Zdjęcie w tle

fonfi

Fanatyk
  • 596wpisów
  • 3936komentarzy

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

Zróbcie sobie przerwę od świątecznych przygotowań, bo razem z kolegą @Endrevoir podrzucamy świeżutkie rymy:


Temat: Baba na Wielkanoc

Rymy: rodzynki - kłótnie - cytrynki - rozrzutnie

Zasady:

  • Masz podany temat i rymy

  • Ogarniasz wierszyk mniej lub bardziej w tej tematyce i z podanymi rymami.

  • Oczywiście rymy powinne być użyte z zachowaniem podanej kolejności

  • Szerzysz radość z tworzenia

  • Et voilà


#naczteryrymy #poezja #tworczoscwlasna #zafirewallem

Znowu dokazują kochane rodzynki,

Znów nastały nasze przedświąteczne kłótnie,

Znowu budzą myśli kwaśne jak cytrynki,

Znów pragnę w wielki świat ruszyć rozrzutnie.

No dobra, @Kaligula_Minus świntuchu, idziemy twoim tropem


Jej stanik to marketing, pod spodem rodzynki

Kto prawdę poznał, ten wszczynał kłótnie

Liczył na melony, no, chociaż cytrynki

Darząc prezentami damę tę rozrzutnie.

Zaloguj się aby komentować

Cytat na dziś:


– Nie będę latał na żadnym dywanie! – syknął. – Mam lęk gruntu.

– Chciałeś powiedzieć: wysokości – poprawiła go Conena. – I nie bądź głuptasem.

– Wiem, co chciałem powiedzieć. To grunt zabija!


Terry Pratchett, Czarodzicielstwo


#uuk

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

To będzie taki trochę nietypowy jak na mnie wpis. Jako że wiosna już pełną gębą, roślinki zaczynają rozkwitać, zbliża się świąteczny weekend i pewnie wiele osób wybierze się na spacery, to mam polecajkę dla Warszawiaków albo tych, którzy naszą "piękną" stolicę planują w najbliższych dniach odwiedzić. A mianowicie bardzo chciałem Państwu polecić Magnolie na Saskiej Kępie .


Informację o nich znalazłem na podlinkowanym blogu (skąd też bezczelnie zajumałem mapkę, żebyście mieli jeden klik mniej) prawie dwa lata temu, ale niestety już po okresie kwitnienia. Na kolejną okazję musiałem czekać prawie cały rok - aż do zeszłorocznego kwietnia. Nawet sobie w kalendarz wbiłem, żeby nie zapomnieć. I faktycznie rok temu wybraliśmy się z żoną na rowerową (no kto by się spodziewał) przejażdżkę śladem z załączonej mapy.


I powiem Państwu, że szczerze i gorąco każdemu taką wycieczkę polecam! Niektóre okazy są przeogromne i przepiękne. Do tego stopnia, że ustawiają się kolejki "gapiów", żeby sobie zdjęcie zrobić. I wcale tym razem nie koloryzuję.


Na zachętem wrzucam kilka zdjęć z naszej wyprawy.


I to chyba tyle chciałem napisać


#ksiezycowyspacer #spacery #polecam #ruszwarszawa #warszawa #natura #ciekawostki

a0e53c77-5d5d-445c-8152-80262b80de63
becb6a5b-9041-4e56-8604-c6d232bec6f4
c496fba0-dffa-4f4a-9ee6-59924f09dd28
50ea73d5-0453-4a1e-952c-82b6006ac1ec
2d6741b0-75e8-48eb-916d-66570a522787

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Cytat na dziś:


– Potrzebny nam plan - oznajmił Nijel.

– Możemy spróbować uciekać dalej – zaproponował Rincewind.

– A czy to cokolwiek rozwiązuje?

– Rozwiązuje większość spraw.


Terry Pratchett, Czarodzicielstwo


#uuk

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wieczór się z Państwem,
Kolega @George_Stark zakończył był poprzednią edycję naszej zabawy #naopowiesci, w której - jak sam zauważył - moje opowiadanie okazało się "bezkonkurencyjne". Głównie dlatego, że literalnie nie miało żadnej konkurencji. Z tego też powodu mam teraz przyjemność otworzyć edycję kolejną - oznaczoną numerem XXVI (słownie: 26). Edycja ta będzie miała tylko jedną zasadę. Zgłoszone opowiadanie musi zaczynać się od słów:


Monika otworzyła oczy. Oślepiona intensywnym światłem zamrugała i…


Wydawałoby się, że narzucam Państwu w ten sposób postać głównego bohatera, czy może raczej głównej bohaterki, a nawet jej imię. No więc nic podobnego. Bardzo mnie ciekawi jak może rozwinąć się taki początek, czy faktycznie opowiadanie będzie o jakiejś Monice, czy może uda się Wam zgrabnie podmienić bohatera, albo nawet bohaterów.


