Zdjęcie w tle

trixx.420

Gruba ryba
  • 548wpisów
  • 2484komentarzy
trixx.420 userbar

bookcrossing i postcrossing fan (I JESTEM GRUBOM RYBOM, BUL BUL BUL)

1145 + 1 = 1146

prywatny licznik: 50/?


Tytuł: Skarb pod wiatrakiem

Autor: Maria Kownacka, Jan E. Kucharski

Kategoria: literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

Liczba stron: 253

Ocena: 7/10


Na rozluźnienie literatura młodzieżowa. Tym razem dla młodszych czytelników, ale ponieważ podebrana za friko z lokalnego punktu wymiany to nie można narzekać. Jak zobaczyłem nazwisko autorki to nie mogłem się powstrzymać, "Plastusiowy Pamiętnik" to jedna z ukochanych książek dzieciństwa, musiałem więc sprawdzić co tam jeszcze naskrobała.


Grupa dzieci z warszawskiego domu dziecka pod opieką profesora Biedronki spędza wakacje w szkole w miejscowości Majdan, gdzieś na Suwalszczyźnie. Czasy krótko po 2WŚ, więc są to głównie sieroty wojenne i dzieci z "Akcji Zamość". Czas upływa im na integracji z innymi dziećmi z wioski, odwiedzinom w leśniczówce czy okolicznych gospodarstwach, gdzie dzieci mogą nauczyć się czegoś nowego. Nie brak także opisów pomocy przy rozmaitych zajęciach gospodarzom. We wsi znajduje się stary, zniszczony wiatrak, który - jak się okazuje po przybyciu archeologów - jest zbudowany na terenie osady Jaćwingów. Stanowi to dodatkową atrakcję dla "Biedronek" a dla autorów szansę na przemycenie kolejnych dydaktycznych treści. Jak to bowiem w PRLu książka dla dzieci skonstruowana jest na zasadzie "Bawiąc uczy, ucząc bawi", więc każda aktywność dzieci stanowi pretekst do przemycenia garści wiedzy czy to o lesie, historii czy po prostu zwykłych codziennych relacjach międzyludzkich. Jest to część druga tej opowieści, w pierwszej, jak się dowiadujemy z lektury, jeden z przyjezdnych chłopców odnajduje swoją rodzinę i brata bliźniaka w tej wsi. W tle gorzka historia ojca chłopców, który zginął w lesie.


Urocza powiastka, pełna przygód, humoru i - jak na swoje czasy - wartościowych lekcji dla najmłodszych czytelników. Nostalgia mocno.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter

0c087134-ac4a-4028-8856-b6b443c679c3
trixx.420 userbar

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

1134 + 1 = 1135


Tytuł: Piekło pocztowe

Autor: Terry Pratchett

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Liczba stron: 358

Ocena: 8/10


Niejaki Moist von Lipwig, w ekstraordynaryjnych okolicznościach otrzymuje propozycję zarządzania... zaraz czy ja tego już nie pisałem? Ano tak, w recenzji drugiego tomu przygód Moista, który nieopatrznie przeczytałem najpierw. Cóż zdarza się. Jak obiecywałem w tamtej recenzji, nadrobiłem szybko (nie trzeba mi było co dziesięć miesięcy przypominać pierwszy tom.


Poznajemy w nim Lipwiga, który pod przybranym nazwiskiem Alberta Spanglera siedzi w celi śmierci. Hohsztapler, fałszerz, oszust i szuler w jednej osobie w ostatniej chwili zostaje uratowany od stryczka przez anioła pod postacią lorda Vetinariego. Tenże powierza mu zaszczytną misję odtworzenia i poprowadzenia Urzędu Pocztowego Ankh-Morpork. Wobec braku innych możliwości propozycja zostaje przyjęta. Problemy zaczynają narastać, bowiem rychło okazuje się, że poczta nie działa już od dwudziestu lat a niedoręczone listy piętrzą się hałdami w całym budynku. Jedyni dwaj pracownicy, którzy pozostali są hmm... nieco ekscentryczni - wiekowy młodszy listonosz Groat, parający się medycyną naturalną (nie ma to jak świeża siarka w skarpetach, mówię panu!) i listonosz-praktykant Stanley, zafiksowany na punkcie szpilek. Aha, nie zapominajmy o Panu Pieszchochu, kocie który nie lubi zmian. No i największy problem - poczta upadła bo została praktycznie wyparta przez sekary - telegraf optyczny, dzięki którym przesłanie wiadomości trwa nie dni ale godziny.


Dalej jest podobnie jak w drugiej części, Moist za pomocą różnych sztuczek stawia instytucję na nogi (przy okazji wynajdując filatelistykę), ale żeby nie było za łatwo to wikła się w spór z kompanią sekarową Wielkiego Pnia. Jej szefem jest Reacher Gilt, obrzydliwie bogaty finansta, znakomicie napisana postać. Jego spotkania i rozmowy z Moistem to majstersztyk prowadzenia narracji. Warto też wspomnieć dużą, fajnie opisaną rolę Patrycjusza miasta, Vetinariego. Na ich tle panna Adora Belle Dearheart wydaje się płaska i nijaka, a wątek romansowy między nią a Pocztmistrzem nieco bez polotu.


TLDR: Sir Pratchett w świetnej formie, ciekawe postacie, dużo inteligentnego humoru, ale i poważne problemy społeczne. Oczko wyżej niż "Świat Finansjery"


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter

9263da03-b33d-4e94-95b3-314bbbddcb27
trixx.420 userbar

@Konto_serwisowe widziałem w nocy pierwsza część, można zobaczyć, dość wierna ekranizacja. Zaskoczył mnie David Suchet w roli Gilta :)

Zaloguj się aby komentować

1079 + 1 = 1080


Tytuł: Ostatni eksperyment

Autor: Julia Iwanowa

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Czytelnik (seria z kosmonautą)

ISBN: 127

Ocena: 6/10


Załoga statku gwiezdnego Achilles 87 odkrywa w kosmosie bliźniaczą ziemię i stwierdza że w d⁎⁎ie mają jakieś tam misje, zostają na nowej planecie a ze starą ziemią nie chcą mieć nic wspólnego. Wysłano zatem Achillesa 88, podejrzewając załoga poprzedniego statku potrzebuje pomocy, ale po odebraniu pierwszego meldunku utracono komunikację ze statkiem. Poleciał zatem Achilles 89, ale ci również przesłali tylko informację że na nowej planecie jest jak w raju i oni też zostają. Wobec takiego stanu rzeczy zwykli ziemianie również chcą przenieść się na nową planetę. Wylatuje duża liczba statków z kolonistami, ale po jakimś czasie Ziemia Beta zamyka swoją przestrzeń i bezpardonowo zestrzeliwuje wszystkie statki jakie znajdą się w pobliżu planety, nie odpowiadając już więcej na żadne sygnały.


Pyk, mija trzysta lat. Koloniści na Ziemi Beta stworzyli doskonale funkcjonujące społeczeństwo. Nasza planeta, Ziemia Alfa jest wyklęta i zapomniana, za jakikolwiek kontakt grożą kary. Bohaterką książki jest Ingrid Kane. Kiedyś była naukowcem, obecnie jest właścicielką firmy oferującej eutanazję na życzenie. Latka lecą i w wieku 126 lat ciało już nie działa tak jak kiedyś, mimo licznych przeszczepów i wstawek. Traf chciał, że do zakładu przychodzi piękna dziewiętnastolatka, przedstawiająca się jako Nicole, która chce poddać się eutanazji. Ingrid korzysta z okazji i przeszczepia swój umysł w młode ciało. Niestety, trafiła z deszczu pod rynnę, okazuje się bowiem że Nicole była agentką Najwyższej Policji uwikłaną w sprawę niejakiego Davida Goore'a; sztukmistrza, iluzjonisty i hipnotyzera, który prowadzi bardzo tajemniczy i skryty tryb życia. Chcąc nie chcąc, musi wejść w jej buty i kontynuować śledztwo. Mamy więc trochę kryminału na innej planecie, co jeszcze jakość trzyma się kupy, ale potem dochodzi jeszcze wątek romansowy, który - moim zdaniem - ostatecznie pogrzebuje tą książkę. Nie jest to jednak zupełny gniot, choć nie jest też na tyle dobra by chcieć do niej wrócić. Dużo w niej nieracjonalności, a tok myślenia głównej bohaterki pozostaje zagadką. Mniej więcej do połowy jest całkiem ciekawie, potem równia pochyła w dół z małą "górką" na koniec.


Ostatnia (póki co) z książeczek za 2-3 zł z antykwariatu. Tym razem tak średnio bym powiedział, mimo kosmonauty na okładce. Naciągane 6/10


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter

a3451d09-9cdd-4a94-af02-4e3413cca430
trixx.420 userbar

Zaloguj się aby komentować

1067 + 1 = 1068


Tytuł: Fatalne jaja

Autor: Michał Bułhakow

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Alfa

Liczba stron: 139

Ocena: 7/10


Zbiorek trzech, mniej znanych, opowiadań Bułhakowa wydanych przez wydawnictwo Alfa w cyklu "Dawne fantazje naukowe" w 1988 roku. W tytułowych "Fatalnych jajach" poznajemy historię profesora zoologii Włodzimierza Hippatiewicza Persikowa. Ten nieco ekscentryczny uczony odkrywa czerwony promień, który ma tę właściwość, że wielokrotnie przyspiesza rozwój wszelkich żywych organizmów. Specjalnością profesora są płazy i gady więc od nich rozpoczyna powolne eksperymenty aby lepiej poznać naturę swojego odkrycia. Niestety temat wycieka do prasy, a stamtąd poznaje go niejaki Aleksander Siemionowicz Rokk, kierownik wzorcowego sowchozu. Szybko dodaje dwa do dwóch i stwierdza że czerwony promień na pewno nadałby się do wyhodowania olbrzymich kur, które raz na zawsze rozwiązały by problem głodu. Za poparciem odnośnych instytucji odbiera wynalazek profesora, przewozi do sowchozu gdzie naświetla otrzymane innym transportem jaja. Niestety rychło okazuje się że są to jaja zamówione przez profesora Persikowa, jaja węży i krokodyli. Fatalna pomyłka...

Ciekawie napisane, z humorem, niepowtarzalnym stylem Bułhakowa. Niemal jawne naśmiewanie się z radzieckiej rzeczywistości. Halo, sowiecka cenzura jesteście tam? Jak to CZERWONY promień i wyhodował wielkie gady? Znakomicie też jest opisana postać głównego bohatera, profesora Persikowa, wykreowanego na nieco szalonego naukowca oraz woźnego instytutu Pankrata. Niestety książka przeładowana jest odniesieniami do rzeczywistości radzieckiej, naszpikowana skrótami różnorakich organizacji (zarówno fikcyjnych jak i prawdziwych) co nieco nuży i wymaga od czytającego ogarnięcia tematu albo czytania z odpaloną wyszukiwarką czy chatem AI i dokształcania się trakcie lektury.


Tomik uzupełniają dwa krótkie, zupełnie odjechane opowiadania. "Szkarłatna wyspa. Powieść tow. Juliusza Verne'a z francuskiego na ezopowy przełożył Michał Bułhakow" to absurdalna satyra na wszelaką władzę, która nawet jak się zmienia to i tak szeregowy obywatel dostaje po d⁎⁎ie. Pozwolę sobie zacytować początek bo jest uroczy:

"Wśród fal oceanu (...) leżała na szerokości geograficznej 45 stopni olbrzymia bezludna wyspa, zamieszkana przez sławne, spokrewnione ze sobą plemiona: dzikusów czerwonych, czarnuchów białych oraz czarnuchów o bliżej nie określonym kolorze skóry. Tym ostatnim żeglarze, nie wiedzieć czemu, nadali miano zażartych." #notorasizm xd


Ostatnie, "Przygody Cziczkowa" to groteskowe i surrealistyczne opowiadanie w konwencji snu. Również jest satyrą na władzę, korupcję i kombinatorstwo. Tytułowy Cziczkow rozmaitymi machlojkami i oszustwami dochodzi do ogromnego majątku. Podchodząc do tematu bezdusznie i bez jakiejkolwiek refleksji moralnej realizuje swoją misję, co prowadzi do absurdalnych i groteskowych sytuacji. Cięty język, dużo słowotwórstwa, generalnie opowiadanie podobne zupełnie do niczego co dotychczas czytałem


#bookmeter

8f68ed24-c9ae-49ad-b925-ce543c01c4cc
trixx.420 userbar

Zaloguj się aby komentować

1052 + 1 = 1053

prywatny licznik: 46/?


Tytuł: Testament Overmana

Autor: Edmund Cooper

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Czytelnik (seria z kosmonautą)

Liczba stron: 145

Ocena: 8/10


Kolejna perełka za 3 zł z antykwariatu. Mikropowieść rodem z UK z lat 70 ubiegłego wieku. Głównym bohaterem i narratorem jest niejaki Michał Faraday, którego poznajemy jako dziecko. Jego najlepszymi przyjaciółmi są Horacy Nelson, Ernest Rutherford, Jane Austen i Emilia Bronte - brzmi jakby znajomo. Wszyscy zamieszkują niby-Londyn, ale ze strony na stronę robi się coraz dziwen. Bo tak, miasto jest pod ogromnym kloszem, rodzajem pola siłowego a po ulicach nie jeżdżą żadne pojazdy - oficjalnie z uwagi na toczącą się wojnę. Rzeczywiście, na niebie widać walczące ze sobą statki powietrzne, dwu i trzypłatowce, sterowce i odrzutowce (czekaj, co?), ale nigdzie nie widać ich rozbitych szczątków. Londynem rządki królowa Wiktoria, która wraz ze swym premierem Winstonem Churchilem poruszają się królewskim poduszkowcem. Próba pójścia przed siebie jakąś ulicą po jakimś czasie kończy się powrotem w to samo miejsce, podobnie gdy próbuje się iść wzdłuż rzeki. Indagowani w tym kierunku rodzice czy nauczyciele odpowiadają zdawkowo, najczęściej "że nie powinni o tym myśleć, dowiedzą się jak będą dorośli". Brak książek, w szkole nauczane są tylko przedmioty praktyczne. W tej sytuacji dzieci są zmuszone samodzielnie odkryć o co chodzi w tym tajemniczym świecie. Rychło okazuje się że są dwa rodzaje ludzi, niektórzy zranieni krwawią i szybko się męczą, ale większość wręcz przeciwnie, wydaje się być wręcz niezniszczalna. A to dopiero czubek góry lodowej...


Przyjemnie czasem trafić na taką perełkę, pomysł na tą książeczkę jest niesamowicie ciekawy, choć samo rozwiązanie fabuły jest może nieco wtórne. Pochłonąłem ją jednak jednym tchem - w końcu to tylko niecałe 150 stron, a brwi co chwilę podjeżdżały mi coraz wyżej ze zdziwienia. Polecam. Nie sugerujcie się tylko okładką która ma mało wspólnego z treścią książki


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter

5ab4bc3c-aad3-42bb-a99c-deef158a2750
trixx.420 userbar

Zaloguj się aby komentować

1035 + 1 = 1036

prywatny licznik: 45/?


Tytuł: Pomnik

Autor: Lloyd Biggle Jr.

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Alfa

Liczba stron: 269

Ocena: 7/10


Daleka przyszłość, podróże międzyplanetarne są codziennością, niejaki Cerne Obrien działa w kosmosie jako wolny strzelec na niewielką skalę. Udaje mu się kupić rządowy statek badawczy z demobilu, którym włóczy się po galaktyce imając się rozmaitych, mniej lub bardziej legalnych zajęć. Przypadkowo na swej drodze znajduje ogromny skarb, lecz wracając z nim do cywilizacji rozbija się na nieznanej planecie. Ma jednak szczęście w nieszczęściu, planeta bowiem zamieszkana jest przez pokojowo nastawioną rasę, a jej klimat jest wprost rajski, Ciągłe lato, piękne plaże i morze, absolutny brak zanieczyszczenia środowiska, tubylcy bowiem żyją w zgodzie z naturą, zajmując się głównie łowieniem morskich stworów . Przyjmują go zresztą z otwartymi ramionami a on pomaga im w miarę swoich możliwości, aż sam staje się jednym z nich. Otrzymuje imię Langri, przez tubylców zawsze jest traktowany z szacunkiem jako duchowy guru i przywódca. Na łożu śmierci uzmysławia sobie, że cudowny klimat tej planety stanowić może łakomy kąsek dla każdej korporacji, która będzie chcieć zagarnąć dla siebie ziemię pod budowę ośrodków wypoczynkowych, tubylców skazując na wegetację na skraju cywilizacji czy wręcz wytępienie. Skojarzenia z Avatarem czy Pocahontas nasuwają się same. Podejmuje więc gorączkowe próby nauczania miejscowych aby mogli bronić swoich praw, jednak ci nie są zbyt pojętni i skorzy do nauki, nie widząc w tym sensu. Pozostały mu czas poświęca zatem na opracowanie Planu, który ma im pomóc w razie problemów. W ostatniej chwili, bo dosłownie chwilę przed jego śmiercią na planecie ląduje obcy statek kosmiczny. Jego załoga, początkowo przyjaźnie nastawiona, zakłada ambasadę Federacji Galaktycznej na planecie i próbuje dogadać się z tubylcami, oferując im rozmaitą pomoc. Ci jednak są nieugięci, realizując konsekwentnie plan pozostawiony przez Langriego. Kiedy w grę wchodzą wielkie pieniądze i chciwość to do głosu dochodzą kłamstwa i oszustwa. Powieść przeradza się w opis batalii przed sądem galaktycznym - tubylcy kontra gąszcz przepisów i bezduszni urzędnicy. Kto wygra?


Wzorcowy przykład SF, mamy tu bowiem wszystko co powinno się znaleźć w powieści tego nurtu. Dobra na początek przygody z fantastyką, dobra także dla młodszych czytelników. Ciepła, optymistyczna, rozrywkowa pozycja przemycająca wartościowe, uniwersalne treści. Warto spróbować.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter

66ab80d0-379e-4df7-a751-b4ca72949d1b
trixx.420 userbar

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

1014 + 1 = 1015

prywatny licznik: 44/?


Tytuł: Słoneczna loteria

Autor: Philip K. Dick

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Czytelnik (seria z kosmonautą)

Liczba stron: 185

Ocena: 8/10


Debiut powieściowy Philipa K., rzecz wydana oryginalnie w roku 1955. Widać tu już jak na dłoni styl tego pisarza, czyli wrzucamy czytelnika na głęboką wodę, w sam środek skomplikowanego świata i niech se radzi.


Ziemia, rok 2203. Światem ( i całym skolonizowanym Układem Słonecznym) rządzi Lotermistrz. Człowiek ten, wybierany jest wśród zarejestrowanych mieszkańców, posiadaczy karty "W" (są też niezarejestrowani, tzw. niery, których wszyscy mają w... głębokim poważaniu, a ich życie wydaje się być niewiele warte). Żeby było sprawiedliwie, to wybór rządzącego jest całkowicie losowy, na zasadzie minimaxu, teorii gier. Co ciekawe, poprzedni rządzący ma prawo wysłać zabójcę w celu wyeliminowania nowego Lotermistrza - jeśli mu się powiedzie, odzyskuje swój urząd. Dla ułatwienia aktualnie urzędujący ma do dyspozycji gwardię oraz przed wszystkim całą rzeszę telepatów, którzy wyczują myśli zabójcy i pomogą wyeliminować tegoż zanim dojdzie do ataku.


Świat wykreowany na kartach powieści jest bardzo ciekawy i spójny, jednak fabularnie nieco kuleje, mimo obiecującego początku. Wdziera się chaos, autor skacze po postaciach i wątkach bez ładu i składu. Nadrabia to za to dynamiczną akcją i szalonymi pomysłami. No i na co drugiej stronie ktoś zapala/zaciąga się/gasi papierosa, ech, to byli czasy, teraz nie ma czasów. 


Na zakończenie chciałem dodać, że widzę pewną inspirację tą książką w późniejszym "Limes Inferior" Zajdla. Klasowe społeczeństwo, w którym "Szóstacy" czy "Siódmacy" to wypisz wymaluj niery u Dicka i przede wszystkim w obu powieściach chory, przeżarty korupcją system społeczny który zmusza do różnych układów, układzików i kombinowania, zależności między jednostkami.


"- Dałem z siebie wszystko. Wykonywałem wszystkie polecenia Verricka. Ale co człowiek może zrobić w społeczeństwie, które jest skorumpowane? Czy ma słuchać skorumpowanych praw? Czy to zbrodnia złamać stronnicze prawo, czy to zbrodnia złamać sfałszowaną przysięgę?

- W społeczeństwie zbrodniarzy (...) niewinny idzie do więzienia."


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter

d7e63cfd-6bb1-4fcf-8d53-6022000ddc5c
trixx.420 userbar

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

986 + 1 = 987

prywatny licznik: 43/?


Tytuł: Wypychacz zwierząt

Autor: Jarosław Grzędowicz

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Fabryka Słów

ISBN: 9788375740202

Liczba stron: 469

Ocena: 8/10


Moje pierwsze spotkanie z tym autorem, zbiór 13 opowiadań, różnej jakości i długości. Są opowiadania kilku-kilkunastostronicowe z ciekawym plot twistem, które autor pisał na zamówienie "Magazynu Faktu", są też dłuższe, w których wyobraźnia autora rozwija skrzydła. Jak to zwykle bywa w tego typu zbiorach - są lepsze i gorsze.


Zdecydowanie najlepszym opowiadaniem jest według mnie "Weekend w Spestreku". Bardzo fajne, socjologiczne SF, z niezwykle intrygującym światem. Europa jakieś 50 lat w przód, na skutek ciągłych waśni między obywatelami podzieliła się na dwa obozy. Wolna, bogata Europa (z dużą częścią Polski, żeby nie było) kontra Specjalne Strefy Ekonomiczne, w skrócie Spestreki. W nich panuje ustrój który łączy najgorsze cechy Demoludów, Korei Północnej czy Rosji, do tego z systemowym promowaniem praw kobiet i osób LGBTQWERTY, gdzie generalnie hetero facet ma przesrane. Oczywiście ludzie którzy tam mieszkają w większości mają tak wyprane mózgi że uważają że to raj. Więcej nie będę zdradzał, i serdecznie polecam. Chętnie przeczytałbym całą powieść osadzoną w tym świecie, według mnie ma potencjał.

Na uwagę zasługują także "Pocałunek Loisetty" z atmosferą tak gęstą od napięcia że można ją wręcz rąbać toporem, oraz "Buran wieje z tamtej strony", chyba najbardziej dopracowane opowiadanie w całym zbiorze, traktujące o światach równoległych.

Najmniej z kolei mi podeszły opowiadania "Zegarmistrz i łowca motyli" i "Wilcza zamieć", oba reprezentują ten sam problem, czyli brak jakiejś puenty i short "Trzeci Mikołaj", który wydał mi się religijną propagandą.


Generalnie polecam, czyta się szybko, z zaciekawieniem, historie są bardzo ciekawe i wciągające, łatwo wpaść w pułapkę "a, jeszcze jedno opowiadanie i idę spać"


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter

6f0d64dd-bbd6-4a96-8b25-1e5ccb2faadc
trixx.420 userbar

Czytałem już kiedyś jakiś zbiór opowiadań Grzędowicza, nie wiem czy ten. Czy to w tym zbiorze był motyw że bohater jednego z opowiadań odwiedza rodzinę w strefie totalitarnej i odkrywa że produkowane tam produkty, które są eksportowane za granicę zawierają niemiłą niespodziankę?

Z twórczości Grzędowicza czytałem jeszcze:

- Księga jesiennych demonów (zbiór opowiadań, ogólnie ok)

- Popiół i kurz. Opowieść ze świata Pomiędzy (polecam)

- Pan Lodowego Ogrodu (mi bardzo podeszło, co ciekawe kilku moim znajomym właśnie nie...)

Zaloguj się aby komentować

ma ktoś sprawdzony sposób na ściąganie video z vod.tv.pl.pl?

kiedyś używałem wtyczki VideoDownloadHelper, ale coś poblokowali gady i jak dzisiaj próbuję to pobieranie zawiesza się w losowych miejscach, nie dochodząc nigdy do końca


#piractwo #tvpvod

trixx.420 userbar

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

962 + 1 = 963

prywatny licznik: 42/?


Tytuł: Trudna Operacja

Autor: James White

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Rebis

ISBN: 9788373012493

Liczba stron: 206

Ocena: 7/10


Trzeci tom cyklu o Szpitalu Kosmicznym. Niezorientowanym wyjaśniam, że ów szpital to chluba Sektora Dwunastego. 384 poziomy, na których odtworzono środowiska życia wszystkich znanych (i jak w każdym tomie szybko się okazuje nieznanych) gatunków istot inteligentnych zamieszkujących kosmos. Sam personel techniczny i medyczny rekrutuje się z sześćdziesięciu gatunków, choć ludzie są tam jakby w przewadze. W skrócie - to taki Doktor House albo Ostry Dyżur tylko dla kosmitów


Czytałem dawno temu pierwszy tom i zachwyciła mnie fantazja autora w kreowaniu obcych form życia i ich szczegółowych opisów. Każde z opowiadań leci według podobnego schematu - w szpitalu zjawia się obcy i główny bohater, dr Conway wraz z pomagierami muszą odkryć co to za rasa, gdzie ma przód gdzie tył i jak to w ogóle leczyć. Nie inaczej jest tutaj, tylko że tym razem mamy w formie mini powieści. Autor idzie na całość, bo tym razem gwiezdni lekarze leczą całą planetę, którą zamieszkują istoty wielkości całych kontynentów.


Rzecz pisana w latach 70, nieco trąci myszką, zahacza mocno o seksizm i wykazuje słodką naiwność - wszystko zawsze kończy się szczęśliwie, wszyscy są dla siebie mili i kochani a pacjentów leczy się bez względu na jakiekolwiek koszty. Trzeba zbudować mega konstrukcję w kosmosie do przyjęcia szczególnego typu obcych? potrzymaj mi piwo! Zoperowanie istoty wielkości kontynentu wymaga poderwania całej floty Federacji, kilka tysięcy statków z kilkaset tysiącami istot najróżniejszych ras? co tam, robimy! Urocze, idylliczne, utopijne.


Przyczepić się muszę tylko do tłumaczenia, albo jego korekty, co jakiś czas trafiają się zdania potworki, z których trudno wywnioskować co mianowicie autor miał na myśli, jak np. taki kwiatek, s. 200: "Pośrodku jeziorka widać było studnię, w której liny albo inna jeszcze, pozyskująca rudę ze skały roślinności wrastała w podłoże." WTF? ktoś to czytał w ogóle po przetłumaczeniu?

Generalnie przydało by się aby Rebis zrobił wznowienie całego cyklu, bo książki robią się coraz mniej dostępne a ich ceny stale rosną. Oczywiście z dodatkową korektą no i koniecznie z nowymi okładkami


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter

f25556d0-64eb-404d-af33-329b6221ffdb
trixx.420 userbar

Ahhh, pamiętam ten tom.


Cesarskie cięcie na w uj agresywnym gatunku wielkości słonia z grubą i wytrzymałą skórą. Podczas porodu okazuje się, że młode posługują się telepatią i są łagodne.

Matka ma dwa narządy dawkujące młodemu podczas porodu enzymy, jeden wyłącza telepatię a drugi włącza agresję aby dziecko wygryzło się od wewnątrz na świat.


Lekarz próbuje uratować oboje, szczególnie młode aby nie dostało enzymów i podzieliło się wiedzą medyczną danego gatunku.

Trzymało w napięciu

@Barta55ko oj nie, to nie ten tom, ale ten twój już zapowiada się obiecująco


tu mamy (spoiler)


  • toczki, skrzelodyszne istoty bez serca, aby utrzymać przepływ krwi wewnątrz ciała muszą cały czas sie poruszać, czyli toczyć, mimo to zdołały opanować technikę jądrową i brudnymi bombami atomowymi spowodowały napromieniowanie znacznej części planety

  • meduzowatych odpowiedników limfocytów którzy potrafią "w locie" wymieniać i oczyszczać płynny ustrojowe innych istot

  • no i "dywan", wspomniany organizm/ekosystem gatunków wielkości kontynentu

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

959 + 1 = 960

prywatny licznik: 41/?


Tytuł: Plama na złotej puszczy

Autor: Bolesław Mrówczyński

Kategoria: literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza

Liczba stron: 221

Ocena: 6/10


"Czy to w polu, czy w obozie

Harcerz zuch i chwat

Czy pod wozem, czy na wozie

Śpiewa, gwiżdże rad"


Książka o harcerzach, nic dodać nic ująć. Zaczyna się jak u Hitchcock'a, z grubej rury - harcerze przyjeżdżają na obóz do mazurskiej puszczy, i od razu trafiają na pożar lasu, który pomagają ugasić. Głównym bohaterem i narratorem jest druh Kowalski, zastępowy "Czajek". Sprawia wrażenie niezbyt pewnego w tym co robi, jego podopieczni nieraz wydają się bardziej bystrzy od niego. Wyróżnia się z nich szczególnie jeden, Piętek. Ideał, na wszystkim się zna, wszystko zrobi, z każdym nawiąże przyjacielskie stosunki. Reszta z harcerzy to jakaś szara masa, ot są, ale nie zapamiętuje się ich jakoś szczególnie, może poza druhem kwatermistrzem, który (jak przystało na czasy PRL) wszystko załatwi.


Harcerze po urządzeniu się w lesie prowadzą własne śledztwo w sprawie pożaru. Rychło okazuje się że było to podpalenie, ale milicja szybko umarza postępowanie z powodu niewykrycia sprawców. Strażnik lasu, zaciekły wróg Niemców oskarża starszego mieszkańca pobliskiej wsi, niejakiego Zygfryda Boeniga, Mazura z dziada pradziada (wychodząc pewnie z założenia że z takim nazwiskiem to na pewno Niemiec, a Niemiec twój wróg!). Okazuje się że w osadzie tej, nazwanej przez harcerzy "Starą Wsią" mieszkają razem powojenni przesiedleńcy z różnych stron polski oraz dawni mieszkańcy tych ziem. Oczywiście rodzi to rozmaite konflikty, które wspaniali harcerze szybko rozwiązują pomagając socjalistycznie każdemu, a w szczególności wspomnianemu dziadkowi Boeingowi. Tenże okazuje się bohaterem, członkiem byłego Związku Polaków w Niemczech, organizacji mocno represjonowanej podczas II WŚ.


I tak powoli do finału toczy się akcja, oparta głównie na dochodzeniach, poszukiwaniu śladów w lesie, pomocy okolicznej ludności czy rozmaitych zajęciach obozowych harcerzy. Solidna książka harcerska, oczywiście pełna dydaktyzmu i moralizatorstwa ale dzięki temu urocza. Dla fanów gatunku.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter

accd451f-8d6b-4fda-82de-e245e9f2d13a
trixx.420 userbar

Zaloguj się aby komentować

@Fly_agaric ostatnio jestem mocno wyczulony na reklamy przedstawiajace mezczyzn jako cioty i mam wrazenie ze jest tego coraz wiecej (ale tv ogladam tylko jak odwiedzam rodzicow, wiec moge nie byc obiektywny)

Zaloguj się aby komentować

915 + 1 = 916

prywatny licznik: 40/?


Tytuł: Na drugą planetę

Autor: Władysław Umiński

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

Liczba stron: 150

Ocena: 5/10


Władysław Umiński, pisarz nazywany "polskim Verne'em". W sumie nie wiedziałem że mieliśmy takiego autora, jest to pierwsza jego książka, która zresztą trafiła do mnie zupełnym przypadkiem z lokalnego punktu wymiany książek. "Na drugą planetę" to historia wydana oryginalnie w roku 1894, i wtedy też mniej więcej dzieje się jej akcja. Osadzona jest w USA a opowiada o próbach kontaktu z Marsem. Oto milioner, mister Brighton, zamawia w firmie "Alvan Clarke and Sons", największej na świecie szlifierni szkieł optycznych teleskop o dwumetrowej średnicy soczewki. Jako, że w tych czasach największe teleskopy mogły poszczycić się soczewkami maksymalnie metrowej średnicy, budzi to więc niesłychane zainteresowanie opinii publicznej. Niestety słynny ów milioner nabiera wody w usta i do tajemnicy dopuszcza jedynie astronoma p. Hartinga, z którym odbywa długie a poufne rozmowy. Jednemu z reporterów udaje się podsłuchać (!) za pomocą fonografu (!) jedną z ich rozmów z której wynika, że chcą oni wysłać sygnały świetlne w kierunku marsa i z pomocą nowego teleskopu wypatrywać odpowiedzi.


Zaczynało się bardzo ciekawie, niestety potem jest trochę gorzej, bo rychło powieść z retro SF przekształca się w przygodową. Oto bohaterowie udają się w podróż, zrazu morską, a następnie w dzikie ostępy Ekwadoru, aby tam w określonych miejscach rozpalić ognie z aluminium i innych chemikaliów, które płonąc "z siłą milionów świec" mają być widoczne z Marsa. Większa część książki to opis podróży po dzikim kraju i przygód jakie spotykają naszych bohaterów. Podobnie jak u Verne'a autor przemyca tu trochę wiedzy z rozmaitych dziedzin. Plan wypala, fajerwerki odpalone (przy okazji oślepiając bydło i Indian w promieniu wielu kilometrów, za co władze Ekwadoru ścigają naszych bohaterów, ale ci po prostu dają dyla, wychodząc widocznie z założenia że straty muszą być), pozostaje więc czekać tylko na odpowiedź. Istotnie po jakimś czasie udaje się wypatrzyć na Marsie zagadkową, błyszczącą plamę nadzwyczajnych rozmiarów, ale wtedy książka po prostu dobiega końca i zostawia czytelnika z niczym.


Dla miłośników klimatu retro, XIX wiecznych powieści, archaicznego języka. Szkoda że element fantastyczny jest niewielki, głównie jest to powieść podróżniczo-przygodowa. Okładki brak bo książka po renowacji introligatorskiej


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter

7cec3045-c87f-41a7-b54a-91ab06e89d9e
ccbfcbd0-b914-4cce-aebb-5dab4ca640a4
trixx.420 userbar

Zaloguj się aby komentować

914 + 1 = 915

prywatny licznik: 39/?


Tytuł: Czas Wodnika

Autor: Mirosław P. Jabłoński

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Iskry

Liczba stron: 158

Ocena: 7/10


Wpadł kolejny zbiorek PRLowskich opowiadań SF. Teksty Mirosława Piotra Jabłońskiego z lat 70 i 80 ubiegłego wieku, zapewne przez "wąskie gardła wydawnicze" opublikowane dopiero w 1990 roku.


W odróżnieniu od poprzednio recenzowanego przeze mnie zbiorku jest dużo lepiej. Niech nie zwiedzie was tylko okładka stylizowana na jakieś dark-fantazy-niewiadomoco, są to naprawdę zaskakująco dobre teksty. Jabłoński ma lekkie pióro, znakomicie czuje się w różnych stylach i formach. Od stylizowanego na pamiętnik, żartobliwego "Drzewa Genealogicznego" przez hard SF, dystopie, po utrzymany w klimacie retro "Sklep z płytami". Najgorsze opowiadania do nudnawy "Mańkut", i "Seksbomba" w której zakończenia można się domyślić bardzo szybko. Najbardziej w pamięć, poza tytułowym, (rewelacyjnym!) "Czasem Wodnika" zapada "Dzień Procreatora". Pamiętacie Seksmisję i słynne słowa Maksia "Skoro już się tak stało to może moglibyśmy służyć wam jako te... reproduktory"? Tu mamy podobną sytuację, geny męskie ocalały tylko u nielicznych sprawnych mężczyzn, tytułowych Procreatorów, których głównym zajęciem jest, no cóż, przedłużanie gatunku. Poruszające, ciężkie opowiadanie, chętnie przeczytałbym powieść z wykreowanego tam uniwersum, kojarzy mi się mocno z "Opowieściami Podręcznej".


Generalnie - jak gdzieś się wam to wala na półce, to koniecznie warto spróbować. Lekko naciągane 7/10


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter

ea794450-4582-450c-bcc0-9821b4094962
trixx.420 userbar

Zaloguj się aby komentować

909 + 1 = 910

prywatny licznik: 38/?


Tytuł: Muszla egejska

Autor: Zbigniew Dolecki

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Krajowa Agencja Wydawnicza

Liczba stron: 169

Ocena: 4/10


Zbiorek PRLowskich opowiadań fantastycznych, wydanych w 1979. Autorem jest poeta, Zbigniew Dolecki, który postanowił najwyraźniej spróbować swoich sił na innym poletku. I nawet wiem w jakich okolicznościach zbiorek powstał. Kumpel zapewne zapytał, "Zbysiu, ale fantastyki i antyku to nie dasz rady w jednym utworze połączyć! - Nie? potrzymaj mi piwo".


Niestety, generalnie słabo to wyszło. Dwa pierwsze opowiadania, właśnie ze świata antyku są zwyczajnie kiepskie, trącą nieznośną grafomanią, kiepskimi opisami czy pretensjonalnie zmienionymi imionami postaci. Wiecie, Y-kar i De-dal albo Ad i Evi żeby było bardziej "kosmicznie". Kolejne opowiadania są już trochę lepsze, choć niewiele. Zasadniczym plusem wszystkich opowiadań jest to, że są krótkie, bo naprawdę te koślawe zdania i przesadzone porównania źle się czyta. Zwraca uwagę tylko cztery czy pięć z nich, na 14 w zbiorku. "Przestąpić Styks" o wyprawie badawczej w głąb ziemi która 417 kilometrów (zabrakło 3km, so close...) napotkała miasto Atlantis, "Opium Kosmosu", daleka kosmiczna podróż, hibernacja i te sprawy, ale zniszczone przez rozmaite techniczne głupoty, jak choćby fakt, że główny komputer statku nie potrafi dokonywać korekty kursu bez ciągłej obecności człowieka. "Kryształowi" ciekawa wizja odległej planety, której mieszkancy to myślące kryształy, niestety skończyło się zanim na dobre zaczęło. "Ghorry", urocze, w pulpowym klimacie, opowiadanie o kosmitach którzy żywią się energią fal radiowych i atakują ludzi oglądających telewizję, oraz wreszcie bajkowe "Jaś i Małgosia" z nową wersją starej historii.

Całą reszta nie nadaje się do niczego, są to naiwne, marne teksty zawierające jakieś odniesienia do SF, głównie ufoludki albo podróże kosmiczne. Jak dla mnie to za mało żeby mogły tytułować się fantastyką. Dla wybitnych fanów starej polskiej fantastyki, historyków SF. Przeczytałem, żebyście wy nie musieli


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter

9c2d0bfd-92ee-418c-ac08-b75d917daa9a
trixx.420 userbar

Zaloguj się aby komentować