Zdjęcie w tle

trixx.420

Gruba ryba
  • 548wpisów
  • 2484komentarzy
trixx.420 userbar

bookcrossing i postcrossing fan (I JESTEM GRUBOM RYBOM, BUL BUL BUL)

182 + 1 = 183

prywatny licznik: 7/52


Tytuł: Plaga osiedla i inne opowiadania

Autor: Janina Wieczerska

Kategoria: literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Młodzieżowa Agencja Wydawnicza

Format: książka papierowa

Liczba stron: 229

Ocena: 6/10


zbiorek PRLowskich opowiadań dla - i o - młodzieży, starszej i młodszej. Każde z opowiadań traktuje o różnych osobach, jedynym co wydaje się je łączyć to czas (przypuszczalnie lata 70 i 80 ubiegłego wieku) i miejsce akcji - Gdynia i jej okolice.

Z kronikarskiego obowiązku szybki opis dla potomnych, bo na "lubimy czytać" niemal pusto. Mamy tu kolejno:


"Ni to, ni owo" - opowiastka z czasów licealnych, pierwsze miłości i te sprawy, ale bardzo źle napisane. Język razi sztucznością, postacie kulawe, a całość drętwa. I jeszcze te nachalne rusycyzmy i odwołania do kultury radzieckiej. Miało być chyba coś a'la Jeżycjada, ale wyszło bardzo marnie. 2/10


"Bywa i zła pogoda" - traktuje również o młodzieży z LO, która otrzymuje za zadanie zorganizowanie akademii ku czci obchodów XXX lecia PRL. Tu mamy już trochę więcej głębi, ojciec nakłania głównego bohatera do pójścia w jego ślady i studia w kierunku architektury. Ten widzi jednak wszechobecne kombinacje w pracy ojca i skłania się raczej ku zawodowi aktora. Organizacja wspomnianej akademii pokazuje że i to nie jest taki łatwy kawałek chleba. Niezłe, 4/10


"Prezdyent Janusz Bosak" - przenosimy się do podbazy, gdzie jeden z uczniów, prześladowany w szkole wymyśla sobie fikcyjnego bohatera do naśladowania. Dzięki temu podczas obozu harcerskiego nad morzem odkrywa w sobie duże pokłady odwagi i zdolności przywódcze, przez co zapobiega katastrofie podczas burzy jaka nawiedziła obóz pod nieobecność pozostałych harcerzy. Ujdzie, 3/10.


"Ta stara piła" - Niegłupie opowiadanko o bananowej młodzieży z roku 1980. Ojciec głównego bohatera, Jacka, jest wysoko postawionym urzędnikiem w handlu zagranicznym, czyni starania aby wraz z rodziną objąć placówkę w Kanadzie. Za zdanie matury Jacek ma obiecanego "Malucha", tylko jest problem - za złe oceny grozi mu niedopuszczenie do tego egzaminu. Rodzina musi uciec się do proszenia o pomoc emerytowanej nauczycielki Pileckiej, pseudo Piła o korepetycje dla Jacka. Dość ciekawe, 5/10


Tytułowa "Plaga osiedla" to ostatnie, najdłuższe i zdecydowanie najlepsze opowiadanie w całym zbiorku. Przypadnie do gustu każdemu, kto tak jak ja, dorastał na blokowisku w latach 80. W blokach jak to w blokach - ludzie są różni i ich dzieci także. Jedni bogatsi inni biedniejszy, jeden rodzic lubi popić i przyłożyć latorośli za to, że nie wystało chleba w osiedlowym sklepiku, inny polonezem zawiezie na plażę. Grupa dzieciaków z różnych klas podstawówki znajduje na obrzeżach swojego nowego osiedla, za pokrzywiskiem-śmietniskiem, zapomniane przez budowlańców usypisko wyciętych podczas budowy bloków. Miejsce nadaje się idealnie do zbudowania bazy i przeróżnych zabaw. Dzieciakom udaje się obronić swoje miejsce przed starszą bandą, ale niestety przegrywają z buldożerami, gdyż budowlańcy równają z ziemią dziecięce marzenia - na tym miejscu plany przewidują park. Słodko gorzkie, naprawdę dobre, 8/10.


Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter

cf03f0d2-bd17-4748-a9b4-601a95966e39
trixx.420 userbar

Zaloguj się aby komentować

162 + 1 = 163

prywatny licznik: 6/52


Tytuł: Nowy wspaniały świat

Autor: Aldous Huxley

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Muza

Format: książka papierowa

ISBN: 9788328722941

Liczba stron: 255

Ocena: 7/10


Nadrabiania klasyki ciąg dalszy, tak się złożyło że nie czytałem wcześniej tej "najsłynniejszej antyutopii świata", więc trzeba było się zapoznać. Akcja dzieje się na ziemi, w Londynie roku pańskiego 2540, a w nowej nomenklaturze 632AF, czyli "po Fordzie" - tak tym od aut, w tym uniwersum awansował na coś w rodzaju boga. Społeczeństwo osiągnęło stan powszechnej szczęśliwości, naczelna hasła to "Wspólność, Identyczność, Stabilność". Najciekawiej rozwiązano ideę identyczności klonując zarodki i za pomocą metody niejakiego Bokanowskiego zwiększając ich liczbę. Efektem tego są dziesiątki identycznych bliźniaków. Przydatne jeśli mają stanowić obsadę jakiejś fabryki, czy linii produkcyjnej, tacy rozumieją się praktycznie bez słów. Dodatkowo w grę wchodzi zaawansowana inżynieria genetyczna, która pozwala osiągnąć określony tym człowieka, od najwyższej klasy Alfa, do ćwierć-inteligenta Epsilon, który może służyć co najwyżej do prostych prac fizycznych. Całe społeczeństwo od narodzin (oczywiście sztucznych, kto by w tych oświeconych czasach chciał rodzić dzieci, fuj!) jest także odpowiednio warunkowane psychologicznie, tak aby każdy był szczęśliwy z tego w jakim miejscu się znajduje i co robi. Przy tym świat jest stabilny - nie ma wojen, głodu, ludzie otrzymują wszystko czego pragną (choć przy tym nie zdając sobie sprawy że mogą pragnąć czegoś innego), są zawsze zdrowi i - ponownie dzięki odpowiedniemu warunkowaniu - nie boją się śmierci. A w razie jakichś wątpliwości czy innych weltschmerzów - mają pod ręką tabletki somy, syntetycznego narkotyku po którym pierzchają wszystkie troski.


Na obrzeżach tego świata znajdują się Rezerwaty Dzikich, gdzie udaje się para mieszkańców Nowego Świata. Poznają tam niejakiego Johna (którego i tak wszyscy nazywają dzikusem). Tenże jest synem zaginionej w rezerwacie mieszkanki Nowego Świata, urodzonym już tam, ale jednak zawsze będącym tym obcym. Za zgodą odnośnych władz zostaje sprowadzony do Londynu jednak i tam czuje się obco. Mieszkając w rezerwacie, jak w "Poranku Kojota" nabił sobie głowę głupotami o żabach... wróć, dramatami Szekspira i na siłę próbuje zainteresować tym innych. Przekonuje mieszkańców, że sami o tym nie wiedząc, są niewolnikami tego "wspaniałego" świata. Nie chce przystosować się do zastałych praw, uważając że życie w tak uporządkowanym świecie, bez możliwości odczuwania miłości, nienawiści czy choćby cierpienia jest niemożliwe.


Powieść po ciekawym początku który objaśnia zasady i mechanizmy działania tej skomplikowanej społeczności, mniej więcej od połowy przekształca się w traktat filozoficzno - teologiczny. Co ciekawe, choć książka w oryginale wydana w 1932 roku, postarzała się bardzo dobrze. W zasadzie część wizji autora już została spełniona - powszechny konsumpcjonizm czy częściowo hedonizm. Huxley opisuje też "czuciofilmy", przyjemne w odbiorze, skupione na emocjach ale pozbawione głębszej treści. Jakoś tak kojarzą mi się z wieloma dzisiejszymi filmami czy serialami - fajne, kolorowe, ale po wyjściu z kina zapominasz o czym to w sumie było. Na pewno warto się zapoznać - ku przestrodze, choć druga połowa jest nieco nużąca.


Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter

027cf687-9356-40dd-b206-d7bcf5d743dd
trixx.420 userbar

@trixx.420 przeczytałem na plaży podczas ostatnich wakacji. Zawsze miałem ją na swojej liście, ale sięgnąłem dopiero niedawno. Dosyć ponura lektura. Ale podobała mi się

Czytana w liceum i potem drugi raz już w "doroslości". Podobnie jak w 1984 wiele rzeczy się sprawdziło.

Mam nawet planszowke pod tym tytułem :)

@trixx.420 Zgadzam się że bardzo dobrze się zestarzała. Czytałem ją kilka lat temu i byłem zdziwiony kiedy sprawdziłem rok wydania bo w ogóle nie czuć że to już niemal 100 letnia książka.

1984 który często jest wymieniany z Nowym Wspaniałym Światem w jednym zdaniu trochę gorzej się zestarzał zwłaszcza początek. W sensie stricte przedstawionego świata a nie fabularnie bo tam to nadal top.