Nie proponuję żadnej konkretnej formy, żadnego gatunku ani żadnej objętości. Gorąco za to zachęcam - piszcie! Naprawdę wystarczy raptem kilka akapitów, albo nawet kilka zdań. A wiem, że potraficie Najtrudniej jest zacząć.


Na koniec kilka formalności:

  • bawimy się do końca kwietnia

  • zwycięzcę wybierzemy na podstawie zdobytych piorunów

  • zwycięzca otrzyma nagrodę książkową, którą będzie mógł sam sobie wybrać (budżet ~100pln)


Have fun!


#zafirewallem #naopowiesci

Zaloguj się aby komentować

Zrób se pan pióro


Nie od dziś wiadomo, że użytkownicy piór wiecznych dzielą się na dwie grupy.


Są tacy co mają jakieś pióro wieczne, które - mniej lub bardziej intensywnie, ale bez większych emocji - używają na co dzień, zazwyczaj do pisania.


No i jesteśmy my - taki ja, @Rozpierpapierduchacz czy @WujekAlien - kolekcjonerzy, którzy owszem piszą, ale lubią też patrzeć, dotykać, głaskać, polizać… No dobra, może trochę się zagalopowałem. W każdym razie kolekcjonerzy mają do siebie to, że kolekcjonują. A producenci lubią takich co kolekcjonują. Więc co rusz wymyślają nowe powody do golenia ich (nas) z kasy. Stąd też przeróżne serie limitowane, edycje specjalne, jubileuszowe, srakie, owakie. A jak jeszcze napiszą, że poszczególne egzemplarze są ponumerowane, to w ogóle puszczają nam wszelkie hamulce.


Nie jest zatem niespodzianką, że z tego wszystkiego doskonale zdaje sobie sprawę również Kaweco. Dlatego też, co roku wypuszcza limitowaną serię swojego pióra Kaweco DIY Sport. Piór z tej serii nie da się zamówić nigdzie online, no chyba, że z “drugiej ręki”. Dostępne są wyłącznie w stacjonarnych sklepach partnerskich. Dlaczego? A no dlatego, że skrót DIY, który z angielska znaczy Do It Yourself, po naszemu brzmi “zrób se pan pióro”.


A proces wygląda następująco:


  • jedziemy (jeśli nie mieszkamy w dużym mieście, to do oddalonego pewnie o setki km) najbliższego sklepu partnerskiego

  • dostajemy pióro w siedmiu (słownie: 7) częściach

  • wybieramy sobie rozmiar stalówki (to jedyny element na który mamy jakikolwiek wpływ)

  • siadamy przed dwoma profesjonalnie wyglądającymi, a w rzeczywistości prostymi jak konstrukcja cepa, maszynami

  • układamy części pod dyktando kogoś z obsługi, żebyśmy przypadkiem czegoś nie zepsuli

  • machamy dwa (słownie: 2) razy wajchą

  • wychodzimy z piórem Kaweco Sport, na którym słowo Classic zamienione jest na DIY

  • cieszymy się jak dzieci z faktu, że nie dość, że zapłaciliśmy pełną kwotę, to jeszcze musieliśmy sobie sami to do kupy poskładać

Całość trwa może ze 3 minuty.


A skąd to wszystko wiem?


Bo jak tylko dostałem mailing z mojego ulubionego sklepu papierniczego w Warszawie (bo jest w centrum i jest otwarty codziennie do 19), że między 25 marca a 8 kwietnia można sobie złożyć własne Kaweco DIY Sport, to już pięć minut przed otwarciem sklepu stałem pod drzwiami, a pięć minut po jego otwarciu maszerowałem dziarsko do pracy, głaszcząc czule mój nowy nabytek spoczywający w kieszeni.


Aha zapomniałbym dodać, że w tym roku korpus jest fluororerorescency… No w ciemności świeci!


