Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 816wpisów
  • 3962komentarzy

Dziś wiersz bardzo osobisty, a i prośba do Was, bo mam takie marzenie i możecie mi pomóc je spełnić. Niedużo trzeba zrobić, tyle co lajka na Facebooku zostawić:


***


Czesi żądają dostępu do morza a ja Murmuyo w Oleśnicy


Jest taki Artysta – dla mnie największy na świecie.

Na każdym jego występie ja z radości szczerzę swoje zęby.

To też mój przyjaciel, bratnia dusza – wiecie?

Dawno się nie widzieliśmy i tęsknotą jakąś jestem mocno wzięty.


Sezon zimowy to czas w ulicznej sztuce pominięty

w tym roku na ten czas Murmuyo to do Chile leci.

Lecz jest możliwość by do Polski go znów ściągnąć na występy!

Drodzy Kawiarnkowicze! Czy nam pomożecie?


Obiecałem mu kiedyś, że gdy odwiedzi ten nasz kraj nad Wisłą

tak jak on mi mówił mi o Chile, tak pokażę mu i ja

jak moja kultura wygląda, co się tu je, co pija.


Tak jak Czesi morze chcieliby mieć blisko

tak i ja w Oleśnicy zobaczyć chciałbym to klaunisko!

Dacie zdjęciu lajka? Będziecie nam sprzyjać?


***


No, to konkurs polega na tym, żeby polajkować zdjęcie pod wpisem Festiwalu Owca. Konkretne zdjęcie, to dokładnie . Żeby nie było, że żebram o te lajki, to możemy je potraktować jako zapłatę artyście za ten powyższy wiersz. A konkurencja jest zacięta, bo w Oleśnicy to każdy chciałby wystąpić, więc chwytam się każdego sposobu żeby jednak wystąpił Murmuyo. Więc jeśli macie jakieś matki, żony lub kochanki, które mogłyby też zagłosować, to też ładnie proszę.


No i przy okazji to kolejny wiersz di risposta w konkursie #nasonety w kawiarence #zafirewallem . Czyli #poezja i #tworczoscwlasna w moim wykonaniu.


No i jeszcze dołączam do wpisu moje zdjęcie z jednego występów Murmuyo. Żeby nie było, że se wymyśliłem całą tę historyjkę.

cf7e3385-deb8-4a59-838e-c58d90bb42d3

Zaloguj się aby komentować

Po wyposzczeniu – wiadomo – chce się bardziej. Również w dziedzinie poezji. Ponieważ aktualnie znajduję się w okresie kiedy zdradliwa wena raczej jest, niż jej nie ma, to proszę bardzo następny:


***


Bawarkę Miał Waldek


Waldek jedzie po osiedlu, felga mu się świeci;

ręcznym operuje, gdy wchodzi w zakręty.

Opony mają ćwierć wieku, tłumik wnet odleci

ale znaczek bawarski z przodu ma przypięty!


Gdy dziewcząt pod trzepakiem mija on zastępy

każda z nich na widok auta na bank się podnieci.

A kolegom to z wrażenia aż opadną gęby

kiedy zobaczą Betę wśród swoich rupieci.


Problem był z parkowaniem, bo to blokowisko

i każda miejscówka już od dawna „czyjaś”.

On jednak jest kozakiem no i „c⁎⁎j w to wbija”:

zaparkował jak mu wygodnie, tak żeby mieć blisko.


Rano auto nadawało się już na złomowisko

a Waldek na dodatek jeszcze dostał w ryja.


***


To powyżej to kolejny (pewnie nie ostatni, bo rymy wdzięczne i pomysłów mam jeszcze kilka) wytwór, jakim mam zamiar zaspamować Was w tej edycji, trzynastej już, konkursu #nasonety . Jest to wytwór di risposta w odpowiedzi na wiersz di proposta.


#zafirewallem #tworczoscwlasna #poezja

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry! Jeszcze jeden machnąłem wytwór di risposta (tagowany niepoprawanie jako #diriposta ), do sonetu di proposta (nietagowanego niepoprawnie, być może dlatego, że nietagowanego wcale) w ramach XIII edycji konkursu #nasonety w kawiarence #zafirewallem .


Chciałem tylko powiedzieć, że poniższym wytworze Zosia jest wyłączni symbolem, tak samo zresztą jak i jej odchudzanie. No to o czym jest ten tekst? Ano, dobrego tekstu tłumaczyć nie trzeba, a ten jest dobry, więc tłumaczył go nie będę. Miłej lektury.


***


Wina babci


– No to ziemniaczki zostaw, ale zjedz kotlecik –

tak babcia skwitowała obiadek nietknięty.

Bo Zosia się odchudzała. Chyba już rok trzeci?

Tylko, droga Zosiu, gdzie też są efekty?


Sweterek różowy na Zosi ciągle był opięty;

nosiła się więc na czarno, tak jak czeski Krecik.

Bo czarny wyszczupla! Optycznie. Niestety:

waga od czarnego to w dół nie poleci.


Z diety wyeliminowała co tuczące: wszystko!

Tylko ta jej dieta coś niezbyt babci nastrojowi sprzyja.

Zosia dobra wnuczka: zjadła ten kotlecik. Zosię to dobija.


W przygnębienie wpadła Zosia. Zosia – biedaczysko!

Z żalu zjadła tabliczkę czekolady – wielką jak lotnisko.

– Gdyby nie ten kotlecik… Babci wszystko wina! No bo przecież czyja?!


***


#poezja #tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Ponieważ jestem stary, ale bywalcy nasze kawiarenki też raczej do młodych, z tego co mi wiadomo, to nie należą, to śmieszą mnie memy, które były memami zanim jeszcze memy memami nazwano. Myślę, pewien niemal tego jestem, że większość z Was zna tę piękną scenę i nie będzie miała problemu z odgadnięciem skąd tym razem przyszła do mnie inspiracja.


***


Ten wiersz to nie ja, to raczej Bareja


Połączenie mam bardzo dobre: wstaję w pół do trzeci;

latem to już nawet jasno za oknami wszędy;

śniadanie jadłem na kolację: chlebek i pasztecik,

a po wszystkim, przed spaniem, to umyłem zęby.


Pięć kilometrów stąd ledwie, czyli niemal tędy,

co rano Pekaes przepełniony leci.

Wiem, że się nie zatrzyma, no to ja w te pędy

do mleczarni! Podrzucą mnie mleko wożący faceci.


Z nimi do Szymanowa, stamtąd mam już blisko.

Spacerkiem wracam do pętli, gdzie w tramwaj puściutki się wbijam.

Wracam, bo dalej tłok się robi taki, że nie idzie wcisnąć nawet kija.


I jeszcze, jeśli w drodze dobrze pójdzie wszystko,

to mam też czas na obiad z panią bufecistką!

Po wszystkim, o siódmej, na zakładzie kartę swą odbijam.


***


Ten wytwór powyższy to wytwór di risposta w XIII (podobno) edycji konkursu #nasonety . Utwór di proposta można zaleźć tutaj .


#zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

@George_Stark ta scena to jest niezapomniany klasyk.


Ale nawet jak widzislem głupią drogę do szkoły mojej matki... No cóż, te opowieści o tych super trudnych drogach do szkoły pod górkę w dwie strony się z powietrza nie brały jak ktoś na wsi mieszkał xd

Zaloguj się aby komentować

Tak mnie coś wzięło, bo łysieję, na tęskne wspominanie moich długich włosów i wszystkiego co się z tym długowłosym okresem wiązało. No i taki oto wytwór z tego wspominania tęsknego powstał:


***


Młodych taniec ze śmiercią w bramie


Chodziliśmy wszyscy ubrani na czarno

i każdy z nas mrocznej muzyki słuchał:

plecak typu kostka, na kostce kostucha

a w sercach mrok ciągły, jak nocą polarną.


