Zdjęcie w tle

knoor

Osobistość
  • 109wpisów
  • 720komentarzy

Parę aktualizacji, bo wygląda na to, że odbudowa ściągniętej z USA Dyny zbliża się ku końcowi (a sportster w tym czasie dalej stoi czekając na malowanie baku xD ). Miesiąc temu uderzyło mnie, że lato w pełni a ściągnięte z USA motorki dalej rozgrzebane i w sumie końca tego nie widać - stąd też w przypływie chęci i korponawyków wyciągnąłem kartkę papieru oraz długopis i postanowiłem zrobić listę tego, co jeszcze mnie czeka. Podzieliłem sobie całość na etapy powiązane ze sobą i takie, które mogę zrobić w dowolnym momencie - i wziąłem się za kompletowanie w dalszym ciągu brakujących drobiazgów. Uszczelki, linki, jakieś śrubki i podobne pierdoły - okazało się, że jest tego jednak dość sporo.


Z większych tematów, czekały mnie dwa. Pierwszy to ogarnięcie zbiornika - miał w jednym miejscu dość głęboką wgiotkę wraz z ubytkiem farby. Drugi - to zajrzenie do silnika i sprawdzenie stanu bebechów - napinaczy łańcucha, wałków rozrządu i ofc słynnego bicia wału.


Na start wziąłem się za zbiornik. Na zdjęciach może tego nie widać, ale wgniotka była dość duża, a moje umiejętności pracy z blachą zerowe - stąd postanowiłem skorzystać z pomocy kogoś bardziej doświadczonego. Oddałem zbiornik do zakładu specjalizującego się w PDR aka naprawach blacharskich bez malowania. Pan był trochę przerażony grubością blachy i powiedział, że nie jest pewny na ile uda się uratować - postanowiłem jednak spróbować. Dwa dni później bak był do odebrania i nie było źle - dalej było widać pewne ślady uszkodzenia, ale było to o wieeeele mniej niż jeszcze przed kilkoma dniami. Kolejnym etapem było zamaskowanie i zamalowanie uszkodzenia. Na początek myślałem, że po prostu zaleję całość lakierem do zaprawek i jakoś to będzie, ale po rozmowie z panem od usuwania wgniotek zaczął mi kiełkować w głowie inny pomysł. Postanowiłem wykorzystać doświadczenie z malowania czołgów xD i naprawę przeprowadzić punktowo, pół-profesjonalnie z użyciem aerografu. Największy jaki znalazłem miał dyszę 1 mm i wydawało się, że powinien wystarczyć do takiej roboty. Zestaw specyfików do malowania baku z kolei miałem już skompletowany na okoliczności robienia sportstera, brakowało tylko bazowej farby w kolorze czarnym, ale dokupiłem ją za całe 20 złotych. Przy okazji uznałem, że będzie to dobra wprawka przed malowaniem calego baku.


Ponownie, mając zerowe doświadczenie w malowaniu postanowiłem skorzystać z porad kogoś bardziej doświadczonego, dobry poradnik znalazłem na stronie: http://lakiernik.com.pl/naprawa-zbiornika-paliwa-oryginalnym-lakierowaniu-harley-davidson-wersja-limitowana-rocznicowa-110-anniversary-bronze/ i postanowiłem trzymać się opisanych kroków. Na start dałem podkład epoksydowy, a na to poliestrowy jako wypełnienie, musiałem powtórzyć to kilka razu, bo przy szlifowaniu udało mi się przebić do gołej blachy. Okazało się też, że dysza 1 mm (a może to wina jednofunkcyjnego aerografu?) to za mało lub ew. trzeba było użyć rozcieńczalnika, bo trudno było mi uzyskać jednolitą, równą warstwę. Mając na uwadze, że naprawa będzie tak dobra jak przygotowanie powierzchni, sporo czasu poświęciłem na szlifowanie warstw - tym bardziej, że aerograf nie kładł ich idealnie. Po położeniu bazy i bezbarwnego uzyskałem piękną skórkę pomarańczy xD ale byłem na to przygotowany - papier ścierny i polerka pozwoliły ostatecznie uzyskać efekt lustra. Oczywiście, efekt końcowy nie jest idealny, gdzieniegdzie wyszły wtrącenia i zemścił się na mnie fakt niewystarczającego zabezpieczenia powierzchni - ale jak na pierwszą i do tego chałupniczo przeprowadzoną naprawę wydaje mi się, że jest przyzwoicie. Mimo tego, że czarny lakier jest wyjątkowo niewdzięczny, to ryski i drobne swirle widać dopiero przy 10-15 cm od baku. W paru miejscach zastanawiam się jeszcze nad wykonaniem poprawek, ale póki co moim zdaniem i tak jest "good enough":)


Teraz silnik. Dla tych, którym po głowie chodzi kupno harlejka z silnikiem twin cam (taki siedzi w mojej Dynie, tłukli to ze zmianami od końca lat 90 do ok. 2017) i wyobrażają sobie, że dostaną kawał topornego, ciężkiego, pancernego żelastwa - będą mieli rację w dwóch punktach. Będzie ciężko i będzie topornie. Natomiast pancerność tego silnika jest taka sobie. Harley wały korbowe składa z kilku elementów które są ze sobą prasowane. Przy dużych siłach działających na wał może się zdarzyć, że sprasowane elementy zaczną się przesuwać względem siebie, co będzie skutkować coraz to większym biciem wału xD Harley twierdzi, że bicie na poziomie 0,12mm jest gites, natomiast nie zmienia to faktu, że przekłada się to na zwiększone zużycie elementów, w tym pompy oleju. Problem narasta, gdy ktoś decyduje się na przeróbki zwiększające moc lub idzie w kierunku ostrzejrzej jazdy (ostrzejszej oczywiście z uwzględnieniem realiów jazdy 300 kilowym klocem). Wał jest moim zdaniem największą bolączką tego silnika, bo najdroższą w naprawie. Akcesoryjny wał, który jest idealnie wyważony i zespawany co eliminuje raz na zawsze problem bicia to koszt ok. 10 tys PLN. Inne niedomagania silnika wyeliminować jest łatwiej - akcesoryjny napinacz łańcucha napędzającego skrzynię, ślizgi napinaczy czy zużywający się przedwcześnie kompensator - każda z tych rzeczy to maksymalnie 1-1.5k PLN (żeby było śmieszniej, te same w USA części kosztują 1/3 tego co w PL).


No ale dobra, jak to wyglądało u mnie. Po rozkręceniu silnika i zdjęciu dekla od rozrządu (trzeba do tego wcześniej ściągnąć prawy set, wypompować paliwo z baku, wdemontować bak, wydech, górne pokrywy silnika i klawiaturę popychaczy wraz z popychaczami i szklankami) mogłem skontrolować swojego złoma. I tak: bicie wału na poziomie 0.06 mm, czyli not great, not terrible. Wiadomo, fajniej byłoby mieć 0,00 lub 0.02 ale nie ma tragedii, jeździć, obserwować. Ślizgi łańcucha rozrządu - praktycznie nówki, dobra wiadomość, bo komplet nowych w ASO to bodajże 1.5k PLN. Wałki rozrządu - tu lipa, seryjne. Postanowiłem jednak, że wykosztuje się i zamówiłem z USA akcesoryjne Woods TW-555; wg wykresów z hamowni powinny dodać mi jakieś 20% mocy w stosunku do obecnego stanu. Przeliczyłem na szybko, że 100 złotych z VAT za 1 kunia to niezła cena i teraz czekam tylko na przesyłkę.


No i tak to wygląda na ten moment. Za jakieś dwa tygodnie powinna przyjść paczka z US and A; poskładanie silnika, w międzyczasie dopieszczenie baku i ogarnięcie drobnych pierdół - i może w końcu coś pobzikam.


#motocykle #motoryzacja

5666a493-8218-47df-ae3f-694d6bbadece
5d307359-c50a-4aa2-b35c-fd0a0bb8d082
1529c513-f983-408d-aa0d-0eaeb2e99c71
0e38bf94-8f26-4892-95e2-9e1cb0a47300
4f1952df-995e-484b-bef1-f1eded6e7b60

@knoor baranka masz, gdy za grubo lejesz. Nie zrozumiałem jakiego typu lakieru używałeś. Dorabiałeś kolor w sklepie? Rozcieńczalnik i utwardzacz w komplecie?

Ja bym się nie podjął malowania dużej powierzchni pistolecikiem do modeli. Nie sposób to równo nałożyć. Z mego doświadczenia, to nie kładziesz bazy na gołą blachę. Najpierw podkład do zaprawek, by się brzegi zlały z oryginałem.

Zakładam, że nie rozumiem co przeczytałem, bo wynik końcowy jest poprawny, ale co się na szlifowałeś, to twoje.

Zaloguj się aby komentować

Mój projekt ogarniania dwóch harlejków ściągnietych z USA w ostatnich miesiącach mocno spowolnił i niewiele się działo, po części przez czekanie na części a po części przez moje nieróbstwo.


Pomarańczony sportster jest w zasadzie skończony - poza bakiem. Bak wysłałem w marcu do jednego majstra do cynowania i wyciągnięcia pogiętej blachy (3 tygodnie czekania), potem do firmy dorabiającej naklejki (2 tygodnie czekania), wreszcie do piaskowania (4 tygodnie czekania, bo typy zapomniały o moim zamówieniu, a ja się nie przypominałem). Żeby było śmiesznej, mariusze z firmy od piaskowania zapomnieli też, że mieli tylko oczyścić bak z oryginalnej farby, po czym opierdolili całość lakierem proszkowym na czarno tłumacząc, że przecież tak chciałem -_- dlatego właśnie uwielbiam oddawać coś do polskich firm. No ale nic, farbę usunęli, od tamtej pory bak leży. I czeka. Bo od kilku tygodni mam dylemat - czy dać to komuś do zrobienia? Czy może pobawić się samemu? Od oddania baku do majstra odstrasza mnie to, że nie mam nikogo sprawdzonego. Jedyny gość któremu byłbym w stanie zaufać powiedział, że robi tylko customowe malunki, a od oddania tego randomowi wstrzymuje mnie myśl przed tym, że oddam, zapłacę te 1-1.5k i będzie zrobione jak guwno. Bo cena praktycznie wszędzie jest podobna - niezależnie od skilla i doświadczenia, partacz i potencjalnie ogarnięty koleś oczekują podobnej kasy - więc jak wybrać sensownego? No i tak biję się już kolejny tydzień z myślami, czy jednak nie spróbować zrobić tego samemu, pewne podstawy malowania mam, a w najgorszym wypadku materiały to dwie stówki i trochę mojego czasu - zawsze mogę znów dać do wypiaskowania za 30 pln. No i tak mija mi tydzień za tygodniem w tym niezdecydowaniu, a sportster stoi xD


Teraz Dyna. Dyna najpierw czekała na części (lagi przyszły na początku kwietnia), potem na spawanie dolnej półki (wyszło super), potem na majstra który zapawa mi kawałek ramy - miałem lekko odgięty ogranicznik skrętu na ramie, nie było tragedii no ale było to widać i chciałem się tego pozbyć. Przyjechał mi koleś z TIG-iem, w 10 minut coś tam zrobił, wziął grubą kasę i adios. Dobrze, że zawczasu oczyściłem mu miejsce spawania szczotką mosiężną na diaksie, bo już był gotowy oczyszczać ramę dyskiem ściernym osiemdziesiątką, pewnie po tym zabiegu rama wyglądałaby gorzej niż przed xDD No ale może to ja się dopierdalam. Zostałem z ramą z napawanym kawałkiem stali i usuniętą miejscowo farbą, zastanawiałem się jak najlepiej by to ugryźć. Jeśli chodzi o obróbkę napawanego elementu, kończyło się na ręcznych pilnikach i dremelu, nie wyszło może idealnie, ale na pewno mieści się w kategorii "good enough". W międzyczasie długo zastanawiałem się, co zrobić z elementami, które chce pomalować na czarno - dać do malowania proszkowego? Pomalować szprejem? A może zwykłym lakierem baza+klar? Stanęło w końcu na malowaniu proszkowym. Poszło w pakiecie razem z bakiem od sportstera do mariuszy - 4 tygodnie czekania... no, było długo i trochę byle jak (źle zabezpieczone elementy - musiałem dremelem usuwać farbę z miejsc, gdzie nie powinno jej być - oraz niepotrzebnie piaskowali elementy, których prosiłem żeby nie piaskować), za to tanio. Wszystko wyszło 150 pln, a elementów było najprawdę sporo.