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

123 + 1 = 124

prywatny licznik: 5/52


Tytuł: Triumf owiec. Thriller a zarazem komedia filozoficzna

Autor: Leonie Swan

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: Amber

Format: książka papierowa

ISBN: 9788324138739

Liczba stron: 462

Ocena: 6/10


Jak to się już robi tradycją - zasiadłem do drugiego tomu nie czytając pierwszego. "Triumf..." jest bowiem kontynuacją „Sprawiedliwości owiec”, największego przeboju roku w Polsce 2006 w kategorii proza obca, sprzedanego w 70 tysiącach egzemplarzy - jak czytamy na okładce. Opis również pozwolę sobie skopiować z okładki, bo dobrze podsumowuje powieść:


Owce z Glennkill opuszczają bujne zielone łąki Irlandii i przybywają do zaśnieżonej Francji z nową pasterką Rebeką, córką zamordowanego starego pasterza George’a. Rebece towarzyszy jej matka, zwariowana tarocistka, uwielbiająca likierek i ciągle kłócąca się z córką. Zatrzymują się na zimowym pastwisku w pobliżu starego zamczyska, w którym kiedyś mieścił się zakład dla obłąkanych. Matka Rebeki wróży, że stanie się coś złego (czemu trudno się dziwić, bo w jej talii brakuje wielu kart zwiastujących dobre zdarzenia). I rzeczywiście zaczyna się coś dziać. Owce dowiadują się od swoich nielubianych sąsiadek kóz (które zdaniem owiec cuchną i są szalone),że w okolicy grasuje tajemniczy potwór zwany Garou…

Kim jest Garou?

Może wilkiem. Może wilkołakiem.

A może kimś znacznie bardziej niebezpiecznym…

Prawdę o nim odkryją owce po dramatycznym śledztwie.

I wtedy znowu będzie sprawiedliwość.

I triumf owiec.


Generalnie klimat książki jest bardzo fajny, owce są urocze, mają swój punkt widzenia i swoją logikę, w której ludzkie rzeczy są zachowania są przez nie analizowane. Często rozważania oparte są na błędnych założeniach, spowodowane brakami w owczej wiedzy, ale wtedy - czasem - można liczyć na pomoc kóz. Wprowadza to nieco humoru w nudnawą lekturę. Największą wadą tej książki jest jej długość w stosunku do ilości zawartej treści. Owce snują się z kąta w kąt, wygłaszając rozmaite głembokie mądrości w stylu "Ludzie myśleli albo za dużo, albo nie o tym co potrzeba. Najczęściej za mało myśleli o owcach". Szybko robi się banalnie i nudno przez co po jakimś czasie musiałem trochę zmuszać się do lektury. 100 stron opisu jak stado wybrało się po zagubioną w lesie owcę. Kolejne 50 - wyprawa do zamku, czy w celu namówienia auta do przewiezienia stada w inne miejsce. Gdyby skrócić powieść o połowę - wyszło by jej tylko na dobre. Samo rozwiązanie fabuły to z kolei tylko kilka stron, a "ten kto zabił" (bo książka to rasowy kryminał, choć może nie wygląda) to jakaś losowa osoba, mało co wspominana wcześniej.


Niestety nie umywa się to do absolutnego mistrza w tej kategorii, "Wodnikowego Wzgórza" Richarda Adamsa. Może pierwsza część jest lepsza, kiedyś może nadrobię. Plus jest taki, że "Triumf..." można traktować jak osobną powieść i czytać bez znajomości "Sprawiedliwości owiec"


Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter

cfad3b9b-d800-4327-8330-39e9de5c3709
trixx.420 userbar

@trixx.420 Sprawiedliwości owiec jest zdecydowanie lepsza, czytałem dawno dawno temu gdzieś na poziomie liceum lub studiów, ale Sprawiedliwości owiec wciągał, Triumf niestety rzeczywiście nudził.

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

94 + 1 = 95


Tytuł: Rozdroże kruków

Autor: Andrzej Sapkowski

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Supernowa

Format: e-book

Liczba stron: 249

Ocena: 6/10


Jak wszyscy recenzują Sapka to i ja też :)

W sumie jednak wszystko zostało już powiedziane w licznych recenzjach na tagu, więc dosłownie trzy słowa. Co mi się nie podobało?

Przeładowanie książki łaciną, czy francuszczyzną w licznych listach, albo włoszczyzną we fragmentach gdy Geralt uczył się fechtunku - mam uwierzyć że w świecie wiedźmina posługiwali się naszą łaciną? Również te staropolskie na siłę wtrącane słówka brzmią sztucznie i nie do końca na miejscu.

