W ostrzeliwanym aucie, uwięziona jest 6-letnia Hind Rajab. Dookoła nikt nie przeżył, a izraelskie wojsko nie ustaje w ostrzelaniu.
Wolontariusze rozmawiają z dziewczynką przez telefon, która wprost błaga o pomoc. Ale procedury w Gazie są inne niż wszędzie indziej. Karetka mogłaby tam dojechać w 8 minut, ale jej droga zostanie wydłużona w okrutnie długi okres czasu.
Film ma formę bardzo minimalistyczną - oglądamy obraz tylko z perspektywy dyspozytorni, gdzie wolontariusze odbierają telefony. Czasem głosy aktorów są porównywane z głosami prawdziwymi. Bowiem film opowiada historię prawdziwą i jak najbardziej oddaje reakcje ludzi, którzy starają się pomóc dziewczynce.
Mocne kino, nie da się przejść obojętnie. Nic tak nie sprawia, że nienawidzisz wojny gdy słyszysz płacz cierpiącego dziecka.
Logika i realistyka w tym filmie leżą i kwiczą. I co z tego? Nic. To, co jest mięsem tej produkcji, działa znakomicie, czyli totalna masakra!
Asia chce po wyjściu z więzienia odnaleźć swoją młodsza siostrę. Trafia do dziwacznego budynku, gdzie podaje się za pokojówkę. Szybko się okaże, że to wszystko farsa - i natychmiast przechodzimy do akcji, gdzie Asia staje się ofiarą polujących na nią bogoli. I tu pierwszy zgrzyt, bo szybko się okazuje, że to bogole są ofiarami, Asia rozprawia się z nimi w z lekkością i łatwością.
Ale tu kolejny zgrzyt! Bowiem bogole wracają do życia - otóż zawarli pakt z diabłem - ich nagrodą jest nieśmiertelność. No więc sprawa dla Asi trochę się komplikuje, ale dziewczyna nie odpuszcza.
Bitka, krew, gadająca świńska głowa, odstrzeliwane głowy, czego tu nie ma? Świetnie zrealizowane waleczki, kto lubi takie akcyjniaki gore (bo tym bardziej jest ten horror niż horrorem), nie pożałuje. Zabawa jest!
Kilka popołudni z życia torreadora Andrésa Roca Reya.
W sumie w tym dokumencie głównie oglądamy Rocę na arenie, w busie - gdy wraca "po robocie", i czasem w hotelowym pokoju, gdy się szykuje "do roboty".
Reszta scen to powolne, wręcz rytualne zabijanie zwierząt. Pierwszą scenę zabicia byka oglądałam wyrywkowo, zakrywając dłońmi twarz. Potem już oczy i serce przyzwyczajają się i można oglądać wszystkie sceny w całości.
Na arenie Roca to bohater, w dziwacznym, pełnym napięcia tańcu mężczyzna ryzykuje swoje zdrowie, bo nie raz bykowi uda się go staranować. Ale w ostatecznym rozrachunku, nawet poraniony, Roca znów wychodzi, by tym razem ugodzić śmiertelnie byka i wyjść zwycięsko. Zresztą zawsze wychodzi zwycięsko.
Potem nasłucha się w busie od swoich kolegów-pomagierów jakie to ma olbrzymie jaja, jakim jest bohaterem. Ego napuchnięte jak język wycieńczonego i krwawiącego byka.
W tle niewyobrażalne cierpienie zwierząt, agonia przy oklaskach zadowolonego tłumu.
Kolory i ujęcia, zbliżenia, kwestia rytuału i cierpienia zwierząt. Serra z surową dozą jak najdokładniejszego pokazania ogranicza się tylko do Rocy i byka. Reszta jest drugoplanowa.
Nie dowiemy się tu nic o torreadorze, jakim jest człowiekiem, oglądamy go tylko w tej jednej roli - torreadora. Tylko o tym jest ten film - o starciu z własnym życiem na arenie. Może faktycznie Roca myśli, że ryzykuje gdy wychodzi tam i jest to ogromny stres, a może jest już tak zrutynalizowany, że dla niego to właśnie kolejny "dzień w robocie". Tego nie wiemy. Serra nie ujawnia nam wiele o tym co myśli mężczyzna.
Trudno powiedzieć czemu służy taka konkretna realizacja filmu - ale podejrzewam, że reżyser chciał właśnie pokazać to wszystko, co napisałam wyżej - torreadora i cenę jaką za jego wielkość płacą zwierzęta.
