Wisconsin, lata 80. XIX wieku, czyli Dziki Zachód.
Szeryf i pastor równocześnie zanosi z innymi znalezione ciało żołnierza do miasteczka (Jacob też kiedyś był żołnierzem). Ale doktor mówi, że to choroba zakaźna i że trzeba działać bardzo ostrożnie.
Na razie nie chcą wzniecać paniki, ale zaczyna chorować coraz więcej osób. Do tego zbliża się prawdopodobnie wielki pożar do ich miasteczka.
Śmierć zbiera swoje żniwo. Horror, groza, piekło.
Bardzo mocny film, w pewnym momencie czułam, że wchodzę do piekła i bam! nagle tam jestem ze wszystkimi bohaterami. Jeszcze na początku czy w środku filmu można trochę brechnąć śmiechem, ale im dalej tym groza zabiera fun i wkraczamy na depresyjne klimaty gdzie śmierć jest codziennością.
Turcja. Udane małżeństwo z czternastoletnią córką. On dramaturg i wykładowca na uniwersytecie, ona główna aktorka Teatru Narodowego w Ankarze.
Ale pewnego dnia wszystko rozsypuje się jak domek z kart. On zostaje wydalony z uczelni za to, że namawiał studentów na wykładzie do wyjścia na demonstrację, ona za to, że po spektaklu nie poszła zrobić zdjęcia z gubernatorem.
Polityka wchodzi i psuje całkiem satysfakcjonujące życie tych ludzi. Bez pracy i pieniędzy są zmuszeni wyjechać do Stambułu i zamieszkać u teściowej. On jeździ taksówką, ona zapewne zaraz będzie grała w jakichś telewizyjnych serialach.
On pisze nowy dramat Żółte listy i postanawia wystawić go w małym lokalnym, zaprzyjaźnionym teatrze. Ogólnie film o tym, że tacy ludzie i tak sobie poradzą, tylko kosztem rozpadu rodziny, gdy zmieniają się podejścia jego i jej, wobec zmian polityczno-społecznych, które dotykają klasę średnią w dużych miastach.
Ciekawostka: niemieckie miasta udają Ankarę i Stambuł (Berlin i Hamurg).
Jakkolwiek oceniać temat filmu - sam obraz ogląda się dobrze, aktorzy top, akcja leci, nie nudzi się widz.
Drugi film pani Marie Kreutzer na festiwalu. Wyostrzone, błądzące pomiędzy jawą a snem wyostrzone kino jak brzytwa.
Bardzo mi się podobało, ostatecznie wyniosłam wiele wniosków, w tym jeden, który pozornie odrzucamy na początku - że to właśnie intensywna praca zabiera cię w lepszy świat, bo twoje życie poza pracą, albo jest i tak na niej skoncentrowane, albo nie ma tam bliskiego, ostrego ale znanego "kopa".
Myślę, że to film, który zyskuje przy drugim seansie, ale dla mnie to była wystarczająco gruba jazda, więc rewatcha nie planuję w najbliższym czasie.
Spoilers alert!
Lola to perfekcjonistka. Pnie się po szczeblach kariery i teraz jej priorytetem jest pewien projekt. Ale Lola ma też parę tajemnic. Ma romans z przełożoną i chorą psychicznie siostrę.
Brak snu odbija się na Loli i zaczyna doznawać omamów, ale może to tak naprawdę sygnały ostrzegawcze? Przed tym, że wcale nie trzyma kontroli nad swoim życiem. Błądząc pomiędzy siostrą a przełożoną, kolejnymi miejscami i przeciążona pracą, bo chce być przeciążona pracą, przeżywa wszelkie stadia kryzysu – od masy piętrzących się problemów, po samobójstwo siostry, i wreszcie przychodzi ukojenie w postaci domkniętego projektu. Ale czy na pewno?
