Za każdym razem jak Cię widzę wariacie to wywołujesz u mnie uśmiech na twarzy. Dziękuję serdecznie za życzenia i Tobie oraz Twojej rodzinie życzę Wesołych Świąt i wszystkiego najlepszego w szczególności zdrowia, żebyś mógł biegać niczym struś pędziwiatr
Pierwsze trzy dni słabiutko - zdecydowanie za późno wstawałem, do czego oprócz mojego zarywania nocek przyczyniła się też okropnie przytulna flanelowa pościel xD
Opuszczenie łóżka wymaga teraz znacznie większej siły woli.
Doszło do tego, że dzisiaj w ogóle nie byłem w stanie rano pobiegać 🙄 Jakoś to przełknąłem, licząc na wieczorne podbiegi z ludźmi z mojej grupki. Godziny mijały, a lista obecności na wieczór była pusta... Byłem na tyle zdeterminowany, że brałem pod uwagę nawet samotny wypad. Na szczęście w końcu się coś ruszyło i ostatecznie była nas piątka 😁
Warunki cudowne xD Na termometrze 5°C, silny wiatr i lekka mżawka - które niedługo po rozpoczęciu treningu zamieniły się w lekką wichurę z rzęsistym deszczem 😃 Były chwile, gdy trucht z górki (ale pod wiatr) był trudniejszy niż powrót pod górę 🤪
Pod koniec treningu deszcz ustał a wiatr się lekko uspokoił i było już całkiem miło - wręcz mnie wysuszyło 😎 Na zakończenie jeszcze obleciałem osiedle i zaliczyłem zakupy w biedrze - miłe z pożytecznym.
@enron tuptałeś dziś (22.12) na tej pizgawicy ? Jak wyjrzałem za okno rano (okolice 6:30 KRK, zamieć i orkanowe porywy wiatru) to polazłem na ciężary ...
No i nareszcie dałem się namówić znajomym na uczestnictwo w Krakowskim Opłatku Biegowym w Puszczy Niepołomickiej
Sporo udziału miał w tym fakt, że żona zadeklarowała wyjazd z młodszymi synami na weekend do swoich rodziców (ja miałem zostać z najstarszym, zrobić z nim porządki w domu i firmie i się pouczyć). No i tak jakoś wyszło, że ze wszystkich planów wyszło nic, ale skoro już się zadeklarowałem i to jako transport dla znajomych, to wyjścia nie było.
I dobrze
Bo impreza była wspaniała!
Spodziewałem się że będzie trochę ludzi, ale to był prawdziwy tłum! Wszyscy uśmiechnięci, w powietrzu aż iskrzyło od radości! Do tego wspaniała pogoda - cieplutkie 7°C i nawet chwilami Słońce rozdawało ciepłe uśmiechy. Jeszcze przez ostatni tydzień nie tylko cały śnieg spłynął, ale też wyschło boto i nawierzchnia była idealna, a wokół cudownie pachnąca Puszcza Niepołomicka. Nic tylko naładować się tą radością i śmigać przed siebie
Nadejszła chwila startu i ruszyliśmy. To czysty bieg dla przyjemności i nikt tu się nie ściga... no ale nogi same niosły - akurat się przyczepiłem do pana który biegł z pieskiem. Miło się rozmawiało, piesek sobie bardzo leniwie truchtał, a tempo było bardzo bliskie 5:00/km, czasami ciut wolniej czasami szybciej. Są dwa warianty trasy - leciałem dłuższym (7,7 km) i na miejsce opłatka, przy Czarnym Stawie, dotarłem trochę przed czasem. Nie myśląc wiele obróciłem się i poleciałem trochę pod prąd, by akurat dobić do równych 9 km.
Sama impreza przy Czarnym Stawie magiczna Dużo sympatii, ciepłych słów, do tego zamarznięty staw w tle dodawał magii. Było pięknie, sympatycznie, wesoło - obdzieliłem się opłatkiem ze wszystkimi których znam, wypiłem pyszną herbatę z ostrym imbirem, na koniec fotka - i ruszyliśmy z powrotem.
Tym razem doczepiła się do mnie najmłodsza koleżanka z naszej grupy biegowej - i jakoś tam się nam tak dobrze biegło razem, że tempo zeszło w okolice 450 min/km Kilometry do mety się kurczyły, tempo nie spadało - a gdy dolecieliśmy do punktu startu, stwierdziłem że dobiję jeszcze te 300 metrów do równych 17 km.