Nad wiek poważną byliśmy ferajną

gdy inni się śmiali od ucha do ucha,

naszywki nasze, z wizerunkiem trupa,

symbolem były, że życie to marność.


Gdy na to patrzę z perspektywy dzisiejszej

wspomnienia te raczej wydają się śmieszne,

bo choć młody, o śmierci niejeden z nas prawił.


Skończyło się, choć każdy się tą śmiercią zachwycał,

na piciu wina w bramach, gdzieś przy kamienicach.

Nikt nie był true. Nikt się nie zabił.


***


#nasonety #zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna


To powyżej to di risposta, di proposta tutaj .

@George_Stark brak kultury, ja to wina po parkach i większych odludziach jednak preferowałem jeżeli się nie zdarzyło tak, że u kogoś było wolne miejsce.


Zaś za cholerę nie mogę pojąć czemu się upierałem na kostkę, bo ten placek był tak cholera niepraktyczny i niewygodny...


Ale żeby nie było że tylko k negatywach: z okresu metalowego to mi został piękny żołnierski krok przy powłóczeniu nogami od noszenia glanów xD

To następnym razem sprawdź co się rymuje ze slowem "minoksydyl" i zdaniem, "mam nadzieję, że jestem w 60%"?


Może ci się poezja zmieni na bardziej optymistyczną.

Zaloguj się aby komentować

Pan Jerzy

czyli ostatni slam w Gorzowie


***


Od Autora


Czekaliście? Wiem, że czekaliście, nawet wiersze o tym powstawały. No przepraszam. Wyszło jak wyszło, trochę jakbym miał zatwardzenie, ale w końcu wyszło i oto oddaję w Wasze oczy kolejną, jedenastą już, czyli przedostatnią, księgę zasranego poematu pod tytułem Pan Jerzy, czyli ostatni slam w Gorzowie. Cieszycie się? Mam nadzieję, że tak. I mam nadzieję, że to co wyszło, to mi w miarę wyszło i choć trochę Was rozbawi.


Jako że zbliżamy się do końcówki, to czas zamykać wątki. Nie wiem co prawda, czy mi się to udało (czyli czy mi wyszło), bo może być tak, że o niektórych wątkach zapomniałem (wyszły mi z głowy). W tej sprawie jeszcze jedna rzecz, bo jeśli mi wyjdzie, to kolejna, dwunasta, czyli ostatnia księga powinna wyjść szybciej – ale nie obiecuję, bo może nie wyjść dlatego, że mi nie wyjdzie, bo coś po drodze mi wyjdzie. W każdym razie w zasadzie to mam ją już napisaną, bo pointy zbierałem przez cały czas trwania tej wspaniałej zasranej przygody, teraz tylko trzeba je poukładać, pewnie coś dodać, bo na bank w czasie pisania przyjdzie mi coś nowego do głowy, może coś wyrzucić. Zobaczymy jak wyjdzie.


Ale, nie wychodząc zanadto myślą w przyszłość, zapraszam do lektury tego, co (w końcu!) wyszło już dziś. Przyjemności i ulgi! – jak po długo wstrzymywanym sraniu.


Wasz Autor


***


Spis treści


Księga I – Zwycięstwo

Księga II – Do Grecji!

Księga III – W Grecji

Księga IV – Nadal w Grecji

Księga V – Ciągle w Grecji

Księga VI – Jeszcze chwilę w Grecji, ale dłużej już w Nowej Soli

Księga VII – W nadodrzańskich lasach

Księga VIII – Pod czerwonym butem

Księga IX – Nadal pod czerwonym butem

Księga X – Ciągle pod czerwonym butem


***


Księga XI

Jeszcze pod czerwonym butem


Jak pokonać potwora – O wyższości stoicyzmu nad epikureizmem – Savoir-vivre – Uberłoś – Konsekwencje spóźnienia


@moll , by Splasha uzdrowić, sposobu szukała

i tajemne księgi dzień w dzień wertowała.

Nie w głowie jej było nawet gotowanie,

ani nic wtedy nie jadła, stąd też i na sranie

czasu nie traciła. Aż tu wreszcie, we środę,

przybiegła k'nam z takim książkowym sposobem:

– By móc odwrócić przemiany obrzydliwą moc

to z potworem w krypcie trzeba spędzić noc!

Nie u pana Pratchetta, gdzie długo szukałam,

ale u Sapkowskiego o tym wyczytałam!

I dzień cały minął nam na oczekiwaniu,

w napięciu takim ogromnym, że o sraniu

nawet żeśmy zapomnieli. Zaś z wieczora,

kiedy to wreszcie przyszła odpowiednia pora,

@moll tak do nas mówi: – No dobrze, moi drodzy,

czas już jest na mnie, muszę do piwnicy schodzić

ażeby ocalić Splasha, męża mojego

nie dość że zatrutego, to i zasranego!

I choć w tej piwnicy przeokropnie śmierdzi,

pójdę: miłość jest silniejsza nawet ode śmierci!

Więc zeszła. Drzwi odemkła i powiało smrodem

który też poczułem, choć za ostatnim schodem

stałem. Poczuła go też Pacha ma kochana:

– Nie jest mi ten smród gorszy ode bakłażana! –

rzekła, a ja zapytałem, przerażony aż:

– Którego to bakłażana ty na myśli masz?

I na dole za @moll drzwi wtedy się zamknęły

a nam się dłużyć mocno godziny zaczęły

w nadziei, lecz i w nerwowym czekaniu

no i mowy o żadnym znów nie było sraniu.

Mnie tam wtedy ogromnie ciekawość zżerała

– Pacha! Może byś zeszła i coś podsłuchała? –

pytam się ja tak wtedy bohaterskim tonem

tej, którą już niebawem pojąć mam za żonę.

A Pacha tak mi na to: – No, Dżordżu, nie wierzę!

Może sam tam sobie zejdź, mój ty bohaterze?

Zszedłem. Nos zatkałem i, żebym coś usłyszał,

ucho do drzwi przykładam. A za drzwiami cisza.

I nagle, na dźwięk tej ciszy, obleciał mnie tchórz

no i sobie pomyślałem: – „Chyba po @moll już!”

Na głos mówię do Pachy: – Na nic @moll starania.

Lecz późno już, ma miła. Kładźmy się do spania!

Pacha rzekła mi na to: – To jest pomysł dobry,

no bo trochę zmarzłam i potrzebuję kołdry.

Obraliśmy wówczas kierunek na sypialnię,

gdzie chciałem się przyssać, całkiem nienachalnie,

ale zapędy moje Pacha ostudziła:

– Dżordż, na jutro będzie potrzebna nam siła.

Jutro jedno z dwojga: albo świętowanie

gdy @moll Splasha ocali, albo jej grzebanie

bo bohaterstwem się wykazała jak smoków

pogromcy… Ej! Dżordż! Łapy przy sobie! Ty zboku!

I takim to sposobem znów się nie przyssałem,

no więc, w ramach zemsty, głośno jej chrapałem.


Rano Pacha była, z racji niewyspania,

mocno zła, choć to nie od mojego chrapania,

ale to raczej dlatego, że nad ranem nas

obudził dochodzący z piwnicy hałas.

Ledwo co tylko na dół zbiegliśmy po schodach

poczuliśmy piwnicy straszliwego smroda.

Powiodło się @moll to jej wiedźmińskie zadanie

bo widzimy tam Splasha po schodach wspinanie:

znikły diable iskierki, bez rogów już czoło!

@moll zaś idzie za nim i coś jej wesoło.

– Zeszłam ja do piwnicy i powstrzymać ręki

żeby męża dotknąć, nie mogłam. On był miękki

jednak. Więc, tak jak Geralt, tak i ja zrobiłam

i w skrzynce na młynki spać się położyłam.

Wcześniej jednak piwniczne przeszukałam półki

ażeby to wiedźmińskiej napić się jaskółki,

ale jej nie znalazłam, więc zjadłam pająka

co uciekł z terrarium i gdzieś tam się błąkał.

