Przypominajka sprzed lat, jakoś zblakł mi ten obraz w pamięci, a słusznie majaczyło mi po łbie, że był to seans za⁎⁎⁎⁎sty.
Cała opowieść dzieje się w pociągu, lub tuż obok niego, który jedzie nad morze. Mamy szereg różnych postaci, jak to bywa w zatłoczonych pociągach, ale na główny plan wysuwają się dwie postaci: Jerzego i Martę.
Oboje, w związku z okolicznościami, zmuszeni są dzielić przedział sypialny. Oboje mają swoje rozterki w głowie, i niby pragną spokoju i samotności, ale ostatecznie znajdują z sobą wspólny język. Wokół nich, w pociągu, toczy się życie przypadkowych jednorazowych pasażerów. Nad samym pociągiem unosi się historia o zabójcy-uciekinierze.
Cudowne zrywanie warstw opowieści pociągowej, która ciągnie się niczym film akcji, co minuta fabuła posuwa nas dalej i przylepia naszą ciekawość - przynajmniej ja tak miałam.
I znów nie wiem co napisać, to było mocne przeżycie, bardzo emocjonalne, dużo łez, dużo przeżywania, mimo że przecież znam trylogię - widziałam już kilka razy.
A jednak zawsze robi wrażenie. Ten emocjonalny stan Frodo, który jest niczym najgłębsza studnia depresji i mroków wewnątrz, ale obok stoi jak skała wspaniały przyjaciel Sam. Ich relacja jest filarem powodzenia misji.
Tymczasem Sauron musi jednak swoje oko zwrócić w stronę toczącej się wojny odkąd stracił swojego czarodzieja-namiestnika. Bitwa pod murami Minas Tirith robi OGROMNE wrażenie (jestem przekonana na 99 proc., że te sceny służyły wiele razy za inspirację przy tworzeniu serialu GOT).
Powrót króla pasuje idealnie w sensie jednego z głównych wątków tej części - Aragorn w końcu akceptuje swoją rolę, musi by pomóc Frodo. W tle szaleństwo namiestnika, który prawie zabija swojego syna, Gandalf szaleje w scenach bitewnych, gdy odbiera przywództwo, a Merry i Pippin mają swoje role do wypełnienia.
Jest to po prostu SPEKTAKULARNY film i mam łzy w oczach gdy piszę o tym, tak mocno jeszcze mnie trzyma po seansie.
Ech, do zobaczenia za kilka lat kochana trylogio...
Mamy rok 1920 i wybucha drugie powstanie śląskie. Siedmiu braci dołącza do oddziału Erwina, w tym najmłodszy Gabriel i to z jego perspektywy oglądamy wydarzenia.
Nawet w pewnej chwili kradnie niemiecki mundur i obserwujemy jego poczynania w obozie wroga.
Nie będę się rozpisywać o śląskiej tożsamości i historii, bo to nie moja bajka, ale ogólnie film jest sprawny realizacyjnie: ładnie kamera jeździ, czuć odór kopalniany i widać brud walki na twarzach.
Niektóre sceny robią mocarne wrażenie, jak właśnie przygody Gabriela po stronie wroga, ale największe jednak pozostają sceny walk, które ocierają się trochę o krindż aż! ale może tak było, te przedarcia i cofki żołnierskie. Scena z kurą to majstersztyk.
A jednak zabrakło mi trochę emocjonalnego mięsa. Aktorzy robią swoją robotę, ale w sensie walk i rozterek takowych, czasem tylko Gabriel pokazuje taką "czystą" twarz nastolatka, który rozgląda się za piękną panną.
Dla neutralnego widza więc ten film może wydawać się wybrakowany, jest raczej bardzo wojenny - powstańcze walki to sól tego obrazu.
@Mahjong też bardzo fajna i mimo trudnego tematu z elementami humoru i jakiegoś takiego ciepła.
Dodatkowo można jeszcze sobie zapodać dużo późniejszą "Śmierć jak kromka chleba" o strajku w "Wujku". Na mnie ten film zrobił ogromne wrażenie, gdy go widziałem pierwszy raz. Swoją drogą muszę do niego kiedyś wrócić.
Po H1 (ocena 9/10) i H2 (10/10) nastał czas na mocny zjazd w dół.
Niespełniona reporterka trafia na trop Pinheada i kostki. Pan Gwoździe W Głowie jest uwięziony w zastygłej "rzeźbie". Tylko krew może go ożywić i tak się dzieje. Cenobit jest rozbity w tym sensie, że po śmierci w drugiej części jego ludzka część odseparowała się od tej piekielnej, więc zostało w nim samo zło.
Co zresztą widać w filmie - w poprzednich częściach Pinhead wywoływał głęboki niepokój, był spokojny lecz przerażający. Emanował potęgą piekielnego miejsca, nawet gdy krzyczał czy podnosił głos - człowiek przystawał z przerażeniem. Tutaj jednak Cenobit cały czas jest głośny i ekspresyjny, przez co znika cały lęk.