Przeskoki fabularne, część opisywana przez listy jednych do drugich, część z takiej perspektywy, część z jakiejś innej... Jak dla mnie to autor zamiast postawić na ciekawą i spójną fabułę stosuje różne sztuczki żeby uatrakcyjnić swoje dzieło.


Co mi się podobało? Przede wszystkim niepodrabialny humor tego świata (szkoda że niewiele) no i możliwość zanurzenia się po latach znowu w ten świat. Przypomniał mi się przełom wieków, kiedy po raz pierwszy czytałem sagę.

Kupić to pewnikiem bym tego nie kupił, ale za darmo na legimi - trzeba było się zapoznać.

Ocena troszkę naciągnięta, bo matko bosko, przecież to sapkowski jest ;)


Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter

9bab9bad-2158-4ae4-a588-e88e21b00c20
trixx.420 userbar

@SuperSzturmowiec e tam, cala reszta bookosfery raczej dobrze ocenia ta książkę. Tylko na hejto takie wysublimowane gusta, że im się nie podoba 😁

@trixx.420

>naszą łaciną


A czemu nie? Ludzie trafili do nowego świata przypadkiem, przez koniunkcję sfer, w okresie który można nazwać późnym średniowieczem, prawda?

Skoro od razu ustanowił się taki sam porządek społeczny jak w miejscu z którego przybyli (szlachta, królowie itd.), równie dobrze możemy założyć że w tamtym świecie też była jakaś "lingua franca" którą posługiwały się wykształcone elity - chociaż religia jest inna.

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

50 + 1 = 51


Tytuł: Dzień Tryfidów

Rok produkcji: 1962

Reżyseria: Freddie Francis, Steve Sekely

Kategoria: Horror, Sci-fi

Czas trwania: 1,5h

Ocena: 4/10


Luźna adaptacja książki pod tym samym tytułem. Film z początku lat sześćdziesiątych, niestety postarzał się bardzo źle. Pompatyczna muzyka, drętwe aktorstwo i przeciągłe krzyki kobiece nie wzbudzą w dzisiejszym widzu strachu. Na plus można za to zaliczyć wizerunki tryfidów jak i animację ich poruszania - w latach 60 musiało to być niezłe osiągnięcie. Scenariusz trochę bez ładu i składu, przez co film cierpi na chaos i brak spójności. Z kronikarskiego obowiązku można, ale do książki nawet się nie umywa.

#filmmeter

775ff03a-1c60-40aa-8658-74fa677f3dc2
trixx.420 userbar

Zaloguj się aby komentować

50 + 1 = 51

prywatny licznik: 3/52


Tytuł: Dzień Tryfidów

Autor: John Wyndham

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Iskry

Format: książka papierowa

Liczba stron: 375

Ocena: 8/10


Stare ale jare.


Jako trzecia książka w tym roku wleciała klasyka. 

Tytułowe tryfidy to rodzaj mięsożernych roślin, które tak naprawdę nie wiadomo skąd się wzięły. Gdzieś zostały wychodowane i rozprzestrzeniły się po świecie. Ludzie wykorzystywali je jako źródło cennego oleju, a to co zostało - na paszę dla bydła. Roślina idealna, ma tylko dwie wady - potrafi się poruszać na swoich trzech pseudonogach i zaopatrzona jest w wić z jadem, którym może razić na odległość, co jest niebezpieczne także dla ludzi. Różnie sobie z tymi problemami radzono, niektóre rośliny były przykuwane aby nie mogły się poruszać, inne trzymane w zagrodach; większości usuwano jadowy "kolec". Wszystko szło dobrze od czasu, gdy pewnego wieczora na niebie pojawiły się tajemnicze zielone światła, ochrzczone przez media ogonem komety. Następnego dnia rano okazało się, że wszyscy którzy oglądali ten spektakl stracili wzrok. Tu tak naprawdę rozpoczyna się akcja naszej książki. Tryfidy pozbawione nadzoru szybko uwalniają się i rozpoczynają kontrofensywę, przy czym wydaje się że przejawiają pewne cechy inteligencji. Ociemniałe masy są ich łatwym celem...


