Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 816wpisów
  • 3962komentarzy

346 + 1 = 347


Tytuł: Pożądanie. Antologia opowiadań miłosnych, zmysłowych, erotycznych i dziwnych

Autor: Michał Cetnarowski, Anna Kańtoch, Jakub Małecki, Jakub Nowak, Łukasz Orbitowski, Bernadeta Prandzioch, Marcin Przybyłek, Piotr Rogoża, Wit Szostak, Szczepan Twardoch, Jarosław Urbaniuk, Jakub Żulczyk

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 4/10


#bookmeter


– Tato?

Milczy, długo milczy.

– Jesteś pijany, Nikodem?

[…]

– Nie. Trochę. Czemu pytasz?

– Bo dzwonisz.


To była jedna z książek po które sięgam czasami w ramach problemu „bo nie wiem co by tu sobie teraz poczytać”. Ten problem pojawia się z powodu zbyt dużej lub zbyt małej liczby książek w kolejce do czytania. Opowiadania w takiej sytuacji sprawdzają się u mnie na tyle, że po pierwsze są krótkie, więc można skończyć i zrezygnować, a po drugie czasami pomagają w rozwiązaniu wyjściowego dylematu, bo jakiś wątek mnie zainteresuje i wtedy sobie mogę poszukać pełnej powieści dotyczącej tego tematu. A dlaczego właśnie ta antologia? Ano skusiły mnie wydrukowane na okładce nazwiska panów Twardocha i Szostaka. Lubię ich prozę.


No to po kolei. Wbrew podtytułowi, moim zdaniem mało jest w tym tomie opowiadać miłosnych, zmysłowych i erotycznych (chyba że źle te pojęcia rozumiem). Mnóstwo jest za to tekstów dziwnych. A momentami dla mnie wręcz obrzydliwych.


Zbiór zaczyna się przyjemnie, bo tekstem Koźlęta gazeli autorstwa pana Szostaka i to opowiadanie traktujące o przygodzie (takiej, na jaką może sobie pozwolić) starszego już wiekiem wykładowcy jest tym, czego po tym autorze się spodziewałem. Ten tekst był przyjemny w odbiorze. Nie że jakiś głęboki, ale faktycznie opowiadający o pożądaniu, i dość obrazowo je przedstawiający. Czasami nie potrzeba fajerwerków, żeby było dobrze. A nawet więcej niż dobrze.


Później zaczęły się opowiadania bądź nijakie bądź absolutnie obrzydliwe. Może chwilę o tych drugich. O ile jeszcze tekst Skóry autorstwa pana Łukasz Orbitowskiego, choć sugestywnie paskudny mógłbym powiedzieć że jeszcze jest o czymś (jakie mogą być konsekwencje możliwości natychmiastowego zaspokajania każdej ze swoich fantazji), tak na przykład poprzedzające je RP Production pana Michała Cetnarowskiego, opowiadające o patriotycznych filmach porno, zaczynające się rozbudowanym i szczegółowym opisem jednej ze scen z tych filmów to w ogóle nie wiem w jakim celu i dla kogo mogło powstać. Więcej! Zastanawiałem się jak w ogóle mogło powstać. Co musiał myśleć i co czuć autor w czasie tworzenia tego dziwactwa?! Może brakuje mi wyobraźni? Albo kontekstu? Bo może to jakaś satyra? Tylko na co? Szczerze mówiąc nie bardzo mnie to interesuje, więc nie będę szukał odpowiedzi na to pytanie.


Palmę pierwszeństwa jednak w kategorii dziwność i obrzydliwość w mojej klasyfikacji opowiadań zawartych w tej antologii bezapelacyjnie dzierży tekst Zimno, gdy zajdzie. Nie będę się nad nim rozwodził, nie będę go komentował, napiszę tylko o czym traktuje i proszę sobie samemu ocenić. Otóż opowiadanie Zimno, gdy zajdzie traktuje o czterdziestoletnim mężczyźnie, który razem se swoim czternastoletnim synem zginął w wypadku samochodowym, a następnie w jakiś sposób (autor nawet nie próbuje tego wyjaśnić, po prostu informuje) zostaje przywrócony do życia. W ciele własnego syna. No i teraz głównym problemem tego tekstu jest silny popęd czternastoletniego ciała w połączeniu z doświadczeniem umysłu (duszy?) czterdziestolatka. I jeszcze relacja seksualna z żoną tego umarłego-przywróconego czterdziestolatka. Proszę czytać na własną odpowiedzialność. Ja trochę żałuję.


Ale, żeby nie było, że jest tak całkiem źle, to kilka opowiadań chętnie pochwalę. Podobał mi się tekst pani Bernadety Prandzioch pod tytułem Wywiad. Niby nic specjalnego, ale napisane całkiem zgrabnie i poprawie. Ot, kawałek zwykłej historii, którą po prostu dobrze się czytało, a na tle omówionych wcześniej perełek to czytało się nawet bardzo dobrze.


Ciekawe rozwiązanie techniczne zastosował pan Marcin Przybyłek w tekście Mała May. To tekst mówiący o tym, że mężczyźni mają swój osobisty ideał kobiety, tę właśnie tytułową Małą May i nawet jeśli spędzają życie z jakąś kobietą rzeczywistą, a więc nieidealną, to w chwilach kryzysu wracają myślami do tej swojej fantazji i zastanawiają się jakby to z nią było. A może nawet nie zastanawiają się, a po prostu wiedzą? Dodatkowy plus za osadzenie akcji w nieodległej przeszłości, ale widzianej z odległej przyszłości. Czyli jakieś tam jeszcze, dość ciekawe zresztą, elementy futurystyczne w tekście też ostały zawarte.


O ile tekst pana Szostaka bardzo mi się podobał, tak opowiadanie pana Twardocha, Fade to: black, zupełnie mi nie podeszło (choć to z niego pochodzi otwierający wpis cytat). Tak się zastanawiałem nawet dlaczego i wydaje mi się, że tego autora najbardziej cenię za budowę wielowymiarowych, skomplikowanych postaci. A w opowiadaniu zwyczajnie na to nie było miejsca.