Niby koniec, ale... ech, to nie jest bieg na odchudzanie. Na mecie taki wybór i ilość ciast, że nażarłem się jak głupi. A niektóre tak pyszne, że wracałem się parę razy Nie wchodzę na wagę przez najbliższy tydzień, bo ze szkła jest i jeszcze pęknie xD Do tego pyszna herbatka i - zapewne pyszny - grzaniec, którego z racji bycia kierowcą nie dane mi było spróbować. Był to bardzo miły akcent na zakończenie tego uroczego spotkania, którego już w przyszłych latach na pewno nie odpuszczę
Po powrocie do domu rzuciłem się w wir obowiązków i przyjemnostek domowo-rodzinnych, więc wpis dopiero teraz.
Pozostaje mi więc życzyć Wam wszystkim miłej nocy, równie miłych snów i bardzo udanego nadchodzącego tygodnia
Zbiorczo tydzień, bo dużo się dzieje w życiu i nie było kiedy wrzucać 😉
Różne krótkie przebieżki - rekord krótkości to niespełna 3 km w poniedziałek, ale potem
już trochę się poprawiłem i już ciut wcześniej wstawałem xD
Tempo średniawe, w sumie dopiero wczoraj i dzisiaj cokolwiek sensowniejsze rzędu 5:12/km. Często obładowany zakupami, więc powiedzmy że trochę usprawiedliwione. Zresztą każdy ma prawo się zrelaksować i pobiec 6 z hakiem na km 😁
Wagę nadal udaje się utrzymać w ryzach, ale muszę sobie zacząć odmawiać przyjemnostek bo nie spada 🤪
Jutro opłatek biegowy, więc w końcu większe grono - będzie krótko ale fajnie 😎
Miało być małe conieco w sobotę, ale chrypkę miałem tak efektowną że żona stwierdziła "zostajesz w łóżku, nie ma dyskusji" no u nie dyskutowałem 😉
Ale dzisiaj już nie było zmiłuj. Oczywiście trochę zarwałem nockę i nici wyszły ze startu o 6 rano. No ale jakoś się w miarę pozbierałem i parę minut po siódmej udało się w końcu wyruszyć na trasę ☺️
Trasę sobie zawczasu zaplanowałem - nadal jest problem z zalegającym śniegiem na chodnikach i wybrałem takie trasy, gdzie jest szansa na bardziej prze...biegłe (?) trakty 😉 A skoro już planowałem, to trudno się było powstrzymać przed wyznaczeniem dystansu innego niż papaton 😏
W sumie na dobre wyszło z tym opóźnionym startem, bo temperatura rosła z godziny na godzinę. Ciężko było stwierdzić ile faktycznie było stopni - jeden termometr pokazywał -3°C, drugi -6°C, a serwisy podawały od -5°C do -9°C xD Machnąłem ręką i poleciałem na krótko, tylko pod czapeczkę zapodałem jeszcze kominiarkę i na szyję zarzuciłem cienki komin. Uznałem, że najwyżej się zdejmie jakby było za gorąco 😉 No i najważniejsze: smog na niskim poziomie - maska została w domu ☺️
Biegło się fajnie. Nawet bardzo fajnie - zaskoczyło mnie, że przez pierwsze 12 km średnie tempo wyszło 5:10 min/km, chwilami jak lepiej się trafiło to i poniżej piątki się kilometr zrobiło 😃 Potem już trochę mi pary zeszło i leciałem już spokojniej, w okolicach 5:30/km - a gdy dotarłem do ostatecznego podbiegu, to nawet powyżej 6 min/km było. Nie zmienia to faktu, że jak na te warunki (było trochę zawalonych chodników końcowa średnia 5:22 min/km wyszła grubo powyżej oczekiwań 😎
Wielkim zaskoczeniem było pojawienie się ładnego wschodu Słońca - ot taki niezapowiedziany bonus 😁
Dotarłem do domu tuż po 9, szybka kąpiel i miłe zaskoczenie - po raz pierwszy od wakacji waga spadła poniżej 80 kg 😎 (na początku września spasłem się aż do 85). Warto było ograniczyć kanapeczki 😉
Torpeda, od 12-13 naprawdę zaczęło topnieć nam całe miasto... z perspektywy rowerzysty jestem zachwycony, że nie grzęznę w hałdach piachu non stop, ale biegowo bym prosił o mniej lodu... niezły dystans Panie!
