Dzisiaj było gęsto od #smog - CAQI 108, już dawno trzycyfrowej wartości nie widziałem
Ale obudziłem się w miarę wcześnie, temperatura już całkiem luzacka, koło -10°C, jakoś się pozbierałem i wyruszyłem jakoś koło 5:40 na szwendanko po okolicy zwieńczone zakupem pieczywa.
Nie powiem co było czuć bo nie wiem, ale jak skończyłem bieg to ciuchy cuchnęły jakbym spędził tę niespełna godzinę w kotłowni. Ale biegło się dość fajnie, choć niestety temperatura już była na tyle wysoka że sól na drogach zaczęła działać - brei jeszcze nigdzie nie było, ale ubity śnieg zamienił się w taki dość sypki i luźny firn, na którym buty się po prostu ślizgały i trochę to wkurzało. Pewnie gdyby dalej było -18 to bym mógł trochę podkręcić tempo... ech, co ja się oszukuję xD
Od razu też było mniej aut po drodze - jednak te 10 stopni wyżej sporo zmienia jeśli chodzi o wiarę w komunikację publiczną
Na koniec nabyłem pieczywo, doleciałem do domu i dostałem opieprz od kota, który miał zamiar wyjść ze mną tylko zamarudził i utknął w garażu
Dziś już mróz nieco zelżał, było tylko -18°C więc nici z długiego rękawka. Może jeszcze zima wróci później, bo póki co to zapowiada się lato - jutro już tylko 10 stopni na minusie i piąć się będzie w górę. Muszę odwiedzić teściów, wczoraj mieli -28°C to byłby pretekst do pobiegania w czymś długim xD
Nauczony wczorajszym doświadczeniem olałem wizytę w biedrze, bo nawet mleko mogłoby nie przeżyć 40 minut w tej temperaturze Ale bułeczki i obwarzanki rzecz jasna nabyłem
Od jakiegoś czasu mijam "nowego" biegacza, który też bierze na serio temat porannego truchtania - tyle że robi te przebieżki z psem. I pies jest niezły twardziel, wczoraj i dzisiaj popylał równo! Biegacz też niezły, z trudem dotrzymuję mu kroku!
Oczywiście przy tej temperaturze smog wywaliło w kosmos, więc maska obowiązkowa. Nie ukrywam, dzięki niej też chyba się przyjemniej przy tej temperaturze oddycha.
Od kilku dni sobie ostrzyłem zęby na dzisiejszy poranek. Nie liczyłem na wiele, bo zawsze prognozy były lekko przesadzone - najpierw zapowiadali -20°C, potem -19, a wczoraj wczesnym popołudniem zmieniało się nawet na okolice 13-14 stopni poniżej zera. Nie marudziłem jednak, bo zawsze to przyjemny minusik i magia skrzypiącego śniegu Położyłem się spać tuż po północy.
Rano - pobudka za sprawą młodego, który sobie wczoraj przysnął dość wcześnie i przebudziwszy się koło piątej zrobił awanturę, że nie może znaleźć w łóżeczku swoich aut które NA PEWNO miał przy sobie. Dobrze się stało, bo jakimś cudem przypadkiem wczoraj wyłączyłem budziki i byłyby nici z porannego biegania. Jakiś biegowy Manitou nade mną czuwa
Zerknąłem na telefon… i proszę, niespodzianka, jest -19°C! Spokojnie przejrzałem garderobę, chwilę się namyśliłem… i założyłem to co należy. Strategiczne miejsca dodatkowo zabezpieczyłem dodatkową warstwą, po czym zweryfikowałem stan pieczywa w domu i poszedłem do garażu. Ruszyła ze mną kota, ale już wcześniej próbowała wymusić na mnie wyjście na pole i w konfrontacji z otwartym balkonem ją cafło - więc tym bardziej zadbałem by głupi zwierz nie wylazł na zewnątrz
Coś mnie tknęło i sprawdziłem airly… no tak, smog jak cholera. Nic to, od tego w końcu jest maska - nawet lepiej, minimalnie redukuje zimno przy oddychaniu. Jeszcze musiałem się cofnąć, bo zapomniałem wziąć kupionych wczoraj superaśnych rękawic z decathlona - o nich później - i o wpół do szóstej rano wyszedłem przed dom. Śnieg cudownie skrzypiał, serce radośniej zabiło. Chwila namysłu nad trasą i ruszamy!
