Znajomy wrzucił dzisiaj swoją analizę „Baldur's Gate”. Polecam obejrzeć, bo chłop ma ogromną wiedzę o cRPG-ach i wnikliwie analizuje gierki. Stąd też długość materiału - no ale warto.
Cześć, nazywam się cyberpunkowy neuromantyk i słucham dziwnej muzyki - crossbreed, industrial hardcore, terror, speedcore, czasem nawet extratone i polcore, jeśli mam wybitnie głupkowaty humor. Dla większości ludzi to zwyczajny hałas. Spokojnie, dla mnie też, ale nic na to nie poradzę - jestem uzależniony i nie potrafię słuchać niczego spokojniejszego.
Jednak czasem w tym hałasie i chaosie można znaleźć coś pięknego. Zdaję sobie sprawę, że to stwierdzenie brzmi absurdalnie - w końcu mówimy o muzyce, która ma być głośna, szybka, mocna i idealna na parkiet. Przykładem takiego pięknego utworu jest „Failure” autorstwa muzyka o pseudonimie Drokz.
Zacznijmy od tego, że utwór trwa lekko ponad trzynaście minut. To dużo. Z reguły kawałki mają około trzech minut, czasem mniej, czasem więcej. Zdarzają się też dłuższe, w okolicach pięciu-sześciu. Trzynaście minut to swego rodzaju anomalia, ale w przypadku tego utworu taka długość pasuje idealnie.
Wspominam o tym głównie dlatego, że „Failure” bardzo mi pomaga, kiedy mam zły humor i paradoksalnie pomaga mi się wyciszyć, mimo że muzyki słucham naprawdę głośno (tyle że w słuchawkach, więc sąsiedzi nie cierpią). Głównie dlatego, że intro jest niespieszne i zawiera następujące słowa:
Life is not always smooth sailing
To live and to try is to experience some degree of failure
All of life is really a mixture of successes and failures
A failure can be devastating
By just sitting in the middle of the road and doing nothing
We just quit, we stop trying
That perhaps is the most tragic kind of failure of all
Let's consider just one final thing
How do we deal with the dust of failure?
Well, the first thing we should do is learn from it
And once we have done that, we need to leave it behind
The next thing is to try again
Forget your failures and keep going and move on
My friends, the bottom line is this
Failures do not have to be fatal or final
Jakbym słyszał słowa mistrza #stoicyzm, który w logiczny sposób próbuje przekazać, jak poradzić sobie z porażką. I mimo że często takie słowa brzmią jak oczywistość („postaraj się zostawić to za sobą, nie myśleć o tym i pójść dalej”), to jednak pomagają, przynajmniej mi. Jeszcze bardziej jak wypowiedziane są spokojnym, trochę mentorskim tonem.
Wiecie, mam taką przypadłość, na szczęście z wiekiem i większą wyrozumiałością coraz słabnącą, że jakakolwiek porażka wpędza mnie w poczucie winy oraz stanowi pożywkę dla wewnętrznego głosu, który lubi się nade mną pastwić. Dodajmy do tego chorobliwy perfekcjonizm - przykładowo kiedyś jak przyszły wyniki z egzaminu zawodowego, to zamiast się cieszyć, że zdobyłem 98%, narzekałem, że zabrakło mi jednego punktu do 100%.
To nie było łatwe i jak wspomniałem wcześniej, na szczęście zmienia się to na lepsze. I nie będę ukrywał, że między innymi utwór Drokza bardzo mi pomógł w zmianie myślenia.
Według mnie piękno tkwi nie tylko w przekazie utworu, ale także w tym, jak został ułożony muzycznie. Niestety, brak mi wiedzy o technikach wykorzystywanych do produkcji tego rodzaju muzyki - jestem jedynie odbiorcą, a nie twórcą - no i trudno mi się pisze o muzyce, podobnie jak o obrazach zresztą. Brak mi odpowiedniego słownictwa.
Utwór zaczyna się od spokojnego intra, o tym już wspominałem. Potem mamy pierwszy tak zwany drop, również bardzo spokojny (jak na tę muzykę), przyjemny dla ucha, przygotowujący do tego, co nastąpi dalej. A dalej jest już o wiele twardszy kick, brzmiący na szybszy. Drokz przez cały utwór przy każdym kolejnym dropie dodaje nowe elementy, układające się w ładną całość.
Po paru minutach z melodycznej części przechodzimy w bardziej mechaniczną, industrialną, z dość głośną i głuchą perkusją. Nie ukrywajmy, to też utwór przeznaczony na parkiet. Muzyk oddziela te partie odpowiednim przerywnikiem tak, żeby przejście nie było nagłe, tylko płynne, naturalne.
Najbardziej podoba mi się jednak ostatnia część, poprzedzona zapętloną melodią wygrywaną na pianinie, z powtórzoną drugą połową tekstu. Zaczyna się w dziesiątej minucie utworu i mimo że jest najszybsza (wcześniej mieliśmy terror, ostatni fragment to już speedcore), to jednocześnie jest dla mnie najbardziej spokojna. Bardzo szybkie tempo jest rytmiczne, harmonijne, nie wyłamuje się - to na melodię trzeba zwrócić uwagę, która stanowi przedłużenie fragmentu z pianinem.
