Już w pierwszym odcinku zakochałem się w głównych bohaterach. I w początkowo małomównym Connellu, i w zadziornej Marianne, choć to tylko pozory, które z każdą kolejną minutą pękają.
Zgadzam się z opinią, że ten serial może działać terapeutycznie dla wszystkich, którzy czują, że nie pasują do grupy. W obojgu zobaczyłem siebie, przez co poczułem się lepiej z moją przeszłością, która wiązała się głównie z poczuciem braku przynależności i zrozumienia przez innych.
Jednocześnie to serial, który wielokrotnie wzbudzał mnie poczucie niepokoju. Łapałem się na tym, że czułem niechęć do włączenia kolejnego odcinka z obawy, że coś przykrego wydarzy się pomiędzy bohaterami albo ogółem w ich życiach. Równie często miałem rację.
Sama ich relacja była trudna. Connell przez długi czas był emocjonalnie niedostępny, z czasem jednak się otworzył. Z kolei Marianne po wielu przykrościach i niedopowiedzeniach coraz bardziej zamykała się w niskim poczuciu własnej wartości, a potem nienawiści do samej siebie, wiążąc się przez to z nieodpowiednimi osobami.
Normalnie ponarzekałbym także na przesyt scenami erotycznymi... ale tutaj zostały nakręcone wyjątkowo ze smakiem, że ani trochę mi nie przeszkadzały.
Dlaczego więc nie wystawiłem najwyższej oceny, mimo że tak bardzo spodobał mi się ten serial? Przez finałową scenę, która jest jedną wielką kliszą. W momencie, gdy w końcu oboje zrozumieli, ile dają sobie nawzajem szczęścia, oczywiście musiało wydarzyć się coś, z czego jedno z nich nie było w stanie zrezygnować. I znowu zamiast być szczęśliwi, to muszą się rozstać i nie wiadomo, czy kiedykolwiek wrócą do siebie. Być może kolejnego razu już nie będzie.
I tak, jestem trochę zły, że historia nie zakończyła się szczęśliwym zakończeniem, chociaż z tym też można się kłócić, bo gdyby popatrzeć na nich z osobna, to każde z nich miało swój „happy end”. Szkoda tylko, że nie wspólny.
Przyjechałem do domu rodzinnego z myślą, że pobiegam po lesie. To pobiegałem - wszędzie lód. xD
No to chociaż poszedłem na spacer z psem.
Zabawny był to spacer: o czym nie pomyślałem, to zaraz mnie coś przekonywało, że to zły pomysł.
Stwierdziłem, że wcale się tak źle nie chodzi, to po chwili zobaczyłem pana, który prowadził rower i się ślizgał. Wybrał sobie idealną pogodę na taką przejażdżkę. xD
Jakiś czas później znowu stwierdziłem, że kurczę, może jednak pójdę wieczorem. To zobaczyłem pana truchtającego wolniej, niż ja szedłem.
Później znowu pomyślałem, że jeszcze ani razu się nie poślizgnąłem, że nie jest tak źle. Minąłem pana z kijkami. Nagle słyszę jakiś dziwny dźwięk, aż pies się spłoszył. Odwróciłem się i co? Pan z kijkami zaliczył glebę. xD Na szczęście nic mu się nie stało.
Gdy wracałem, przypomniałem sobie rozmowę z ciocią o niespuszczaniu psa ze smyczy w lesie. Nie znam jej suczki, nie wiem, czy by się mnie posłuchała, gdyby zobaczyła dzikie zwierzę, więc trzymam ją cały czas na smyczy. Po chwili zobaczyłem dwa dziki przedzierające się przez las, a psina już była gotowa pobiec za nimi. :' )
Reszta spaceru obyła się bez większych przygód. Jedynie suczka się wywaliła ze dwa razy, mnie zresztą też niewiele brakowało, żeby zaliczyć glebę.