Gdy wstałam, ze Splasha zniknął już trucizny wrzód

a na jego miejscu silny pojawił się wzwód!

I nie mogłam przepuścić, gdy okazja taka

jakby Splash ukąszony był przez wałęsaka!

I teraz mam już pewność, że mąż mój wyleczon:

bo poczułam dowód że znów stoikiem jest on!

Pacha @moll słuchała, lecz głód też czuła duży

no i jeść zaczęła konfitury z róży,

łyżeczką nabierając prosto ze słoika:

– „A może też przerobię Dżordża na stoika?” –

tak sobie pomyślała – „bo z tego co wiem

jego hasłem jest epikurejskie carpe diem

i z tego wszystkiego pożytku mam tyle

że on zamiast mnie chwytać, woli chwytać chwilę.

No i mam ja takiego, jak Horacy, dziada.

Poeta też mi wielki! Zamiast działać: gada!

Poeta! Przecież prawdziwy poeta to wie,

że, inaczej niż w biblii, «nie» nie znaczy «nie»!”


Te Pachy rozważania przerwało @moll zdanie:

– Misja ma wykonana, teraz czas na sranie!

By wam wynagrodzić brak wczorajszej kolacji

to zrobię dziś śniadanie, lecz po defekacji.

I wtedy poczuliśmy, że potrzeba wielka

wszystkich nas mocno tam ciśnie, a więc kolejka

pod drzwiami do kibla w mig się ustawiła.

Pierwsza była @moll i co miała, to zrobiła;

drugi był w kolejce rekonwalescent nasz

i zaraz się po @moll wtedy wysrać poszedł Splash.

Bardzo pojemne są jelita tego pana

bo długo tam siedział, choć piwnica zasrana.

A kiedy opuścił ten tron z porcelany

pokazałem Pasze, żem dobrze wychowany,

bo, zrażony z kibla poslashowym smrodem,

powiedziałem szarmancko: – Idź ty! Panie przodem!

I to był błąd, bo zapach spode zadka Pachy

to był jeszcze gorszy aniźli spod trzech Splashy!

Lecz ulga podwójna bo raz, że Spalash wyzdrowiał

a dwa, że wreszcie każdy sobie zdefekował.


W tym czasie kiedy my kończyliśmy sranie

to @moll nam przygotować zdążyła śniadanie

i w jadalni na stół wykładała jedzenie

ze słowy: – Wybaczcie mi, proszę, to spóźnienie…

– Jasna cholera! – na to Pacha – Co ze mnie młot!

No przecież ja do Jałty to zaraz mam mieć lot!

Zawsze mnie coś takiego musi się przydarzyć!

Kogo prosić o pomoc? Związek Kajakarzy?

Podrzucą mnie Odrą, stąd ona całkiem blisko,

ale przecież lotnisko to leży nad Wisłą!

No nie zdążę! I Dżordża znów to będzie wina!

Choć może na słoniu? W końcu do Stalina

lecę. – I wołać zaczęła: – Chodź no tutaj, King!

Lecz nic: słoń był zajęty. W lesie grał on swing.

I już byłem gotowy na te pasze jęki

że znów moja to wina, kiedy jakieś dźwięki

zza okna dobiegły, jak podczas bukowiska;

to Łoś tam stał: mięśnie grają, piana z pyska

leci, kopytem swoim w ziemi grzebie on

i w taki tam w końcu Łoś uderzył ton:

– Tak silne są @moll te lubelskie zabobony

że nie tylko Spalsh, lecz i ja także uzdrowiony

i spod mocy Stalina wyjęty zostałem,

a teraz, tak jak mogę, to się zemścić chciałem!

Dlatego Pacho, teraz zasiądź na mym grzbiecie

bez siodła, na oklep! Nie przystoi kobiecie

co prawda na oklep jeździć, lecz musimy gnać

bo czas już mocno nas goni, a mnie chce się srać.

Lecz zwieracze me muszą wytrzymać napięcie

do czasu kiedy cię podrzucę na Okęcie.

Pacha wsiadła, po bokach zwisały jej nogi;

ja się bałem, że, jak Łoś, też będę miał rogi.

Znane są szeroko wyczyny tego zwierza,

może i do Pachy on przyssać się zamierza?

Lecz nie zdążyłem krzyknąć: „Strzeż się lowelasa!”

bo Łoś i ma Pacha już zniknęli w lasach.


Wiem, Pacha ma misję: ojczyzna w potrzebie

ale się z tej zazdrości zesrałem pod siebie.

Gdy majtki se zmieniałem, za pomocą dłoni

to telefon mój nagle wtedy mi zadzwonił.

Połączenie od Pachy, która tak mówiła:

– Dżordż, ja na samolot przez ciebie się spóźniłam!

No i trochę przez Łosia, bo to jego wina

że po drodze przystanął wyruchać pingwina.

A później, skoro już miał opuszczone gacie,

stwierdził, że przy okazji i wysrać przyda się.

A mam jeszcze też i inne wiadomości złe

będziesz jednak musiał jeszcze poczekać na nie,

bo, jak już będę doma, to ci coś pokażę…

A ja już to widzę! Miliony wyobrażeń

mam natychmiast w głowie! I już sobie płynę

w mych erosomańskich fantazji krainę!

A Pacha ze mną wtedy już się rozłączyła

więc tyle wiedziałem, że ona się spóźniła

na samolot i ten odrzutowiec prywatny

to bez niej kurs swój obrał na wschodni kraj bratni.

W Jałcie cała trójka: Roosevelt, Churchill, Stalin

długo a niecierpliwie na Pachę czekali.

Ale nie dotarła. I z tego powodu

tam Rzeczypospolitej zabrano część wschodu.


***


Stopka redakcyjna


Oficyna Wydawnicza Kawiarnia #zafirewallem

Internet, 2024


@George_Stark , 2024

Redakcja: @George_Stark

Korekta: @George_Stark


#tworczoscwlasna #poezja

Licznik srań: 6 + obsrana piwnica (czyżby rekord?)


Do tego urzekło mnie:

Wyższość stoicyzmu, a jakże

I sam stoicyzm obrazowo opisany

Lubelskie zabobony

erosomańskich fantazji krainę (widzę nawiązanie)

I Łoś ruchający zwierzaki też się nie nudzi xd


Urzekło mnie też to, że odcinek wyszedł jak na zawołanie i do tego bardzo dobry

@George_Stark ja nie wiem jak ty te dłuższy formy dajesz radę robić, mi jeden tekst jako-tako wyszedł i zatwardzenie mam takie że bez hydraulika to w ogóle już nadziei nie mam na twórcze odetkanie.


Tylko muszę sobie ostatnią część odświeżyć chyba, bo sam się w wątkach lekko pogubiłem xd

Zaloguj się aby komentować

Przysposobienie obronne


– Tylko nie w szczepionkę! To boli! Ałaj! No! –

mamy w klasie takiego Marcina, psiajucha!

Nie damy mu rady w kupie, nie ma nań też zucha;

przyszłość swojej edukacji widzę raczej czarno.


Mama mówi: – No to powiedz pani! – Fajno!

Tylko ciała pedagogicznego on wcale nie słucha

zresztą, wychowawczyni też się boi, że i jej nastuka

bo pedagogicznie to raczej jest ona niezdarną.


I jak tu nabyć wiedzy do życia koniecznej

kiedy ni ciało, ni dobytek, nic nie jest bezpieczne?!

Bo Marcin, jak już pobije, to jeszcze ograbi!


Ale czekam tylko aż brat wyjdzie z kicia:

poprosi swoich kolegów i cała ulica

temu Marcinowi wtedy łomot sprawi!


***


W XII już edycji konkursu #nasonety w kawiarence #zafirewallem zgłaszam się na początek z takim wytworem jak powyżej. Jest to sonet di risposta – czyli po polsku odpowiedź – na piękną odę w formie sonetu autorstwa pana Staffa zaproponowaną przez koleżankę @KatieWee .