To rozczarowanie tekstem pana Twardocha szybko zostało mi wynagrodzone przez pana Jarosława Urbaniuka. Z jego Żyć podwójnych aż wylewał się klimat dwudziestolecia wojennego, czyli kolejnej rzeczy, którą pan Twardoch, szczególnie w Królu, mnie urzekł. To opowiadanie jest napisane tak wspaniałym, tak obrazowym i sugestywnym językiem, że czułem się dokładnie jakbym tam był. Dokładnie takie same wrażenia miałem właśnie czytając wspomnianego już Króla albo inną świetną powieść, Łuk Triumfalny pana Remarque’a. I nawet nie przeszkadzało mi to, że w tych Życiach podwójnych poza tym klimatem niewiele więcej znalazłem. No, może jeszcze (tu niespodzianka!) tytułowe pożądanie. Ale mnie sam klimat wystarczył.


I to jest właśnie problem z antologiami: dobre teksty przeplatają się w nich z kiepskimi. Czy po lekturze tej akurat antologii znalazłem odpowiedź na pytanie, które mnie ku niej pokierowało? Czy wiem "co bytu sobie teraz poczytać"? Tak. Chętnie poczytałbym coś więcej od pana Urbaniuka. Tylko, że – z tego co mi wiadomo – on samodzielnie to nie wydał niczego.

ba63cb4f-cfd4-4451-b2ae-33eee73fa4ec

Zaloguj się aby komentować

345 + 1 = 346


Tytuł: Yellowface

Autor: Rebecca F. Kuang

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10


#bookmeter


Prawda jest rzeczą płynną. Każdą opowieść zawsze można przedstawić w innym świetle, wszystkie fabuły można wypaczyć.


Dawno nie czytałem, ostatnio to chyba był Artemis od pana Weira, książki, w której główna bohaterka byłaby aż tak frustrująca. A jednak w odróżnieniu od przygód tej zarozumiałej mieszkanki Księżyca z Artemis, tutaj kolejne perypetie głównej bohaterki, pseudonim: Juniper Song, w jakiś dziwny, perwersyjny sposób mnie interesowały. Być może liczyłem na to, że sprawiedliwość jednak zwycięży? 


W Yellowface chodzi o to, że są dwie pisarki. Jedna z nich odnosi sukcesy w branży, a druga jest jej „przyjaciółką” jeszcze z czasów studiów. „Przyjaciółką”, bo ostatecznie trudno przyjaźnić się z kimś, kto przyćmiewa nas pod każdym możliwym względem. No ale, „przyjaźń”, jak to „przyjaźń” wymaga tego, żeby od czasu do czasu z „przyjaciółką” się spotkać. Zbieg okoliczności sprawia, że „przyjaciółka” w czasie tego spotkania umiera, a że ten zbieg okoliczności jest jednak szczęśliwy, przynajmniej dla tej „przyjaciółki”, która nie umarła, to okazuje się, że rękopis najnowszej jej książki leży na wierzchu i tylko czeka żeby go sobie zabrać. Inaczej kawał dobrej prozy mógłby się zmarnować. A że denatka nie miała w zwyczaju dzielić się informacjami na temat swoich fabuł przed ich ukończeniem, to przecież tylko głupi by nie skorzystał. Prawda?


Zabrałem się za tę książkę trochę w ciemno, potraktowałem ją jako urlopową zapchajdziurę czasową do czytania gdzieś w transporcie, czy wieczorami, kiedy nie było lepszych zajęć albo sił żeby zająć się czymś innym. Mocno mnie wciągnęła. Autorce udało się napisać lekką książkę, która nie tylko nie jest o niczym ale nawet jest o czymś, a to, uważam, olbrzymia sztuka. Bardzo podobał mi się styl w jakim historia została podana, bardzo podobała mi się konstrukcja fabuły i eskalacja tak zdarzeń jak i postaw, a szczególnie postawy głównej bohaterki, wspomnianej Juniper Song. Podobał mi się humor, choć dość gorzki, z jakim przedstawiony został współczesny rynek wydawniczy, komunikacja internetowa i w ogóle „dzisiejsze czasy”, czegokolwiek nie miałoby to stwierdzenie oznaczać. W ogóle jednym z lepszych sposobów stworzenia dobrej komedii, tak mi się wydaje, jest opisanie świata dokładnie takim jakim jest. I to się pani Kuang udało wyśmienicie.


Tak, książka idealnie sprawdziła mi się w funkcji, jaką miała pełnić. Jako lekka lektura, ale nie o niczym. I jako taką będę ją miło wspominał, choć szczegóły bardzo szybko ulecą mi pewnie z głowy, bo przyjemność w jej odbiorze polegała raczej na przemierzaniu historii niż odkrywaniu czegokolwiek nowego.


EDIT: A, zapomniałem wspomnieć o świetnym pomyśle na wydanie tej książki, o całej koncepcji okładki, która tak wspaniale koresponduje z treścią! Też mi się to ogromnie podobało. Lubię takie szczegóły.

538a9a7b-be8d-4727-8710-39e3f3823c46

Zaloguj się aby komentować

342 + 1 = 343


Tytuł: Ojciec Goriot

Autor: Honoré de Balzac

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 5/10


#bookmeter


W dość intrygującym początkowym fragmencie utworu, w czymś w rodzaju wstępu do historii właściwej, narrator nakreśla przed czytelnikiem obraz paryskiej gospody mieszczańskiej położonej przy paryskiej ulicy Neuve-Sainte-Geneviève, między dzielnicą łacińską a przedmieściem Saint-Marceau. W tej gospodzie, należącej do wdowy Vauquerm, zamieszkują mniej lub bardziej majętni paryżanie. Wśród nich i tytułowy Jan Joachim Goriot, były fabrykant makaronu. Narrator informuje czytelnika, że mężczyzną tym była zainteresowana sama właścicielka gospody. Przynajmniej dopóty, dopóki jego ubożenie nie stało się zauważalne. Wówczas Goriot stał się obiektem kpin zarówno gospodyni, jak i pozostałych mieszkańców. Nie wszystkich, co prawda, bo znalazł wśród mieszkańców sojusznika, a może i przyjaciela. Tym człowiekiem sprzyjającym Goriotowi był student prawa, przybyły z prowincji Eugeniusz de Rastignac.