Normalnie poleciłbym po prostu przesłuchać, jednakże wiem, jak wygląda pierwszy kontakt z taką muzyką. Zaczynałem od hardstyle i moja pierwsza myśl brzmiała „jak można tego w ogóle słuchać?”. Trzynaście lat później słucham o wiele gorszych rzeczy. : ')
Niemniej dla odważnych i/lub ciekawych zostawiam link do utworu.
D⁎⁎y nie urywa. No ale tak ze sceną muzyczną jest że tfurcóf masa, a godnych reprezentantów gatunku na palcach jednej ręki policzysz. Thunderdome enjoyer since 1993
@cyberpunkowy_neuromantyk Najlepszy jest Skyrim, gdzie używa się jednych bugów aby obejść bugi. Np. bug gdzie jakieś drzwi się nie otwierają obchodzi się glitchując przez ścianę. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Obejrzałem zachęcony przez użyszkodniczkę @Cori01. Uwaga, spoilery.
Podobnie jak z „Full Metal Jacket”, „Braci” także można podzielić na dwie części.
Pierwsza, zarysowująca relacje pomiędzy poszczególnymi postaciami, bardziej obyczajowa, jest bardzo dobra. Mamy dwóch głównych bohaterów, którzy teoretycznie stoją na przeciwległych biegunach. Pierwszym jest kapitan Sam Cahill, przykładny marines, mąż i ojciec, który niedługo musi opuścić swoją rodzinę, ponieważ wyjeżdża do Afganistanu na kolejną misję. Drugim jest jego brat, Tommy, którego Sam osobiście odbierze z więzienia po to, żeby zajął jego miejsce. Nie dosłownie, oczywiście, ale to później widać. Równie oczywiste jest to, że Tommy jest tym nielubianym synem (i przez ojca, i przez Grace, żonę żołnierza), ponieważ pił, wdawał się w bójki i ogółem sprawiał same problemy - nie bez powodu spędził trochę czasu za kratami.
Miło się oglądało, jak Tommy powoli ponownie staje się częścią rodziny. Ma świetny kontakt z bratanicami, dogaduje się z ich matką, wpada nawet na świetny pomysł wyremontowania kuchni.
Druga część opowiada wydarzenia po nieoczekiwanym przez jego rodzinę powrocie Sama do domu. Żołnierz został uznany za zabitego w akcji, gdy tak naprawdę przeżył i był przetrzymywany w niewoli oraz torturowany, co mocno odbiło się na jego psychice. Przez ten czas pogrążona w żałobie żona i jego brat zbliżyli się do siebie - na tyle, że Sam zauważył, że zachowują się jak zakochani nastolatkowie.
Niestety, ta część filmu jest o wiele gorsza. Odniosłem wrażenie, że wątek problemów Sama z powrotem do normalnego świata, w którym nie trzeba zabijać podwładnego, żeby przeżyć, został potraktowany bardzo po macoszemu. Zresztą, komunikacja pomiędzy bohaterami praktycznie nie istnieje. Odniosłem też wrażenie, że często trudne sceny zostały nagle ucięte. Zbyt dużo niedopowiedzeń.
Żołnierz oskarżył swojego brata o sypianie z żoną. Powiedział, że mu wybaczy, byleby tylko dowiedział się prawdy, nieważne jaka by ona nie była. Co zrobił Tommy? Kluczył z odpowiedzią, mimo że doszło *jedynie* do pocałunku. Grace również została o to oskarżona, ale ona przynajmniej postanowiła się przyznać. Szkoda tylko, że nie wpadli na pomysł, żeby usiąść we troje i po prostu porozmawiać, wyjaśnić wszystkie niedopowiedzenia. Chociaż nie wiem, czy by to pomogło.
Sam musiał dokonać strasznej rzeczy, żeby utrzymać się przy życiu i nadziei, że wróci do swojej rodziny. Niestety, zmieniło go to na tyle, że rodzina nie chciała go już znać. Wiedział też, że nikt go nie zrozumie. No bo jak mógłby oczekiwać zrozumienia, że MUSIAŁ zatłuc rurą swojego podwładnego, bo inaczej sam zostałby zabity? Żona zabitego żołnierza na pewno by tego nie zrozumiała - najpewniej oskarżyłaby go o morderstwo i obwiniałaby go. Pewnie padłoby pytanie, dlaczego nie postanowił odmówić. Dlaczego przedłożył swoje życie nad życie jej męża?
Skłaniam się do opinii, że żołnierze nie powinni posiadać rodzin, szczególnie jak jeżdżą na misje. Dzieci wychowują się bez ojca, którego przez wiele tygodni nie ma w domu. Rodzina codziennie zamartwia się, czy przypadkiem do drzwi nie zapuka delegacja ze złożoną flagą. Z drugiej strony może taki żołnierz dzięki temu ma większą wolę przeżycia? Chyba łatwiej jest znosić trudy walk z myślą, że w domu ktoś na niego czeka, że jest dla kogo żyć.
