Dopiero po wyjściu z kina skojarzyłam, że ten film był na Nowych Horyzontach. No nic, nadrobione.
Potężna pozycja. Oglądało mi się wybornie, opowieść pod koniec ostro skręca, co wkręca spory szok, przynajmniej u mnie tak było, ale w sensie pozytywnej oceny na ogół obrazu.
Ella ma dwie córki, 17-letnią Jesse i młodszą Melli. Mają wyruszyć na wakacje, ale noc wcześniej Jesse wymyka się ze swoim chłopakiem Luxem. Dochodzi do tragedii.
Rok później znów wszyscy się spotykają, już bez Jessie - Lux mimowolnie szuka obecności matki jego zmarłej dziewczyny i siostry, zapewne burzony wyrzutami sumienia. Ale życie toczy się dalej, widocznie żałoba zaschnęła gdzieś w środku. Lux nie jest niemile widziany u Elli, nie przeszkadza jej nadmierna obecność nastolatka w ich życiu uboższym o jedną córkę.
Ella postanawia, że wyruszą w trójkę na te same wakacje, na które mieli wyruszyć rok wcześniej, tuż przed śmiercią Jessie. Tam dopiero kumuluje się w onirycznym klimacie żałoba, która zdziera strupy i domaga się swojego istnienia.
Wspaniały to był film, cudowny snuj codziennego życia, pogodzonych (czy w ogóle można być pogodzonym ze stratą dziecka?) z odejściem bliskiej osoby, który lekkim, prawie niezauważalnym krokiem zmierza do przedziwnego finału, którego nie musimy zrozumieć.
Musimy go poczuć.
9/10. Świetne kino, które w zastygnięciu emocji przejawia je w podskórny sposób. Niby w kinie czułam się jak neutralny obserwator, ale po seansie nie mogłam przestać myśleć o tym filmie i przeżywać go na nowo.
Nie dziwię się teraz już wcale Niemcom, że postanowili odrzucić "Ojczyznę" Pawlikowskiego (na rzecz Polski, hihi) i postawić na "Everytime" w wyścigu po tegoroczne Oscary.
Akcja filmu dzieje się w świecie, w którym zdecydowana większość ludzi wybrała rewolucyjną kurację antygeriatryczną - czyli zachowują młodość do końca życia. Ci, którzy wybrali naturalny tok życia, starzeją się w specjalnie stworzonych ostojach.
Jedną z takich osób jest Sara, która jednak ma dość życia tam. To typ babki, która zawsze idzie pod prąd więc udaje jej się uciec z takiego ośrodka (owe ostoje przypominają trochę więzienia - reszta "młodego" społeczeństwa nie chce widzieć staruchów na ulicach, więc tacy ludzie nie mogą opuszczać ostoi).
W wyniku niespodziewanej okoliczności Sara, zamiast od razu wylądować na promie, który ją wywiezie w jakieś bezpieczne miejsce, trafia do miasta. Tam odnajduje Oskara, typa z którym kiedyś była mocno związana, ale ich ich losy rozdzieliły się gdy on wybrał pozostanie młodym. Oskar ma swoje życie, swoją partnerkę i tak sobie dogorywa do tzw. deadlajnu (czyli gdy skończy się jego okres przydatności - jego młode ciało po prostu umrze).
W Oskarze budzą się dawne uczucia i mimo, że Sara wygląda jak 60-letnia babka, postanawia jej pomóc.
Rozumiem wszystko, co chciano przedstawić w tym filmie: rozważania nad sensem starzenia się (w tym filmie zrozumiałam, jak bardzo może być przydatna starość, choćby w identyfikowaniu wieku - np. aktualna partnerka Oskara chyba nawet nie wie, że typowi za kilka lat skończy się okres przydatności - Oskar udaje przed nią, że Sara to jego matka). Do tego okres przydatności widocznie jest z góry narzucony, a starzy żyją aż umrą, jakkolwiek to brzmi.
Rozumiem też, że można postawić pytanie o wielkiej miłości i czy ona przetrwa gdzieś tam w ludziach mimo takich odchyłów w wyborze ścieżki życia.
Ale mimo to nie czułam tam zbyt wiele. Agata Kulesza w roli Sary jest znakomita, ale nie oszukujmy się - miała dziesiątki lepszych ról.
Razi też sterylność "młodych". Wyglądają jak sztuczni ludzie, zmuszeni do cieszenia się swoją młodością, brak w nich naturalności, którą mają dogorywający staruszkowie w ostoi. Co ciekawe, Oskar wraz z obecnością Sary też odzyskuje kawałek dawnej naturalności.
Więc jak widzicie, wszystko jest tu czarno-białe, wyłożone jak na tacy.
O wiele fajniejszy motyw odsuwanych staruszków pojawia się w brazylijsko-meksykańskim "Błękitnym szlakiem", gdzie co prawda nie ma motywu "młodości" ale też jest zamykanie starszych w enklawach i ucieczka przed takim losem.
Ale w gruncie rzeczy to dwa odrębne filmy, choć mają wspólne warstwy - Sarze nie spieszy się na drugi świat, wciąż chce żyć buntowniczo, po swojemu.