Sama fabuła jest nudna i nie wprowadza żadnego nowego elementu. Aktorstwo jest na poziomie niskośrednim, budżet na efekty jakiś poszatkowany, a zamiast piekła mamy popisy scenarzysty w dialogowym szaleństwie postaci - no proszę was, w poprzednich Hellraiserach leciały one-linery, takie jak "Come to daddy" czy "Go back to hell!", tu brzmią nijako w zalewie słowotoku.
Akcja się dusi, widz nerwowo odlicza minuty do końca.
Rosie mieszka w zamkniętej społeczności chrześcijańskiej - w sekcie w Wielkiej Brytanii. Ma męża i córkę. Dopóki jednak nie pozna zbiegłego więźnia Sama, nie traktuje swojego życia jakoś podejrzanie, chociaż obecność obcego zaczyna powoli wpływać na światopogląd młodej kobiety.
Gdy tylko na wierzch wychodzą nieścisłości małżeńskie, Rosie szuka w przystojnym Samie, tego czego nie otrzymała od swojej społeczności. Z czasem też na jaw zacznie wychodzić hipokryzja i zamknięcie seksty. Rosie zacznie się wahać między ucieczką a pozostaniem w sekcie. Tymczasem Sam postanawia wykorzystać sektę jako kryjówkę.
W sumie mamy tu trochę wywróconą typową fabułę sekciarską - bo zło nie wypływa z sekty (znaczy, tak, wypływa też), ale zło wpływa do niej pod postacią ściemniacza, którzy wykorzystuje naiwność dziewczyny. To na pewno jest dość ciekawe - bo od razu wiadomo, że serialowa sekta święta nie jest, pod wierzchnią warstwą kryje się sporo brudu: ostry szowinizm, hipokryzja rządzących, kłamstwa i wykluczenie najbliższych.
Tymczasem to wszystko może wyglądać słabo przy powolnym przenikaniu zła w postaci obcego, który wydaje się dość długo świeżym oddechem życia dla Rosie, a z czasem staje się śmiertelnym niebezpieczeństwem.
I w tym względzie - tego wywrócenia trochę sekciarskiej tematyki - broni się tym serial, oprócz sprawności realizacyjnej, która też stoi na solidnym poziomie.
Wkraczamy w trochę mroczniejszą część opowieści. Piękne, zielone Shire blaknie w naszych wspomnieniach, gdy wraz z Frodo zbliżamy się do Mordoru.
Sauron jest opętany chcicą na pierścień, więc to jego sługa - Saruman - zajmuje się toczeniem wojny na razie. Biały czarodziej w szale tworzenia wielkiej armii sam napotka problemy. Ale największym będzie inny biały czarodziej, który tym razem dorasta poziomem, a nawet przewyższa zdrajcę na rzecz zła.
Ogólnie ta część opowiada właśnie o upadku pewnego swojej mocy Sarumana.
Ale nie to robi największe wrażenie, a podróż Froda, który postanawia zabrać ze sobą tylko Sama. W trakcie doczepia się do nich przewodnik - Gollum, pragnący odzyskać pierścień, ale też czujący nieodpartą mięte do Frodo - może zaczyna wyczuwać w nim samego siebie sprzed lat?
Sam Frodo także feedbakuje empatią do stwora. Widzi w nim siebie i zaczyna naprawdę rozumieć władzę pierścienia, ale zarazem staje się coraz bardziej bezwolny w starciu z siłą magicznego przedmiotu. Tu już mamy powolny rozkład psychiki, nad którą pieczę próbuje mieć wierny przyjaciel. Musi tego wystarczyć tyle, by zniszczyć pierścień.
Ciekawe jest to, że Frodo prosi Sama by przestał wyzywać Golluma. I co się okazuje? Miał w pewnym sensie rację, bo Gollum szybko oddaje uwagi w stronę wrogo nastawionego hobbita, tym razem słownie obrażanego jako "głupiego i tłustego".
Jednym z moich ulubionych scen, takim swoistym przebłyskiem nadziei w „Dwóch wieżach”, jest moment przybycia elfów do Helmowego Jaru tuż przed bitwą. Nagle całe to zmęczenie, strach i przygnębiające przeczucie przegranej na chwilę ustępują.
W ogóle ta część emanuje wieloma emocjami, bardzo różnymi, od skrajnej manipulacji po pustkę i beznadzieję, przez zauroczenie po odzyskanie sensu. Mamy tam właśnie ważną scenę gdy Arwena nagle odnajduje coś, dla czego warto jest jednak zostać z ukochanym śmiertelnikiem.
Dwie Wieże niekoniecznie opowiadają o dwóch wieżach, a o dwóch podejściach: tam gdzie panuje chęć władzy i destrukcji, tam też niebawem może nastąpić koniec takich "dóbr". A tam, gdzie zbliżamy się by pokonać zło, zło coraz bardzie bywa bliżej, wnikające i przejmujące władzę.