#poezja #tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Ponieważ pojedynek pomiędzy starym jarającym w kiblu a jęczącym budzikiem zakończył się remisem, wraz z kolegą @m-q ułożyliśmy wspólnie dzisiejsze zadanie:


rymy: perfumy – ślub – dumy – chlup

temat: suchy chleb dla konia


Teraz niech nastąpi rymowanie i miłe słowami się zabawianie, czego ja nam życzę, a kolega @m-q być może też.


#naczteryrymy #zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

Ach! Dziewczęta lubią te perfumy!

Kiedy tylko mogą szykują na ślub

Talia ich to powód jest do dumy

Żrą przeto koński chleb i armotami robią chlup!

Placek na łące to nie są perfumy

Stepująco siostro z tego nie wyjdzie ślub

Film na chomiku to nic dla dumy

Wpadłaś do pralki chlup chlup chlup

Zaloguj się aby komentować

Napisaliśmy wspólnie już kupę wierszy o kupie, to przyszło mi do głowy, że może by tak teraz coś o Koopie stworzyć? No i napisałem wiersza, normalnie like a boss a tytuł jego:


Super Mario Bros


W czerwonej czapeczce bohater skokliwy:

on: pierwszy pośród kanalarzy,

w WORLD 1-1 wyrusza dziś wraży

gdzie rozmaite czekają go dziwy!


Potworów tam zatrzęsienie i rozmaite grzyby:

wszystko to temu hiro po drodze się przydarzy!

On, twardo: w prawo! I w prawo! I w prawo wciąż smaży!;

nie straszne mu nawet latające ryby!


I WORLD za _WORLD_-dem kolejny nastanie:

i drugi i trzeci i czwarty! I skrót!: już szósty!

I przed smoczą kolejną on stanie fortecą


i smoka pokona! A gdy życie Koopy już w lawie ustanie

muzyczki smętnej znów nutki polecą:

księżniczki tu nie ma! Ten zamek jest pusty!


***


Ten wiersz powyższy to moja nostalgiczna odpowiedź, czyli sonet di risposta, na propozycję kolegi @Moose , czyli sonet di proposta w konkursie #nasonety w kawiarence #zafirewallem .


#poezja #tworczoscwlasna

@George_Stark akurat jak mnie wzięło do zrobieniu wpisu o grze z 1984 to tutaj też o starciach wpis robisz.


Wielkie umysły myślą podobnie xd

Zaloguj się aby komentować

Tym razem wiersz, którego nie jestem autorem, a współautorem. Rymy powymyślała moja konkubina wspaniała (uwielbiam to słowo wspaniałe!), ja skleiłem je w całość, konkubina zaaprobowała, i znowu moja kolej, więc ja teraz publikuję.


***


Tajemnica białych kałamarzy


Przemówił do nas nasz Pan miłościwy

a słowa jego poprzedził tusz ode bębniarzy:

– Dość mam tego, wy cholerna bando meliniarzy! –

tak to grzmiał wtedy jego głos piskliwy.


– O Panie! – krzyknęliśmy – Bądź nam litościwy!

Znajdź łaskę dla nas, bandy stulejarzy,

co to kobiet nie znamy, a do kałamarzy

spuszczać się musimy! – Ton nasz żartobliwy

Pan przyjął z niejakim niedowierzaniem

zajadając się kiszonką z czerwonej kapusty

i ku nam, niczem ku rozgrzanym piecom,

rzekł: – Niech będzie po waszemu: doigraniem

uprosiliście u mnie jakąś kompanię kobiecą.

Normalne was teraz już czekają spusty.


***


Jest to nasza (choć formalnie moja) odpowiedź, czyli di risposta, na sonet di proposta od Kolegi-Łosia @Moose w XI edycji konkursu #nasonety w kawiarence #zafirewallem.


#poezja #tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Jako że koleżanka @moll prosiła , to zamieszczam tutaj tekst, który kilka lat temu napisałem wspominając między innymi to wydarzenie i mi gdzieś tam zalegał w moim przepastnym archiwum rzeczy napisanych nie wiadomo po co, to go wklejam w całości (bo za długi na komentarz). Za jakość nie ręczę, bo, tak jak pisałem, jest już dość stary, nawet nie do końca pamiętam co w nim napisałem (ale chyba samą prawdę), a nie chce mi się go teraz czytać, a już na pewno nie poprawiać i redagować. Pamiętam za to, że o tym wyżebraniu jest tam na pewno, bo to właśnie ono było punktem wyjścia żeby w ogóle to napisać.


EDIT: O, nie ma nawet podziału na akapity! Tak więc: miłego czytania.


***


Madryt


Madryt. Skąpany w słońcu plac Puerta del Sol jest dość pusty. Może dlatego że jest połowa października, może dlatego że jest środek tygodnia i w zasadzie cały czas jest jeszcze rano. A może dlatego, że wczoraj lało i przed chwilą jeszcze zanosiło się, że dziś znów będzie. W każdym razie z jakiegoś powodu turystów prawie nie ma, a z miejscowych to tylko od czasu do czasu ktoś przemyka. Więcej na tym placu wszelkiej maści mimów, ludzi-posągów, malarzy-portrecistów za parę euro i innych ulicznych artystów wykonujących swoją sztukę, niż tych którzy by tę sztukę chcieli oglądać.

Razem z Ireną przemykam przez ten plac. Zachowujemy się jak miejscowi, choć jesteśmy tu dopiero od wczoraj. Wczoraj zresztą też się poznaliśmy. Historia sam nie wiem czy bardziej zabawna czy bardziej niewiarygodna. Wczoraj wieczorem dotarłem do hostelu. Wczoraj po południu rozstałem się Anią i Piotrkiem, z którymi od kilku tygodni dzieliliśmy busa zwiedzając Hiszpanię, Portugalię i Maroko. Ale te tygodnie się skończyły, oni pojechali w swoją stronę, do włoskiego Livigno żeby swoją roczną podróż zakończyć nartami. Ja miałem ze sobą tylko jeden plecak, w nim ciepłych ubrań w nich akurat tyle, co na jakąś kryzysową sytuację, a i to najlepiej nie jakoś bardzo kryzysową. Wiedziałem już od kilku dni, że będziemy musieli się rozstać i musiałem mieć jakiś plan. Zawsze dobrze mieć jakiś plan.

Jeszcze w Maroko, kiedy w Tanger-Medzie czekaliśmy na prom, wszedłem w jakąś wyszukiwarkę lotów i sprawdziłem gdzie by tu dalej. Kupiłem bilet z Walencji do Krajowej w Rumunii. Akurat było najtaniej. A skoro już rzuciłem wszystko i wybrałem się w świat szukać nie wiadomo czego, to równie dobrze mogę szukać tego w Rumunii.

Walencja była moim jeszcze-towarzyszom podróży zupełnie nie po drodze, więc umówiliśmy się, że wyrzucą mnie pod Madrytem. Dalej będę radził sobie sam. Będę musiał radzić sobie sam i dobrze bo tej pory, choć było miło, to czułem się jednak zaopiekowany. Takie rzucenie wszystkiego, ale kontrolowane. Jak bycie zbuntowanym nastoletnim punkowcem, ale dopiero po szkole.