Bez oceny, bo pogmatwała mi się fabuła, a nie wiem czy chce mi się oglądać ten film drugi raz tak szybko.
Akcja dzieje się w Brazylii w 1977 roku, w czasach dyktatury wojskowej.
Głównym bohaterem jest Marcelo (Wagner Moura), naukowiec, który wraca do rodzinnego miasta Recife, próbując uciec przed prześladowcami i zapewnić bezpieczeństwo swojemu synowi. Wplątany w konflikt z wpływowymi ludźmi, staje się celem skorumpowanego systemu i musi walczyć o przetrwanie.
Mimo wszystko polecam, bo choć film dość długi, nie ciągnie się ani sekundy i jest tam wiele smaczków typu już na początku filmu: typ ze stacji czeka aż policjanci zajmą się trupem leżącym niedaleko, ale gdy w końcu przyjeżdżają to w innej sprawie. Albo kwestia wynajęcia cyngli za grubą kasę, którzy... za ułamek otrzymanej forsy rekrutują do zadania miejscowego podwykonawcę. No bajer, po prostu takie smaczki.
Wątków jest natrzaskane sporo, ciężko ocenić ile z nich jest potrzebnych do ogółu fabuły, ale w sensie obserwowania trochę absurdalnego świata tamtych czasach sprawdza się dość dobrze.
Dużo tu humoru, akcji i empatii dla głównego bohatera, który wręcz nie ma wielkiego wyboru i jest targany niefortunnym losem.
Czasem film skręca w inne rejony - jak na przykład motyw współczesny z odsłuchiwaniem taśm.
Ten miszmasz moim zdaniem trzyma się ledwo na trytytkach, ale trzyma się. Z 5 nominowanych do Oscarów najmniej mi się podobał, ale to nie jest zła ocena, bo poziom tam był przepotężny w tym roku.
@Mahjong Też się pogubiłam i gdyby nie pomoc mojej dziewczyny, która temat zna dość dobrze, to bym miała problem z oceną, co mnie też skłania do wniosku że drugi seans za parę lat mogę bardziej docenić. W każdym razie Filho trafia na moją listę obserwowanych reżyserów
Moja podróż po filmach średnich trwa w najlepsze. Tym razem na tapetę trafił typowy film akcji z komiksową pojebanowością i dziwną aktorską śmietanką w tym dość krindżowym dziele kina akcji.
Frank Kitchen to bezwzględny i dokładny zabójca na zlecenie. W takim fachu łatwo narobić sobie wrogów. Jedną z nich jest wyniosła i przekonana o swojej wielkości doktor Rachel (w tej roli Sigourney Weaver), której Frank zabił brata.
Porywa więc pani doktor sposobem Franka i zmienia mu płeć w ramach zemsty. Tak, kurka wodna. Robi to idealnie, bo jest za⁎⁎⁎⁎sta w tym co robi - ale jeśli dalej wam to nie pasuje, to niech wytłumaczeniem będzie, że to na podstawie komiksu, a tam zawsze akcyjne po⁎⁎⁎⁎ne pomysły mają większy limit.
Więc Frank budzi się jako laska (Franka gra Michelle Rodriguez) i postanawia wymierzyć zemstę i chodzi sobie i zabija ludzi. To jedna strona tego filmu, druga to rozrywki psychologiczne, gdy po wszystkim już doktor Rachel siedzi w psychiatryku i rozmawia z psychiatrą.
Trzeba powiedzieć jedno, że starano się stosować charakteryzację, by zachować jedną aktorkę do grania i męskiego Franka i po operacji zmiany płci - więc Michelle z gęby wygląda jak facet i nawet mamy obnażenie, owłosiona klata i przyrodzenie, a tymczasem z tyłu kobiece plecy i kształtna dupka - niby chcieli się przyłożyć, ale chyba budżetu starczyło tylko na przednią część ciała XD
Ale już gdy Michelle jest laską i gra Franka w ciele faceta - to wszystko działa.
Dziwny, nierówny film, niepozbawiony wad, a jednak nie narzekam, oglądałam bez nudy, czując ową komiksową formułę przenikającą do filmu, co niwelowało krindż do zaledwie kilku dawek.
Nie polecam ogólnie, bo to można by ocenić jako akcyjne gówno, które mimo, że ma motyw gender, nie ma nic tam genderowego. Ale ja lubię zgłębiać kino na wielu płaszczyznach i od jakiegoś czasu lubię też po prostu to, że się dobrze bawię. Tu się dobrze bawiłam, nic wybitnego, ale dało mi fun, zresztą lubię Michelle, pewnie sentyment po Rain z Resident Evil.
@Mahjong Michelle Rodriguez to niesamowita babka, w elitarnym klubie aktorów, którzy mają tak wąski zakres umiejętności, że w każdym filmie gra tą samą osobę xD
Ten film jest dość słaby, to trzeba przyznać. Scenariusz taki se, dialogi jak wyjęte z harlekina, aktorstwo szoruje po dnie. A jednak ten wzruszający dramacik dostarcza na swój nieco komiczny sposób.