#piorawieczne #kaweco #kawecodiysport

1fcd3f76-56a3-4a00-8978-7273b501cdb0
6df3fece-127a-40c5-8491-cb730ca5fb8b
baae004d-f584-4935-ba9c-70238b117f40
017631f3-371e-4a1d-9820-c4152ab54da2
36d3bef9-64b3-40ab-9389-4be6f5b0df74

Zaloguj się aby komentować

Cytat na dziś:


Niektórzy sądzą, że to paranoja. Mylą się. Paranoicy tylko myślą, że wszyscy chcą ich dopaść. Magowie to wiedzą.


Terry Pratchett, Czarodzicielstwo


#uuk

Zaloguj się aby komentować

Osiągnięcie

  • Dokumentalista (50 zdjęć)

zostało przyznane. Spokojnie świat to wytrzyma.



Listę swoich osiągnięć możesz zobaczyć na hejtostats

A jeśli masz dosyć Marvina marudzącego pod Twoimi postami, to możesz mu w ustawieniach powiedzieć, żeby się odczepił.

6cd4047d-9ea9-4f73-8576-4ee398acd9b3

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

Skoro prawie miesiąc temu, przy okazji otwarcia XXV edycji zabawy #naopowiesci, zostałem przez kolegę @George_Stark wywołany do tablicy, to niezręcznie byłoby po raz kolejny robić uniki. Jako że temat opowiadania miał nawiązywać do "porażki, nieporozumienia, albo innego pszypału", to zapraszam Państwa do lektury krótkiego opowiadania (~1170 słów) o Rzesiu, które dodatkowo nawiązuje do tematu edycji XXIII (Sekrety małych miejscowości/wsi - mroczne, pozytywne, jakie tylko chcecie), czym mam nadzieję zmniejszę sobie o 1 (słownie: jeden) liczbę zaległych prac.


Pozwolę sobie jeszcze dodać, że historia Rzesia (a dokładnie sama jej końcówka) oparta jest na "faktach autentycznych".




Rzesio


Cześć. Mam na imię Rzesiek i mam 19 lat. Mam też dziewczynę. To znaczy jeszcze wczoraj wieczorem miałem. Miałem też przestać być prawiczkiem. Niestety prawiczkiem jestem nadal, ale za to nie mam już dziewczyny. Mam natomiast chwilę, żeby opowiedzieć Wam jak to się stało, że jest czwarta nad ranem, a ja siedzę na przystanku pod jednym z warszawskich szpitali czekając na nocny autobus. Ale zacznijmy od początku.


A więc, tak jak mówiłem, mam na imię Rzesiek. Tak - właśnie Rzesiek. To zdrobnienie od Rzegosz. I tak - macie rację - takie imię nie istnieje. A przynajmniej w żadnym znanym mi spisie, co nie zmienia faktu, że tak właśnie zostałem ochrzczony. Ale do genezy mojego oryginalnego imienia zaraz dojdziemy, bo jest ono tylko jedną z serii wielu pomyłek i porażek, z których składa się całe moje życie.


Zaczęło się dość wcześnie, bo już w dniu moich narodzin. Matka moja, Halina, prowadziła dwa domy: swój własny i plebanię, gdzie była gospodynią u proboszcza. Przyzwyczajona do codziennych trudów, nieważne — gorączka, grypa czy ostatnie tygodnie ciąży — wszystko musiało być poprane, posprzątane, a obiad ugotowany.


Dlatego też, na tydzień przed wyznaczoną datą porodu, matka uznała, że umyje okna na plebanii, no bo “co by też ludzie powiedzieli jakby na Wielkanoc brudne zostały”. Okna były wysokie, więc żeby do nich dosięgnąć, wdrapała się na drabinę.


Czy to lekarz źle oszacował termin, czy matce nie wyszły obliczenia w kalendarzyku — faktem jest, że kiedy siedziała na tej drabinie, wody odeszły jej prosto na stojącego pod spodem, a często towarzyszącego jej w pracach domowych, wikarego.


Kiedy w szpitalu, po wielu godzinach, w końcu matka wydała mnie na świat, resztką sił zrobiła lekarzowi awanturę, że jej dziecko podmienił. Była święcie przekonana, że spodziewa się córki, bo przecież wszystko zaplanowała dokładnie tak, jak radziły jej własna matka i babka. Poczyniła odpowiednie pomiary, wyniki zanotowała w kalendarzyku, nie dała się ojcu do siebie dobrać inaczej niż “po misjonarsku”, założyła kalosze, zostawiła otwarte okno, a pod łóżkiem schowała siekierę.