Świetna książka, doskonały klimat postapo i to o tyle fajny, że nie jest to oklepany temat typu zombie, świat po wojnie nuklearnej czy katastrofie naturalnej. Tu na pozór wszystko zostało jak było, tylko ludzie - poza nielicznymi wyjątkami - nagle zniknęli. Bardzo ciekawy utwór przede wszystkim od strony socjologicznej. Wyndham prezentuje szeroki wachlarz ludzkich zachowań w zaistniałej sytuacji, snuje też rozmaite wizje stworzenia nowej cywilizacji. Generalnie dużą wagę przywiązuje do analizy sposobów przetrwania. Czy ci, którzy z różnych powodów zachowali wzork powinni łączyć się w grupy, a jeśli tak to jak duże i na jakich zasadach? A może obwarować się i próbować przeżyć samemu czy w kręgu najbliższej rodziny. Co widzący mają zrobić z ociemniałymi, opiekować się, czy pozostawić na śmierć? Książka wyładowane jest wręcz treścią, nie ma tu miejsca na nudę - może w dwóch czy trzech miejscach przez kilka kartek jest nieco przegadana, ale poza tym czyta się znakomicie. Akcja niby nieśpieszna, przemyślana ale jednak trudno się oderwać.


Serdecznie polecam jeżeli ktoś jeszcze nie czytał, a sam przyglądnę się ekranizacji no i koniecznie poszukam innych książek autora.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter

591ee273-b85d-42f2-a2c4-03930f7e481c
trixx.420 userbar

Zaloguj się aby komentować

22 + 1 = 23

prywatny licznik: 2/52


Tytuł: Pułapka Tesli

Autor: Andrzej Ziemiański

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Format: książka papierowa

ISBN: 9788379644407

Liczba stron: 295

Ocena: 5/10


Pułapka Tesli to zbiór opowiadań, dokładnie 5 sztuk. Bez dalszych, zbędnych wstępów po kolei mamy tu:


"Polski dom" - mikroopowiadanie, nie zapadające zbytnio w pamięć, nieco nijakie, wręcz banalne i bez polotu. Przypomina bardzo mocno styl naczelnego grafomana Pilipiuka - historia zmiksowana z teraźniejszością. 4/10


" Wypasacz" - zaczynało się jak zwykle u Ziemiańskiego czyli policja we Wrocławiu, sprawa kryminalna, młoda policjantka, ale w połowie zaczęło się rozłazić w szwach no i skręciło w zupełnie dziwną stronę. Rozwiązanie fabuły trochę krindżowe, ale zabawne; całość jest w miarę. 5/10


Tytułowa "Pułapka Tesli" oraz "Chłopaki, wszyscy idziecie do piekła" dzielą ten sam problem. Wyglądają mi na niedokończony konspekt jakieś dłuższej powieści. Nie mają struktury opowiadania, brak tu typowego schematu wstęp - narastanie akcji - finał, tylko wydają się zaczynać i kończyć w zupełnie losowych miejscach, przez co są płaskie i nijakie. Fabularnie chaos, ciężko się to czyta. Przed wszystkim jednak - w obydwu brakuje solidnego zakończenia, jakiejś puenty czy podsumowania. Przebrnąłem z trudem. 3/10


"A jeśli to ja jestem Bogiem" ostatnie opowiadanie w zbiorku na szczęście wynagradza poprzednią mękę. Zdecydowanie najlepsze, czyta się znakomicie. Oczywiście jak to u Ziemiańskiego tłem jest współczesny Wrocław w którym kilka postaci związanych z miejscową, prestiżową kliniką leczenia snu odbywa podróże na pograniczu snu i jawy. Dla miłośników LD, świadomych snów i innych onirycznych klimatów, z odrobiną grozy. 8/10


Jako całość niestety rozczarowuje, po autorze spodziewałem się więcej, poprzednio czytani przeze mnie "Żołnierze grzechu" byli dużo lepsi (z perspektywy czasu nawet podniósłbym ocenę o oczko). Może jednak Ziemiański lepiej odnajduje się w dłuższej formie? Jedno 100 stronicowe opowiadanie nie ratuje niestety tego zbiorku. Jeżeli znajdziesz go gdzieś na wyprzedaży za 5-10 zł to jeszcze można, ale więcej - nie warto.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter

a775951b-7cb5-421b-ace1-9eaa228cc107
trixx.420 userbar

@trixx.420 Mnie ogólnie Ziemiański zamęczył w Virionie. Gdzięś koło 4 części o ile dobrze pamiętam całkowicie odpadłem, okazało się, że pewne historie są ciekawsze gdy nigdy nie są opowiedziane.