Muszę przyznać, że mróz dało się odczuć - było zdecydowanie chłodniej niż zwykle, choć nie jakoś paraliżująco. Biegło się bardzo fajnie, dzięki mrozowi nie było żadnych błotnistych niespodzianek a śnieg skrzypiał tak urokliwie że micha mi się cieszyła jeszcze bardziej niż zwykle. Co zwróciło moją uwagę to absurdalnie duży ruch jak na tak młodą porę - coś czuję, że ludzie nie chcieli ryzykować czekania na przystankach i skorzystali z własnych pojazdów. Nie dziwię się, też bym tak zrobił.
Pierwszy przystanek to była biedronka - skończyła się rukola i przydałoby się coś zielonego do śniadania. Parę zdziwionych spojrzeń - w sumie nic nowego, przyzwyczaiłem się. Miłe zaskoczenie - FaceID rozpoznał mnie mimo maski i nie trzeba było wklepywać kodu, choć akurat dzięki nowym rękawiczkom nie byłoby problemu. Wrzuciłem zakupy do plecaka i wio w dalszą drogę.
Biegło się naprawdę przyjemnie. Maska w niczym nie przeszkadzała, mróz w zasadzie nie był odczuwalny, śnieg skrzypiał jakby krzyczał „depcz mnie, brutalu!” a kilometr mijał za kilometrem. Te dodatkowe parę stopni mrozu cudownie wyeliminowało niemiłe niespodzianki, a śnieg sprzed dwóch dni fantastycznie wyrównał nieutwardzone pobocza na wąskiej drodze, co przy wspomnianym dużym ruchu było bardzo pomocne. Doleciałem do piekarni, uzupełniłem zapasy, a potem już pozostał niespełna kilometr dotruchtania do domu i można było zakończyć trening.
I powiedziałbym, że było to 100% sukcesu gdyby nie to, że poniosłem sromotną porażkę.
Nie przemyślałem odpowiednio listy zakupów - a raczej ich kolejności.
Rukola po trzech kwadransach w plecaczku zamieniła się w zamrożoną papkę. Muszę kupić nową xD
Noo to jest fajne rano, chodzisz sobie i widzisz, że ten śnieg się praktycznie błyszczy jak taki diamentowy proszek Ale zimno brrr, ja wgl nie rozumiem jak ludzie są w stanie na przystanku stać i czekać w bezruchu na zbiorkom, jakoś tak przy tej temperaturze warto być ciągle w ruchu
Dziś pierwszy lekko szczypiący mrozik, -10°C i lekki, ale zdecydowany wiatr. Fajnie się biegło, ale trochę słabo się przygotowałem - zapomniałem naładować zegarek. Przy tych warunkach 10% baterii mojego staruszka wystarczyło zaledwie na 23 minuty, po czym efektownie zdechł. Zatrzymawszy się w panice odpaliłem runkeepera, bo przecież najstarsi górale nawet wiedzą że przy bieganiu bez rejestracji GPSem kalorie się nie spalają. Telefon szczęśliwie był naładowany, bo jeszcze bym utknął gdzieś z dala od cywilizacji
Tempo dzisiaj słabiutkie, 6:22 min/km - ale trochę mam usprawiedliwienia, bo zakupów w biedrze narobiłem tyle że po pierwszym kilometrze leciałem już z dwoma wyładowanymi po sufit plecaczkami, pewnie z 8 kg żarcia było xD Cóż, funkcja zaopatrzeniowa - jako usprawiedliwiająca poranne bieganie - jest BARDZO ważna i traktuję ją ze śmiertelną powagą
A biegło się super, śnieg przy tej temperaturze CUDOWNIE skrzypiał pod butami - uwielbiam to!
