Nie podszedł mi ten przypadkowy seans na Mubi - kiedyś w sumie lubiłam takie nowojorskie komedyjki dla intelektualistów 20+. Może stąd ten seans.
Shirin to właśnie taka bohaterka, szukająca swojego miejsca w życiu. Właśnie rozstała się z dziewczyną, przez to, że nie potrafi wyjść z szafy przed swoimi pochodzącymi z Iranu rodzicami. Do tego nie może znaleźć pracy, a jak znajduje, to nie okazuje się to, co myślała. W poszukiwaniu nowych romansów (ale głównie po to by wzbudzić zazdrość ex), relacje z rodziną i w końcu upragniony coming-out, nic nie kończy się tak jak zazwyczaj kończy się w amerykańskich filmach.
Typowe, niezależne, amerykańskie kino dla młodych dorosłych, który szukają własnego miejsca w życiu i lubią oglądać podobne rozterki na ekranie. Niestety, poza obszar gatunku, ten film nigdzie nie wybiega, stąd taka a nie inna ocena.
No cóż, nie było pierdolnięcia, ale w sumie oglądało się. Lubie bardzo film ostatni "To" i Billa Skarsgarda w roli klauna. Historie dzieciaków ledwie poprawne, była wczutka w ich przerażające przygody, ale jednak więcej emocji i więzi na przykład wywołały we mnie dzieciaki z strangerthingsowego Hawkins lub oryginalnego "To".
Dużo wątków dodanych do "uniwersum Derry", jak działalność wojska czy mur ochronny zbudowany wiele lat temu dla ochrony przed potworem. Są też nawiązania do filmu (bip bip Richie).
Widzę, że będzie drugi sezon, co mnie cieszy - jednak lubię ową historię i mam nadzieję, że nie zmienią aktora-klauna. Zabrakło tego czegoś - co by mnie przykuło do ekranu jak ostatnio "Jedyna" czy nawet właśnie "Stranger Things". Nie szło mi za dobrze z oglądaniem odcinków - ale udało się do końca wreszcie gdy inne seriale mnie nie rozpraszały. Liczę na to, że drugi sezon będzie lepszy.
@Mahjong o, teraz się połapałem że Bill Nordname grał też w Boy kills world, gdzie też odwalił kawał świetnej roboty, a i sam film genialny.
No to mam chyba nowego aktora nowego pokolenia do śledzenia, bo chyba umi i rozumi w co się pakuje. Taki ktos pelni rolę papierka lakmusowego dla dobrego filmu. Tak kiedyś z edziem Nortoncommanderem mialem i się za bardzo nie sparzylem nigdy.
@plemnik_w_piwie to jeśli lubisz Billa to zapisz sobie to: "Desperat". Już widziałam na AFF i to chyba jego najlepsza rola jak na razie - sam film też dobry, ale nie jakiś rewelacyjny - właśnie gra Billa dodaje wiele plusów. Trzyma za gardło swoim graniem całą akcję!
Wstyd się przyznać, ale jakoś omijałam ten tytuł, mimo że miałam go na liście "must watch". Nawet kiedyś zaczęłam oglądać, ale chyba po kwadransie wyłączyłam.
Mam taką misję na 2026 rok - zaprzyjaźnić się z Lanthimosem na nowo, dlatego czeka mnie jeszcze jeden seans, powtórny - "Rodzai życzliwości", bo ja za bardzo życzliwa nie byłam dla tego tytułu, i czuję w głębi siebie, że niesprawiedliwie.
W każdym razie "Biedne istoty" weszły mi, mimo obaw (skoro kiedyś tam próbowałam oglądać ale mi nie wyszło), i to całkiem dobrze.
Bella to praktycznie żywy twór. Młoda kobieta znaleziona martwa, zostaje ożywiona przez Godwina Baxtera, lekarza-eksperymentatora o licu potwora Frankensteina (chociaż to on sam jest tu Frankensteinem). Bella ma umysł dziecka umieszczony w ciele dorosłej kobiety, a my będziemy przez cały film obserwować jej dojrzewanie i ewolucję.
Bella, gdy zaczyna wkraczać w próg dojrzałości, wciąż jeszcze ogarnia to umysłem dziecka, ale gdy pojawia się okazja by odejść od ojca - Boga, jak go nazywa (God, skrót od Godwina, fajny zabieg), to jest sfokusowana na tym by wynieść się z domu i ruszyć w świat. Jej przewodnikiem po świecie będzie przystojny, cwany i hedonistyczny kobieciarz Duncan. Jeszcze nie podejrzewa, że Bella zniszczy mu życie, a może raczej on sam pogrąży się w samozagładzie nie potrafiąc poradzić sobie z uczuciami wobec tej dziwnej kobiety.