Punkcik niżej zaledwie i to też w sumie za drobnostkę: bo fazy śmiechowe wplecione w bitwę (chodzi o Gilmiego i Legolasa) nie rozluźniały mi atmosfery, a raczej nadawały lekko krindżowy ton. Ale jak pisałam, to zaledwie drobnostka w tej drugiej części legendarnej trylogii.
Nie polecam tego filmu dość wrażliwym ludziom. Film jest przygnębiający, przeraźliwie smutny, z dość bezsilnym przekazem - już mi się robi smutno gdy o tym piszę.
To film o traumie - głębokiej, najgłębszej wręcz, która tyka niczym bomba w ciele człowieka, w którym mało już zostało tego człowieka co kiedyś.
Film nie pokazuje nam wszystkiego, bo trafiamy w środek egzystencji powojennej Róży, i jej męża Juliusza. Możemy tylko domyślać się, z pozostawionych tropów, że Róża spodziewała się po wojnie, że jej mąż nie żyje i szukała już bliskości z pewnym profesorem. Ale Juliusz wrócił, ocaleniec z obozu koncentracyjnego. Tyle, że to nie jest ten sam Juliusz co kiedyś. To praktycznie wrak człowieka, niewiele zostało z tego wspaniałego ukochanego przecież.
Róża więc trwa przy swoim mężu, chociaż przypomina on bardziej niepełnosprawne dziecko niż prawdziwego dorosłego, nie chcąc go jeszcze bardziej skrzywić, chociaż profesor zaczyna nalegać by kobieta wybrała pomiędzy nim a mężem. Róża jednak ma sporo empatii dla Juliusza i nie umie podjąć decyzji.
Dużym wsparciem dla Julka jest ich gosposia, która w sumie mówi do niego jak do dziecka. Julek potrafi całkiem sporo, może pójść do sklepu, uśmiecha się, czasem wydaje się, że tli tam się iskra nadziei na powrót dawnego mężczyzny. Ale to ułuda. On jest już tak zniszczony, że byle wspomnienie może znów zamienić go w obłąkańca.
Juliusz (tego też domyślamy się ze scen, nie jest powiedziane nigdzie wprost) był ofiarą ssmanów, którzy lubili "zabawiać się" znęcaniem nad więźniami - na przykład kazali im tańczyć w kółko aż padnie ostatni - i tym ostatnim, który walczył o życie był właśnie Juliusz. I cóż, może uratował życie, ale tylko fizyczne. W środku siedzi już tylko roztrzaskana na kawałki dusza o ranach, których nie da rady opatrzyć.
Bardzo, bardzo smutny film... Jeszcze nie widziałam tak mocnego przekazu o traumie powojennej.
Co prawda czasy Wielkiej Rewolucji Francuskiej to nie moja bajka i nie rozumiałam do końca powiązań, spraw, i ogólnie historycznych i politycznych powiązań w tym filmie, ale nie przeszkadzało mi to oglądać obrazu z zachwytem.
Wielu zachwyca się rolą Depardieu w tytułowej roli, ale dla mnie sztos-aktorem tego tytułu był Wojciech Pszoniak jako Robespierre. Zresztą same rozmowy Dantona z Robespierre to bezsprzecznie najlepsze fragmenty filmu.
Nie ma tam dużo akcji, za to dużo gadania, kombinowania jak pozbyć się Dantona i jego kolesiostwa (fun fact: Robespierre'a i jego stronników grają Polacy, zaś "dantonistów" - Francuzi).
Nie ma tam miejsca na nic innego, oprócz politycznych rozgrywek. Żadnych miłostek, pobocznych wątków.
Sprawa toczy się o kształt demokracji, a jednak mamy na koniec wrażenie, już po zgilotynowaniu Dantona, że to puste hasła, a równość to tylko demagogia, za którą kryją się polityczne i brutalne szachy, nie ma w tym żadnej chwały - jeden z dantonistów, mimo że ma żonę i świeżo urodzone dziecko i boi się śmierci, to jednak mimo, że ma wybór - może uratować skórę - postanawia zginąć razem z kolegami, chociaż każdy mówi - ratuj się ty chociaż.
Tylko potem Robespierre choruje fizycznie złożony w łóżku na wyrzuty sumienia.
Oprócz potyczek słownych dwóch szefów rewolucji i scen w sądzie, jedną z najbardziej wstrząsających scen jest śmierć Dantona. Koniec końców symbolem wielkiej rewolucji stała się także przecież gilotyna.
Polecam, nawet jeśli mało się zna historyczne podstawy - jak ja - to film ogląda się z szeroko otwartymi oczami. Aktorzy są poprowadzeni mistrzowsko, ogląda się wybornie, ale w końcu to dzieło pana reżysera Wajdy, więc co się dziwić.
To chyba jeden z najbardziej piekielnych horrorów ever - dosłownie. Bowiem opowiada o ucieczce z piekła i tego, co z tego wynika.