Temperatura póki co rośnie, ale ma znowu spaść i to zauważalnie - zobaczymy jak będzie jutro rano
Xd Ja tylko lurker na ty waszym tagu biegaczy ale @enron leci jak forest gump czy pada czy snieg czy slonce. I do tego zawsze usmiechniety jak husky po 40km zapierdalania w zaprzegu xdxd szacunek za pasje
Jakoś spokojnie minął ten pierwszy tydzień nowego roku. Tu piąteczka, tu trójeczka, szósteczka - ot dzień za dniem skok po bułeczki, zawsze w ciemnościach, z reguły w deszczu. W sobotę już mogłem sobie pofolgować - nocowałem gdzie indziej niż zwykle, tuż przy Łąkach Nowohuckich - wybór był więc oczywisty. Poranna piąteczka na Łąkach wpadła - godzina 6 rano, czarno jak... w nocy na łące 😉 a gdzieniegdzie w świetle hmm... piersiówki (?) świeciły tajemnicze oczka. Fajny klimat, mało błota mimo dodatniej temperatury (+1°C), wokół żywej duszy. Jak normalnie zawsze bywało o piątej rano ☺️
Z racji nieco innego niż zwykle układu dnia zorganizowałem sobie wyskok na parkrun - nasz lokalny, do którego mam mniej niż kilometr 😎 Podbiegłem niemal idealnie na start, ale że się chwilowo przeciągało ze względu na różne okazje to jeszcze się spokojnie ze wszystkimi przywitałem i potem ruszyliśmy. W sumie mój najsłabszy parkrun, 24:25 - ale byłem w sumie dla towarzystwa i nie spieszyłem się zbytnio - do tego dość wredny błotnisty fragment nie zachęcał do szaleństw. Ale i tak było miło jak zwykle, atmosfera w Zielonym Jarze jest wyjątkowa i polecam każdemu amatorowi biegania by tu zajrzał ❤️
A dzisiaj... wrrróć, wczoraj xD - wstałem wyjątkowo późno i wystartowałem dopiero po siódmej. Spokojnie sobie przetruchtałem 11 km w tempie 5:43 przy lekko łaskoczących -4°C i drobnym śniegu - byłoby idealnie, gdyby nie to że miejscami pod śniegiem czaiły się wredne głębokie kałuże - pewnie efekt sypania soli na chodnikach. Nic tragicznego, z cukru nie jestem - ale nie było to po prostu zbyt miłe 😉
Spotkałem sporo bardzo religijnych ludzi.
Ale czułem wciąż lekki niedosyt - i chyba wiedziałem czym się skończy podwiezienie najstarszego syna do centrum. Tak - wpadła piąteczka na Błoniach, zakończona uzupełnieniem węgli w najpyszniejszej kremówkarni w Krakowie 😃 Warto było, a do domu dowiozłem mnóstwo słodkiego zła 😎
Dobra, czas iść spać bo późno się robi a lista zakupów puchnie - trzeba będzie się sprężyć i zaplanować logistykę.
Miłej nocy zatem! ❤️
W załączniku fotka z sobotniego poranka na Łąkach Nowohuckich.
No dobra, wiem że już dzisiaj nad ranem biegałem ale było emergency - zabrakło śmietany do pierogów, pieczywa do bigosu i mlek do płatków. W obliczu kryzysu żywnościowego o tak szerokim zasięgu jedynym ratunkiem była misja humanitarna do żabki. A przecież nie mogłem tam po prostu pójść jak jakieś zwierzę... 😏
No i nadejszła końcówka 2023 roku. Trochę się leniłem, trochę się popsułem, zaliczyłem najdłuższą przymusową przerwę w swojej "karierze" - ale jakoś wyszedłem mniej więcej na prostą i powróciłem do aktywności.
Nici wyszły z mojego planu zaliczenia 5000 km w tym roku - jeszcze na początku lipca wydawało się to być spokojnie w zasięgu ręki. Ale i tak te 3700 km jest dla mnie satysfakcjonujące - nie dałem się, i nie zamierzam się poddać (⌐ ͡■ ͜ʖ ͡■)
Wszystkim życzę spełnienia marzeń, realizacji planów i pokonania wyzwań! Z uśmiechem w 2024 rok! (ʘ‿ʘ)
Czas na pierwsze delikatne spalanie świątecznych łakoci 😅
Jeszcze podczas wigilii dość jasne się stało, że raczej nici z porannej przebieżki. Na nogach byłem od 5:30, zbliżała się 3 rano a miłe rozmowy ze szwagrem bardzo powoli wygasały. Kładąc się o czwartej z bólem serca wyłączyłem budziki i poszedłem w kimono. I dobrze zrobiłem, bo jak wstałem przed 8 to już trzeba było się rzucić w wir przygotowań do świątecznego śniadania 😉
Im później się robiło, tym bardziej ociężały się czułem i jednocześnie coraz bardziej mi się chciało i nie chciało biegać 🤪 Oddelegowany do opieki nad maluchami byłem tymczasowo uziemiony, potem wjechał barszcz, którego nie mogłem sobie odmówić... i wtedy uznałem, że nadeszła ta chwila - oznajmiłem, że teraz się urywam 😎
Pogoda była jak znalazł. Szalone 10°C i rzęsisty deszcz - żaden problem, z cukru nie jestem. Pozostał wybór trasy - trochę znudziły mi się codzienne pętelki osiedlowe i tym razem moje myśli skierowały się ku Zalewowi Nowohuckiemu.