Anika nie ma łatwo w życiu. Sparzyła się na jednym kolesiu i będzie samotnie wychowywać jego dziecko, chce iść na pielęgniarstwo, ale brak kasy na semestr. Do tego musi opiekować się chorą matką, gdy jej siostry mają wyjebane.
Dorabia jako strażniczka więzienna. Pewnego dnia wybucha bunt i więźniowie chcą ją zgwałcić. Z opałów ratuje ją Carousel, młody facet, który resocjalizuje się tutaj już od 14 roku życia (został skazany jak dorosły). Potem wymieniają między sobą listy, a gdy mężczyzna wychodzi na wolność - zaczynają się spotykać.
Oczywiście matka i siostry gdy dowiadują się, że Anika spotyka się ze skazańcem - dostają jobla i suszą głowę dziewczynie.
Cały myk polega na tym, że Carousel to po prosto pan Jezus w ciele młodego, przystojnego mężczyzny, który przez więzienie nigdy nie poczuł co to miłość z kobietą. To znaczy, nie dosłownie Jezus - koleś jest po prosty DOBRY. To chodzące dobro, chce każdemu pomóc, Anice w wychowaniu córeczki, nawet nienawistnej matce, która co chwilę go obraża.
Chociaż to skazaniec i pracuje jako śmieciarz jest najbardziej wartościowym człowiekiem chodzącym po tej ziemi. Dlatego też mocno kibicujemy Anice, by pokochała typa i z nim była, mimo przeciwności losu.
Naprawdę, ten film jest naiwny, ckliwy, dialogi czasem powodowały u mnie wybuchy śmiechu już, a jednak muszę przyznać, że bardzo dobrze mi się oglądało ową historyjkę.
Można powiedzieć, że to taki komfort typu oglądanie bajki dla dzieci, gdzie dobro wygrywa i jest happy end. Comfort movie style.
Po takim se "Życiu Chucka" i takich se serialach jak Zagłada domu Usherów" czy "Klub Północny" (nie byy to złe rzeczy, ale dla mnie poniżej poziomu poprzednich seriali tegoż pana) przyszła kolej na "Carrie".
/mogą być lekkie spoilery/
"Carrie" to klasyk, adaptowana masowo debiutancka książka Stephena Kinga (dziękujemy ci Tabitha, że wyjęłaś tę książkę z kosza). Problem zawsze polegał na tym, że pierwsza adaptacja wyjęła całe mięso z książki i uczyniła historię jeszcze żywszą niż słowo pisane. Więc każda kolejna adaptacja wygląda gorzej, ale też nie dlatego, że były nagrane potem, tylko dlatego, że samą historię starano się dostosować do pewnych ram.
Flanagan postanowił wyjąć mięso i nadać mu trochę inny kształt i dzięki temu ten serial zyskuje całkiem nowy charakter. Niby wszystko jest takie samo, ale dołączone nowe wątki (których nie było w książce) dodają smaczku.
Jednak niczym jest ten smaczek wobec rozbudowanej psychologii postaci, w czym Flanagan wykorzystał formułę serialu idealnie, by przedstawić nam bohaterów bardzo dokładnie. Tylko Tommy Ross nadal pozostaje ciepłymi kuchami - idealnym boyfriendem z liceum, ale możliwe, że i to było specjalnie - w opozycji do naprawdę zdeprawowanej pary antagonistów.
Sama Carrie na początku wyglądała niczym dziecko zamknięte w ciele szarej myszki, ale z czasem zyskuje coraz więcej charakteru, który mimo wszystko nadal próbuje utrzymać w sobie jak najwięcej niewinności i dobra. Co okazuje się bardzo ciężkie w świecie, do którego wkroczyła dziewczyna.
Całkiem nieźle przedstawiono też Chris - typowej przedstawicielki ostrego bullingu. Widać, że dziewczyna ma własne problemy, ale jej największym problem okazuje się to, na kim się wzoruje i jak się okazuje wybrała ten wzór już bardzo dawno temu, więc chociaż ma sporo szans na odbudowanie się - nie korzysta z nich.
Dla mnie jednak najjaśniejszą gwiazdą serialu została Samantha Sloyan w roli Margaret White, czyli matki Carrie.
Jest sporo odniesień do książkowej wersji, a jednak na jakiś pokrętny sposób serialowa Margaret zyskuje kilka więcej warstw - na tyle sporo, by czasem nawet ją lubić. Łapałam się na tym, że często jej kibicowałam, bo szczerze wierzyłam, że zrozumie wszystko i zwykła rodzicielska miłość zwycięży.
Cały serial ma tylko jeden minus - Flanagan przyzwyczaił nas do zamkniętych serii, a tu zapowiada się, że będzie kontynuacja (nie szukałam potwierdzeń tego, ale końcówka to sugeruje nieco). Z drugiej strony już przy "Klubie Północnym" coś tam jęczał pan twórca, że chce się sprawdzić na bardziej długodystansowej pozycji.