Frank to zły człowiek pod przykrywką hedonisty. Uwielbia korzystać z uciech życia, ale i to dla niego za mało. Zdobywa tajemniczą kostkę, która ma otworzyć przed nim drzwi do nowych, kompletnie niepoznanych doznań. To są drzwi do piekła tak naprawdę, ale strażnicy kostki, czyli Cenobici nawet gdy odrywają kolejne kawałki ciała z ofiary tajemniczej kostki, dalej zachwalają swoją działalność - bo czyż ból nie jest przez niektórych pożądanym doznaniem? A w wymierzaniu bólu kto może być lepszy niż mieszkańcy piekieł?
Tak się składa, że dom, w którym bawił Frank, przejmuje jego brat wraz z żoną i swoją córką, Kirsty (która jednak bywa tam tylko gościem, nie przepadają ze sobą z Julie, i młoda woli mieszkać sama). Larry nie wie, że lata temu, jeszcze przed ich ślubem, Julia wpadła w romans z przystojnym i pewnym siebie Frankiem. Wtedy też przeżyła ruchańsko życia, i stary dom przywołuje te wspomnienia.
Przypadkowo przelana krew Larry'ego na strychu (rani się wystającym gwoździem) przywraca części Franka z piekieł. Ale wciąż jest niepełny i słaby, więc prosi Julie by mu pomogła - w końcu lata temu powiedziała mu, że zrobi dla niego WSZYSTKO. Tak też Julie wyrusza na łowy, przyprowadza randomowych facetów na strych, Frank ich pożera i zbiera więcej ciała i sił.
Jednak ich sekret odrywa pasierbica Julie - młoda Kirsty, która na pewno urody i sprytu nie odziedziczyła po swoim ojcu. Niby młoda dziewczyna, ale udaje jej się uciec z łap Franka. Mając w rękach kostkę, postanawia poszukać w niej tropu, który wyjaśni jej czego doświadczyła w domu ojca. Przywołani Cenobici za nic jednak mają jej tłumaczenia, ale sprytna Kirsty układa się z nimi, że w zamian za siebie wystawi im uciekiniera z piekieł.
Dalej już nie opowiadam, bo to i tak prawie połowa filmu. Filmu mocnego, krwawego, pełnego ludzkich niegodziwości (vide Frank i Julie), piekła od środka, do którego zaglądamy dzięki kostce, wypełnionego zdeformowanymi poczwarami i strażnikami kostki, którzy "świadczą" usługi pleasure+pain.
Na pewno był to i w pewnym sensie wciąż jest nietypowy horror - chyba niewiele rzeczy potrafi tak przerazić jak przekonująco pokazane piekło od wewnątrz, rzadko wygląda krindżowo (poza poczwarką goniącą Kirsty, ale można to zrzucić na bakier efektów z tamtych czasów). Sami Cenobici wyglądają silnie niepokojąco, a flaki i krew to rzeczywistość piekła i ludzi, którzy z nim igrają.
Na mnie ten film wpłynął bardzo mocno - widziałam go za dzieciaka, i potem kilka razy także i za każdym razem zaskakuje mnie, jak świetny to horror, który daje widzowi oberwać obrzydliwościami, gore i narastającą grozą, za którą w sumie stoi nadal ludzka psychika.
PS I: W tłumaczeniu (oglądaliśmy w odnowionej kopii ale z lektorem vhsowskim - czytał Marek Gajewski) ostatnia legendarna już fraza "Jesus wept" została przetłumaczona jako... "Chrystusa nie było".
PS. Za tydzień mamy seans drugiej części Hellraisera, którą już tu opisywałam, więc nie wiem jeszcze czy będzie sens dodawać kolejny opis w ciągu pół roku - ale umówmy się, że jeśli odkryję coś nowego lub współdzielony seans przyniesie nowe doznania - to opiszę to tutaj
Podobno Wajda nie uznawał tego filmu za swój najlepszy, ba, raczej trafił w jego pamiętniku do kategorii z tych mniej udanych. Być może wpłynęły na ową ocenę problemy realizacyjne, być może Wajda był zbyt ambitny i potem efekt go rozczarował.
Ale mi akurat "Smuga cienia" podpasowała. Czułam ten klimat beznadziejnego, klaustrofobicznego położenia bohaterów.
UWAGA SPOILERY
Młody oficer ma dość, chce wrócić po wielu latach służby do rodzinnych stron, do Polski (film jest oparty na opowiadaniu Josepha Conrada). Ale za namową starszego kolegi kapitana postanawia przejąć dowództwo statku płynącego z Bangkoku do Singapuru.
Jego pierwszy "kapitanat" od samego początku nie przebiega dobrze. Nad statkiem wisi widmo byłego zmarłego kapitana. Załoga nie jest zbyt zdyscyplinowana. Młody Conrad może znaleźć wsparcie w osobie pierwszego oficera Burnsa, ale ten już na początku zapada na cholerę.