***


Nie znam dokładnie biografii francuskich autorów początku XIX wieku, wobec czego nie mam pojęcia czy wpływali oni na siebie w jakikolwiek sposób – czy spotykali się, dyskutowali albo czy chociaż czytali siebie nawzajem. Skusiłem się na tę książkę, bo ten okres i to miejsce wydało jednego z największych autorów, jakich miałem przyjemność czytać, a więc pana Victora Hugo, ale też wielkiego (obiektywnie – bo mnie jego twórczość podoba się mniej) pana Dumasa. Kierowałem się nadzieją, że autorzy zbliżeni czasowo i geograficznie będą pisali w podobny sposób. Częściowo nawet się nie pomyliłem, bo tematyka rzeczywiście zbliżona (tyle że wtedy tematyka twórczości literackiej w ogóle była zbliżona – po prostu pisało się o tym, co obok), natomiast same wrażenia z lektury są kilka poziomów niżej. Ojciec Goriot to po prostu przedstawiona językiem relacji historia. I tyle. W zasadzie żadnych wrażeń estetycznych z tej lektury nie wyniosłem (co właśnie uwielbiam u pana Hugo – ten rozmach z jakim pisał te swoje fantastyczne opowieści). Problematyka utworu, mimo że uniwersalna i aktualna do dziś, też nie została – moim zdaniem – jakoś szczególnie wyeksploatowana. Brakowało mi głębi emocji; brakowało mi kontrastu, spojrzenia na problem z innej perspektywy – a była ku temu okazja przecież: tak czekałem na rozwinięcie wątku relacji Rastignaca z jego rodziną. Wszystko jedno, czy jako kontra do relacji Goriota, czy w ten sam spokój. Moim zdaniem to zaprzepaszczona szansa spojrzenia z różnych perspektyw na – w mojej ocenie – główny problem poruszany w powieści.


Tak sobie czytam opracowania i artykuły na temat Ojca Goriot i w ogóle pana Balzaca i zauważam, jak wielu rzeczy w tej powieści nie zauważyłem. Być może – a nawet prawdopodobnie – powodem tego mojego niezauważenia jest dość słaba znajomość historii i tamtego okresu. I stąd taki wniosek, że może i jest to wielka opowieść swoich czasów, najważniejsze ponoć dzieło w dorobku uznanego jednak autora, ale do mnie kompletnie nie przemawia. I może tym się różnią wielkie powieści swoich czasów od wielkich powieści w ogóle? Że te drugie są ponadczasowe właśnie i nawet czytane po dwustu latach przez człowieka z lukami w wykształceniu dalej zapierają dech w piersiach? Albo w taki sposób sam przed sobą próbuję swoje braki wytłumaczyć. W każdym razie mnie Ojciec Goriot nic nigdzie nie zaparł i, jeśli to rzeczywiście jest największa powieść w dorobku pana Balzaca, to raczej po nic innego od tego autora nie sięgnę.

87b8823a-b52c-4e93-bccc-5cd0aa3685ba

Zaloguj się aby komentować

Ja to w sumie lubię sobie sprawdzać na ile różnych sposobów można wykorzystać jeden pomysł, nawet jak jest głupi. Lubię to tym bardziej, kiedy rozwinięcie samo przychodzi do głowy i w ogóle nie trzeba się o nie starać. Wobec tego jeszcze jedna wersja sonetu zrodzonego z tego samego pomysłu co poprzednio, a tylko poprowadzonego inną ścieżką.


To w sumie dalej jest sonet di risposta do sonetu di proposta w konkursie #nasonety :


***


Hołd praczom (wersja uwzględniająca wierność małżeńską)


Z nieszczelnej pralki się woda wylewa

dlatego chciałbym dziś oddać hołd praczom.

Człowiek pojęcia nie ma – a nawet nie miewa –

ile też pracze w kryzysie dlań znaczą.


Co prawda mógłbym poprosić żonę

o pomoc, bo ona też pierze świetnie,

lecz żal mam do niej, za moje próby wykpione:

że miast pranie wysuszyć, to je upiekłem.


Tak więc usługa co żonę zastąpi

gdy tylko się praczom napiwków nie skąpi,

a warto, bo biorą w sumie niewiele.


Uprano, wyżęto, wykrochmalono:

cóż więcej trzeba? Więc się podzielę

mą wątpliwością: co zrobić mam z żoną?


***


#zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry.


Mały ruch coś w tej edycji konkursu #nasonety, a szkoda, bo to edycja jubileuszowa przecież!


Znalazłszy trochę czasu, napisawszy sonet di risposta do sonetu di proposta od koleżanki @KatieWee, opublikowawszy go (bo kiedy przeczytacie ten wpis, to już będzie po opublikowaniu przecież) uważam, że jestem przystąpiwszy do konkursu:


***


Hołd praczom


Co się zdarzyło, się nie spodziewał,

dlatego chciałby dziś oddać hołd praczom.

Człowiek pojęcia nie ma – a nawet nie miewa –

ile też pracze w kryzysie dlań znaczą.


Wszystkie koszule miał poplamione:

czerwienie szminek jarzyły się wściekle.

W tej delegacji to ani przez moment

nie grzał się niczym, a tylko jej ciepłem.


Lecz problem, gdy czas powrotu nastąpił:

w zatarcie śladów w zasadzie już zwątpił.

Tym bardziej, że wracał do domu w niedzielę.


Z pralni, za jej radą błogosławioną

skorzystał – musiała chyba mieć doświadczenie? –

i w czystej koszuli przywitał się z żoną.


***


#zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Wczorajsze #naczteryrymy mam wygrane

choć żona ciągle męczy się z kranem.


W związku z tym dziś bawicie się tak:


rymy: kołysała – grzywa – skała – pływa

a temat: różowe klapki.


Zachęcam również osoby postronne do wzięcia udziału w zabawie. Oto skrócone zasady:


Układamy cztery wersy, lub wielokrotność jeśli ktoś ma ochotę.

Każdy wers musi kończyć słowem zadanym przez OPa dokładnie w tej kolejności, która jest we wpisie.

Rymowanka powinna, przynajmniej luźno, nawiązywać do tematu zadanego przez OPa.

W nagrodę, kolejnego dnia zwycięzca wymyśla rymy oraz temat i w miarę możliwości publikuje wpis między godz 20 a 21.


Pełen opis zasad znajduje się o TUTAJ.


Dobrej zabawy!


#zafirewallem #tworczoscwlasna no i może pojawić się też #poezja

@George_Stark 

Gruba baba stąpała i się tak kołysała,

Że jej twarz oplotła jej własną grzywa.

Się w basen wjebała, na dno poszła jak skała,

Ślad po niej zaginął, jeno klapek se pływa.

Wakacje Seby


Już wódeczka Sebę wykołysała

lecz cóż on widzi, to fali grzywa

ależ to byłby skok, może tamta skała

no i siup, po Sebku tylko klapek pływa

Do snu już niemal go uKołysała

Już na bok zsunęła się grzywa...