A może też infantylność łechtania ego Rocy? Bo przecież obserwujemy wielokrotnie jak byki są męczone, ranione, aż są na tyle mniej niebezpieczne, że na scenę może wyjść torreador, potańczy trochę z płachtą, a potem dobije zwierzę?
Możliwe, że sami musimy sobie odpowiedzieć na te pytania. Ja staję po tej drugiej stronie - nie ma dla mnie sensu budowanie święta rytuału i własnego ego na cierpieniu i przemocy.
Ale może ktoś zauważy sens roboty torreadora i mimo przelanej krwi byków, zdoła przyznać rację temu wielkiemu napięciu, które towarzyszy mężczyźnie gdy obarczony wielkim ryzykiem staje oko w oko z wielkim zwierzęciem.
Taki to właśnie moim zdaniem film. Choć mam wrażenie, że jednak Serra trochę ocenia, skoro nie szczędzi nam tych strasznych scen. W końcu byki dostają tyle samo czasu kamery i tyle samo zbliżeń co sam Roca.
Brat szoguna to psychol jakich mało, ile krzywdy i bólu sprawił wiedzą liczni, ale tylko nieliczni chcą z tym coś zrobić. Doświadczony samuraj Shinzaemon dostaje misję zlikwidowania brata szoguna, za którym stoi ponad setka ludzi w jego podróży. Eksterminacji trzeba dokonać teraz, póki Naritsugu jest w ruchu.
Shinza zbiera 12 samurajów + jeden chłop dobrze walczący przybłąka się po drodze i rusza z misją zrobienia TOTALNEJ MASAKRY. Tak, to też cel ich misji. Shinza od razu ustawia samurajów, że muszą trochę grać na szczęście, by wygrać tę "grę", a na szali stawiają swoje życia.
Film kończy się TOTALNĄ ROZPIERDUCHĄ, walczą i walczą, krew się leje, trupy się kładą warstwami.
Cudo ten film! Takie akcyjniaki to ja mogę oglądać non stop. Teksty, dialogi, walki - to się ogląda. Polecam gorąco.
Freddy Krueger wraca, ale nie do końca - jego "wejściówką" może być dziecko Alice, która traci swojego chłopaka (i niedoszłego ojca) właśnie przez przypalonego wariat.
Alice musi odesłać Freddy'ego do piekła, a w tym pomoże zmarła matka koszmarnego psychopaty - zakonnica zgwałcona przez zbirów.
Jestem w szoku, bo spodziewałam się kolejnej mizernej odsłony serii, ale to jest naprawdę dobre! Świetnie ujęcia, pomysłowe rozwiązania - w końcu franczyza zyskuje pazur (i nie tylko pazur Freddy'ego), bo oprócz "jedynki" pozostałe części były takie "meh".
Wiadomo, efekty jak to efekty, ale wszystko trzyma się kupy, i naprawdę działa. Dobrze się to oglądało, na spięciu, czego nie można powiedzieć o wcześniejszych odsłonach, które nudziły, przynajmniej mnie.
Filmu nie widziałem, przeczytałem tylko książkę i do dziś mi to wystarczy xD
Szczególnie gdy miło się 14 lat xD książka kurzy się na regale i jestem ciekaw czy któreś z moich dzieciaków się na nianatknie xD
Nie będę ukrywać, że to co najbardziej mnie interesowało w tym dokumencie to tenisowa rywalizacja Martiny Navratilovej i Chris Evert. Ich walka z rakiem była mi mniej ciekawa - ale no tak się stało, że na starość wieloletnie przyjaciółki mają podobne problemy.
Myślę, że ten film pokazał, że ta rywalizacja już całkiem podniosła poziom zainteresowania żeńskim tenisem. Billie Jean King wspomina na początku, że po "kobiecej" rewolucji pod koniec lat 70. żeński tenis po prostu potrzebował kolejnego wagonika by wjechać na właściwe tory - czyli gwiazd.
A nic tak nie tworzy gwiazd jak uroda, wyniki, ciekawy background i na koniec solidna rywalizacja ciągnąca się przez ponad dekadę. I to wszystko zapewniły te dwie tenisistki - Chris, urocza młodziutka Amerykanka, która trzaskała wszystko jak leciało, Martina - uciekinierka z komunistycznego kraju, która dopiero po czasie doskoczyła do poziomu Chris i wtedy właśnie ruszyła rywalizacyjna maszyna.
Panie od początku były dobrymi koleżankami, ale presja na wyniki często zaburzała ową relację. Na emeryturze już mogły spokojnie zaprzyjaźnić się na staro i nowo - do dziś są podawane jako przykład zarówno zaciekłej rywalizacji jak i wielkiej przyjaźni poza kortem.