Wgl otwarte są zapisy do: Marzanny, Walentynkowego i WOŚPowo/harcerskiego Biegu Wielkich Serc, będzie się działo \o/
no Marzanna obowiązkowo, choć wrodzona cebula krzyczy "ZDZIERCY" jak patrzę że minimalna opłata to 110 zł 🙄 Pozostałe miejskie biegi mniej mnie bolą, bo jako dzieciorób lokalny płacę 50% 😉
Dzisiaj króciutko. Zaspałem. Tzn. obudziłem się idealnie, była 4:55 (budzik był ustawiony na 4:59), żona wstała i powiedziała "zostań na chwilę z małym", zostałem... i wstałem o 5:50 (╯°□°)╯︵ ┻━┻
Nic to, parę minut po szóstej poleciałem. Gęęęęsto było, PM2.5 na poziomie 625% xD
Oczywiście maseczka założona. Poleciałem po bułki i dość szybko obróciłem, bo dzisiaj sporo planów było i musiałem w miarę wcześnie wszystko pozałatwiać. Tempo słabe, ale też nic a nic się nie starałem Za to było krótko xD
Trochę mnie już wkurzają te chodniki zajebane śniegiem, ileż kurna można czekać aż coś z tym zrobią?
Tak samo mnie irytuje jak te pługi po pijaku odśnieżały w sobotę i niedzielę ścieżki rowerowe i chodniki, są zrobione esy-floresy i chodzi się niewygodnie, tak samo się jeździ... czekamy do nast tygodnia aż to wszystko stopnieje.
Co tu dużo mówić, znowu smog i znowu śnieg - Krakowskie Combo Zimowe xD
Dzisiaj skromna piąteczka po bułeczki, relaksacyjne tempo jak w pysk strzelił 6:00 min/km, chodniki znowu zaczynają być nieprze...biegłe? whatever, musiałem w paru miejscach biec jezdnią bo po prostu nie było sensu brnąć w śniegu po kolana
Ale ważne że pobiegane, bułeczki zanabyte, wszystko w zasadzie zgodnie z planem
@Opornik no odrobinę pomaga, powietrze jednak wchodzi przez tę ogólną komorę oddychania która jest z racji wydechu dość podgrzana. Co nie zmienia faktu, że z racji wygody (możliwość wysmarkania się, splunięcia, czy po prostu brak sprzętu na mordzie) preferuję mimo wszystko bieganie bez maski - ale jest o niebo wygodniejsza od wszelkich maseczek neoprenowych, nie mówiąc o tym o ile wygodniej się w niej oddycha i o ile bardziej higieniczna jest.
Wczoraj przeczłapałem sobie pokracznie piąteczkę w bardzo emeryckim tempie 6;27 min/km. Nic mnie nie goniło, czasu było w sam raz, ot rekonesans po okolicy.
Dziś rano były poważne perturbacje logistyczne i nawet nie miałem czasu by pomyśleć o bieganiu.
Ale wieczór to już inna sprawa! Nasza grupa biegowa zorganizowała mały bieg charytatywny nad Zalewem Nowohuckim - jak we wszystkich naszych sztafetach, i tutaj wspieraliśmy leczenie Szczepana, chłopca z naszego osiedla który ciężko zachorował. Sam też miałem skromny wkład, ale przede wszystkim bardzo chciałem uczestniczyć w biegu. O dziwo, nawet mój "środkowy" syn dał się namówić i razem się wybraliśmy nad Zalew.
Impreza pięknie przygotowana. Kibice, wolontariusze, mnóstwo pysznych wypieków i hektolitry gorącej herbaty. A atmosfera tak gorąca, że jeszcze trochę i stopniałaby lodowa pokrywa Zalewu 😃
Warunki były dość ciekawe: jakieś -8°C (ale może mniej, co serwis i termometr to inny odczyt), smog level 500%, ścieżka wokół Zalewu niby zadbana ale sporo miejsc z gołym lodem. Nie zakładałem tym razem maski - jeden raz przeżyję 😉 a uśmiech musiał być!