Tego już nie wiemy, ani ona pewnie też. Możemy tylko się domyślać, że nawet jeśli przyjdzie chwila refleksji, to Lola i tak rzuci się w kolejny projekt, bo takie jest jej życie i tylko to ją napędza, tak naprawdę.
Javier Bardem gra doświadczonego reżysera, który wraca do Hiszpanii, by nakręcić swój najnowszy film i odzyskać kontakt z córką, w której życiu nigdy nie uczestniczył. Proponuje jej jedną z głównych ról. Dla niej to szansa, bo nie jest znana i zazwyczaj gra w jakichś TV chałach.
Relacje jej i ojca oraz całej ekipy podczas kręcenia filmu czasem przybierają różny obrót. Ojciec i córka obserwują siebie z dystansem, próbując traktować siebie profesjonalnie, ale widać, że brak dopowiedzenia odciska swoje piętno.
Bardzo dobry film, dużo zbliżeń, które nie są robione dla samych zbliżeń, ale mają nam pokazać myśli dwójki głównych bohaterów, jak w jednym spojrzeniu wyraża się uczucie i ciężar wobec samych siebie.
Znakomite kino, znakomite aktorstwo i bardzo przemyślane zdjęcia. Plus w bonusie zaglądamy za kulisy pracy filmowej.
Taka bardziej gorącokrwista "Wartość sentymentalna".
@Carthago Możliwe, nie wiem jak to wygląda z premierami z Cannes, o ile sprowadzanie na festiwale to norma, to nie czaję reguł dotyczących ogólnej dystrybucji.
W każdym razie polecam pamiętać, warto! Dobry film.
Jakiś niezbyt fajny świat w przyszłości. Główną walutą są benzyna i kobiety.
W jednej osadzie, gdzie mają benzyny full, faceci pracują, ćwiczą i dają sobie sterydy. To świat męskich mężczyzn, masculine czy jak to się pisze.
Szef szuka następcy i wśród wielu facetów kandydatką jest kobieta, którą on ćwiczy i r⁎⁎ha.
Tymczasem do osady trafia kupiona za kanister benzyny kobieta, której w oko wpada owa Gorgona. W brutalnym męskim świecie Gorgona stara się być jak ci faceci, ale uświadomiona przez nową będzie walczyć o swoje, szczególnie że ma ukryte moce.
@Mahjong Tak jak śledzę feminizm akademicki i bardzo go cenię, tak ten "artystyczny" jest przeważnie po prostu niesmaczny i ja nie wiem czemu. Czy to brak pomysłu i tania reklama, bo się ludzie z obu stron rzucą, czy może coś innego? ¯\_(ツ)_/¯
@gwf-hegel-fangirl Ten film to akurat żaden artystyczny feminizm, to raczej parodia feminizmu ogólnego, jak już. To zwykły akcyjniak z cucuchami i ruchaniem i strzelaniem. Nothing more. Nazwałam to pseudofeministyczny madmax, bo tak wygląda - że babki przejmują władzę w czysto męskim świecie, głównie ruchaniem i strzelaniem xd
Hutu stanowili większość ludności Rwandy, Tutsi byli mniejszością.
Podziały etniczne zostały mocno pogłębione w okresie kolonialnym przez Belgów, którzy faworyzowali Tutsi.
Po uzyskaniu niepodległości władzę przejęli Hutu, a napięcia między grupami narastały.
W 1994 roku, po zestrzeleniu samolotu z prezydentem Rwandy, ekstremiści Hutu rozpoczęli ludobójstwo.
W ciągu około 100 dni zamordowano ok. 800 tys. osób, głównie Tutsi, ale także umiarkowanych Hutu.
Masakry zakończyły się dopiero, gdy kraj przejęły siły Rwandyjskiego Frontu Patriotycznego (RPF), złożone głównie z Tutsi.
Więc film mocno zahacza o tę tematykę. Główna bohaterka jest w stanie wybaczyć mordercy z Hutu, ale z drugiej strony nie umie zrozumieć swojej córki, która przed studiami zachodzi w ciążę.