Heh, oglądam to już, ale czułam przeogromną chęć powtórzenia seansu. I bingo. Wpadło jak złoto.
Spotkanie dwóch sióstr. Jedna wychowuje samotnie trójkę dzieci, w tym dwoje dorastających nastolatków. Tymczasem młodsza siostra zachodzi w ciążę i nie do końca wie co z tym zrobić. Może spotkanie z rodziną pomoże?
Jednak przywołane przypadkowo demony z odtworzonej płyty winylowej przerywają reunion. Walka rozgrywa się w mieszkaniu starszej siostry - i to ona pada jako pierwsza ofiarą "martwego zła".
Walka z demonami jest nierówna, ale wyzwala w młodszej siostrze moce (spokojnie, zwykłe ludzkie, nie jakieś czary-mary) o które siebie nie podejrzewała.
Bardzo fajna, i chyba jednak najbardziej "raimowska" w core część franczyzy. Humor jest tu czarny, a krew leje się wodospadem - piękny tam jest zawarty cytat do pewnej sceny z "Lśnienia".
Na początku, by nie było szoku termicznego dla fanów - mamy też kawałek z chatą w lesie, ale to tylko prolog - prawdziwym mięsem jest walka z demonami w mieszkaniu.
Odświeżenie po paru latach (widziałam raz tylko, na Nowych Horyzontach). Ocena raczej pozostała.
Jak się okazuje, to nie pieniądz dzieli ludzi, lecz warunki. Przepysznie bogaci ludzie na luksusowym jachcie. Mamy influencerów, modelki, rosyjskiego przedsiębiorcę, gościa co dorobił się w IT czy starsze, przemiłe brytyjskie małżeństwo, które dorobiło się fortuny na... produkcji granatów.
Mamy więc w trakcie pierwszej części rozbuchane zachowanie bogaczy (scena kłótni o rachunek w restauracji to sztosiwo), na jachcie bogacze wpływają swoimi zachciankami twardo na warunki. Np. Carl oburzony, że jego dziewczyna Yaya zerka z pożądaniem na pracownika, który zdjął koszulę, narzeka na to opiekunce rejsu - pewnie myśli, że koleś od teraz po prostu będzie w pełni ubrany chodzić po pokładzie, ale nie - konsekwencje są ostatecznie - facet po prostu zostaje zwolniony i zabrany z jachtu.
Żona bogatego ruska wymyśla sobie, że cała obsługa "zasługuje" na wypoczynek i kąpiel. To skutkuje opóźnioną kolacją - owoce morza psują się i na kolacji i po biegunka atakuje prawie wszystkich. Kał i rzygi sprząta oczywiście obsługa.
Role odwracają się katastrofie jachtu. Tylko sprzątaczka Abigail potrafi polować i rozpalić ognisko. Szybko przejmuje władzę w grupie i co się okazuje? Że to nie pieniądze deprawują, tylko władza. Abigail też ma swoje zachcianki i błyskawicznie zdobywa co chce - nikt nie będzie oponował jeśli w alternatywie czeka śmierć głodowa.
Piękny to film, ukazujący jak luźna może być pewność siebie - popularność, kasa czy przywództwo może zniknąć w ciągu chwili, ukazując słabość człowieka.
Namawiany przez ojca do podjęcia studiów prawniczych Łukasz słucha opowieści mecenasa Wilczka o procesie, który odbył się przed laty. W roli Wilczka - Jan Frycz.
Widziany z 3 perspektyw proces dziennikarza oskarżonego o zabójstwo swojej kochanki - widzimy sprawę z punktu widzenia Wilczka jako adwokata, jako prokuratora oraz jako sędziego.
Stąd prawdopodobnie tytuł o "bezmiarze sprawiedliwości", która topi w sobie prawdę. Znaczenie ma sama sprawa, a nie prawda - taka konkluzja wychodzi. Pokazówka jest mierna - bo śledczy spartolili sprawę, adwokat spartolił sprawę, prokurator nawet nie musiał dochodzić swego, sąd uchylał wszystko jak leciało.
Sprawiedliwość po polsku - można by smutno napisać.
Sama realizacja dość kiepska w sensie zdjęć - czasem miałam wrażenie, że oglądam jakiś teatr na żywo a nie film. Ale pan Frycz robi tu robotę i za to daję ósemkę. Warto obejrzeć, film wciąga, bo sama historia jest wciągająca.
Końcowa faza wojny rodezyjskiej. Życie w Rodezji Afrykanerów z perspektywy 8-letniej Bobo. Bobo przyjaźni się z Sarą, pracującą u nich na posesji. Matka Bobo to alkoholiczka, samolubna baba, która za wszelką cenę chce zostać w Afryce.
Kolonialna epoka umiera wraz z ostatnim kieliszkiem oraz ostatnią jazdą w nieznane. Mała Bobo nie jest jeszcze "rasistką", ale brytyjskie kolonialne naleciałości jej rodziców przenikają do jej zachowania. To też jest ciekawe do obserwacji, szczególnie jej relacja z Sarą, która rozumie, że Bobo jest tylko dzieckiem, i nie potrafi nie lubić tej małej białej łobuziary.
Bardzo dobrze się oglądało, duża w tym zasługa młodocianej aktorki. Do zobaczenia póki co na HBO.
Biografia Michelangela Caravaggia w ujęciu Jarmanowskim. Malarz wspomina swoje życie, jak zaczynał, jak tworzył, jego miłości i problemy.
W sumie ten film to po prostu jeden wielki caravaggiowski obraz - ujęcia modeli, scen, które maluje Caravaggio są bardziej caravaggiowskie niż jego obrazy w tym filmie.
Jak to bywa u Jarmana, współczesne elementy przenikają do renesansowego żywota malarza. Miłość i nienawiść łączą się wiele razy w postaci Rannucia (w tej roli młodziutki Sean Bean) oraz jego partnerki Leny (tu, jak to bywa u Jarmana - Tilda Swinton).
Caravaggio nie jest tutaj rozbójnikiem jakiego znamy z jego biografii, to koleś skoncentrowany na swojej pracy, wrażliwy, choć wygląda jak emocjonalny chodzący chłód, a jednak jego jarmanowski odpowiednik zachowuje dużą porcję empatii, szczególnie to widać w relacjach z Rannucio i Leną.
Oczywiście są nawiązania religijnie, w końcu tworzył wiele dzieł sakralnych.
Film jest po prostu PIĘKNY. Jeśli ktoś lubi twórczość Caravaggia to polecam gorąco, jeśli natomiast ktoś szuka wiernego biopica - to nie tutaj.
Tutaj oglądamy, z zachwytem, proces twórczy, emocje buzujące za chłodnym licem włoskiego malarza. Odkrywamy jego tajemnice i tajemnice innych. Zaglądamy za płótno.
Dziękuję panu panie Jarman za to niezwykłe doświadczenie. Było niesamowicie.
Chłopaki bawili się chyba dobrze, ja pytałam się ciągle "where fabuła?", ale nie było. Nigdy więcej, nigdy nie lubiłam komiksów tych, serii filmowej też nie tykałam, ogólnie motoryzacja not my thing, a wątki SF nic a nic nie ratują i nie wzbudza to mojego zainteresowania.
@Mahjong adekwatna ocena, jako wieloletni fan od brzdąca dałbym -1/10. Wyrzniecie większości starej obsady w pierwszych 10 minutach, żeby sprzedawać zabawki nowych robotów to był ruch tak ku⁎⁎⁎⁎ki, że do tej pory na myśl o tym filmie ręce mi się trzęsą i budzę się zlany potem. Sorry, ale jak ktoś lubi ten film, to jest dla znak, że taka osoba bije szczeniaczki i lubi Hitlera
Nie wiem na ile to dokładnie przedstawione wydarzenia, ale mi się podobał. Szczególnie rola psychiatry, który daje się Göringowi prowadzić jak na sznurku, ale mimo wszystko jego notatki pozwolą staranować misterną obronę nazistowskiego wiceszefa.
Fajna role Crowe w roli Göringa, świetna rola Maleka jako doktora. Drugi psychiatra uważał procesowanych za psychopatów, natomiast Kelley (grany przez Maleka) uważał, że to wytwór ludzki swoich czasów - że to zwykli ludzie, którzy poprzez warunki, środowisko dokonywali tego typu zbrodni.
Ta diagnoza oczywiście pomogła postawić zbrodniarzy przed norymberskim sądem, bowiem byli poczytalni, ale burzyła ludzkie wyobrażenie zła, jako czegoś innego, wyjątkowego.
Jest tam parę rzeczy, które mi nie grały, ale ostatecznie to fajny, wciągający dramat historyczny.
Co się stanie gdy drag queens będą musiały zmierzyć się ze śmiertelnym zagrożeniem w postaci zombie?
Dre organizuje show w swojej knajpie. Liczy na największą dragową gwiazdę Yasmine (w tej roli Elektra z Pose, czyli Dominique Jackson). Może z pomocą przyjdzie Sam, który zarzucił karierę drag na rzecz bycia pielęgniarzem? Na pewno na stosie piętrzących problemów priorytetem stanie się plaga nieumarłych. Nasi bohaterowie zamykają się w knajpie by ratować się przed zombiakami. Tymczasem wciąż do lokalu nie dotarła żona Dre. Towarzyszy im jej brat (żony Dre), taki trochę prawacki Amerykanin, który z niechęcią pomaga "przebierańcom", ale ostatecznie wszyscy razem wesołą zgrają dadzą czadu.
Dziwią mnie niskie oceny, ale z drugiej strony nie każdy lubi drag queens, powiedzmy hm, z różnych powodów.
Nie wiem, ja w każdym razie bawiłam się wybitnie dobrze. Sporo śmiechu, kolory, makijaże, tańce, humor, no i Elektra w roli Yasmine! już w Pose ją uwielbiałam.
Wielowątkowa story, w jednym stycznym punkcie wiążą się losy postaci przedstawionych i w filmie oglądamy ich historie z ich perspektywy.
Mamy Octavio, narwanego nastolatka, który mieszka z matką i bratem i jego żoną. Postanawia uciec ze szwagierką w poszukiwaniu lepszego życia, ale do tego trzeba forsy. Wystawia więc w walkach psów swojego zwierzaka.
W drugiej historii facet w kryzysie wieku średniej, porzuca rodzinę i zamieszkuje z nową kochanicą, piękną modelką na topie, która ma swojego małego ukochanego pieska. Ta jednak traci zdrowie w wypadku i nagle ich życie w nowym mieszkaniu zmienia się diametralne, zamienia się w lekki koszmar.
Trzecim bohaterem jest bezdomny, który okazuje się być człowiekiem z przeszłością, dziś zarabia jako najemnik do zabijania. Na co dzień opiekuje się grupką bezdomnych psów. Stary zaczyna tęsknić za swoją córką.
Czyli ludzkie dążenia do szczęścia + psy, jako miernik ich losu.
Taki to Iñárritu zanim zaczął kręcić filmy w Stanach. Tym filmem właśnie wypłynął na szerokie wody, gdzie znów nakręcił wielowątkowe historię jak "21 gramów" czy "Babel".
Dla mnie Amores perros jest zbyt nierówny, choć czuję, że o to chodziło, w każdym razie każda historia angażuje, a to najważniejsze.
Kolejny turniej, tym razem w uniwersum Mortal Kombat.
Dużo walczą, potem jeszcze trochę walczą i na koniec też walczą.
Po seansie Deathstalkera 4, gdzie choreografia walk stała na żenująco niskim poziomie, takie waleczki jak w tym nowym hicie wpadły idealnie. Tak się robi fajty w filmach!
Miła, prosta rozrywka, podszyta humorem, Najładniejsze ze wszystkiego w tym filmie były... suprise! suprise! - walki!
+1. Scenariusz pisany tak leniwie, że wychodzi parodia gatunku, Karl Urban gra jakby miał zatwardzenie przez cały film, ale za to walki są fenomenalne :D
10/10 w skali Mortal Kombatów
W tej części Stoker, ruchacz księżniczek, ruchacz wieśniaczek, posiadacz potężnego miecza, turniejowy mistrz, chojrak i łobuz, najemnik, wojownik, pogromca złoli musi odzyskać swój miecz, bo nieopacznie zamienił się na oręż z kumplem. Rusza jego tropem, spotyka siostry, jedna ginie, z pozostałą rusza na turniej (a jakżeby inaczej?). Tam jest tym razem złolka, która dziwnym trafem zawsze upija turniejowych śmiałków i potem oni znikają.
Stoker oczywiście więc będzie musiał odgadnąć co tam się odpiernicza, w tym czasie okazuje się oczywiście, że baba jest księżniczką i chce odzyskać swój zamek przejęty przez złolkę.
Choreografia walk na wielki minus, w slow motion chyba machali tymi mieczami. W roli Stoker wraca aktor z pierwszej części - i to zapewne zaburza mocno komediowy wymiar serii - jakiś Rick Hill jest dla mnie zbyt sztywniacki i toporny. Miał rosnąć poziom w miarę kolejnych części ale tutaj wszystko raczej padło na pysk.
To już ostatnia część. To znaczy jest jeszcze jakaś z 2025, ale to zapewne remake.