Za to ojciec na wieść, że ma syna, przez trzy dni upajał się w domu szczęściem. I alkoholem. Po czym, trwając w tym stanie, pojechał zarejestrować mnie w Urzędzie Stanu Cywilnego, gdzie przy pomocy długopisu i szwagra wypełnił wniosek, wpisując w rubrykę “imię” - Rzegosz. Kiedy zaskoczona urzędniczka próbowała się upewnić, czy nie chodzi przypadkiem o Grzegorza, oburzony ojciec czknął i odpowiedział:


– No pszesiesz yba wyraśśnie napisałę, żże Rzegosz!


A że imię spełniało wszystkie wymogi polskiego prawa - nie było ośmieszające, nie było nieprzyzwoite, pozwalało jednoznacznie określić moją płeć i było, przynajmniej teoretycznie, zgodne z polską pisownią - urzędniczka z rezygnacją przybiła na wniosku pieczątkę. Czym, nomem omen, przypieczętowała mój los.


Zresztą historię tę znam jedynie z opowieści matki i jej brata, wujka Andrzeja, bo ojca w zasadzie nie pamiętam. Kilka miesięcy po moich narodzinach zostawił nas, wyjechał za granicę i słuch po nim zaginął. A to wszystko przez włosy. Moje włosy.


Kiedy się urodziłem, miałem na głowie czarną jak węgiel czuprynę. Jednak po kilku miesiącach te miękkie włoski, jak u wszystkich dzieci, całkowicie się wytarły, a w ich miejsce zaczęły wyrastać nowe - rude. Zupełnie jak u młodego wikarego. Ojciec doszedł do - prawdopodobnie słusznych - wniosków, że matka zbyt mocno zaangażowała się w “pracę” na plebanii. Co mogłoby też tłumaczyć, dlaczego wszystkie jej starania o córkę, podejmowane w domowej alkowie, zakończyły się fiaskiem.


No więc nie dość, że Rzesio - to na dodatek rudy.


Po odejściu ojca matka wzięła na siebie wszelkie obowiązki związane z utrzymaniem rodziny i dwóch domów, więc na wychowywanie mnie nie starczało jej już ani czasu, ani sił. Dlatego plątałem się między domem - gdzie doglądała mnie babka, a plebanią - gdzie potykali się o mnie proboszcz z wikarym.


Z tego okresu najbardziej utkwiły mi w pamięci tradycyjne metody lecznicze babki. Za każdym razem, kiedy się przeziębiłem i miałem dreszcze, zamiast zabrać mnie do lekarza, zamykała mnie na “trzy zdrowaśki” w piekarniku. Żeby mieć pewność, że jej modlitwy zostaną usłyszane i - co ważniejsze - zrozumiane, odmawiała je bardzo starannie. Czyli głośno i powoli. Z powodu tej babcinej pobożności do dzisiaj mam na plecach i pośladkach blizny po oparzeniach.


Dla odmiany, kiedy dostawałem gorączki smarowała mnie całego spirytusem i nacierała czosnkiem, a do czoła przykładała ziemniaki. Czy to skutecznie zwalczało gorączkę? Nie wiem. Wiem za to, że pachniałem wtedy zupełnie jak wujek Andrzej, kiedy wracał wieczorem od księdza proboszcza.


Pamiętam też, że kiedy miałem jakieś siedem czy osiem lat - w każdym razie gdzieś na początku szkoły - wikary nakrył mnie z córką sąsiada, Ludmiłą, w składziku na szczotki. Ze spuszczonymi do kolan majtkami sprawdzaliśmy, czym różnią się chłopcy od dziewczynek. Zaciągnął mnie za ucho do babki, krzycząc przez całą drogę, że mnie diabeł opętał. Babka bardzo się wtedy tym diabłem przejęła, przez co musiałem przez całe popołudnie stać nago w progu, z nogami w misce z zimną wodą, żeby “złe ze mnie wyszło”.


Chyba faktycznie ta niezdrowa ciekawość na długo ze mnie wyszła, bo do dzisiaj na samą myśl o dziewczynach pieką mnie uszy i pocą się stopy.