Nie wiem czy bez podbicia fabularnego to się uda, ale mam nadzieję na dobry pomysł i kolejne rozbudowywanie postaci i jedziemy z tym. Szczególnie też dlatego, że tak naprawdę "Carrie" mogła by się nazywać "Narodziny Boga"
@Herr_Tygrysek nie śmieszyło mnie tam nic, wczutki zero. Chyba za późno się zabrałam w swoim życiu za to, może powiedzmy 15 lat wcześniej lepiej bym się bawiła, ale wątpię...
Typowy biopic muzyczny, tym razem w wersji polskiej. Obserwujemy życie i początki kariery Jana Borysewicza aż do peaku popularności zespołu Lady Pank.
Znane hity lecą, fajny główny aktor, żwawy dynamiczny film. Można nawet popłakać razem z młodym Jankiem, gdy życie (a raczej śmierć bliskich) daje mu w kość.
Ale ostatecznie to tylko następny solidny biopic. Do obejrzenia na luzaku, nic wyjątkowego, ale ogląda się bezboleśnie, nawet z przyjemnością. Tylko zaznaczę raz jeszcze - dobrze zrealizowany, ale bez specjalnego szału.
W naszym klubie koniec przygody z postapo Alberta Pyuna.
"Dollman" to klimatyczny SF Brudny Harry, który ma... 30 cm. I rozwala złoli ot tak, bez wysiłku.
Co prawda nie ma tu cyborgów (nadrabia mała główa-złol), nie ma też postapo (chociaż zdegenerowane klimaty Bronxu pięknie nadrabiają), ale jest Bardo - bezwzględny glina z planety Arturos. W pogoni za przestępcą Sprugiem (z typa została tylko latająca główka) trafia na Ziemię. Tam niestety ludzie są wielokrotnie więksi niż na rodzimej planecie, ale nie szkodzi. Bardo może jest malutki, ale za to ma superguna, którym może załatwić wszystko.
Pomaga tam młodej kobiecie, która próbuje uporać się z rosnącą przestępczością.
I tyle. Klimat zepsutego Bronxu i muzyka George'a Morodera na duży plus. Reszta jednak nie wypełniła pustki po cyborgach i postapo.
Jedna z ostatnich polskich komedii, która powstała tuż przed wybuchem wojny. Premierę miał już w trakcie okupacji (Niemcy dokończyli montaż i dopuścili do grania w kinach).
W dwudziestoleciu międzywojennym polska kinematografia znała tylko jeden rodzaj komedii - komedia omyłek i nie inaczej jest w "Sportowcu".
Przez pomyłkę warszawski fryzjer Dodek jest brany za hokeistę, a pan hokeista jest brany za fryzjera. Panowie robią deal, by dalej odgrywać swoje role.
W roli Dodka - Dymsza, ale tutaj jego aktorstwo głównie koncentruje się wokół slapstikowej formuły. Więcej aktorstwa pokazuje Żabczyński, a uroczo mu wtóruje Ina Benita.
Niestety, chociaż pałam wielką miłością do starych polskich komedii przedwojennych, "Sportowiec" nieco mnie rozczarował. Dowcipy nie działały na mnie zbyt często i Dymszę jednak wolę gdy więcej gra niż tańczy i się przewraca i w ogóle. Takiego Dymszę jak w "ABC miłości" kocham najbardziej.
Mimo wszystko miło było zobaczyć taką komedyjkę, zawsze to kolejny tytuł do odhaczenia z najpopularniejszymi aktorami tamtych czasów.
Do obejrzenia za darmoszkę na ninateka.pl (jak i inne zrekonstruowane stare polskie komedie).
Policjant półcyborg dostaje zlecenie by wspomóc w walce z terrorystami. Jak się okazuje, to terroryści nie są tacy źli, a właśnie zleceniodawcy, którzy chcą by już cały świat opanowały cyborgi i chcą podmienić nimi światowych przywódców. Alex musi wybrać stronę, i oczywiście wybiera i jest wielką bronią w rękach rewolucjonistów, mimo, że byli zleceniodawcy są zbolali jego przejściem i utratą takiego dobrego prawie-cyborga.
Dużo zastanawiania się nad kondycją ludzkości w na wpół zmechanizowanym ciele nie ma - a na pewno brak tu filozofii, która na przykład przyświecała w "Ghost in the shell".
To raczej tylko baza pod dynamiczny i klimatyczny akcyjniak, gdzie się dużo strzelają, uszkadzają i walczą.
Ma to swój urok, choć czasem gatunkowość wychodzi poza ramy, ale zdarza się to rzadko. Charyzmatyczna jak na półcyborga (iksde XD) postać Alexa, który wrzucony jako wielki wojownik w walce o słuszny cel, także pomaga w seansie.
Sporo tam klimaciku, który ratuje cały film, bo ten jako całość trochę się wylewa, nie jest tak równy jak poprzedni film Pyuna, który oglądałam, czyli "Rycerze".
Ale za to jest lepszy niż "Cyborg" z van Dammem.
