Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 746wpisy
  • 3813komentarzy

Wysoka Izbo, Panie Poetki i Panowie Poeci!


Z racji tego, że, obierając mnie na trybuna we wczorajszym głosowaniu, pozbawiliście mnie przyjemności udziału w dzisiejszym układaniu, no to macie trudne:


rymy: laserowe – radiowiec – przeciwczołgowe – bombowiec

temat: bitwa pod Grunwaldem.


Chociaż, znając Was (i życie) to i tak se poradzicie.

Pewnie nawet znakomicie.


Powodzenia! Bawcie się (beze mnie!) dobrze.


Wołam też na dzisiejszą zabawę kolegę @conradowl , bo miał to (nie przez mnie) obiecane. Ale niektórzy nie dotrzymują słowa.


#poezja #naczteryrymy czyli #tworczoscwlasna w kawiarence #zafirewallem


A poza tym to uważam, że @UmytaPacha powinna ułożyć sonet!

Kłamstwo o Grunwaldzie


Niebo rozświetlają promienie laserowe,

Jęczy w okopie radiowiec...

W przyszłości nie wspomną, że trafiliśmy na miny przeciwczołgowe,

Ani, że rumak nasz to był stalowy bombowiec.

Mokry sen Niemca


Litwinów posiekałyby karabiny laserowe

Na bieżąco sukces by relacjonował radiowiec

A von Jungingen miał chociaż miny przeciwczołgowe

Na koniec by polaczków zmiótł niemiecki bombowiec

@George_Stark ścięło mnie z nóg, jest środek nocy, ale oj tam xD


Plany Jagiełły precyzyjne, cyzelowane, laserowe,

Łączność zachowana, choć żaden tu radiowiec, Nasze zasieki lepsze niż miny przeciwczołgowe

Na krzyżaków spadła ciężka jazda jak bombowiec

Zaloguj się aby komentować

691 + 1 = 692


Tytuł: Miłość w czasach zarazy

Autor: Gabriel García Márquez

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 7/10

#bookmeter


Ale jeśli razem czegoś się nauczyli, to tego, że mądrość przychodzi wtedy, kiedy nie jest już nam do niczego potrzebna.


Ta książka, Miłość w czasach zarazy, opowiada o miłości i o małżeństwie. Dokładnie tak, jak stoi to w pierwszym zdaniu, bo i o miłości, i o małżeństwie. O każdym z nich osobno, bo jest tam mowa i o małżeństwie bez miłości i o miłości bez małżeństwa. Zarówno ta miłość, jak i to małżeństwo splatają się ze sobą, ogniskują w postaci Ferminy Dazy. Kobieta ta, jedna z trójki głównych bohaterów książki, uwikłana bowiem jest w obie te rzeczy. W jedną – w małżeństwo – czynnie, jako małżonka doktora Juvenala Urbina, w drugą zaś – w miłość – biernie, jako obiekt westchnień (a może cel?) Florentina Ariza.


Wszystko to, cała ta historia, w moim odbiorze, jest (jak zresztą powinno być w dobrej powieści) pretekstem do przedstawienia charakterów. Sprawdzenia wymyślonych przez autora postaci. Przekonania się jak poradzą sobie w okolicznościach, w które sadystyczny często – ale takie jego zadanie – tych biednych wymyślonych ludzi rzuci. I to udało się panu Márquezowi kapitalnie! Po owocach ich poznacie – tak mówi Księga i, zgodnie z tą maksymą, charaktery bohaterów w tej książce poznajemy w praniu: obserwując ich zachowania, podglądając myśli, szukając (czasami razem z nimi) motywacji, jakie kierowały nimi przy podejmowaniu takich a nie innych decyzji. Wlecze się to momentami jak nieleczony katar (i równie jest przyjemne), ale i tak mi się podobało. Po prostu lubię takie rzeczy.


Przy tym wszystkim autor (do spółki z tłumaczem) zaczarował mnie sposobem opisu rzeczywistości. Jest w tej książce troszeczkę realizmu magicznego, który – ku mojemu zaskoczeniu – całkiem polubiłem, ale równie sprawnie wyszło panu Márquezowi przedstawienie realizmu realnego. Tej – w zasadzie – nieciekawej codzienności, tyle że, z naszej perspektywy, osadzonej na egzotycznych Karaibach. Dawno nie miałem tak, że czytając czułbym się tak, jakbym był w jakimś miejscu. Gwarnym, zatłoczonym, głośnym – jak targ, na którym po powrocie z Europy znalazła się Fermina Daza. Ostatnim razem tak mocno do wykreowanego przez siebie świata wciągnął mnie pan John Steinbeck w Gronach gniewu, w tej wspaniałej scenie kupna samochodu w komisie. Piękne to było, uwielbiam tam obrazowo napisane sceny!


Nie mógłbym nie wspomnieć, przy całej powadze chyba jednak tej książki, o okraszeniu jej przez autora humorem. W ilości nawet większej niż realizmem magicznym! Świetnie czytało mi się – że wymienię tylko co lepsze rzeczy – o zgodzi na zawarcie małżeństwa obwarowanej żądaniem obietnicy o niezmuszaniu do jedzenia bakłażanów; o muzeum miłości, gdzie eksponatami miały być przedmioty pozostawione przez mężczyzn odwiedzających burdel; o wymianie korespondencji miłosnej między dwójką kochanków, gdzie, każdemu z nich, z racji braku umiejętności własnych, listy pisał Florentino Ariza – w efekcie korespondował sam ze sobą, choć zawsze w czyimś imieniu!

Na koniec zostawiłem sobie słodko-gorzki wątek, przy którym się jednak uśmiechnąłem (Z czego się śmiejecie? Sami z siebie się śmiejecie!) o kłótni małżeńskiej, zakończonej cichymi dniami i całym tym towarzyszącym im inwentarzem zachowań, dotyczącej braku (lub obecności – jak twierdziła żona) mydła pod prysznicem. No piękne i z życia wzięte! Bo, jeśli by sobie przypomnieć swoje własne największe zacietrzewienia, a później zastanowić się nad ich powodami to – stawiam perły przeciwko wieprzom – okazałoby się, że w wielu przypadkach chodziło o zupełne pierdoły.


O jedno tylko mam pretensje do autora, jeśli chodzi o tę książkę. Zabrakło mi w niej jakiegoś większego tła, tej tytułowej zarazy. Bo ona, owszem, była tam, ale w ilościach iście aptekarskich. Cały świat, poza światem historii, był gdzieś tam, ale jakoś nie zaznaczył się na tyle wyraźnie, żebym mógł poczuć całą historię w pełni. Ta książka, moim zdaniem, równie dobrze mogłaby się nazywać Miłość na Karaibach, Miłość na przełomie wieków, albo, jak zaproponowałem na początku: I o miłości, i o małżeństwie. To minus dlatego, że przy tych głębokich bohaterach całość wyszła dość jednak płasko (poza momentami, jak wspomniana scena na targu, ale targ to tylko fragment świata, a nie świat), ale też dlatego, że w Stu latach samotności, które, tak jak Miłość w czasach zarazy, rozgrywały się na przestrzeni wielu lat, to właśnie to tło pomagało budować postaci. Tutaj, moim zdaniem, tego właśnie nie było. A szkoda.


Moja dotychczasowa relacja z twórczością pana Márqueza oscylowała gdzieś w okolicach remisu. Jak zachwycił mnie swoimi Stoma latami samotności, tak samo odrzucił Miłością i innymi demonami. Teraz, po tej lekturze, kolumbijski noblista wychodzi w rozgrywce ze mną na lekkie, ale jednak prowadzenie. Bo, co prawda, Miłości w czasach zarazy do Stu lat samotności bardzo daleko, ale tak samo daleko, a może nawet dalej jej do Miłości i innych demonów. Tyle, że w drugą stronę. Na szczęście.


EDIT: Jeszcze pytanie do znawców grafiki. Wam też się wydaje, że ten kwiat na okładce to jakby w pięść się trochę układał? Taką w mankiecie koszuli z rodzaju tych, jakie noszą muszkieterowie w filmach kostiumowych.


EDIT2: Aha, w tej książce wszystko niemal przesycone jest seksem. Czasami czułem się tak, jakbym czytał coś od pana Bukowskiego, tyle że napisane mniej wulgarnie. Nie żeby to było coś złego, ale jednak było tego tutaj (za) dużo.

29b58320-ef2f-4cb8-8c38-70335025a778

Zaloguj się aby komentować

Ponieważ moje wczorajsze oświadczyny w tym wątku nie zostały odrzucone, a propozycja zdobywania bezkrwawą metodą liryczną gorzowskich slumsów, choć wynikła z nieporozumienia, przyjęta została z subtelnym entuzjazmem, a tak naprawdę dlatego, że i ja zauważyłem tam potencjał na wiele humorystycznych wierszy, to jeden z nich napisałem. Koślawym, co prawda, ale jednak trzynastozgłoskowcem!


Pan Jerzy

czyli ostatni slam w Gorzowie


Księga I

Zwycięstwo


Wspomnienie: pełne uzębienie – Implantolożka – Sentymentalny spacer po Gorzowie – Spotkanie – Płodzenie – Slam – Zwycięstwo


Gorzowie! Marzenie moje! Tyś jest jak zdrowie:

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,

kto w slumsach twych zęby stracił. Ku ozdobie

teraz implanty złote musi wstawić sobie.


Panno implantolożko!, co stoisz nade mną,

co grzebiesz mi w dziąsłach maszyną piekielną!,

co, pod Twoją opiekę, ocalony cudem,

po napadnięciu mnie, dotarłem – choć z trudem,

nie działa podana przez Cię artykaina!

Z cierpienia, aż cała poezji kraina,

otwiera się przede mną! A ja w jej ramach

szansę swą wietrzę – na cudny tryumf w slamach!

A po wizycie, już z pełnym uzębieniem,

przysiadam – choć z lękiem – pod ratusza cieniem.


Lecz czym prędzej opuszczam Śródmieścia rejony,

tym bardziej, że zmierza ku mnie typ podchmielony.

– Poratuj złotóweczką może, kierowniku!

Myk-myk! Mnie już już tam nie ma! Już-żem na Chemiku!

Przemierzam, ze łzą w oku, sielskie Siedlice,

myśli świńskie się lęgną, gdy mijam Wieprzyce.

Później Dolinki. Małyszyn – Wielki i Mały.

Sady, Piaski, Zacisze. Zieleniec wspaniały!

Śród takich dzielnic, jak i przed laty, nad brzegiem

Warty, to spaceruję, to puszczam się biegiem.

Bo ktoś mnie goni! Umknąwszy jednak – zdyszany –

pościgu: szczęśliwy i niepoobijany,

idę dalej. Rozglądam się. Patrzę. I jest!

To plakat: „Slam poetycki – Szymborska-Hop Fest ”!


Rejon to niebezpieczny, bo nie tylko muza

może mnie tutaj znaleźć. Mogę znaleźć guza.

Opuszczam go więc, podążam brzegiem ruczaju,

a tam, ku mej radości, we brzozowym gaju,

siedzi @UmytaPacha (we Warcie się myła).