Zasnął jak kamień, śpi twardo jak skała

A z pyska na myśl o klapku ślina spływa


Zdjęcie poglądowe

9e1fe214-6173-4b8f-8c83-4a050c5ab25c

Zaloguj się aby komentować

W temacie tej wspaniałej, acz nietagowanej zabawy od kolegi @em-te jeszcze takie mi się napisało:


Woda z kreską


Nad zlewem, opodal płynu

leciała woda strużyną

bo kran, miast wstrzymać jej bieg

na darmo puszczał ją w ściek.


Posłano wpierw po strażaka:

– Nie dla nas robota taka!

My kranów nie naprawiamy!

My z drzew koty ściągamy!


Wezwano więc marynarza:

– Nie co dzień mi się to zdarza

by kran naprawić proszono!

Ja wodę znam, ale słoną!


Ściągnięto później pływaka:

– Płytka ta woda jest jakaś.

Pracować możecie ze mną,

kiedy w basenie jest pełno.


W końcu księdza wezwano:

– Mocą przez Kościół nadaną

jedyne co zrobić mogę

to wam poświęcić tę wodę.


A gdy się wszyscy poddali

przyszła nas wtedy ocalić

młodsza siostra, Weronika:

– Wezwijcie hydraulika?


Hydraulik, ksywa: Bolec

czy też Kolec albo Stolec.

Tata mówi: – Słuchaj, Bolek

kasa żadną gra tu rolę!

Ja zapłacę ile trzeba,

tylko niech się nie rozlewa!


Bolec wziął ten kran w swe dłonie,

w dłoniach mu robota płonie

coś popatrzył, krzyczy: – O nie!

Ależ macie syf w syfonie!

Nucić zaczął on symfonię…

… wreszcie mówi: – No to koniec!


Mama była coś marudna

bo woda leciała brudna.

Tata był zadowolony

bo leciał to Łolkier Dżony.


***


I to chyba dość na dziś.


#zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Kolega @em-te rzucił fantastyczny pomysł, który ogromnie mi się spodobał i znalazłem mnóstwo przyjemności bawiąc się w tę "poezję zaangażowaną" (i dalej się wspaniale bawię, bo to jeszcze nie koniec pomysłów!), ale opublikował go poza naszą społecznością kawiarenki. Powiadomienia ostatnio działają jak działają, więc nie do wszystkich mogło to dotrzeć, w związku z czym efekty dalszej swojej twórczości w tym temacie zostawię tutaj jako ten osobny wpis. Jeśli taka zabawa spodoba się Wam tak jak mnie się podoba, to możemy sobie wymyślić jakiś tag, zasady pojawią się pewnie same w trakcie i będziemy mieć kolejną zabawę. Jeśli się nie spodoba, to opublikuję pewnie co najmniej jeszcze jeden wierszyk w tym temacie cieknącego kranu, bo mnie się ta zabawa niesamowicie podoba!


***


Nad Zlewem


A nad Zlewem w dzień naprawy

takie się porusza sprawy:

– Może wreszcie pan przestanie?

Tak pan cieknie, panie Kranie?

– Cóż się dziwić, ma Gąbeczko,

gdy mam problem z Uszczelką?

Rzecze na to Płyn Do Naczyń:

– To z Kurkami problem raczej!


– Niech to szlag! –

rzekł pan Durszlak.


Kurki już się rozkręciły:

– Czemu pan taki niemiły?

Czemu pan tak na nas szczeka?

Płyn się rozlał, bo miał pH.

Gąbka wrzeszczy: – Nie ma rady!

Płyn ma pH i zasady!

Lecz to ja, gdy on się uprze,

Muszę radzić sobie z tłuszczem!


– Niech to szlag! –

rzekł pan Durszlak.


Gąbka, gdy wyszorowała

na Suszarkę się udała:

– Ależ wszystko mam wyżęte!

Choć do Płynu czuję miętę…

Płyn się na to spienił aż:

– Mogę trysnąć ci na twarz.

Wtrącił na to się pan Zlew:

– Spróbujcie tu zrobić chlew!…


– Niech to szlag! –

rzekł pan Durszlak.


Odezwała się Suszarka:

– Spójrz na Ścierkę, ta ma farta!

Wisi sobie tam na Drzwiczkach

i ją głaszcze Rękawiczka!

A Ściereczka rzecze smutnie:

– Moi drodzy, po co kłótnie?

Po co wasza głupia walka?

Wnet zastąpi nas Zmywarka!


– Niech to szlag! –

rzekł pan Durszlak.


***


#zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Nie bardzo mi te dissy pasują, więc sobie odpuściłem. Ale że rymów natłok pojawił mi się kiedy analizowałem tekst di proposta, to postanowiłem pobawić się w jakiś taki karabin słowny i ułożyłem co następuje. Niekoniecznie chodziło mi o treść, ale żeby to się dobrze czytało. I mnie czyta się dobrze. Oto przed Wami to co mi tam wyszło:


Pierwszy raz Agatki


Agatka. Śliczna dziewczynka, niczym malinka – krzywa jej minka: łyknęła winka!

To winko, pod straż oddane nikomu, do głowy jej uderzyło z potęgą gromu: – O! W to mi graj!

Przez chwilę poczuła na ziemi raj: – Skoro tak działa, to więcej dawaj!

Lecz gdy szklaneczek wypiła już siedem, to wtedy w jakąś wkopała się biedę: – Wszystko wiruje! Aj, aj, aj, aj!

Wstąpiła w nią, biedną, jakaś wariatka: zbluzgała bratka, zerwała kwiatka, aż w końcu, nasza ta aparatka, na co dzień jednak nie bita w ciemię, z hukiem dość głośnym runęła na ziemię.


Czy to sumienie, czy też cierpienie,

głowy bolenie, żołądka skurczenie?

A może po prostu przed karą drżenie, kiedy rodzice w tej oto scenie

się pojawili. Wytłumaczenie? Czy jakąś jej można dać na to radę, gdy na podłodze wylądowało wypite winko z w pół przetrawionym od mamy obiadem?


A mama już z tatą w pokoju staje! Agatka wstaje. – Strułaś się, złotko, mym dewolajem? – pyta ją mama, bo tak się jej zdaje.

Ni tłumaczenia ani też żale z ust córki żadne nie padły tam wcale bo grawitacji porwały ją fale i znów pozycja horizontale.

– Poczekaj mamo, już zaraz wstanę – Agatki słowa wybełkotane u mamy gniewu wzbudziły parę: – Agatka pijana! Dacie wy wiarę?!