Muszę przyznać, że jak na standardy kina klasy B z czasów VHS miło mi było w tym postapokaliptycznym cyborgowym świecie Pyuna.
Początkowe odcinki wprawiały mnie w śmiech, bawiłam się całkiem dobrze, ale czasem bywało zbyt akcyjnie lub zbyt poważnie. Serio, szkliste oczka Anieli za Maciejem jakoś nie pasowały do rubasznego klimatu tego serialu.
Ale i tak tyle co się wybawiłam przy żartach to moje. Już zaczęłam 3 sezon - mi tam odpowiada schemat tego serialu i te żarciki. For fun watch only!
@Mahjong ten serial przeszedł ten sam cykl co Simpsonowie, tylko w ciągu 3 sezonów. Postacie są karykaturami samych siebie, żarty same się piszą. Mimo że traci to na uroku dość szybko, myślę że może się to podobać jeżeli się z kimś ogląda
Agentka FBI, była policjantka, poluje na niebezpieczną morderczynię, wydaje się, że typową seryjniaczkę. Ale w czasie śledztwa okaże się, że nasza morderczyni ma swój konkretny motyw. Co ciekawe, obie kobiety wiążą podobne doświadczenia z przeszłości (Epstein style).
Były odcinki, że oglądało się naprawdę wybornie, ale i były odcinki po prostu do odhaczenia. Myślałam, że to jakiś mniej znany, ale porządny serial kryminalny, jednak poza solidnością nie ma tam nic wyjątkowego.
Ba! jestem skłonna stwierdzić, że pewnie pierwszy lepszy polski serial kryminalny przykrywa ten tytuł czapką.
Najciekawszą postacią "Obsesji" nie okazała się dla mnie ani agentka, ani morderczyni, lecz doświadczona pani agentka FBI Nora Washington. Po tej pani widać doświadczenie, wypalenie, ale i nowe siły w nią wstępuję, gdy widzi sprawczość.
Ogólnie serial jest oglądalny, akcja się dzieje, aktorstwo jakie jest takie jest, ale jest. Ale czy zerknę na drugi sezon, to jeszcze nie wiem, bo jakoś nie poczułam się zachęcona.
Kolejna przygoda z twórczością pani Ulrike Ottinger. To już czwarty film jej, który obejrzałam i dalej jest cudownie pojebanie.
Nie ma tu gatunku arthouse, zresztą nawet nie wiem jak określić ten film, więc wybrałam "przygodowy".
Na początku przygody trzeba zebrać drużynę. Tajemniczy komunikat dociera do wielu kobiet - o porzuceniu dotychczasowego życia i przyłączenia się do pirackiego statku kobiet, gdzie czeka złoto, miłość i przygoda. Tak więc obserwujemy szereg kobiet, które otrzymują ten komunikat i postanawiają przyłączyć się do Madame X.
Nie wszystko jednak jest zgodne z obietnicą, bowiem szefowa - tytułowa Madame X - jest autorytatywna, zapatrzona w siebie, zazdrosna i wymaga posłuszeństwa od załogi. Jednak kobietom to nie przeszkadza, przyzwyczajone do tego w poprzednim życiu wydają się bardziej skłonne podporządkować kobiecie rzucającej pustymi obietnicami, niż kolejnemu mężczyźnie.
Film jest campowy, arthousowy i jak to bywa w przypadku filmów fabularnych pani Ottinger niezmiernie śmieszny. No przynajmniej mnie śmieszyło tam bardzo wiele rzeczy - sama realizacja nie pomaga zachować powagi.
W roli Madame X Tabea Blumenschein - muza pani reżyser, zresztą pojawia się w wielu filmach reżyserki, grała też główną rolę w "Portrecie pijaczki" - też tam grała postać jakieś Madame, ale już bez "iksa".
Co ciekawe, sama Ottinger dostała po karku za ten film od ówczesnych feministek, bo owy obraz uwydatnia to, że patriarchalne zachowania są kopiowane przez kobiety. Reżyserka skwitowała ową krytykę tym, że to jakieś skrajne przedstawicieli, bo sama zawsze uważała się za feministkę i twórczynię feministyczną.
To ten film wybił niemiecką reżyserkę i dał jej uznanie na całym świecie - powiedzmy sobie szczerze, raczej pośród takich filmowych wariatów jak ja, a nie zwykły widzów.
Wątpię by zwykły widz dał radę obejrzeć takie filmy, które kręciła Ottiner. To czysta, feministyczna jazda, bawiąca się mitami i campowością niczym swego czasu Jarman (tylko oczywiście na swój sposób).
Absurdalne wątki, wklejone niechlujnie i niesynchronicznie dźwięki, dziwaczne stroje - to nie tylko znak tego filmu - jego realizacja przypomina zabawę studenciaka pierwszego roku, który chce się bawić konwencją.
Tyle, że Ottinger nie bawi się konwencją, tylko tworzy swój nowy, własny świat, gdzie reguły gatunków nie docierają. Dzięki temu dowolność realizacji i fabuły rozszerza się niczym kleks na kartce papieru.
