@Paprykarz @Jendrzej podpisuję się pod tym. Wszystkie techniki typu kontrola oddechu, wstawanie z łóżka, krzyki i wybieganie na klatkę schodową, o którym pisał OP itp. to tylko utwierdza mózg w przekonaniu, że istnieje jakieś realne zagrożenie, przed którym trzeba się bronić i trzeba uciekać. Jak zauważysz nadchodzący atak paniki, to nie rób absolutnie nic. Serio nic - nie zaczynaj kontrolować oddechu, serca, nie zmieniaj nerwowo pozycji ciała, nie zapalaj światła w ciemnym pokoju. Zauważ, że lęk nadchodzi i pozwól mu na to i poczekaj, aż minie. Za pierwszym razem będzie mało przyjemnie, ale za każdym kolejnym o wiele łatwiej, a jest szansa, że wystarczy tylko raz. Możesz się do siebie lekko uśmiechnąć, to jest mechanizm, który działa podświadomie, nie musisz w niego wierzyć, żeby działał. Przestań kontrolować ciało i myśli wieczorem, szukając oznak zbliżającego się lęku. Jeżeli złapiesz się na tym, że to robisz, to się nie wkurzaj na siebie, po prostu zauważ, że to robisz, uśmiechnij się lekko do siebie, pozwól żeby ta myśl przeszła obok. I to nie są jakieś wymysły, to jest sposób udowodniony naukowo i stosowany w terapii lęku. Ja dzięki tej metodzie wyleczyłam się z ataków paniki. Ciśnienie i tętno potrafiło mi w takich sytuacjach skoczyć 2x w ciągu sekund, albo nawet więcej, a sama świadomość, że atak może znowu nastąpić powodowało, że całe życie stało się nieznośnym stanem paniki, albo czekania, aż ona nastąpi. Wieczory i dni wolne były najgorsze, wbrew pozorom, bo wtedy człowiek ma przecież spokój i czas na relaks, ale żyjąc z atakami paniki ma wtedy właśnie za dużo czasu na ich nakręcanie.