No ale wystarczyłoby nie prowadzić wojen, żeby takich problemów nie było.
A, zapomniałbym. Spodobały mi się dwie podobne sceny: pierwsza, tuż przed wyjazdem, gdy Grace przytuliła się do pleców męża - wtedy jego plecy były gładkie. W drugiej, już po jego powrocie, plecy z kolei były pełne blizn. Ucierpiała nie tylko psychika żołnierza, ale także jego ciało.
Ponarzekać mógłbym także na niewykorzystany potencjał Gyllenhaala, jednakże Maguire nadrobił.
Ja ten film oglądałam dość dawno, ale skupiając się na przesłaniu, które sprawiło, że zapamiętałam ten film, to, że moim zdaniem on nie opowiada o tym jak wojna wpływa na człowieka i jak go zmienia i jak jego trauma wpływa na jego otoczenie i jaki jest bezsens wojny, tylko o tym kogo ludzie postrzegają jako dobrych i złych. Skąd jest to rozróżnienie i kto ma racje. Była tam taka scena w której cała rodzina siedziała przy kolacji i Tommy zadaje pytanie "którzy to Ci źli?", a jedna z córek odpowiada "Ci z długimi brodami". W zasadzie moim zdaniem właśnie ta scena definiuje cały ten film i cały przekaz, większość ludzi nie wie o co walczy ich kraj na wojnach, a jak zapytać społeczeństwo, którzy to ci źli to odpowiedzieli by podobnie do tego dziecka z filmu bo sami nie widzą czym jest zło i dobro i sami sobie przypisują łatkę "tych dobrych" walczących w słusznej sprawie i to samo dzieje się po drugiej stronie. Dlatego tez uważam, że twórcy chcieli przedstawić ten kontrast dwóch braci, jeden ambitny patriota, drugi nieposłuszny chuligan, ale który jest tym złym, w pierwszej połowie filmu jesteśmy przekonywani, że Tommy w drugiej, że Sam, ale prawda jest taka, ze to zależy z jakiej perspektywy będziemy patrzeć o czym wielu ludzi zapomina.
Jejku, jakie to jest dobre. Chociaż nie powiem, w komiksie z historią jestem do przodu i porównując niektóre sceny, komiks podoba mi się bardziej.
Na przykład w scenie z uwięzieniem superbohaterów przez Seismica brakowało mi skali - w animacji tych superbohaterów jest garstka, w komiksie kadr jest wręcz nimi wypełniony.
Gdzieś mi się obiło że rekordowe zważone Iveco miało coś ponad 11 ton. Mówcie co chcecie, ale jest to imponujące i bardzo dobrze świadczy o budowie i jakości pojazdu co ma w końcu 3,5DMC.
Uwielbiam ten film, głównie jego pierwszą połowę. Uwielbiam też rozstrzał w wydźwięku pomiędzy filmami drugowojennymi a tymi opowiadającymi o wojnie w Wietnamie.
W takiej „Kompanii Braci” przyszli żołnierze są dręczeni głównie w jednym celu - żeby stać się elitarną jednostką, która na polu walki bez mrugnięcia okiem zrobi wszystko, co do nich należy, a do tego nie popełni błędów. Chociażby scena, w której rekruci dostają spaghetti do zjedzenia, a potem z brzuchami pełnymi tłustego jedzenia muszą biec na szczyt góry Currahee.
W „Full Metal Jacket” jestem pewien, że taki sam cel przyświecał sierżantowi Hartmanowi, który już przy pierwszej okazji poniżał swoich podopiecznych. Rasistowskie, homofobiczne teksty - coś, do czego w męskim towarzystwie jesteśmy niestety przyzwyczajeni.
Najbardziej w pamięć zapadła mi postać Leonarda Lawrence'a, lepiej znanego jako Gomer Pyle. Postać tragiczna - otyły, słaby fizycznie łakomczuch wykradający jedzenie z kantyny i zbierający cięgi przy każdej możliwej okazji, również ze strony swoich zirytowanych „kolegów”. Jak tu się z nim nie utożsamiać?
Hartmanowi udało się zamienić go w bezlitosną maszynę do zabijania. Lawrence pod koniec szkolenia zabił najpierw sierżanta, a potem siebie, tytułowym rodzajem amunicji.
Dla mnie to jawna krytyka sposobu przygotowania rekrutów do wojny, jak zresztą samej nieudanej wojny w Wietnamie, o ile w kontekście wojen można mówić o udaniu się. Wiele ludzkich żyć zostało straconych, a weterani często nie potrafili się odnaleźć w cywilnej rzeczywistości.
Jeszcze jak rozumiem wymagający trening fizyczny, mający przygotować rekrutów na wielogodzinne marsze, dni bez zmrużenia oka czy trudne warunki pogodowe. Tak psychicznego znęcania się nie jestem w stanie zrozumieć. Dlatego cieszę się, że ominęła mnie służba wojskowa (oby nigdy nie przypomnieli sobie o mnie).