Jestem fanką, kocham takie powalone kino, i na pewno duży wpływ na to ma niezwykłe poczucie humoru reżyserki - nie przypominam sobie kiedy ostatni raz poryczałam się ze śmiechu czy nie mogłam przestać się śmiać. Żadna klasyczna komedia nie wywołała we mnie takich salw śmiechu.
Na pewno obejrzę kolejne tytuły tej pani. Zabawo trwaj!
Jeśli dobrze pamiętam widziałam ten film raz wcześniej (jeśli był jakiś rewatch po drodze to pamięć mi to wypłukała), 10 lat temu na festiwalu.
Pamiętam, że bardzo mi się podobał, coś 8/10.
Dziś, po powtórnym seansie jestem zobligowana podwyższyć ocenę. Ten film oglądało mi się o niebo lepiej niż po raz pierwszy, może dlatego, że rozwiązania fabularne były znane, więc mogłam się skoncentrować na innych rzeczach.
To drugi taki melodramat Haynesa, który bezczelnie kopiuje styl Douglasa Sirka - stylowego twórcy melodramatów z lat 50. To znaczy bezczelnie kopiuje to na wyrost, ale chciałam podkręcić jak mocno "Carol" jest melodramatem.
Melodramat często kojarzy się z czymś przesadzonym, kinem emocjonalnym, gdzie miłość bardziej przypomina morderczy bieg przez płotki niż romantyczny spacer jesiennym parkiem.
Tu też mamy bieg przez płotki: to w sumie miłość od pierwszego spojrzenia - młodej ambitnej Therese i starszej Carol, która jest na granicy rozwodu. Akcja dzieje się w latach 50., więc niezbyt fajowe czasy by odkrywać uroki swojej orientacji. Obie wydają się mieć głęboko w poważaniu środowisko dookoła, problemy i inne rzeczy, jeśli mogą tylko z sobą przebywać.
Oczywiście życie pozostawione szybko zacznie się upominać o swoje, szczególnie w kontekście Carol, której mąż wciąż nie może przeboleć rozstania. Dramatyczne losy postawią przyszłość związku dwóch w kobiet w dużej niepewności.
Czym więc objawia się owy melodramatyzm? Na przykład powtórzoną gadką Carol, że Therese spadła jej z nieba, została zesłana, niczym nadzieja na pogrążonego w nienawistnej rzeczywistości człowieka.
Co do ujęć, to korzystano z wyświechtanych symboli melodramatycznych - przeciągłe spojrzenia, zbliżenia przez szybę (np. w podróży autem) lub lustro, dużo znaczących zbliżeń, które zostawiają dla widza tropy niczym w wykwintnym kryminale (np. rękawiczki zostawione w sklepie).
Najciekawsze jest to, że to wszystko działa i przywraca melodramatowi jako gatunkowi szacunek. Przynajmniej mi, bo dla mnie melodramaty zawsze wydawały się takie na wyrost. Tutaj jednak Haynes pięknie unika ckliwości, chociaż często w nią bezpośrednio celuje, a dzięki aktorskim wyżynom Blanchet i Mara możemy obserwować rodzącą się miłość zarówno ze skandynawską obojętnością, czekając na pierwszy upadek w tym biegu z przeszkodami, albo z drżeniem serca, czując ogromne uczucie, które przyciąga główne bohaterki i nie chce za nic odpuścić.
W "Daleko od nieba" Haynes dotarł w swoim kopiowaniu klisz melodramatycznych do samego końca, bo często regułą melodramatu jest także tragiczny koniec, no - tragiczny powiedzmy w takim sensie, że jest dosłownie "daleko od happy endu (nieba)".
W "Carol" jednak nieco nagina reguły i tutaj miłość wygra to nierówne starcie. A mimo to i tak końcówka dalej wpisuje się w reguły gatunku - reżyser przez cały film trzyma w ryzach gatunkowość.
Czasami się jednak zastanawiałam na ile to robota aktorek, które potrafiły tak zagrać, by spuścić naleciałości melodramatu a zostawić sam środek, wokół można zbudować na wpół nieszczęśliwą relację.
Kostiumy, muzyka, zdjęcia, montaż wtórują ręce reżysera we współudziale aktorów.
Trochę szkoda, że Haynes porzucił drogę "melodramatyzowania", jego kolejne filmy są zaledwie poprawne, ale nie bawią już tak realizacją i wczutką i jak się okazało w "December" tutaj akurat dwójka aktorek nie podołała podniesieniu jakości filmu (Natalie Portman i Julianne Moore - która przecież była znakomita w "Daleko od nieba").
Mimo wszystko nie jestem pewna, czy "Carol" kiedykolwiek zachęci mnie do nadrobienia filmografii Sirka - co innego jest jednak gdy twórca podpiera się specjalnie gatunkiem, a co innego gdy ktoś po prostu kręci w takim stylu.
@gwf-hegel-fangirl Nie każdemu musi się podobać, nie ma co mieć wyrzutów. Jeśli oglądałaś kilka lat temu, to możesz spróbować sobie odświeżyć i podejść ponownie - polecam szukać detali, skoro fabuła już znana - mi dzięki temu szukaniu detali chemia pomiędzy bohaterkami podskoczyła masakrycznie w stosunku do pierwszego seansu np. A wcale nie oglądałam ponownie pod względem emocjonalnym, tylko technicznym.