Przysiadam się natychmiast: – Witaj, moja miła!

Sięgam do jej piersi i… dostaję po pysku!

– To nie to o czym myślisz! Siadłaś na mrowisku!

Zażegnawszy uśmiechem nieporozumienie

zabieramy się rzutko za wierszy płodzenie.


– Srający ptaszek-mężczyzna! Wspaniały! I cześć!

Nie – powiada – ten ptaszek, to mężczyzny część.

Mała subtelność taka – tłumaczy mi dalej.

– Cholera! Ten wiersz teraz brzmi jeszcze wspanialej!

– z danym kluczem przekraczam zrozumienia próg.

Nagle: sygnał dźwiękowy – jak Wojski, gdy w róg

zadął. Ósma wybiła! Godzina została!

Zrymować zdążyliśmy, czeka na nas chwała!


Więc wiersz już gotów! Ruszamy – O! Żart ponury! –

do Gorzowskiego Centrum – jak to brzmi? – Kultury?!

Gmach to wysoki, z niemiecka murowany,

choć straszą tam „grafitti” pomazane ściany,

choć tynk tam się sypie, a w środku powała

wygląda jakby zaraz się zawalić miała,

nam nic to! Niesieni oddechem Apollina

i – to fakt – odrobiną spożytego wina,

wkraczamy wraz na salę. Ach, ileż tam ludu!

Fakt, wolałbym być z nią w Pałacu Ślubów,

lecz nic nie wybrzydzam, a biorę, co mi dają.

tymczasem poeci swe wiersze wygłaszają:

"Że źle. Że sam, że sama. Że kocha, nie-kocha

Że ból. Że cierpi. Że łka. Że płacze i szlocha."

Nuda! Sami ckliwi poeci w tym mieście?!

O! Doczekaliśmy końca, bo i nareszcie


werdykt jury: zwycięstwo! Tryumf przeogromny!

Ja – tak mam z natury – pozostaję skromny.

Pacha – jak to kobieta – ze szczęścia się puszy

aż jej z tych emocji czerwienią się uszy.

Idzie do nas hostessa! Wręcza nam banknoty!

Kurła! Wygraliśmy całe osiemset złotych!


#tworczoscwlasna czyli #poezja w kawiarence #zafirewallem

@George_Stark jak ja szybko mówię to te formy z -lożka to paskudnie wtedy brzmią, wręcz obelżywie, zlituj się waćpan i mnie do loszkowania nie przymuszaj xD


Lingwiści nie przez przypadek fanami tak zrobionych feminatywów nie są


Przy końcówkach wyrazów to "ż" się bardzo często w "sz" przekształca. Gdzie Ż z "żeński" do Ż z "psycholożka"? Porównania nie ma.

Zaloguj się aby komentować

Najmilsi!


Dużo pisać nie mam czasu, bo akurat zajęty jestem zarabianiem piniendzy (więcej szmalu! więcej szmalu!), więc będzie krótko:

rymy: Kraków – Wawelu – smoków – weselu;

temat: Warszawa.

Zasady znacie. A jak nie, to spytajcie kogoś kto zna. Wytłumaczy.


Powodzenia!


#poezja #naczteryrymy czyli #tworczoscwlasna w kawiarence #zafirewallem

@George_Stark 


Mieszkańców więcej niż Kraków,

Jednak nie ma Wawelu.

Nie ma także i smoków

Nie mówiąc o Rydla weselu.


¯\_( ͡° ͜ʖ ͡°)_/¯

W dziurze pełnej smogów znanej jako Kraków

Litości Zbawicielu! Grzebali złych na Wawelu

Cwaniak z pękiem wyroków ubił setkę smoków

Krakuski majtki w kisielu, w Wawie piły na weselu


@Arxr @Piechur @ruhypnol @plemnik_w_piwie @moll @splash545 @George_Stark @tomwolf @RKS_Huwdu_Hooligans wołam innych, bo wiem jak to jest jak się późno wiersz doda i później nikt nie piorunuje xD


Ale te rymy to swoją drogą okrutne, ciężko coś z rytmem dobrym było wykuć.

Ich miasto to nie jest Kraków

zamek - współczesna podróbka Wawelu

lecz więcej mieć mogą kasy od smoków

mieszkańcy #warszawa po weselu

Zaloguj się aby komentować

679 + 1 = 680


Tytuł: Trylogia kopenhaska

Autor: Tove Dietlevsen

Kategoria: biografia, autobiografia, pamiętnik

Ocena: 9/10

#bookmeter


Słońce wyłaniało się zza zielonego cygańskiego wozu, jakby wydobywało się z jego wnętrza, a Hans Świerzb wychodził z nagim torsem i miską w rękach. Polawszy się wodą, sięgał po ręcznik, który podawała mu Piękna Lili. Nie odzywali się do siebie ani słowem, byli niczym obrazki w książce, której kartki przewraca się bardzo szybko.


Ja na ten tytuł: Trylogia kopenhaska, to trafiłem już jakiś czas temu. Pewnie jakoś tak przy okazji polskiej premiery książki. „E, jakiś skandynawski kryminał” – pomyślałem sobie wtedy (tak, wiem: Dania to nie Skandynawia) i machnąłem ręką. A jednak ostatnio, za sprawą lektury zbioru opowiadań pani Ditlevsen Moja żona nie tańczy , tytuł Trylogia kopenhaska znów pojawił się w okolicy moich zainteresowań. No i okazało się, że to nie tylko nie skandynawski, ale nawet nie kryminał!


Nie jestem fanem biografii, autobiografii ani innych kronik. W moim odczuciu zwykle są mało porywające językowo, a takie porywy jednak dużo bardziej mnie interesują niż same suche fakty. I, gdyby nie wcześniejsza lektura Moja żona nie tańczy, którym to zbiorem pani Ditlevsen mnie uwiodła, pewnie nie zabrałbym się za jej autobiografię. Głupi to jednak ma szczęście, bo wiele bym wtedy stracił.


Trylogia kopenhaska rozbudziła moje ogromne zainteresowanie zanim jeszcze dobrze się zaczęła, bo wyszczególnione w spisie treści tytuły poszczególnych części: Dzieciństwo, Młodość i Uzależnienie (które w Danii ukazały się jako osobne pozycje; tutaj też ciekawostka językowa od tłumaczki, pani Zimnickiej: ostatnia część, Uzależnienie, w oryginale zatytułowana była Gift, co z duńskiego oznacza zarówno małżeństwo, jak i truciznę) nakreślają nie tylko o czym będzie mowa, ale i co w poszczególnych okresach swojego życia autorka uznała za rzecz dominującą. A później było już tylko lepiej!


Część pierwsza, Dzieciństwo, to nie tylko obrazki z dorastania w biednej kopenhaskiej dzielnicy na początku XX wieku. To też świetne, przenikliwe spojrzenie na relacje między ludźmi (głównie rodzicami) i świat z perspektywy dziecka. I to w dodatku dziecka niesamowicie wrażliwego (nawet jak na dziecko!). To też trochę smutny obraz zaniedbania, braków – nie tylko finansowych, bo dzielnica biedna, ale przede wszystkim emocjonalnych – i jakiegoś, od zawsze chyba mnie fascynującego, podwójnego (wybiórczego?) spojrzenia na świat. W przypadku tej książki, głównie przez matkę głównej bohaterki. Nie chodzi o hipokryzję, te zachowania nie wydają się celowe i cyniczne, one są dla tej matki naturalne. Ona tak ma. A skąd się to bierze? – nie mam pojęcia! I to jest właśnie obiekt mojej fascynacji. Dodając do tego kapitalny, liryczny język, jakim ta książka (ale zwłaszcza pierwsza część, bo tutaj język szczególnie przystaje do treści) jest napisana, moje wrażenia dotyczące tego języka, tak zbliżone do tego, co czuję czytając pana Bruno Schulza, lektura tej części była dla mnie ogromną przyjemnością.


Trochę (ale tylko trochę!) mniejszą przyjemnością były dwie kolejne części: Młodość i Uzależnienie. Wydawało mi się, że język płynie w nich jakby mniej spokojnie. Jakby w tym płynięciu pojawiały się jakieś wiry. Może spowodowane treścią? Tym, co spotykało główną bohaterkę? Bo, takie miałem wrażenie, że jej zagubienie i związane z tym problemy: w relacjach, w pracy, ze sobą, spowodowany były brakami z dzieciństwa. To nie jest wesoła książka. Dla mnie opowiada ona właśnie o brakach, zagubieniu i doraźnych sposobach radzenia sobie z nimi. W tej książce nie ma szczęścia. Jeśli już jest coś, co ewentualnie mogłoby je przypominać, to bywają w niej małe radości. Ale też raczej krótkotrwałe.


Tak jak pisałem: to, co mnie szczególnie w niej urzekło, to piękny, obrazowo-emocjonalny język i to właśnie z tego względu tak się nad nią rozpływam. Kiedy wybierałem cytat, którym otwieram ten wpis, miałem spory problem, bo zaznaczyłem sobie z pół książki – tak mnie te zawarte w niej zdania zachwycały. To właśnie z tego powodu wybrałem po prostu pierwszy z tego całego mnóstwa, bo inaczej nie potrafiłbym się zdecydować. A poza tym, tak już zupełnie na dodatek, to ta Trylogia kopenhaska ma świetną okładkę! I to tylko kolejny plus.

12398e73-a7ab-46e7-9bbb-921738465700

@George_Stark zajrzyj do tej pozycji, powinno Ci podejść


Koncert dla nosorożca. Dziennik poety z przełomu wieków autor Józef Baran

Zaloguj się aby komentować

Dodałem nawet wpis wcześniej niż koleżanka @moll , no ale bez tagów, więc usunąłem i piszę od nowa. Z tego powodu całkiem zgrabny wstęp mi wypadł – szkoda. No ale, nie ma tego złego… Te cztery zdania potraktuję jako wstęp.


W dalszym ciągu jestem pod wrażeniem niedawno zakończonej (niestety!) lektury Pegaza dęba . W dalszym ciągu są też rzeczy, których panu Tuwimowi zazdroszczę. O ile z talentem, słuchem literackim, wrażliwością i humorem niewiele da się zrobić, tak mogę, idąc za jego przykładem, zacząć kolekcjonować kurioza językowe (również z jakiegoś dla mnie powodu kuriozalne pod względem treści), na jakie zdarza mi się od czasu do czasu natknąć. Ta wirtualna kawiarenka #zafirewallem powstała właśnie po to żeby mówić i pisać o słowach, więc myślę, że jest to odpowiednie miejsce na tego typu zbieractwo.


A pomysł przyszedł mi do głowy (i to będzie pierwszy cytat), kiedy słuchałem wydanego w zeszłym tygodniu z okazji trzydziestolecia Kalibra 44 utworu Czarny Śląsk . Bo można tam między innymi usłyszeć jak Dab nawija:


I często mrugam ci uwodzicielsko bo jesteś piękna jak droga na Bielsko.


Tak, droga z Katowic na Bielsko rzeczywiście jest piękna, tak jak i zresztą ten kawałek. No ale wspomniany wers ma w sobie jakąś taką uroczość, że z przyjemnością włączam go do repertuaru moich komplementów!