Ale zastanawiacie się pewnie, dlaczego opowiadam Wam to wszystko o czwartej nad ranem, na przystanku pod szpitalem. Dlatego że wszystkie te - i wiele innych, na które pewnie zabrakłoby mi czasu - epizody, z których składa się całe moje życie, doprowadziły mnie właśnie tutaj.


Jakieś dwa miesiące temu zostałem zaproszony na klasową imprezę. Imprezę, która okazała się przebieraną, o czym — oczywiście — dowiedziałem się dopiero na miejscu. Na szczęście wyjściowy, błyszczący garnitur po wujku Andrzeju, w którym według babci jestem najprzystojniejszym kawalerem w okolicy, wpasował się idealnie w konwencję. To tam poznałem Krystynę.


Od słowa do słowa zaczęliśmy się spotykać. Na kawie, na spacerach, aż w końcu wczoraj poszliśmy do kina. Po seansie, kiedy odprowadziłem ją do domu, zaprosiła mnie do środka. Powiedziała, że na herbatę. Ale kiedy weszliśmy do mieszkania, okazało się, że „herbata” to tylko taka figura retoryczna i… ujmę to tak: kiedy zaprowadziła mnie do swojego pokoju, nagle bardzo zaczęły mnie piec uszy.


– Masz gumki?

– Co mam? - nie zrozumiałem

– No prezerwatywy, zabezpieczenie. Jeśli nie masz, to zejdź na dół i kup w Żabce.


Zrobiłem, jak prosiła, i już po chwili byłem z powrotem na górze. Zaprowadziła mnie do łóżka, rozebraliśmy się, po czym powiedziała:


– Daj tę gumkę.

– Nie trzeba, już użyłem.

– Jak to użyłeś?

– No tak, jak kazała ta pani w Żabce.


Krystyna przyjrzała mi się zaintrygowana. Szczególnie długo przyglądała mi się tam, na dole.


– A możesz mi powiedzieć, co dokładnie ci ta pani powiedziała?

– Oczywiście. Kiedy płaciłem, zapytałem nieśmiało, czy może mi powiedzieć, jak się tego używa. Spojrzała na mnie zaskoczona i powiedziała, że niezły ze mnie żartowniś. Na koniec, ciągle się śmiejąc, dodała, że można połknąć. (*) Więc dokupiłem wodę i zażyłem przed drzwiami.


Dalej wypadki potoczyły się już bardzo szybko: taksówka, SOR, przedstawienie dyżurnemu lekarzowi mojej niezręcznej sytuacji, a potem ponowne jej przedstawienie szerszemu gronu, bo lekarz powiedział, że jemu nikt nie uwierzy…


I tak oto jest czwarta nad ranem, siedzę na przystanku, czekając na autobus, z informacją, że jeśli mój układ pokarmowy w ciągu dwóch dni sam sobie nie poradzi w naturalny sposób, to mam wrócić na konsultację.


(*) Tak się jakoś stało, że moja mama jest (a raczej była, bo teraz jest już na emeryturze) farmaceutką, więc w swoim dość długim życiu i aptekarskim otoczeniu nasłuchałem się przeróżnych, mniej lub bardziej, zabawnych "historii z apteki". Wśród nich te ze speszonymi panami próbującymi nabyć prezerwatywy były niemalże na porządku dziennym. Od niewinnych nieporozumień, kiedy zamiast "poproszę paczkę prezerwatyw" ktoś usłyszał "poproszę paczkę białej waty", po tę o "można połknąć" wspomnianą w opowiadaniu powyżej. I o ile ta historia dzisiaj wydaje się może mało prawdopodobna, to pamiętajcie, że pochodzi ona z czasów, kiedy nie było internetu, w telewizji były tylko dwa kanały, a edukację seksualną zdobywało się na podwórku. W każdym razie idealnie mi się to wpasowało w temat bieżącej edycji #naopowiesci.


#zafirewallem #naopowiesci

Chciałem powiedzieć, że zanim jeszcze na dobre zacząłem czytać no to już się skończyło.


Za to ogromnie mi się spodobało, już na samym początku, że wikary miał śmigus-dyngus kawałek przed Wielkanocą.


A tak serio, to przeczytałbym dłuższą formę o takim Rzesiu. Może sobie tę postać kiedyś ukradnę, jak to niektórzy z wielkich literatów mieli w zwyczaju? Tym bardziej, że postać, ale i forma narracji, od razu skojarzyły mi się z Bomblem od Mirosława Nahacza, a ta książka też mi się bardzo kiedyś podobała (właśnie! – miałem też inne pozycje od tego autora przeczytać, cholera…).