Z bardziej znanych ciekawostek: sierżanta Hartmana miał zagrać ktoś inny - Ronald Lee Ermey był konsultantem, ale Kubrick uznał, że były „drill instructor” lepiej sobie poradzi w tej roli. Wystarczy, że zagra samego siebie.
Teksty Hartmana, które według opowieści są w większości, jeśli nie w całości, efektem improwizacji aktora, często są samplowane. Wielokrotnie słyszałem je w różnych utworach muzyki elektronicznej.
Z bardziej znanych ciekawostek: sierżanta Hartmana miał zagrać ktoś inny - Ronald Lee Ermey był konsultantem,
@cyberpunkowy_neuromantyk Pierwotnie Hartmana miał zagrać Tim Colceri, po wysiudaniu go z roli przez Ermey'a na otarcie łez dostał rolę door gunnera w IMO najlepszej scenie filmu. Postać door gunnera jest bazowana na realnej wypowiedzi żołnierza usłyszanej przez Michaela Herra, jednego z współscenarzystów.
Podoba mi się twoja analiza. Zachęciła do obejrzenia bo miałam przed tym filmem opory jak przed każdym który ma tematyke wojenna w roli głównej. Jedyne co na mnie zrobiło wrażenie to film "Bracia" ale on się bardziej skupia na tym powrocie po służbie, choć uważam że to tylko tło, a przesłanie było inne. Co do wojska to ojciec kiedyś opowiedział, że w jego oddziale był koleś który bardzo źle znosił pobyt bo był cały czas gnojony i poniżany. Ale dowodzcy się nas nim "zlitowali" i dali go do malowania plakatów propagandowych gdzie mógł siedzieć sam, a w czym się odnalazł bo miał talent do malowania. Dodał na koniec opowieści że po prostu nie kazdy w takim wojsku powinien się znaleźć, ale wtedy służba była przymusowa.
Jutro pierwszy dzień w nowej #pracbaza . Chyba najtrudniejsze będzie udawanie, że jestem całkowicie normalnym człowiekiem i wcale nie zdziczałem przez ponad trzy lata pracy zdalnej. x)
Dwa lata temu, po ponad 10 latach (trochę zazębionych ze studiami dziennymi) wyłącznie pracy zdalnej po raz pierwszy zacząłem pracować w stacjonarnie. Jest spoko, można gębę otworzyć do kogoś, lubię też codzienną rutynę. W razie nadmiaru bodźców idę sobie na zdalną.
Trafiłem wczoraj na filmik młodej, bo niespełna siedemnastoletniej, dziewczyny o tym, czy młodzi ludzie potrafią grać w stare gry. No i polecam też obejrzeć.
Ciekawie jest spojrzeć na „stare gry” (ciężko mi to przez gardło, ponieważ jestem starszy o kilka miesięcy od omawianego „Fallouta” x)) z perspektywy osoby, która jakby nie patrzeć wychowała się na trochę innych grach, przede wszystkim bardziej zaawansowanych graficznie.
Oraz na grach z utartymi już schematami, chociażby sterowania. Mnie też wspomniany w filmiku „Gothic” nie sprawił problemu ze sterowaniem, z kolei dla osób przyzwyczajonych do chodzenia za pomocą klawiszy WSAD, podnoszenia przedmiotów jednym przyciskiem et cetera mógł stanowić pewne wyzwanie.
Gralem w stare gry kiedyś i gram w stare gry dzis (gry na pc od 2000 roku). I generalnie nie odczuwam i nie odczuwałem problemów ze sterowaniem. Często gry na początku maja jakiś wstęp który pokazuje sterowanie, lub podpowiadają co nacisnąć a od biedy mają w ustawieniach informacje o klawiszach. Może to kwestia gatunku bo nie gram w jakieś rozbudowane RPG tylko w prostsze gry akcji, strzelanki, zręcznościowe.
W filmie poruszony jest temat " jeżeli ktoś nie gra w gry przez grafikę to nie wie czym gry są". Bardzo dobrze powiedziane, lata zajęło mi zrozumienie czym faktycznie są gry i co w grach rzeczywiście cenie, dzięki czemu wróciłem do gamingu. To odrzucenie gier przez grafikę może być bardzo problematyczne w niektórych gatunkach które lata świetności/peak ilości i jakości gier mają za sobą . Z mojej perspektywy to mowa o np pierwszoosobowych strzelankach single player, nadal cośtam powstaje ale kiedyś była na to moda.
Jeśli chodzi o grafikę, to chyba tylko raz miałem tak, że nie byłem w stanie grać. Rozchodzi się o „Gun” z 2005 roku. Gdy przechodziłem pierwszy raz, byłem oczarowany - grało mi się wspaniale, to był wręcz protoplasta „Red Dead Redemption”. Po latach postanowiłem wrócić i cóż, w mojej pamięci była o wiele lepsza. : D
Dlatego fajnie, że powstają remake'i starszych gier, o ile są wierne pierwowzorowi. Na przykład taką „Mafię” ograłem po raz pierwszy parę lat temu i ani trochę nie przeszkadzała mi kiepska jak na dzisiejsze standardy grafika. Jednakże nie ukrywam, że bawiłem się o wiele lepiej właśnie w remake'u, który ograłem w ubiegłym roku.