Zostało pomalować ramę - rama jest czarna, farby brakowało na elemencie dosłownie 3x5 cm, wydawało mi się - co za problem, wziąłem szpraja i maluję. No i okazuje się, że oho, ten czarny kolor, którym pomalowana jest rama to nie jest taki zwykły czarny kolor, bardzo widać różnicę między czarnym ramy a czarnym z puszki. Zajrzałem do neta - ludzie w USA piszą, że farba VHT dobrze oddaje kolor ramy, patrzę - jest na allegro, 125 pln za puszkę. Hmm, no już, trudno, kupię. Kupiłem, pomalowałem. Jest nieźle. No ale chwila, ludzie w necie piszą, że żeby farba była dobrze utwardzona to trzeba ją wygrzać w ok. 100 stopniach, bez tego jej wytrzymałość jest taka sobie. Podrapałem się w głowę - jak to zrobić? Motocykla do pieca nie wsadzę, może opalarką? Albo palnikiem gazowym? Postawiłem na palnik gazowy, z duszą na ramieniu grzałem kiedyś w ten sposób malowane felgi, żeby usunąć z nich łożyska i żadnych strat nie narobiłem, więc metoda wydawała się bezpieczna. Nie tym razem xD 20 sekund zabawy z palnikiem i farba popękała i wyglądała jak gówno. No nic, znów szczotka miedziana i czyszczenie do gołej blachy - fragment z 3x5 cm urósł już do wielkości praktycznie całej główki ramy.


Tym razem postanowiłem pojechać do zakładu, gdzie mieszają farby i mają spektrofotometr. Zabrałem ze sobą część z motocykla, która była pomalowana na czarno, na tej podstawie pan dorobił mi lakier w szpreju, dorobił też klar z terminem ważności kilka godzin - robię kolejne podejście. Wyszło idealnie, poza tym, że ten czarny to znów nie jest czarny ramy xD chyba każdy element motocykla jest w innym czarnym, no ale nie miałem już na to siły, klasycznie uznałem, że dobra, c⁎⁎j, zostaw tak.


No i dziś w projekcie nastąpił mały przełom, Dyna uległa przepoczwarzeniu z bezgłowej gąsienicy w pięknego pajomka - założyłem półki, lagi, koło, błotnik i nowy zacisk brembo - wszystko elegancko pasuje. Teraz przede mną jeszcze rozkręcanie silnika i sprawdzenie stanu bebechów - napinaczy oraz bicia wału. Może znajdę też jakieś akcesoryjne wałki. Potem jeszcze jakieś drobiazgi z elektryką, usunięcie wgniotki na baku, trochę kosmetyki - i powinno być gotowe.


A farby VHT nie polecam, przy drugim użyciu zważyła się i zrujnowała mi jedną część, którą malowałem.


#motocykle #motoryzacja

db4a2c2b-9543-48d4-b61a-c793cd3fb6bb
cc02f039-1342-4fdb-9dec-69bd28553d69
762f6f8d-658f-4de0-b705-3e905ec343a2
bf5e4458-f706-4a87-9f37-45714c70f1cc
30109528-581d-4c83-aa9d-0f027e794a24

Dawaj maluj, jak wyjdzie to zostanie gruby hajs w kieszeni i nowy skill odblokowany, a jak nie wyjdzie to przynajmniej coś się nauczysz za stosunkowo niską cenę. Łin łin sytuejszyn, a nawet trzeci łin, bo dostarczysz nam contentu do czytania

Zaloguj się aby komentować

Coś tam sobie ostatnio podłubałem w plastikowych czołgach. Mam poklejonego ferdynanda, na który miałem pomysł, ale niespecjalnie chęci do jego realizacji, aż w weekend wziąłem się za niego. Wizja była taka, że ma być turbopordzewiały, jakby stał pod chmurką ostatnie 50 lat, z mnóstwem rdzy, schodzącej farby i zacieków. Podobają mi się takie klimaty, a do tego sprawę ułatwia książka The Modeling Guide for Rust and Oxidation którą kiedyś kupiłem z mnóstwem technik i ich opisów (aczkolwiek ok, większość tych technik sprowadza się do użycia chipping fluidu + farb olejnych). Po cichu liczę na to, że entuzjazmu starczy mi też na wykonanie jakiejś małej podstawki.


Jeżeli chodzi o etapy poniżej:


  1. Poklejony

  2. Farba bazowa - ciemny brązowy jako rdza plus gdzieniegdzie jaśniejszy brązowy na cieńsze blachy

  3. Położony chipping fluid i na to właściwy kolor - rozjaśniony żółty

  4. Powycierany z prześwitującą rdzą


Kolejne etapy to lakier bezbarwny i zabawa farbami olejnymi w celu dorobienia zacieków. A potem się jeszcze zobaczy. Ogółem jak na prawie cztery lata przerwy nie jest dobrze, ale nie jest też źle - czyli super.


#modelarstwo

ef091912-3bbb-40ce-a6df-fc23aa3ebfb2
8d2fc487-8c64-43e0-bba1-1b403f42b0a4
99325d71-856c-44ef-9b8d-f0c7f8517aca
7c207860-d7cf-4224-a4f2-6e70bdd450de

Kupiłem dwa miesiące temu nowy akumulator do moto, stał sobie przez ten czas w domu (akumulator, na motocykl nie ma miejsca) no i dziś pomyślałem, że trzeba by założyć. Sprawdzam multimetrem, bardziej dla zasady a tam 12,4V. Możliwe, żeby napięcie na nowym aku w dwa miesiące tyle spadło czy po prostu znów jakieś guwno kupiłem?


#elektronika #motoryzacja #kiciochpyta

@knoor a jakie było napięcie jak go kupowałeś? Pamiętaj, że nigdy nie wiesz ile " nowy " akumulator stał na magazynie. I mowie to jako kolega z branży

@knoor Nowe akumulatory raczej nie są do pełna naładowane, plus 2 miesiące stania, to rozładował się jeszcze bardziej. Kwasowe (obsługowe i bezobsługowe) powinno się co pół roku doładowywać, żeby utrzymać ich dobry stan. Sklepy raczej nigdy tego nie robią.

Zanim użyjesz tego akumulatora to weź go na prostownik i podładuj. Podziękuje Ci dłuższym życiem.

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Hejo,


potrzebuję raz na jakiś czas wydrukować sobie jakąś pierdołę typu część do roweru/motocykla/auta którą zepsuję albo element/mod do urządzenia. Jakieś superszczegółowe modele czy figurki mnie nie interesują. Do tej pory wysyłałem projekty do jednej firmy i mi to robili w PLA. Chciałem jednak mieć trochę więcej swobody i sprawić sobie jakąś własną drukarkę 3d. Budżet mam powiedzmy do 1000 plnów, więc nic specjalnego, myślałem o np. jakiejś pomodzonej używce - ma to sens? I generalnie jakie mody warto mieć i mają faktyczny, pozytywny wpływ, a jakie to przerost formy?


#druk3d #drukowanie3d

@knoor ja kupiłem z eBaya od producenta używaną drukarkę Anycubic Kobra neo. Od producenta więc nawet jak wyszło że brakowało wyświetlacza to bez problemu mi dosłali. Działa spoko, drukuje bez problemu. Modyfikację jaką polecam ale trochę trzeba przy tym pogrzebać, to raspberry I klipper. Bardzo ułatwia życie

Jeśli nie ogarniasz podstaw programowania i elektroniki to nie bierz używki: naprawienie takiej przyprawia o ból głowy i zniechęci cię do drukarek jak tylko coś z "modów" się zepsuje.

Z modami to bym uważał. Żeby to robić trzeba się naprawdę znać, a nie tylko myśleć że się zna. Do poprawiania modów po kimś tym bardziej.

To samo dotyczy najtańszych chińskich drukarek. Większość z tego to kompletny badziew, który ma błędy projektowe, błędy produkcyjne i często po wyjęciu z pudełka nie da się z tego korzystać (np. Creality). Jak ktoś od 5 lat budował reprapy to sobie to szybko ogarnie. Ale dla kogoś kto dopiero zaczął to będzie droga przez mękę. I zostajesz z tym sam na koniec, bo w necie jedyne co Ci doradzą to to, żebyś wysuszył filament.

Ja bym polecał jednak kupić coś co ma szansę działać od razu po zakupie. Ale na to trzeba mieć budżet bliższy 2k.

Zaloguj się aby komentować

Mały update z uzdatniania harlejków kupionych w USA.


W pomarańczowym udało się już wyciągnąć wgniotki na baku, jestem w trakcie dorabiania kopii naklejek. Do zrobienia zostanie wtedy jeszcze malowanie baku i metalowych boczków i to chyba będzie tyle, zostanie tylko zarejestrować, wymienić oleje i będzie można bzikać;)


Czarną dynę mam jeszcze dalej rozgrzebaną i pozbawioną przodu. Udało się napawać ogranicznik na ramie, będzie trzeba jeszcze go obrobić i pomalować. Dolna półka, na której ogranicznik też był uszkodzony wróciła ze spawania i kurde, nie widać że co było robione. Problem pojawił się jednak przy montażu sztycy - mój zaimprowizowany setup okazał się do tego za słaby, może ktoś z okolic Warszawy ma przypadkiem prasę hydrauliczną do poratowania?


Wszystkie elementy do przedniego zawieszenia dyny poza tym mam już ogarnięte, tzn kupione - bo dalej nie mogę ustalić, czy półki i golenie pomalować samemu szprejem, dać do proszkowego lub może zwykłego lakierowania?


Z nudów przejechałem też polerką tylny błotnik, na którym lakier był pełen zarysowań, swirli i tego typu śmiecia - i mogę z czystym sumieniem polecić system 3M Perfect-It - drogi, ale zdecydowanie robi robotę. Co prawda do czarnego chyba jeszcze dokupię Ultrafine, żeby mieć idealny kolor, ale naprawdę jestem pod wrażeniem. Z drugiej jednak strony, jest to też moja pierwsza styczność z polerowaniem lakieru bezbarwnego, więc może tak jest przy każdym produkcie i po prostu zachwyt wynika z nowości tego doświadczenia;) nie zrobiłem niestety zdjęć przed i po, ale mam do ogarnięcia jeszcze bak i może przy nim pokażę jak działa.