@George_Stark A co do historii Rzesia, to powiem Ci, że aż żal było mi tak urywać i kończyć, bo samo się pisało. Ale za późno się za nią wziąłem (jak zwykle) i jakbym popłynął, to raczej bym się przed końcem bieżącej edycji #naopowiesci nie wyrobił

Zaloguj się aby komentować

Cytat na dziś:


Śmierć znieruchomiał z osełką na ostrzu swej kosy. Skinął Rincewindowi głową na powitanie, jak jeden zawodowiec drugiemu. Potem podniósł kościsty palec do warg, czy raczej miejsca, gdzie znajdowałyby się jego wargi, gdyby je posiadał.


Terry Pratchett, Czarodzicielstwo


#uuk

Zaloguj się aby komentować

Cytat na dziś:


Wezyr zaczął coś mruczeć. Nawet Rincewind, którego nieliczne zdolności obejmowały talent do języków, nie zrozumiał ani słowa. Jednak brzmiało to jak mowa stworzona specjalnie do mamrotania. Słowa rozwijały się na boki niby ostrza kos na wysokości kostek: mroczne, krwawe i bezlitosne. Tworzyły w powietrzu złożone zawirowania i płynęły wolno ku drzwiom wieży.


Terry Pratchett, Czarodzicielstwo


#uuk

Zaloguj się aby komentować

Cytat na dziś:


– Śmierć przekracza granice...

– Za granicą mi nie przeszkadza. Tam mieszkają sami cudzoziemcy. Natomiast Śmierci w pobliżu wolałbym nie oglądać.

– To tylko metafora - wyjaśniła Conena.

– Tobie się tak wydaje. A ja go poznałem.

– Jak wygląda? - zainteresował się Nijel.

– Określę to w ten sposób...

– Tak?

– Nie potrzebuje fryzjera.


Terry Pratchett, Czarodzicielstwo


#uuk

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

Będąc (zupełnie niezrozumiale) uznanym przez kolegę @sireplama za zwycięzcę poprzedniej CXIX (słownie: 119) edycji zabawy #nasonety, przypadło mi w obowiązku, zaszczycie i przyjemności otwarcie edycji kolejnej - oznaczonej numerem (no kto by się spodziewał?) CXX (słownie: 120). Niniejszym edycję tę otwieram. A otwieram ją utworem #diproposta autorstwa pana Adama Asnyka o uroczym tytule Stokrotki.

Stokrotki


Jakże żałuję tej szczęśliwej pory,

Kiedy stokrotki, kwiatek pospolity,

Zdał mi się w cudne ubranym kolory,

I budził w sercu dziecinne zachwyty,


I kiedy długie majowe wieczory

Spędzłem, patrząc w jasnych ócz błękity,

Cichego szczęścia pełen i pokory,

Bijący sercem, a nigdy niesyty.


A choć to było kwiecie takie skromne,

Nigdym się z prawdą marzeń nie rachował,

Bom miał rozkoszą serce nieprzytomne.


I kiedym usta różane całował,

Tom nic nie pragnął i nic nie żałował,

I dziś drżę jeszcze, gdy tę chwilę wspomnę...


Krótkie przypomnienie zasad:

Układamy sonet lub jakikolwiek utwór rymowany, albo nawet nierymowany (jak kto woli), w którym rymy (o ile w nim są) w poszczególnych wersach zgadzają się (albo nie) z rymami w tych samych wersach w powyższym utworze #diproposta.


Kwestie formalne:

Zwycięzcę wybiorę zupełnie jeszcze nie wiem jak (jest taka możliwość, że odbędzie się to na podstawie liczby zdobytych piorunów), ale wiem, że na pewno zrobię to w najbliższą sobotę, czyli 04.04.2026.


Powodzenia, udanego rymowania i najważniejsze - bawcie się dobrze!