***


Takie cudeńka mam zamiar sobie tutaj publikować nieregularnie – bo to nie jest tak, że ich szukam i mam jedno dziennie albo jedno w tygodniu, one same przychodzą; zwykle z zaskoczenia – i, zainspirowany kolejnym muzycznym tekstem sprzed kilku lat, będę je publikował pod tagiem #wpustejszklancepomarancze


Oczywiście nie mam nic przeciwko, żeby tagiem się podzielić i serdecznie zapraszam do zamieszczania również swoich znalezisk!


Jednorazowo taguję tym, skąd będę zapewne czerpał, a więc #ksiazki i #muzyka no i #glupiehejtozabawy !

Zaloguj się aby komentować

W związku z tym, że artysta głodny jest o wiele bardziej płodny (to Kazik Staszewski), a ja zjadłem już kolację, to więcej nie uda mi się chyba dziś z siebie wydusić. Przynajmniej dopóki nie opublikuję, bo moment publikacji jest zwykle tą granicą, po przekroczeniu której do głowy przychodzą mi genialne pomysły, ale wtedy to już jest za późno.


Rzucam wyzwanie koleżance @UmytaPacha w postaci sonetu di proposta, na który – tak liczę – odpowie mi sonetem di risposta. O co chodzi to pisałem tutaj i nie będę się powtarzał. Zapraszam w każdym razie do rezerwacji sobie miejsca w wirtualnej kawiarni #zafirewallem , gdzie zmagania takie – mam nadzieję – będzie można oglądać. A nawet w nich uczestniczyć!


No i sonet obiecany, bo to o niego przecież chodzi:


Ach, ten, przecinek, cholerny, jak, on, mnie, irytuje,

Bo, się, złośliwie, pałęta, w, najgorszych, chyba, momentach,

Achillesowa, pięta, kataklizm, przynosi, gdy, tknięta,

Już, łatwiej, zamiast, przecinka, stawia, się, „k⁎⁎wy”, i, „chuje”,


A, koma, kiedy, jej, trzeba, to, wtedy, wagaruje,

Ależ, to, będą, święta, kiedy, zasady, spamiętam,

Jak, stawia, się, pacjenta, bo, sprawa, to, niepojęta,

Z, testów, interpunkcyjnych, to, zawsze, miałem, dwóję,


Nie, mam, żadnego, problemu, średniki, kropki, nawiasy,

pauzy, półpauzy, cytacje, zapytań, zawijasy,

i, nawet, w, dywizach, zasadom, jestem, zupełnie, wierny,


języki, obce, poznałem, pojąłem, angielskie, czasy,

a, wiedza, to, dla, mnie, tajemna, w, mózgu, galimatiasy,

nauczyć, się, nie, potrafię, jak, stawiać, przecinek, Cholerny,

Zaloguj się aby komentować

Cholera! Dałem bez tagów i usunąłem, a zapomniałem tekstu skopiować. Jeszcze raz więc:


Najdrożsi i najtańsi!


Ponieważ we wczorajszej edycji naszej zabawy padł remis, z radością podzieliłem się nagrodą za zwycięstwo z koleżanką @moll, która ułożyła następujące

rymy: włosy - kokosy - gitara - wiara

ja natomiast zadaję

temat: matematyka.


Miłej zabawy!

A o co w niej chodzi? Wyjaśnienie tutaj .


***


I jeszcze ogłoszenie: jutro i pojutrze mam w planach marnować swój czas inaczej niż w Internecie, wobec czego nie dam pewnie rady wieczorem zawołać zwycięzcy i przypomnieć mu o tym, że miło by było gdyby zaszczyt odebrania nagrody uczynił. Liczę na Waszą samoorganizację i samorządność. Tak jak i w całym przyszłym tygodniu, kiedy od popołudnia do późnego wieczora będę tyrał w kołchozie, więc być może nie będę miał czasu dodać wpisu, a już na pewno nie punktualnie.


#naczteryrymy #poezja #tworczoscwlasna w kawiarence #zafirewallem

Dobra, najpierw taki bezmyślny, prosto z serca, który pojawił się zaraz po tym jak na te dwie pary rymów spojrzałem:


Najpierw zsumował małżonki włosy

później przemnożył je przez kokosy

z równania tego wyszła gitara

wszystko możliwe – wystarczy wiara


Nad takim z rozumu może jeszcze uda mi się posiedzieć.

@George_Stark włosy kokosy gitara wiara


Najpierw z całych sił pociągnął ją za włosy

Bezczelnie, bezwstydnie! Ukazał swe kokosy

Kombinował w sposób inny, zabrzmiała gitara

Matematyka niewzruszona, modlitwa została i wiara

@George_Stark 

"Na fryzjera"

Ledwie mi podciął przy końcach włosy,

A zbój policzył za to kokosy!

"I tak zapłaci, będzie gitara!" -

Wzrusza mnie jego naiwna wiara.

Zaloguj się aby komentować

662 + 1 = 663


Tytuł: Pegaz dęba czyli panopticum poetyckie w którym obejrzeć można niebywałe eksponaty i okazy, najrzadsze osobliwości i rarytasy, rymopotwory i wersyfikacje, salto mortalia poetyckie, wyższą szkołę jazdy na Pegazie, dziwy, cuda, ekwiwoki, i ekstrawagancje, monstra i curiosa, igraszki i łamańce, kunsztyki, androny, banialuki, figle, facecje, fidrygałki, firleje, faramuszki, paradoksy, sztuki i sztuczki, eksperymenty, fantasmagorie lingwistyczne, absurdy, kuglarstwa, szarlatanerie, karkołomne zabawy, figury magiczne, grafomańskie elukubracje, centony, palindromy, raki, akrostychy, tautogramy, lipogramy, ropalikony, chronostychy, makarony, melanże, carmina figurata, labirynty, serpentyny, tablice magiczne i setki innych parnaskich delicji, ze starych i rzadkich szpargałów na światło dzienne niepotrzebnie wydobytych i do druku podanych.

Autor: Julian Tuwim

Kategoria: fantasy, science fiction

Ocena: 9/10


Posiąść wiedzę i mądrość, człowiekowi na ziemi dostępne, władzę i potęgę na świat cały i miłość całej ludzkości, stać się wodzem narodu lub kochankiem upragnionej kobiety, budzić podziw i zachwyt u współczesnych, zaskarbić sobie wieczną pamięć u potomnych, mieć wszystko, czego dusza zapragnie, słowem: osiągnąć maksimum szczęścia w życiu doczesnym i mieć nawet pewność, przez łaskę niebios objawioną, że i po tamtej stronie czeka radość wieczysta – wszystko marność marności, jeżeli się z jednej zrezygnuje nadziei, z tej mianowicie, że dwa razy dwa jest pięć.


Skończyłem tę książkę i trochę mi szkoda. Bo jak dla mnie to mogłaby ona się ciągnąć i ciągnąć i nigdy nie kończyć. Bo w tej książce, takie mam odczucie, trafiłem kumulację. Jackpot jakiś normalnie! Bo, po pierwsze, to uwielbiam, kiedy ktoś opowiada mi o swojej pasji. Nie ma w zasadzie znaczenia czy robi to na piśmie, czy wprawiając powietrze w okolicy nas w drgania za pomocą swoich strun głosowych. Nie ma też znaczenia o jakiej konkretnie pasji pasjonat mi opowiada – czy jest to zbieranie znaczków, bicie rekordów w martwym ciągu czy obserwowanie wybuchów na Słońcu. Lubię takie opowieści, bo one są mocno zaangażowane, osobiste i entuzjastyczne. A ten entuzjazm potrafi być zaraźliwy.


Fakt, nie każdy obszar, który staje się czyjąś pasją jest dla mnie interesujący. Czasami chwilę po zakończeniu opowieści zapominam o czym ona dokładnie była, a przynajmniej o szczegółach. I tutaj jest drugi składnik kumulacji, bo czasami trafi się taki ancymon, którego pasja jest zbliżona do moich zainteresowań, a nawet pasji. I właśnie w postaci pana Juliana Tuwima na kogoś takiego trafiłem. A to, że, oprócz miłości do języka, człowiek ten miał ogromną wiedzę na jego temat (sam nazywał się „znawcą języka, ale nie językoznawcą”) to i lektura nie tylko ku zabawie, ale i ku pożytkowi być może mi się zdała.


Ten tom to owoc szperania autora przez niemal całe jego życie w rozmaitych pismach, które – mniej lub bardziej celowo – wpadały mu w ręce, a z których najsmaczniejsze wyjątki sobie zachowywał. Tak jak inni kolekcjonują książki, tak pan Tuwim kolekcjonował sobie tych książek co ciekawsze fragmenty. Tego wszystkiego być może byłoby więcej, ale na drodze stanęły chore ambicje pewnego niespełnionego malarza i pejzaż, którym pomalował Europę na początku lat czterdziestych XX wieku. Sytuacja zmusiła pana Tuwima do ucieczki z kraju, a także przed tą ucieczką do zakopania swojej kolekcji w kamienicznej piwnicy. Kiedy te paskudne czasy się skończyły, kiedy wreszcie poeta mógł wrócić do kraju, okazało się, że papier, na którym te zbory były zebrane, przegrał w starciu z wilgocią i pleśnią. Zresztą, sam autor pięknie to wszystko opisuje w przedmowie do tej książki.


Ale, zanim przedmowa, to najpierw tytuł. Zdecydowałem się tutaj przytoczyć go w całości (a w komentarzu to nawet zdjęcie dam, bo i typograficznie został on bardzo zgrabnie zestawiony), bo i dziś, i (tak mi się wydaje) siedemdziesiąt kilka lat tamu, kiedy Pegaz dęba został wydany, tytuł taki sam w sobie stanowił pewnego rodzaju kuriozum. Owszem, obyaśnienia takie stosowało się w zamierzchłych czasach, kiedy nie wymyślono jeszcze nie tylko hasztagów, ale nawet komputerów i (być może) katalogów porządnych nawet. Wtedy sam tytuł musiał opisywać o czym dzieło (lub „dzieło”) traktuje. Przykładów takich tytułów w Pegazie dęba można znaleźć na pęczki.


Nie będę opisywał tutaj każdego z dwudziestu jeden rozdziałów (jeśli ktoś jest zainteresowany, mogę wrzucić zdjęcie spisu treści i ewentualnie, na zapytanie, opisać o czym konkretny rozdział opowiada, bo nazwy bywają enigmatyczne), opiszę tylko po krótce to, co w książce zachwyciło mnie najbardziej.


Wracam do przedmowy, bo jest ona świetna. To, co zapamiętałem szczególnie, to fragment, kiedy autor podaje wśród licznych przykładów wariatów językowych historię człowieka (doktora Horne konkretnie), który spędził trzy lata na katalogowaniu biblii względem ilości użytych w tej księdze słów i liter. Ale nic to jeszcze, bo chwilę później pojawił się „maniak-konkurent”, który nie tylko „dowiódł, że w obliczeniach są błędy” ale też „wzbogacił skarbnicę wiedzy” o informacje (między innymi!) o tym ile razy w biblii (nie wiem tylko w jakim wydaniu) pojawia się spójnik (nie litera!) „i” czy który wiersz jest wierszem centralnym Starego Testamentu. No przeurocze po prostu – mówiłem, że podziwiam prawdziwych pasjonatów?