Mama już w szale, Agatka się maże,

a tylko tata do swoich wrażeń

z młodości z uśmiechem wraca i córki nie łaje:

– „Sam przecież kiedyś tak zaczynałem”.


***


No, to jest tekst di risposta, który stworzyłem sobie w ramach zabawy w zabawie #nasonety , która odbywa się w najwspanialszej (bo istniejącej wyłącznie w wyobraźni) kawiarence #zafirewallem .


#poezja #tworczoscwlasna

@splash545 Dziękuję. Z pozycji verticale jednak.


@UmytaPacha No ja już nic nie poradzę na to, że wszędzie się erosomaństwa spodziewasz.


@Piechur Dziękuję również. Aż musiałem sprawdzić co to ten gatling. No i przez Ciebie czegoś się dowiedziałem.

Zaloguj się aby komentować

270 + 1 = 271


Tytuł: Posłowie

Autor: Wit Szostak

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10


#bookmeter


Zazwyczaj potrzeba trzech dni, by uświadomić sobie koniec i przejść przez ciemność, a potem spakować całe swoje dotychczasowe życie aż do najdrobniejszego szczegółu najmniej istotnego napomknienia i wyruszyć w nieznane, w podróż do innego świata wobec którego żywi się zupełnie nieuzasadnioną nadzieję, że będzie lepszy od starego, ale też równie silne oczekiwanie, że zastanie się wszystko znane i oswojone, bez konieczności konfrontowania się z obcością, bez przymusu nauki nowych reguł, bez całej tej niepewności podróży, która może kusi, ale zarazem sprawia, że trzymamy się na dystans [...]


Jakby to tak napisać żeby potencjalnym czytelnikom nie zepsuć przyjemności z lektury tego – bo ja wiem? – eksperymentu literackiego może? Jakiegoś rodzaju prowokacji? Do zastanowienia się na przykład nad zupełnie bezsensownymi z praktycznego punktu widzenia, i może właśnie dlatego tak pociągającymi, sprawami? Takimi jak relacja w literackim trójkącie (kolejność przypadkowa, bo nikt tutaj nie jest uprzywilejowany): Autor – Redaktor – Czytelnik. Albo nad tym gdzie w książce (powieści? opowiadaniu? opowieści? historii?) jest początek a gdzie koniec? W każdym razie Posłowie to nie jest książka zwykła, nie jest to fabuła w swoim klasycznym znaczeniu, choć może się na początku taką wydawać.


Sama opowieść Posłowie, o której treści nie będę się rozwodził, bo w zasadzie nie ma jej dużo, albo nie ma jej nawet prawie wcale, ale to nic nie szkodzi, bo napisana jest językiem urzekającym. Pięknym, wspaniałym, płynącym i niosącym tym swoim spokojnym prądem czytelnika. To przykład na to najcudowniejsze z możliwych użycie języka do pieszczenia zmysłów samym swoim brzmieniem, rytmem, snuciem myśli, przy czym w zasadzie bez znaczenia jest czego te myśli dotyczą. To jest coś, co w literaturze uwielbiam.


Po opowieści Posłowie natomiast, jak przystało na zakończenie książki, następuje Posłowie. Napisane przez Redaktora. Albo może Autora? Nie wiem, autor Posłowia, nawet jeśli tym autorem był Redaktor, nie podpisał się. Mogę tylko domniemywać, że Autor opowieści Posłowie był też Redaktorem Posłowia do opowieści Posłowie. Albo Redaktor opowieści Posłowie był też Autorem Posłowia do powieści Posłowie. Albo jeszcze jakoś inaczej. Choć w zasadzie dla mnie, jako Czytelnika, nie ma to raczej większego znaczenia.


Zabrałem się za tę książkę przypadkiem, bo miałem wczoraj ochotę coś przeczytać, a nie bardzo mam czas zabierać się za coś dłuższego, więc spojrzałem sobie co tam z wolnychlektur mogę sobie ściągnąć i kiedy zauważyłem nazwisko pana Szostaka, nie zastanawiałem się nawet chwili. Ta króciutka książeczka, 36 stron przy moim formatowaniu ebooków, niecała godzina czytania lewie, urzekła mnie dwa razy. Po pierwsze formą, w swojej pierwszej części, czyli opowieści Posłowie. Po drugie treścią, w swojej drugiej części, czyli Posłowiu do opowieści Posłowie. Mnie się niesamowicie podobała. Ale ja uwielbiam takie pięknie, jałowe rzeczy jak opowieść Posłowie i bezsensowne, akademickie (a może jeszcze bardziej bezsensowne, bo filozoficzno-literackie) rozważania, które zwykle do niczego, poza samą przyjemnością z rozważania rozważanej kwestii, nie prowadzą.

45dc5fb0-4c83-43e1-b0f2-8b9a6dc5f5f1

Zaloguj się aby komentować

266 + 1 = 267


Tytuł: Nadberezyńcy

Autor: Florian Czarnyszewicz

Kategoria: powieść historyczna

Ocena: 6/10


A o Dowborze wcale nie słychać?

Nie spotykałem nigdy w gazecie, musi jednak przy Piłsudskim być.

Lepiej żeby był, bo ten Piłsudski może wcale i nie wiedzieć, że my tu jesteśmy.


Kiedyś Polska kończyła się na Dnieprze. Później były rozbiory, ale polskość na tych ziemiach pod obcym berłem między Dnieprem a Berezyną nie zanikła przecież. Trwała i trwa dalej aż do teraz. Aż do początku XX wieku, kiedy to akcja utworu pana Czarnyszewicza rozpoczyna się sceną najazdu mołojców na majątek Rogi, który to w arendę wzięła rodzina Bałaszewiczów. Bo tak, polskość tam nie zanikła, ale z tą polskością nie każdemu jest tam po drodze. Są tacy, który ona przeszkadza. Tacy, którzy woleliby, żeby tej polskości tam nie było. I nie są to wcale wielcy władcy, których głowy zajmują myśli o tym, jak to przyłączyć do swojej ojczyzny (własności?) kolejne jeszcze obszary albo wyplenić obcą kulturę i zastąpić ją swoją. To są prości ludzie. Sąsiedzi. I to właśnie im ta polskość przeszkadza. A może nie tyle polskość, co po prostu inność?