Rodzinny film, w sumie o samych kobietach – babci, cioci i matce, która w końcu jednak wybiera wsparcie córki. Bo cóż? Skoro umiała wybaczyć mordercy z Hutu, to czemu nie miałaby mieć ciepłych uczuć do własnego dziecka? Bardzo mi się podobał ten film. Historia ludobójstwa jest zaledwie tłem, a z drugiej strony ma duże znaczenie - w gruncie rzeczy to od nas zależy co wybierzemy z tej historii - ja wybrałam nawrócenie głównej bohaterki na sprawy własne, rodzinne, przełożenie filozofii wybaczenia na zwykłą codzienność.
Opowieść o styku dzieciństwa z dorosłością. Trzy dziewczynki + młodsza siostra jednej z nich wybierają się w ostatnią podróż jako dzieci.
To wielka przygoda, kino drogi.
Po powrocie większość z nich czeka porzucenie szkoły i praca w fabryce. Realia Chin. Film mi tak średnio podpasował, ale wywołał myślenie, więc nie oceniam go źle. Kolejne smutne realia female stuff, tym razem z Chin.
Libańska wioska. Poznajemy zwyczajną rodzinę. Jedna z sióstr pracuje jako pielęgniarka, druga pracuje w polu i ma adoratora. Wszystko się zmienia, gdy ich brat potrąca śmiertelnie mężczyznę z wrogiego klanu. Ten klan domaga się zadośćuczynienia: albo śmierci brata, albo dwóch sióstr.
Rodzina więc ucieka, a siostry zostają zawiezione do szejka wrogiego klanu, który każe im wybrać, która tu zostanie i wyjdzie za mąż za jednego z nich.
Piekło kobiet wciąż istnieje, w tle plemienne waśnie, ale czemu za to wszystko co zmajstrowali faceci "płaci się" kobietami?
Smutny to film, wciąż razi, że dalej tak jest w XXI wieku. Z jednej strony kochająca się rodzina, ale gdy zawiśnie nad nią śmierć syna, nie ma zastanawiania się - wysłanie sióstr to o wiele mniejsza cena, a ich uczucia i to czego chcą od życia są drugorzędne, o ile w ogóle są ważne.
Zrobił wrażenie na mnie ten film, szczególnie ostanie sceny.
Lucy wyprowadza się z wypalonym pracą mężem i dziewięcioletnim synem na wieś. Ich życie wygląda jak idylla: Lucy ćwiczy swoje utwory na występy, synek skacze na trampolinie, a para uprawia miłe seksy na materacu.
Ale pewnego dnia do ich drzwi puka policja. Mąż jest oskarżony o rozpowszechnianie pornografii dziecięcej. Lucy natychmiast zabiera syna i wyprowadza się. Sprawę prowadzi policjantka, która sama boryka się z takim gentle potworem w domu, czyli chorym ojcem, który obmacuje opiekunkę.
Czy mąż Lucy popełnił po prostu błąd, czy może okłamuje Lucy przez cały czas? Film o tym, że nie można ufać najbliższym. Kochanie jest łatwe, ale wyłączyć kochanie gentle potwora już nie jest tak łatwo - to nie jest tak, że nagle dowiadujesz się, że twój mąż jest tym złym, to rzucasz wszystko - całe to życie i uczucie w środku. Nadzieja się tli do samego końca.
To było moje pierwsze (chyba, musiałabym sprawdzić) zetknięcie z filmami pan Kreutzer. Nie wiem czego się spodziewałam, ale nie dostałam ani emocjonalnej jazdy bez trzymanki ani sterylnej analizy problemu.
To bardziej przypomina relację z pola bitwy, gdzie walka jeszcze się nie zaczyna, a potem jesteśmy w środku - wyrąbani na zaufaniu jak żołnierz w okopach.