Piękne zdjęcia i scenografia, kostiumy. Aktorstwo TOP - Emma Stone w prime time - jej najlepsza rola jak na razie? Zapewne. Sama historia leci na złamanie karku wraz z dojrzewaniem Belli a my razem z nią doświadczamy przygód, często tych łóżkowych. Ale gdy Bella uwolni się z okowów permanentnego pożądania będzie potrzebowała nowych bodźców, a przede wszystkim będzie chciała wrócić do domu, niczym w Biblii jako córka marnotrawna.
Bardzo dobry seans. Wszystko tam współgrało. Sama nie wiem czy może to nie jest 9/10? Jeszcze będę się zastanawiać, w każdym razie przygoda udana. Czekam aż gdzieś wpadnie Bugonia a tymczasem szykuje się na rewatch Rodzai Życzliwości.
Ej, to wcale niewiele się różniło od starych Nagich Broni! No, może oprócz aktorów, ale Liam Neeson faktycznie dostarczył!
Uśmiałam się strasznie, niektóre kawałki sobie po kilka razy przewijałam, bo tarzałam się dosłownie ze śmiechu po łóżku.
Dawno nie widziałam NAPRAWDĘ śmiesznej współczesnej komedii amerykańskiej. Fajnie, że to wszystko w duchu starych części i humor także oscylował w tamtą stronę.
Ode mnie 7,5/10 za zapewnienie doskonałej rozrywki.
Generalnie to nie ta gęstość gagów co w starych częściach (chociaż jest to bardzo subiektywne odczucie, zwłaszcza, że ostatnie co oglądałem to Police Squad - ale tego się nie da przebić xD). No i mniej przegięć, ale takie czasy.
Z drugiej strony - dokładnie tak jak Ty, uśmiałem się jak norka, to bardzo udana kontynuacja i dokładnie to czego oczekiwałem. Aż mi się łezka zaświeciła w oku jak sobie uświadomiłem że to jest pierwsza udana slapstick'owa komedia od nie wiem czy nastu lat: takie filmy po prostu przestano robić. A Tu proszę!
Moim ulubionym dowcipem jest to, że gra tam Liam Neeson: Podobieństwo inicjałów do "Leslie Nielsen" (i względne/subiektywne "wyglądem" jednego do drugiego) od zapowiedzi powodowało, że kisłem w środku - Liam dowiózł xD!
@Mahjong Bosz, jak mi brakuje takich parodii z lat 80 to masakra. Mam nadzieje ze sukces tego remaku z powrotem otworzy kurek tego typu komedii. Na to az poszedlem do kina i sie nie zawiodlem. Jak Pamela zaczela spiewac na scenie to myslalem ze skisne xD
No moze jedyne co bylo slabe to dlugosc samego filmu bo 1:25 to teraz niektore odcinki seriali trwaja.
I koniec przygody z miasteczkiem Hawkins i całą tą dzieciarnią. Gdybym miała oceniać serial jako całość dostałby zdecydowanie 8/10 - bo to jednak naprawdę fajnie stworzone dzieło - dobrzy aktorzy, świetne dialogi, realizacja i to wspaniała współpraca z muzyką tamtych lat.
/tu czas na opowiastkę mahjongową - w poprzednich sezonach gdy Max słuchała sobie "Running up that hill" uciekając przed Vecną - wchodzę swego czasu na twittera a tam w najpopularniejszych "kate bush" - mnie już serce boli, bo taka "popularność" starszej już gwiazdy oznacza tylko jedno. Już prawie łzy w oczach, a potem patrzę - a to popularność songa dzięki Stranger Things")/
Zmutowani ci aktorzy już - wyrośnięci ponad serialowy wiek, czas najwyższy był to zresztą kończyć - bo ile można wymyślać kolejne tarapaty Nastki i reszty.
Tylko jeden problem mam z tym piątym sezonem, bo normalnie oceniłabym go 8/10, jak pozostałe. Ale ten dwugodzinny finał, dzizas...
Serio, kto jak kto, ale ja nie mam problemów z dłużyznami w filmach. Bardziej chodziło o "przegadanie", które po prostu nie korelowało z dynamiką akcji odcinka.