No i wysiadłem z tego busa pod Madrytem. Były uściski i podziękowania, były szybkie wspomnienia i trochę dobrych życzeń z obu stron. Nie było, na szczęście, żadnych obietnic. Szczególnie tych kurtuazyjnych, acz zwykle pustych, że niby musimy się kiedyś jeszcze zobaczyć. Różnie to może być przecież. W końcu pojechali. Patrzyłem chwilę za odjeżdżającym busem i zamiast oczekiwanej ekscytacji poczułem samotność i trochę strachu. Jestem sam, w obcym kraju, na obrzeżach obcego miasta, dookoła mówią obcym mi językiem. W dodatku leje. Stanąłem pod jakąś wiatą, złapałem skądś niezabezpieczone wi-fi i zacząłem szukać noclegu. Jest jakiś hostel, nazywa się San Juan, kosztuje chyba 8 euro za łóżko za dobę, jest w centrum, biorę. Zarezerwowałem, teraz trzeba by jakoś do niego dotrzeć. Wyznaczam trasę w nawigacji – nowoczesne podróżowanie, bez drgającego w piersi serca, za to z drgającym w procesorze krzemem. 12 kilometrów z buta, albo autobus za 3 czy 5 euro. O taksówce nawet nie pomyślałem, Ubera chyba jeszcze wtedy nie było, przynajmniej w Europie. A jeśli był, to ja o nim nie miałem pojęcia więc na jedno wychodzi. 12 kilometrów to mniej więcej trzy godziny z buta, 3 czy 5 euro to wyżywienie na cały dzień, a może nawet i dwa, jeśli dobrze zakombinować. Nie wiem jak długo będę na tej swojej wycieczce, chociaż w głowie mam ambitny plan okrążenia świata, więc zwracam uwagę na budżet bardziej nawet niż zwykle. Szybka decyzja: idę z buta. 12 kilometrów to w zasadzie nie tak daleko, a 3 godziny to nie tak długo. Mnie się zresztą nigdzie przecież nie spieszy, czego się na tym wyjeździe mam zamiar między innymi nauczyć.

Docieram pod adres. Jestem przemoknięty, zmęczony i głodny. Staję przed budynkiem, który wygląda trochę jak śląska kamienica. Szary, opuszczony, gdzieniegdzie nie ma szyb w oknach. Wrażenie potęguje bardziej polska niż hiszpańska pogoda. Upewniam się jeszcze raz, ale tak, wszystko się zgadza. Trafiłem, to tutaj. Podnoszę wzrok, przyglądam się kolejnym oknom. Uświadamiam sobie, że to, co wziąłem za karton zasłaniający wybitą szybę na trzecim piętrze, w rzeczywistości jest chyba szyldem. Jest na nim jakiś napis, ale czy to nazwa mojego hostelu, czy coś innego nie jestem w stanie odczytać. Tym bardziej, że deszcz się wzmaga i kiedy trzymam głowę zadartą do góry krople zalewają mi oczy. Niepewnym krokiem podchodzę do ogromnych drewnianych kamienicznych drzwi, spoglądam na umieszczony obok nich domofon. Jest, gdzieś pomiędzy patriotyczną a anarchistyczną wlepką dostrzegam wyblakły napis San Juan. Naciskam przycisk. Nikt się nie odzywa, za to po chwili słychać brzęczenie zamka. Otwieram drzwi. Na klatce schodowej śmierdzi moczem. Idę do góry.

W recepcji wita mnie dziewczyna uprzejma i uśmiechnięta, choć wyglądająca jak wyciągnięta pięć minut temu z berlińskiego dworca ZOO. Cóż, rzuciłem swój dotąd uporządkowany świat, bo chciałem zobaczyć inny, taki o którym do tej pory tylko czytałem, to mam. Z recepcjonistką dogaduję się moim łamanym angielskim.

– Tu jest twoje łóżko, tam jest łazienka, tam kuchnia, tutaj masz szafkę, ale nie dam ci kluczyka, bo zamek i tak nie działa – mówi oprowadzając mnie po trzypokojowym mieszkaniu przerobionym na hostel.

– Dzięki.

W pokoju cztery piętrowe, stalowe łóżka, pamiętające prawdopodobnie czasy generała Franco, być może nawet wyciągnięte z któregoś z więzień z tamtego okresu. A może z jakichś koszar i być może sam Ernet Hemingway spał właśnie na tym łóżku. Materac nie wygląda zachęcająco, zresztą jak i całe pomieszczenie, nie wiem czy pościel jest świeża. Na wszelki wypadek wyciągam z plecaka moje jedwabne prześcieradło, kładę je na łóżku, sam idę pod prysznic. Portfel i telefon zabieram ze sobą. Na szczęście zamek w drzwiach łazienki działa, więc mogę je położyć na półce.

Po prysznicu wracam do łóżka. Po dwóch miesiącach spania w namiocie, nie licząc tych nielicznych dni, kiedy nocleg wypadł nam gdzieś w mieście i spałem na siedzeniu pasażera, łóżko, nawet takie jak tutaj, jest czymś wspaniałym. Leżę, wyciągam się, zasypiam. Portfel i telefon mam pod poduszką.

Nie śpię długo. Za oknem ciągle jest jasno, kiedy dochodzące z kuchni basy powodują, że ściany zaczynają się trząść. Nie podoba mi się to, chciałbym się wyspać. Ale nic nie robię. Nie mam pojęcia dlaczego. W międzyczasie do pokoju wchodzą i wychodzą ludzie, a ja leżę na łóżku i czytam coś na telefonie. Koło północy muzyka cichnie, być może poprosiła o to ta dziewczyna z recepcji, bo z kuchni dalej słychać głośne rozmowy i śmiechy. Impreza wcale się nie skończyła. Z mojej perspektywy jest lepiej, ale nie jest jeszcze dobrze. Tyle, że mogę usłyszeć rozmowę toczącą się w pokoju. Rozmawia jakaś kobieta z jakimś mężczyzną. Mówią po hiszpańsku, mało co rozumiem, ale lubię brzmienie tego języka, więc słucham z przyjemnością.

Nagle w rozmowie pada rzucone damskim głosem „Kraków”. Nie żadne „Cracov”, żadna „Cracovia”, czy inne innostranckie miano, a właśnie „Kraków”.

– „Oho, ktoś był w Polsce” – myślę.

Myślę tak aż do momentu, kiedy słyszę „Warszawa”.

– Ty musisz być z Polski – mówię do kobiety, schodząc z łóżka.

– Tak, ty też? – z perspektywy to pytanie wydaje się co najmniej głupie, ale i mnie zdarza się głupio reagować na coś zaskakującego.

– No tak. A skąd dokładnie jesteś? – pytam dalej.

– Z Opola.

Wtedy zaczynam się śmiać, bo po prostu w to nie wierzę. Śmiech, jest drugą, zaraz po idiotycznych pytaniach moją reakcją na zaskoczenie. Ostanie miasto, w którym mieszkałem w Polsce, to było właśnie Opole. Okazało się, że przez kilka lat mieszkaliśmy trzy kilometry od siebie, a poznaliśmy się przez przypadek w Madrycie, dwa i pół tysiąca kilometrów od domu.

Tamtego wieczora poszliśmy do sklepu, kupiliśmy jakieś wino i przegadaliśmy mnóstwo czasu. Okazało się, że Irena jest fryzjerką, że prowadzi projekt „Fryzura za uśmiech”, który polega na tym, że lata po świecie i za wspomniany uśmiech strzyże bezdomnych, inwalidów itd. Oferuje się, że jak chcę, to i mnie może ostrzyc, na co z chęcią przystaję, w końcu te kilka zaoszczędzonych euro pozwoli mi być może trochę dłużej nie wracać. Następnego dnia rano zamykamy się w łazience, Irena rozkłada swój przenośny salon fryzjerski i mnie strzyże.

– Słuchaj, mam prośbę – mówi, kiedy kończy. – Bo ja mam sponsora i on chce ode mnie zdjęć. Poszlibyśmy gdzieś na miasto i zrobili parę zdjęć, że niby Cię ostrzygłam.

– No, ok – zgadzam się na udział w charakterze modela w tym kłamstwie, które Irena (tak jak i chyba świat) z uporem maniaka nazywa na zmianę marketingiem albo public relations.