Książka zaczyna się sceną kolejnego napadu na Polaków przez ludność białoruską. Wierną carowi i wyznającą lepszą wiarę. Później ta polskość również jest tępiona, w różnych miejscach i na różne sposoby. Na przykład w szkole, do której rodzice wysyłają Stacha Bałaszewicza. Autor zajął się opisem tej małej polskości, tej codziennej, którą w tamtym czasie czuli mieszkańcy ziem nad Berezyną. I ta część wyszła mu nadzwyczaj dobrze, ogromnie mi się podobała. A jeśli dodać do tego fakt, że pan Czarnyszewicz właśnie stamtąd pochodził i postać Stacha Bałaszewicza oparł na własnych przeżyciach, to pierwszy tom tej powieści jest naprawdę smakowitym kąskiem (nie wspominając tego, że można go traktować jako pewien rodzaj literackiego dokumentu, zapisu tamtych czasów w tamtym rejonie oglądanych przez pryzmat codziennego życia). Tak, ten pierwszy tom Nadberezyńców był smakowitym kąskiem. Przynajmniej jeśli chodzi o mój literacki apetyt.


Później sytuacja na świecie zmienia się. Upada carat, przychodzą bolszewicy, tylko Polski dalej nie ma tam, gdzie kiedyś była i gdzie ciągle jeszcze są Polacy. I właśnie ci Polacy znad Berezyny sprawie polskiej chcą się przysłużyć jak mogą. To młodzi chłopcy, nastolatkowie jeszcze, ale kto walczy w wojnach, jeśli nie młodzi chłopcy właśnie? Realizację tej utrudnia im kilka spraw. Po pierwsze represje, które spadają na tych, których młodzi chłopcy pozostawili. Na ich matki, siostry, młodszych braci, starszych mężczyzn – ojców i dziadków, którzy walczyć już nie mogą. Dochodzi do tego brak organizacji własnej, choć nadrabianej chęciami i ambicją – to była piękna scena, kiedy chłopcy chcieli założyć pułk ułanów dysponując wyłącznie sobą w liczbie dziewiętnastu dusz i koniem w liczbie jeden. Iście ułańska fantazja. Na przeszkodzie staje też sama armia z jej hierarchią i decyzjami zapadającymi gdzie indziej. Kolejna piękna rzecz z tomów dalszych: opis tego, jak szybko rozpalały się nadzieje kiedy polskie legiony wkraczały na okoliczne tereny i jak te nadzieje szybko gasły, kiedy te legiony się z nich wycofywały.


***


Naczytałem i nasłuchałem się o tej powieści dużo dobrego. Uwierzyłem na słowo i zabrałem się za nią w końcu (bo długo na swoją kolej czekała) nie sprawdzając co to w ogóle jest. Miało to być, według tych informacji, które do mnie docierały, coś pokroju Na wschód od Edenu. Miała to być ogromna powieść; miała być saga. No ale nie była.


I ja nie twierdzę wcale, że ta książka była zła. Bo nie była. Była dobra, a wręcz bardzo dobra, to przyznaję. Tylko nie opowiadała o tym, o czym ja chciałbym czytać. Traktowała o rzeczach, które mało mnie zajmują, stąd może ten mój brak nad nią zachwytu. Tak, to opinia bardzo subiektywna, ale chyba właśnie tutaj jest takie miejsce, gdzie mogę swoją bardzo subiektywną opinię napisać. Dla mnie za dużo w tej książce było polskości, Polski i Polaków, a za mało ludzi. Owszem, były wątki traktujące o przyjaźni czy miłości, ale one dla mnie albo wyglądały na tło, albo służyły pokazaniu, że miłość czy przyjaźń, owszem, są ważne, ale Ojczyzna przede wszystkim. Nadberezyńcy to piękny moim zdaniem opis niepodległościowych zrywów na wschodzie i, jeśli ktoś taką tematyką jest zainteresowany, to powinno mu się podobać. Mniej piękny jest w tej książce opis bohaterów, bo są oni dużo mniej wyraźni niż ich Sprawa. To przede wszystkim jest mój zarzut do treści. Jeszcze raz: oparty wyłącznie na tym, czego ja oczekuję od lektury.


***


Jeszcze słowo o kolejnej rzeczy, za którą ta książka jest chwalona. Chodzi o język, jakim jest napisana. To, jak gdzieś czytałem, utrwalona na piśmie mowa ludzi z tamtych rejów i czasów i, o ile lubię słuchać mowy z tym wschodnim zaśpiewem, z tymi rusycyzmami, tak w piśmie nie tylko nie zrobiła na mnie wrażenia, ale też momentami powodowała irytację i utrudnienie odbioru. Może to przez moją lichą raczej znajomość rosyjskiego?


Podobało mi się natomiast, bo to pierwsza od dawna książka, którą przeczytałem na papierze, wydanie, jakie miałem w rękach. Czytałem tom opublikowany przez wydawnictwo FIS z 1991 roku i wpadłem w zachwyt, kiedy uświadomiłem sobie, że ta książka została chyba wydana sposobem tradycyjnym. To znaczy była składana przez zecera i drukowana na prasach drukarskich. Tak domniemywam, bo świadczyć o tym mogą drobne nierówności czy to w układzie tekstu na stronie, czy nierówności w samych liniach. Nie przeszkadzały mi one wcale, tak jak i częste literówki czy braki ogonków przy „ą” i „ę”. Więcej! Zachwycał mnie sam krój czcionki i uświadomiłem (albo przypomniałem) sobie, jaka to przyjemność obcować z tak wydanym dziełem. I to mi się w tych Nadberezyńcach, których ja czytałem, też bardzo podobało.


#bookmeter

5480f10c-3b0d-4d6d-8f6f-98f617e33390

Zaloguj się aby komentować

Drogie Poetki, drodzy Poeci!


W momencie publikacji tego wpisu XV edycja naszego konkursu #nasonety dobiegła końca, a więc czas na jej podsumowanie! I oto przed Państwem #podsumowanienasonety ! – pamiętałem o tagu!; jestem z siebie dumny!


Zanim jednak ogłoszę zwycięzcę tej właśnie zakończonej edycji, zanim też zdradzę jakie to kryteria sobie przyjąłem żeby tego zwycięzcę spośród nas wyłonić, krótkie przypomnienie tego co stworzyliśmy w tym tygodniu:

Trudnym (dla wszystkich oprócz Splasha) utworem di proposta w tej edycji zabawy był tekst muzyczny, refren utworu Jeśli Bóg istnieje ze wspaniałej płyty Kayah i Bregović .