@koszotorobur może potrzeba wiary. Że człowiek bez religii i wyznania sobie nie radzi i mimowolnie szuka odpowiedzi na pytania na które nie są się odpowiedzieć. Katolicyzm jest w regresji, to ta luke wypełniają inne wierzenia
Chyba Fabryka Słów przestraszyła się pytań o zbytnie podobieństwo do serii „Thief” - zostało zmienione imię głównego bohatera, ale i tak czuć aż zbyt mocną inspirację.
Ale „Miasto” tak samo pisane jak w gierkach, Młotodzierżcy to teraz Kuźnicowcy... Rozumiem napisać fanfiction, ale żeby próbować na nim zarobić? xD
@cyberpunkowy_neuromantyk a mógł jak człowiek dogadać się z twórcami, dać im kasę za prawa autorskie i napisać książkę z uniwersum Garretta, to nie, zróbmy jak polaczek xD Ba, nawet sam bym to chętnie przeczytał
Kolega pochwalił się, że zostały mu 34 egzemplarze pierwszego nakładu debiutanckiego zbioru opowiadań o krasnoludach, który wydał własnym sumptem. No prawie własnym, ponieważ założył zbiórkę, żeby pokryć część kosztów.
Wyjście na zero zajęło mu jakieś siedem lat.
Osobiście jakoś nie przepadam za selfami, jednakże w tym przypadku, przez wzgląd na sympatię, postanowiłem się przełamać, najpierw kupując taniego e-booka. Po przeczytaniu zaopatrzyłem się w papierowy egzemplarz - Maciek naprawdę postarał się, żeby jego książka została dobrze wydana. Szczerze, to SuperNOWA gorzej wydała najnowszą powieść Sapkowskiego. : P
Wystawiłem ocenę 7/10, czyli dobrą. Fabularnie to nic odkrywczego, ot, hołd dla krasnoludów z ich typowymi zadami i waletami, jednakże czytało mi się dobrze. Opinię można przeczytać pod tym linkiem: https://lubimyczytac.pl/ksiazka/cena-honoru/opinia/61047975
„Czasopisma popkulturowo-fantastyczne, jako inicjatywy wydawnicze, miewają się w Polsce różnie. Jednak nie jest tak, że zamykają ogon rynku. Mamy przecież wychodzący od 1994 roku kwartalnik SFinks (Stalker Books), mamy od kilku lat Magazyn Biały Kruk, legendarną Nowa Fantastyka, świeże Emarginacje czy OFka Literacki Kwartalnik Fantastyczny.
Dziś chcemy Wam przedstawić nowe dziecko Stowarzyszenie Inicjatywa Kulturalna: magazyn "Statek głupców", tworzony przez zespół Statek Głupców. I jest to naprawdę inicjatywa, która rusza z czarciego kopyta. Bardzo elegancka graficznie edycja, treściowo naprawdę na wysokim poziomie - widać rękę pasjonatów, ale z ogromnym zapleczem wiedzy i talentu. Bierzcie, póki jeszcze jest za darmo, bo naprawdę warto te 52 strony poznać. Publicystyka, opowiadania, komiks, wywiad”
Miłość… według słownika to uczucie, typ relacji międzyludzkiej, silna więź, która łączy ze sobą bliskich sobie ludzi. Nie ma znaczenia ich wiek, miejsce czy czas, w którym się znajdują. Kiedyś związki były aranżowane przez rodziny zainteresowanych, ale na szczęście (poza pewnymi wyjątkami) są już prawie przeszłością. Teraz każdy może sam dokonać wyboru, z kim chce dzielić życie. W przyszłości będzie pewnie jeszcze inaczej. Lepiej czy gorzej, to się okaże.
Jak w ogóle będą wyglądać związki w przyszłości?