Bardzo fajna rola Léa Seydoux - muszę przyznać, że pani Kreutzer ma doskonałą rękę do aktorek, o czym upewniłam się na innym jej filmie.
Druga część "Bohemianr Raphsody"? Nie, ale znów Rami Malek jako homoseksualista chory na AIDS.
Opowieść o Jimmym George'u. A raczej o jego ostatnich tygodniach życia. Typ czuje się dobrze, mimo że jest blisko śmierci przez zaawansowane AIDS. Chce wystawić sztukę, znów występować i rusza nocami na imprezy, by korzystać z ostatków życia, jakie mu zostały. W tle dramat jego partnera. 8/10 po seansie, na dziś ocena lekko opadła.
Czuć było napięcie, chociaż nic nie wiedziałam o tym nowojorskim artyście.
Partner Jimmy'ego potraktowany po macoszemu, prawdziwym drugoplanowym bohaterem jest rudowłosy chuderlak, który z miejsca pała uczuciem i pożądaniem w stronę Jimmy'ego i myśli, że z tego tytułu ma jakieś prawa.
Film zrobiony bardzo dobrze, Malek szarżuje, ociera się o kicz, ale można dojść do wniosku, że George taki był, jako artysta czy tam performer.
Trochę mi przeszkadzało to, że losy Jimmy;ego obserwujemy parę tygodni później jak uciekł śmierci spod topora, dzięki jakiemuś tam lekowi. Koleś wygląda jakby wyszedł z siłowni, a nie ze ojomu. No ale powiedzmy, że reżyser chciał pokazać charyzmę bohatera nie tylko poprzez jego pasję do performensu i imprezowania, ale też przez piękną cielesność.
To zarazem smutna opowieść o tym jak dysonansowa może być żałoba samego przegranego z życiem i jego bliskich. Jego partner płacze w poduszkę, chodzi ze zbitą miną, a tymczasem Jimmy ćpa, chla i się r⁎⁎ha jak jakby jutra miało nie być... No właśnie.
Daleka wioska na krańcach Turcji. Po wojnie wraca wygnany ród, co nasila obawy mieszkańców o ich dalszy los. Mesut, starszy brat szejka wiochy, bierze swoje sny za boskie wizje i zaczyna namawiać do walki z przybyłym rodem. Odbiera szejkowską władzę swemu bratu i rozsiewa swoje wizje pośród ludu, co kończy się czystką i rzezią.
Dla mnie te "religijne wizje" to monstrum nie tylko społeczności, ale także głównego bohatera, którego od środka zżerają różne lęki. Gdy dowiaduje się, że żona prawdopodobnie urodzi bliźnięta to przechyla szalę - mówi się, że tylko we wrogim rodzie rodzą się bliźniaki - to diabeł wkłada tam "dodatkowego" dzieciaka.
Mesut doskonale odczytuje swoje lęki i równie doskonale "podkłada" je swojej społeczności, wysiudając pokojowo nastawionego brata i rozpoczynając misję "ku ocaleniu".
Ogólnie pokazanie tego wszystkiego - jak własne lęki pojedynczy człowiek może przełożyć na więcej ludzi i do czego to prowadzi - jest niestety bardzo współczesne.
W samym filmie czegoś mi brakowało - może bardziej ludzkiego czynnika. Doceniam to, o czym chce opowiedzieć ten film, ale coś mi kulało w sensie realizacji.
Planem minimum była setka z Koszalina, maxem 140 km. Wyszło po środku 121 km, ale cieszę się bardzo bo to mój pobity rekord i najdłuższa moja trasa ever!
Do Koszalina pociągiem, porozmawiałam sobie z dwoma braćmi, którzy wracali z rowerowego weekendu - robili traskę Kołobrzeg - Ustka. Potem jak to Koszalinek, przejechałam dwie ulice w tym jeden rynek XD
Ciężkie podwyższenie tam na Słupskiej, ale potem bez pedałowania do Sianowa. Trochę się pogubiłam, ale miasteczko małe więc szybko wróciłam na ustalony szlak. Na nowopoznawanej drodze ciężko się jechało wzdłuż ekspresowej szóstki, ciągle miałam wrażenie, że zaraz coś mnie wyminie - potem 112 się odpieła w bok i już fajnie się jechało.