@cyberpunkowy_neuromantyk mialem to samo z PoP WW, chociaz tam moze nie sama grafika co ustawienie kamery odrzucilo mnie od ponownego ogrania tego cudownego tytulu :D ale jak Ubi zdecyduje sie kiedys na remake/remaster to na pewno kupie
Z góry ostrzegam, że poniżej znajdziecie sporo spoilerów, ale trudno jest mi opowiedzieć o swoich przemyśleniach bez odwoływania się do różnych wydarzeń. To w końcu już piąty zbiorczy tom. :')
Przede wszystkim: Kirkman chyba wziął lekcje od Hitchcocka, ponieważ na początku jest istne trzęsienie ziemi, a potem napięcie tylko rośnie.
Tak jak przeczuwałem, Mark dowiedział się, że Cecil i Globalna Agencja Obrony, dla których pracował, współpracują ze złoczyńcami, których wcześniej pokonał i oddał do uwięzienia. I nie muszę chyba dodawać, że cholernie się wkurzył, prawda? Do tego stopnia, że Cecil zmuszony był do skorzystania z tajnej broni przygotowanej na Invincible'a. Przypomniało mi to trochę szok Supermana z „Supermana i Lois”, gdy odkrył, że amerykańska armia przygotowała cały arsenał broni wykorzystującej kryptonit tak na wszelki wypadek, gdyby Supermanowi nagle odbiło i postanowiłby zaatakować ludzkość. Z bardzo podobnego założenia wyszedł Cecil.
Tym bardziej, że jak się okazało w zeszycie poświęconym historii Cecila, tak samo podszedł do Omni-Mana, więc zdrada ojca Marka wcale nie była tak niespodziewana, jak na początku zostało to przedstawione. Ale wtedy też nie mieliśmy całego obrazu sytuacji.
Jestem prawie pewien, że zmienił się styl graficzny komiksu. Niestety, nie mam już przy sobie czwartego tomu, więc nie porównam, ale w sumie zmiana jest na plus. Komiks stał się też bardziej drastyczny - więcej tu krwi, wnętrzności et cetera.
Co mi się zaś nie spodobało, to decyzja o zmianie kostiumu. Rozumiem, że po pięćdziesięciu zeszytach to samo wdzianko głównego bohatera mogło się znudzić autorom, jednakże nowe podoba mi się o wiele mniej niż poprzednie.
Kirkman postanowił też wykorzystać motyw podróży w czasie i co nieco zdradził z przyszłości Marka - pytanie tylko, czy rzeczywiście wydarzy się tak, jak to zasugerował, czy jednak postanowi zrobić psikusa i trochę zmieni bieg historii.
Fajna była krytyka ze strony młodszego brata Niezwyciężonego, który jest kosmitą-kosmitą i niedługo w komiksie prześcignie umiejętnościami Marka, mimo że ledwo co pojawił się w tej historii. Wracając do krytyki: Oliver stwierdził, że oszczędzanie łotrów jest nielogiczne i jak najbardziej się z nim zgadzam. Superbohaterowie pokonują superłotrów i wtrącają ich do więzień, a ci po pewnym czasie uciekają i ponownie sieją terror, zabijając ludzi. Pytanie, czy w ogóle czują jakikolwiek respekt przed Strażnikami Globu, którzy może i spuszczą łomot, ale zostawią niemilców przy życiu.
Warto jeszcze wspomnieć o nienachalnym budowaniu podwalin pod rozwinięcie niektórych wątków. Co jakiś czas autor pokazuje czytelnikom, że o niczym nie zapomina, i podrzuca wskazówki, kolejne tropy i tak dalej, że coś tam w mniejszym lub większym ukryciu się szykuje i niedługo mleko może wykipieć.
Jak na razie z tomu na tom historia podoba mi się coraz bardziej i kurczę, nie mogę się już doczekać, aż kolejne będą dostępne do wypożyczenia z biblioteki. x)
Pierwszy miesiąc już prawie za nami, więc przyszedł czas na pierwsze podsumowanie. W tym roku chciałbym robić to regularnie.
Opowiadania 0/2 - na razie odpuszczam, ponieważ mam do napisania pracę licencjacką, którą mocno zaniedbałem przez zawirowania życiowe.
Teksty na bloga0/12 - jestem w trakcie pisania pierwszego w tym roku i idzie całkiem nieźle, chociaż efekty pewnie zobaczycie (mam nadzieję!) dopiero na początku marca.
Gry z zaległości 1/24 - jedna gierka już za mną (która okazała się dość mocnym rozczarowaniem), druga prawie skończona, trzecia jakoś w 1/4, ale zacząłem czwartą („Red Dead Redemption 2”) i wsiąkłem. Pewnie nie uda mi się zrealizować tego celu, skoro wziąłem się za taką kobyłę, a niedługo nie będę miał aż tak dużo wolnego czasu. : D
Przeczytane książki2/24 - mam dwie na koncie + dwa komiksy.