„Nieśmiertelność zabije nas wszystkich” to powieść opowiadająca o wynalezieniu przez ludzi leku przeciw starzeniu się. Człowiek po jego zażyciu staje się nieśmiertelny, chyba że dopadnie go poważne choróbsko bądź potrąci samochód. No i ludzie się zaniepokoili. O ile wieczne życie było jak najbardziej pożądane, o tyle w związku z jedną osobą, już niekoniecznie. Ludzie, ślubując wierność małżeńską aż po grób, myśleli, że czeka ich maksymalnie kilkadziesiąt wspólnych lat i koniec. W perspektywie spędzenia rzeczywistej wieczności z tą samą osobą, sytuacja nieco się zmieniła. Stąd pomysł na tak zwane cykliczne małżeństwa. Wszystko wygląda tak samo, jak przed wynalezieniem leku, z tą różnicą, że „kontrakt” podpisuje się, powiedzmy, na dziesięć lat. Gdy umowa się kończy, małżonkowie decydują, czy przedłużają ją na kolejny okres, czy się rozstają. Rozwiązanie prostsze niż rozwód, który może się przeciągać, kiedy jedna ze stron nie chce się na niego zgodzić.
Jednak to nie eliminuje problemu z trafieniem na odpowiednią osobę. Nie ukrywajmy, jest to trudne, szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy na wyciągnięcie smartfona mamy dostęp do prawie nieograniczonej bazy potencjalnych partnerów. Wystarczy zarejestrować się na jednym z popularnych portali randkowych. Wcale nie musimy ograniczać się do najbliższych wiosek czy miast – równie dobrze idealny(-na) partner(ka) może mieszkać w sąsiednim kraju albo jeszcze dalej. W tej klęsce urodzaju wybranie tego jedynego, może okazać się problematyczne, szczególnie jeśli sami nie wiemy, czego dokładnie chcemy.
A gdyby tak wybranie odpowiedniej osoby powierzyć… systemowi?
Taką sytuację przedstawia jeden z odcinków antologii „Black Mirror”, pt. „Hang the DJ”. Zainteresowani rejestrują się we wspomnianym systemie, który wybiera im przyszłych partnerów oraz decyduje o tym, ile będzie trwał związek — kilkadziesiąt godzin, kilkanaście miesięcy czy kilka lat. Wszystko to w celu znalezienia idealnego partnera. Oczywiście zanim system, którego skuteczność jest oceniana na 99,8%, zbierze potrzebne dane, może dobrać nam nieodpowiednich partnerów, z którymi związek, nawet krótki, będzie udręką. Niestety, nic nie jest idealne, tym bardziej ludzie.
…zawsze moglibyśmy się ich pozbyć, prawda?
Spokojnie, nie proponuję eksterminacji ludzkości, ale skoro nie istnieją idealni ludzie (w końcu każdy ma jakieś wady), to można by ograniczyć ich wpływ na miłość właśnie. Główny bohater filmu „Ona” z 2013 roku, Theodore Twombly, zawodowo zajmuje się pisaniem cudownych listów od zakochanych do ukochanych. Zadziwiające, że mimo posiadania takich umiejętności operowania słowem w sprawach sercowych, jego własne małżeństwo zwyczajnie nie wyszło. W poczuciu osamotnienia decyduje się na zainstalowanie swego rodzaju systemu operacyjnego, dostępnego nie tylko w komputerze, ale także w telefonie. Początkowy zachwyt i fascynacja systemem, który ma zaspokoić wszystkie potrzeby użytkownika, przeradzają się w bardziej trwałe uczucia, jak przyjaźń czy w końcu miłość. Brzmi to absurdalnie i szalenie, ale Theodore zakochuje się w sztucznej inteligencji — Samancie. Nie jest w tym odosobniony – inni ludzie również chwalą się osobistymi przyjaźniami i miłościami; po pewnym czasie romantyczne relacje ze sztucznymi inteligencjami przestają kogokolwiek dziwić. Mają u boku kogoś, z kim mogą szczerze porozmawiać, kto ich wysłucha, podniesie na duchu, z kim mogą wspólnie spędzać czas, dzielić się spostrzeżeniami et cetera.