#motocykle #motoryzacja

e9d70c5c-5ed6-4009-a492-c80b9ed75733

Zaloguj się aby komentować

Chałupa na święta posprzątana, to wypadałoby jeszcze ogarnąć coś w ściągniętym z USA i obecnie uzdatnianym harlejku. Moto przyjechało do mnie z w miarę świeżymi oponami, natomiast felgi były takie se - nie wiem, czy to kwestia stania na placu, transportu w kontenerze a może po prostu starości - niemniej metal był z wierzchu utleniony i nie wyglądało to za fajnie. Nigdy nie bawiłem się w polerowanie alu i nie miałem wielkich oczekiwań ale trochę zabawy z wiertarką, filcowymi padami i pastą polerską dało całkiem fajny efekt - nie jest może idealnie, ale na pewno dużo lepiej niż na początku.


Skompletowałem już prawie wszystko żeby poskładać do kupy uszkodzony przód - czekam jeszcze na dolną półkę (trzeba było napawać dziabnięty ogranicznik skrętu) oraz łożyska przedniego koła - liczyłem, że kupię je wczoraj, ale sklep zrobił sobie przedświąteczne wolne. Zastanawiam się też trochę nad ogarnięciem emulatorów do przedniego zawieszenia, z jednej strony chciałbym najpierw ocenić "jak to jeździ" a potem brać się za modyfikacje, z drugiej wiem, że pewnie nie będzie chciało mi się ponownie rozkładać całego przodu... Ostatnim problemem z jakim się obecnie borykam jest znalezienie jakiejś odpornej na uderzenia i odpryski farby, którą będę mógł pomalować przednie golenie zawieszenia - proszkowo robić tego nie chcę, a z kolei wszystkie w miarę sprawdzone (przez kogoś na necie) produkty w szpreju są w PL niedostępne - może ktoś ma coś do polecenia?


Ostatni temat to modyfikacja przedniego układu hamulcowego. W miejsce virgin tarczy 292mm jest już kupiona CHAD TARCZA 355mm, a zamiast harlejkowego spowalniacza czterotłoczkowy monoblok Brembo, który planuję jeszcze pomalować (poza napisem) na czarno. Ofc zdaję sobie sprawę, że potrzebne było to trochę jak świni siodło xD ale nie mogłem się powtrzymać - życie jest za nudne na zostawianie stockowych gratów. Z tego wszystkiego zapomniałem sprawdzić bicie wału - mam nadzieję, że mimo wszystko będzie w normie i cała ta wydana kasa nie okaże się zmarnowana xD


#motocykle #motoryzacja

8505f71e-2c72-49b5-9c73-dd9a491c43fa
6585a9c7-0cfa-45de-a05a-d8c081649ffd
14e005be-cbd9-472d-8885-178c82f22654
f0eb6f8b-3913-472e-868f-46f16c8dfc1b
57ee4c59-a3c9-4026-a795-a824e68243e5

Mały update odnośnie dłubania przy harlejkach ściągniętych z USA. Sportster, który poszedł na pierwszy ogień dalej czeka na przyjście baku z prostowania - potem, w zależności od tego jak bardzo lakier po prostowaniu będzie pokiereszowany albo dam go do malowania albo zrobię we własnym zakresie. Do tego jeszcze jakieś dwie drobne rzeczy i wymiana płynów - i do rejestracji i można bzikać. Jeśli ktoś chciałby poczytać więcej, rozpisałem się bardziej w komentarzu do tego wpisu: https://www.hejto.pl/wpis/knoor-i-jak-tam-te-twoje-harleye-z-aukcji-w-usa-wtopa-czy-udany-zakup-przypomnia


Wziąłem się pomału za drugiego harlejka, czyli Dynę Low Rider zrobioną w amerykańsko-sebastianowym stylu, który można podciągnąć pod "club style" ale ja bardziej wolę określenie "dyna bro" xD. Całkiem śmieszkowy kanał KRUESI ORIGINALS, na którym szukam czasem filmików z opisem napraw daje dość dobre spojrzenie na to, o co chodzi. Wracając do samego motorka, demontaż krzywego przodu poszedł zdumiewająco szybko (w mniej niż dwie godziny miałem rozłożone na kawałki całe przednie zawieszenie i wydech), natomiast od paru tygodni wszystko stoi. Z jednej strony brak części (wciąż czekam na lagi), z drugiej brak czasu - niektóre graty będę musiał wozić do uzdatniania, nie jest ich wiele ale jednak.


Jednym z nich jest dolna półka - zdemontowałem już sztycę, żeby majstry od spawania miały łatwiej. Jak widać, ogranicznik skrętu oberwał przy glebie/uderzeniu dość konkretnie, ale myślę, że skoro udało się ogarnąć Sportsterowy ogranicznik, zamiast którego po prostu ziała dziura, to da się zrobić i to;) Miałem też krzywą kierownicę, ale metodą szarpnięcia udało się ją naprostować - okazało się, że risery są na gumowych tulejach i po prostu trzeba było trochę siły żeby ustawić wszystko we właściwej pozycji. W przyszłym tygodniu liczę na to, że przyjdą mi lagi i będzie można poskładać przód. Zamówię sobie też chyba adapter do przedniego zacisku i wstawię zacisk brembo - bardziej dla kaprysu i samego wyglądu. Stay tuned!


#motocykle

c0b61faf-c2c5-47d7-abae-8b862ba93361
72690f06-c55e-4dab-b29b-1b851ac2bcfb
c50c4bf7-7633-4c35-a95c-a8ecc37d6838

Zaloguj się aby komentować

TL;DR - hejt na biedrę, artykułu z promocji nie ma w menu kasy samoobsługowej, do tego kasa sama podpowiada droższy artykuł


W kontekście wpisów o biedrze, przypomniała mi się historia sprzed paru dni. Nie wiem, czy zarejestrowaliście, ale od jakiegoś czasu nad kasami samoobsługowymi montowane są kamery co to cieciują byście nie ukradli marmolady czy chleba. Dobry pan jedną ręką ukarze, ale drugą może nagrodzić - w przypadku kamer marchewką jest niby to, że mają podpowiadać co to za produkt znajduje się na wadze i ułatwić robalom jak my życie w samodzielnym kasowaniu sobie produktów.


Do rzeczy. Otóż wchodzę sobie parę dni temu do biedy, patrzę: o, pomarańcze na przecenie 3.99 zamiast 7.99, to kupię sobie na sok. Zakupy zrobione, idę do kasy. Przychodzi kolej pomarańczy, wot technika - kasa wie, że położyłem na wadze pomarańcze, podpowiada - pomarańcze PREMIUM. Hmm, chwila - brałem deserowe, na PREMIUM mnie nie stać. No to trzeba zmienić. Szukam na liście - nie ma. Szukam po nazwie - nie ma. Szukam jeszcze raz na liście owoców - no murwa, nie ma. Dobra - myślę - może się walnąłem i źle pamiętam nazwę? Klikam pomarańcze premium. Myk, 8.99 za kg, a że wziąłem ponad 3kg to wbija ponad 30 plnów. Chwila no, miało być 3.99.


Idę do pani z biedry co to krząta się po sklepie - dzień dobry, brałem pomarańcze deserowe, ale nie ma ich w menu kasy samoobsługowej. Wbiłem jedyne inne co były, ale jest ponad x2 drożej, o co chodzi?


Pani podchodzi do kasy, patrzy - mhm. Anuluje mi te moje pomarańcze, szuka tych deserowych - ni ma. Wbija jakiś swój tajny kod - są. WTF. Pomarańcze są w promocji, ale żeby znaleźć trzeba wbić jakiś kod kasjera - tak ich nie zobaczysz.


Nieźle, ciekaw jestem ile osób dziennie nie zauważy takiego czy innego produktu i nieświadomie zapłaci więcej niż powinno. A nawet jeśli zauważą - sklep nic nie straci, po prostu sprzeda po tej cenie, po której i tak miało być


Jezu, marzy mi się przepis, żeby za każdy grosz różnicy między ceną z półki a ceną z paragonu sklep musiał oddawać 20 gorszy klientowi. Momentalnie polaki rzuciliby się na sieciówki w poszukiwaniu exploitów i łatwej kasy do tego stopnia, że na drugi dzień dzień okazałoby się, że wszystko chodzi jak w zegarku i żadnych różnic paragon/półka nie ma i nigdy już nie będzie. Marzenia ściętej głowy.


#biedronka #gorzkiezale

@knoor Te kody są czasami na opakowaniach/kartonach produktu. Cola Original na sześciopakach ma te kody na papierowej rączce.


The more you know.

Myślę, że to nie jest celowe oszukiwanie ludzi, tylko pierdolnik zwykły, promocja może tylko w tym sklepie i pracownicy nie mogą lub nie potrafią dodać tego do systemu i tak wychodzi, jedyne rozwiązanie to kartka, że promocja tylko w kasach tradycyjnych

@knoor to juz jest chore, ze czlowiek nawet takich rzeczy musi pilnowac… powinni im do⁎⁎⁎ac kary wielkosci rocznych zyskow i moze wtedy oduczyliby sie oszkuiwac. Wez to gdzies zglaszaj.

Zaloguj się aby komentować

Ech, chyba tym razem kombinowanie i januszowanie się na mnie zemści. W dłubanym harlejku przy glebie naderwał się ogranicznik skrętu, początkowo myslałem o wymianie półek ale po tym jak okazało się, że lagi i pólki są proste a sam ogranicznik można ogarnąć napawając i potem obrabiając, skusiłem się na zawiezienie tego do zakładu, który zajmuje się właśnie spawaniem i obróbką aluminium.


Cebulacka dusza uradowała się, gdy zapowiedzieli że koszt naprawy tego zamknie się prawdopodobnie w 100-150 pln. No a przyszło co do czego i tak:


  • koszt ponad trzykrotnie przekroczony, bo grzebali się przy tym kilka godzin i policzyli mnie za czas roboty (co przy okazji wzbudza moje obawy, że robili to po prostu pierwszy raz w życiu i uczyli się na moim elemencie)

  • zwymiarować dokładnie tego ogranicznika sami nijak nie potrafili i nie mam nawet pojęcia czy będzie pasowało

  • sztyca ma ślady i rysy po trzymaniu tego w imadle, oczywiście na żywca, kto by tam się przejmował jakimiś nadkładkami na szczęki, niepotrzebne to

  • sztyca przekręciła im się w półce o 90 stopni (jest w niej otwór w który wchodzi pin blokujący kierownicę, wiec musi być w określonym położeniu), mają jeszcze poprawić -_-

  • jeszcze próbowali ową sztycę wyciągnąć z półek, powiedzieli mi, że się,nie da - po czym wyszło że robili to na chama i wyciskali w złą stronę - do tego sądząc po śladach podgrzewając i waląc podczas gdy powinno się to robić na prasie -_- mam nadzieję, że nie zrujnowali do cna geometrii


No i efekt tego taki, że z roboty która miała wyjść stówkę lub ciut więcej będzie prawie 4 stówy i spora szansa, że półka nada się na śmietnik i trzeba będzie szukać nowej/używanej - dodatkowe koszty.


Jezu, mam czasem wrażenie, że jak po prostu nie zrobię czegoś sam albo nawet zapłacę komuś, ale nie poprowadzę za rękę jak dziecka tłumacząc przy każdym kroku co trzeba uważać przy robocie, to rezultat będzie opłakany. A co mnie rozwala jeszcze bardziej, to to że nie mam nic wspólnego na codzień z obróbką metalu, więc na dobrą sprawę dlaczego miałbym to wiedzieć - powinienem po prostu zostawić to i odebrać gotowe. I jeszcze niby zakład co dobre oceny ma, no ja piehdolę.