Przeczytanie opowiadania 1/183 - początek roku słaby, ponieważ mam jedno zapisane na liście. Kilka innych przeczytałem, jednakże zbiór nie został przeze mnie jeszcze dokończony, a zapisuję tytuły wyłącznie z przeczytanych zbiorów.
Obejrzane filmy 8/52.
Star Trek - jakoś nie miałem ochoty na oglądanie, więc zobaczyłem może parę odcinków. Jeszcze nie skończyłem drugiego sezonu „Enterprise”, ale jestem już blisko. :')
Praca licencjacka - gorzej, niż planowałem. Dużo pomogły mi konsultacje z prowadzącą, która na szczęście jest bardzo wyrozumiała wobec mnie, jednakże napotykałem wiele problemów - głównie ze znalezieniem źródeł do poparcia tego, o czym akurat chciałem napisać albo z zebraniem odpowiedniej myśli.
Waga ?/80 kg - niestety, nie mam jak się zważyć. Muszę kupić w końcu jakąś wagę, żeby móc kontrolować spadek (albo co gorsza, wzrost xD). Na plus jest to, że przestałem słodzić herbatę i nie jem już tak dużo słodyczy, co wcześniej.
Średnia kroków 2,9/9k - za to zdecydowanie mniej się ruszam. xD Nie ukrywam, że wcześniej piesek stanowił dla mnie ogromną motywację do spacerów. Lubię chodzić, jednak niekoniecznie podoba mi się samotne spacerowanie. Zobaczę, jak to będzie wyglądało w lutym - wracam do stacjonarnej pracy, więc powinienem też chodzić więcej w ciągu dnia.
Regularne ćwiczenie jogi - na razie to nieregularnie ćwiczę x) Muszę się poprawić w tym aspekcie.
Z różnego rodzaju przemyśleń:
Podoba mi się życie samemu. Bardzo doceniam niezależność i przede wszystkim spokój. I nawet nie brakuje mi byłej dziewczyny - jedynie jej pieska. :')
Moje życie towarzyskie... zaczęło istnieć. : D
Bardzo odpocząłem na trzytygodniowym urlopie, podczas którego głównie się obijałem (a powinienem pisać pracę licencjacką...) i aż nie mogę się doczekać pójścia do nowej pracy, którą zaczynam w poniedziałek. W końcu czeka mnie coś nowego po ponad sześciu latach robienia tego samego. x)
Podsumowując: bardzo fajny miesiąc, mimo że nie wszystko wyszło mi tak, jak sobie to zaplanowałem. : )
Kupiłem na ostatniej wyprzedaży, bo 63 złote to świetna cena. Po nieśpiesznym przegraniu 10 godzin jestem oczarowany, jednakże jest jedna poważna wada tej gry.
Nie ma interaktywnych wychodków.
Myślałem, że będę mógł z samego rana usiąść na kibelku i przeczytać nowe wpisy w dzienniku Arthura, a tu klops, nie da się.
@cyberpunkowy_neuromantyk na PC to pewnie nie problem ale to że ta gra na series x działa w 30fps to zbrodnia , kupiłem 2 lata temu i czeka na patcha :D
W miarę stabilne 60 klatek w 2k. Wiadomo, nie ustawiłem też wszystkiego na ultra, bo moje 3060Ti by tego nie ogarnęło, ale jestem zadowolony z tego, jak ta gra wygląda. ^ ^
Wrzucam jeszcze raz, ponieważ zauważyłem, że nie zmieniłem społeczności.
Wbrew dość powszechnym zachwytom, mnie niestety animacja nie przypadła go gustu.
Estetycznie jest bardzo nierówno - raz można się zachwycić scenerią, innym razem kłuje w oczy, w szczególności modele zwierząt. A są one kluczowe, jakby nie patrzeć.
Nie potrafiłem się wczuć w opowiadaną historię o dzikim kocie, który wraz z innymi zwierzętami ucieka przed powodzią. W pewnym momencie nawet przyłapałem się na tym, że już nie śledzę filmu, tylko rozmyślam nad czymś innym.
Autor starał się w moim mniemaniu zrobić wszystko, żeby Konował dotrwał do końca historii. Chyba w praktycznie każdym tomie główny bohater informował o tym, że jest już zbyt stary na to wszystko - zastanawiałem się wtedy, jak to będzie, że przeżyje kolejne przygody. Tym razem Cook nie postanowił niczego przyspieszyć. Wręcz przeciwnie - zamroził Konowała i kilkanaście jeszcze osób na wiele lat. Dosłownie.
Obowiązek prowadzenia kronik przejęła Ospała. Niedobitki Czarnej Kompanii chowają się w Taglios, szukając sposobu na uratowanie Konowała i pozostałych, przy okazji uprzykrzając życie Duszołapowi, która pod nieobecność wszystkich uprawnionych do tego rządzi państwem. Mój jedyny zarzut? Czarnej Kompanii jak zawsze wszystko się udaje, jak zawsze są o krok przed przeciwnikami, jak zawsze na ich wrogów czeka mnogość przykrych niespodzianek.
