętna Polar H10 (taki montowany na pasku na klacie). Jak widać na wykresie ze Stravy, w drugiej połowie treningu czujnik musial stracić połączenie.
Ma ktoś z tym doświadczenie i wie jak temu zapobiegać? Ta część treningu to były sparingi (MMA) w parterze, ale w zasadzie tylko w trakcie ostatniej rundy poczułem, że faktycznie mi się zaczepił przeciwnik o opaskę, która wcześniej ciasno przylegała do ciała pod koszulką.