Ale z drugiej strony co sobie popłakałam na tym odcinku to moje - jak coś to ja dużo łez puszczam na filmach czy serialach, śmieję się czasem, że potrafię popłakać się nawet na reklamie proszku do prania. Co prawda gdy oglądałam monolog Willa to ocierając łzy w kocie futerko mimo wszystko kisłam nieco w środku, że zrobili z tego taką długaśną przemowę jakby Oscara odbierał.
W każdym razie będę tęsknić i to mocno za tymi bohaterami
Możliwe, że za kilka lat zrobię sobie nostalgiczny rewatch. W końcu Stranger Things to po prostu fajne fantasy - przynajmniej ma wszelkie prawidła mojego ulubionego gatunku.
Nie mam problemu z lgbt, ale to gówno w przedostatnim odcinku zepsuło mi totalnie wrażenie, które robił ten serial. Lesbijski wątek był spoko, ale to co odwalili z Willem to kosmiczny gniot. Netflix musi bo się udusi.
@dez_ mi to nie przeszkadzało, dobrze to aktor zagrał, przynajmniej poprawnie, ale ten monolog mógłby być krótszy tak o 70 proc. gadaniny - znaczy rozumiem kwestia tłumaczenia ludziom, bo przecież to lata 80., ale wiadomo, że to jego rodzina i przyjaciele i go kochają, można było skrócić o wiele mocniej na pewno ową przemowę
@zachlapany_szczypior Zgadzam się. Serial kończy się wraz ze śmiercią Eddiego. Dalej nie ma sensu oglądać, na tym można zakończyć i samemu sobie dopowiedzieć koniec.
To był mój drugi Argento i na razie sobie raduję. Co prawda lepiej mi się oglądało Tenebre niż Suspirię - to głównie zasługa lepszego aktorstwa i dobrych dialogów. No i akcja w pewnym momencie rusza z kopyta i już się nie zatrzymujemy. Ot, włoski slasher i do tego klasyczne giallo. Bardzo fajna muzyczka, to na pewno na plus.
Peter Neal to twórca popularnych powieści kryminalnych. W czasie pobytu w Rzymie okazuje się, że w mieście grasuje morderca, który inspiruje się jego twórczością. Zaczyna się wyścig z czasem i próba pomocy policji w tej sprawie. Dużo zabijania, krwi, i plot twistów. Jak coś jest na Netlix.
Marcello pracuje dla tajnych służb, Włochy są faszystowskie akurat, a mężczyzna chce być "normalny", być jak inni, więc przyjmuje łatkę faszysty ze swobodą, do tego żeni się z drobnomieszczanką, zwyczajną, głupiutką, ładną - taka pod żonę, jak sam podkreśla - wszystko by wkroczyć na ścieżkę życia zwykłego człowieka. W głowie i sercu ciągnie za nim się zbrodnia, której dokonał jako dziecko, albo przynajmniej tak mu się wydaje.
Ale nie może być zwykłym człowiekiem, ktoś kto dostaje zadanie unieszkodliwienia profesora filozofii, który akurat był też wykładowcą głównego bohatera, gdy ten studiował. Marcello wykorzystuje swoją podróż poślubną jako rzut na zrobienie misji. W Paryżu zyskuje kontakt z profesorem, ale jego piękna młoda żona zawraca naszemu bohaterowi w głowie i zaczyna się lekki wachlarz zwątpienia i pojawia się rysa indywidualizmu przeszkadzająca w wykonaniu zadania.
W sensie realizacyjnym jest bardzo dobrze, w sensie rozliczania kraju z faszyzmu też. Na pewno warto obejrzeć ten by lepiej zrozumieć czemu masy poszły w ramiona faszyzmu. Do tego sporo filozofii, jest naprawdę to świetny film dla głowy, w doskonałym realizacyjnym sosie.
To mój pierwszy film Jodorowskiego. Tak wyszło, że zawsze schodziliśmy sobie z drogi, choć miałam kilka razy możliwość zobaczenia jego filmów. Ale jakoś odpychało mnie, że są one po⁎⁎⁎⁎ne. Teraz, po tylu latach oglądania filmów - jestem praktycznie gotowa na każdy tytuł, więc pomyślałam - czemu nie? Przecież to nie może być jakieś ciężkie czy coś.