Niedługo po 19 wystartowaliśmy przy wtórze dzwoneczków - każdy biegacz dostał małą opaskę z dzwoneczkami 😁 co dało świetny efekt. Z początku biegłem zachowawczo, ale już po chwili poczułem że moje cudowne buty trzymają się nawierzchni mocno niczym tartanu i poluzowałem hamulce. Młody przez pół okrążenia mi towarzyszył, ale potem lekko odpuścił i przeszedł do swojego tempa. Ja tymczasem robiłem kolejne kółeczka i tylko micha mi się coraz bardziej uśmiechała na widok radosnego dopingu ☺️ Na ostatniej ćwiartce okrążenia postanowiłem zaszaleć i dogonić biegacza przede mną - o dziwo się udało 😎 Na metę wbiegłem z niezłym jak na mój stan czasem - średnie tempo 4:49/km. Od razu podłączyłem się do herbaty i słodkości - na ten jeden wieczór postanowiłem zapomnieć o diecie i wyrzeczeniach 😅
Młody przybiegł po 8 minutach - okazało się, że na ostatnim okrążeniu wywinął orła i końcówkę dokuśtykał 😢 W domu od razu zaaplikowałem żywokost, oby dobrze pomógł. Jestem dumny z niego, że się podjął wyzwania 😎
jesteśmy po prostu na facebooku - grupa otwarta o ile pamiętam.
Członkostwo? No po prostu trzeba chcieć dołączyć i tyle. Generalnie kontaktujemy się whatsappem - osobne grupy do umawiania treningów, zawodów i na pierdoły 😉
Co za weekend, dopiero teraz chwila czasu coby dopisać 🙄
W piątek dość późno wstałem (znowu zarwana noc + lenistwo) i późno poleciałem, czasu starczyło ledwie na 4 km skoku po bułki. Do tego GPS zgłupiał po piekarni i trzeba było się bawić z poprawianiem trasy. No ale zaliczone, można było uznać że misja spełniona.
Ale moje myśli były skupione na sobocie, a przede wszystkim na opadach z piątku na sobotę. Bardzo liczyłem na piękny, biały świat...
Nadejszła sobota, wyjrzałem za okno - i nareszcie! mamy pełną zimę 😃 Jak w nocy sypnęło, tak sypało bez opamiętania. Czyż mogło być fajniej? Zwłaszcza, gdy na termometrze zaledwie -3°C a smogu nie było? 😍
No i sobie spokojnie pospałem, po czym o wpół do ósmej wybrałem się na podbój śnieżnej krainy 😉
Było bosko, mimo że sypało jak opętane, zaś chwilami śnieg był do połowy łydek 😅 Dawno nie miałem takiego fajnego biegania na totalnym luzie - zero pośpiechu, po prostu czysta radość w średnim tempie 6:05 min/km ☺️
Dzisiaj z kolei było trzeba trochę zrewidować plany. Najpierw wykruszyli mi się wspólnicy do zrobienia porannej połówki, a potem wyszło, że młody zasnął o tak wczesnej porze że szykował się dość intensywny dzieciowy poranek. Stwierdziłem, że skoro nie jestem z nikim umówiony to będzie co będzie - i spełniło się, bo młody wstał o 6 i trzeba było go poniańczyć. W międzyczasie sobie przypomniałem, że zużyłem ostatnie szkła kontaktowe i zapomniałem odebrać nowe z paczkomatu - bieganie w okularach, zwłaszcza zimą, to syf i mordęga. Tak więc zamiast pobiegać, pojechałem po szkła i jakoś generalnie poranek się rozlazł na tyle, że zabrałem się za zaległe odkurzanie 🤪
Dopiero wczesnym popołudniem pojawiła się szansa na wyskok, z której skorzystałem i o 14 z groszami wyleciałem na spokojną przebieżkę. Było ciepło, -2°C, więc nawey czapki nie wziąłem. Miałem zadanie bojowe odwiedzić aptekę, więc nie miałem już takiej dowolności w doborze trasy i musiałem polecieć dość ruchliwymi drogami, a konkretniej to chodnikami wzdłuż nich.