Wyruszamy na spacer w poszukiwaniu odpowiedniego planu zdjęciowego. Trafiamy przed Pałac Królewski, Irena stwierdza, że może być. Siadam na murku, moja fryzjerka-podróżniczka zakłada mi fartuch, wyciąga z torby jakieś grzebienie, nożyczki i co tam jeszcze. Prosi przypadkowego przechodnia żeby zrobił nam zdjęcie. Przechodzień się zgadza, sprawa załatwiona.

– To co teraz? – pytam.

– Nie wiem – mówi Irena. – Umówiłam się tu z kolegą, ale napisał, że nie może, że coś mu wypadło. Mam wolne.

– Aha.

Nie bardzo wiem co zaproponować, bo ten mój Madryt to tak trochę przez przypadek i nie mam pojęcia co chciałbym tutaj zobaczyć. Tak naprawdę to nawet nie bardzo wiem co można tutaj zobaczyć.

– A może chodź, poszlajamy się trochę po tych uliczkach, może trochę się zgubimy – proponuję w końcu mój ulubiony sposób zwiedzania nieznanych miast. Irena się zgadza, choć bez entuzjazmu. Dochodzimy całkiem niedaleko, kiedy stwierdza, że jest zmęczona.

– Tutaj jest McDonald’s – mówi – może usiądziemy i czegoś się napijemy?

Zgadzam się, bo przecież kobiecie się nie odmawia, szczególnie jeśli nie ma się nic innego do zaproponowania.

Siedzimy przed tym McDonaldsem, pijemy piwo, które w Hiszpanii podają w tych lokalach, kiedy do naszego stolika podchodzi Cyganka. Zaczyna mówić coś po hiszpańsku, Irena próbuje jej odpowiadać, ale Cyganka nie słucha, tylko ciągnie swoją tyradę.

Mnie w tym czasie przypomina się spotkanie pod jakimś sklepem w okolicach Casablanki, kiedy to obok naszego oklejonego i pomalowanego Zielonego Busa zatrzymał się Matiz na polskich rejestracjach. Gość, który z niego wysiadł przedstawił się jako Krzysiek i zaczął opowiadać. Mówił o tym, że postawił sobie wyzwanie objechać Afrykę właśnie Matizem, bo tu każdy pcha się terenówkami, a on chce udowodnić, że wcale nie trzeba, że da się i tą karykaturą samochodu. Zresztą, przecież miejscowi takimi właśnie pojazdami jeżdżą i jakoś żyją. Opowiadał o tym, jak to w Afryce dzieje się jakaś magia, bo kiedy zdarzy mu się zakopać w piasku, nawet w – zdawałoby się – środku pustyni i stoi przy aucie i kombinuje co zrobić, to nagle skądś, zza jakiejś wydmy wychodzi trzech Beduinów i bez słowa, na migi pokazują mu, żeby wsiadł do auta, później wypychają go z tarapatów i spokojnie wracają za swoją wydmę, czy tam, skąd przyszli. I opowiada też, że jego sposobem miejscowych, próbujących wyżebrać od każdego Europejczyka „one dollar” jest udawanie, że nie on nie zna żadnego języka poza polskim i w ogóle nie wie o co chodzi. A kiedy i to nie działa, to wtedy sam wyciąga rękę. Ten drugi sposób, jak twierdził, jest w stu procentach skuteczny.

Próbowałem zastosować ten drugi sposób na Cygance. Wyciągnąłem rękę i spojrzałem jej w oczy. Przez chwilę się zawahała, ale szybko sięgnęła do kieszeni którejś ze swoich licznych spódnic, wyjęła z niej monetę, popatrzyła na nią i rzuciła te dziesięć centów nawet nie na moją rękę, ale na stół przede mną. Popatrzyła na mnie jeszcze raz po czym odwróciła się i odeszła bez słowa, zanim zdążyłem nawet powiedzieć „gracias”. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie widziałem tyle pogardy w oczach jakiegokolwiek człowieka.

Zaloguj się aby komentować

Dobra, za dwie minuty wychodzę, a jeszcze jeden napisałem, więc bez wstępów, tagi też na szybko: #nasonety #zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna


Smacznego:


***

Wymiot liryczny


Coś mnie tak nagle w żołądku ścisnęło

i nastąpiło pokarmu cofanie:

usta już pełne, a warg zaciskanie

nic nie pomogło, bo wypłynęło.


Na sweter mi troszeczkę bryznęło:

no jasna cholera! – znów będzie pranie!

Ale nic to, bo na podłodze dopiero– o, panie! –

leży coś jakby Pollocka dzieło.


Czego tam nie było? Całodzienną michę

zwróciłem: talerz pełen żurku i mięsiwo dzikie,

i szyneczka smaczna, mocno uwędzona


i dwaj gołąbkowie, nie całkiem strawieni

i trochę jeszcze przypraw, tych przypraw z korzeni.

Mój wymiot liryczny, to nim cała podłoga była uwalona.

@George_Stark aż się kleisz po ostatnim wierszu i jak go zakończyłeś flejo, skleiło Ci się na substancję "i" z "mięsiwo" xd


Ale dzień dzisiaj rzeczywiście masz dobry, że aż tego w sobie utrzymać nie możesz xd

Zaloguj się aby komentować

Miało już nie być więcej, no ale do tego zestawu przeminęło – runęło – dzieło – zginęło tak mi jakoś samo zrymowało się Oponeo, a reszta to już powstała zupełnie bezmyślnie i naturalnie i w zasadzie jednym ciągiem mi się napisało, no to publikuję. Proszę bardzo:


***


Kłopoty z gumami


Jechałem spokojnie, gdy nagle trzasnęło

i zaczęło się felgi o asfalt stukanie.

– Nie jedzie pan dalej, na poboczu stanie –

dziewczę jakieś wtedy radą mi sypnęło.


Gdym ujrzał jej urodę, to aż mnie tam ścięło:

– Czy poczekasz tu ze mną na auta holowanie? –

zapytałem wówczas, patrząc pożądliwie na nie.

– Poczekam – powiedziała – lecz na Oponeo,


wejdź, nie dzwoń po lawetę, bo żeby tę kichę –

kontynuowała – jakkolwiek załatać, to widoki liche.

Później zapytała: – Deszcz pada, to może pan w doma


zechce mnie odwiedzić? Poszliśmy, i już od samej sieni

obcałowywać mnie zaczęła ustami swojemi…

…a ja – jasna cholera! – nie miałem kondoma!


***


Jest to kolejny (już chyba ostatni) mój wytwór, który publikuję w ramach X edycji konkursu (którego, zgodnie z regulaminem, za cholerę nie chcę wygrać) #nasonety . Jest to odpowiedź, czyli di risposta na zadany przez koleżankę @moll sonet di proposta . No i takie rzeczy, jak ta świńska #poezja powyżej, czyli rodząca się z żądz nigdy niezaspokojonych bezwstydna #tworczoscwlasna (za którą jednak – i całe szczęście! – nie banujo) to tylko w kawiarence #zafirewallem !

@George_Stark są takie chwile w życiu, że człowiek się modli do Sekhmet o zdrowie i daje się powieść co tam Afrodyta i Dionizos krzyczą do duszy xd

Zaloguj się aby komentować

Było już o płotce, to teraz o plotce. Oto proszę:


***


Plotka


– „A słyszałeś/aś, że on/że ona…? „ – po mieście gruchnęło.

Nic nowego, przecież to tylko zwyczajne ludzi jest gadanie.

Człowiek już tak ma, że gada. I gadać to raczej on nie przestanie.

Zwykle gada o innych. Skąd się nam to wzięło?


Każdą twą najmniejszą pomyłkę tak jakby stukrotnie wydęło.

Każdego twojego działania ludzie swoje znajdą umotywowanie.

Na nic twe dementi, na nic sprostowanie

ludzie swoje wiedzą. Ciebie dotknęło.


Bo ty, jej ofiara, co słowem, jak sztychem,

pchnięta jest w piersi. Wprost w serce: przebite!