Krótka przerwa w Sławnie na żelki i napój i laga na Ustkę. Niestety, pierwszy kryzys złapał mnie w Marszewie, znów krótka przerwa na żelki i do Zaleskiego na frytki i lecha free. Tam decyzja - zjazd na południe i setka będzie, albo ciacham na Ustkę i tam zdecyduje czy biję się o 140-tkę.
No niestety, w Ustce już pojechałam w dół, bo miałam dość - nie było sensu się przemęczać i prosić się o jakąś kontuzję czy problemy. Wyszło ostatecznie przed chatą równo 121 km, więc pani Madżong jest kontent.
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
@Mahjong Wielkie gratki, na hejto setki w sierpniu padają szybciej, niż w piątkowy wieczór w barze Jeszcze tak podpowiem, że w kontekście rekordów, niebezpieczne jest ich bicie blisko domu, zbyt bardzo może kusić jego położenie xD
Miała być super wyprawa, ale towarzysz się wykrzaczył więc spokojnym tempem po lasach znajomych sobie pojeździłam.
Było mi trochę mało i skręciłam w taki las, co to jeszcze nie skręcałam i tak sobie fajnie jechałam, ale myślę sobie "gdzie mnie droga poprowadzi?". Dobrze by było wrócić na szlak i robić nawrót na chatę (bo w niedzielę celuję w setunię). Ale oczywiście zasięgu nie było, nie było jak sprawdzić. Więc zatrzymywałam się co kilkaset metrów i sprawdzałam, ale zasięgu dalej nic. W końcu myślę sobie - dobra, ostatni zakręt i jak nic nie będzie to zawracam - a tam droga nawrotna!
Dobrze, że się zmusiłam, bo miałabym potem fakap jakbym spojrzała na mapkę XD
I taki napis już w Słupsku pod mostem (na zdjęciu).
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Spotkanie po latach dwóch kobiet które zapewne były jako nastolatki zakochane w sobie. Porównania do komet bla bla bla, i jakieś niewiadomo SF na końcu.
Kompletny missmatch. Jeśli dobrze pamiętam nie udało mi się dostać na inne filmy w tej sekcji godzinowej i poszłam na to z braku laku - mogłam iść na gofra lepiej...
Lata 80., Nowy Jork. Koleś ma dwóch dorastających synów i żonę. Nie są bogaci, ale sobie radzą. Problem pojawia się z jego bratem, byłym policjantem, który proponuje interes z ruskimi. Wygląda legit, więc koleś się nakręca. Wieczorem zabiera synów, by pokazać im swoje miejsce pracy. Jak to bywa, ruscy robią coś nielegit.
Straszą kolesia i jego synów, więc brat musi wyjaśnić sytuację, ale robi się coraz gorzej.
Taki film z typu - co może pójść źle w interesach z ruskimi? I przy okazji podkładka ku chwale średniego ale szczęśliwego życia.
Ten film mógłby być lepszy? Nie wiem, oglądało się go w sumie dobrze, ale czuć, że jest wybrakowany i sam film nie wiadomo do końca gdzie ostatecznie skręci, co nam skręca trochę zwoje w mózgu, bo zdezorientowany widz już sam nie wie czego się spodziewać - kolejnych pogadanek czy kolejnej akcji.
Powinnam iść po kolei, ale aż tuptam pazurami i macham skrzydłami by napisać już Wam teraz o Kurze.
Możliwe, że spoilery dalej.
Życie kury od jej urodzenia na fermie kur. Udaje jej się uciec i obserwujemy jej perypetie. Najpierw ma tracić do gara jako główny składnik zupy, ale ucieka przed feralnym losem. Jednak na wolności problemy tylko się piętrzą - zdesperowany lis nie cofnie się przed drzwiami sklepu, byle pochwycić swoją ofiarę, niedoczekane twoje, lisie!