„Żołnierze żyją”
Na (nie)szczęście ktoś chyba powiedział o tym autorowi albo sam sobie uświadomił, że wykreowani przez niego bohaterowie także są śmiertelni. Chyba zbyt bardzo zainspirował się Martinem, ponieważ w pewnym momencie poczułem się, jakbym czytał o odpowiedniku Krwawych Godów z „Gry o tron”. Jedno wydarzenie i pyk, wiele postaci zginęło.
Ta nagła wzmożona śmiertelność wśród postaci mocno gryzie się z poprzednimi tomami, w których co prawda zdarzało się, że ktoś ważny zginął, ale były to wyjątki, bardzo emocjonalne zresztą. Moim zdaniem autor w ostatnim trochę przesadził albo inaczej, może nie do końca wiedział, jak ugryźć zakończenia historii tych wszystkich osób, więc postanowił je po prostu uśmiercić. I tak wyszła mu z tego długa powieść (ponad 500 stron), więc może bał się, że rozrośnie mu się jeszcze bardzo?
Natomiast udało mu się wcale ładnie doprowadzić wszystkie rozpoczęte wątki do końca. Z Kiną, własną córką et cetera.
@cyberpunkowy_neuromantyk dla mnie niestety tylko pierwszy omnibus był super, no i ewentualnie pierwszy zeszyt z drugiego, później straszne przynudzanie i przedłużanie.
To prawda - pierwsza trylogia miała zwartą strukturę i cały czas do czegoś prowadziła. Późniejsze teoretycznie też, ale przeznaczenie trzech tomów na opisanie praktycznie tego samego, tylko z różnych, uzupełniających się perspektyw, mogło znudzić.
Odniosłem wrażenie, że autorowi trochę zabrakło pomysłu. Jasne, Konował chciał udać się do Khatovaru, to jest bardzo ciekawy pomysł i świetny cel dla postaci, ale żeby nie było zbyt łatwo, postanowił mu to utrudnić. Co też jest zrozumiałe. Ale że wyszło z tego pięć tomów, to już inna sprawa. : D
Myślę sobie: w końcu pójdę wcześniej spać, jestem zmęczony, to przynajmniej nareszcie się wyśpię, tym bardziej, że muszę wstać na zajęcia na 08:00. Fajnie będzie się obudzić o tej 07:30 bez chęci, że chciałbym jeszcze pospać.
„W sprzedaży pojawiło się właśnie lutowe wydanie "Nowej Fantastyki", w którym każdy ma szansę znaleźć coś dla siebie.
Miłośnicy kina mogą zaznajomić się z nowymi propozycjami z Azji, które pojawiły się na Festiwalu Pięciu Smaków. Osoby zainteresowane technologią mogą poczytać rozważania o kolejnych zimach sztucznej inteligencji. Fani klasycznej polskiej fantastyki na pewno chętnie poczytają o twórczości Marka S. Huberatha, a ci, których interesują zagraniczne nowości, dostaną wywiad z Victorią Schwab. Do tego tradycyjnie felietony, recenzje i powrót Lila i Puta.
W dziale prozy tym razem sześć opowiadań, w tym m.in. nowy tekst Marty Krajewskiej, opowiadanie Momira Iseniego z rzadko odwiedzanej przez nas Serbii oraz nominowany do Nebuli tekst Angeli Liu.
"Nową Fantastykę" możecie kupić w szanujących się kioskach i empikach, a także w księgarni stacjonarnej wydawnictwa Prószyński i S-ka przy ul. Rzymowskiego 28 w Warszawie. Niezmiennie najbardziej korzystną opcją kupna jest roczna prenumerata, którą możecie znaleźć w Gildii - towarzyszy jej nowa promocja z prezentem książkowym.
NF jest też dostępna w Nexto oraz Legimi - w formatach czytnikowych epub i mobi oraz w pdf.
Prenumeratę "Nowej Fantastyki" znajdziecie pod tym adresem internetowym:
Ponownie niezmiernie podoba mi się przyziemność problemów głównego bohatera, któremu, spoiler, z ogromną trudnością przychodzi łączenie życia prywatnego i zawodowego. Trudno uczęszczać na zajęcia na studiach i spotykać się z dziewczyną, kiedy na przykład na dwa miesiące leci się w kosmos.
Nawet nie wiedziałem, że tego mi brakowało w superbohaterskich historiach, za którymi do tej pory nie przepadałem. Spider-Man jakoś „normalnie” pracował, podobnie jak Superman. Batman to w ogóle nie musiał pracować, skoro był nieprzyzwoicie bogaty.
Podoba mi się też to, jak Kirkman prowadzi historię. Często pozornie mało znaczące wydarzenia albo takie, których kontynuacji czytelnik się nie spodziewa, po jakimś czasie dostają dalszą część. Na przykład wydarzenia na Marsie czy zapowiedź inwazji rasy obcych, do której należy między innymi Mark czy jego ojciec.