I wciąż jesteś pod jej wpływem, choć chciałbyś być ponad.


Jak długo jeszcze gadanie to krzywdzące cię będzie się tu plenić?

Ile ci szkód jeszcze wyrządzi ona mackami swojemi?

Plotka. Prawda wykoślawiona. Gadaniem z ust do ust przenoszona.


***


Jest to już kolejna kolejna moja odpowiedź na sonet di proposta zaproponowany przez koleżankę @moll w konkursie #nasonety. Trochę znów miałem problem z wersyfikacją, bo gdyby nie miał by to być sonet z całym swoim rygorem wersyfikacyjnym (pozostałe rygory potraktowałem luźno), to wersyfikowałbym go inaczej. Ale bawiłem się przy pisaniu dobrze, więc sam rozgrzeszam się z nieścisłości formalnych i wytwór publikuję.


#zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Miało być erosomańsko, a chyba nie do końca wyszło. Cóż, mężczyznom w pewnym wieku nie zawsze wychodzi, co, niestety, znam z autopsji. Ale można się przyzwyczaić.


***


Lustrzanka


Wesołe miasteczko już placyk za miastem zajęło.

Karuzele! Strzelnice! Ach! Cóż też tam nie stanie!

Tak jest każdej wiosny: długi rok czekanie

i już wszystko gotowe! Wreszcie się zaczęło!


Karuzela-młot: wrażenie jakby ku niebu samemu się wspięło;

strzelnica: przestawiona muszka – ciągłe pudłowanie;

dom strachów: dreszczyku na plecach miłe odczuwanie…

Ach, jakże się cieszę! Ach, jakże mnie wzięło!


Bo i inne mam powody, zupełnie nieliche,

by na nie czekać z rozpalonym (nie tylko) mym licem

bo tam, w gabinecie luster, naprzeciw mnie, stoi ona:


piękna, jakby zdobiona skrzydłami anielskiemi;

lekka, jakby się unosiła, stopami nie dotykała ziemi;

no i rzecz najważniejsza: ubrań pozbawiona.


***


Jest to kolejna moja odpowiedź na sonet di proposta zaproponowany przez koleżankę @moll w konkursie #nasonety .


#zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Nowy rozdział


Oboje to znamy, że każde tylko w swoją stronę ciągnęło,

jakby nie o współpracę wcale szło, a o rywalizowanie;

jakby bycie ze sobą to było jakieś o sumę skończoną granie;.

i wszystko, miast się rozwijać, to w miejscu stanęło.


Mało powiedziane! Rozeszło się wszystko, nie tylko stanęło,

bo nie radość z siebie nawzajem, a sobą wzajemne skaranie

kiedy nie dawanie, kiedy nie dzielenie, ale tylko branie

czasem wręcz na siłę – wstecz spojrzałem i to aż mnie ścięło.


Dość trucia się traktowaniem wzajemnym niczym arszenikiem!

Dość tych „rozmów” – awantur, zakończonych krzykiem!


Rozdział nowy zacznijmy tak: nie ja, nie on, nie ona

i za rękę oboje do światła wyjdźmy z tej krainy cieni

bo mocno wierzę, że wiele od razu na lepsze się zmieni

gdy zamiast myśleć o sobie, zaczniemy myśleć o nas.


***


Wytwór powyższy jest kolejną moją odpowiedzią, czyli wytworem di risposta na utwór di proposta zadany jako zadanie w tej edycji przez zadającą koleżankę @moll .


#zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

@George_Stark oho, wieczorem będzie utrwalanie i chyba sobie ten wiersz aż przepisze, bo na bank się kiedyś gdzieś do czegoś przyda.


@moll na tego daj dolicz ode mnie pięć piorunów ale mi się nie chce multikont zakładać

Zaloguj się aby komentować

128 + 1 = 129


Tytuł: Chłopi

Autor: Władysław Stanisław Reymont

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 7/10

#bookmeter


Drugi człowiek jest taki, że z jenszego la samej ino uciechy pasy by darł.


Najpierw o książce. Jest długa i choć wspaniale napisana, to momentami czyta się ją ciężko. Bo, takie miałem wrażenie, ta książka nie jest typowa. Akcji w niej mało, nie ma też jakichś spektakularnych wydarzeń (choć spektakularność zawsze przecież zależy od punktu odniesienia i, co potrafię zrozumieć, dla bohaterów wiele spektakularnych rzeczy w ciągu tego roku, o którym to pan Reymont raczył napisać, jednak się wydarzyło), a jednak chętnie wracałem do wsi Lipce. Dlaczego? Wydaje mi się, że przyczyną było to w jaki sposób autor oddał klimat wsi, który w jakiś sposób jest mi bliski. Ale o tym później, w dziale „przemyślenia okołoksiążkowe”, po kilku zdaniach na temat samych Chłopów.


Czyli, po wstępie, naprawdę teraz do książki. O czym są Chłopi? No o chłopach. Pan Reymont przedstawia na przestrzeni czterech pór roku obraz życia we wsi, której nadał nazwę Lipce. Już od samego początku czytelnik może się spodziewać, że nie będzie to lektura dynamiczna, ale raczej powolna, choć w żadnym wypadku. Żadna tam wsi spokojna, wsi wesoła, jak u pana Kochanowskiego, ale raczej naturalistyczny wręcz obraz tego, jak wyglądało wiejskie życie na przełomie XIX i XX wieku. A nie wyglądało ono różowo. Była bieda, było traktowanie chłopa przez dziedzica jako kogoś gorszego, były wreszcie wewnątrzwsiowe zatargi między mieszkańcami Lipiec. Te ostatnie były dla mnie jedną z większych wartości tej powieści.


Z tymi zatargami pięknie został przedstawiony dość brzydki obraz ludzkiej natury, i to jeszcze tej nie wygładzonej, nawet z zewnątrz i na pozór, przez miejski bon-ton. Piękna w tym przedstawieniu była dla mnie trafność i obrazowość opisywanych postaw, tej całej zawiści, interesowności, egoizmu, małostkowości, które z niektórych (a w zasadzie z większości) bohaterów wręcz się wylewały. Te opisy kalkulacji prowadzonych przed ślubem, zapalczywości w gniewie, czy wręcz „polowania na czarownice” (bo czy Magda nie robiła tego samego co i Jagna?; ale jej się upiekło), kiedy to lud potrzebował jakiejś ofiary? Nie prawdę pisał pan Sapkowski o tym, że ludzie potrzebują potworów, bo wtedy sami sobie wydają się mniej potworni? A jeśli nie ma akurat w okolicy żadnego potwora, to zawsze przecież można znaleźć sobie kogoś, kto, nawet jeśli robi to samo w zasadzie co i ja, to jest ode mnie gorszy. Głównie dlatego, że nie jest mną. No i ja wtedy czuję się nieco lepiej.


W ogóle bohaterowie tej powieści to ciekawe postaci. Trochę jak w Kubusiu Puchatku, każda z nich reprezentuje jakąś wadę, choć akurat w sposób znacznie mniej uroczy niż u pana A. A. Milne’a. Z drugiej jednak strony, tutaj pewnie się powtórzę, nadaje im to prawdziwości. I może to właśnie z powodu tych wad całkiem łatwo było mi z tymi postaciami w jakimś stopniu sympatyzować?


Kapitalną sprawą w Chłopach jest język, jakim ta powieść została napisana. Ludowość jest jedną z rzeczy, którą w literaturze uwielbiam, a tutaj w języku objawia się ona z każdym niemal zdaniem. Mało tego! Oprócz osi fabularnej, oprócz postaci, czytelnik dostaje od pana Reymonta mnóstwo opisów, czasami bardzo dokładnych i szczegółowych, tak wiejskich zwyczajów, jak i przyrody, a nawet prac w polu czy przy obejściu. Mnie się to podobało. Jedno, co mnie zdziwiło, to nierówność tych opisów. Tak jak wesele Macieja Boryny czy wieczerza wigilijna opisane są dokładnie, tak inne wydarzenia opisane są trochę po łebkach. Czy wynika to z tego, że na wsi tamtych czasów przywiązywano do jednych większą wagę niż do drugich, czy też z tego, że tak się autorowi napisało, to nie mam pojęcia, ale te nierówności trochę mnie dziwiły, a i zgrzyt w odbiorze powodowały.