No nic, będę to jutro zakładał na próbę, może akurat będzie dobrze.


#motocykle #gorzkiezale

Zaloguj się aby komentować

W ramach dalszego ciągu uzdatniania harlejka kupionego na aukcji z USA, przeliczę dziś na ile opłaciło mi się bycie cebulakiem i kombinatorem.


Harlejek, przy którym aktualnie sobie hobbystycznie dłubię przyjechał z totalnie zdezintegrowanym w wyniku przewrotki licznikiem. Mało tego, również mocowanie licznika uległo zniszczeniu. Po wygraniu aukcji czułem, że będzie to (i mam nadzieję że tak zostanie xD) najdroższy do naprawienia element motocykla, stąd też od razu zacząłem kombinować. O ile cena nowego licznika w USA nie przeraża i wynosi ok. 300 dolarów - tak w PL i ogólnie w Europie harlejek staje się produktem premium xD i ten sam licznik kosztuje już ~2600 pln, czyli ponad dwa razy tyle xD Do tego standardowy licznik jest dość lichy, więc wychodzi, że o wiele lepiej kupić od razu akcesoryjne kombo licznik+obrotomierz, które kosztuje podobnie, a oferuje więcej. Wciąż jednak jest to ponad 2800 plnów, co bolało moją cebulacką duszę. Zamiast więc jak uczciwy, dobrze zarabiający człowiek - po prostu zamówić od razu dobre i przeboleć wydatek, poświęciłem kilkanaście godzin na kombinowanie i dłubanie żeby coś przyoszczędzić XD


Na początek wyszukałem, że mój motocykl ma już inny rodzaj licznika, który nie przechowuje przebiegu. Działa to w ten sposób, że przebieg trzymany jest w komputerze samego motocykla - przy wymianie licznika na nowy, przebieg zaczytywany jest do nowego licznika, a po przejechaniu pewnego dystansu - licznik parowany jest na stałe z motocyklem na podstawie numeru VIN. Problem pojawia się w przypadku licznika używanego - bo motocykl nie będzie chciał się już z nim sparować.


Udało znaleźć mi się w internecie praktycznie nowy licznik w dobrej cenie. Żeby było trudniej, licznik co prawda był od sportstera, ale innej wersji - która miała obrotomierz - i licznik ten występował tylko tam. Czy podejdzie do mojego? Dzięki uprzejmości kumpla i jego służbowej fury xD zapakowaliśmy motocykl na przyczepę i pojechaliśmy sprawdzić. No i super - okazało się, że licznik pasuje i działa, niestety jest też już sparowany z innym motocyklem. No ale od czego są majstry xD Udało załatwić się przeprogramowanie komputera (które w sumie i tak by mnie czekało z uwagi na montaż europejskich świateł) i 250 złotych później miałem licznik gadający z komputerem oraz tylne światła z normalnymi kierunkowskazami.


Została do rozwiązania kwestia zniszczonego mocowania na licznik. Standardowe do sportstera jeszcze idzie dostać jako używane za ok 600 pln, nie zmienia to faktu, że jest paskudne i moim zdaniem nie pasuje do motocykla. Miałem w piwnicy kupiony tzw. relocation kit od majfrendów, który pozwala przymocować licznik do przedniego zawieszenia, został mi po poprzednim sportsterze i był akurat w kolorze srebrnym, więc postanowiłem go wykorzystać. Brakowało mi jednak kilku elementów montażowych - gumek, śrub i tylnej ścianki. To postanowiłem kupić w ASO - w końcu ile mogą kosztować dwie śrubki, dwie gumowe uszczelki i kawałek plastiku? Wyszło, że ponad 400 pln, trochę sporo xD więc znów włączyłem tryb cebuli. Okazało się, że majfrendy robią gumowe uszczelki i można je kupić za całe 60 złotych za komplet. Niestety, plastikowe "plecy" licznika są tylko sprzedawane przez nich jako część większego zestawu i pisanie wiadomości z prośbą o kupno samego tego elementu zaowocowało tylko "aj sori maj frend, łi dont sel it". Na necie były dostępne jakieś używki, ale znowu - z trochę innego rocznika z dodatkowymi otworami, których moja wersja nie miała. Postanowiłem zatem przypomnieć sobie używanie free cada i dwie godziny mierzenia i tworzenia później xD miałem gotowy projekt. Wydruk z przesyłką wyszedł 30 złotych za sztukę, zrobiłem dwa różne projekty, bo nie wiedziałem, który będzie lepszy.


No i dobra, czas na podliczenie ile oszczędziłem na tej zabawie (straconego czasu nie liczę, bo to hobby xD):


Opcja normalna:


śrubki   11 pln

gumki   151 pln

plecy licznika   254,84 pln

licznik z obrotomierzem   2 850,74 pln lub 2 597,45 pln bez obrotomierza

mocowanie licznika (używka)   600 pln


Razem 3867,58 lub 3614,29 w opcji bez obrotomierza


Opcja ceboola:


śrubki   11 pln

gumki   60 pln

mocowanie licznika (majfrendowe)   120 pln

plecy licznika z drukarki 3D   30   pln

licznik   870 pln

programowanie licznika   250 pln


Razem 1341 PLN, czyli ponad 2k PLN zostało w kieszeni. Nieźle, będzie na prostowanie i malowanie baku i może jeszcze trochę zostanie:)


#motocykle

611241cb-c724-4c76-b66c-5a49b312ea72
b30ab5ef-ae86-4fdb-8b2c-27b0385c4edd
7afd445e-6f93-4557-a05f-e9dea85b022f

Zaloguj się aby komentować

Prowadziłem kiedyś foodtrucka, teraz nie prowadzę. Życie jest za krótkie, aby je wspominać, niemniej z tamtych lat zostało mi trochę przemyśleń oraz historyjek, które będę wrzucał co jakiś czas na #foodtruckowehistoryjki


Dziś będzie będzie o moich przygodach z sanepidem i roli rzeki Wisły w tym wszystkim


W jednym z wcześniejszych wpisów wspominałem o tym, jakie wymogi powinno spełniać gastroauto żeby przejść tzw. odbiór sanepidu. Pisałem też, że szukając pojazdu dla siebie zależało mi na tym, żeby ów odbiór był już zrobiony aby oszczędzić sobie roboty. W swojej dziecięcej naiwności założyłem sobie bowiem, że skoro wymagania wobec aut do gastro są jednolite, niezależnie od prowadzonej działalności - no to przecież po co miałbym wszystkie kwity wyrabiać drugi raz, nie? No nie xD Ale po kolei.


Gdy robiłem oględziny gastroaut (nie obejrzałem ich też swoją drogą zbyt wiele, bo kupiłem trzecie oglądane) za każdym razem pytałem, czy właściciel ma zrobiony odbiór sanepidu. Sanepid kojarzył mi się z organizacją do której przynosiło się próbkę kału na badania chcąc dorobić sobie jako studenciak pracą w knajpie; organizacją, którą straszyli się czasami właściciele przeróżnych gastrobiznesów, wreszcie organizacją zaludnioną przez stare, czepliwe ale i łase na drobne łapówki biurwy - stąd kontaktu z nimi chciałem za wszelką cenę uniknąć. Dlatego też pytanie "Odbiór sanepidu jest?" było istotnym punktem na mojej checkliście, powiedziałbym że na poziomie pytania czy "autko było bite?". Auto, które ostatecznie kupiłem owy odbiór niby miało, tylko jakby to powiedzieć... właściciel zgubił papiery. Swoją drogą za każdym razem mnie zastanawia, jak to jest, że ludzie nie mogą kupić sobie segregatora i wpinek za kilka złotych żeby trzymać te wszystkie, rozmaite papiery w jednym miejscu i potem nie gubić - ale z biegiem lat wydaje mi się, że oczywiste rozwiązania są najtrudniejsze do zaimplementowania. Tak więc kupiłem trochę auto Schroedigera, które jednocześnie odbiór miało i nie miało - a odpowiednikiem otwarcia pudełka byłby telefon do Sanepidu i ustalenie kolejnych kroków, które muszę wykonać. Dodam jeszcze, że nawet nie przyszło mi do głowy, że gość co do papierów mnie po prostu okłamuje tylko po to, żeby szybciej spieniężyć zawadzającą mu ruchomość. Na takie przemyslenie naszło mnie już jednak dopiero kilka dni po kupnie;)


No ale po kolei. Samochód przerejestrowałem na siebie jak w przypadku zwykłego auta, oddałem do wspomnianym parę wpisów wcześniej mechaniurów - i wziąłem się za sanepid. Najpierw postanowiłem sprawę załatwić telefonicznie:


"Sanepid, inspektor sanitarny Bogusław Łopacki, słucham?"

"Dzień dobry, yyy, no bo ja kupiłem auto z odbiorem sanepidu, ale te dokumenty zaginęły i chciałbym zawnioskować o wydanie ich duplikatu oraz zapytać, jak ogólnie mam to zrobić"

"A gdzie był robiony odbiór?"

"Yyyy, no, w Warszawie"

"Ale w którym Sanepidzie? Są dwa"

"Ale jak to dwa?"

"Jeden jest na prawobrzeżną Warszawę, drugi na lewobrzeżną"

"O, to nie wiem"

"No to proszę się dowiedzieć, a w ogóle to takie rzeczy to nie przez telefon, to trzeba przyjechać i złożyć podanie, do widzenia"


Informacja, że oto w Warszawie są dwa Sanepidy, trochę zbiła mnie z tropu. Pół biedy, że byłem w stanie ustalić, w którym (najprawdopodobniej) znajdują się rzeczone dokumenty, bo człowiek sprzedający mi auto mieszkał i zarejestrował go po prawej stronie Wisły. No ale co teraz, skoro ja zarejestruje go i prowadzę działalność po lewej stronie? Po paru godzinach uznałem, że niech martwi się o to sama organizacja, więc do sanepidu zadzwoniłem drugi raz. Tym razem jednak bogatszy o nową wiedzę i doświadczenia, wybrałem prawobrzeżny.


"Dzień dobry, no tak, bo ja kupiłem samochód, który miał u Państwa robiony odbiór i chciałem poprosić o wydanie duplikatu dokumentów, tylko w tym celu chciałem złożyć podanie i teraz się zastanawiam - czy mam składać u Państwa, bo tu są te dokumenty - czy w tym drugim, bo ja mam działalność po drugiej stronie Wisły?"