#zafirewallem #nasonety #diproposta

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

Mamy taki rodzinną tradycję, że co roku, na tydzień przed świętami jeździmy sobie do Kazimierza Dolnego, żeby spędzić wspólnie weekend. Definicja słowa "rodzinną" jest dość szeroka bo obejmuje nas, dzieciaki, dziadków i jeszcze ich (dziadków) kilkoro najbliższych znajomych. Co roku też, z tej właśnie okazji powstaje jakiś pamiątkowy wierszyk odczytywany zazwyczaj już rozochoconemu towarzystwu do przysłowiowego "kotleta". A, że w tym roku wierszyk idealnie pasuje do #hejto40plus, to pozwalam sobie go również Państwu zadedykować:

Weź polej


Znowu kolejny, okrągły rok minął,

Więc tradycyjnie (bo już przedwiośnie),

Nam w Kazimierzu z całą rodziną,

W gronie przyjaciół czas mija radośnie.


To tu rozpieszczamy swoje podniebienia,

Mocą specjałów z menu w Dwóch Księżycach,

Albo plackami co je dają w Podcieniach,

A później serniczek, lody oraz… miażdżyca.


I tak nam mijają leniwe godziny,

Na rynku, w wąwozach, oraz przy stole,

Gdzie wspólnie prawimy o „d⁎⁎ie Maryny”,

A gromkim głosem ktoś woła: “weź polej”!


Lecz tutaj pozwólcie mi rzec moi mili,

Że chociaż wyście się nic nie zmienili,

To dzisiaj “weź polej” częściej niż wódeczki,

Dotyczy rosołku, by popić tableteczki.

Z pozdrowieniami z Kazimierza Dolnego


#zafirewallem #wolnewiersze #endorfiki

650d8bda-21ce-4bdb-831f-ac44627ca805

Zaloguj się aby komentować

Cytat na dziś:


Prawdę niełatwo jest przyszpilić pismem do stronicy. W wannie historii prawdę trudniej jest utrzymać niż mydło, i o wiele trudniej znaleźć...


Terry Pratchett, Czarodzicielstwo


#uuk

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

Ja nie wiem co tu się odwaliło. Jest wiosna, słoneczko, piję sobie kawkę w pracy, rozanielony, najedzony rogalem francuskim. Nic mi więcej nie potrzeba. Muzyczka plumka, klikam sobie te znaczki w komputerze, przypominam - rozanielony, więc zero potrzeb. No to mówię sobie - sonet napiszę. Rozanielony. Po czym wylewa się ze mnie coś takiego jak poniżej. No serio - co jest ze mną nie tak?!


Idę zrobić głęboki rachunek sumienia, bo coś tu ewidentnie "nie pykło"...


Bezwład


Świat mi ucieka, a ja w miejscu stoję

W pustkę wpatrzony jak we wrota cielę,

A głowę, gdzie niegdyś było myśli wiele,

Wypełniają jedynie szepty urojeń.


Bezruch przeraża, lecz ruszyć się boję,

Tak obco we własnym czuję się ciele,

Z marazmu dzisiaj swój barłóg ścielę,

Za wiekuistym jeno tęskniąc spokojem.


Jeżeli się poddam, niczego nie zrobię,

By wyjść z tego bagna, co tkwię w nim po szyję,

To mrocznym całunem mnie ciemność nakryje,

I w niebyt odejdę w zapomnianym grobie.


Czy zdołam tę iskrę wykrzesać z siebie,

Zanim ta niemoc mnie żywcem pogrzebie?


#nasonety #zafirewallem #diriposta

@fonfi A tak mi się, swoją drogą, przypomniało, jak pan Andrzej Poniedzielski opowiadał o tym jak pisze piosenki. I ten pan Andrzej Poniedzielski twierdzi, że kiedy zaczyna pisać piosenkę, to ona jest wesoła, kiedy jednak ją pisać kończy, to okazuje się, że jest smutna.

Zaloguj się aby komentować

Cytat na dziś:


[Totalna Wojna Taumaturgiczna]

Naturalnie, nie było w niej żadnych sojuszy, stron, układów, litości ani zawieszenia broni. Nieba zwijały się, a morza kipiały. Grad huczących kuł ognistych zmieniał noc w dzień, co było uczciwe, jako że powstałe w wyniku tych działań chmury czarnego dymu zmieniały dzień w noc. Krajobraz wznosił się i opadał niczym kołdra w sypialni nowożeńców. Sama osnowa przestrzeni była wiązana w wielowymiarowe supły i tłuczona kijankami o płaskie kamienie na brzegu Rzeki Czasu.


Terry Pratchett, Czarodzicielstwo


#uuk

Zaloguj się aby komentować