Ruszyłem tuż po 16:30. Leciałem sobie pustawymi ulicami, starając się ominąć większe skupiska błota - nie było to proste, bo ze wszystkich stron osiedle jest otoczone gigantyczną budową dwóch węzłów na S7 i niemal wszystkie trakty piesze poza osiedle to mieszanka żwiru, potłuczonych płytek chodnikowych i błota. Szczęśliwie przy małym ruchu poleciałem środkiem drogi i dotarłem do stabilnego chodnika unikając utytłania się po kolana w brudnej mazi 😅
Potem już było prosto - mniej więcej dolot do Zalewu, 3/4 okrążenia (co ja poradzę, że nie lubię powtórzeń i przecięć) i poleciałem ku kombinatowi. Chwilę się poprzyglądałem jakiemuś bidokowi, co się cmoknąłz tramwajem i poleciałem dalej w stronę Grębałowa. Jak zwykle było lekkie ryzyko trafienia na zamknięty przejazd, ale tym razem nie miałem pecha i bez przeszkód dotarłem na swoje osiedle, gdzie lekko nadrabiając drogi dobiłem do 15 km. Ciutkę ucierpiało na tym tempo, spadłazy do 5:31 min/km. Rekordów nie biję, więc nic straconego 😎
Dziś bez uśmiechniętej mordy, bo z trasy wyszedł mi fajny uśmiechnięty duch bożonarodzeniowego obżarstwa 😃
Za każdym razem jak Cię widzę wariacie to wywołujesz u mnie uśmiech na twarzy. Dziękuję serdecznie za życzenia i Tobie oraz Twojej rodzinie życzę Wesołych Świąt i wszystkiego najlepszego w szczególności zdrowia, żebyś mógł biegać niczym struś pędziwiatr
Pierwsze trzy dni słabiutko - zdecydowanie za późno wstawałem, do czego oprócz mojego zarywania nocek przyczyniła się też okropnie przytulna flanelowa pościel xD
Opuszczenie łóżka wymaga teraz znacznie większej siły woli.
Doszło do tego, że dzisiaj w ogóle nie byłem w stanie rano pobiegać 🙄 Jakoś to przełknąłem, licząc na wieczorne podbiegi z ludźmi z mojej grupki. Godziny mijały, a lista obecności na wieczór była pusta... Byłem na tyle zdeterminowany, że brałem pod uwagę nawet samotny wypad. Na szczęście w końcu się coś ruszyło i ostatecznie była nas piątka 😁
Warunki cudowne xD Na termometrze 5°C, silny wiatr i lekka mżawka - które niedługo po rozpoczęciu treningu zamieniły się w lekką wichurę z rzęsistym deszczem 😃 Były chwile, gdy trucht z górki (ale pod wiatr) był trudniejszy niż powrót pod górę 🤪
Pod koniec treningu deszcz ustał a wiatr się lekko uspokoił i było już całkiem miło - wręcz mnie wysuszyło 😎 Na zakończenie jeszcze obleciałem osiedle i zaliczyłem zakupy w biedrze - miłe z pożytecznym.
@enron tuptałeś dziś (22.12) na tej pizgawicy ? Jak wyjrzałem za okno rano (okolice 6:30 KRK, zamieć i orkanowe porywy wiatru) to polazłem na ciężary ...
No i nareszcie dałem się namówić znajomym na uczestnictwo w Krakowskim Opłatku Biegowym w Puszczy Niepołomickiej
Sporo udziału miał w tym fakt, że żona zadeklarowała wyjazd z młodszymi synami na weekend do swoich rodziców (ja miałem zostać z najstarszym, zrobić z nim porządki w domu i firmie i się pouczyć). No i tak jakoś wyszło, że ze wszystkich planów wyszło nic, ale skoro już się zadeklarowałem i to jako transport dla znajomych, to wyjścia nie było.
I dobrze
Bo impreza była wspaniała!