"Uuuu, no, dobre pytanie, zapytam koleżankę (...) Uuu, wie pan co, bo koleżanka w sumie to nie wie, dziwny przypadek, ale niech pan składa tam gdzie ma pan działalność, tak będzie najlepiej"

"Ok, to dziękuję, do widzenia"


Zadowolony z siebie parę dni później z pięknym, wydrukowanym i podpisanym podaniem pojechałem na ulicę Kochanowskiego w Warszawie. Tam przeżyłem kilka kolejnych etapów zdziwienia xD Pierwszym było to, że punktem składania podań było takie cieć-okienko xD Jak się jednak okazało, urzędujący tam pan ochroniarz był dużo bardziej zorientowany od reszty urzędniczej zgrai. Na moje pytanie, czy z uwagi na proceduralny galimatias dobrze wybrałem miejsce złożenia podania pan podrapał się w głowę, a potem gestem wskazał mi abym poszedł za nim do pokoju na górze. Tam urzędnicy zaczęli się głowić. Jedna Bożenka powie tak, druga Grażynka inaczej. Chaos, który w krótkim czasie zapanował przypominał ten z kreskówki Dwanaście prac Asterixa. Ostatecznie stanęło na tym, że o ile miejsce złożenia podania ich zdaniem się nie zgadza, to już w drodze wyjątku dziś pismo przyjmą - ale samo podanie muszę przepisać na nowo w formie którą mi podyktują. Podobno moje pismo nie spełniało pewnych wymogów formalnych, stąd potrzeba pracowitego - i ręcznego - przepisania na kartce pod czujnym okiem Pani Sanepidowej XD


Dwa tygodnie czekania później dostałem telefon. Okazało się, że sanepidowe dokumenty to nie jest jakiś tam dowód rejestracyjny, że po prostu wpisuje się nowego właściciela i elo. Przez fakt, że mój bus sprzedawał w przeszłości jedną rzecz, a teraz będzie sprzedawał inną cały proces wyrabiania dokumentów będę musiał przejść od zera. Na pytanie, czemu mam ponownie robić odbiór, skoro wymagania są dokładnie takie same w obu przypadkach, a samo auto nic się nie zmieniło od momentu wyrabiania poprzednich papierów uzyskałem odpowiedź - takie są przepisy. Jak to w PL zwykle bywa uznałem, że pewnie chodzi po prostu o proces prowadzony dla samego procesu. Sprawdzenie, pieczątka - i wszystko będzie na legalu. Zanim to jednak nastąpi, musiałem znów pokwapić się z kolejnym podaniem, rzecz jasna osobiście xD


Parę tygodni później znów dostałem telefon. Dzwoniła pani z sanepidu, co ciekawe prawobrzeżnego - z informacją, że termin odbioru został wyznaczony na jutro i mam podjechać. Znów trochę zbiło mnie to z tropu, bo przecież nie składałem podania w prawobrzeżnym sanepidzie xD Pani jednak powiedziała, że procedura jest taka, że tam gdzie auto miało robiony pierwszy odbiór, tam ma mieć robiony zawsze. Trochę było to dziwne, bo wcześniej powiedzieli mi co innego no i trochę strachłem, co by było gdybym auto kupił np w Szczecinie xD ale już nie chciało mi się dyskutować.


Nazajutrz przyjechałem 15 minut przed czasem i czekając na swoją kolej starałem się mieć wygląd możliwie lichy i durnowaty, żeby sanepidowe grażynki poczuły litość i nie próbowały mnie przypadkiem uwalić za jakąś pierdołę xD Sam odbiór poszedł gładko - pani obejrzała samochód, weszła do środka, przejrzała podpisane umowy na odbiór śmieci, na najem miejsca, wynajem toalety dla pracowników i powiedziała że wszystko jest ok. Ja przyjąłem standardową taktykę, jaką obierałem kiedy musiałem podjechać zrobić przegląd techniczny jakiegoś gruza albo załatwić coś w dziekanacie za czasów studenckich. Na wypowiadane uwagi robiłem smutne oczy i przejętą minę i mówiłem, że tak tak, ja nie wiedziałem, ja to ogarnę. Ale tak naprawdę nie było się do czego doczepić. Jedynym elementem, który musiałem uzyskać, a którego nie miałem była dokumentacja HACCAP. Pani powiedziała, żebym dokument taki przygotował i wysłał mailem. Jak się okazało, była to czysta formalność - po wpisaniu w wyszukiwarce "haccap dokumentacja" dostałem całe mnóstwo wyników ze stronami firm, które zajmują się przygotowaniem takowej. Jeden telefon, pani po drugiej stronie poprosiła o krótki opis tego, czym buda będzie handlować i dwie godziny później dostałem 60 stronicowego gotowca, z którym w świetle przepisów powinien zapoznawać się każdy pracownik i który dokumentuje każdy pojedyńczy krok wymagany przed przygotowaniem posiłku dla klienta. Nie przestaje mnie to dziwić - zamiast trzymać się prostych, łatwych do wpojenia reguł - tworzy się grubą księgę, z której nikt nie skorzysta i której jedynym zadaniem jest odhaczenie checkboxa "Haccap" na liście. Cyrk na kółkach, no ale co zrobić. Byłem z siebie bardzo zadowolony, bo oto udało mi się ukończyć kolejny etap na mojej ścieżce i mogłem zacząć już na legalu rozpoczynać sprzedaż. Ruszyłem tak naprawdę dwa dni później, ale o tym napiszę jeszcze w kolejnym poście, bo jak się okazało - nie był to koniec historii z Sanepidem xD


Kilka dni po rozpoczęciu handlu dostałem telefon. Dzwonił lewobrzeżny Sanepid xD

"Dzień dobry, proszę jutro przyjechać samochodem zrobić odbiór"

"Yyyy, ale ja już robiłem odbiór. W zeszłym tygodniu. W tym drugim Sanepidzie"

"COOOO?! Jaki prawem, kto panu tam odbiór zrobił? U NAS MUSI PAN ZROBIĆ! Proszę przyjechać jutro o 7:00, KONIECZNIE! Bez tego nie będzie wydana dokumentacja!"


Wychodziło na to, że nie bardzo miałem jakiś wybór. Z samego rana musiałem pojechać autem na drugi koniec Warszawy (działałem na Mordorze na Domaniewskiej, sanepid był na Bielanach), załatwić formalności, potem auto odstawić z powrotem na Mordor i wreszcie pojechać do centrum do swojej "normalnej" pracy, która startowała o 9. To wszystko w godzinach porannego szczytu i za czasów, gdy Mordor faktycznie był Mordorem - ogromne korki, tysiące samochodów, dziesiątki tysięcy ludzi i wąskie, zapchane uliczki. Kolejny dzień zapowiadał się naprawdę wspaniale.


Znów planowałem użycia taktyki na biedaka, ale z uwagi na to, że buda zaczęła już działalność uznałem, że może mądrze było jeszcze podjechać do domu i wszystko bardzo dokładnie wyczyścić - ot, dla pewności. Tu mała dygresja. Pisałem jakiś czas temu, że jazda budą przypominała nieco pływanie żaglówką - przy gwałtownych manewrach wszystkie luźne lub źle umocowane przedmioty zaczynały latać po pace. Również z uwagi na to, że podczas przebudowy niespecjalnie brałem to pod uwagę, wszystkie dodane elementy wyposażenia były zabezpieczone w stylu Walaszka - jako tako, na 30%. No i co się dzieje. Jadę z Mordoru budą do domu, miałem dosłownie 8 minut jazdy. W pewnym momencie następuje klasyczny, polski manerw - na trzypasmowej drodze koleś jadący skrajnym, lewym pasem (ja jadę prawym) przypomina sobie, że za 50 metrów musi skręcić w boczną uliczkę. Przebija się przez dwa pasy na prawy jadąc jakieś 80km/h, ląduje 10 metrów przed moją maską i hamuje prawie do zera, bo za 5 metrów ma skręt. Ja w tym momencie odpalam tryb paniki, wciskam hamulec - przy czym buda bardziej spowalnia niż hamuje - i modlę się, by w niego nie uderzyć. Moje modlitwy chyba akurat tego dnia ktoś wysłuchał, bo cudem nie wjechałem w jego tył - natomiast u siebie z tyłu, na pace usłyszałem jakiś hałas i łomot - na ten moment jednak nie przywiązywałem jednak do tego większej uwagi. Parę minut później zaparkowałem auto pod domem i podstanowiłem zajrzeć na tył, żeby ocenić ewentualne straty. No i jest problem - drzwi są czymś zablokowane. Próbuję je przesunąć, a spod progu widzę wypływającą, żółtawą maź. Co się stało? Okazało się, że przy moim gwałtownym hamowaniu nie wytrzymało zabezpieczenie lodówki. Drzwi lodówki otworzyły się i wypadł z niej 18-litrowy, pełny pojemnik z ciastem naleśnikowym - składającym się klasycznie z mąki, mleka, jajek i dużej ilości masła. Pojemnik najpierw spadł z około pół metra, uderzył w stoliki (wiozłem na pace stoliki, przy których siadali klienci, bo nie miałem ich tego dnia akurat czym przypiąć na miejscu), przy uderzeniu pękł. Następnie reszki pojemnika przejechały z końca budy gdzie znajdowała się lodówka, po blatach stolików aż na początek paki - rozrzucając dookoła to co w nich było. Widok był masakryczny. Nie wiem nawet do czego mogłbym to porównać - wyobraźcie sobie, że w małym pokoju wkładacie granat do prawie dwudziestolitrowego pojemnika z ciastem na naleśniki a potem ten granat wybucha. Tak to mniej więcej wyglądało, nigdy wcześniej ani nigdy później (no... prawie xD O tym jeszcze napiszę) nie widziałem czegoś tak masakrycznego. Pierwszy raz od nie wiem kiedy po prostu opadły mi ręce i nie wiedziałem co robić. Po chwili wybuchłem. Przez kolejne minuty darłem mordę jak opętany, przeklinając wszystko co się da, kopiąc co się da, wywracając co się da i całkiem możliwe - ślizgając się i przewracając w żółtawej mazi. Pomogło. Ciśnienie ze mnie uleciało. Co też istotne, po moim wybuchu szału środek wcale nie wygladał tak znowu gorzej niż przed xD wytarłem na ile się dało buty i poszedłem do szoferki podumać. Była godzina 19:00, robiło się ciemno. Miałem 12 godzin żeby doprowadzić wnętrze do jako-takiego stanu i usunąć 18 litrów ciasta naleśnikowego, które było wszędzie.


Na start w ruch poszły ręczniki papierowe, jednak po godzinie i wyczerpaniu wszystkich rolek wyszło, że usunąłem może 20% bałaganu - i to tego najłatwiejszego w sprzątnięciu. Co gorsze, ciasto pomału zaczynało zasychać, co nie wróżyło najlepiej. Potrzebowałem pilnie pomocy - miałem jednak szczęście (w nieszczęściu). Dobry kumpel był akurat w okolicy i zadzwonił z pytaniem co robię - gdy powiedziałem mu o kilkunastu litrach ciasta i sprzątaniu tego zaoferował pomoc. Miałem dodatkową parę rąk i wyglądało to ciut lepiej, wciąż jednak roboty było mnóstwo. Na start pojechaliśmy do hipermarketu, nakupowaliśmy szmat i ręczników papierowych i stojąc na parkingu probowaliśmy jakoś ogarnąć zalegającą breję, szło to jednak bardzo powoli i opornie - po dwóch godzinach pracy udało się co prawda oczyścić niektóre miejsca, ale wciąż wnętrze wyglądało jak obraz nędzy i rozpaczy. Najgorsza była podłoga zalana na grubość palca masą naleśnikową. Potrzebowaliśmy zmienić podejście.