Zaloguj się aby komentować

Najgorzej jak gruba z bachorami nie poczeka jednej minuty, żeby na spokojnie przepuścić tragarzy, tylko musi władować tłusty bebzun do klatki i skakać do wszystkich z mordą, że co oni sobie myślą ona tu mieszka i chce przejść ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Zaloguj się aby komentować

11 + 1 = 12

prywatny licznik: 1/52


Tytuł: Nowa Zelandia, podróż przedślubna

Autor: Janusz Leon Wiśniewski, Ewelina Wojdyło

Kategoria: literatura podróżnicza

Wydawnictwo: Wielka litera

Format: książka papierowa

ISBN: 9788380325913

Liczba stron: 382

Ocena: 5/10


O autorze mam takie pojęcie jako takie, czyli wiem że jest i napisał "jakieś romansidło" Samotność w sieci. Książka rzuciła trochę światła na jego postać, dowiedziałem się m.in. że jest doktorantem chemii, od wielu lat mieszka i pracuje na uniwersytecie "u niemca" i lubi podróżować. W książce tej opisuje swoją wyprawę jaką odbył w 2020 roku wraz z partnerką, polonistką, niejaką Eweliną Wojdyło. Ciekawym zagraniem jest opis dwukrotny opis tego samego fragmentu podróży - raz przez nią a raz przez niego. Wpisy p. Wojdyło są krótsze, bardziej treściwe, skupiając się niemal wyłącznie na podróży i tym czego doświadczyli. Wiśniewski natomiast kluczy, rozwlekle opisuje poprzednie wyprawy i wraca do rozmaitych okresów swojego życia. Zamysł ciekawy, ale nie da się ukryć, że sztucznie wydłuża objętość książki i może nieco wkurzać gdy znowu musimy czytać to samo. Całość okraszają duża ilość zdjęć przyrody i zwiedzanych miast, wykonanych przez autorów, liczne ciekawostki o mijanych miejscach czy lokalne legendy.


Dla kogo jest ta książka? Przewodnik turystyczny to to na pewno nie jest, ewentualnie można zainspirować się trasą autorów przy własnej podróży. Bardziej jest to relacja z podróży, zainteresuje więc miłośników NZ no i pewnie fanów pisarza. Para odwiedza także Hobbiton, ale fanom LOTRa jednak nie polecam, bo temat potraktowany mocno po macoszemu i za dużego opisu miejsca tam nie znajdziemy. Generalnie nieźle, przeczytać można bo nudy nie ma, uwaga tylko na miód i spijanie sobie z dziubków; na każdej stronie, "och Januszku, ach Lineczko", może zemdlić od tej słodyczy zakochanych


#bookmeter

1271f132-dd74-4ac0-b070-2688baa94124
trixx.420 userbar

Chyba bym rzygął, gdybym miał czytać coś takiego 🤮

Dla kogo ta książka? Chyba dla teściowej Grażynki, co to może pochwalić parę młodą, że książkę napisali i jakie to och, awangardowe xD

@trixx.420 dołączam się do zdziwienia po co czytać coś takiego, co już na pierwszy rzut oka wygląda jak jakieś gunwo xd

@Hilalum lubię australię/nową zelandię, może dlatego

poza tym znalazłem ją za darmo (a to uczciwa cena), więc pomyślałem że jak tak, to przeczytam

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

1285 + 1 = 1286

prywatny licznik od początku roku: 52/?


Tytuł: Równi bogom

Autor: Isaac Asimov

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Rebis

ISBN: 9788381886918

Liczba stron: 396

Ocena: 9/10


Na koniec roku na warsztat trafiła klasyka. Skończyłem wczoraj i do dziś nie mogę się otrząsnąć. Aaaale to było dobre! Pan Asimov to jednak fachura jest.


Utwór składa się z trzech części; w pierwszym zatytułowanym "Z głupotą.." poznajemy historię wynalezienia Pompy Elektronowej. Urządzenie to dostarcza energii na zasadzie wymiany materii z równoległym wszechświatem. Jej pochodzenie zostało zainicjowane przez istoty z tamtego, para-wszechświata, a zasada działania nie jest do końca jasna dla naukowców. Okazuje się również, że jej działanie nie jest do końca bezpieczne. Wraz z pozyskiwaną energią z para-wszechświata "pompowane" są także tamtejsze prawa fizyki, co według niektórych naukowców może w krótkim czasie przemienić nasze słońce w supernową, co oczywiście zniszczy nie tylko ziemię ale nawet nasze ramię Drogi Mlecznej. Niestety, pompa ta to najlepsze co spotkało ludzkość - darmowa, niewyczerpywalna energia, w związku z czym ani jej wynalazca, ani opinia publiczna nie chcą słyszeć krytycznych głosów. Część ta wymaga od czytelnika podstawowej znajomości fizyki i astronomii, przez co może wydać się nieco nużąca, ale warto przez nią przebrnąć, gdyż rozpoczyna się część druga.


"...sami bogowie..."


W której przenosimy się na planetę z którą wspomnianą pompą połączona jest Ziemia. Ten wszechświat ma już miliardy lat i powoli umiera. Słońce oświetlające ten glob zamieniło się już w karła, dostarczając mało energii. Jako że istoty tam żyjące odżywiają się bezpośrednio energią powzięły kroki aby tą energię pozyskać - stąd opracowanie Pompy. Największą zaletę tej części jest absolutnie genialne wykreowanie postacie obcych. Mimo tego, że są od nas kompletnie różni pod każdym względem, czytając nawiązuje się niesamowicie emocjonalny kontakt z tymi postaciami. Miałem ochotę rozpisać obszerną ich analizę ale po namyślę nie będę spoilerował, niech każdy pozna osobiście niesamowity pomysł Asimova. Zdecydowanie najlepsza część tej książki, potencjał na zupełnie osobną powieść, ba nawet cykl powieści. Niestety szybko się kończy i następuje ostatni rozdział.


"...walczą nadaremno?"


Akcja przenosi się na nasz Księżyc, który jest zamieszkany - już trzecie pokolenie Selenitów przychodzi na świat. Co prawda przez swoją budowę nie mogą odwiedzić Ziemi (pamiętajmy o sześciokrotnie większym ciążeniu) ale jakoś specjalnie za nią nie tęsknią. Lud ten mieszka pod ziemią, gdzie stworzono rozległą bazę z wszelkimi udogodnieniami. Rozwinęła się zupełnie inna od ziemskiej kultura, sztuka czy sport. Trafia tam niejaki Benjamin Denison, którego poznaliśmy w pierwszej części, jako jednego z przeciwników pompy. Zgorzkniały, porzucił karierę naukową i całe życie pracował w sektorze prywatnym, gdzie został wiceprezesem dużej firmy. Przed swoimi 50 urodzinami stwierdza jednak, że chce zrehabilitować się naukowo. Na księżycu przeprowadza badania nad para-fizyką, czyli fizyką wspomnianego para-wszechświata. Prowadzą one do wynalezienia stacji pomp czerpiącej energię z całkiem innego wszechświata, takiego w fazie powstawania, co ma być gwarantem bezpieczeństwa całej operacji. Niestety Księżycowy lud ma zupełnie inne plany w stosunku do tego wynalazku. Ponownie wskazana jest znajomość podstaw fizyki, głównie cząstek elementarnych, oddziaływań czy astrofizyki. Hard SF pełną gębą.


Nie czytałem dużo Asimova, dopiero nadrabiam zaległości. "Równi bogom" to zdecydowanie najlepsze jego dzieło z tych które dotychczas czytałem i najlepsza książka jaką czytałem w tym roku. A wyszło ich 52, sporo, dołączając do społeczności w styczniu nie sądziłem że wyjdzie aż tyle. Zatem cel na przyszły rok już mam - przekroczyć tą liczbę.


Do siego roku!


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter

51dfbd04-0653-497c-bac1-5ae2fbce6d7c
trixx.420 userbar

Zaloguj się aby komentować

kierowniku @renkeri , cuś się popsuło z licznikiem #bookmeter

jak co rano wchodzę na bookmeter.xyz żeby sprawdzić czy już spadłem z top10 czy jeszcze nie i widzę, że wcięło mi jedną pozycję.

Pamiętam że byliśmy ex aequo z @serotonin_enjoyer i @l__p z licznikiem na 51 książkach.

W moim wypadku brakuje pierwszej z tego roku https://www.hejto.pl/wpis/8-1-9-prywatny-licznik-1-tytul-koniec-wiecznosci-autor-isaac-asimov-kategoria-fa

Dasz radę zerknąć co zaszło?

8de47b5e-2728-4580-85d7-f9aa17256bc6
trixx.420 userbar

@bojowonastawionaowca Nie planuję nic takiego, wypadłem trochę z tagu Ale aplikację będę utrzymywał w miarę możliwości.

Zaloguj się aby komentować

1171 + 1 = 1172


Tytuł: Wir pamięci

Autor: Edmund Wnuk-Lipiński

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Czytelnik (seria z kosmonautą)

Liczba stron: 210

Ocena: 5/10


Na wyspie Apostezjon znajduje się totalitarne państwo o tej samej nazwie. Zamieszkujący je ludzie w ryzach utrzymywani są za pomocą szerokiej gamy środków farmakologicznych. Na opornych czyhają służby specjalne - Sekcja Korekcyjna w Ośrodku Resocjalizacyjnym uczyni z każdego wzorowego obywatela. Władzę sprawuje także tajemniczy zespół ekspertów złożony z naukowców. Nowym wynalazkiem tychże jest technika wszczepienia nowej osobowości (oczywiście zgodnej z linią władzy), której to operacji poddają jednego z obywateli. Powieść rozpoczyna się gdy ten budzi się po zabiegu i wraz z nim odkrywamy otaczający świat.


W teorii wygląda to bardzo ciekawie, zwłaszcza że opisy jakie można znaleźć w Internecie sugerują że Lipiński wraz z Zajdlem są twórcami nurtu fantastyki socjologicznej. Niestety, rychło okazuje się że jest to zwykły thrillerek - kryminał, tylko osadzony w wymyślonym świecie. Ktoś ucieka, kogoś gonią, po piętach depczą służby specjalne prowadząc własne poszukiwania. Za mało tutaj tego za co kocham(y) Zajdla, opisów społeczeństwa, jego mechanizmów, zależności między ludźmi i całej tej konstrukcji, otoczki która towarzyszy każdemu społeczeństwu. W dodatku fabuła jest dość prosta i już w połowie książki domyśliłem się kto za tym wszystkim stoi, więc zaskoczenia na końcu nie było.


Jest to pierwsza książka z trylogii o Apostezjonie, może w dalszych tomach się rozkręci, ale póki co - nie porywa, a Zajdlowi niestety nie dorasta do pięt.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter

15ba2bbe-6f24-4457-b86f-2a3c915d6737
trixx.420 userbar

Zaloguj się aby komentować

pod te święta #pasta


Ja pi⁎⁎⁎⁎lę, danony, nie postępujcie nigdy jak mój ojciec. Skąpy zgredzik postanowił zaoszczędzić na świętach – wyciął choinkę z parku, na prezenty dla rodziny przeznaczył ukradzione z hoteli ręczniki i kosmetyki, a prąd do lampek podpierdala od sąsiada. Wszystko dało by się znieść, gdyby skurwiel nie żałował szekli na jedzenie. Grzybowa na najtańszych pieczarkach jest nawet całkiem smaczna, ale kupić karpia od Wietnamczyka na bazarze, bo dwa złote tańszy? Po⁎⁎⁎⁎ne. Przez pierwsze dni świeżo kupione bydlę o inteligencji gościa „Sprawy do Reportera” wdrażało program „Das Boot” – leżało na dnie wanny i robiło „bulbulbul” (a weź się człowieku umyj w zlewie, jak tam stoi Wielka Piramida Kurwinoksa naczyń). Ad rem – wczoraj beztrosko sobie rżnąłem w coś na kompie w świetle pełni Księżyca, gdy nagle w łazience coś zabulgotało. Najpierw myślałem, że to sąsiad znowu zapchał kibel, ale kiedy odgłos przypominający zaśpiew mnichów z jakiegoś tybetańskiego wypizdowa i bulgot jelit po kilogramie żelków bezcukrowych na czczo się powtórzył, postanowiłem coś zrobić. Obudziłem ojca śpiącego przed TVN Masturbo i kazałem mu się tym zająć. Stary wziął pamiątkę po dziadku, wicemistrzu Europy w pałowaniu górników z 1980, i wyruszył z pałą bojową do łazienki. Przeżegnał się, otworzył drzwi...

I JAK COŚ NIE WYPIERDOLIŁO!

Rzuciło mną na ścianę, otwieram oczy, patrzę, a tu rybka za 5 zł/kg stoi i robi k⁎⁎wę z praw Mendla, teorii względności i kodeksu prawa cywilnego naraz. Macha ku⁎⁎⁎⁎two skrzydłami, wymachuje dookoła mackami i syczy staremu do ucha coś w rodzaju „R’lyeh khinzir fhtagn sakhif”. Karpulhu pierdolony. Niewiele myśląc, zabrałem pałę ojcu, wydarłem mordę „NA POHYBEL SKURWYSYNOM” i zajebałem wypierdkowi ewolucji między oczy jak UB Pileckiemu. Jebaniec zemdlał, więc odruchowo zakopałem go do łazienki w myśl ukraińskiego przysłowia „Z pizdu wyszoł, w pizdu paszoł” i zatrzasnąłem drzwi.

Teraz jest godzina 8.30, ojciec siedzi pod choinką w obszczanych gaciach i kiwa się, powtarzając „ZGRRRRROZA, ZGRRRRROZA”, matka biadoli, że nie trzeba było dawać rybce pamiętającej Gierka radzieckiej odżywki dla dzieci, a Karpulhu skrobie w drzwi od środka i j⁎⁎ie śledziem. Co gorsze, dziś przesilenie zimowe, więc ku⁎⁎⁎⁎two pewnie wezwie przez kanalizację swoich pieprzonych chłopców z ferajny z jakiegoś jądra ciemności czy innego kurwidołka.

A mnie coraz bardziej chce się srać.

f4ac9fdc-b153-4e1b-9282-ef83c396a39f
trixx.420 userbar

Zaloguj się aby komentować