Nie jest to niestety poziom poprzedniego z serii "Martwe zło: Przebudzenie".
Podobnie jak w Przebudzeniu mamy tutaj rodzinkę, która po śmierci syna, brata i męża, próbuje ogarnąć się w żałobie. W tym przeszkodzą demony systematycznie opętujące po kolei każdego.
Gore się sprawdza, aktorsko też nie jest źle, ale te rodzinne konflikty wyostrzone przez ostry język demonów nie miał takiej siły rażenia co "Przebudzenie". Tam działała klaustrofobiczna atmosfera, no i jednak wszystkie postacie wpadające w łapy demonów były sympatyczne, znaczy do polubienia.
Tu jest ciężej, prawie każdy z rodziny ma jakąś niefajną przywarę, może tylko Alice (żona zmarłego) jest "likeable".
Ale i tak bawiłam się wyśmienicie - demony są wredne, krew się leje, sposoby zabijania odkrywamy przeróżne (nie dla wrażliwych widzów, ale chyba przy tej serii to wiadomo).
Ot, solidny horror. Ale niestety, nic poza tym, aż sprawdziłam i "Przebudzenie" dostało ode mnie 8/10. Tu spadek o dwa punkty.
@Mahjong Miałem podobne odczucia, szczególnie wątek sztyletu wypadł słabo. Natomiast wciąż jest to przyzwoita pozycja i jak każde Martwe Zło warta obejrzenia.
@Mahjong Akurat dopiero co obejrzałam. Zdecydowanie nie mój typ kina. Naprawdę nie jestem wybredna, ale lubię, jak horror ma jakąś fabułę. Tutaj mamy jakąś szczątkową historyjkę na początku, a później to już właściwie tylko bohaterowie uciekający i zabijani przez demony. Dużo lepiej by to wyszło, gdyby chociażby historia dziadka objaśniała się stopniowo w trakcie całego filmu, a nie, że dowiadujemy się wszystkiego dosłownie w pierwszej scenie.
Pamiętam, że film z 1973 zrobił na mnie ogromne wrażenie, ale ta nowsza wersja umknęła mi i dopiero niedawno ją nadrobiłam.
Niestety, aktorsko to zaledwie poziom solidny, ale ciężko konkurować przecież z aktorskimi pokazami Steve'a McQueena i Dustina Hoffmana. Tutaj Papiego gra Charlie Hunnam, a Degę Rami Malek.
Mimo wszystko dobrze się oglądało, co prawda chyba moc rażenia była silniejsza w starszej adaptacji, ale ową nowsza ekranizację wspomnień Herniego "Papilona" ogląda się całkiem dobrze.
Sama historia? Ucieczka z kolonii karnej, gdzie życie to gehenna, lub raczej piekło, chociaż złapanie na ucieczce wrzuca więźniów w jeszcze gorsze koszmary. Henri, niesłusznie skazany za morderstwo, chce uciec stamtąd za wszelką cenę. Szansy upatruje w Loisie Dega, który ma forsę potrzebną na ucieczkę, ale warunki fizyczne i inne rzeczy raczej nie wróżą mu długiego życia w kolonii. Henri postanawia mu pomóc w przeżyciu, w zamian chce forsy.
Z czasem mężczyźni mocno zaprzyjaźniają się, i postanawiają razem uciec z kolonii.
W postapokaliptycznym świecie cyborgi są wampirami - muszą przyjmować krew, by żyć wiecznie. Są też złymi bandytami, którzy chcą podbić cały świat i wyssać z niego krew.
W tej beznadziei jest jednak jeden bohater, a raczej bohaterka - Nea, która spotyka na swojej drodze zwykłego cyborga, który jest zaprogramowany by bić się z tymi złymi. Nea dostaje porządny trening od niego i z czasem jego gotowa by stanąć w szranki z bandytami.
Niesamowicie wszedł mi ten film - fajne waleczki, bohaterka "piorunująca" #pdk, świat postapo i Lance Henriksen jako największy złol.
Niby to miał być kolejny gniot VHS, a okazał się całkiem sprawnym i wciągającym obrazem.
Tyle osób w necie już się rozpisało, że mi się nie chce. Ale dobra, coś sklecić warto.
Więc trochę o mnie - film Hasa znam i kocham (10/10), ale książki nie ruszałam aż do poprzedniego roku i też wpadłam po uszy (10/10).
Byłam świadoma, że serial będzie inny, będzie wariacją na temat prusowej "Lalki" albo bardzo luźną adaptacją. I tak jest. Ale w to mi graj. Bawiłam się znakomicie - aż tyle i tylko tyle.
