@WujekAlien te rude to potwory są. W dzikim parku za moim osiedlem sąsiadka wywiesiła karmniki. Specjalne z zabezpieczeniami, żeby tylko ptaki mogły korzystać. A te ryże potwory wkładają tam łapy, wywalają na ziemię ziarno i wyjadają
Nie wiem, jak to się stało, ale to moje pierwsze podejście do Murakamiego.
Sięgnąłem po tę powieść, bo podobnie jak Toru Watanabe (narrator i główny bohater) w pierwszej scenie, mam 37 lat i coraz częściej wracam do lat młodzieńczych, próbując zrozumieć, co z tych wspomnień zostanie ze mną na zawsze. Murakami proponuje właśnie taką podróż wstecz: do Tokio lat 60., do samobójstwa Kizukiego, cichej Naoko i żywiołowej Midori, do akademika, sanatorium w górach, bibliotek i rozmów, w których zwykle ważniejsze są chwile ciszy niż deklaracje. Narrator stoi jakby obok własnego życia, rzadko unosi głos i ta jego "nieobecna obecność" jest kluczem do odbioru całej książki.
To, co działa, to cierpliwa, realistyczna obserwacja dorastania do żałoby i bliskości. Murakami rezygnuje z metafizycznych fajerwerków i zostawia nas z obrazami: spacer, zapach deszczu, piosenka, która otwiera szuflady pamięci. Dzięki temu książka łatwo uruchamia własne wspomnienia - narrator nie pcha się na pierwszy plan, raczej słucha, a my razem z nim słyszymy pęknięcia w cudzych zdaniach. Atmosfera Tokio pulsuje w tle protestami i zmianą obyczajów, ale w pierwszym planie zostaje intymność: kruchość Naoko, dojrzałość Reiko, nieporadność Toru, który próbuje być uczciwy wobec innych i siebie. Wątki związane ze zdrowiem psychicznym podane są bez patosu, z czułością i bez literackiego heroizmu, co buduje rzadką wiarygodność.
Nie działa za to to samo, co bywa atutem: chłód i dystans Toru potrafią odsunąć czytelnika o krok za daleko. Bywają fragmenty, w których emocjonalna rezerwa narratora przestaje być narzędziem opowieści, a staje się barierą. Chciałoby się poczuć odrobinę głębi, a dostaje się kolejną warstwę ciszy. Kobiece postaci, choć zapadają w pamięć, momentami są ustawione zbyt kontrastowo (kruchość kontra żywioł), przez co tracą półcienie. Rytm rozbijają też powracające sceny erotyczne: zamiast podbijać napięcie, spłaszczają je i na chwilę wytrącają z subtelnego tonu całości. Szczególnie, że większość z nich jest jednak niezręczna i pokazująca, że ten aspekt życia Toru nie był całkiem udany.
Norwegian Wood to spokojna, uczciwa powieść o stracie, pamięci i dorastaniu do milczenia. Nie porwała mnie na poziomie emocjonalnego burzy mózgów, ale trafiła w mój moment życia i za tę cichą zgodność czasu i tematu daję 7/10.
Jeśli szukasz historii, która nie narzuca się z tezą, tylko stwarza przestrzeń i jest kluczem do powrotu do własnych wspomnień, to w tym jest to świetna książka.
Osobisty licznik: 23/128
#czytelniczebingo (23/25) - pole 8 - Książka autora z Dalekiego Wschodu
Wydawnictwo FILIA planuje premierę książki Philipa Gourevitcha - "Pragniemy zawiadomić, że jutro zostaniemy zabici wraz z rodzinami". Jest to kolejna książka wydawnictwa oparta na faktach, z gatunku tych poruszających tematy ludobójstwa, zbrodni wojennych i opisująca świadectwa ocalałych.
Data premiery to 25 lutego, jest to jednocześnie pierwsze polskie wydanie książki autora.
Cena okładkowa nie jest jeszcze znana.
Z języka angielskiego książkę przełożył Adrian Stachowski.
Krótko o książce:
Ta niezwykła debiutancka książka opisuje wydarzenia, które miały miejsce w Rwandzie i sąsiednich państwach od 1994 roku, kiedy to rząd Rwandy wezwał wszystkich członków większościowej grupy etnicznej Hutu do wymordowania wszystkich członków mniejszości Tutsi.
Chociaż zabójstwa były dokonywane przy użyciu prymitywnych narzędzi - głównie maczet - przebiegały one w szokującym tempie: w ciągu stu dni wymordowano około 800 000 osób. Pasterz z plemienia Tutsi w liście do przewodniczącego swojego kościoła, należącego do plemienia Hutu, użył mrożącego krew w żyłach wyrażenia, które Philip Gourevitch wybrał na tytuł swojej książki. Z dramatyczną intensywnością Gourevitch przedstawia genezę i horror "logiki ludobójstwa" w Rwandzie w kontekście cierpień, jakie spowodowały jej następstwa: masowe wysiedlenia, pokusy zemsty i dążenie do sprawiedliwości, przepełnione więzienia i obozy dla uchodźców. Poprzez intymne portrety Rwandyjczyków z różnych środowisk skupia się na psychologicznych i politycznych wyzwaniach związanych z przetrwaniem oraz na tym, jak nowi przywódcy postkolonialnej Afryki wyruszyli na wojnę w Kongo, gdy odradzające się siły ludobójcze zagroziły opanowaniem środkowej Afryki.
Czy kraj złożony głównie ze sprawców i ofiar może stworzyć spójne społeczeństwo narodowe?