Do konkursu przystąpili (kolejność chronologiczna):

@splash545 z tekstem To w co wierzę , który zebrał 10 piorunów;

@moll z tekstem bez tytułu , który zebrał 15 piorunów;

@Piechur z tekstem bez tytułu , który zebrał 13 piorunów;

@George_Stark z tekstem bez tytułu , który zebrał 12 piorunów;

@moll z tekstem Rodzina , który zebrał 19 piorunów;

@KatieWee z tekstem Chmury nad nami , który zebrał 15 piorunów;

@Moose z tekstem Stracony czas , który zebrał 14 piorunów;

@splash545 z tekstem Kiedy sonet Twój? , który zebrał 11 piorunów;


Do konkursu nie przystąpili: @UmytaPacha i @DiscoKhan .


EDIT: Do konkursu nie przystąpił też @bojowonastawionaowca.


Kryterium przyznania zwycięstwa, jaką sobie wymyśliłem w momencie otwarcia tej edycji, ale nie ogłosiłem go publicznie jest najmniejsza liczba otrzymanych piorunów. Tak że sorry, Splasz…


Panie i Panowie! Poetki i Poeci! Zwycięzcą XV edycji konkursu #nasonety ogłaszam kolegę @splash545 , który pod względem najmniejszej liczby zebranych piorunów zajął w tej edycji zaszczytne i pierwsze i drugie miejsce! Gratulacje!


#zafirewallem #tworczoscwlasna #poezja

Akurat padło jak mam takie twórcze zaparcie, że mi nawet ciężko coś wykrzesać w naczterechrymach...


@UmytaPacha wygrałbym na bank, bo poetycka nędza za mną w tym tygodniu kroczy xD

Zaloguj się aby komentować

No i tak to jest, że bawić chciałby się każdy, a wygrywać to nie ma komu. I wtedy ja muszę. Ale wspomógł mnie @splash545 i oto co tam wspólnymi siłami wydukaliśmy:


rymy: proszę – realnie – grosze – bezkarnie

temat: kulki


I teraz proszę

zupełnie realnie!

– to moje wtrącone trzy grosze –

nie lecieć w kulki i nie wygrywać bezkarnie!


Dobrej zabawy!


#naczteryrymy #zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że trudne zadałem. Ale nie przepraszam, z trudów też może się coś ładnego urodzić, a w tym przypadku fajnie mi się eksperymentowało z rytmem i tym, żeby to wszystko jakoś brzmiało. I nawet uważam, że całkiem mi wyszło. Proszę bardzo:


***


W deszczu na ulicach mienią się kałuże

i lśni bruk miasta, bo mokro jest wszędzie

a po tych ulicach w górę się pnie

Zapalacz Latarni. Idzie i niesie nowinę

że noc, tak jak szybko zapadła, tak też i szybko minie.

On światłem jasnym rozproszy jej cień;

on strachy wszelkie wygoni zeń;

on wreszcie ogniem rozpali swym

to miasto deszczowe, co jakby pić

chciało, tak pragnie by na jego ramiona

móc złożyć swoich koszmarów moc.

A ty? Ty możesz już bezpiecznie, pod koc,

bo on zadość uczyni twojej potrzebie

i wyrwie cię z tej ciemności, jakbyś był w Erebie.


***


#nasonety #zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna


A tutaj tekst di proposta.


I, jako bonus, rysunek Zapalacz Latarni autorstwa pana Władysława Podkowińskiego.

66740d9a-cc2f-4729-be83-33a8d9272693

Zaloguj się aby komentować

Ależ mi nie pasuje ta wygrana! No ale trudno.


Dobrze, narzeknąwszy, przechodzę do rzeczy:


w kolejnej już, piętnastej (XV), edycji konkursu #nasonety znów, wbrew nazwie zabawy, odejdziemy od układania do sonetu, a będziemy układać wiersze nasze do tekstu muzycznego. Tym razem będzie trudniej, bo układ rymów jest dziwny, same rymy niedokładne, a i nie wszystkie wersy kończą się rymem. Ale sobie poradzimy, prawda? A nawet jeśli nie, to zmarnujemy tylko jeden tydzień. Czyli nie za dużo.


Ponieważ w zeszłym tygodniu miałem olbrzymią przyjemność posłuchać na żywo pana Gorana Bregovicia z jego Wedding and Funeral Orchestra i cały czas gdzieś za mną te bałkańskie rytmy chodzą, to postanowiłem wybrać tekst do któregoś z utworów, które ten muzyk wspaniały nagrał z polskimi wokalistami. Chciałem nawet pozostać w temacie różanym i zaproponować tekst do Byłam różą (oryginał: Ružica si bila w wykonaniu kapitalnego zespołu Bijelo Dugme), ale uznałem, że to już przesada, bo tam się mało co rymuje. Wybór padł więc na fragment utworu Jeśli Bóg istnieje . Jest to miks dwóch piosenek Bijelo Dugme: Ako ima Boga i Te noći kad umrem, kad odem, kad me ne bude . I właśnie do polskiego przekładu tej drugiej będziemy układać nasz wytwory. A oto i tekst utworu (choć nie sonetu) #diproposta w XV edycji konkursu #nasonety w kawiarence #zafirewallem :


***


A kiedy odejdziesz, kiedy umrzesz

gdy cię nie będzie

nocy tej wtem przebudzą się kobiety dwie.

Jedna to matka, wyleje łez lawinę

druga to ja, ja przeklnę twoje imię

i roześmieję się,

przeklinając każdy dzień

gdy przy boku twym

nie mówiąc nic

stałam sto lat jako żona

i się śmieję w głos

przeklinając każdą noc,

a na końcu przeklnę samą siebie

za to, że kochałam ciebie.


***


Sprawy organizacyjne jeszcze:

- konkurs trwa do piątku 15.03.2024; godziny nie podaję bo będę mocno zajęty i nie wiem o której dam radę napisać, jeśli nie dopiero w sobotę albo w niedzielę - najwyżej dam zwycięzcy dać znać wcześniej, jak to tym razem zrobiła @UmytaPacha , choć niewiele to pomogło, bo przeczytałem dopiero przed chwilą;

- z tagowaniem podsumowań to dobry pomysł i użyję tego tagu (jeśli nie zapomnę);

- zasady przyznawania zwycięstwa będę inne niż dotychczas - ja już wiem jakie, ale nie powiem!

- piszę z telefonu, bo nie mam innej możliwości, a cholernie nie lubię i nie umiem, więc przepraszam za błędy i nieskładności.


Dziekuję i bawcie się dobrze!