Rozkmin większych nie mam oprócz jednego - IMO serialowa "Lalka" to wyłożenie przeróżnych skrajności postaci lalkowych oraz akcji lalkowej i połączenie tego w całość. Na przykład w książce Rzecki płacze Stachowi, że wykup kamienicy to będzie katastrofa, co zresztą powtarza serialowy Ignaś, wysyłając paniczny telegram przyjacielowi. Wątek kamienicy jest drastycznie zmieniony i przebiega inaczej niż w książce, ale kontekst zostaje, chociaż w książce Rzecki przestrzegał, a w serialu katastrofa jest już faktyczna.
Największa zmiana to chyba podmiana głównych bohaterów - Izabela na początku wydaje się idealnie książkowa, naiwna, rozpieszczona, głupkowata, ale z czasem przechodzi metamorfozę. Wokulski otumania się swoim zdobytym bogactwem bo jest pewien, że tak zdobędzie swoją idealną żonę, by ostatecznie po prostu pomóc kobiecie, którą kocha.
Co do aktorstwa to dla mnie TOP 3 to: Sandra Drzymalska, Schuchardt i Braciak.
Oczywiście Drzymalska to 10/10 - to już widać po jej karierze, niebanalnej urodzie i potężnym talencie, że to narodziny największej aktorki polskiej ostatnich lat.
Tomasz Schuchardt to profesjonalista, i to czuć prawie w każdym filmie w jakim grał z ostatnich lat. Zbliżenia na twarz Wokulskiego wyjaśniają praktycznie wszystko, mimika aktora opanowana do perfekcji.
Jacek Braciak w roli Tomasza Łęckiego to festiwal po prostu - wsiadamy do pociągu, który pędzi na zbicie karku i Braciak wspaniale pruje w przepaść, uwydatniając wszelkie książkowe przywary ojca Beli na maxa.
Moja ocena ogólna to tak 8+/10. I ok, na pewno zaraz się odezwą głosy, że za wysoko czy coś - ale proszę pamiętać, że to moja ocena i mam do niej prawo. Prawo zabawy. Pan Maślona zabawił się konwencją "Lalki" a ja bawiłam się serialem. Po prostu, łatwiej się nie da tego wytłumaczyć - ale w każdym razie był to bardzo dobrze spędzony czas.
@bojowonastawionaowca Pewnie! Ale nie wiem czy wybiorę się do kina, nie spieszy mi się aż tak bardzo.
W gruncie rzeczy bardziej właśnie boję się filmowej nowej "Lalki", bo tu już wchodzimy na rejony pewnej wierności oryginałowi. Możliwe, że przeczekam aż film skończy na streamingach i wtedy na spokojnie sobie luknę, bez bagażu wielorakich opinii i porównań.
@Mahjong dla mnie to Lalka z mocno przejaskrawionymi odchyleniami bohaterów, co oczywiście dało szansę aktorom na zagranie tego po mistrzowsku. Nie jestem fanem kunsztu aktorskiego Schuchardta, ale tu faktycznie zagrał idealną ciapę, jakiej oczekiwałem i mam wrażenie, że Dorocińskiemu nie uda się go przebić, choć chciałbym się mylić.
Tommy to młody mężczyzna, skrajny lekkoduch - jego życie to ćpanie, alkohol, imprezy, dręczenie innych - jest już praktycznie na granicy upadku lub wylądowania w więzieniu.
Zostaje porwany przez Chrisa i uwięziony na łańcuchu w domu na odludziu. Tam Chris planuje przeprowadzić resocjalizację zepsutego do szpiku kości młodego człowieka. Wtórować mu będzie smutna żona i wesoły synek.
Początki są trudne, bo Tommy to agresywny szczeniak i gryzie mocno, więc przemoc musi wlecieć też i z drugiej strony. Jednak z czasem Tommy postanawia się dostosować, szukając w tym dostosowaniu swojej szansy na wydostanie się z uwięzienia. Z tym wiąże się też zmiana postawy Chrisa, który także zmiękcza zachowanie, wypatrując na horyzoncie nowego, lepszego człowieka. Czy to się uda?
Podoba mi się kierunek, w którym idzie polski reżyser, czyli idee vs. człowiek.
Tutaj ideą jest naprawa zepsucia, o ile tak zakwalifikujemy wcześniejsze poczynania Tommy'ego, a o to nie trudno - w gruncie rzeczy nie przedstawiał on sobą nic dobrego. A przecież można wciąż pod uwagę, że pod tak podłym stylem życia kryje się ucieczka przed rzeczywistością, w której dla innych ludzi nie znaczysz nic.
Dopiero zainteresowanie Chrisa i Kathryn może uzupełnić braki w "wychowaniu".
Bardzo interesujący film do interpretacji.
Siła rażenia poprzedniego filmu Komasy "Rocznica" była mocniejsza wg mnie, a "Dobry chłopiec" jest bardziej intersterylny - dojrzewanie bohatera odbywa się w nietypowych warunkach przymusu. Każdemu by się burzył zmysł wolności, ale czy dowolność wyborów na pewno jest zawsze dobre? Może jak w przypadku chłopaka to ucieczka w dół i niestety trzeba go stamtąd wyciągać siłą?
No naprawdę, wiele rzeczy można sobie przefilozofować w kontekście tego filmu. Polecam.