Epidemia choroby rozchodzi się praktycznie po całej załodze. Radę daje tylko kucharz Ransome, który mimo postury choruje na serce, a jednak cholera go się nie ima , i w pewnym momencie tylko na niego może liczyć młody kapitan (w tej roli młody Marek Kondrat).
Do tego dochodzi paskudna pogoda, jak dla żeglarzy, czyli cisza na morzu. Statek stoi praktycznie w miejscu, nie ma żadnego powiewu wiatru, a nawet gdyby był, to brakuje obsługi do statku, by to wykorzystać. Młody Joseph Conrad błąka się między kajutą Burnsa (który mimo choroby zapada na kolejną "pasję" - uważa, że obecny stan to zemsta poprzedniego kapitana zza grobu) a zmarnowanymi resztkami załogi na statku.
Jednakże w końcu los uśmiecha się do załogi i porywisty wiatr zaprowadza statek w stronę lądu. Wszyscy członkowie załogi przeżywają, z czego młody kapitan jest bardzo dumny. Natychmiast porzuca swoje poprzednie pragnienie powrotu w rodzinne strony, jest gotowy by dalej służyć jako kapitan.
Z fabularnych rzeczy, to skojarzył mi się ten film trochę z "Ja, kapitan" z 2023, gdzie młody chłopak ucieka z Senegalu by dotrzeć do Europy po lepsze życie i los tak sprawia, że to on zostaje kapitanem jachtu przepełnionego nielegalnymi imigrantami, i jego wysiłki mimo przeszkód sprawiają, że wszyscy docierają do Europy żywi, co czyni go mega dumnym.
Z innych ciekawostek - film był współprodukowany z Wielką Brytanią, i oprócz gadki z offu głównego bohatera nie uraczymy tam języka polskiego. Niesamowite jak młody Kondrat sprawnie operował angielskim i jak naturalnie władał nim w filmie, nie urągało to nic jego talentowi.
Film bywa nudnawy, jak brak wiatru na żaglowcu, ha!, bywa też niepokojący, ten duch choroby, która gnębi załogę i sprawia, że oficer Burns prawie popada w obłędu i ogromny stres młodego marynarza, który przez całą swoją karierę nie miał takiego natłoku problemów, a tutaj wszystko jest przecież na jego barkach.
I właśnie to, że ostatecznie, mimo beznadziejnej sytuacji, kapitan nie poddaje się, daje mu wystarczająco dużo pewności, by jednak nie porzucać marynarskiego życia, bo w ogólnej ocenie - było po prostu warto.
Oceny są takie średnie widzę, ale ja bawiłam się wyśmienicie na tym filmie, ostatni raz taki fun miałam na... "Drag me to hell". Mi po prostu pasuje to obrzydliwe gore, krew-flaki, czarny humor, czyli to w co Raimi umie najlepiej.
Największym zaskokiem byłą rola Rachel McAdams, jak piękny warsztat aktorski zaprezentowała. Gra tutaj szarą myszkę, która ciężką pracą i konsekwencją czeka na upragniony awans w pracy. Tam nie ma za łatwo, niewielu korpoludków ją lubi, a stanowisko szefa obejmuje syn zmarłego właściciela firmy, który na stanowisko wiceprezesa woli mianować swojego "ziomala", który w filmie pracuje ledwie pół roku i jeszcze chamsko przypisuje sobie zasługi naszej biednej, szarej Lindy.
Oskarek-szef jest wielkim bucem, i ma w d⁎⁎ie jakąś tam Lindę-srindę. Dla niego to obrzydliwa baba, stara się być ofkors miły, ale wiadomo co o niej sądzi. Jednak obecność Lindy na delegacji jest must-be, bo tylko ona ogarnia problemy firmy.
Traf sprawia, że samolot, którym leci ze współpracownikami i Oskarkiem - szefem rozbija się. Przeżywają tylko szefunio i Linda na bezludnej wyspie. Tak się trafia, że hobby Lindy jest survival, więc dziewczyna szybko wczuwa się w nową sytuację i wykorzystuje sytuację by przejąć rolę szefa, chociaż pańcio Oskarkowy nie jest z tego zbyt zadowolony i stawia opór, ale każde jego odejście w ramach buntu kończy się tragicznie i wraca zawsze z podkulonym ogonem do pani specjalistki od przetrwania w nieludzkich warunkach. Jednakże konfrontacja tych dwojga mu w końcu stać się faktem.
Ogólnie sporo raimowskiego poczucia humoru + gore. Ukochane połączenie sprawiło, że wybuchałam śmiechem co chwilę. Uwielbiam takie filmy "just for fun".
Trochę mi przypominał mi ten film w zamyśle "W trójkącie", gdzie rozbija się luksusowy jacht, tyle że tam zamiana miejsc wygląda tak, że szefową na bezludnej wyspie zostaje najniższa rangą jakaś Meksykanka sprzątaczka i ona teraz może znęcać się nad narcystycznymi bogaczami.
Ja wiem, że w "Pomocy" oskarkowy szefuńcio miał sporo racji w tym, że Linda jest cringe i ma swoje za skórą, ale jednak dziką satysfakcję sprawiały mi sceny gdy sprawiała mu łomot, lub gdy tylko ona była jego nadzieję na przeżycie.
Dream scenario dla każdego, kto choć raz w życiu miał ujowego szefa.
Russellowski biopic Mahlera, czyli nie może być normalnie.
Mahler rozpamiętuje fragmenty swojego życia, jadąc pociągiem ze swoją żoną. Przypomina sobie swoje najlepsze momenty twórczości przy boku żony nad pięknym jeziorem. Ale cofa się też dalej w przeszłość, gdy był dzieckiem i później, gdy był podporą swojego rodzeństwa. Nad każdym wspomnieniem wisi cień śmierci, Mahler jest przekonany o swoim przedwczesnym końcu, chociaż stara się odsunąć śmierć jak najdalej, nie godząc się na nią w rozmowach z innymi ludźmi. Zaprzecza śmierci, przywołując w jej miejsce miłość. To, czy mu uwierzymy, to wyłącznie nasza sprawa lub osobista interpretacja jego utworów.
Każdy etap wspomnienia jest nasycony muzyką słynnego kompozytora.
I tylko jeden fragment filmu przybiera groteskową wręcz formę - gdy Mahler postawia dla dobra własnej kariery przetransformować się z żyda w katolika. W niesamowicie rozegranej scenie Mahler ugina się pod wolą Cosimy Wagner, ubranej w sadomasostrój, z batem, hełmem na głowie i swastyką na tyłku, i przy dźwiękach Walkirii Wagnera przechodzi "chrzest" ognia i schodzi z krzyża już jako katolik, w niemym wręcz przedstawieniu, by ostatecznie przejść w lekki, krótki musical.
Z jednej strony trochę rozumiem dlaczego anulowali po pierwszym sezonie, a z drugiej strony trochę się już wkręciłam i szkoda, że nie wiem jak to się skończy.
Ogólnie wyczerpanie tematyki westernowej mi się majaczy po głowie jako powód skasowania.
Dwa rody rządzone przez wielkie matrony - rodzina Van Ness, bogata, chcąca jeszcze więcej i rodzina patchworkowa złożona z "matki" i jej adoptowanych przeróżnych dzieci, która chce sobie żyć i korzystać z własnej ziemi, którą zagarnąć chce ta druga rodzina.
Jako naturalni wrogowie nie są sobie zbyt przymilni, ciągle jakieś pułapki, ciągle jakieś problemy, ale największym problem nie okaże się walka o ziemię, lecz zaginiony z dnia na dzień syn pani Van Ness (w tej roli Gillian Anderson). Tylko ta druga rodzina, pod wodzą swojej szefowej (Lena Headey) wie, co stało się z rozpieszczonym synalkiem.
Akcja się zagęszcza i takie tam, trochę tam romansów, w tym ten główny romeojuliowski. Intrygi co odcinek, i sporo akcji oraz potyczek słownych wielkich matron.
Jeśli ktoś nie lubi gdy serial urywa się (co stało się potem dowiesz się w drugim sezonie, prawda?), to odradzam. Serial został anulowany i raczej nigdy nie dowiemy się, co się stało dalej.
Ale jeśli ktoś szuka takiej westernowej, sprawnej papki i nie przeszkadza mu, że to nie jest skończona rzecz - czemu nie, polecam.
Nie jest to poziom serialu "Angielka" (jeden sezon, skończony), ale wypełni pustkę po lepsiejszych westernach.
Nie tak to zapamiętałam, że H+C = pukanie się all day long. Zapamiętałam to jako miłość tragiczną, bezwolne wręcz uzależnienie od drugiej osoby, z którą łączą cię lata dojrzewania, która cię rozumie jak mało kto.
I w sumie ta ekranizacja to też przedstawia, ale sposób w jaki to robi, odbiega od brudnego melodramatycznego wydźwięku powieści Emily Bronte. Wicher wieje nieco sztucznie, Margot Robbie gra wiktoriańską Barbie, i tylko Jacob Elordi wydaje się jakoś tam pływać, w tym niezbyt konwencjonalnym tonie.
Sznyt współczesności, pod młode pokolenia, moim zdaniem pozbawia całego uroku tej opowieści. Seksualne pożądanie zżera uczucia i nasze odczucia, jako widzów. Przez film prowadzi nas chaos relacji, a nie jej perypetie. Może tak miało być, może o to chodziło, a jednak sam fakt, że ta wersja próbuje nadal opowiedzieć znaną rzecz o wielkiej nieszczęśliwej miłości, nie poprawia notowań.
Bardzo fajny film, jestem nim pozytywnie zaskoczony.
Zbiera średnie recenzje, lecz właśnie brakuje nam kina które nie jest grzeczne, jest odważne i ciekawe. Od pierwszych scen to jazda bez trzymanki i to bardzo szanuję.
Mam wrażenie że średnie oceny przyznają osoby spodziewające się walentynkowej papki
Mam wrażenie że średnie oceny przyznają osoby spodziewające się walentynkowej papki
W moim przypadku wielkie wrażenie zrobiła na mnie widziana w kinie adaptacja wg Andrei Arnold i sama książka, więc jestem tu takiego typu "klasycystką", same "Wichrowe Wzgórza" nigdy nie były walentynkową papką - to dość brudna powieść.
Doceniam pomysł w nowej adaptacji, ale widocznie zbyt jestem przesycona tematyką i nawet wizualne odbieganie razi mnie w oczy - co dziwne, bo zazwyczaj jestem pierwsza do obrony innych ekranizacji.
Od początku filmu jesteśmy atakowani informacją, że najważniejsze to przejść do głębokiej, historycznej pamięci ludzkości. Możesz żyć szczęśliwie, z miłością swojego życia, wychowując dzieci? Fajnie, ale pamięć o tobie skończy się zapewne na wnukach i przepadniesz w meandrach historii. Lepiej umrzeć młodo, jako bohater i twoje imię będzie znane przez tysiąc lat! Yeah!
Gdy w filmie pojawia się także ryzyko wojny i wielkiej bitwy, także słyszymy tezy o odciśnięciu swojego znaku w historii - ta bitwa przejdzie do wielkiej historii.
Ta "pamięciowa" gadka jest powtarzana z uporem maniaka przez cały film. Czasem już ryłam ze śmiechu, gdy kolejny raz ktoś to powtarzał.
Historia znana i lubiana, bo, paradoksalnie, została zapamiętana na tysiące lat, dzięki dziełom Homera.
Adaptacja wg Petersena odwija z historii motyw mitologiczny, czyli dostajemy takie fantasy bez magii.
Wygląd pięknych pań i pięknych panów, otoczonych starymi królami, trochę razi. Ale można przymknąć oczy - wtedy tak robiono superprodukcje - waliło się czołówką aktorską, najpiękniejszą najlepiej i młodą lub doświadczoną i znaną. Stąd pewnie dziś rozpieszczenie ogromnie i jak widzimy jakąś inną Helenę niż o licu młodej Diany Kruger, to coś nam nie pasuje.
Na pewno wielkim plusem filmu są bitwy i walki. To akurat poszło sprawnie i nie ma co narzekać. Na tych fragmentach bawiłam się najlepiej i warto było przetrwać wykłady o zapamiętywaniu bohaterów oraz romanse pięknych aryjskich, tfu! achajskich i trojańkich ludków.
Ogólnie trochę się naśmiewam, ale film, jak na superprodukcję nastawioną budżetowy sukces, jest całkiem ok. Czas mija szybko, lica piękne jak Brada Pitta czy Erica Bany, nie wspominając już o pięknej Kruger. A potem clue Troi - czyli wojna i walki wielkich wojowników. Za to plus ogromny.
Bardzo trudny film, na pewno dla takiej materialistki jak ja. Na pewno będę szukać dalej sensu (ów) w filmach Tarkowskiego - jest to dla mnie bardzo zajmujące i rozbudowuję mimowolnie moją zaginioną duchowość. Książka Kuśmierczyka czeka na lekturę, ale ja też czekałam zanim za nią chwycę. Chciałam właśnie obejrzeć "Nostalgię" by być gotową.
Nie przeszkadza mi, jak zwykle, że nie wszystko rozumiem wszystkiego filmach Tarkowskiego. To i tak jest twórca, który w głównej mierze opiera się na obrazie. Równie dobrze można wiele wypatrzeć, po prostu obserwując toczący się film.
Andrei jest we Włoszech. Szuka śladów dawnego, rosyjskiego kompozytora, który tutaj studiował. Ale tak naprawdę szuka czegoś innego. Cudu. Ducha. Boga. Ojczyzny. Chyba sam nie wie do końca czego, a może wszystkiego po trochu?
Jego towarzyszka natomiast szuka miłości i rozczarowana postawą Andreia ostatecznie odchodzi od niego.
Tymczasem pisarz poznaje tutejszego "wariata", Domenico, który trzymał w zamknięciu siebie i swoją rodzinę przez siedem lat. Dziwny Włoch daje Adriejowi dziwne zadanie - ma przejść basen z zapaloną świeczką. Na początku nasz bohater nie do końca traktuje serio starszego szaleńca, ale zarazem ciągnie do to tego człowieka. Wymowna jest scena gdy w lustrze zamiast własnego odbicia Andrei widzi odbicie Domenico.
Oboje są w przestrzeni pomiędzy ziemią, a innym światem. To zapewne ta cecha przyciąga przybyłego do Włoch pisarza do Domenico.
Andrei jest ostatecznie zawieszony pomiędzy światem, a duchem, którego nie umie znaleźć. Pomiędzy ojczyzną, a obcym krajem. Może jeśli wykona zadanie ze świeczką ujrzy granicę? Chociaż dla Andreia najlepiej by było gdyby nie było granic, co sam mówi na początku swojej towarzyszce. Może wtedy nostalgia za rodzinnymi stronami przestała by przyćmiewać zastaną rzeczywistość. Ale czy na pewno Andrei (i Tarkowski?) tego chce? Może cała zabawa polega na gonieniu "ducha"? Może to właśnie oznacza tytuł filmu.
W sensie wizualnym "Nostalgia" to sztosiwo totalne. Długie ujęcia, zabawa kolorami, dym, zbliżenia - to jest zrobione na najwyższym poziomie. Tam na pewno widać "ducha" Tarkowskiego.
Niezwykłe jest to, że taki wielki poszukiwacz duchowości, jak Tarkowski, zawierał całą swoją metafizykę mocniej w namacalnym wzrokowo obrazie niż w środku, w treści. Tutaj "mięsem" opowieści jest to, co widzimy - właśnie te odbicia w lustrze powiedzą nam więcej niż jakikolwiek dialog czy monolog w tym w filmie.
To nie jest jakiś wyjątkowy film, zapewne średni. Ale ja lubię survivale i ten mimo wielu wad mi podpasował.
Kobieta, po stracie partnera podczas ekstremalnej wspinaczki, postanawia w ramach żałoby "pozwiedzać" australijską dzicz. Na swojej drodze spotyka typka, który szybko okazuje się psycholem - urządza sobie jej kosztem tzw. "polowanie na indyka" - czyli chce na nią polować. Kobieta musi do cna wykorzystać swoje zdolności. Zaczyna się gra o życie i śmierć.
W rolach głównych Charlize Theron i Taron Egerton.
Dobrze się bawiłam, czułam może nie za dużo, ale podobała mi się kamienna gra Theron, która jest wyzuta z uczuć i działa na instynkcie i swoich zdolnościach. W tym sensie to udany survival, piękne widoki, akcja jest, ucieczki, polowanie, konfrontacja.
Taki udany "fun" seans na wieczór, o ile nie oczekuje się nie wiadomo czego.
Lata 30. XX wieku w Polsce. Helena wraz z mężem prowadzi gazetę matrymonialną. Odkrywa, że śmierć jednej dziewczyny może mieć związek z ich gazetą. Im dalej w las tym fabuła się zagęszcza. Ostatecznie Helena odkryje kawał brudnego, paskudnego świata, tuż pod swoim nosem.
Warszawą wstrząsają śmierci młodych kobiet - to ubogie dziewczyny, które w wyniku gwałtów zaszły w ciążę i nie mając kasy na łapówki chodziły na "skrobankę" do takich znachorek i często przez to umierały. Nieźle to jest pokazane - jedna z kobiet, która akurat jest kasiasta, została zgwałcona przez męża i zaszła w ciąże, poszła do normalnego lekarza, dała mu plik banknotów i przeszła bezproblemowo aborcję. Inne biedaczki nie miały tyle szczęścia.
Ogólnie cały serial to dosłownie "piekło kobiet". Gwałty, jeszcze raz gwałty, uzależnienie od narkotyków, niechciane ciąży, i jeszcze raz gwałty - faceci traktują panie jak gówno, żony służą do reprodukcji zaledwie. Męski, bezwzględny świat "hulaj dusza kobiety nic nie znaczą" w pigułce.
Bardzo ciężko mi się oglądało ten serial - krzywiłam się, gdy miałam włączyć kolejny odcinek, ale chciałam obejrzeć do końca.
Jak zwykle, jak to bywa w ostatnich latach w polskich serialach i filmach, epokowo pokazane solidnie, mamy dryga do takich tematów z ubiegłego wieku, kolejny solidny serial w tym sensie. Sporo znanych aktorów: Mateusz Damięcki, Katarzyna Herman, Borys Szyc czy Agata Turkot (Dom Dobry).
Ogólnie polecam, bo ogląda się dobrze, intryga zagęszcza się z każdym odcinkiem. Niestety, nie jest pozbawiony wad i błędów logicznych, ale piękna scenografia i ten brudny, obrzydliwy świat pokazany jest tak, że ciężko się nie krzywić i czuć spory niepokój podczas seansu.
Nie dla wrażliwych - chociaż nie ma tam jakiś brutalnych scen, to jednak ta cała wymowa ładnie daje w kość.
Sierżant Cusack to mega uczciwy i solidny policjant. Staje do walki z bezwzględnymi handlarzami narkotyków. Akcja filmu zaczyna się nieudaną ustawką glin, a potem akcja tylko się zagęszcza i w środku tego wszystkiego bojowy i uczciwy nasz bohater, a w tej roli legendarny Chuck Norris.
To nie są filmy dla mnie, ale źle nie było - fajna muzyczka, Chuck bije złoli aż miło, akcja goni akcję.
Ciekawostka: film oglądaliśmy w wersji typowej dla VHS z lektorem, aż miałam wrażenie, że faktycznie oglądam z magnetowidu.
PS. Ta okładka XD wygląda jak z taniego kryminału książkowego by Joe Alex