Jeśli już zacząłem narzekać, to trochę o minusach. Tak, jak pan Reymont z jednej strony potrafił kapitalnie opisać niektóre wydarzenia (ślub Macieja Boryny czy jego wyjście na „siew”), tak mnogość wielokropków i przysłówków raziła w oczy i mnie przeszkadzała w odbiorze. W odbiorze przeszkadzała mi jeszcze jedna rzecz. Czytałem bowiem wydanie dostępne na stronie Wolnych Lektur i, jak często bywa przy okazji tych ich wydań, porażająca była liczba przypisów do tego tekstu. Tym razem nie prowadziłem statystyk, więc nie wiem, które słowo było tłumaczone najczęściej wśród 3556(!) przypisów (na 1150 stron książki), ale niektóre tłumaczone były kilkukrotnie, a czasem (co w przypadku Wolnych Lektur nie jest już dla mnie żadnym zaskoczeniem) dwa razy z rzędu po to, żeby później przez kilkaset stron to słowo nie było tłumaczone ani razu.


Czy poleciłbym tę książkę? Nie, bo książek raczej nie polecam. Wiadomo, każdy ma inny gust i nie każdemu będzie się to samo podobać. Ale mnie akurat Chłopi całkiem się podobali, choć, w moim prywatnym "rankingu", nie uznaję ich za książę jakoś wybitną.


***


Ja mam jeszcze takie pytanie do Tagowiczów Szanownych na koniec. Nie dałem tej książce oceny, bo zawsze mam problem z wybraniem odpowiedniego numerka. Czy komuś będzie przeszkadzać, jeśli o książkach będę sobie pisał od czasu do czasu, zwiększał ten licznik, ale jednak wstrzymywał się z dawaniem ocen? Dla mnie opis ma dużo większą wartość. No ale, jeśli ktoś będzie chciał jakieś statystki robić, to może te oceny mu się przydadzą?


EDIT: No dobra, będę dodawał oceny.

f761946f-7a1c-40c5-bc51-86f343120f05

@George_Stark Idealnie ująłeś i moje odczucia z lektury Jeśli chodzi o te nierówności w opisach, to wydaje mi się, że Reymont był naocznym świadkiem części z nich, czasem i wielokrotnie (np. wesela), zaś z innymi wydarzeniami miał do czynienia rzadko lub znał je wyłącznie z opowieści.

PS. Oceny są potrzebne w zasadzie tylko do statystyk bookmetera (bez nich niejako Twoja recenzja się nie zlicza do puli książek branych pod uwagę w statystykach). Też uważam je miejscami za zbędne. Jeśli więc te statystyki Ci nie przeszkadzają, to ja nie widzę przeszkód, by ocen nie dodawać.

@George_Stark Na głośnikach telewizora muzyka z Chłopów, film już dawno oglądnięty, na telefonie leci audiobook, a ja jeszcze czytam recenzje trochę się zastanawiałam czy ją czytać, czy jeżeli przeczytam, że jednak słaba książka i nie polecam to się nie zniechęce, ale nie, nawet gdybyś napisał, że 3/10 i nie polecasz, to i tak bym ją dokończyła. Bo w tym masz rację, że Reymont świetnie stworzył obraz polskiej wsi, opisy przyrody, które zazwyczaj mnie w książkach drażnią, tym razem wprowadzają w nostalgiczny nastrój. Co prawda nie mam takich wspomnień z wsią, chociaż na podkarpackiej wsi się wychowałam, ale to była wieś pod miastem, nowoczesna. A jednak odnajduje te zabobony wśród ludzi w pracy, ten sposób myślenia, to podejście do wiary. I masz rację, postacie stworzył świetne, wielowymiarowe, głębokie. Z jednej strony Jagnie współczuję, z drugiej momentami chce jej te modre, jarzące ślepia ( co za bogactwo języka!) wydrapać, a czasami żal mi jej, bo to młoda, naiwna, zmanipulowana dziewczyna. Gdyby jednak książka była krótsza to byłaby bardziej przystępna, bo jednak wymaga sporo czasu i zaangażowania, no ale cóż, nie jesteśmy w szkole, terminy klasówki nie gonią

Zaloguj się aby komentować

Ponieważ obserwuję ostatnio, że w naszej kawiarence nie Apollo nam natchnienie zsyła, ale raczej Posejdon na nas jakoś wpływa, to przedstawiam moją chałturę koniunkturalną w bitwie #nasonety właśnie w tym temacie. Oczywiście, jeśli ktoś się bardzo uprze, to można i ten wytwór zaklasyfikować do głównego nurtu naszej twórczości, bo ryby, choć węch mają słaby, to zapach jednak mocny. Oto proszę:


***


Sonet wędkarski


Tak nagle się to wszystko zaczęło.

Bo było tak: nad wodą czekanie

i moje w tejże wody otchłanie

tępe patrzenie. Werter? Romeo?


Raczej Santiago, jeśli już literackie dzieło

jakieś brać tutaj na porównanie.

Wtem: spławik pod wodę! O kurła! Jest branie!

Tak nagle się to wszystko zaczęło!


I walka mordercza, kiedyśmy z Rychem

co, jak Manolin, me siły liche

nad rzeką wspierał, bom prawie skonał.


Wędkę ciągniemy, zaparliśmy się nogami w ziemi

Sum to? Brzana? Szczupak? – król naszych strumieni?

A to płoć tylko. I jakaś skarlona.


***


Wytwór powyższy to sonet di risposta czyli odpowiedź na sonet di proposta zaproponowany przez koleżankę @moll w X (już!) edycji zawodów wędkarskich #nasonety w kawiarence #zafirewallem . Kiedy uprawiałem tę sztukę z gatunku #poezja (mam nadzieję), a przynajmniej #tworczoscwlasna (to na pewno), to olałem trochę zasady, bowiem słowo „dzieło” powtórzyłem za panem Tetmajerem. Zanim to zrobiłem, zapytałem o zgodę mojej przyjaciółki, licentia poetica jej miano, i ona taką zgodę wraziła. A że cenię ją dużo wyżej niż jakieś tam zasady, to niech będzie jak jest, bo tak właśnie ma być. W razie czego jurorkę trwającej właśnie edycji proszę z tego powodu o dyskwalifikację. Przynajmniej będę miał pewność, że nie wygram, a to zawsze ogromna zaleta.


EDIT: O kurła! Właśnie przeczytałem, że węch jest jednak najważniejszym rybim zmysłem. No cóż, licentia poetica, bo nie chce mi się tego wstępu pisać od nowa.

@UmytaPacha 


Mnie w weekendy raczej nie będzie, a od połowy marca do późnej jesieni być może będę w ogóle bywał bardzo rzadko i z doskoku tylko.

Zaloguj się aby komentować

Tak to już niestety jest konkursach,

że wygrać musi ktoś.

Dziś to ja czynię honory

bo

Splash jest trochę chory,

no a @Moose to Łoś.


Dziś bawimy się tak:


rymy: cokolwiek – bierze – ktokolwiek – mierze

temat: hiszpańska inkwizycja


I, rzecz najważniejsza!, bawimy się dobrze, czego nam wszystkim życzę!


#naczteryrymy #zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

@moll @m-q

Ja chyba widziałem 9 piorunów popołudniu przy ciekawostce.


A są jakieś zasady, które powinienem znać? Oprócz tagowania itp?


@m-q jesteś?

Zaloguj się aby komentować