I nie było wcale! Oglądane na tzw. spiętej dupie od samego początku - w sumie historia jest typowo fantasy i tak się czułam wrzucona w ten poryty świat tego filmu. Do tego w trakcie fabuły jeszcze pojawia się "trzeba skompletować drużynę" i ruszyć w stronę Mordoru, tfu, znaczy Świętej Góry.
Historię obserwujemy na początku ze strony Złodzieja, który podobny do Chrystusa, dorabia się przypadkiem nawet odlewu takiego "jezuska". W świecie, w którym żyje Złodziej duchowość to pieśń przeszłości, a religia to kolorowe zabawki, zaś śmierć i przemoc to okazja do pośmiania się i robienia sobie fotek. Albo inscenizacja historyczna z żabami w roli głównej. No popierdolone ogólnie obrazki oglądam na początku, zresztą dalej jest tak samo.
Ostatecznie Złodziej trafia do pewnego guru, który kompletuje drużynę i dziewiątka śmiałków ma ruszyć na Świętą Górę by wykraść bogom tajemnicę nieśmiertelności.
Świetne są zdjęcia do tego filmu - szczególnie zapada w pamięć droga do guru na szczycie wieży półnagiego Złodzieja. Odwołania do świata, ludzi, religii... Jest tego cała masa, pole do interpretacji szerokie, ale wcale nie takie trudne jak by mogło się wydawać, bowiem może wystraszyć zwykłego widza wrzucanie Jodorowskiego do szufladki z napisem "awangarda".
Moim zdaniem film jest absolutnie oglądalny, ma zwartą fabułę, epizody trzymają się kupy - w sumie wszystko jest na swoim miejscu - tylko świat popierdolony!
Ludziska piszą, że najlepiej oglądać ten film na kwasie, bo wygląda jakby był zrobiony na kwasie. IMO na trzeźwo jak najbardziej do obejrzenia i uznania. Dla lekko wyrobionego widza to nie powinien być ciężki seans. Ja tam miałam za⁎⁎⁎⁎sty fun oglądając to, już w połowie seansu wiedziałam, że ocena będzie wymaksowana, film wżarł się w mój gust idealnie, chociaż ja po tylu filmach już sama nie wiem jaki mam gust.
I ten plot twist na samym końcu! Miodzio! Aż mi się "Drugi akt" Dupieuxa przypomniał.
Polecam gorącom wszystkim kinomanom, którzy jak ja, omijali Jodorowskiego - zobaczcie koniecznie. "Święta góra" to świetna przygoda i j⁎⁎⁎ny SZTOS!
Nie były zawyżone oceny o tym filmie - przynajmniej z mojego punktu widzenia.
Bardzo ładnie zrealizowana całość, cudowne ujęcia, które są bardzo magiczne, choć przecież nic magicznego nie pokazują.
Historia ckliwa, lecz ludzka - w sumie taka historia o naprawdę zwyczajnym człowieku, który sobie żyje z dnia na dzień bez określonego celu dopóki nie założy rodziny i to ona stanie się sensem jego życia.
Niesamowite są sceny na trakcie - w czasie prac wyrębowych, i te rozmowy z innymi pracownikami - o tym czym jest natura i człowiek. Takie w sumie jest też życie Roberta Grainera - naturalne i ludzkie. Jednak gdy rodzina znika z obrazka co można zrobić? Pogrążyć się w rozpaczy, a potem podnosić się lekko, powoli, ale z uporem. Rozpacz jednak nigdy nie zginie - o tym nie pozwala nam zapomnieć smutna mina głównego bohatera.
Bardzo podobał mi się ten film - w sumie opis wcale nie zachęca, a jednak podanie historii jest tak świetnie utkane, że bierzemy i jemy to jak najęci.
Film całościowo trzyma się bardzo mocno - więc naprawdę, ciężko w jakimkolwiek względzie przyczepić się do tego tytułu - aktorstwo, realizacja, muzyka - wszystko jest TOP. A najważniejsze jest to, że film porusza serce widza.
Chyba za późno zabrałam się za filmy Argento. Pewnie tak o 10 lat. Fabularnie jest klasycznie dość, aktorsko - drewniano.
Ale za to jaka piękna czerwona krew się leje! To na pewno jest piękne w tym filmie - że włoski reżyser nie pi⁎⁎⁎⁎lił się z realizmem, nie poczernił tej krwi - najbardziej czerwony kolor ever!