Nasza kurza odyseja trwa więc dalej.
W końcu trafia do pewnego domu i kurnika. Tam rozpoczyna się cykl: kura, kogut, jajko. Ale nauczona ucieczki znów co chwilę ucieka, a jednak wciąż tam wraca.
Z kurzej perspektywy dane nam będzie zaopatrzyć się w obserwację ludzkiego świata, jakże niedoskonałego, ale Kura jako prawie niewidzialny świadek jest idealny (cudna jest scena, gdy Kura przypadkiem wlezie do domu i zobaczy jak dzieci oglądają dokument o tyranozaurach). Ale ostatecznie najważniejsze dla Kury jest jej kurze życie, ruchanko z kogutem, wyciskanie jajek i systematyczne ucieczki z kurnika, ma we we krwi już odysejowatość, ten tytułowy drób.
Możemy się domyślać, że marzy jej się kurze macierzyństwo i kiedy w końcu ludzie opuszczą to miejsce, kurka spełni się w swoim marzeniu. Koniec.
Ten film sprawił to, że miałam ochotę tuptać jak ta kura i robić tak dźwiękowo "kooo kookokokokokokokokooooo kokokokokokokooooooo".
To taki film, po którym sama stajesz się trochę kurą.
Sam reżyser wspominał, że miał pomysł na ten film już od jakiegoś czasu, ale kolo z Polski nakręcił film o osiołku (IO).
IO jest dziwaczny i czasem bywa smutny, albo jest smutny, natomiast Kura wprowadza sporo humoru - jej obawa o przetrwanie oblecze w empatię niejednego widza.
Jedno jest pewne - na zgliszczach ludzkości rodzą się wolne kurczaki.
Ko-ko-ko!
PS. Ciekawostka: tytułowa Kura była grana przez osiem prawdziwych węgierskich kur o imionach Eszti, Szandi, Feri, Enci, Eti, Enikő, Nóra i Anett.
Chata w lesie. Tam sprowadza się para – Brytol taki (w tej roli rudy z Harego Potera) i Saga. Uprawiają seks w lesie i rodzi się dziecko. Dziwne, niepokojące. To wywraca do góry nogami marzenia o spokojnym rodzinnym życiu.
Film, który spokojnie można brać jako interpretację trudnego macierzyństwa, a zarazem dobrze działa też w formie niby horroru.
A jednak gdy weszłam na filmweb by spisać nazwisko reżyserski znów widzę słabe oceny. Dla mnie to trochę szok - bawiłam się zacnie na tym filmie, mimo że nie pałam sympatią do wszelkich motherhood motywów. Tu jednak zagrało mi idealnie.
Może dlatego, że film potrafi być zarazem horrorem i czasem komedią. Może dlatego, że rola ojca jest pokazana jako ułom, który nie kuma o co chodzi matce, gdy ona zmaga się z tak wieloma sprzecznymi emocjami.
Możliwe, że te oceny są właśnie dlatego takie, że ktoś myśli, że to film o toksycznym rodzicielstwie, albo że to "taki se horrorek". Lepiej wrzucić to wszystko do bębna i bawić się moi drodzy! Oglądam ten film ze swoją ekipą i raczej każdy wyszedł z seansu zadowolon.
Osobiście dla pani Seidi Haarla, grającej matkę, dałabym tuzin Oscarów.
Obiecałem sobie, że już nigdy więcej horrorów, bo wszystkie polecane w ostatnich latach (Midsommar, Substancja, Obsesja, Good boy itd.) niemiłosiernie mnie wymęczyły. Spróbuję jeszcze tego, a potem definitywnie koniec :)
Zakonnica zostaje wysłana na misję skuterem do miasteczka, gdzie stacjonuje biskup. Siostra jest nieco nawiedzona, uważając, że to Bóg wskaże jej drogę. Spotyka pielgrzymkę, która niesie figurę świętego również do biskupa, ale przez jej lekkie obłąkanie ich drogi się rozchodzą.