Spodziewałem się że będzie trochę ludzi, ale to był prawdziwy tłum! Wszyscy uśmiechnięci, w powietrzu aż iskrzyło od radości! Do tego wspaniała pogoda - cieplutkie 7°C i nawet chwilami Słońce rozdawało ciepłe uśmiechy. Jeszcze przez ostatni tydzień nie tylko cały śnieg spłynął, ale też wyschło boto i nawierzchnia była idealna, a wokół cudownie pachnąca Puszcza Niepołomicka. Nic tylko naładować się tą radością i śmigać przed siebie
Nadejszła chwila startu i ruszyliśmy. To czysty bieg dla przyjemności i nikt tu się nie ściga... no ale nogi same niosły - akurat się przyczepiłem do pana który biegł z pieskiem. Miło się rozmawiało, piesek sobie bardzo leniwie truchtał, a tempo było bardzo bliskie 5:00/km, czasami ciut wolniej czasami szybciej. Są dwa warianty trasy - leciałem dłuższym (7,7 km) i na miejsce opłatka, przy Czarnym Stawie, dotarłem trochę przed czasem. Nie myśląc wiele obróciłem się i poleciałem trochę pod prąd, by akurat dobić do równych 9 km.
Sama impreza przy Czarnym Stawie magiczna Dużo sympatii, ciepłych słów, do tego zamarznięty staw w tle dodawał magii. Było pięknie, sympatycznie, wesoło - obdzieliłem się opłatkiem ze wszystkimi których znam, wypiłem pyszną herbatę z ostrym imbirem, na koniec fotka - i ruszyliśmy z powrotem.
Tym razem doczepiła się do mnie najmłodsza koleżanka z naszej grupy biegowej - i jakoś tam się nam tak dobrze biegło razem, że tempo zeszło w okolice 450 min/km Kilometry do mety się kurczyły, tempo nie spadało - a gdy dolecieliśmy do punktu startu, stwierdziłem że dobiję jeszcze te 300 metrów do równych 17 km.
Niby koniec, ale... ech, to nie jest bieg na odchudzanie. Na mecie taki wybór i ilość ciast, że nażarłem się jak głupi. A niektóre tak pyszne, że wracałem się parę razy Nie wchodzę na wagę przez najbliższy tydzień, bo ze szkła jest i jeszcze pęknie xD Do tego pyszna herbatka i - zapewne pyszny - grzaniec, którego z racji bycia kierowcą nie dane mi było spróbować. Był to bardzo miły akcent na zakończenie tego uroczego spotkania, którego już w przyszłych latach na pewno nie odpuszczę
Po powrocie do domu rzuciłem się w wir obowiązków i przyjemnostek domowo-rodzinnych, więc wpis dopiero teraz.
Pozostaje mi więc życzyć Wam wszystkim miłej nocy, równie miłych snów i bardzo udanego nadchodzącego tygodnia
Zbiorczo tydzień, bo dużo się dzieje w życiu i nie było kiedy wrzucać 😉
Różne krótkie przebieżki - rekord krótkości to niespełna 3 km w poniedziałek, ale potem
już trochę się poprawiłem i już ciut wcześniej wstawałem xD
Tempo średniawe, w sumie dopiero wczoraj i dzisiaj cokolwiek sensowniejsze rzędu 5:12/km. Często obładowany zakupami, więc powiedzmy że trochę usprawiedliwione. Zresztą każdy ma prawo się zrelaksować i pobiec 6 z hakiem na km 😁
Wagę nadal udaje się utrzymać w ryzach, ale muszę sobie zacząć odmawiać przyjemnostek bo nie spada 🤪
Jutro opłatek biegowy, więc w końcu większe grono - będzie krótko ale fajnie 😎
Miało być małe conieco w sobotę, ale chrypkę miałem tak efektowną że żona stwierdziła "zostajesz w łóżku, nie ma dyskusji" no u nie dyskutowałem 😉
Ale dzisiaj już nie było zmiłuj. Oczywiście trochę zarwałem nockę i nici wyszły ze startu o 6 rano. No ale jakoś się w miarę pozbierałem i parę minut po siódmej udało się w końcu wyruszyć na trasę ☺️
Trasę sobie zawczasu zaplanowałem - nadal jest problem z zalegającym śniegiem na chodnikach i wybrałem takie trasy, gdzie jest szansa na bardziej prze...biegłe (?) trakty 😉 A skoro już planowałem, to trudno się było powstrzymać przed wyznaczeniem dystansu innego niż papaton 😏