Syf to mało powiedziane. Większość chodników w ogóle nieodśnieżona, więc nimi brnęło się w śniegu głębokim czasem po kolana. Część chodników odśnieżona byle jak albo tylko sypnięta sól - tam dla odmiany mokra zimna błotnista breja. Buty po dwóch kilometrach miałem przemoczone do cna (jak zwykle ukochane KD500, jedyne asfaltówki dające radę w takich warunkach), a w pewnym momencie miałem już wyjebane i nawet na większych drogach biegłem po prostu jezdnią gdy chodnik był w kiepskim stanie 🙄 Nie ja jedyny zresztą xD
Żeby było weselej, w kolejnych aptekach nie było tego co miałem na recepcie - dopiero trzecia z kolei mnie usatysfakcjonowała. Potruchtałem stamtąd już prosto do domu i zamknąłem niedzielę 11 kilometrami w tempie 5:54/km, i tak IMHO niezłym jak na te warunki.
BTW, ależ ludzie religijni są. Biegłem sobie a co chwila ktoś wzdychał "O Jezu" czy "Matko Boska!" xD
No i nadeszła ta chwila - mieszkańcy obwarzanka wokół #krakow zadbali o odpowiednią zimową atmosferę i niniejszym ogłaszam inaugurację sezonu smogowego, przy okazji uprawiając crossover Mortal Combat, Batmana (Bane) i Iron Mana
Nie powiem, miałem trochę ambitniejsze plany. Ale mimo że otworzyłem oczy tuż po piątej, to jakoś strasznie ślamazarnie mi szło zbieranie się do wyjścia. Chwilę też trwało ogarnięcie ciuchów, bo były porozwieszane po różnych suszarkach a na zewnątrz czekało przyjazne -7°C i... jak się okazuje, również #smog - przez co zeszła mi też chwila na odgruzowaniu maseczki spod stosu różnych bibelotów.
Jak już się w końcu zebrałem, to było dramatycznie późno - 5:55. Nic to, cośkolwiek pobiec trzeba a i bułki same się nie kupią. Poleciałem sobie spokojnie po czarnych już ulicach i niemal dokładnie odśnieżonych chodnikach - cóż, bez świeżych opadów o puchu ani nawet o chrupiącym śniegu nie można pomarzyć
Biegło się spoko, z racji późnej pory piekarnia była pierwszym a nie ostatnim punktem trasy. Całkiem przyjemnie, samochodów nie za wiele, ani raz nawet nie przeszło mi przez myśl słowo "ślisko" a maska doskonale się sprawowała - jak zawsze zresztą Tempo różnie - chwilami udało się coś tam przyspieszyć, ale generalnie było powoli lub bardzo powoli, co odbiło się w finalnym średnim tempie 5:55 min/km. Niewiele, ale lepsze to niż nic.
Ogólnie w tym miesiącu udało się zaliczyć 242 km - ni to dużo, ni to mało, z jednej strony pozostaje lekki niedosyt ale też nie powinienem narzekać Dobrze że w ogóle coś się da - ha!
242 w miesiąc biegania, Panie tyś nieludzki Raz robiłem sobie z 2 lata temu challenge tuptanko 10km dziennie przez miesiąc, myślałem, że mi nóżki odpadną. Masz piękną "bazę"
Dzisiaj bez uśmiechniętej mordy, bo ileż można nią szczuć xD
Ale było bardzo miło, tym razem coś koło -6°C - dzięki czemu nawet to co solarki roztopiły stężało na tyle, że nie było błotnistej brei Puchu już niestety nie uświadczyłem, choć na paru osiedlowych uliczkach trochę śniegu się utrzymało. Za to fajnie chrzęściło pod butami
No i zaliczone króciutkie bo króciutkie, za to powolne (6:00/km) człapanie po bułeczki. Dobre i to
No co ja mogę powiedzieć, poza tym że drugi poranek z rzędu mamy perfekcyjną pogodę do biegania?
Na termometrze -2°C, śnieg padał przez całą noc i padał nadal, smog o dziwo utrzymany jeszcze w ryzach - czegóż więcej trzeba do szczęścia? No chyba tylko butów na nogach i krótkiej przebieżki po bułki - co też wdrożyłem w życie
Już kładąc się wiedziałem, że będzie fajnie - prognozy czasem się coś rozjadą, ale tym razem zapowiadało się bardzo stabilnie: poniżej zera i śnieg. Jak tylko otworzyłem oczy (no zbyt późno, niestety, ale do przeżycia) to od razu zweryfikowałem co jest za oknem i już wiedziałem, że będzie miodnie. Ogarnąłem się, po czym śmignąłem do garażu i o 5:55 wyskoczyłem na rekonensans po osiedlu
Bosko to mało powiedziane! Przyjemna temperatura, intensywny śnieg, świeżutki biały puch pod nogami praktycznie na całej trasie (pomijając kilka dróg przez które przebiegałem) - w trybie emeryckiego truchciku (6:09/km) sobie przemierzałem osiedlowe chodniki i uliczki, od czasu do czasu czując na sobie lekko zaskoczone spojrzenia przechodniów xD Na nogach ulubione Kipruny KD500, które wspaniale się trzymają na śniegu.