Pierwszy rozdział, zatytułowany (tym razem mało enigmatycznie) „Rymy” traktuje o rymach. Autor wyraża w nim opinię o tym, że dobry wiersz niekoniecznie opiera się na dobrych rymach poddając w wątpliwość jakość rymów panów Kochanowskiego, Mickiewicza i Słowackiego. Nie odmawia im przy tym godności wielkich poetów. Jest tutaj trochę o klasyfikacji rymów, wraz przykładami, są opisy zabaw w rymowanie. Fragmenty tego właśnie rozdziału zainspirowały mnie do zaproponowania tutaj ( w tym konkretnie wpisie ) pewnej zabawy, w którą teraz bawimy się na tagu #naczteryrymy (zapraszam serdecznie! – jeśli nie do zabawy, to chociaż do obserwacji).


Kapitalnym rozdziałem jest rozdział dziesiąty, zatytułowany „Czterowiersz na warsztacie” w którym to autor opisuje (w kapitalny sposób!) swoje zmagania z przekładem czterowiersza pana Puszkina. Profesjonalizm Tuwima-tłumacza (tak bardzo przypomniał mi stary artykuł na ten sam temat: o tłumaczeniu „Like a rolling stone” pana Boba Dylana przez pana Filipa Łobodzińskiego ) tak cudownie zestawiony został z opowieścią prowadzoną przez Tuwima-narratora. Wyimaginowana kłótnia – najpierw z czytelnikiem a później z samym Puszkinem w czasie pracy nad przekładem sprawiła, że nie mogłem się pozbierać. Tak ze śmiechu, jak i z podziwu.


Rozdziały 15, „Atuli mirohłady” i 18, „Ksiądz Dębołędzki i jego parafianie” opowiadające o „genezie pochodzenia” – to autentyk! tak mówiła moja pani od polskiego w podstawówce albo gimnazjum, dokładnie nie pamiętam – wyrazów również dostarczyły mi wiele radości. Nie tylko radości z przykładów (tutaj głównie negatywnych) jak to próbowano dojść skąd się współczesne słowa wywodzą, ale też (to w rozdziale 18) kolejnego dowodu na to, jak mocno ludzie chcą mieć rację i czuć się ważni. Pan Tuwim opowiada w tym rozdziale o teoriach, że wszystkie współczesne języki wywodzą się ze słowiańszczyzny (ba! że przed Wieżą Babel językiem światowym była właśnie prasłowiańszczyzna!) przytaczając liczne przykłady podawane ich orędowników. Wspomina też reakcję owych orędowników na jego teorię, że również amerykańskie (ale i światowe, bo i o Singapurze, który to miał by się wywodzić od prasłowiańskiego „Sięgapierz” wywodzić, mowa) nazwy geograficzne można takimi fikołkami udowodnić. Refleksja nad tą reakcją dość jest jednak smutna.


To takie moje high-lighty z tej książki i na nich poprzestanę, bo nie ma sensu jej tutaj przepisywać ani streszczać. Kto zainteresowany, sam sięgnie. Wspomnę tylko jeszcze o tym, że oprócz wyszukanych przykładów pan Tuwim urzeka wspaniałym ich opisem i analizą. Elokwencja, dowcip, błyskotliwość i trafność spostrzeżeń jest w tym dziele dokładnie taka, jakiej się po tym autorze spodziewałem.


Ponieważ rzadko czytam książki na papierze, ale, że ta akurat nie wyszła elektronicznie, to nie miałem wyjścia i musiałem taką kupić jaka była, to jeszcze dwa słowa o wydaniu. Niewygodne w trzymaniu podczas czytania w mojej ulubionej pozycji (nie tylko do czytania), czyli na leżąco, to w zasadzie jedyny jej minus. Poza tym same zalety: duży format, ładne, czytelne łamanie tekstu, gruba oprawa i obwoluta. Obwoluta na której tyle znajduje się blurb (uwielbiam to słowo! – nieodmienne kojarzy mi się z dźwiękiem, jakie wydaje żołądek, kiedy człowiek naje się niedojrzałych czereśni i popije je zsiadłym mlekiem!) autorstwa pana Jerzego Bralczyka. Też ładnie napisany.


Jedyną wadą – ale to raczej moją niż książki – jest to, że mnóstwo (większość chyba) cytatów jest w obcych językach. Zwykle co prawda autor serwuje tłumaczenie w przypisie (chyba że akurat ma na celu prezentację zachwytu nad samym brzmieniem słów – na przykład w grece, którą sam nie władał), ale i tak uważam, że dużo przez tę swoją poliglotyczną ułomność straciłem. Szczególnie jeśli chodzi o język francuski, który przecież czyta się inaczej niż zapisuje. No nic: „nie chciało się nosić teczki, to nie rozumie się książeczki”. I muszę z tym jakoś żyć.


#bookmeter

30262276-b92a-47f6-8230-54caa4cab174

@George_Stark Tuwima się świetnie czyta, ale jego styl jest dość oderwany i czasami ciężko w ogóle zapamiętać o czym jest dana książka. Fajna, obszerna relacja

Zaloguj się aby komentować

Drodzy!


Minęła dwudziesta i, zgodnie z tym co Jaśnie Pan (czyli ja) wczoraj ustalił, skończył się czas przeznaczony na zadanie w naszej zabawie #naczteryrymy . Wychodzi mi na to że, zgodnie z kolejną zasadą ustaloną przez Jaśnie Pana, zwycięzcą wczorajszych zmagań jest użytkownik @bernsteinka . Proszę Cię wobec tego o podanie – w ramach nagrody, żeby nie było – kolejnego tematu.


Tutaj odnoszę się też do tego, co zostało napisane przez @UmytaPacha :


i w sumie szkodzix żebyś sam się nie bawił


No, szkoda by było! Pewnie! Ale nie jestem aż tak głupi, żeby wymyślić zabawę, w której z góry wykluczony jest mój udział! Stąd właśnie pomysł, żeby zwycięzca poprzedniego dnia wymyślał temat na następny. A jeśli zwycięzca nie chce/nie może/nie zdąży, żeby to był ktoś inny. A nie ja! Bo ja też chcę poukładać! Wobec czego, jeśli @bernsteinka nic nie wymyśli, proszę żeby ktoś inny dodał wpis z tagiem i zadaniem na jutro. Zresztą, rymuję przecież! Siedzę nad tym sonetem, którym mam zamiar utrudnić Ci życie.


I jeszcze jedna rzecz, bo trochę się zabawiłem Waszym kosztem, ale nie złośliwie, tylko – mam nadzieję – sympatycznie, do czego teraz się przyznaję bez bicia. To nie były moje rymy. Wziąłem je od tego nawiedzonego Adasia z III b. W oryginale szło to tak:


Tak Robak wyraz bystrych oczu swych złagodził,

Długo nimi po oczach Gerwazego wodził,

Na koniec, jakby ślepym chciał uderzyć ciosem,

Zasłonił oczy ręką i rzekł mocnym głosem:

«Jam jest Jacek Soplica…»


A skąd temat insekty? No to chyba się domyślacie. Miło się porównywało Waszą twórczość z oryginałem.


To co, widzimy się jutro znów w kawiarni #zafirewallem z nowymi próbkami twórczości?


#poezja #tworczoscwlasna #czytajzhejto #piszzhejto


EDIT: Aha, tutaj można znaleźć wczorajsze zadanie , jakby ktoś nie wiedział o co chodzi albo nie pamiętał. W końcu żyjemy w czasach szybkiego komunikatu. Czy jakoś tak. No a wczoraj było już dawno temu.

Zaloguj się aby komentować

No dobrze. Jakem wczoraj obiecał, tako i dzisiaj czynię. Zakładam tag #naczteryrymy, w którym to chciałbym się bawić (i gorąco zachęcam do dołączenia do zabawy!) w proste rymowanki. Chodzi o to, że codziennie (mam nadzieję) wieczorem będzie pojawiał się zestaw dwóch par rymów, do których trzeba będzie ułożyć czterowiersz na zadany temat. Temat też się pojawi jakby co. Próbka tego, jak może to wyglądać i ile frajdy może dawać znajduje się tutaj .


Założenie tagu wiąże się jednak z pewnymi obowiązkami. Bo jak by to miało wyglądać? No i to, co sobie wymyśliłem mogłoby wyglądać tak, że na podane w komentarzach do wpisu wierszyki głosujemy piorunkami. Osoba, która na godzinę 20 zbierze tych piorunków najwięcej ma prawo (ale nie obowiązek) w ciągu godziny (czyli do 21) podać nowy zestaw rymów i nowy temat. I zabawa zaczyna się od nowa.

Co się dzieje, jeśli osoba, która zwyciężyła danego dnia nie zada nic do 21? Ano wtedy prawo, z którego nie skorzystał zwycięzca, staje się prawem dżungli i nowe zadanie może podać wówczas każdy. A co wówczas, jeśli dwie osoby z prawa dżungli skorzystają i podadzą nowe rymy i tematy? Wówczas konkursowym jest to zadanie, które pojawiło się wcześniej. Ale na to drugie też można rymować! Tego prawo dżungli nie zabrania.


No i, żeby od czegoś zacząć, podaję zestaw na dziś, choć nic jeszcze nie wygrałem:

rymy: złagodził – wodził, ciosem – głosem;

temat: insekty.


Jak być może ktoś zauważy, wczoraj bawiliśmy się rymami w układzie ABAB, dziś podaję AABB. Jako że tym wpisem ustalam zasady, to ustalam, że każdy układ jest dopuszczalny. Nawet ABBA (O mamma mia!).


Co tam dalej? Jako, że to ma być zabawa, to zasady są giętkie i płynne. I w każdej chwili mogą się zmienić. Demokratycznie albo przez aklamację (czyli w zasadzie też demokratycznie). Tyrania mam nadzieję na tagu się nie pojawi.


Aha! Ten tag, #naczteryrymy – bardzo bym tego chciał! – jeśli się przyjmie, choćby w małym gronie, będzie, dotyczył będzie wyłącznie tych krótkich czterowierszowców. Ale – tego bym chciał jeszcze bardziej! – mam też pomysły (ukradzione) na inne zabawy i zbiorczo planuję je umieszczać w tej wirtualnej kawiarni, którą zamarzyło mi się założyć: #zafirewallem. I ten tag też można we pisach dodawać.


Wołam tych, którzy wczoraj do zabawy dołączyli: @moll, @UmytaPacha. Innych, których nie wołam, do dołączenia zachęcam.


Wołam tych, którzy wyrazili chęć czytania efektów naszych zmagań: @Sielski_Chlop

Wreszcie taguję: #tworczoscwlasna #poezja


Przy okazji: @UmytaPacha. Nikt już wczoraj nic nie ułożył, a żeby takie z trudnością dobrane rymy się zmarnowały, to szkoda by było. I się nimi zaopiekowałem (bo do swoich rymów nie będę nic układał – a szkoda i przykro!). No i wyszło mi takie coś, o miłości niespełnionej, bo – wiadomo – taka się najlepiej sprzedaje:


Ortografię wbijałaś mi do łba, jak młotem.