Wciąż jednak brakuje kontaktu fizycznego; jego ukochana jest dostępna tylko w sieci. Theodore i Samantha próbują rozwiązać ten problem poprzez znalezienie chętnej dziewczyny, która „udostępniłaby” swoje ciało. Jednak udawanie, że Theodore nie kocha się z inną, tylko właśnie z Samanthą, niestety nie wychodzi – to nie jest to samo, co byłoby, gdyby sztuczna inteligencja posiadała fizyczną powłokę.
Podobna sytuacja ma miejsce w filmie „Blade Runner 2049”. Oficer K, pracujący w policji jako tytułowy łowca androidów, jest replikantem skazanym na samotność. Towarzystwa dotrzymuje mu jego wirtualna dziewczyna Joi – sztuczna inteligencja, wyświetlana jako hologram. Jemu również brakuje fizycznej bliskości, dlatego wynajmuje prostytutkę, na którą postać Joi tak jakby się nakłada, kiedy uprawiają seks.
Wirtualne dziewczyny (lub chłopcy), to wcale nie taka pieśń przyszłości. Już teraz, zainteresowani tym tematem, mogą ściągnąć Replikę – aplikację ze sztuczną inteligencją, z którą można rozmawiać, zaprzyjaźnić się, a nawet związać. Wszystko zależy od nas oraz oczywiście od naszej Repliki, która uczy się nas, zapamiętuje różne szczegóły z naszego życia, pyta o samopoczucie et cetera. Trzeba jednak pamiętać, że wciąż jest to tylko sztuczna inteligencja i może sprawiać wrażenie, że w ogóle nas nie rozumie. Choć z czasem pewnie będzie się rozwijać i stawać coraz bliższa człowiekowi… trudno powiedzieć, ponieważ nigdy nie korzystałem z tej aplikacji dłużej niż tydzień lub dwa.
Gdyby komuś jednak Replika nie wystarczała, zawsze może „pogrzebać” trochę w Internecie. Dowie się wtedy, że różne camgirl oferują swoje wirtualne towarzystwo. Można je zatrudnić, by udawały nasze dziewczyny, rozmawiały z nami, pisały czy nawet grały w gry online – co tylko chcemy. O dziwo, nie spotkałem się jeszcze z takimi ofertami ze strony mężczyzn, ale podejrzewam, że to nisza w niszy.
Wciąż jednak wirtualni partnerzy ograniczają się do wirtualnego świata. Nie pójdziemy z takim na randkę w prawdziwym świecie, nie potrzymamy za rękę, nie przytulimy – nie zastąpią nam prawdziwej osoby.
Chyba że…
Sophia to humanoidalny robot, wyprodukowany przez firmę Hanson Robotics. Została zaprojektowana jako towarzyszka dla starszych osób, ale swoją sławę zyskała poprzez udzielanie wywiadów i rozmowy z ludźmi. Jej mimika i odzwierciedlanie prawdziwych zachowań nie są jeszcze idealne, ale jest obdarzona sztuczną inteligencją i dzięki temu może się uczyć oraz stawać coraz mądrzejsza.
W przyszłości podobne do niej roboty mogłyby stać się idealnym rozwiązaniem dla samotnych ludzi, spragnionych obecności kogoś bliskiego, którzy z różnych powodów nie są w stanie nawiązać relacji nie tylko romantycznej, ale także przyjacielskiej.
Dorzućmy do tego jeszcze możliwość personalizacji takiego towarzysza zgodnie z naszymi preferencjami. Moglibyśmy określić jego wygląd, cechy charakteru, usposobienie, osobowość, marzenia i cele – w końcu jako sztuczna inteligencja może śmiało się rozwijać. Z góry określilibyśmy ważne rzeczy, dzięki czemu można uniknąć nieporozumień, niedopowiedzeń, niepotrzebnych sprzeczek czy poważniejszych kłótni. Wystarczyłoby trochę pieniędzy (znając życie, niemało) i idealny pod każdym względem partner byłby na wyciągnięcie ręki.