W sumie na dobre wyszło z tym opóźnionym startem, bo temperatura rosła z godziny na godzinę. Ciężko było stwierdzić ile faktycznie było stopni - jeden termometr pokazywał -3°C, drugi -6°C, a serwisy podawały od -5°C do -9°C xD Machnąłem ręką i poleciałem na krótko, tylko pod czapeczkę zapodałem jeszcze kominiarkę i na szyję zarzuciłem cienki komin. Uznałem, że najwyżej się zdejmie jakby było za gorąco 😉 No i najważniejsze: smog na niskim poziomie - maska została w domu ☺️
Biegło się fajnie. Nawet bardzo fajnie - zaskoczyło mnie, że przez pierwsze 12 km średnie tempo wyszło 5:10 min/km, chwilami jak lepiej się trafiło to i poniżej piątki się kilometr zrobiło 😃 Potem już trochę mi pary zeszło i leciałem już spokojniej, w okolicach 5:30/km - a gdy dotarłem do ostatecznego podbiegu, to nawet powyżej 6 min/km było. Nie zmienia to faktu, że jak na te warunki (było trochę zawalonych chodników końcowa średnia 5:22 min/km wyszła grubo powyżej oczekiwań 😎
Wielkim zaskoczeniem było pojawienie się ładnego wschodu Słońca - ot taki niezapowiedziany bonus 😁
Dotarłem do domu tuż po 9, szybka kąpiel i miłe zaskoczenie - po raz pierwszy od wakacji waga spadła poniżej 80 kg 😎 (na początku września spasłem się aż do 85). Warto było ograniczyć kanapeczki 😉
Torpeda, od 12-13 naprawdę zaczęło topnieć nam całe miasto... z perspektywy rowerzysty jestem zachwycony, że nie grzęznę w hałdach piachu non stop, ale biegowo bym prosił o mniej lodu... niezły dystans Panie!
Wgl otwarte są zapisy do: Marzanny, Walentynkowego i WOŚPowo/harcerskiego Biegu Wielkich Serc, będzie się działo \o/
no Marzanna obowiązkowo, choć wrodzona cebula krzyczy "ZDZIERCY" jak patrzę że minimalna opłata to 110 zł 🙄 Pozostałe miejskie biegi mniej mnie bolą, bo jako dzieciorób lokalny płacę 50% 😉
Dzisiaj króciutko. Zaspałem. Tzn. obudziłem się idealnie, była 4:55 (budzik był ustawiony na 4:59), żona wstała i powiedziała "zostań na chwilę z małym", zostałem... i wstałem o 5:50 (╯°□°)╯︵ ┻━┻
Nic to, parę minut po szóstej poleciałem. Gęęęęsto było, PM2.5 na poziomie 625% xD
Oczywiście maseczka założona. Poleciałem po bułki i dość szybko obróciłem, bo dzisiaj sporo planów było i musiałem w miarę wcześnie wszystko pozałatwiać. Tempo słabe, ale też nic a nic się nie starałem Za to było krótko xD
Trochę mnie już wkurzają te chodniki zajebane śniegiem, ileż kurna można czekać aż coś z tym zrobią?
Tak samo mnie irytuje jak te pługi po pijaku odśnieżały w sobotę i niedzielę ścieżki rowerowe i chodniki, są zrobione esy-floresy i chodzi się niewygodnie, tak samo się jeździ... czekamy do nast tygodnia aż to wszystko stopnieje.
Co tu dużo mówić, znowu smog i znowu śnieg - Krakowskie Combo Zimowe xD
Dzisiaj skromna piąteczka po bułeczki, relaksacyjne tempo jak w pysk strzelił 6:00 min/km, chodniki znowu zaczynają być nieprze...biegłe? whatever, musiałem w paru miejscach biec jezdnią bo po prostu nie było sensu brnąć w śniegu po kolana
Ale ważne że pobiegane, bułeczki zanabyte, wszystko w zasadzie zgodnie z planem
@Opornik no odrobinę pomaga, powietrze jednak wchodzi przez tę ogólną komorę oddychania która jest z racji wydechu dość podgrzana. Co nie zmienia faktu, że z racji wygody (możliwość wysmarkania się, splunięcia, czy po prostu brak sprzętu na mordzie) preferuję mimo wszystko bieganie bez maski - ale jest o niebo wygodniejsza od wszelkich maseczek neoprenowych, nie mówiąc o tym o ile wygodniej się w niej oddycha i o ile bardziej higieniczna jest.