W sensie wizualnym jest bardzo dobrze. Natomiast fabuła nie zrobiła na mnie wrażenia. Młoda amerykanka dostaje się do wiedeńskiej szkoły tańca. Od samego początku podejrzewa, że dzieje się tam coś niedobrego, bo już tej samej nocy, w której młoda panna dobija się do drzwi szkoły, ginie w brutalny sposób inna uczennica tej szkoły. I tak ginąć będą dziewuszki, przynajmniej dopóki amerykanka nie odkryje, że szkoła to siedlisko starych wiedźm - ach, te wyszukane metafory na nielubiane nauczycielki!
W każdym razie dam jeszcze szansę Argento - koledzy mi podpowiedzieli parę tytułów i choćby dla tej najczerwieńszej z krwi - myślę, że warto będzie sprawdzić kilka tytułów.
@Mahjong film to złoto jeśli chodzi o klimat i kwestie audiowizualne i za to mu dałem 9/10. A fabuła - odpalając horror mam zerowe oczekiwania w tym względzie, ciężko mi sobie wyobrazić film z tego gatunku, który nie będzie fabularnym gównem. xD
To film Dreyera, wiec musik dać punkt więcej, ale moim zdaniem nie był to wyjątkowy film, na pewno nie o takiej sile rażenia jak Męczeństwo Joanny d'Arc.
Jest rok 1623. Anna wyszła za mąż za o wiele starszego od siebie Absalona, szefa inkwizytorów. Mniej więcej w tym samym czasie wraca do domu dorosły syn Absalona - Martin. Anna udziela schronienia kobiecie, która została oskarżona o czary - i dzięki temu dowiaduje się szczegółów zawarcia swojego małżeństwa - matka Anny też była oskarżana o czary, ale Absalon uniewinnił ją za rękę córki. Wyżej wspomniana kobieta zostaje złapana jednak, torturowana przyznaje się i zostaje spalona na stosie.
Anna wpada w romans z synem męża i coraz częściej nie kryje się z tym, że chciałaby by ten stary dziad zdechł. Watch what you thinking. Pewnego razu Anna nie wytrzymuje i wyjawia prawdę Absolonowi o romansie z jego synem, co zabija starego inkwizytora.
Najgorzej czuję się z samą sobą, że nie poczułam "dzieła". Ale wątpię bym chciała kiedyś powtórzyć ten seans, jak coś do wolę kolejny raz popatrzeć na męki Joanny d'Arc.
@Vampiress w sumie więc z góry przepraszam za spoilery, nie uznaję takowych skoro oceniam film, może powinnam dawać jakąś notkę? Ale na filmwebie jest nawet zakończenie opisane, więc chyba nie ma tragedii. Myślę, że zresztą przy takim filmie nie ogląda się dla tego "co będzie dalej" i tak. To raczej kontemplacja zachowań i obserwacja.
Chciałam obejrzeć sobie film o tym ruskim tenisiście co jak przegrywa to uderza się rakietą w udo, ale to nie było o nim. Uważajcie co włączacie!
A teraz na poważnie: zawsze gdy włączam Tarkowskiego mam ten sam problem - film mi się podoba MEGA, ale nie wiem czy wszystko rozumiem.
W tym przypadku jest trochę łatwiej, bo to historia średniowiecznego mnicha i twórcy ikon - Andrieja Rublowa. Przez pryzmat lat obserwujemy jego losy, ale przede wszystkim obserwujemy jego rozterki, falę cierpienia i przemocy i średniowieczną Ruś, którą przemierza tytułowy bohater.
Rublow jest niczym Chrystus - widać od samego początku po jego umęczonej twarzy, że zmierza ten człowiek ku jakiemuś niewyobrażalnemu cierpieniu. Na początku drogi towarzyszą mu dwaj mnisi, niczym jezusowe łotry w drodze na Golgotę. Potem ich drogi się rozejdą, ale będą się czasem pojawiać znowu. To bardzo ważne i symboliczne postacie w życiu samego ikonotwórcy.
Akcja zaczyna się w roku 1408, gdy Rublow wędruje z towarzyszami. Potem dostaje propozycję stworzenia ikon w jakieś katedrze (wybaczcie brak szczegółów, nie robiłam notatek ;), co sprawia, że jeden z jego towarzyszy, nie mogąc znieść zawiści wobec kolegi, sam odchodzi z zakonu.