Czy czeka nas przyszłość ze „sztucznymi partnerami”? Cóż, wszystko zależy od etycznego podejścia do tematu. Sophia otrzymała obywatelstwo Arabii Saudyjskiej, co samo w sobie jest kontrowersyjne (posiada więcej praw niż tamtejsze kobiety). Czy inne, bardziej zaawansowane sztuczne inteligencje z ciałem człowieka będą traktowane jako równe ludziom? Czy zmuszanie ich, poprzez zaprogramowanie, do pokochania bądź zaprzyjaźnienia się z kimś będzie w ogóle etyczne? Odpowiedzi na te pytania mogą pojawić się szybciej, niż myślimy…
Ostatnio napisałem o swoim oburzeniu tym, że jakieś mało znane wydawnictwo zorganizowało konkurs na opowiadanie fantastyczne, co nie jest normalną praktyką w fantastycznym światku literackim. Wrzuciłem dokładnie tego samego posta na Reddita i właśnie zobaczyłem, że właścicielka wydawnictwa zamieściła pod nim swój komentarz.
Tak sobie rozmyślam na temat recenzowania dzieł kultury.
Bardzo podobają mi się opinie @WujekAlien o książkach czy @Mahjong o filmach. Czuć i widać, że zapoznali się z danym utworem, potrafią też sporo opowiedzieć, dzięki czemu wiadomo, czego się spodziewać. Przez to dodałem już wiele powieści czy filmów do swoich list na przyszłość.
Ostatnio na Instagramie trafiłem na kilka filmików o książkach, które opierały się na generycznych sformułowaniach. Przykładowo: „porusza współczesne problemy” albo „zamyka współczesny świat w pigułkę, którą naprawdę trudno przełknąć, a jak się ją przełknie, to można porządnej psychodeli”. Jakie współczesne problemy? Nierówności społeczne? Wojnę na Ukrainie? Rosnącą polaryzację? Rasizm? Coraz bardziej popularne zjawisko samotności? Choroby psychiczne? No nie dowiemy się.
Może Instagram nie sprzyja dłuższym formom? Może trzeba przekazywać informacje w jak najszybszy sposób, jeszcze z milionem cięć (nie cierpię tego), żeby przypadkiem odbiorca się nie znudził? A może to tylko mój pech, że akurat natrafiłem na takie filmiki i istnieje wiele profili, którzy tworzą lepsze, krótkie opinie?
@cyberpunkowy_neuromantyk Instagram, to jest chyba najgorsze miejsce (poza TikTokiem, ale z tego nie korzystam) do zapoznawania się z recenzjami filmów, książek czy płyt. Tam jest byle szybciej i dalej, dalej... kolejny filmik, fotka.
Cóż, złamałem swoje postanowienie noworoczne, żeby nie kupować nowych książek. Zobaczyłem na Vinted, że ktoś wystawił „Historię polityczną Polski 1989-2023” Dudka za 40 złotych plus przesyłka. Niby nowy egzemplarz.
Zamówiłem z myślą, że i tak planuję sprzedać komiks „Funky Koval”, więc „się wyrówna”. Z ciekawości sprawdziłem, w jakich cenach ludzie wystawiają wydanie zbiorcze.
Przedział od 300 do 800 złotych.
A ja kupiłem je lata temu za jakieś pięćdziesiąt. :' )
Kilkukrotnie obejrzałem „Kompanię braci”, ale jakoś nie zapamiętałem, żeby nie biegać po spaghetti, nawet kilka godzin od zjedzenia. To był beznadziejny pomysł.