Wygląda na to, że może jeszcze jutro będzie fajnie - niby już nie ma tak dużo padać, ale za to temperatura wędruje w okolice -5°C więc być może trochę się ten śnieg utrzyma. Boję się trochę o chodniki przy drogach, bo przy tym intensywnym odśnieżaniu i soleniu mogą się szybko zamienić w szarą breję głęboką po kostki...
Dziś na luzaka, obudziłem się lekko po piątej ale nie szalałem ze wstawaniem i tak sobie leniwie wyszedłem poczłapać koło 5:37. Bardzo przyjemnie, na termometrze -2°C, dość intensywny śnieg który dopiero zaczął pokrywać ulice. Było trochę czasu do otwarcia piekarni więc zrobiłem rundkę wokół osiedla i na koniec kupiłem pieczywo. Bez szaleństw, tempo emeryckie 5:51/km, ale miało być na luzaka i było
@enron jak się ubierasz żeby nie marznąć w temperaturach poniżej zera? Jestem w stanie biegać do 3-4 stopni na plusie żeby było jako tako. Mniej to już żadna przyjemność ( ͠° ͟ʖ ͡°)
@grubynaszosie jak się robi zimniej to zakładam podwójny tshirt, poniżej -10 coś długiego pod spód... Podwójna długa warstwa (bielizna termo+długa lycra) dopiero w okolicach -15 i niżej (max biegałem przy -20)
Przy takim ubiorze jak dzisiaj to musiałbym długo stać bez ruchu żeby poczuć jakieś zimno
Wiele się nie działo, spokojne i krótkie (zdecydowanie zbyt krótkie!) przebieżki po bułki. Muszę zacząć kontrolować swoje bezsensowne ślęczenie do północy, bo potem ciężko rano wstać - już totalnym przegięciem była sobota, gdy mogłem tylko pobiec na marne 3 km
No ale nadejszła niedziela - i to taka u teściów. Liczyłem na zimową aurę i się nie zawiodłem!
Nie do końca wyszło tak jak planowałem, bo młody się przedwcześnie obudził i trzeba było go trochę poniańczyć zanim żona jakoś się pozbierała, a potem już było trochę za późno na długą trasę.
Koniec końców wybiegłem dopiero o wpół do ósmej. Na zewnątrz -5°C, wiatr średni z mocnymi podmuchami, więc tym razem już nie było certolenia się i założyłem rękawiczki i czapkę Chwilę jeszcze się wahałem nad ostateczną trasą, ale tym razem postanowiłem odpuścić ulubioną trasę na Wysoką, kierując się ku trochę upierdliwszej trasie na Łętownię, gdzie jest kilka uciążliwych podbiegów. Śnieg delikatnie sypał, wiatr atakował gdy tylko wychodziłem zza osłony lasu, ale za to przynajmniej drogi były w miarę odśnieżone (ale nie za bardzo) więc 90% trasy biegłem w przyjemnym lekkim puchu
Trasa bez większych przygód, pozwoliłem sobie na lekką modyfikację w okolicach Jordanowa, gdzie trafiłem przy słynnych serpentynach na krótki, ale tak sakramencki podbieg że końcówkę pokonałem przechodząc do marszu - niby człowiek wiedzioł, ale się łudził xD
W samym Jordanowie miałem jeszcze w perspektywie obieg lekko dookoła, by dobić do 21 km - ale nie tylko oznaczało to masakryczne podbiegi, ale trochę bałem się czy nie trafię na fragmenty polną drogą które by były zupełnie nie do pokonania w tych warunkach. Wygrał bezpieczny leń Nic to, kiedyś sobie odbiję!
Tempo słabe, ale trochę tych podbiegów było - łącznie 280m up.
Na dzisiaj już dość, może ten nadchodzący tydzień będzie ciutkę aktywniejszy?