Po zastanowieniu się uznaliśmy, że nie ma innej opcji i podłogę trzeba po prostu wypłukać wodą. To również jednak nie było proste - ze względu na próg przy drzwiach od tylnej ściany, nalana do środka woda albo zostałaby w środku na stałe albo zaczęła wsiąkać wraz z ciastem w przeróżne szpary i tylko pogorszyłaby sytuację. Udało nam się jednak wymyśleć i na to sposób. Próg zdemontowaliśmy, a auto pojechaliśmy zaparkować na na wałach wiślanych - tak, że tył był dobre pół metra niżej niż przód. Czemu tam? Po pierwsze, było relatywnie blisko. Po drugie, nie przychodziło mi na szybko do głowy inne miejsce, gdzie będę miał podobny spadek terenu. Po trzecie wreszcie, ze względu na późną porę i relatywnie odludną okolicę, wydawało się, że tam będzie najmniejsza szansa, że ktoś zwróci uwagę, że dwóch głąbów wypłukuje jakiś syf przez tylne drzwi zaparkowanego dostawczaka xD O dziwo, pomysł zadziałał. Woda z pomocą mopa dość sprawnie wypłukiwała nazbierane ciasto i jakąś godzinę oraz 15 baniaków wody później wnętrze było ogarnięte. Dochodziła trzecia w nocy, kumpla odstawiłem do domu, a sam wróciłem do swojego. Gdy uporałem się ze wszystkim była już 4 rano, buda była jako-tako ogarnięta, nie było może perfekcyjnie ale i tak dużo lepiej niż to, jak wyglądało to parę godzin wcześniej. Miałem jakieś półtorej godziny snu, żeby potem zerwać się, pojechać do sanepidu i być tam na siódmą rano na kontrolę. Wstałem nieprzytomny, jak po grubej imprezie. Głowa mnie bolała, mózg ledwo kontaktował, oczy się kleiły - ale nie było wyjścia, trzeba było jechać. Całą drogę przeklinałem moment, gdy przyszło mi do głowy kupowanie foodtrucka i modliłem się tylko o to, żeby dopiero co rozpoczęty dzień już się skończył.


Na kontroli były tym razem dwie panie sanepidowe, jedna jakaś stara wyjadaczka i druga młoda, praktykantka. Jako człowiek, który jeden odbiór już w życiu przeszedł szybko oprowadziłem je po aucie: "Proszę bardzo, tu jest szafka na środki czystości, przestrzeń do przebierania się, blaty robocze, zlewy, umowy, księga HACCAP" - chciałem mieć wszystko jak najszybciej za sobą - "Jest ok?". Starsza sanepidówa przyglądała się wszystkiemu: "O, a tu ma pan bojler na wodę. To proszę włączyć ten boiler i zagrzać w nim wodę, zobaczymy czy działa". Na nic zdały się moje tłumaczenia, że wcześniej go nie uruchamiałem i nawet nie wiedziałem, czy działa na 12 volt czy 230V, do czego potrzebowałbym wpiąć się do sieci. Nie wiedziałem nawet, ile potrwa nagrzewanie wody. Sanepidówa była nieubłagana. Dała mi pięć minut na uruchomienie boilera, nieważne jak - w przeciwnym razie obiór będzie niezaliczony. Na myśl o tym, że jeszcze raz będę musiał przechodzić cały ten cyrk, znów pisać podania, znów umawiać się, znów przyjeżdżać i użerać się - chciało mi się rzygać. Stara sanepidówa mówiąc że mam parę minut na ogarnięcie się poszła na górę do swojej kanciapy, zostawiając ze mną młodszą asystenkę. Ja w tym czasie desperacko walczyłem z bojlerem, który na dobrą sprawę nie wiedziałem nawet czy działa. W tym czasie, niczym w grze, wyobraźnia podsuwała mi sugestie na różne opcje dialogowe z młodszą sanepidówą z różnymi wyjściami z sytuacji - blef, łapówka, granie na litość, uwiedzenie jej xD Ale mimo moich prób żadna z opcji nie działa, strach przed przełożoną był silniejszy niż moje smutno-proszące spojrzenie pobitego kota xD Po dziesięciu minutach walki, oglądania bezpieczników, śledzenia kabli i wciskania rozmaitych przycisków dałem za wygraną, nie wiedziałem co zrobić żeby włączyć ten cholerny boiler, nie wiedziałem nawet czy w ogóle działa. W poczuciu porażki, krzywdy, niesprawiedliwości i straconego czasu poszedłem do kanciapy starej sanepidówy.


"No i co, udało się uruchomić boiler?" - zapytała stara. Nie czekając na moją odpowiedź, młodsza zaprzeczyła. Stara tylko pokiwała głową, podpisała się na jakimś papierku - "Proszę pana, w takim razie auto jest niesprawne. Trzeba ten boiler naprawić i ponownie przyjechać zrobić odbiór jak wszystko będzie gotowe. Oczywiście po napisaniu stosownego podania. Póki co natomiast odbioru nie ma i auto nie nadaje się do użytkowania. Nie może prowadzić pan działalności." W poczuciu porażki i pogodzenia się z losem już wyciągałem ręce po papier z niezaliczonym odbiorem, gdy nagle w mojej głowie pojawiła się nowa opcja dialogowa: CHAOS. Pomyślałem, że kliknę i zobaczę co się stanie.


"Wie pani co, no tak, ja wszystko rozumiem, będę musiał coś zrobić z tym boilerem. Tylko wie pani, ja dosłownie parę dni temu byłem w tym drugim sanepidzie i miałem tam robiony odbiór i przeszedłem go pozytywnie. I teraz państwo chcieliście, żebym ja przyjechał do państwa zrobić odbiór po raz drugi - i u państwa go nie przeszedłem. Więc mam teraz dwa dokumenty, jeden pozytywny i drugi negatywny na to samo auto. To w końcu jak jest?"


Nastała kilkusekundowa cisza, po której sanepidowe grażynki w liczbie trzech czy czterech (w kanciapie urzędowała ich większa grupa) rzuciły się do mnie i do dokumentów z poprzedniego obioru, które przezornie zabrałem ze sobą. Z namaszczeniem i skupieniem wertowały papiery pochodzące z drugiego sanepidu. W końcu jedna sanepidówa wzięła do ręki stary, stacjonarny telefon i wybrała numer. "Halo, Bożenka? Był u was pan z samochodem robić odbiór? Numer rejestracyjny taki i taki? Aha. No i ma ten odbiór? Aha. No dzięki, bajo. Proszę pana, pan ma odbiór już zrobiony, po co pan w ogóle do nas przyjechał i marnuje nasz czas? To w ogóle niepotrzebne wszystko było. A działalność może pan prowadzić."


Nie byłem do końca pewny, co się właśnie odjebało, ale nie chciało mi się już nawet dyskutować. W milczeniu, ale i w poczuciu zwycięstwa opuściłem budynek sanepidu. Potem już tylko kurs na Mordor, zostawienie tam samochodu, przesiadka na motocykl, przejazd do biura w deszczu, dotarcie na miejsce kompletnie przemoczonym i siedzenie z laptopem przez kilka godzin w salce konferencyjnej żeby wyschnąć i nie wyglądać jak debil - i dzień był zaliczony. Był to pierwszy i na szczęście ostatni kontakt z sanepidem, jaki miałem przez czas mojej gastrokariery. A księga HACCAP trafiła do szuflady, gdzie leży po dziś dzień i nikt jej więcej nie widział. Koniec.


Tzn. jest to koniec wpisu o sanepidzie, bo kolejne jak będą - mam nadzieję, że z trochę większą częstotliwością niż do tej pory:) W kolejnym wpisie trochę o ludziach, z którymi pracowałem.

Zaloguj się aby komentować

Uzdatniania harlejka z USA ciąg dalszy. Tylny błotnik oberwał trochę przy przewrotce, nie były to może wielkie straty ale efekt widać na foto - ładnie to nie wyglądało. No, to błotnik do malowania - pomyślałem sobie. Ale minęło trochę czasu i włączył się tryb cebuli. A może jednak zamiast dawać do malowania to lepiej porzeźbić coś na początek na własną rękę? A jak będzie do d⁎⁎y, to i tak oddam do pomalowania? Co mi szkodzi spróbować? Mając w głowie te słynne ostatnie słowa, wziąłem się do roboty. Rozkręciłem tył, błotnik zdjąłem i kilka filmików z youtube później wiedziałem już mniej więcej co będzie mi potrzebne. Papier ścierny 3000 i 5000, lakier zaprawkowy plus bezbarwny, pasta polerska. Najwięcej spędziłem nad wyborem pasty, bo wybór przytłaczał, a co jedna to jakieś negatywne opinie. W końcu trafiłem na 3M, trochę jednak zgłupiałem - kilka rodzajów ich past polerskich, jakieś systemy, kolorowe korki, wtf. Na szczęście na stronie dali filmiki, które z grubsza tłumaczyły co i jak. Pastę kupiłem, odżałowałem nawet na dedykowany pod nią pad polerski xD Wczoraj wszystko przyszło, no to do roboty.


Najpierw dałem tu i tam lakier zaprawkowy, który w ogóle nie pasował do mojego koloru xD Ledwo zacząłem, a już było źle. Lakier w dużej części zmyłem, zostawiłem tylko w najgorszych miejscach, gdzie farba zeszła do metalu - już lepszy trochę niedopasowany kolor niż goły metal. Na to bezbarwny, a potem szlifowanie papierem ściernym - 1200, 3000, 5000. Na koniec było w miarę równo, ale dalej wyglądało tak sobie xD Zostawiłem na noc, dziś przepolerowałem pastą i daaaamn! Może dalej widać, że coś było robione, ale koszt był mały a efekt jest co najmniej jako tako.


Z tego powodu końcowy efekt roboty dostaje u mnie Łęcina motor sticker. #pdk Ciekawe, czy z bakiem też mi się tak uda przyceboolić.


#motocykle

31ba8ac6-4daa-47b9-aabc-3bd89b5d43e5
4008f5df-8811-48d3-8710-c36a1ab118a2
67f6015b-59a0-4830-a4d6-87795f21f5a3
6a06612a-07d8-46b8-9d9c-ae6cb6c651a0
7f3c7a79-be1e-4bdd-830e-a11d19dccb67

Zaloguj się aby komentować

Korzystając z kilku dni wolnego, wziąłem się do ogarniania kupionych motorków. Uznałem, że na pierwszy ogień pójdzie pomarańczowy sportster 1200 - po cichu liczę, że będzie to taki "quick win" który pozytywnie nastawi mnie psychicznie przed Dyną, która wydaje się wymagać sporo więcej uwagi.


Sportster trafił na licytację po tym jak zaliczył szlifa na lewą stronę, efektem czego był pogięty bak, zniszczona kierownica, zdezintegrowany licznik i parę innych elementów, które również dostały przy tym w kość. Do tej pory kiedy trafiałem na uszkodzony element zwykle po prostu kupowałem nowy lub używany, ale w wizualnie dobrym stanie. Powodowało to jednak, że szacowane koszty napraw potrafiły ostatecznie pójść w górę sporo więcej niż szacowałem xD stąd zacząłem zastanawiać się nad tym, czy niektórych elementów nie udałoby się jakoś uzdatnić i tym samym zaoszczędzić trochę kasy. Początkowo gdy zauważyłem, że przełączniki po lewej stronie kierownicy będą wymagać uwagi, nie przeraziłem się. Wydawało mi się, że wymienie przyciski lub cały element i sprawa będzie zamknięta. Niestety, wszystko skomplikowało się, kiedy zauważyłem że sportster z mojego rocznika nie ma już zwyklackich przycisków, tylko moduł przełączników wpięty w magistralę CAN - a ja nawet nie wiem z czym się to je. Na domiar złego przyciski wydawały się zablokowane i nie do użycia, co wróżyło tylko, że cały element będzie do wymiany. No dobra, to ile może kosztować parę przełączników - pomyślałem. Okazało się, że niemało, bo używka to 700 pln, a nówka 2600 pln - i to za sam moduł, bez obudowy. Trochę sporo. Byłem już gotowy westchnąć ciężko i zaakceptować wydatek, ale stwierdziłem że zobaczę jeszcze jak wygląda to w środku.