Wczoraj przeczłapałem sobie pokracznie piąteczkę w bardzo emeryckim tempie 6;27 min/km. Nic mnie nie goniło, czasu było w sam raz, ot rekonesans po okolicy.
Dziś rano były poważne perturbacje logistyczne i nawet nie miałem czasu by pomyśleć o bieganiu.
Ale wieczór to już inna sprawa! Nasza grupa biegowa zorganizowała mały bieg charytatywny nad Zalewem Nowohuckim - jak we wszystkich naszych sztafetach, i tutaj wspieraliśmy leczenie Szczepana, chłopca z naszego osiedla który ciężko zachorował. Sam też miałem skromny wkład, ale przede wszystkim bardzo chciałem uczestniczyć w biegu. O dziwo, nawet mój "środkowy" syn dał się namówić i razem się wybraliśmy nad Zalew.
Impreza pięknie przygotowana. Kibice, wolontariusze, mnóstwo pysznych wypieków i hektolitry gorącej herbaty. A atmosfera tak gorąca, że jeszcze trochę i stopniałaby lodowa pokrywa Zalewu 😃
Warunki były dość ciekawe: jakieś -8°C (ale może mniej, co serwis i termometr to inny odczyt), smog level 500%, ścieżka wokół Zalewu niby zadbana ale sporo miejsc z gołym lodem. Nie zakładałem tym razem maski - jeden raz przeżyję 😉 a uśmiech musiał być!
Niedługo po 19 wystartowaliśmy przy wtórze dzwoneczków - każdy biegacz dostał małą opaskę z dzwoneczkami 😁 co dało świetny efekt. Z początku biegłem zachowawczo, ale już po chwili poczułem że moje cudowne buty trzymają się nawierzchni mocno niczym tartanu i poluzowałem hamulce. Młody przez pół okrążenia mi towarzyszył, ale potem lekko odpuścił i przeszedł do swojego tempa. Ja tymczasem robiłem kolejne kółeczka i tylko micha mi się coraz bardziej uśmiechała na widok radosnego dopingu ☺️ Na ostatniej ćwiartce okrążenia postanowiłem zaszaleć i dogonić biegacza przede mną - o dziwo się udało 😎 Na metę wbiegłem z niezłym jak na mój stan czasem - średnie tempo 4:49/km. Od razu podłączyłem się do herbaty i słodkości - na ten jeden wieczór postanowiłem zapomnieć o diecie i wyrzeczeniach 😅
Młody przybiegł po 8 minutach - okazało się, że na ostatnim okrążeniu wywinął orła i końcówkę dokuśtykał 😢 W domu od razu zaaplikowałem żywokost, oby dobrze pomógł. Jestem dumny z niego, że się podjął wyzwania 😎
jesteśmy po prostu na facebooku - grupa otwarta o ile pamiętam.
Członkostwo? No po prostu trzeba chcieć dołączyć i tyle. Generalnie kontaktujemy się whatsappem - osobne grupy do umawiania treningów, zawodów i na pierdoły 😉
Co za weekend, dopiero teraz chwila czasu coby dopisać 🙄
W piątek dość późno wstałem (znowu zarwana noc + lenistwo) i późno poleciałem, czasu starczyło ledwie na 4 km skoku po bułki. Do tego GPS zgłupiał po piekarni i trzeba było się bawić z poprawianiem trasy. No ale zaliczone, można było uznać że misja spełniona.
Ale moje myśli były skupione na sobocie, a przede wszystkim na opadach z piątku na sobotę. Bardzo liczyłem na piękny, biały świat...