Rublow pracuje nad ikoną, obserwujemy jego poczynania. Jednak najazd Tatarów burzy jego dotychczasowe życie. Jest świadkiem przemocy i mordów - sam w akcie obrony pewnej kobiety zabija człowieka. To sprawia, że Andriej porzuca tworzenie ikon i zamilczy (dosłownie) na wiele lat.
Lata mijają, a świat niby się nie zmienia, a jednak zmienia. Artysta jest świadkiem wielu wydarzeń - jednym z najlepszych i najbardziej zapadających w pamięć fragmentów filmu jest odlewanie wielkiego dzwonu dla księcia Rusi oraz jego pierwsze uruchomienie - tutaj obserwujemy postęp twórczy syna ludwisarza, Borysa. To wielkie oddanie chłopaka przebudzi dawnego Andrieja - Andrieja twórcę.
Co tu dalej opowiadać. Kto lubi Tarkowskiego nie będzie się nudził. To są filmy ciężkie, powolne, nie dają łatwych odpowiedzi. I znowu film o religii, co dla mnie, ateistki, jest zawsze trudne w filmach Tarkowskiego. Ale mistrzowska narracja i realizacja nie pomaga mi się bawić w ocenę takich poglądów. Mogę tylko ocenić skalę odczuć - ta jest wymaksowana, ten film daje tak wiele do myślenia.
Na przykład czym jest pokuta? Pod koniec jeden z dwójki towarzyszy Andrieja narzeka, że za swoje grzechy musi przepisać Biblię kilkanaście razy - straszna sprawa, bo lat zostało mało a to taka żmudna robota. Tymczasem Rublow bez zastanowienia sam na siebie narzuca pokutę - pozbawia siebie możliwości tworzenia i mówienia.
To tylko jeden z przykładów. Ten film można rozkładać na tak wiele czynników. Wszystko ma mocny związek z religią, ale czyż religia nie była i nie jest czasem lustrem ludzkich rozterek?
Nie wiem jak to wszystko ocenić całościowo, czy 9/10 czy 10/10, a może przesadzam i wystarczy 8/10?. Dla mnie jak na razie każdy film Tarkowskiego to arcydzieło. Nie inaczej jest z tym tytułem.
Oceniam jako serial, a nie film, stąd wysoka ocena (do seriali mam mniejsze wymagania). Głównie też dlatego, że nie pamiętam kiedy ostatni raz miałam tak, że wprost kręciłam się pół dnia zniecierpliwiona by doczekać wieczora i obejrzeć z dwa odcinki. Wczoraj siedziałam do późna, bo został mi tylko jeden do końca i nie potrafiłam się powstrzymać. Lubię seriale, czasem sobie coś oglądam na dobicie wieczorami, i nawet mnie wkręcają niektóre tytuły, ale ten mnie wprost uzależnił.
Rhea Seehorm gra wzięto pisarkę romansideł fantasy, ma problem z alkoholem, lekkim wypaleniem zawodowym, ale za to ma wspierającą i kochającą kobietę. Do czasu, aż tajemniczy wirus nie przejmie prawie całej ludzkości i nie zamieni jej w jedną wielką selektywną świadomość. Wirus ma przeróżne zależności, np. nasza selektywność nie potrafi kłamać. Umie robić uniki, milczeć, ukrywać, ale bezpośrednio kłamać nie potrafi. Do tego instynkt wirusa mocny jest i pragnie się rozpowszechniać.
To takie lekkie odwrócenie borgowej selektywności - bowiem ludzie zainfekowani wirusem są mega słodcy i dobrzy, czują się szczęśliwi, nie potrafią zabijać - nic, świniaka na obiad, muchy, nawet nie zerwą jabłka z drzewa. To dość ciekawa koncepcja, jak w taki sposób owa selektywność ma przetrwać i jeszcze podbijać kosmos - bowiem nasza selektywność ma silny wewnętrzny przykaz rozpowszechniania się.
Na Ziemi pozostaje zaledwie kilkanaście osób, które nie wpadły w wir wirusa i zachowały indywidualność. Jedną z nich jest właśnie nasza pisarka, Carol. Niestety, jej partnerka umiera w trakcie rzutu infekcji wirusa, więc Carol nie za bardzo nadaje się na "nową" znajomość z naszą selektywnością. W głębokiej żałobie, z problemem alkoholowym, Carol próbuje znaleźć wyjście z sytuacji, chociaż nasza selektywność bardzo chce wciągnąć ją do siebie. W tym celu wysyła się w postaci jednego człowieka-opiekuna. Idealnie skrojoną pod gust Carol piękną kobietę, zwaną kiedyś Zosią (tak, to Polka, i ba, gra ją Polka - Karolina Wydra).