Do miasteczka chce też się dostać pilot, który ma uciec z żoną przełożonego. Obserwujemy też, jak owa kochanka jedzie tam ze swoim szoferem.
Wychodzi na to, że tylko pobudki zakonnicy doprowadzają ją do celu, choć nie będzie to do końca to, czego oczekiwała.
Wyłożona hipokryzja religijnych ludzi, który dążą do celu za wszelką cenę, zamiast stosować się, powiedzmy do nauk Jezusa.
Film dobrze się ogląda, zdarza się parę śmiesznych rzeczy, moim zdaniem kino bardzo oglądalne.
Ośmioletnia Jo jest świadkiem gwałtu w parku. Sprawca zostaje ujęty, ale nic już nie będzie takie samo. Dziewczynka przeżywa to na swój sposób, tak samo jak jej rodzice. Do tego staje się głównym świadkiem w rozprawie.
To dość ciekawa perspektywa z poziomu dziecka, które kopiuje zachowania dorosłych, nie rozumiejąc ich i wykraczając czasem dalej w swoich działaniach. Rodzice wydają się bezradni, ale nie ustają we wspieraniu córki.
Takie sytuacje nie zdarzają się często. I może nam, jako widzom, też trudno zrozumieć to dziecinne pozbywanie się "ducha", że to może tak wyglądać – nie do końca powiewające grozą, bo imago gwałciciela nie drażni dzieciaka, ani go nie straszy.
Ale ten ciężar jest czasem większy na zewnątrz niż w środku, gdy mała Jo wszędzie widzi gwałciciela (głównie w swoim pokoju) i akceptuje jego obecność, ale on też w końcu znika, tak jak strach dziecka.
Jak na amerykański film trzeba przyznać, że oprócz kalki typu tata=fizyczność+logika, mama=empatia+psychologia, to jest porządny dramat, który nie ucieka przed dość delikatną kwestią jaką jest obserwacja dziecka. Właściwie dość sporo oglądamy oczami małej Jo. Jak zostaje wciśnięta w świat dorosłych, na przykład na rozprawie sądowej.
W takim norweskim "Fiordzie" jest pokazane, z jak wielką delikatnością działa się w jakimkolwiek kierunku jeśli chodzi o dzieci, tutaj to zahacza trochę o specjalne wrzucenie 8-latki w trochę brutalniejszy aspekt, którego ona po prostu jeszcze nie rozumie. Z drugiej strony jest jedynym świadkiem przestępstwa - dlaczego, z powodu tego, że jest dzieckiem, gwałciciel ma uniknąć kary?
Parę pytań stawia ten film, ale nie na wszystkie odpowiada, bowiem - tak, wciąż patrzymy na wszystko z perspektywy Jo, ona dopiero poznaje świat dorosłych, nie jest on dla niej całkiem zrozumiały, ale stara się sprostać oczekiwaniom.
Ogólnie polecam, dość nietypowe kino amerykańskie, a zarazem w wystarczająco amerykańskie, by podjąć się seansu bez obaw o jakiś powalony horyzontowy arthouse. Nie, to zwykły dramat z dobrą obsługą aktorską - młoda pięknie poprowadzona w filmie, łatwo zapomnieć, że oglądasz małą aktorkę.
Miałam dziś odpoczywać po robocie przy filmie, ale sąsiad zaczął nagle napierdalać w ściany, więc zrobiłam sobie krótką wieczorną przejażdżkę - w sumie nawet miło się jechało taką porą, tuż przed zachodem słońca. Przed wjazdem na osiedle widziałam na polu małą sarenkę, mam nadzieję, że nie wpadnie na głupi pomysł, by przejść przez ulicę.
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin