Szczerze mówiąc - mam mieszane uczucia. Po przeczytaniu "Ja, Ozzy" nie wiedziałem do końca czego się spodziewać. Poza powtórnymi historiami - Ozzy opowiada jak to się stało, że się zesrało. Znacznie lepiej bawiłem się przy "Ja, Ozzy", chociaż muszę przyznać, że było parę fajnych fragmentów (nie potrafię jednak sobie wyobrazić Ozzy'ego pląsającego do Eddy'ego Granta ( ͡° ͜ʖ ͡°))
Jedno jest pewne - Ozzy odszedł po części tak jak chciał.
Takie w sumie książkowe Czy Boisz Się Ciemności. Trochę mnie drażniła narracja, bo to niby wspomnienia z dzieciństwa dorosłego faceta, ale w wielu miejscach wyglądało, jakby to opowiadał siedmiolatek. Poza tym dość solidnie, ino straciła punkty za przekombinowaną końcówkę.
Dziś przychodzę do Was z nietypowym kryminałem/thrillerem. Z Verą Buck miałem okazję poznać się już wcześniej przy okazji "Runy", a była to książka nietuzinkowa, raczej przeciętna, ale ze świetnie zbudowanym klimatem niepokoju, lęku, zastanawiania się, co z tego o czym czytamy jest prawdziwe, a co jest tylko wytworem wyobraźni bohaterów.
I tak też jest tym razem, mam wrażenie, że fabuła jest tu tylko tłem do ukazania świetnie zarysowanych bohaterów, z których każdy ma coś na sumieniu, nikt nie jest krystalicznie czysty, a demony przeszłości tylko czekają, żeby się pojawić i dać o sobie znać. Klimat jest gęsty, niepokojący, delikatnie może aż sztampowy, z mrocznym lasem, rozpadającym się domkiem na drzewie w głębi lasu, wypchanymi zwierzętami i taksydermistą, szczątkami ciał i zwierząt, małym miasteczkiem i domem na totalnym odludziu.
Nie da się odmówić autorce, że każda warstwa po za fabularną jest na najwyższym poziomie, a odczucia z czytania, przypominały mi mocno klimat szpitala psuchiatrycznego - miejsca tortur z "Runy".
Nie jest to też kryminał, w którym będziecie mogli sami rozwiązać zagadkę, bo o ile dałoby się to w pewnym momencie odkryć, to dopiero w części finałowej i z minimalnym wskazówkami, które łatwo przeoczyć, a które z jakiegoś powodu nie zostają w pamięci i kwestionujecie to, czy na pewno pojawiły się już wcześniej. To też kunszt autorki, żeby tak dobrze mylić umysł czytelnika podrzucając kolejne wątki, które ostatecznie okazują się chybione.
Generalnie lipa. Autorka skacze po wątkach, że nie idzie się zorientować, w jakim momencie bitwy jest opisywany. Brak rzetelnego wprowadzenia wraz z opisem uzbrojenia. Sylwetki dowódców są dość ogólne. Do tego dochodzi jakość źródeł. Nie mam na myśli tego, że zostały wykorzystane polskie, tylko to, że kwerenda jest niskiej jakości. Fakt, że są wspomnienia generała Maczka jak i pozostałych żołnierzy. Jednak to nie ratuje tej książki przed niską oceną.
@konik_polanowy Ja mam wrażenie, że ta seria często ma słabe momenty. Kiedyś już gdzieś czytałem, jak wytykane były błędy w kilku innych publikacjach. Nie są to jakieś porywające książki swoją drogą.
Koniec przygody z "Wojną i pokojem". W sumie na całość zszedł mi nieco ponad miesiąc.
Czwarty tom ukazuje nam pogorzelisko, dosłownie i w przenośni. Napoleon decyduje się na odwrót i powrót do Paryża, zostawiając za sobą spaloną Moskwę. Doświadczenie wojny zmienia wszystkich bohaterów: jedni tracą bliskich, w innych zachodzą całkowite przemiany moralne. Każdy próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości.
Dalej jestem zdania, że trudno jest współczesnemu czytelnikowi utożsamić się z rozterkami bohaterów. Upłynęło znacznie za dużo czasu, wojny wyglądają już zupełnie inaczej, zmieniła się też kultura i normy społeczne. Dlatego też ciężko jest zżyć się z opisywanymi postaciami i w pełni przeżywać ich losy.
Tym niemniej jest to wiekopomne dzieło, które świetnie opisuje niemal wszystkie aspekty wojny i jej wpływu na naród. Fajnie jest móc je w końcu odhaczyć.
Minipowieść-opowiadanie będąca przerywnikiem pomiędzy tomami 2 i 3. Kontynuacja rozpoczętego w tomie 2 wątku Zwinki, zgodnie z posłowiem - jednej z ulubionych bohaterek pana autora.
Pomińmy już to, że ze 20% jest przeklejone żywcem z tomu 2. Dosłownie. Nie "zmienione", tylko "przeklejone", czytając tę książkę po Słowach Światłości po prostu przewija się do pierwszego nowego wątku.
Sposób przedstawienia tej historii określiłbym jako "infantylny". Uroczy i ciekawy, ale w ten sam sposób, w który ciekawa jest "Podróż za jeden uśmiech", gdzie czytamy o perypetiach dzieci i nastolatków. Nagle z poważnej historii, w której biegamy z mieczami, przeżywamy dramaty i umieramy, wpadamy w historyjkę widzianą oczami nastolatki, pełną nielogicznych zbiegów okoliczności.
Nie powiem, że historia jest nudna - jest wciągająca i pozwala poznać nowe wątki (podobno jest to istotne przed rozpoczęciem kolejnych tomów) - dlatego też nie daję niskiej oceny, ale jednak ta dziecięca naiwność fabuły bije po oczach.
Ciężko pisać recenzję gdy jestem już dwie książki dalej, ale zachciało się urlopu, to trzeba cierpieć i nadrabiać.
(I weź to napisz bez spoilerów...)
Nie pochłonąłem tej książki tak jak pierwszej, ale tylko dlatego, że przedurlopowe przygotowania (a potem sam urlop) skutecznie ograniczyły mój czas na czytanie. Inną sprawą jest to, że historia zrobiła się trochę spokojna (w znaczeniu sposobu przedstawienia jej) i mniej jest w niej punktów, przy których ciężko jest przerwać i trzeba czytać dalej. Nie znaczy to, że wychodzi to na minus, przeciwnie: postacie nie są szablonowe, nie można założyć, że przewidzimy co się dzieje. Do tego wracają wątki pozostawione gdzieś z boku, więc każdy niuans może gdzieś w przyszłości mieć znaczenie.
Historia też jest spójna, nie wszystko zostaje odkryte, ale powoli poznajemy nowe szczegóły bieżących i historycznych wątków.
Podobnie pasjonująca jak i pierwsza z książek, polecam mocno!
Książka opisująca z perspektywy siedmiolatka jego pewne niezwykłe i magiczne przeżycia. Autor stworzył w niej realny świat, który jest przesiąknięty magią tak mocno, że ciężko coś napisać o jej treści bez robienia spoilerów.
Jak już wspomniałem w pierwszym zdaniu bohaterem powieści jest siedmiolatek, a drugą kluczową postacią jego przyjaciółka, która ma jedenaście lat i wydaje mi się, że to są grupy wiekowe, do których kierowałbym tę książkę. Dla mnie było zbyt magicznie, a strachy i troski młodych ludzi nie potrafiły wywrzeć na mnie wrażenia. Książka napisana poprawnie, czyta się szybko, przeczytana w ramach #klubczytelniczy .
Jeśli czytałeś "Brawo dwa zero" i to, że nie macha się do araba lewą ręką to tu poznasz, w jaki sposób autor trafił do Pułku, jak on to nazwa SAS. Nie było prosto, podobnie jak z jego dzieciństwem. W istocie ta książka to coś autobiografii ze znaczną przewagi akcji autora. A tych jest sporo. Irlandia i to kilka razy w kilku wcieleniach, prawie Bejrut i Ameryka Południowa. Nie ma nudy. Są szczegóły, gdzie autor przedstawia, po co i w jaki sposób był szkolony. Spokojnie był to porównał do Delta Force autorstwa Erica Haneya.
Autorka, doktor Emily Craig jest antropologiem sądowym stanu Kentucky. Jako taka zajmuje się tkankami twardymi (kośćmi i zębami, ze szczególnym uwzględnieniem czaszek) znalezionymi na miejscach zbrodni lub wypadku. Jeżeli zwłoki są w stanie pozwalającym na standardową sekcję (zachowały się mięśnie, narządy wewnętrzne i inne tkanki miękkie) przeprowadza ją anatomopatolog. Jeżeli znaleziono tylko szkielet, fragmenty kości czy zwęglone szczątki - wkracza ona.
Tyle teorii, a o czym jest książka? Ano opisuje drogę do zawodu pani doktór, a także towarzyszymy jej przy najciekawszych przypadkach jakie napotkała. Oddając jej głos:
"Każdy dzień przynosił również nowe sprawy. W ciągu pierwszego półrocza pracy na stanowisku stanowego antropologa sądowego zajmowałam się ekshumacją dziecka pochowanego w 1972 roku, co do którego pojawiło się podejrzenie, że zmarło wskutek maltretowania; przywiązanymi do drzewa, częściowo zeszkieletowanymi zwłokami z dziurą po kuli w głowie; zwłokami, które przeleżały rok ukryte w lodówce; znajdującym się w stanie daleko posuniętego rozkładu ciałem wyłowionym z rzeki Cumberland; szkieletem przeciętym na pół przez maszynę rolniczą; zmasakrowanymi zwłokami porzuconymi na poboczu drogi i wreszcie - ludzkimi kośćmi rozwłóczonymi po lesie."
Urocza pozycja pełna soczystych, plastycznych opisów trupów i najróżniejszych szczątków ludzkich oraz przegląd niesamowitej fantazji jaką przejawiają ludzie w krzywdzeniu bliźnich. Jest piękny opis sławetnej "trupiej farmy" w Knoxville; bardzo ciekawe są też wspomnienia z pracy podczas identyfikacji zwłok członków sekty Gałąź Jakubowa którzy zginęli podczas oblężenia Waco. Zwłoki i fragmenty ciał ponad 80 osób zostały wymieszane podczas wybuchu i pożaru kompleksu - i weź tu dojdź kto jest kto. Podobny jest ostatni rozdział o identyfikacji ofiar WTC - oczywiście w dużo większej skali.
Dla zainteresowanych tematem kryminologii, żmudnych śledztw, zbieraniu dowodów i dedukcji. Stanowczo nie dla wrażliwych, dużo opisów jest absolutnie obrzydliwych xD
Laureat tegorocznej nagrody Bookera, o czym pisałem już wcześniej - TUTAJ
Może nie najsłabszy Booker, jakiego czytałem, ale zdecydowanie jeden z najsłabszych. Książka zbiera skrajne opinie i wcale się im nie dziwię, z jednej strony ludzie się rozpływają nad budowaniem historii bohatera z użyciem minimalnej liczby słów, z drugiej mówią, że to historia o wszystkim po trochu i niczym konkretnie.
Ja niestety siedzę w tym drugim obozie. Dla mnie to książka, której przeczytanie nic nie wniosło do mojego życia, nie dało też zbyt wiele rozrywki, nie wprowadziło w wewnętrzny dialog nad sensem istnienia bohatera. Jak już pewnie zauważyliście po książkach, które oceniam wysoko, lubię czytać o takim zwyczajnym życiu, o życiu na odludziu, w niewielkiej miejscowości, o życiu z pozoru zwyczajnym, czy w końcu o życiu powtarzalnym, "nudnym", monotonnym. Tylko w książkach, które trafiają do mojej topki forma przedstawienia tego z pozoru zwykłego życia gra pierwsze skrzypce, przeradza ją w wyśmienity koncert symfoniczny, którego słucha się z zapartym tchem, z zamkniętymi oczami, wraca się do sali koncertowej myślami jeszcze wielokrotnie później, po jej opuszczeniu.
W odniesieniu do tej anegdoty, "Flesh" jest koncertem disco polo z głośnika JBL w autobusie w korku. I piszę to z całym szacunkiem do wyborów muzycznych innych ludzi, nie mam nic do tego, kto i czego słucha. Autor przedstawił nam bohatera niemowę, którego 95% wypowiedzi to: "Okay", "Sure" i "Yeah". Bohatera, który nie ma uczuć, a najbliższym prawdziwego, przejaw uczucia, pojawia się u niego, gdy mając 15 lat przeżywa jeden z pierwszych prawdziwych orgazmów dochodząc w 40-kilkuletniej sąsiadce, która w zależności od przyjętej narracji: wprowadza go w arkana przyjemności cielesnej lub go gwałci (proszę sobie wybrać). Opisy scen seksu pojawiają się w książce dość często, a nasz bohater nie bardzo wie, jak się ma po nich czuć, w dodatku większość z nich jest z pozoru dla przyjemności, ale z kobietami, które są od niego starsze i mu się kompletnie nie podobają, jedna jest dla niego odrażająca, choć do pewnego stopnia go to kręci (#weirdfiction).
Kończąc dygresję, naszym bohaterem jest Istvan, młody (15 letni) węgier, któego poznajemy po śmierci ojca, gdy razem z matką przeprowadzają się do nowego domu i próbują razem zacząc życie na nowo. Będziemy mu towarzyszyć przez kolejne dekady, historie z życia, problemy i relacje. Będzie to jedna z mniej pasjonujących przygód, a nasz bohater w między czasie nie powie nam o sobie niemal nic, powiem więcej, namówi też narratora, żeby również nam nic o nim nie powiedział. Dostaniemy mnóstwo ogólników, te historie, które z pozoru się wydadzą ciekawe - jak pobyt w poprawczaku czy finalnie bogacenie się, zostaną przewinięte jak kaseta wideo na przyspieszeniu 16x lub ordynarnie wyrzucone do kosza i nie dowiemy się o nich nic.
Nie polecam, bo czułbym się nawet głupio polecając komuś tę książkę obok takich zwycięzców Bookera z poprzednich lat jak: "Orbital", "7 księżyców...", "Shuggie Bain" czy nawet książek, z krótkiej/długiej listy tej nagrody jak: "Listowieść", "Drobiazgi jak te" czy "Apeirogon", które były genialne i pukały do drzwi oceny 10/10.
Książka nie została przetłumaczona na polski, ale obawiam się, że to tylko kwestia czasu
Jest trzydzieste pierwsze tysiąclecie, trwa Wielka Krucjata mająca na celu zjednoczenie zamieszkałych przez ludzkość rozproszonych światów. Każda ludzka planeta ma wybór: dobrowolnie dołączyć do Imperium lub zostać do niego włączona siłą. Tymczasem Imperator wycofuje się z aktywnego udziału w działaniach militarnych i mianuje swego syna Horusa Mistrzem Wojny przekazując mu dowodzenie. Jak nowe zwierzchnictwo wpłynie na przebieg krucjaty?
Nie licząc słabego filmu animowanego o Ultramarines jest to mój pierwszy kontakt z uniwersum Warhammera 40k. Wyczytałem, że seria Herezja Horusa, a szczególnie jej pierwsze trzy tomy, miały być czymś w rodzaju prologu, wprowadzeniem do świata WH40k wyjaśniającym jak to się wszystko zaczęło. Obawiałem się, że książka mnie przytłoczy wrzucając w wir wydarzeń, postaci i frakcji, a także, że może okazać się po prostu paździerzem dla fanatyków gatunku. Tymczasem Wywyższenie Horusa rozpoczęło się jednym z najmocniejszych zdań otwierających w znanej mi literaturze i okazało się lekturą przystępną dla laika oraz zaskakująco wciągającą.
Większość wydarzeń opisana została z perspektywy kapitana X kompanii legionu Wilków Luny - Garviela Lokena - Kosmicznego Marine, genetycznie zmodyfikowanego superżołnierza w wielkiej wypasionej zbroi, z definicji będącego bronią, instrumentem zniszczenia, który nie martwi się czy to, co robi jest słuszne czy też nie. A jednak nie jest wyzbyty człowieczeństwa, co potwierdzały jego rozmowy z Mercadie. Wartościową perspektywę pokazały się również dwie inne postaci: Kyril Sindermann - historyk i retor uzupełniający opowieść o intelektualne, akademickie rozważania oraz Ignace Karkasy - kronikarz i poeta, wolny umysł kwestionujący paradygmaty, dostrzegający kulturowe i po prostu ludzkie konsekwencje krucjaty.
Najbardziej wyróżniającą się cechą powieści jest absurdalnie przerysowany patos: nadczłowieczeństwo prymarchów, gargantuiczne maszyny wojenne oraz teatralny język dialogów przywodzący na myśl klasyczną grecką tragedię. Styl momentami może kojarzyć się z opowieściami z czasów Cesarstwa Rzymskiego. Przez dłuższy czas nie byłem do końca przekonany czy powinienem to traktować jako propagandowy obraz świetności imperium, czy też jako formę ironii absolutnego totalitaryzmu. Przysięga składana na karabin skłoniła mnie ku drugiej interpretacji.
Tak czy inaczej bardzo mi się podobało i słuchałem z rosnącym zaciekawieniem. Wywyższenie Horusa to monumentalna militarystyczna opera kosmiczna, opowieść o lojalności, braterstwie, pysze i gniewie, w której nie zabrakło miejsca na filozoficzne dysputy i moralne wątpliwości. Niestety pojawiło się ryzyko, że się wciągnę i to może być problem, bo widzę, że w uniwersum Warhammera 40k osadzono dziesiątki pozycji.
Brawa należą się również dla lektora - Filipa Kosiora, który spisał się znakomicie.
Strasznie długo mnie ta książka przetrzymała. Chociaż bardzo ciekawa nie mogłam przez nią przebrnąć, trochę z braku czasu.
Tym razem autor postanowił opisać dokładnie rozwój neurochirurgii. Pan Thorwald robi to jak zwykle bardzo drobiazgowo. Opisuje nie tylko kolejne odkrycia w tej dziedzinie ale przedstawia szczegółowo sylwetki lekarzy, chirurgów, którzy postanowili całkowicie oddać się tej dziedzinie, którzy poświęcali swój czas i energię, żeby odkrywać jak przynosić ulgę pacjentom przy chorobach takich jak epilepsja, choroba Parkinsona czy nowotwory mózgu. Poznajemy sylwetki takich lekarzy jak Horsley, Cushing czy Pensley, którzy doznając licznych porażek w tej pionierskiej dziedzinie jaką była chirurgia mózgu, od czasu do czasu odnosili sukcesy i popychali tą dziedzinę naprzód. Książka opisuje szczegółowe wszystkie przełomy, które rozwijały chirurgię mózgu ale pokazuje też jak wieloma ofiarami były te sukcesy opłacone.
Książka bardzo ciekawa aczkolwiek może trochę przeładowana życiorysami chirurgów. Jednak mimo to warto po nią sięgnąć.
Kilkanaście lat temu byłam fanką powieści Paula Austera. Podobał mi się ich "nowojorski'" klimat, lekka niesamowitość. Połykałam je jak pelikan. Od dłuższego czasu nie miałam styczności z prozą tego autora i z ciekawością postanowiłam sięgnąć po tytuł, którego jeszcze nie czytałam.
Tytuł powieści pochodzi od adresu mieszkania squotowanego przez 4 młodych ludzi. Miles, jego szkolny kolega Bing oraz Alice i Ellen. Jednakże osią książki są losy Milesa a życie jego współlokatorów jest bardziej tłem powieści. Miles po śmierci przyrodniego brata za którą czuje się odpowiedzialny, po podsłuchaniu rozmowy macochy z jego ojcem, rzuca studia, zrywa całkowicie kontakty z rodziną i osiedla się na Florydzie. I tam go poznajemy. Niestety na wskutek zakochania się w niepełnoletniej Pilar, szantażowany przez jej siostrę musi opuścić Florydę do momentu aż jego ukochana osiągnie pełnoletność. Wyjeżdża więc do Nowego Jorku, zamieszkuje z kolegą w pustym mieszkaniu przy Sunset Park i próbuje jakoś naprostować relacje z rodzicami.
Książka się trochę snuje, autor sprawnie opisuje odczucia i uczucia wewnętrzne bohaterów, ich wewnętrzne dialogi. Wszystko dalej jest przesiąknięte tym klimatem, który tak bardzo podobał mi się zawsze w książkach tego pisarza. Taki trochę lekko odrealniony co jest może spowodowane tym że życie wewnętrzne bohaterów jest wysunięte na pierwszy plan przed wydarzeniami. To wydarzenia są tłem dla myśli i odczuć postaci. A te myśli i odczucia niekoniecznie dotyczą tego co się dzieje więc ten środek ciężkości jest przesunięty i przynajmniej ja czytając tą powieść miałam takie poczucie odrealnienia tego świata przedstawionego. Chociaż nic niesamowitego się tam nie dzieje. Książka nie kończy się żadnym podsumowaniem, w zasadzie urywa się w pewnym momencie życia bohaterów (konkretnie po tym jak zostają wyrzuceni z nielegalnie zajmowanego mieszkania) co nasunęło mi właśnie myśl, że Sunset Park to bardziej punkt w czasie, odcinek życia mieszkających tam osób a nie miejsce. Bo sama lokalizacja nie odgrywała raczej w fabule jakiejś szczególnej roli.