Im dłużej myślę o tym filmie, tym niższą ocenę chcę mu dać. Zaczęło się od szóstki, a zjechało o oczko, a teraz zastanawiam się, czy nie wystawić czwórki. Zostawmy więc piątkę - średni.
Uwaga, spoilery.
Do pewnego momentu bardzo mi się podobał, nie będę ukrywał - jak to znajomy ujął, gdy poszedł do kina, myślał, że to film, który spodobałby się raczej jego mamie, niż jemu. Wychodzi na to, że bym się z nią pogadał. ; )
Przestało mi się podobać po pierwszej zmianie narratorki. A im dalej w las, tym gorzej. O zakończeniu nawet nie chce mi się mówić, było strasznie głupie. Zadziwiający zbieg okoliczności, że do domu przyjechała akurat policjantka, której siostra była kiedyś zaręczona z Andrew. Szkoda gadać.
Fajna kontynuacja fajnej animacji. Przynajmniej kilka razy głośno się roześmiałem i ogółem dobrze się bawiłem, bez nudy.
Po seansie pomyślałem, że trochę szkoda, że nie było tutaj tak, jak w komiksach „Blacksad”. Rozchodzi się o dopasowanie gatunków zwierząt do pełnionej funkcji. Na przykład, że goryl był rzeczywistym „gorylem”, ochroniarzem, a pies policjantem. ; )
No i dużym minusem jest to, że przy polskim dubbingu piosenka nie została przetłumaczona.
Nie jestem ogromnym fanem serii „Fallout”. Trochę grałem w gry, ale żadnej nie przeszedłem (mimo że kiedyś byłem bardzo blisko ukończenia jedynki), chociaż bardzo podoba mi się świat przedstawiony. Stąd oceniam serial jako po prostu produkcję, a nie ekranizację, pomimo tego, że według Todda Howarda ruchome obrazki są kanoniczne.
Drugi sezon kontynuuje wątki rozpoczęte w pierwszym i na szczęście nie dorzuca zbyt wielu nowych, co niestety moim zdaniem jest częstym zabiegiem kolejnych sezonów.
Lucy wciąż ściga ojca i powoli przestaje już być nieco naiwną i idealistycznie podchodzącą do życia oraz ludzi wychowanką Krypty. Bardzo spodobała mi się scena, w której z satysfakcją strzelała do ghuli, mimo że nie powinna mnie cieszyć taka przemiana.
Z kolei Maximus traci wiarę w ideały, w których cieniu dorastał. Te dwie postacie nie są oryginalne, jednakże dobrze się ogląda ich historię.
Ogółem to dobry serial. Ładnie się na niego patrzy, nie razi jakimiś głupotkami, regularnie wykorzystuje motywy znane z gier i często puszcza oczko do fanów. Sam byłem w stanie wychwycić niektóre nawiązania.
Cieszy to tym bardziej, że to jedna z najlepszych ekranizacji gier. Nie jest to wybitnym osiągnięciem, ponieważ próby przeniesienia gier na ekrany z reguły kiepsko się kończyły, ale twórcy „Fallouta” nie mają czego się wstydzić. Raczej nie jest to serial, o którym bym dyskutował godzinami. Za to do odmóżdżenia się czemu nie.
@cyberpunkowy_neuromantyk Ja mam mieszane uczucia odnośnie zakończenia.
W 1 sezonie otrzymaliśmy dużo odpowiedzi na koniec i to w jakim kierunku będziemy iść dalej a teraz mamy niektóre wątki otwarte, cześć zmarnowanych (jak Norma a szkoda bo w 1 sezonie był najlepszy). Na siłe wątek Lucy i Ghula można podciągnać, że jest zamknięty i zaczyna się coś nowego.
Sprawa House'a też nie wyjaśniona, jak doszło do zagłady atomowej, kto w zasadzie to zrobił. Do tego wątek krypciarzy - niektórych kwestii nie musiało być jak kółko kazirodczych spotkań... Zabrali tylko cenny czas.