Z miłości, wytrwałem – choć z trudem, o Boże...

Kosza mi dałaś dopiero potem,

kiedy Cię chciałem zabrać nad może.


Dziękuję za uwagę i zapraszam do zabawy!



#zafirewallem

@George_Stark xD fajny wiersz, przewrotny. W pierwszej chwili to "może" zabolało, ale zaraz skapnęłam skąd wynika.


Mol spożywczy spór złagodził;

zamiast podniesionym głosem,

żuka zwalił jednym ciosem,

za to, że go za nos wodził.

Zaloguj się aby komentować

Drodzy!


Przychodzę do Was z propozycją! Tak się składa, że od jakiegoś czasu czytam sobie wspaniałą książkę Pegaz dęba autorstwa jeszcze wspanialszego pana Juliana Tuwima. Porcjuję ją sobie i dozuję powoli, żeby zbyt szybko przyjemność mi się nie wyczerpała, a z każdą porcją podziw mój i zachwyt rośnie. Rośnie też i zazdrość. Zazdrość, że oni wtedy to, z tym panem Antonim Słonimskim to tak fajnie mieli (te niefajne części życiorysów obu panów – żeby utrzymać idylliczny obraz – wypieram), że spotykali się tam pod tym Pikadorem i że żarty sobie robili pisząc wspólnie. I że mieli tak wesoło. I że ja to w zasadzie też tak bym chciał. Spróbować przynajmniej.


Pytałem znajomych, ale nikt nie był zainteresowany (to smutasy!), więc teraz, w ramach desperacji niemal (albo w szaleństwie pogoni za marzeniami), pytam nieznajomych. Nie chciałby się ktoś w coś takiego pobawić? Zdaję sobie sprawę, że spotykanie się w kawiarni „Pod Pikadorem” byłoby dość trudne, zwłaszcza że ta została ostatecznie zamknięta w roku 1919. Bez wehikułu czasu nie obejdzie się, a w moim akurat wczoraj pasek strzelił pasek rozrządu. Taki pech! I, w dodatku, nie mogę cofnąć się do przedwczoraj żeby go zawczasu wymienić, bo wehikuł przecież popsuty! Ale nie ma co rozpaczać nad zerwanym rozrządem i tym czego zrobić nie da się, tylko zastanowić się co zrobić da się. Da się więc skorzystać z możliwości jakie daje nam współczesna technologia informatyczna i założyć swoją własną, wirtualną kawiarnię. „Za Firewallem” na przykład. Czy coś takiego.


Jak to sobie wyobrażałbym? Ano, jako zabawę. Oczywiście, kiedy już byśmy się wyrobili, zbieramy to, publikujemy, a gdy już dołączamy do panów Sienkiewicza, Reymonta, Miłosza, do pań Szymborskiej i Tokarczuk (no i do Lecha Wałęsy), to nagrodą dzielimy się sprawiedliwie. Mój partner bierze złoty medal z podobizną Alfreda Nobla, a ja 11 milionów koron szwedzkich. A tak formalnie (i poważnie) to pomysły zaczerpnąłem z pierwszego rozdziału Pegaza dęba. Autor opisuje tam dwie zabawy, popularne przede wszystkim we Francji. Pierwszą z nich jest układanie sonetów di proposta e di risposta. Pozwolę sobie zacytować fragment wspomnianej książki, bo nie wytłumaczę tego lepiej niż pan Tuwim.


Przyjemną zabawą towarzyską może stać się układanie sonetów di proposta e di risposta. Zasada ich budowy polega na tym, że zwracam się do kogoś z sonetem di proposta o rymach, dajmy na to następujących (wybieram najpospolitsze):


….. złoty

….. morze

….. tworzę

….. cnoty


….. tęsknoty

….. łoże

….. zboże

….. loty


….. swoboda

….. poda

….. wieniec


….. syty

….. obfity

….. jeniec.


Korespondent mój musi mi odpowiedzieć sonetem opartym na innych słowach, rymujących się z poprzednimi i ułożonych w tej samej kolejności. W tym więc wypadku rymy sonetu di risposta brzmieć będą na przykład (ale niekoniecznie, gdyż mogą być i inne):


….. powroty

….. Boże

….. noże

….. istoty


….. sploty

….. pokorze

….. hoże

….. zaloty


….. uroda

….. zgoda

….. szaleniec


….. szczyty

….. ukryty

….. młodzieniec.


Druga z zabaw jest prostsza. Francuzi zwali ją bouts-rimés, w Polsce gdzieniegdzie znana była jako rym-dany. Polega to na niczym innym jak na tym, że jedna osoba zadaje drugiej zestaw rymów i temat wiersza, który owe rymy ma zawierać. Zadaniem drugiej jest sobie z tym zadaniem poradzić. Jakie mogą być efekty? Podzielę się kolejnym wyjątkiem z Pegaza dęba, ale tym razem w postaci zdjęcia, bo nie chce mi się już przepisywać (cholerne książki na papierze!).


To jak? Byłby ktoś zainteresowany udziałem w tych (bez kosmatych myśli, poproszę!) językowych zabawach rodem z Francji? Może być publicznie, może być przez wiadomości prywatne, maile, Messengery, What’sAppy, pocztę tradycyjną lub lotniczą, również w postaci gołębi pocztowych. Mnie wszystko jedno, byleby się pobawić. Tylko, w tych dwóch ostatnich przypadkach, kawiarnia nasza musiałaby się nazywać inaczej niż zaproponowane wcześniej „Za Firewallem”.


#ksiazki #poezja #tworczoscwlasna #czytajzhejto

c4cd4f29-68cc-4955-813f-8bea959d2b1d

@George_Stark jak ty byś kawę stawiał to ja jestem chętny tylko geografia może stanąć na przeszkodzie.


Jak chcesz coś naprawdę ogarniać to Discords zakładaj.

@DiscoKhan 


Co to znaczy "naprawdę ogarnąć"? Mnie już ten portal przerasta, a co dopiero czegoś nowego się uczyć. Ale, odpowiedzi się tutaj pojawiły, nawet nie "jakieś", a świetne, więc może się coś uda?

@George_Stark naprawdę jakąś społeczność budować z takimi zainteresowaniami.


Jak się boisz nowych rzeczy to co z ciebie za artysta, do odważnych świat należy. Ja jestem leniwy z natury to mam wymówkę. Ale ostatnio coś mnie bierze na pisanie, masz moje referencje:


Mój głos: https://www.hejto.pl/wpis/troche-dykcje-sobie-rozgrzalem-ostatnimi-czasy-i-moj-autorski-cover-nagrany-na-t


Moje teksty:


https://www.hejto.pl/wpis/dziatwy-siadajcie-to-wam-opowiem-legende-o-tym-jak-w-nocy-tagow-nie-uzywano-za-g


Ten być może czytałeś, bo miał lepszy odbiór chociaż z tego wyżej, pomimo paru baboli, bardziej byłem zadowolony ale jeszcze myślę go lekko poprawić, dodać grafikę i wtedy wrzucać. Ale pa tego:


https://www.hejto.pl/wpis/z-kulinariow-to-chyba-nic-mnie-tak-nie-smieszy-jak-to-cale-suszi-nie-to-zeby-byl


Także rób serwer na Discordzie za tym Firewallem i sobie tam podyskutujemy.

@UmytaPacha możesz ode mnie pociągnąć, bo pod swoim wierszykiem rzuciłam kolejne wyzwanie ( ͡° ͜ʖ ͡°) i potem wymyślasz zestaw dla kolejnego śmiałka


Kurła, lepsze od łańcuszków na naszej klasie xD

@moll


Ja już ułożyłem do Twojego!:


Patrz Miła za okno! Przyleciał ptaszek!

Na zewnątrz majowa dzisiaj pogoda.

Chodźmy! Tak miły cień rzuca tam daszek!

W domu rodzice, a tam swoboda!


No ale, mnie się coś kosmate myśli trzymają, więc kończę chyba na dziś i nie dam propozycji swoich, wobec czego @UmytaPacha, jeśli oczywiście chce, to może może z Twoich rymów skorzystać. Zobaczymy, w którym kierunku to pójdzie i jakie się "zasady" wyklarują.


I jeszcze jedno, @UmytaPacha, jeśli chcesz się z sonetem zmierzyć, to jakiś Ci ułożę. W tym tygodniu być może, ale nie obiecuję w jaki dzień.

Ze mnie taki wierszokleta jak z koziej d⁎⁎y trąbka, ale bardzo chętnie poczytam takie zabawy. Zresztą już po przeczytaniu powyższego posta poczułem jak bym otarł się o literaturę - dobrze się czyta Szanownego Pana.

Zaloguj się aby komentować

641 + 1 = 642


Tytuł: Fabryka Absolutu

Autor: Karel Čapek

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 7/10


 – Dalej, że na zjeździe Siódmej Międzynarodówki delegat rosyjski Paruskin-Rebenfeld zaproponował oddawanie czci Towarzyszowi Bogu, który sympatie swoje dla ludu robotniczego objawił tym, że wstąpił do fabryk.


Na początek uwaga taka, żeby niezainteresowanym tematem nie zabierać ich cennego czasu. Otóż książka ta, wbrew być może skojarzeniom, jakie może wywoływać tytuł, nie traktuje wcale o szwedzkiej gorzelni . Tyle tytułem ostrzeżenia. A teraz, napisawszy o czym książka nie jest, zabieram się za przedstawienie w kilku słowach o czym ona jest.


Otóż, czeski wynalazca, nazwiskiem Marek, wynalazł rewolucyjne urządzenie pozwalające uzyskiwać energię ze „spalania” atomów dowolnego materiału. Problem w tym, że tak jak przy rafinacji ropy naftowej produktem ubocznym procesu jest gaz ziemny, tak jak przy zwykłym spalaniu – to wiedza z lekcji chemii – otrzymuje się produkty uboczne, tak wynalazek pana Marka jako odpad czy produkt uboczny emitował Absolut. Boga inaczej.

Wynalazek, mimo sprawiana pewnych jednak problemów przez te odpady poprodukcyjne, zainteresował biznesmena, pana G.H. Bondy. Ów pan Bondy, kierując się zasadą jaką sam wygłosił, a mianowicie że „Ostatecznie ja przeciwko Bogu nic nie mam. Chodzi tylko o to, żeby nie przeszkadzał w pracy”, rozpoczął seryjną produkcję urządzenia zwanego (błędnie, co wyjaśnia przypis) Karburatorem. I tak karburatory zaczęły pracować w coraz to nowych obszarach przemysłu przynosząc wymierne skutki ekonomiczne i przynosząc zakładom MEAS, których to pan Bondy był prezesem spektakularne wyniki finansowe. Jednocześnie stężenie Absolutu w atmosferze wciąż rosło, co zapoczątkowało zmiany w ludziach na lepsze. Pijacy przestawali pić, awanturnicy przestawali się awanturować, niewierzący zaczynali wierzyć.

Proces jednak trwał, i tak jak przesuwanie kolejnych granic produkcyjnych doprowadziło wreszcie do nadpodaży i związanych z nią, łatwych do przewidzenia, skutków ekonomicznych, tak zbyt duża gęstość Boga w atmosferze doprowadziła do związanych z nią, łatwych do przewidzenia skutków społecznych. No i właśnie o tych skutkach społecznych jest druga połowa książki – rozwiązanie akcji, więc dalej już o fabule pisał nie będę.


Jest w tych książkach pana Čapka coś takiego, że chce się śmiać i płakać (bynajmniej nie ze śmiechu!) jednocześnie. Jest w nich świetna obserwacja, tak pojedynczego człowieka, jak i społeczeństw z ich żądzami czy innymi dążeniami, dość zresztą uniwersalnymi, niezależnie od miejsca w czasoprzestrzeni, w jakie by akurat nie spojrzeć. Jest też w niej przerysowanie tego wszystkiego przesunięte do granic absurdu (ale bez ich przekraczania – to mogłoby spowodować, łatwe do przewidzenia, skutki literackie) i po prostu konsekwentne wyprowadzenie z tego wszystkiego dalszej części historii. Do mnie pan Čapek trafia zupełnie. I, mimo że w Fabryce Absolutu nie prezentuje on żadnych rewolucyjnych myśli (zresztą, nie to jest zadaniem satyry) ani nie odkrywa niczego nieznanego, to i tak czytało mi się ten utwór bardzo przyjemnie. Nie ma to jak się pośmiać z, własnych w zasadzie, obserwacji codzienności przedstawionych przez kogoś innego. I to przedstawionych wyjątkowo zgrabnie. A i z samego siebie czasem też.

Nie przeszkadza też, że historie opowiadane przez pana Čapka, a przynajmniej te, które do tej pory czytałem (wcześniej Inwazja jaszczurów i R.U.R.) zbudowane są dokładnie według tego schematu. Różnią się tylko rodzajem absurdu. No ale to o ten absurd właśnie w nich chodzi. Przynajmniej moim zdaniem.


Tak że, Panie i Panowie, w obliczu wyprodukowanego Absolutu, Čapki z głó... To znaczy z półek! I zabierać się za czytanie! Przynajmniej jeśli kogoś takie absurdalne pochylenie się nad kondycją świata (również tego współczesnego, choć książka sprzed stu lat) interesuje.


***


EDIT: O, a co to się za definicja jakaś z Wikipedii na końcu wstawiła? I jak ją usunąć?


#bookmeter

2a823e47-0415-4e4f-9314-ff859b592627

@George_Stark dzięki, leci na listę do przeczytania, tym bardziej, że ebooki są za darmo legalnie. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

A co do definicji to chyba jakiś bug, bo jeśli już to powinno dać tę wódkę, do której link dałeś w treści. xD

@cotidiemorior 

tym bardziej, że ebooki są za darmo legalnie.


Tylko będziesz miał wtedy tłumaczenie okrojone z odniesień do komunizmu, bo ta książka po polsku wydana była po raz pierwszy w 1947, kiedy to Polsce zaczynał bratnio patronować Związek Radziecki i część rzeczy została w tamtej wersji wycięta, o czym pisze we wstępie do tego wydania, które teraz czytałem pan Mariusz Szczygieł. Podejrzewam, że legalne wersje ebooków są oparte właśnie o tamto, ocenzurowane. To tłumaczenie przywraca wszystko to, co napisał autor.

Zaloguj się aby komentować

639 + 1 = 640


Tytuł: Chaplin. Przewidywanie teraźniejszości

Autor: Paweł Mościcki

Kategoria: film, kino, telewizja

Ocena: 7/10


 Niezależnie od tego, jakie wypadki i katastrofy (fizyczne, psychiczne czy emocjonalne) dotykają komicznych bohaterów, zawsze podnoszą się oni z chaosu całkowicie nienaruszeni i nieustępliwie dążą do swoich celów, gonią za marzeniami albo po prostu pozostają sobą.


Z racji mojej nowej-starej pasji bardzo mocno zajmują mnie między innymi możliwości ekspresji jakie tkwią w ciele. Temat drążę dwutorowo, to znaczy w chwilach kiedy nie zgłębiam tej dziedziny aktywnie, w praktyce, staram się od czasu do czasu popodglądać jak robią to inni. A jeśli już uczyć się od kogoś, to tylko od najlepszych. I właśnie dlatego, mimo mojego nikłego zainteresowania kinem jako takim, ostatnimi czasy często wieczory zdarza mi się spędzać na oglądaniu filmów z panem Charlesem Chaplinem. Normalną u mnie koleją rzeczy jest to, że jeśli jakiś temat mnie zainteresuje, to zaraz chciałbym o nim przeczytać. W ten właśnie sposób urodziła się myśl o tym żeby zapoznać się może z jakąś biografią tego aktora? Wpisałem więc jego nazwisko w wyszukiwarkę Legimi i tak oto znalazłem tę pozycję. Mnie kupić (albo zainteresować) jest bardzo łatwo, jeśli tylko zna się sposób. A jednym z takich sposobów jest zastosowanie właśnie takiego pięknego, absurdalnego zestawienia słów. Bo i co takie „przewidywanie teraźniejszości” może oznaczać? Zauroczony tym tytułem i z nadzieją, że to jednak trochę o panu Chaplinie się dowiem, nie sprawdzając opisu zabrałem się za czytanie.


„Komedia to jest poważna sprawa” – takie słowa zwykł powtarzać instruktor w czasie jednego z kursów komedii, w jakich dane było mi uczestniczyć. I autor książki, pan Paweł Mościcki, wydaje się wychodzić z takiego samego założenia. Bo to, co dostałem bardzo dalekie było od tego czego mógłbym się spodziewać. Ta książka to jakaś turbonaukowa analiza nie tyle życia czy twórczości jej tytułowego bohatera, co raczej epoki w jakiej pan Charles Chaplin żył i tworzył oraz filmu (a szczególnie burleski filmowej) jaki w tej epoce był tworzony. Tak jakby postać pana Chaplina była tylko pretekstem do opisu i analizy zjawiska z uwzględnieniem całego (bardzo szerokiego!) jego tła. Czy to źle? Absolutnie! Lektura była fascynująca, ukazująca różne spojrzenia na temat, często z bardzo szerokiego kąta i dużej odległości. Nigdy bym się nie spodziewał, że w książce dotyczącej komedii będę czytał o polemice Marksa z filozofią Hegla, że pojawi się tam nazwisko Kierkegaarda (i to niejednokrotnie!) czy że rozważane będą ideologie komunizmu i amerykańskiego antykomunizmu (tak mocno zideologizowanego, że sam stał się ideologią – tyle że z przeciwnego bieguna) czy odwołania do obu wielkich wojen XX wieku! No ale, jeśli „w każdej komedii zawarty jest element naśladownictwa”, jak pisze pan Mościcki, to te dwie ostatnie rzeczy nie mają co dziwić – w końcu to rzeczywistość była paliwem dla Chaplina-reżysera. Te pierwsze z kolei pokazują nie tylko jak daleko zabrnął autor w swoich poszukiwaniach (czasami przypuszczeniach) istoty filmowej burleski i humoru w ogóle, ale pokazują też jak złożoną sprawą jest komedia. A wszystko to napisane w sposób być może nie porywający, ale co najmniej zajmujący. Nie bardzo potrafię nazwać swoje wrażenia z lektury. Myślę, że najbliższe temu co czułem w kwestii języka byłoby określenie „rozprawa naukowo-liryczna”. O ile takie określenie ma w ogóle rację bytu.


No ale, po kolei. Co znajduje się w książce? Ano pięć (liczbowo: 5) rozdziałów. Pierwszy opowiada o tym skąd w ogóle wzięła się filmowa burleska. Autor w swoich poszukiwaniach nie tylko sięga do wcześniejszych niż dwudziestowieczne form sztuki, takich jak pantomima, commedia dell'arte, czy cyrkowa klaunada, ale też bardzo szczegółowo analizuje karnawał z jego wszystkimi ludowymi konotacjami, z tym co niskie i bliskie prostemu człowiekowi. Innymi słowy, tak mi się wydaje, przedstawia burleskę filmową jako twórczość prostą, wręcz owoc związku tych najprostszych form ekspresji, raczej z ulic niż z salonów. Sztuka niska – i w tym jej cały urok.

Później, w drugim rozdziale mowa o środkach wyrazu tego gatunku. Ciało i gag – to dwa tematy, którymi przez ponad sto stron zajmuje się autor. Podaje mnóstwo przykładów, głównie z twórczości pana Chaplina, ale nie tylko. Nad tym rozdziałem spędziłem mnóstwo czasu, bo odrywałem się od lektury po to żeby obejrzeć omawiane sceny i przeanalizować je, parząc w taki sposób, jaki zasugerował pan Mościcki. A że wciągały mnie te filmy i często później oglądałem je do końca, to już zupełnie inna sprawa.

Trzeci rozdział traktuje przede wszystkim o czasie. Bohaterowie burleski żyją w teraźniejszości, nie mają żadnej przeszłości ani przeszłości – to też myśl z książki – są tu i teraz ze swoimi potrzebami, marzeniami i słabościami. Są proste. Możliwie najprostsze. I to jest jedna z rzeczy, które stanowią cechę charakterystyczną gatunku, a dla mnie jego siłę jako odmiany komedii.

Rozdział czwarty to rzucenie cienia historii na filmy pana Chaplina. Bo ile sama akcja w filmach dotyczy tylko teraźniejszości, tak jednak dzieje się w jakimś świecie. A świat, w punkcie w jakim zastaje go bohater, ma jakąś historię. Z jakiegoś powodu jest taki, jaki jest. To jedna rzecz, druga natomiast jest taka, że w późniejszych, głównie „mych” – to przeciwieństwo „niemych” – filmach pana Chaplina pan Mościcki dopatruje się nie tylko odniesień do wydarzeń historycznych – głównie traumatycznych, bo śmiech i komedia są rozpatrywane tutaj również jako metoda radzenia sobie z trudną nieraz rzeczywistością – ale też pewnego rodzaju przewidywania przeszłości. Przykład? Powojenny film Pan Verdoux, którego akcja dzieje się przed wojną, ale jego bohater ze swojego punktu widzenia przewiduje wydarzenia (a może ich konsekwencje?), które dla reżysera są już przeszłością.

Wreszcie rozdział piąty, najkrótszy, ale też najbardziej z mojego punktu widzenia interesujący, opisujący postacie burleski. Pan Mościcki próbuje w nim nazwać postawy, jakie przyjmuje postać grana przez Chaplina. Nie że w jakichś konkretnych filmach, raczej podaje przykłady na to, że postać Charliego (sam Chaplin, co uświadomiła mi lektura, nigdy nie nadał imienia granemu przez siebie bohaterowi, to imię nigdy nie pojawia się w napisach – końcowych lub początkowych – ani w oryginalnych tytułach filmów) można przyporządkować do trzech postaw (typów? archetypów?). Czasami nawet do wszystkich jednocześnie.

Na sam koniec czytelnik dostaje niemal sto stron przypisów i bibliografii. To świadczy o tym, jak ogromną pracę wykonał autor i jak ta książka szeroko traktuje (choć chyba nie wyczerpuje, to wydaje mi się niemożliwe) temat. Aha, są jeszcze zdjęcia (czy fotosy? – to przecież kadry z filmów) wplecione w tekst. Dużo zdjęć!


Świetna lektura, biorąc pod uwagę moje zainteresowanie tematem. Rzeczy, o których już wiedziałem, pozwoliła sobie powtórzyć czy przypomnieć, czasami też pokazywała je w nowym świetle albo na innych, niż do tej pory znałem, przykładach. Otworzyła mi oczy na kilka nowych spraw, które, jeśli nawet mi się nie przydadzą, to bardzo interesujące było samo czytanie o nich.


I jeszcze w kwestii formalnej. Ten cytat otwierający wpis to nie są słowa autora, ale przywołana przez niego w książce myśl pani Alenki Zupančič. Pozwoliłem sobie na to, bo ten podtytuł książki, który tak mnie zafascynował, to „przewidywanie teraźniejszości”, to też nie jest pomysł pana Mościckiego, ale sformułowanie autorstwa pana Gershoma Scholema, cytowane w książce. Z podaniem autora oczywiście.


#bookmeter

015a5ab9-3973-43b6-b0fe-b15ddcd70093

Zaloguj się aby komentować

Parada wspomnień


Nie, nie, nie, nie, nie!

Nie, nie, nie, nie, nie!

Nie, nie, nie, nie, nie!

Te czasy już nie powtórzą się!


Ten tekst powyżej to refren Parady wspomnień, mojego ulubionego utworu zespołu Kult. Trochę wbrew tym słowom, wczorajszy, haski koncert tej grupy, sprawił, że pewne czasy dla mnie się powtórzyły. Choć ciut-ciut.


Żeby coś się mogło powtórzyć musi jednak wcześniej jakoś zaistnieć. No i teraz chwila wspomnień. Tych które wczoraj przeze mnie przeparadowały. Zespół Kult w moim życiu po raz pierwszy zaistniał koncertowo w czasie Pomarańczowej Trasy w 2003. 18 października dokładnie – nie to żebym aż tak dokładnie pamiętał, sprawdziłem sobie po prostu na archiwalnym plakacie – w Hali Widowiskowo-Sportowej MOSiR w Kielcach. Mój pierwszy biletowany koncert w życiu! Zresztą, wcześniej, poza jakimiś przypadkowymi występami gdzieś po miejskich czy wręcz małomiasteczkowych festynach, celowo wybrałem się tylko na jeden: Elektryczne Gitary i Lady Pank, które to występowały na finale WOŚP. Również w Kielcach, wtedy przed Urzędem Miasta, na tym placu, który dziś szpeci betonowy parking.


To, co dokładnie z tego 18 października 2003 pamiętam, to emocje, które rosły już przed koncertem. Jakieś wina pite ze znajomymi gdzieś po krzakach, choć z umiarem, dyskusje o muzyce (jak głębokie i natchnione!, takie, jakie chyba tylko między nastolatkami, i to jeszcze niepełnoletnimi, a w dodatku tym winem lekko zaprawionymi, mogły się odbywać!), później miejscowych (chyba już pełnoletnich) punków próbujących skroić nas z biletów. Te „egzaminy”, które nam robili: „pięć pierwszych płyt Kultu?”; „nazwisko gitarzysty?” – którego, bo jest ich dwóch, chciałoby się dziś powiedzieć. Ale wtedy się tak nie cwaniakowało. Jedna błędna odpowiedź i szczęśliwy posiadacz biletu stawał się mniej szczęśliwy, bowiem ten bilet tracił – wtedy były jeszcze papierowe.


Mnie bilet udało się zachować. Czy odpowiadałem dobrze, czy miałem szczęście i mnie akurat „egzamin” ominął, czy po prostu oddaliłem się gdzieś w krytycznym momencie – tego nie pamiętam. W każdym razie na bramce mogłem okazać się nim, wyciągając go (a jak!) z mojego plecaka typu kostka (z pomarańczową naszywką Kultu, między innymi – kolaż tych naszywek i napisów na moim plecaku był iście eklektyczny!). Z samego koncertu teraz, po 20 latach, nie pamiętam też wiele. Na pewno zespół zaczął Elektrycznymi nożycami. Na pewno zagrali Generała Ferreirę. Na pewno też Baranka. Prawdopodobnie również Wolność, Polskę, Wód_kę, Arahję, Hej, czy nie wiecie?_, Do Ani, Krew Boga… Choć te ostatnie tytuły to raczej wymieniam z doświadczenia, niż ze wspomnień.


Na pewno było też pierwsze pogo, w którym brałem udział. I wszystkie jego następstwa w kolejnych dniach: obolałe ciało, zdarte gardło, gdzieś jakiś siniak. Wtedy znoszone jeszcze dość łagodnie. Ale było warto! Jaka to była energia! Ile radości! Jak wspaniała zabawa! Nie wspominając już o tym, że dane było mi przeżyć to, co z taką fascynacją oglądałem wtedy na ekranach komputerów (miałem już komputer, czy chodziłem oglądać do kolegów?) wyświetlających jakieś tam nagrania koncertowe zdobywane nie wiadomo skąd i krążące po osiedlu (a nawet po całym mieście) na dyskach twardych przenoszonych w kieszeniach (takich blaszanych, nie że od spodni; to były normalne dyski, nie przenośne – choć, z braku innych możliwości, a potrzeby naglącej, przenosiliśmy je tak, jak wtedy mogliśmy).


Minęły długie lata i nie ma już gościńca,

w tym samym teraz miejscu przebiega wzdłuż ulica


A! Nie! To co prawda fragment z mojej kolejnej ulubionej piosenki Kultu, Ręce do góry, ale ja nie o gościńcach miałem pisać, a wykonać skok narracyjny przez te dwadzieścia lat, które dzielą pierwszy koncert tego zespołu od tego wczorajszego. Co się działo z Kultem w tym czasie, to można sobie sprawdzić, co się działo ze mną to po krótce napiszę. W tym czasie widziałem Kazika na scenie kilka, jeśli nie kilkanaście, razy. W dwóch różnych odsłonach: głównie z Kultem, ale miałem też przyjemność zobaczyć efekt jego współpracy z (pięcioosobowym! – niezmiennie mnie to zachwyca!) Kwartetem Pro Forma. O ile ten ostatni koncert był wspaniały, tak z Kultem bywało różnie. No ale, od kiedy żyję poza granicami Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, czasami brakuje mi trochę kultury znad Wisły (bo, mimo wielu wad życia w Polsce, które sprawiły, że wyjechałem szukać szczęścia gdzie indziej, tak akurat polską kulturę uważam za wspaniałą; a może po prostu mocniej do mnie przemawia, bo w niej się wychowałem i zwyczajnie jest mi bliższa niż jakakolwiek inna?). To dlatego, kiedy tylko zauważyłem, że w okolicy będzie występował Kult, bez zastanowienia kupiłem bilet.


Wczoraj do Hagi dotarłem dość wcześnie, bo koło 14. Poszlajałem się trochę po mieście, bo nigdy tam jeszcze nie byłem – nie lubię zwiedzać miast, a jeśli już do jakiegoś przez przypadek trafię, to po prostu łażę po nim nie tylko bez sensu, ale też bez ładu i składu i podglądam sobie ludzi na ulicach. Tak już mam i to chyba najlepsze doświadczenie, jakie mogę mieć z miastem jakimkolwiek. O 17 otwarto klub (koncert zaplanowany był na 18) i byłem w środku jako jeden z pierwszych. Wszystko było już przygotowane. Instrumenty rozstawione, nad sceną wyświetlone logo zespołu. Dalej patrzyłem sobie na ludzi, tym razem jednak w środku i w cieple. Fajnie było widzieć uśmiechy, zadowolenie i czuć to delikatne napięcie związane z oczekiwaniem na coś, za czym – tak mi się wydaje – nie tylko ja tęsknię na obczyźnie (ale zawiało Mickiewiczem!).


Wreszcie, kilka minut po 18, po sali rozeszły się pierwsze, nieśmiałe dość brawa. A to dla tego, że na scenie pojawiła się część zespołu. Z generatorów pary wypuszczono pierwsze obłoki, a z głośników dobiegły pierwsze takty. No to zaczęło się! Dźwięki ułożyły się w Kastę pianistów, w czasie której do sekcji rytmicznej dołączali kolejni muzycy. Naprawdę głośno zrobiło się, kiedy zza kulis wyszedł Kazik Staszewski. Nie żeby wokal miał jakoś za mocno ustawiony (technicznie koncert świetny, realizator naprawdę się spisał!), nie zaczął jeszcze nawet śpiewać. Ta ogromna liczba decybeli wywołana była reakcją publiczności. Zresztą, mimo pochwał w kierunku realizatora, część konferansjerki Kazika była niewyraźna. Znów za sprawą owacji, jakie zespół dostawał po każdym numerze. I to nie jest narzekanie, to pochwała w kierunku tej publiczności!


Póki co za nami jednak Kasta pianistów, a tutaj ze sceny zapowiedziana zostaje kolejna piosenka. O młodzieży, która, wbrew oczekiwaniom starszych i rozumnych, traci wiarę. Czyli Brooklińska Rada Żydów! No i nie wytrzymałem! Stałem gdzieś na końcu sali, ale kiedy zobaczyłem co się zaczęło dziać pod sceną natychmiast przebiłem się przez tłum. I do końca już pod tą sceną zostałem.


I znów, z samego koncertu, mimo że miał miejsce wczoraj, nie potrafię podać konkretnych faktów. Nie potrafię napisać kompletnej listy piosenek (jeszcze w kolejności!). Nigdy nie byłem miłośnikiem statystyk i innych setlist. Na pewno zespół zagrał Gdy nie ma dzieci, na pewno Paradę wspomnień, Polskę, Wolność, Wódkę, Arahję, Prawdę, Madryt, Hej czy nie wiecie. Tak naprawdę większość utworów to były starocie. Takie, które spokojnie mogli zagrać też wtedy w Kielcach, w tym 2003 roku. Na pewno było też Komu bije dzwon, zadedykowane zmarłemu niedawno autorowi tego (mojego ulubionego) utworu, Januszowi Grudzińskiemu, w czasie którego Kazik wycierał łzy. Ale poza tym sentymentalnym momentem, koncert przepełniony był energią. Tak pod sceną, jak i na scenie. Czy to się udziela, czy wzajemnie napędza – nie mam pojęcia. Dawno jednak na żadnym koncercie nie widziałem u muzyków aż tyle radości. W tych, rzadkich jednak, momentach, kiedy odpoczywałem od „tańca” pod sceną i spoglądałem na nią widziałem kilka pięknych obrazków. A to Kazik Staszewski, który z ogromnym uśmiechem spoglądał po sali albo śpiewał prosto do kamery w telefonie kogoś, kto akurat pod samą sceną filmował (swoją drogą, jak nie oglądam za bardzo filmów, a filmowy termin „zdjęcia” to już dla mnie czarna magia, tak niesamowicie podobało mi się ujęcie w filmie Kult. Film wykonane kamerą umieszczoną na mikrofonie Kazika). A to Wojtek Jabłoński, gitarzysta – gdyby jakiś punk się pytał, który po zapowiedzianej solówce zamiast ją zagrać, poszedł się napić. Który pozwalał publiczności grać na swojej gitarze. Który w końcu zostawił tę gitarę na scenie i skoczył w publiczność. Pierwszy raz widziałem coś takiego na żywo!


Wreszcie kończy się ostatnia piosenka (Wolność chyba, ale nie jestem pewien; tańcem byłem opętany), zespół schodzi, a ja zaczynam się zastanawiać co zagrają na bis. Bo to, że bis będzie, to rzecz pewna. Bo tak: Polska była, Lewe lewe loff było, Wolność była, Wódka też. No ja już Kultu sobie raczej w domu za często nie włączam, sporo pozapominałem. I kiedy zespół rzeczywiście wyszedł jeszcze raz pozytywnie mnie zaskoczył. Bo zapomniałem, że przecież Kult nagrał swoją wersję Zegarmistrza światła. Świetną zresztą! Zawsze lubię takie zaskakujące covery, a w tym akurat to pierdolnięcie (bo nazwanie tego mniejszym słowem nie oddałby istoty) w drugiej zwrotce jest po prostu cudowne! Później było coś jeszcze, chyba Krew Boga i Czarne słońca. No i na sam koniec, już chyba tradycyjnie, Sowieci.


Jednym zdaniem: fantastyczna był to koncert! I tak, czuję dziś lekki niedosyt, bo, mimo wszystko, mam dalej takie marzenie, żeby usłyszeć na żywo w wykonaniu Kultu jeszcze kilka moich ulubionych utworów (nie wiem nawet, czy jeszcze je grają), jak na przykład Leave the kids alone, Dzieci wiedzą lepiej czy choćby ich kapitalną aranżację Modlitwy o wschodzie słońca. Ale nie będę sprawdzał, czy zdarza się zespołowi wykonywać to jeszcze na żywo. Najlepiej przy najbliższej okazji pójdę i przekonam się na własne uszy.


I już po koncercie, w aucie, kiedy wracałem do domu, próbowałem sobie przypomnieć kiedy ostatni raz tańczyłem pogo. Wyszło mi na to, że musiało to być przed rokiem 2014 w którym to skończyłem studia, bo było to w Łodzi, na jakichś juwenaliach, w czasie koncertu Illusion, jakoś niedługo po powrocie tego zespołu na scenę. Czyli po 2011. Więc tak koło 10 lat bez tego pogo. Sam się podziwiam, bo, mimo mojego wieku, większość tego niemal trzygodzinnego koncertu (wracam do wczorajszego Kultu) większość czasu, jeśli nie spędziłem w „młynie”, to przynajmniej przeskakałem. I żyję! I sprawiło mi to mnóstwo przyjemności. I myślę, że tym, co wczoraj przeżyłem, mogę zadać kłam kolejnemu wersowi z mojej kolejnej ulubionej piosenki Kultu, tym razem Knajpy morderców: tak tylko można znowu być młodym: zabić i dumą czekać nagrody. Bo tak, poczułem się młodo. Tylko dlatego, że znów mogłem być częścią tej niesamowitej energii, jaka wytworzyła się wczoraj pod sceną w haskim klubie PAARD.


#muzyka #koncert #kultura

936f4fb0-f282-41f5-87da-dd2b01b10304

Zaloguj się aby komentować

625 + 1 = 626


Tytuł: Spacerujący z książkami

Autor: Carsten Henn

Kategoria: Literatura piękna

Ocena: 8/10


– Zabawnie się śmiejesz – stwierdziła Schascha. – Tak jakbyś nie do końca umiał.


Starszy mężczyzna spotyka młodą kobietę. Mało tego! To ona sama go zauważa i wręcz narzuca mu się ze swoim towarzystwem! A później zupełnie odmienia jego życie. Całkiem kiepski pomysł na książkę (choć nie z tak kiepskich pomysłów jakiś pisarski geniusz potrafi wycisnąć coś przynajmniej ciekawego, jeśli nie jeszcze więcej). Co jednak jeśli w tym całkiem kiepskim pomyśle pójść dalej? Jeśli starszy mężczyzna na przykład jest rzeczywiście starszy – na tyle, że śmiało można nazywać go staruszkiem – a kobieta na tyle młoda, że w zasadzie nie jest jeszcze nawet kobietą, a tylko dziewczynką? Dokładnie właśnie w tym kierunku postanowił pójść autor Spacerującego z książkami, pan Carsten Henn. I zaszedł w bardzo piękne miejsce!


Spacerujący z książkami to lektura o tym, że spokój i stabilność dają jakiś komfort, z którego czasami ciężko wyjść, a może warto. O tym, że to, czego sami dla siebie chcemy niekoniecznie jest tym, czego tak naprawdę potrzebujemy i że może warto spróbować czegoś innego. I o tym, że tego „czegoś innego” niekoniecznie trzeba szukać samemu. Że to „coś innego” czasami przychodzi z zupełnie niespodziewanej strony i może warto się tylko na to otworzyć? A przynajmniej, mimo spokoju, stabilności i własnych przyzwyczajeń, tego „czegoś innego” spróbować. Kto wie co wtedy może się stać?

Poza tym, nie mógłbym tutaj nie wspomnieć o tej wspaniale wykreowanej postaci dziewczynki! To właśnie ona, wkradająca się z impetem w życie staruszka, tak bardzo uosabia dziecięcą energię, błyskotliwość i sposób widzenia świata, że jest całym motorem napędowym tej historii. Nic, tylko się od niej uczyć! A przynajmniej cieszyć zaskoczeniami, jakie – głównie w dialogach – przynosi śledzenie jej rezolutności!


Całość tego wszystkiego, o czym mowa wyżej, ubrana została przez autora w lekką, ciepłą, uroczą, trochę naiwną, może nawet cukierkową (choć nie przesłodzoną!) oprawę. I jest to tylko kolejna zaleta tej książki! To wspaniałe remedium na szarość, jaka panuje za oknem. Taka niewymagająca książka-pocieszacz, że pozwolę sobie użyć określenia, jakie to gdzieś kiedyś przeczytałem. U mnie kapitalnie sprawdziła się w momencie tego zawsze osłabiającego jesiennego przesilenia pogody! Śmiało stawiam ją na swojej wirtualnej półce obok takich pozycji jak Smażone zielone pomidory czy Lekcje chemii. I niech tam sobie stoi, bo pomimo jej uroczości, raczej do niej nie wrócę. Tego typu książki to nie są lektury na wiele razy, przynajmniej nie u mnie. Chętnie za to przeczytałbym coś, co wywoła we mnie podobne emocje. Nie wspominając już o uśmiechu tak szerokim, że aż porobiły mi się zakwasy na policzkach!


EDIT: Swoją drogą, to że akurat w Niemczech taka książka zostanie napisana, to bym się nigdy nie spodziewał. Ech, to myślenie stereotypami.


#bookmeter

e241b831-6482-4e0e-925d-6eca1692c98a

Zaloguj się aby komentować

624 + 1 = 625


Tytuł: Moja żona nie tańczy. Opowiadania wybrane

Autor: Tove Ditlevsen

Kategoria: Literatura piękna

Ocena: 8/10


Leżał i obserwował śpiącą żonę z taką powagą i intensywnością, jakby była zadaniem matematycznym, które należy rozwiązać, nim będzie mógł się zająć innymi rzeczami.


W tym tomie redaktor jakiś, zatrudniony w wydawnictwie Czarne, zgodnie z praktyką – jak to zwykle robi się w wyborze opowiadań – zamieścił opowiadania wybrane. Z czterech zbiorów wydanych przez panią Ditlevsen mniej więcej w połowie XX wieku konkretnie. Jeśli traktować to co przeczytałem jako reprezentatywną próbkę twórczości autorki, to wychodzi na to że jest mi z nią zupełnie po drodze i pewnie zagości jeszcze kiedyś w moim czytniku. Autorka była to bowiem dość płodna, przynajmniej literacko (biologicznie to nie mam pojęcia), jednak po polsku zostało wydane jedynie kilka jej dzieł. Może i szkoda? Tak przynajmniej teraz, na gorąco, zaraz po lekturze, sobie myślę.


Co mnie urzekło w tych króciutkich tekstach jakie zastałem między okładkami? Kilka rzeczy. One wszystkie oparte są na podobnym schemacie (co nie znaczy, że w jakimkolwiek momencie stają się nudne!, absolutnie!), to jest zastajemy bohatera (albo bohaterkę – gdzieś czytałem, że ta proza została sklasyfikowana jako feministyczna, z czym się nie zgadzam, przynajmniej w wypaczonym – moim zdaniem – pojęciu współczesnego feminizmu, jakie gdzieś tam sobie zbudowałem na podstawie obserwacji formy tego ruchu czy zjawiska na dziś) w momencie kiedy jego (albo jej) życie z jakiegoś powodu się sypie. Rozpada na okruchy. I właśnie jeden z takich okruchów autorka znajduje, podnosi i zaczyna mu się przyglądać. Najpierw powoli, rozwijając opowieść (albo opowiastkę – bo, jak pisałem, teksty są krótkie, ale nie małe) od szczegółu do ogółu. Ten ogół też nie jest jakoś wyjątkowo spektakularny. To po prostu zwyczajne fragmenty życia, które mogą się przydarzyć wszędzie, nie tylko w Danii, skąd pani Ditlevsen pochodziła. A jednak szczegółowa analiza tych uczuć, relacji, stanów, kondycji psychicznej, przytłoczenia, nieradzenia sobie z uczynieniem tego bardzo ważnym zupełnie mnie kupiła.


Nie jest to lektura łatwa i przyjemna, wręcz przeciwnie. Ze względu na ciężar tematu i pewną dozę empatii, jaką we mnie te historie obudziły nie byłem w stanie przeczytać naraz więcej niż dwóch, może trzech tekstów. Mimo wszystko mocno wciągnęły mnie te mini-światy bohaterów opowiadań i co dzień do nich wracałem. Bo prawie każdy z nich zostawiał we mnie jakiś ślad. Wymagał przemyślenia, zastanowienia się, a czasami po prostu odpoczynku, bo zwyczajnie bywało ciężko.


Jest to książka – tak myślę – w sam raz jeśli ma się za mało własnych problemów i chciałoby się przeżyć trochę cudzych. Albo przeciwnie: kiedy ma się swoje problemy, które być może wszystkim wokoło, oprócz samego siebie wydają się nieistotne. Można wtedy w niej zobaczyć, że nie ma uniwersalnej, obiektywnej miary dla tego co jest trudne, a co nie jest. Bo nie wszystkie opisane sytuacje były dla mnie odpowiednie do zrozumienia. Wczucia się w nie. Ale już w to, że dla bohaterów (albo bohaterek) opowieści są one ważne, wierzyłem bezgranicznie.


#bookmeter

6be821de-4c7b-469e-af8f-03ce1fa8d475

Zaloguj się aby komentować