Generalnie książka mi się podobała ale z chęcią porównałabym ją teraz z innymi powieściami Austera, które czytałam dawno temu.
W tym tomie jest już lepiej. Akcja posuwa się trochę do przodu. Żniwiarze i reszta rodziny Wojnów i ich przyjaciół starają się chronić mieszkańców miasteczka przed naporem demonów, Pierwszy jak zwykle coś knuje, Paulina jest rozdarta między lojalnością do wujka a chęcią nauczenia się czegoś od Pierwszego i stara się nie dać mu wykorzystać do jego własnych ukrytych celów. Końcówka jak zwykle wskazuje że będzie kolejny tom.
Próbowałam pierwszy tom, ale nie dotarłam do połowy. Mimo, że się zmusiłam, bo niby polskie, sielskie, mówią że dobre - infantylnie napisane i nieciekawe. Może po prostu nie dla mnie.
@alaMAkota Ja to traktuje jako lekka lekturę do sluchania podczas prac domowych. Nie powiedzialabym ze ma jakies ekstra zalety ale nie ma wielu wad ktore mnie drażnią w książkach. Wiec jak dla mnie ksiazka poprawna.
Dziś recenzje nie będą długie. Ledwie znajduję czas ostatnio na czytanie/słuchanie książek. Udało mi się kilka skończyć ostatnio i chcę je dodać przed końcem roku bo niedługo podsumowanie.
"Droga dusz" to kolejny tom cyklu o żniwiarzach Pauliny Hendel. Ten tom mniej przypadł mi do gustu. Fabuła dzieje się w dwóch miejscach - w Wiatrołomie gdzie wpływy Nii i jego demonów są coraz silniejsze i w Zaświatach gdzie trafia Paulina, główna bohaterka po kolejnej śmierci. Niestety wątek Zaświatów według mnie słabo rozegrany i trochę nudny. To jak rodzina Wojnów radzi sobie z coraz groźniejszą sytuacją w miasteczku też nie bardzo popycha akcję do przodu. Miałam wrażenie że książka jest nadmiernie rozwleczona i można ją było połączyć z innym tomem. Niemniej jednak cała historia mnie już troszkę wciągnęła, trochę przyzwyczaiłam się do bohaterów więc nie słuchało mi się jakoś mocno źle.
Chyba najbardziej znana powieść K. Morton, nieco przypomina mi 'Przeminęło z wiatrem', chociaż nie jest to ten sam poziom. I chyba na starość robię się zbyt miękka bo za bardzo przejmują mnie losy bohaterów
Główną bohaterką jest Grace, służąca w posiadłości Riverton, która z czasem bardzo zżywa się ze swoją panią oraz odkrywa zaskakujące powiązanie z nią. Akcja odbywa się na przełomie XIX i XX wieku, pokazuje przemiany społeczne jakie zachodziły w tamtym czasie, oraz z czym mierzyło się ówczesne społeczeństwo, szczególnie w kategoriach klasowych oraz ciężarów jakie dźwigali mężczyźni i kobiety. Finalnie wszystko sprowadza się do katastrofy, upadłe interesy i śmierć.
A wina głównej bohaterki pozostawia gorzki posmak.
Kair 1912. Fatma al-Szarawi, młoda agentka egipskiego Ministerstwa Alchemii, Uroków i Istot nadprzyrodzonych ubrana jak zawsze w kolorowy angielski garnitur i melonik, rozpoczyna śledztwo w sprawie martwego, wypompowanego z krwi dżinna znalezionego w jego apartamencie.
Tak zaczynamy przygodę z fascynującym światem stworzonym przez pana Djeli Clarka, w którym to w XIX w. sudański uczony al-Dżahiz przybył do Egiptu i przekopał się do krainy dżinnów. A dżinny pomogły Egiptowi wykopać Brytoli i stać się nowoczesnym, steampunkowym mocarstwem, pełnym wynalazków typu automatyczne powozy, napędzane magicznymi mózgami z kół zębatych powietrzne tramwaje czy roboty zwane tu seryjnymi eunuchami. xd
Światotwórstwo jest tym co robi tu zdecydowanie największą robotę, bo ciekawych elementów jest dużo więcej, od przemian społecznych, przez jeszcze bardziej tajemnicze istoty przybyłe z innych wymiarów, po odradzające się kulty starożytnych bogów.
Styl też jest bardzo przyjemny, lekko i płynnie się to czyta, autor umie i pośmieszkować i stworzyć dobry klimat.
Bohaterowie są ok i nie przeszkadzają, ale niesamowitych portretów psychologicznych, przemian czy super wyrazistych osobowości nie ma co oczekiwać.
Natomiast fabularnie nie ma fajerwerków, historie są proste i mało zaskakujące. Opowiadania są trzy, drugie to sprawa wagonu tramwajowego, w którym coś straszy, a trzecie, króciutkie, opowiada o dziewczynie proszącej anioła o uleczenie siostry ciężko rannej w pożarze fabryki.
Opowiadania są wstępem do powieści "Władca Dżinnów" nagrodzonej prestiżową Nebulą.
No i to wydawnictwo MAG więc oczywiście tradycyjny karny k⁎⁎as za literówki, błędy gramatyczne i inne takie.
Jak dla mnie książka ze wszech miar nędzna. Nie chce mi się powtarzać tego, co kiedyś napisałem, więc jak komuś zależy, to sobie sprawdzi mój wpis z marca zeszłego roku, a jak nie, no to właściwie trudno.
Historia polskiej informatyki od pierwszych komputerów do upadku PRL-u. Opowieść o projektowanych i produkowanych w Polsce komputerach z dużą liczbą informacji dotyczących parametrów i ilości wyprodukowanych urządzeń, które znajdują potwierdzenie w innych źródłach. Oprócz tego poruszono też tematy systemów informatycznych tworzonych w Polsce (m.in PESEL), prób tworzenia sieci komputerowych oraz importu urządzeń zagranicznych i trudności z tym związanych. Poza tym dużo wycinków z prasy codziennej oraz technicznej. Dla dociekliwych na stronie autora znajduję się bibliografia: https://web.archive.org/web/20130930072448/http://kluska.net/p/automaty-licza-wskazowki-bibliograficzne.html
Książka z 1997 roku, pisana jeszcze style "starej szkoły". Autor podszedł do tematu szczegółowo, ale zachowawczo. Widać czasami, że dodałby więcej informacji, jak to jest żyć i walczyć na pustyni, ale wyszłoby z tego grubo ponad 500 stron, a tak jest ponad 200 z bibliografią. Na wstępie informuje, dlaczego El Alamein. O tuż były w sumie 3 bitwy. Mowa tu o drugiej, która zatrzymała Rommla, ale go nie rozbiła, bo Montgomery był dość ostrożny w swoich ruchach. Nie ma wychwalania i wiwatów na cześć Montgomergo, jak to powszechnie się uważa, ale też nie umniejsza jego woli. Blefowanie się udało, ale dzięki wydatnej pomocy sprzętowej z USA, lotnictwu i marynarce, która skutecznie niszczyła wrogie sobie konwoje na morzu. Autor dokładnie opisuje obie sylwetki zwłaszcza z powodami (głównie bycie tam, gdzie trzeba być),dla którego zostali wybrani na dowódców. Nie zapomina też i o tym, czym można nazwać "analizą ryzyka" walk w Afryce i ich powodami dla Niemiec i Wielkiej Brytanii. Dla tych pierwszych to zablokowanie Kanału Sueskiego nie było aż tak palącą sprawą jak zdobycie Malty. Natomiast ci drudzy, jak by stracili Egipt to mniejsze byłoby zasoby ropy i paliw oraz zyski z jej sprzedaży. Inaczej pisząc, kawał dobrej roboty. Chociaż zabrakło mi informacji, skąd Rommel czerpał informacje, ale od tego jest duża, dedykowana publikacja.