Po rozkręceniu elementu okazało się, że nie jest tak traficznie - co prawda same przyciski były zjechane od spotkania z asflatem, ale je można łatwo zastąpić - natomiast sam moduł był nieruszony, odłamane był tylko dwa plastikowe elementy do których mocowany jest przycisk. Oszkodzone elementy przymocowałem za pomocą kleju i lutownicy, zgrzewając je ze sobą (jak widać skille w klejeniu czołgów przydają się również poza modelarstwem xD). Może nie wygląda pięknie, ale sprawdziłem i jest wytrzymałe, a przycisk po zamocowaniu działa jak należy. No i udało się oszczędzić prawie 700 złotych. Czuje dobrze człowiek.


#motocykle

180d4a24-5ec3-4dd2-b138-89d8a4852410
8ea96970-cca7-4bc5-b2a3-027a21775965

@knoor jak tak na spokojnie podejdziesz do tematu to zobaczysz, że bardzo dużo da się naprawić i wcale nie trzeba wymieniać:)

Zaloguj się aby komentować

W Polsce niektórzy kierowcy kupują sobie obrazki/breloczki ze św. Krzysztofem, żeby wspierał ich przy szybkiej, acz bezpiecznej jeździe - jak się okazuje również w USA mają swoje przesądy związane z motoryzacją. Pisałem ostatnio o harlejkach, które kupiłem sobie na licytacji:

https://www.hejto.pl/wpis/przyszly-mi-dzis-dwa-harlejki-ktore-wygralem-sobie-na-aukcji-w-usa-harlejki-kupi

i wczoraj wziąłem się za ich dokładniejsze oględziny, w celu określenia ile elementów będzie wymagało naprawy lub ogarnięcia.


W jednym z motocykli na początku moją uwagę zwrócił mały, metalowy dzwoneczek przyczepiony do ramy, uznałem że widocznie był to jakiś kaprys poprzedniego właściciela lub właścicielki. Przy dokładnych oględzinach znalazłem podobny dzwonek również przy drugim motocyklu, stąd uznałem że coś jest na rzeczy i zaciekawiony poszukałem wiecej informacji o tym w internecie. Okazuje się, że wieszanie dzwonka przy motocyklu to dość powszechny w USA zwyczaj, który swoje korzenie ma jeszcze w czasach II wojnych światowej. Powstał wtedy przesąd, że za rozmaite drobne usterki sprzętów, jak np. samolotów to sprawka gremlinów - aby je odstraszyć, należało właśnie zawiesić taki dzwonek. Gremliny nie lubią jego dźwięku i pojazd zostawiają w spokoju. Po wojnie zwyczaj przeszedł "do cywila" a z uwagi na mniejszą podaż samolotów, gremliny przerzuciły się na motocykle. Podobno przesąd jest szczególnie żywy w środowiskach związanych z HD, a gremliny japońska/europejska konkurencja niespecjalnie interesuje i zostawiają zwykle je w spokoju - no ciekawe xD W przypadku moich sprzętów jednak dzwoneczek musiał być jakiś trefny, bo w oba spotkała najpierw gleba, a potem wysyłka do polaka-biedaka celem uzdatnienia xD


Po dokładniejszych oględzinach zrobiłem sobie szczegółową listę rzeczy, które będę musiał ogarnąć żeby motocykle przywrócić do stanu bliskiego fabrycznemu. Lista nie jest póki jakoś przeraźliwie długa, najgorszą i najdroższą w pozyskaniu rzeczą będą dolne półki, bo moje w obu przypadkach mają uszkodzony ogranicznik skrętu. Spawanie tego raczej odpada, bo to odlewane aluminium - w grę wchodzi albo kupno używek albo nówek od dilera. Tu mam jednak mały rozstrzał, bo znalazłem dwa numery części i jedna jest za 1300 pln a druga za 4000 xD Reszta rzeczy póki co to głównie kosmetyka i rozmaite drobiazgi. Uszkodzony bak planuję dać do wyciągania, a potem pomalować we własnym zakresie. Od pewnego czasu już chciałem się pobawić w lakiernika no i w końcu też będę miał pretekst do kupienia sobie kompresora xD


#motocykle trochę #ciekawostki

415f4078-de82-45ee-a873-fd4a1b43bc78
947ab50c-762a-4067-926e-2addd5ece181

@knoor wrzuć zdjęcie tych półek, to nie tak że się nie da:) Jeśli jesteś zdecydowany że wogole kupujesz inne to co ci szkodzi oddać do jakiegoś speca? Gościu spawający felgi, albo lepiej głowice powinien to zrobić:)

Zaloguj się aby komentować

Przyszły mi dziś dwa harlejki, które wygrałem sobie na aukcji w USA. Harlejki kupiłem trochę dla beki, a trochę w ramach zajęcia na zimowe wieczory, o czym pisałem kiedyś tutaj:

https://www.hejto.pl/wpis/kupilem-dzis-na-aukcji-w-usa-dwa-walone-moto-do-podlubania-sobie-przez-zime-trzy


Generalnie nie jestem jakiś wielkim fanem tej marki, ale toporność i prymitywizm tych konstrukcji ma w sobie pewien urok. Do tego robią moim zdaniem za całkiem fajną platformę, którą można potem w dość dowolny sposób przerobić pod swój gust. Jasne, na koniec dnia wciąż będzie to kilkuset kilowy kloc z gównianym zawieszeniem i hamulcami xD ale ja lubię sobie podłubać i wprowadzać jakąś swoją wizję estetyczną w życie. Po drugie, mam już w domu cały zestaw narzędzi calowych, więc trzeba było znaleźć im jakieś zajęcie;)


Parę słów o motorkach:

Przyszły strasznie uchlewione i mokre, do tego z nalotem powierzchownej rdzy - nie wiem, czy od stania na placu w USA czy od transportu morzem, pewnie jedno i drugie. Ogólnie wizualnie wyglądały gorzej, niż się spodziewałem, ale raczej na zasadzie, że jak to mówią: Not great, not terrible. Sama wysyłka trwała dość szybko, aukcję wygrałem 20.10 a pierwszy moto był w Polsce już 8.12 - tylko laweciarzowi nie chciało się ruszyć d⁎⁎y żeby mi go przywieźć xD

Pierwszy motorek to sportster 1200 w wersji 72. Przygoda, jaką zaliczył to szlif na lewą stronę. Z tego co zdążyłem już na szybko obejrzeć w garażu, uszkodzenia są główie estetyczne. Kierownica i przełączniki po lewej stronie są do wywalenia, manetki również (to akurat spoko, bo są paskudnie chromowane); bak po prostowania i malowania, pokrywa akumulatora do wywalenia, dekielek silnika do wymiany, trochę rysek na tylnym błotniku. Do wymiany są tylne światła, mam już kupione. Do wyprostowania lub wymiany dźwignia zmiany biegów. Najdroższą rzeczą będzie skołowanie nowego licznika, bo stary zdezintegrował się przy szlifie. Mam to szczęście, że ten rocznik sportstera trzyma przebieg w komputerze, więc wystarczy załatwienie nowego licznika i tak naprawdę moto gotowe. Ogólnie na pierwszy rzut oka wydawało się, że będzie źle, ale poza bakiem zapowiada się łatwo. Pewnym minusem jest to, że silnikowo sporciak jest totalnie stockowy, nici z wyjeżdżania z garażu o 6 rano na pełnej ku uciesze sąsiadów xD jedyny bajer do akcesoryjna kanapa, którą jednak planuję wymienić.


Drugie moto to Dyna low rider z 2007. Tu zupełnie odwrotnie, wydawało się, że nie będzie dużo do robienia a jest wręcz przeciwnie xD Dyna wg moich szybkich oględzin przewróciła się na prawą stronę, szurnęła sobie po asfalcie i podczas tego szurania przywaliła w coś z impetem przednim kołem. Uderzenie raczej nie było mocne, ale moto waży chyba ponad 300kg przez co zniszczenia okazały się spore - ograniczniki kierownicy, zarówno na ramie jak i na półce powiedziały adios, kierownica pobawiona ogranicznika przygrzmociła w bak robiąc w nim wgniecenie, przedni błotnik się powyginał a lagi zrobiły się tak krzywe, że brakuje słów. W niewiadomym stanie jest silnik, z ciekawości sprawdziłem już czy ma może regulowane popychacze, co mogłoby wskazywać na jakieś grubsze silnikowe mody, niestety popychacze siedzą zwyczajne. Silnik na pewno rozkręcę, ciekawią mnie przede wszystkim wałki rozrządu, ale również bicie na wale korbowym (brrr), kompensator, napinacze i ogólnie takie takie. Poza tym jest też trochę kosmetyki do zrobienia, jakieś duperele w stylu ryski na niektóych elementach, światła, gripy. Z fajnych rzeczy, mam tylny zawias ohlinsa, wydech 2w1 i jedyną słuszną kanapę w stylu dyna bro. Z zaplanowych rzeczy, chcę wrzucić na przód zacisk brembo i może emulatory do przedniego zawieszenia (chyba, że przy rozbieraniu widelca znajdę już w środku emulatory racetecha). Ogólnie przy dynie będzie więcej roboty, ale planuję zostawić sobie to moto na jakiś czas i poupalać w lato na mieście robiąc z siebie pajaca xD


To na razie tyle, wrzucę jakiś update gdy coś śmiesznego się wydarzy, a koszt myślę że wrzucę jak ze wszystkim się uporam.


Poniżej jeszcze fotki z aukcji, bo tu moto są jeszcze czyste i jako tako wyglądają xD


#motocykle

a0697a2c-f134-4f64-8a99-fff4b9a0066e
2c7554ca-9032-4ae5-80f4-a4bc3f57b6ef

@konrad1 Ehh, no własnie już jeden tag na który nie mam czasu kiedy pisać zrobiłem, z dwoma to już w ogóle byłby kosmos xD A robienie motorków to byłby nawet wdzięczny temat do nagrywania filmików, ale do tego z kolei nie mam ani skilla ani chęci - a i samo dłubanie robię trochę partyzancko w bloku, więc nie ma się czym chwalić:D


@GrindFaterAnona Z grubsza opiszę co i jak, niemniej to nie jest porada inwestycyjna i nie wiem, czy wszystko jest 100% zgodne z rzeczywistością;) Ja robiłem research przed licytowaniem i moje jedyne doświadczenie to właśnie te dwa motorki. Tak to zawsze kupowałem coś z PL i oglądałęm osobiście.


No to tak, jeżeli chodzi o aukcje: w USA kiedy auto zalicza dzwona i ubezpieczyciel wbija "całkę" to auto dostaje wpis w ichni dowód rejestracyjny. Takiego auta nie można w USA już zarejestrować* i idzie na aukcję. Są generalnie dwa duże portale, Copart i IAAI. Idea portali była taka, żeby sprzedawać powypadkowe pojazdy firmom, które zajmują się ich rozbiórką i pozyskiwaniem części. Trafiają tam zarówno totalne szroty, gruzy po powodzi, pojazdy po mniejszych lub większych dzwonach i też takie, gdzie uszkodzenia wydają się relatywnie niewielkie, ale są kosztowne i naprawa przekracza wartość pojazdu. Dodatkowo Copart ma jeszcze "podportale" typu Crashed Toys, gdzie również są powypadkówki, ale zwykle w trochę lepszym stanie.