Takie tam dwie krótkie przebieżki po bułki. Wczoraj nawet było ciepło (jakieś 7°C) i wstałem w miarę wcześnie, więc coś tam poleciałem i nawet trochę przyspieszyłem, co dało w efekcie tempo 5:15 min/km. Dzisiaj już nie było tak dobrze, wstałem dość późno a w dodatku młody się obudził i grymasił jak diabli, więc trochę zeszło zanim udało mi się wyrwać - nie było wyjścia, trzeba było maksymalnie skrócić kurs.
Nareszcie trochę śniegu! Miło było zobaczyć w końcu jakąś lekko zimową scenerię przy -1°C, lekko zatrwożone spojrzenia mijanych osób, a i przy okazji kupić bułeczki
Chyba dzisiaj wieczorem sobie jeszcze porobię podbiegi ze znajomymi bo czuję lekki niedosyt.
Dobra, trzeba pouzupełniać zaległości bo się nagromadziło 😉 Straszny ze mnie leń przy dodawaniu wpisów, przy bieganiu na szczęście trochę mniejszy leń 😅
Najpierw piątkowa leniwa przebieżka po bułki. Bardzo późno pobiegłem (6:30), ale żona w domu więc mogłem sobie na to pozwolić - najważniejsze było dostarczyć pieczywo przed 7 rano. Nawet sobie rozciągnąłem bieg do 4 km, a co! Za to tempo marne, 5:43.
W sobotę jakoś ciężko mi szło zbieranie się, wybyłem dopiero parę minut po siódmej. Biegło się nawet fajnie, tempo też akceptowalne - ale ostatni kilometr przeczłapałem obwieszony zakupami i finalnie wyszła dyszka na 5:33/km - i mimo że przez cały bieg lał zacinający deszcz, wiało i było 2°C to jakoś było mi ciepło.
No i dzisiaj. Tradycyjnie z kolegą się umawialiśmy w okolicach 6:30, żeby o przyzwoitej porze dotrzeć do domu. Wyszedł lekki poślizg, ale o 6:50 już na siebie trafiliśmy o potruchtaliśmy za miasto. Tempo - różne, bo co chwila trafiały się podbiegi, a do tego tylko gadaliśmy o tym jak się nam koszmarnie nie chce biegać. Serio, dzisiejszy poziom niechcicy to był jakiś dramat! Gdyby nie to, że biegliśmy razem, to każdy z nas by pewnie zrobił na odpierdol jakąś dyszkę i na tym by się skończyło 🤪 Jak widać, wspólne bieganie ma wartość dodaną 😉
Pogoda była akceptowalna, co prawda 0°C, ale tym razem jednak wziąłem rękawiczki - może trochę choć uratuję te swoje zniszczone dłonie 😉 Oczywiście nadal na krótko, to nie są temperatury na jakieś ubieranki 😏
Koniec końców dzisiaj wyszedł papaton w tempie 5:36 - znośnym jak na tę niechcicę 😅
Zima coś nie chce zajrzeć do Krakowa... i dobrze 😎 W sumie dość łaskawy ten listopad.
Przepięknie i tyle w temacie, ja sobie jednak po wyjeździe na obiadek podskoczyłem na siłkę na trenażer, bo chlapa straszna była w okolicach 14-15. Zdrowia!
Dziś na bogato. Rano trzeba było kupić bułki i rukolę na śniadanie, więc zamiast minimalnych 3 km zaliczyłem ponad 6 km, a że późno było to się sprężyłem co dało tempo 5:16 min/km 😃 Późno poleciałem bo kwadrans po szóstej, ale żona została dziś w domu więc mogłem sobie na to pozwolić 😎
Wieczorem miałem nie biegać, ale jak towarzystwo zaczęło się zwoływać to trochę żal mi się zrobiło i ruszyłem 4 litery na osiedlowe podbiegi 😁 Wyszło nieco więcej niż zwykle, bo podleciałem jeszcze po koleżankę co bała się że się pogubi/zabije - budują na obu wjazdach na nasze osiedle potężne węzły autostradowe, chodniki nie istnieją, wszędzie króluje błoto i egipskie ciemności xD
Podbiegi wyszły fajnie - nie przykładałem się jakoś specjalnie, bardziej wykorzystałem okazję żeby pogadać na różne tematy xD No ale coś tam wpadło i cosik jednak się spaliło.