No i jestem ciekawy, jak główny bohater zareaguje, gdy okaże się, że poniekąd kolejny raz został zdradzony, tym razem przez swojego pracodawcę.
Świetna seria komiksów i jestem w stanie się zgodzić, że prawdopodobnie najlepsza, jaka powstała. Przede wszystkim ma tę przewagę nad Marvelem czy DC, że... nie trzeba się zastanawiać, od którego bohatera zacząć. Albo od której serii, bo tych jest przecież wiele. To jak z MCU - żeby móc w pełni docenić najnowsze filmy czy seriale, trzeba się przedrzeć przez ogrom poprzedzających ich tytułów, żeby wychwycić wszelakie smaczki czy nawiązania. Rozpoczęcie przygody z „Invincible” jest na szczęście o wiele prostsze - wystarczy chwycić za pierwszy tom.
Komiks i serial mają tego samego scenarzystę i uważam, że historia została bardzo ładnie przeniesiona na mały ekran. W serialu wydaje się też mniej poszarpana, no ale Kirkman miał wiele lat na przemyślenie sprawy i dostosowanie fabuły do potrzeb telewizyjnych.
Zmiany są dosyć kosmetyczne i dotyczą mało istotnych szczegółów. Na przykład Amber w komiksie jest seksowną blondynką, a nie czarnoskórą outsiderką jak w serialu, natomiast William jest heteroseksualny i przez pewien czas spotykał się z Eve, zaś Rick był jedynie jego dobrym kumplem, a nie obiektem westchnień.
Kolejny bardzo udany tom, którego cała fabuła została już przeze mnie poznana w postaci ekranizacji. Co tylko dobrze świadczy o animacji, ponieważ historia została wiernie przeniesiona na mały ekran... co z kolei nie powinno dziwić, skoro za nią również odpowiada autor komiksów. :')
Mark staje się coraz bardziej świadomy swoich mocy - można się pokusić o stwierdzenie, że mimo swojego wieku został już najpotężniejszym bohaterem na Ziemi. Oczywiście wciąż zaniedbuje edukację (chociaż z jego szybkością pewnie bez problemu może nadrobić zaległości), swoją dziewczynę (ciągle przerywając randki i znikając nawet na miesiąc lub dwa), dodatkowo pojawiają się pierwsze rozterki miłosne, gdy główny bohater dowiedział się o tym, że ktoś w sekrecie się w nim podkochuje. Fajnie, że ta przyziemna część superbohaterstwa nie została zaniedbana przez autora, ponieważ ona najbardziej przyciąga mnie do tej serii.
Oczywiście wszystkie główne wątki są dalej rozwijane.
Na koniec tego tomu został dołączony czwarty zeszyt „The Pact”, którego autorem jest oczywiście Kirkman. Na scenę wraca stary znajomy w postaci Doca Seismica, z którym Invincible wraz ze swoimi nowymi znajomymi ponownie się mierzy. Niezbyt udana historia, jednocześnie wyjaśnia, co działo się z łotrem międzyczasie pomiędzy pierwszym zeszytem, w którym wystąpił, a kolejnym z jego zaspoilerowanym przez Kirkmana we wstępnie udziałem.
Też nie mogę się doczekać tym bardziej, że w komiksach jeszcze nie dotarłem do momentu, w którym kończy się drugi sezon. A myślałem, że będę na bieżąco z serialem. :')
Kontynuacja moich zachwytów nad kunsztem Tarantino.
Druga i ostatnia część historii jest jeszcze lepsza niż pierwsza. Ktoś może powiedzieć, że przegadana - no ale kurczę, Quentin ma ogromny talent do pisania wciągających dialogów nawet o z pozoru nieciekawych tematach, jak ciekawostki o Mambie czarnej.
No i przejawia odwagę w realizowaniu niektórych scen, na przykład tej z zakopaniem głównej bohaterki żywcem. Ciekawy zabieg - wszystko obserwujemy z perspektywy bohaterki zamkniętej w trumnie, pogrążonej w całkowitych ciemnościach, która dopiero po chwili przypomina sobie o latarce, jedynym źródle znikomego światła. Brak tu szerokiego kadru, który dobitnie pokazałby widzowi, że bohaterka właśnie zostaje zakopana. Ba, nie widać nawet odjeżdżającego samochodu - trzeba się wsłuchać, żeby usłyszeć oddalający się dźwięk silnika.
No i stereotypowa, ale jakże dobrze pasująca, historia o mistrzu sztuk walki, który początkowo upokarza i zadręcza swojego niby nielubianego ucznia, ale który finalnie uczy go sekretnej techniki, wykorzystanej później do zabicia wroga.
Jako dzieciaka bardzo bawiły mnie te wodotryski i odpadające kończyny, ale jako dorosłego zdecydowanie trafia do mnie to jak ta historia jest opowiedziana. Oba filmy zestarzały się na poziomie, warto zobaczyć.
Nawet partnerce, która nie lubi kina akcji, się podobało. Tak wiem, tak naprawdę to nie jest kino akcji. Pewnie dlatego.