Nadejszła sobota, wyjrzałem za okno - i nareszcie! mamy pełną zimę 😃 Jak w nocy sypnęło, tak sypało bez opamiętania. Czyż mogło być fajniej? Zwłaszcza, gdy na termometrze zaledwie -3°C a smogu nie było? 😍
No i sobie spokojnie pospałem, po czym o wpół do ósmej wybrałem się na podbój śnieżnej krainy 😉
Było bosko, mimo że sypało jak opętane, zaś chwilami śnieg był do połowy łydek 😅 Dawno nie miałem takiego fajnego biegania na totalnym luzie - zero pośpiechu, po prostu czysta radość w średnim tempie 6:05 min/km ☺️
Dzisiaj z kolei było trzeba trochę zrewidować plany. Najpierw wykruszyli mi się wspólnicy do zrobienia porannej połówki, a potem wyszło, że młody zasnął o tak wczesnej porze że szykował się dość intensywny dzieciowy poranek. Stwierdziłem, że skoro nie jestem z nikim umówiony to będzie co będzie - i spełniło się, bo młody wstał o 6 i trzeba było go poniańczyć. W międzyczasie sobie przypomniałem, że zużyłem ostatnie szkła kontaktowe i zapomniałem odebrać nowe z paczkomatu - bieganie w okularach, zwłaszcza zimą, to syf i mordęga. Tak więc zamiast pobiegać, pojechałem po szkła i jakoś generalnie poranek się rozlazł na tyle, że zabrałem się za zaległe odkurzanie 🤪
Dopiero wczesnym popołudniem pojawiła się szansa na wyskok, z której skorzystałem i o 14 z groszami wyleciałem na spokojną przebieżkę. Było ciepło, -2°C, więc nawey czapki nie wziąłem. Miałem zadanie bojowe odwiedzić aptekę, więc nie miałem już takiej dowolności w doborze trasy i musiałem polecieć dość ruchliwymi drogami, a konkretniej to chodnikami wzdłuż nich.
Syf to mało powiedziane. Większość chodników w ogóle nieodśnieżona, więc nimi brnęło się w śniegu głębokim czasem po kolana. Część chodników odśnieżona byle jak albo tylko sypnięta sól - tam dla odmiany mokra zimna błotnista breja. Buty po dwóch kilometrach miałem przemoczone do cna (jak zwykle ukochane KD500, jedyne asfaltówki dające radę w takich warunkach), a w pewnym momencie miałem już wyjebane i nawet na większych drogach biegłem po prostu jezdnią gdy chodnik był w kiepskim stanie 🙄 Nie ja jedyny zresztą xD
Żeby było weselej, w kolejnych aptekach nie było tego co miałem na recepcie - dopiero trzecia z kolei mnie usatysfakcjonowała. Potruchtałem stamtąd już prosto do domu i zamknąłem niedzielę 11 kilometrami w tempie 5:54/km, i tak IMHO niezłym jak na te warunki.
BTW, ależ ludzie religijni są. Biegłem sobie a co chwila ktoś wzdychał "O Jezu" czy "Matko Boska!" xD
No i nadeszła ta chwila - mieszkańcy obwarzanka wokół #krakow zadbali o odpowiednią zimową atmosferę i niniejszym ogłaszam inaugurację sezonu smogowego, przy okazji uprawiając crossover Mortal Combat, Batmana (Bane) i Iron Mana
Nie powiem, miałem trochę ambitniejsze plany. Ale mimo że otworzyłem oczy tuż po piątej, to jakoś strasznie ślamazarnie mi szło zbieranie się do wyjścia. Chwilę też trwało ogarnięcie ciuchów, bo były porozwieszane po różnych suszarkach a na zewnątrz czekało przyjazne -7°C i... jak się okazuje, również #smog - przez co zeszła mi też chwila na odgruzowaniu maseczki spod stosu różnych bibelotów.
Jak już się w końcu zebrałem, to było dramatycznie późno - 5:55. Nic to, cośkolwiek pobiec trzeba a i bułki same się nie kupią. Poleciałem sobie spokojnie po czarnych już ulicach i niemal dokładnie odśnieżonych chodnikach - cóż, bez świeżych opadów o puchu ani nawet o chrupiącym śniegu nie można pomarzyć
Biegło się spoko, z racji późnej pory piekarnia była pierwszym a nie ostatnim punktem trasy. Całkiem przyjemnie, samochodów nie za wiele, ani raz nawet nie przeszło mi przez myśl słowo "ślisko" a maska doskonale się sprawowała - jak zawsze zresztą Tempo różnie - chwilami udało się coś tam przyspieszyć, ale generalnie było powoli lub bardzo powoli, co odbiło się w finalnym średnim tempie 5:55 min/km. Niewiele, ale lepsze to niż nic.
Ogólnie w tym miesiącu udało się zaliczyć 242 km - ni to dużo, ni to mało, z jednej strony pozostaje lekki niedosyt ale też nie powinienem narzekać Dobrze że w ogóle coś się da - ha!
242 w miesiąc biegania, Panie tyś nieludzki Raz robiłem sobie z 2 lata temu challenge tuptanko 10km dziennie przez miesiąc, myślałem, że mi nóżki odpadną. Masz piękną "bazę"