Wiem, że im coś lepszego tym większe wymagania i pewnie zaraz pojawią się krytyczny komentarze, ale moim zdaniem tylko takie seriale są skłonne wywołać tak wiele wrażeń. Mi się oglądało bardzo dobrze, lubię dobrze zarysowane, niekoniecznie pozytywnie, postacie kobiece i lubię takie poryte koncepcje, jak ta w Jedynej.
Jak zazwyczaj potrafię męczyć dany, oczywiście solidny, serial, nie wiem, na przykład jeden sezon przez miesiąc, tak Jedyną połknęłam w trzy wieczory.
@Mahjong u mnie również 6/10 ale dobrze znam ten styl Vince Gilligana. Także jestem przekonany, że cała historia jeszcze się rozkręci. Dlatego będę oglądać kolejny sezon o ile wyjdzie
To chyba inny serial oglądałem. Pierwsze 2 odcinki były rewelacyjne, później coś w 4 czy 5 się zaczeło na chwilę coś dziać, a tak to mega nuda. Pomysł na serial super. Niestety Vince gdzieś się zgubił i wyszła kupa. Ocena 3/10 jest zawyżona.
No ale zawsze się można podniecać gniotem, bo z gustami jest jak z d⁎⁎ą, każdy ma swoją.
Wyprawa eksperymentalna człowieka z kamerą, a za nim innego człowieka z kamerą. Vertov podpowiada nam co można wyczyniać z kamerą, gdy pokazuje ujęcia kręcenia.
Kamera wędruje po ulicach miasta, jego zakątkach i przede wszystkim po życiu ludzi. Czasem najpierw widzimy montowane skrawki taśmy, a kilkanaście minut później odkrywamy te sceny w pełnym ruchu. Z jednej strony ciekawy film dokumentujący życie miastowych pod koniec lat 20. XX wieku, z drugiej strony to laur miłości położony na szczyt kamery, za to, że można z nią robić tak wiele, prawie wszystko.
Vertov lubi eksperymentować i ten film tego jest wyrazem, ale nie jest to eksperyment toporny, wprost przeciwnie - dynamika filmu jest wręcz powalająca. Ten film mógłby powstać i dziś - jego wymowa jest niezmienna. Życie w oku kamery zyskuje, czemu tak jest, któż to wie? Ale tak jest i koniec - grzmi nieco z tego obrazu taka sentencja. Czy jest prawidłowa, czy się z nią zgadzamy to już mniej ważne. Ważne jest by patrzeć, obserwować. I kamerować.
/film można zobaczyć i usłyszeć między inymi na Flixclassic ze wspaniałym podkładem muzycznym The Cinematic Orchestra!/
Kto zna historię doktora Fausta temu nie trzeba opowiadać fabuły. Dzieło Goethego w film zaklęte w wykonaniu mistrza Murnau.
W sensie wizualnym to arcydzieło. Oglądałam na flixclasiccu i tam było oznaczenie 7+, ale ja gdybym to oglądała mając 7 lat to bym miała koszmary, śniłabym o tych strasznych demonach. Brrr...
Kino nieme rządzi się swoimi prawami, czasami dla współczesnych kinomanów trochę prymitywnymi prawami, ale na mnie zawsze robi wrażenie jak bardzo twórczy musieli być wtedy reżyserzy, korzystając z takich a nie innych środków. Murnau, jak mało kto, wiedział w tamtych czasach, jak nakręcił historię tragiczną i straszną zarazem.
Na #aff byłą retrospektywa filmów Susan Seidelman - miałam w planach właśnie "Diablicę", ale ostatecznie nie poszłam na to. Ale wczoraj nadarzyła się okazja i obejrzałam.
Filmowy jezusicku, jaki to wspaniały film, wspaniała komedia! Roseanne Barr gra Ruth, taką typową, zwyczajną żonę i matkę. Jednak nastąpi znacząca zmiana w jej życiu - mąż zdradza ją z popularną pisarką romansów (Maryl Streep).
Ruth więc szykuje zemstę na niewiernym mężu.
Nie będę zdradzać planu tytułowej Diablicy, film gorąca polecam.
Zemsta jest zacna i przebiegle przeprowadzona i dzięki temu dostarcza widzom rozrywki najwyższej klasy. Aktorzy - brawismo, szczególnie właśnie Barr i Streep.