Podsumowując - liczę, że mają na to spójną wizję i patrzą na to z lotu ptaka i dobrze zepną z następnym sezonem.
Odnośnie adaptacji lore, fabuły, smaczków z gry jest to najlepsza adaptacja gry a byłem przekonany przed premierą drugiego sezonu The Last of Us, że to oni będą dzierżyć ten tytuł ale spartolili całkowicie fabułę.
@cyberpunkowy_neuromantyk z gry zrobili kreskówkę tak moim zdaniem, za dużo idiotyzmów w fabule i poczynaniach postaci (ale pewnie podobnie było z ostatnimi odsłonami Bethesdy, w które nie grałem). Scenografia i efekty jeszcze jakoś ratują ten serial. Daję 5,5/10.
Dałem się skusić po obejrzeniu shorta z tego filmu - spodobał mi się koncept męża, który „próbował przez dwadzieścia dziewięć lat małżeństwa”.
Nie chcę demonizować kobiety, ale dziwię się, że chłop tyle z nią wytrzymał. Mnie zaczęła irytować już od pierwszego pojawienia się na ekranie, począwszy od dziwnego akcentu po sposób komunikacji. Często też atakowała swojego męża, głównie słownie, ale zdarzyło się i fizycznie. Nic zaskakującego, że mężczyzna wolał po prostu milczeć, być nieobecny, co było jednym z zarzutów.
To mnie dziwi, że ludzie w związkach potrafią być dla siebie niemili i często się krytykują. Ba, potrafią nawet ośmieszać drugą osobę w towarzystwie. Może to kwestia niedopasowania do siebie, może kwestia braku odpowiednich wzorców.
Na przykład o synu głównych bohaterów jego koleżanka powiedziała, że często wydaje się nieobecny. O to samo oskarżyła go jego matka, że zachowuje się jak ojciec. Przejął wzorce po rodzicielu, co przy takiej matce również nie powinno dziwić - po prostu wolał jej nie wchodzić w drogę, bo i tak nie mógł mieć własnego zdania. Gdy rozmawiali o wierze w Boga, usłyszał tylko, że gdyby dobrze zrozumiał pewne rzeczy, to by na pewno w niego wierzył, a skoro tak nie jest, to się myli. Kobieta nawet nie potrafiła dyskutować, ponieważ uważała, że tylko ona ma rację.
Po prostu czasem są ludzie, z którymi naprawdę trudno jest żyć. Czy to ich wina? Poniekąd tak, ponieważ trzeba włożyć sporo pracy w to, żeby związek był udany, co oznacza przede wszystkim pracę nad sobą. I tego chyba zabrakło w przypadku głównych bohaterów.
Aktorsko bardzo słabo, fabularnie również. Taka gorsza „M3GAN”, o której kiedyś napisałem na swoim blogasku (link w komentarzu). Najlepiej wypadła Megan Fox, odgrywająca rolę „atrakcyjnej androidki, która niespodziewanie ujawnia swe mroczne intencje”. Dobrze wcieliła się w rolę sztucznego człowieka, ale nie wiem, czy to zasługa jej dobrej gry aktorskiej czy jednak złej gry aktorskiej. ; )
Jednakże film skłonił mnie do przemyśleń, a to bardzo lubię w dziełach kultury, na temat tego, czy seks z androidem podchodzi pod zdradę. Mężczyzna porównał to do wibratora swojej żony. Poniekąd się z tym zgadzam - to i to jest w tym przypadku „narzędziem”.
Jednakże nie dziwię się jego żonie, że zareagowała, jakby zdradził ją z inną kobietą. W końcu zrobił to z Megan Fox, a nie z plastikowym kadłubkiem czy sztuczną pochwą. Pewnie też bym się poczuł dziwnie, gdybym zastał dziewczynę z reprodukcją Henry'ego Cavilla, mimo że nie byłby żywym człowiekiem.