Philip Gourevitch jest laureatem wielu nagród literackich (Guardian First Book Award, PEN Award, National Book Critics Circle Award).
"Głowa Kasandry" to dla mnie książka, która ma w sobie świetny rdzeń pomysłów, ale forma raz po raz podcina jej skrzydła. Najmocniej działa tu wizja technologii jako systemu-trybunału: czegoś, co nie tylko pomaga ludziom przetrwać, ale wręcz przejmuje prawo do decyzji o przyszłości świata. Kiedy autor wchodzi w ton moralnego dylematu (kto ma nacisnąć przycisk, kto ma decydować za gatunek), robi się gęsto i naprawdę nieprzyjemnie - w dobrym sensie.
Problem w tym, że całość jest dla mnie nierówna. Widać, że książka składa się z opowiadań, które mają różną energię: "Głowa Kasandry" ciągnie całość w górę, bo ma najbardziej nośną stawkę i klimat postkatastroficzny, ale pozostałe części potrafią brzmieć jak szkice/warianty tej samej tezy: technologia wymyka się z rąk, człowiek zostaje wepchnięty w role, a reguły gry są ustawione przeciwko niemu. Czasem wchodzi też trochę technicznej ekspozycji (wyjaśnianie mechanizmów, procedur, parametrów), która spowalnia i osłabia emocjonalny ciężar scen.
Najbardziej zapamiętałem z tej książki nie bohaterów, tylko uczucie osaczenia przez logikę systemu i to jest jej siła. Tyle że jako czytelnik chciałbym, żeby ta siła przekładała się na bardziej satysfakcjonującą narrację: głębsze postacie, mocniejsze domknięcia i mniej wrażenia, że autor czasem bardziej opowiada o idei niż pozwala jej wybrzmieć w fabule.
Mocny koncept "Kasandry" i etyczny ciężar decyzji z gęstym klimatem SF z nutą paranoi i systemowej grozy. Do tego obraz świata po katastrofie, który ma konsekwencje (a nie jest tylko dekoracją). Ale całość obniża nierówność segmentów i wrażenie patchworku, a bohaterowie częściej są nośnikami idei niż pełnoprawnymi postaciami. A na dokładkę miejscami autor zbyt „techniczne” tłumaczy świat kosztem spowalniania i obniżania napięcia.
Osobisty licznik: 22/128
#czytelniczebingo (22/25) - pole 9 - Klasyk fantasy, którego nie przeczytałeś
@kopytakonia ja też jestem, bo zapowidało się na prawdę nieźle i to nie tak, że bawiłem się źle bo mi się podobała, ale momentami czułem się jak na wykładzie
@WujekAlien noo... gorzej jak to wszystko spłynie do oceanu Chryste tyle syfu to nawet mydło by nie przetworzyło Pojawiłaby się kolejna wyspa na oceanie- tylko zamiast śmieci byłby skondensowany brud xDD
@Fox nie chcą ich wypuszczać, inne kraje mają dla nich taką politykę wizową, że każdy hindus 3 miesiące robi papierologię przed wyjazdem do Europy, a do USA jeszcze dłużej
Tytuł: Chiński obwarzanek. Od Tajwanu po Tybet, czyli jak Chiny tworzą imperium
Autor: Michał Lubina
Kategoria: reportaż
Wydawnictwo: Szczeliny
Format: e-book
Liczba stron: 427
Ocena: 7/10
Świetny przewodnik po peryferiach i to dosłownie. Autor buduje opowieść na trafnej metaforze obwarzanka: ośrodek władzy w kontynentalnych Chinach i pierścień regionów, które Pekin musi stale doglądać, dyscyplinować albo uwodzić - od Tajwanu, przez Hongkong i Makau, po Tybet czy Mongolię Wewnętrzną. Dla mnie to porządny zestaw ciekawych informacji o historii, narzędziach wpływu i zmianach ostatnich dekad, podany w formie krótkich, esejowych rozdziałów.
Co w środku? Zamiast jednej tezy, rozbicie każdego z regionów na przypadki. Tajwan jako "najtrudniejszy orzech do zgryzienia", gdzie mieszają się presja militarna, ekonomiczna i informacyjna. Hongkong i Makau jako laboratoria formuły "jedno państwo, dwa systemy" i lekcja, jak szybko marchewka potrafi ustąpić kijowi. Tybet i Xinjiang - kolonizacja osadnicza, infrastruktura, kontrola religii i języka, techno-nadzór. Do tego peryferia zewnętrzne: Morze Południowochińskie, pas BRI - miejsca, gdzie obwarzanek rozciąga się poza granice. Autor sprawnie łączy historię z polityką tu i teraz, podrzuca smaczki, anegdoty, rysuje tło, a nie tylko aktualności.
Klarowny pomysł na całość (pierścień peryferii) i czytelna mapa pojęć, w której łatwo się odnaleźć. Dużo kontekstu historycznego, który wyjaśnia dzisiejsze decyzje Pekinu. Esejowy, ludzki styl - nie trzeba być sinologiem, żeby skumać mechanikę imperium. Brakuje jednak więcej głosów z peryferii (świadectw, cytatów, mikrohistorii, wywiadów) - momentami dominuje perspektywa politologiczna. Na zdecydowany plus jest to, że autor pofatygował się w każdy z rejonów osobiście i spędził tam trochę czasu, więc jest to po części wiedza od środka.
Osobisty licznik: 21/128
#czytelniczebingo (21/25) - pole 15 - Reportaż o kraju, o którym wiedziałeś niewiele