Żeby licytować pojazd na ichnich portalach trzeba zapłacić hajs za licencję i wpłacić kaucję - tak po prostu z ulicy nie ma opcji. Kupowanie licencji jest akceptowalne, jeśli mieszka się w USA i ma się jak ogarnąć pojazd z placu, no ale siedząc w PL najlepiej zdać się na pośrednika. Zauważyłem, że są dwa rodzaje pośredników:


   Typ pierwszy to firma, której mówisz: elo, szukam tego i tego, znajdźcie mi. Firma szuka po aukcjach, jak znajdzie to ci licytują do kwoty na którą się zgodziłeś, potem płacisz i ogarniają transport i resztę. Czasem mają też kogoś onsite, kto sprawdzi i ogarnie. Na koniec odpalasz im prowizję i podobno na wszystkich innych rzeczach też coś tam przycinają - nie wiem, nie korzystałem. Generalnie jest tak, że zlecasz im kupno czegoś i to ogarniają

   Typ drugi, to firma, która udostępnia ci możliwość licytowania na własną rękę. Czyli po prostu zakładasz konto, wpłacasz im kaucję, licytujesz i albo wygrasz albo nie. Jak już wygrasz, dostajesz info od pośrednika i przelewasz hajs w transzach: najpierw za pojazd, potem za transport, na końcu za odprawę celną. Pośrednik ma deale z firmami transportowymi i wszystko ogarnia - transport do portu, przez Atlantyk i na koniec do Polski wraz z odprawą (opcjonalnie). Za usługę biorą prowizję, czy przycinają coś dla siebie na trasporcie nie wiem - ale ceny mieli z tego co patrzyłem rynkowe lub wręcz ciut poniżej. Ja zdecydowałem się na tę opcję, bo hehe, synek, sam sobie ogarnę, nie będę płacił aż tyle tym złodziejom.

@GrindFaterAnona (sorry, musiałem podzielić bo wyszło za długie xD) Co do samych aukcji - pośredników typu drugiego jest od groma, każdy ma jakąś swoją stronę gdzie zaciąga nadchodzące aukcje z Coparta i IAAI. Licytacja wygląda trochę jak na allegro (tym sprzed 20 lat ofc xD). Aukcje są wrzucane zwykle z tydzień do przodu. Przez ten +/- tydzień trwa "faza wstępna" czyli ludzie mogą zaoferować jakaś kwotę - od tej kwoty wystartuje licytacja. Jest też czasem opcja "kup teraz", co oznacza chyba nie trzeba tłumaczyć:) Licytacje startują o określonej porze, dwie godziny przed startem przestają przyjmować oferty. Pośrednikowi podajesz swoją maksymalną kwotę i do tej kwoty będzie Ci licytował - jak się uda taniej, będziesz miał taniej jak cię przebiją no to sprawa jasna. Mój pośrednik miał jeszcze skrypt, że licytował +200usd lub +2% od podanej kwoty o czym informował więc ew. warto mieć to na uwadze. Licytacje startują o określonej godzinie i leci po kolei pozycja po pozycji. Gdy dojdzie do twojej, zwykle trwa to 30 sekund i wszystko jest jasne - albo wygrałeś albo nie. Jeśli wygrałeś, to jest jeszcze jeden haczyk, bo nie wszystkie aukcje są od złotówki bcm xD Copart czasem daje minimalną, czasem nie, IAAI zawsze zostawia sobie możliwość odrzucenia oferty. Jeśli zalicytowałeś poniżej minimalnej czasem przyklepią deal, czasem nie - ale raczej nikt za darmo nic nie odda. Właśnie, co do cen. Kwota wylicytowana to jedna rzecz, do tego dochodzą różne koszty dodatkowe, prowizja domu aukcyjnego itd. Są też kary za placowe, tzn. za to że pojazd stoi na placu a termin odbioru minął itd. Warto mieć to na uwadze i mieć przygotowaną kasę na wypadek wygranej, bo inaczej jeśli za auto nie zapłacisz w terminie wejdą kary i pośrednik zabierze z kaucji. No i dalej już w miarę prosto, pośrednik zleca odbiór firmie transportowej (mi przy tej okazji zrobili fotki tych szrotów, które kupiłem i wysłali na mail), pojazd idzie do kontenera, z kontenera na statek i do Europy. W Europie odprawa i gotowe.


Jeżeli chodzi o pośrednika, ja korzystałem z bid cars, do którego podchodziłem trochę z rezerwą, bo było ich sporo na społecznościówkach a trochę nie ufam takim firmom. Ogólne odczucia pozytywno-mieszane. Kaucja wpłacona i zwrócona błyskawicznie (wypłaciłem od razu po kupnie motorków, bo nie planowałem kupować kolejnych xD), cały proces dość przystępnie zorganizowany i opisany na ich stronie, żeby zrobić dobrze i tanie. Informują sms i mailem o konieczności wpłat, statusach itd. Ogólnie sporo jest tam zautomatyzowane i za to spory plus. Bardzo duży plus za to, że już przy licytacji podają w zasadzie końcowy koszt pojazdu, łącznie z dostawą pod dom. Opłaty za transport również przystępne. Z minusów, stronka jest trochę toporna, a jakość zdjęć które zaciągają z Copart/IAAI niska (warto sprawdzić bezpośrednio na Coparcie, tam fotki są w wyższej rozdzielczości). Brakowało mi tak trochę takiego osobistego poprowadzenia za rękę po tym jak wygrałem swoje moto, chciałem zrobić przelew i nie do końca wiedziałem co tam powpisywać w banku - zadzwoniłem i gadałem przez telefon z jakimś niemiłym typem, któego uniwersalną odpowiedzą było "Jest na stronie" i nie podobało mi się xD Drugi, ogromny minus to laweciarze - mają jakichś januszy z którymi współpracują z którymi ustalenie czegokolwiek graniczy z cudem. Laweciarze odbierają ci pojazd z portu i podrzucają pod dom - ale robią to w zależności od tego jak im podpasuje, co z kolei nie podpasowało mi. Ogólnie gdyby nie laweciarze dałbym 8/10, z laweciarzami, którzy mnie wkurzyli daję okolice 5-6/10. Na pewno dobra opcja na start żeby zobaczyć z czym to się je.


Wyszła ściana tekstu, sorry xD Jakbyś miał jeszcze jakieś pytania, wal.


*tzn. można ale trzeba wcześniej zrobić porządną naprawę i jakiś szeryf czy ichnie DMV musi uznać, że auto czy też moto jest sprawne i nadaje się do ruchu. Tak czy siak wpis w papierach zostaje** i wartość takiego pojazdu przy sprzedaży jest niższa


**no i też niby tak, ale nie do końca, bo również w USA są Janusze;) otóż istnieje myk, że w niektórych stanach przy zrobieniu tego pocałkowego przeglądu wpis o całce znika z papierów - więc handlarze kupują gruza, naprawiają, rejestrują w stanie, gdzie wpis o całce znika z papierów i znów rejestrują w innym stanie:D i mamy "clean title"

@GrindFaterAnona No wiesz, to już zależy od konkretnego przypadku;) Suma opłat i kosztów przy transporcie do PL to na dzień dobry ok. 10k PLN, więc nawet jeśli moto kupiłeś za dolara, to raczej poniżej tego nie będzie. Samo moto no to zależy od konkretnej aukcji i licytujących, przykładowo sporciaki między 1000-3500 USD chodzą.

@knoor szwagier ma dyna superglide, sprzęt za⁎⁎⁎⁎sty, pierdzioch niby, ale banana na twarzy robi idealnie

Zdemontował tylną kanapę, bo siorka chciała z nim non stop jeździć xD

Teraz se ne da

Zaloguj się aby komentować

Po trzech latach przerwy wziąłem się dziś znów za malowanie czołgów. Padło na Ferdinanda - który to puryści powiedzą, że jest działem pancernym a nie czołgiem, ale z uwagi na to, że jego twórca widział go jako czołg, to myślę że można przymknąć oko na tą nieścisłość;)


Model to Dragon 1:35, nie chciało mi się nic w nim przerabiać, więc zrobiłem tak jak był w pudełku. Na sam koniec budowy przyszło mi do głowy, żeby zrobić pojazd styrany staniem pod chmurką, z odchodzącą farbą i mnóstwem rdzy, a do tego ani przymocowane narzędzia ani peryskopy nie bardzo pasują, no ale już trudno.


Na start pomalowałem wszystko ciemnobrązową farbą, mającą imitować skorodowaną, starą, grubą stal. Elementy, które były zrobione z cieńszej blachy - czyli w sumie tylko skrzynkę i błotniki - prysnąłem bardziej pomarańczowym kolorem. Ferdinand nie jest małym pojazdem, więc poszło masakrycznie dużo (jak na modelarskie realia) farby, prawie cały duży słoiczek Tamiyi.


Na fotce złożony na sucho oraz po pierwszym etapie malowania. W komentarzu fotki jakiegoś porzuconego Ferdinanda/Elephanta do inspiracji oraz fajne fotki z fabryki z ukończenia ostatniego egzemplarza przyozdobionego podpisami robotników.


#modelarstwo

e454bfd6-20b1-4825-823d-eddf8d24771b
b574b06e-71f6-42db-a64e-95189004aced

@knoor wiele osób mówi że Ferdinand można określać zamiennie z Elefant - a to błąd, minimalne różnice występują. Ferdinand był pierwszy, nazwa zasugerowana przez samego projektanta pana Porsche (nie zaakceptowana przez Hitlera). Elefant to zmodernizowana w 1944 wersja Ferdinanda, różni się dodatkowym pancerzem przykręconym do przedniej płyty, portem karabinu z przodu i dodatkowymi karabinami dla załogi gdyż Hitler uznał że pojazd jest słabo chroniony przed piechotą.


Pojazd nie zyskał większego uznania ze względu na kiepską mobilność i dość skomplikowaną budowę napędu i został wyparty przez Jagdpanther. Niemniej jednak był skuteczny w walce z czołgami i miał wysoki stosunek zniszczeń do strat własnych wynoszący 10-15 do 1.


Dokument na ten temat jest bodajże na YT.

Kiedyś, dawno temu też popełniłem takiego ferdka. Wszystko malowane pędzlem, zimmerit z Milliputa piękne czasy, nostalgłem. Czekamy na kolejny etap.

a730b655-f66e-4f64-836d-c18d87c32c4b

Zaloguj się aby komentować

Kupiłem dziś na aukcji w USA dwa walone moto do podłubania sobie przez zimę, trzymajcie kciuki żeby rama chociaż była prosta xD


#motocykle #motoryzacja

@tamtototamto Aukcję i moto wyszukiwałem sobie sam, transport, licytację i sprawy celne ogarniać ma pośrednik.

@nyszom Ja to lubię się pakować w różne dziwne historie xD mam nadzieję, że dojdą w całości i np. nikt nie zdecyduje wykręcić zawieszenie ohlinsa przy ładowaniu do kontenera xD

ad1e10ba-2ebc-4408-9d88-fed1ff2f4241
e0d0de4e-2fbe-4b3c-b848-4bb3ca556023

Zaloguj się aby komentować