Niektóre smaczki są szczególnie fajne - np. w ramach zemsty Ruth zostawia dzieci na głowie męża-kobieciarza i jego kochanki, pisarki. I co się dzieje? Najnowsza powieść romansowa pisarki więcej opowiada o zwyczajnych dniach, jak pranie czy zajmowanie się dziećmi i wszyscy są rozczarowani, że nie ma kolejnego romansu, ale cóż, jak zauważa sama Fisher- pisze, to co dostarcza jej życie. Wcześniej była wolna i mogła romansować z kim chciała, a teraz jej życie nagle się zmieniło.
Tym razem nieco szkatułkowa formuła. Szybko okazuje się, że bohaterowie, których poznajemy na początku filmu to tak naprawdę aktorzy, grający w filmowym projekcie reżyserowanym i produkowanym przez sztuczną inteligencję.
W sumie nie wiadomo ile jest tam grania, a ile filmu, bowiem te proporcje ciągle się zmieniają. W pewnym momencie już sami nie wiemy co jest pierwszym, a co drugim aktem.
Błyskotliwe dialogi, albo głupie, albo mądro-głupie, kto oglądał parę komedii Dupieuxa ten wie o co chodzi.
W konflikt dwóch zwaśnionych rodzin trafia przypadkowa pewna dziewczyna. Bracia jeden z rodzin w wyniku żartu porywają dziewczynę, która miała być Loly Madonną i miała przyjechać do jednego z braci drugiej rodziny. Jednak to tylko głupi kawał.
Konflikt zacznie jednak przybierać na sile. Chłopaki wyciągną broń, siostra z jednej z rodzin zostanie zgwałcona, a w drugiej rodzinie zaczną wychodzić na wierzch wyrzuty w pewnej sprawie, która kilka lat temu całkowicie zmieniła oblicze tej rodziny.
Czyli redneki na wojnie. No i nie są to polskie redneki, żadne "Sami swoi", tylko amerykańska wojenka na całego.
Oglądało się dobrze, samo pompowanie konfliktu ładnie poprowadzone.
Przez to, że 1 stycznia już tradycją jest dla mnie rano wstać i słuchać topki wszech czasów, to nie łażę na imprezy, sama nie piję (przynajmniej za dużo, browar jeden + lampka szampana) i idę spać po 1. Więc moim planem będzie pewnie obejrzenie jakiegoś filmu.
Więc pytanko kochani - jakim filmem zamknąć rok 2025? Proszę bez oczywistości. Pod #kinozmahjongiem widać co już oglądałam. Najlepiej żeby film był dostępny na streamingach, ale niekoniecznie.
Zazwyczaj nie zadaję takich pytań, bo doskonale sama wiem co chcę obejrzeć i nie mam problemu z wyborami. Ale chciałam sprawdzić co mi ciekawego zaproponujecie
Specjalnie nie sprawdzałam ocen przed seansem - czułam, że się uparłam i tak to zobaczę, więc po co od razu negatywnie się nastawiać? Kocham fantasy to dam radę. I dałam radę.
Film opowiada o pięknej, dzikiej lecz sprytnej i mądrej i rudej Sonji, która po tym jak jej osada obróciła się w pył uciekła do lasu. Las ten ma skrywać jakieś tajemnice i zły cesarz, który wprowadził technologię w tym świecie fantasy na wyższy poziom, chce teraz podbić ten las.
Obserwujemy więc przygody Sonji, która trafia niewoli cesarza i tam musi jak reszta podobnych jej ludzi walczyć na arenie. Oczywiście tylko piękna, młoda, dzika, sprytna i ruda Sonja potrafi wygrywać i przeciwstawić się cesarzowi i uciec z resztą przyjaciół i doprowadzić do tego, że w jej ukochanym lesie załatwią partyzancko żołnierzy cesarza i jego samego. Oczywiście tak się dzieje.
Aktorstwo drętwe, dla mnie ledwo, ale znośne - najlepiej wypadł aktorsko typ, który aktorem nie jest, tylko byłym mistrzem UFC - Michael Bisping. Sama aktorka od Sonji nie ma niestety potencjału, ale za to jest młoda, ładna i ruda.
Efekty - może to zostawię bez komentarza?
Cała reszta? Ot prosta historyjka fantasy, vibe lekko xenowski, więc mi się podobało mimo licznych wad.