Zaloguj się aby komentować

No, to jeszcze jeden. Dziś rano czytałem artykuł, widać że tłumaczony maszynowo z angielskiego i w związku z tym mnie natchnęło. Bo wcale mi się nie podoba to, w którym kierunku zmierzamy w tym maszynowym pędzie i lenistwie i wygodzie własnej i może dlatego połączyło mi się to w tym wytworze z kolejnym tematem. Po prostu poszedłem krok dalej w kierunku tego, co mi się nie podoba jeszcze bardziej niż tłumaczenia maszynowe. Powstał z tego taki oto sonet di risposta, czyli kolejna odpowiedź na sonet di proposta zaproponowany przez koleżankę @UmytaPacha w ramach XIV edycji zabawy #nasonety w kawiarence #zafirewallem. I, tak, ta moja #poezja (?), jak i każdy inny mój wytwór to jest #tworczoscwlasna. I inaczej nie będzie.


***


Sztuczna głupota


Dziennikarz, który pisać jest chyba nie do końca zdolny

– cóż zrobić? – tak chyba jego „wykształcono”? –

by artykuł dostarczyć to musi wspomagać się stroną

z tłumaczeniami. Prasa – najlepiej zagraniczna – czyni przecież wolnym!


Skopiować cudzy artykuł do DeepL no i już! Zrobione!

Albo: jeszcze lepiej!: zgodnie z nową modą

użyć GPT-Chatu można, zamiast ruszyć głową.

Tylko, gdy toto czytam, aż z żenady płonę.


Język maszynowy jakiś jest nieskładny:

płaski, sztywny, bez porównań, wcale nie bogaty.

I jeszcze te błędy!: już nie ładne kwiatki! , ale brzydkie kwiaty!


Na koniec wygenerować obraz – co z tego że może i jest ładny? –

lecz jak tu bez niepokoju patrzeć w stronę jutra

kiedy treści nam kreuje inteligencja (czy głupota?) sztuczna?


***


Nie wiem czy to będzie wytwór uwzględniony przez naszą jurorkę jako konkursowy, bo kilka reguł zabawy złamałem żeby wcisnąć w te czternaście wersów taką treść, jaką chciałem tam wcisnąć. Ale do liczby (nie ilości!) złamanych przez kolegę @DiscoKhan zasad, to w sumie bardzo mi jeszcze daleko.

@George_Stark inteligencja sztuczna, za to stoi za nią naturalna głupota... Młotka też trzeba umieć używać

@George_Stark generalnie to jest kwestia tego, że w dziennikarstwie jest znacznie mniej pieniędzy do zarobienia. Korekta, edytorzy tutaj jest tłumacz - to są oddzielni ludzie do opłacenia. Teraz każdy ma być człowiekiem-orkiestrą ale jakoś nie za bardzo to wychodzi zwłaszcza, że ta osoba jest kiepsko opłacana.


Zaś co do łamania zasad przeze mnie to jest mocna nadinterpretacja! To jest takie mocne słowo, tam może je lekko przydeptałem ale bez szkody permentnej dla tychże reguł! Zaś złamanie sugeruje jakoby zwichnięcie zasadowe całkiem je nadwyrężyło i je przestawiło.

@DiscoKhan Panie Ty te reguły to zruchałeś i to nie w ten otwór co trzeba, a na koniec na nie naplułeś i dałeś z liścia. A czy to było ze szkodą permanentną dla tych reguł? Nie wiem to już zależy co kto lubi ¯\_(ツ)_/¯

@George_Stark W ostatnich latach jesteśmy zalewani miałkimi treściami. Ciężko z tego wyłowić wartościowe rzeczy. Chciałbym, żeby kiedyś sztuczna inteligencja doradzała mi: "Panie Buku, polecam pana uwadze ten artykuł. George Stark napisał interesujący komentarz, proszę zwrócić uwagę. Na YouTube właśnie pojawił się wartościowy materiał o kulturze japońskiej".

Aby odsiewała dla mnie ziarno od plew, pełniła rolę seksownie inteligentnej asystentki.

Zaloguj się aby komentować

No i jeszcze jedna di risposta do sonetu di proposta wyszperanego gdzieś tam ze spuścizny pana Żuławskiego przez koleżankę @UmytaPacha w ramach tej XIV edycji konkursu #nasonety w kawiarence #zafirewallem . Taka tam #tworczoscwlasna , która aspiruje być może nawet do zaszczytnego miana zostania zaklasyfikowaną przez kogoś jako #poezja.


***


Drugie imię Sprawiedliwości


i weszła wówczas ta pani, krokiem swoim dostojnym,

a ciasno miała na oczach opaskę założoną,

do sali, gdzie rebeliantów sądzono

przegranych. Bronić się już niezdolnych.


Już wiedzą, że wszystko stracone,

że "Winni!" – wystarczy to słowo

i przyjdzie zapłacić im głową

za ten ich sprzeciw przed tronem.


Lecz przyjrzał się jej bliżej człowiek jakiś uważny

i ujrzał, że miecz jej to był cokolwiek szczerbaty,

a też i szala oskarżeń dociążeń miała stygmaty.


Długo litanię prawiła, ponoć to w imię Prawdy,

ale ni słowa w niej o tych, co król je popełnił, brudach.

Sprawiedliwość? To może było jej imię? Nie. Raczej to była Obłuda.

Zaloguj się aby komentować

To jest generalny problem autorów, w tym i mnie, że wszystko w zasadzie to zostało już napisane i nic nowego napisać się chyba już nie da, więc należy sięgać do starych, znanych, ale również sprawdzonych motywów. Tak zrobiłem i tym razem i postanowiłem odświeżyć i trochę uwspółcześnić historię o zaklęciu w żabę…


W żabkę…


W Żabce!


***


Księżniczka z Żabki


Zielona forteca, strzeżona czasami przez zbrojnych,

choć z niepełnosprawnością stwierdzoną,

a w niej księżniczka cudowna; ta co ją tam uwięziono…

Uwolnić ją jestem ja zdolny?


Żądzą ja ku niej tak płonę!

I wizję roztaczam już błogą:

z jej ręką i zamku połową…

Ach! Pojmę księżniczkę za żonę!


I, jak w opowieściach pradawnych,

słyszanych od mamy i taty:

ruszyłem! Nie bacząc na żadne straty.


Złożyłem usta do pocałunku, co urok odczynić władny,

na co zwróciła się do mnie księżniczka ta moja ruda

z pytaniem: – Wariacie, to jaka będzie parówa?


***


To jest moja kolejna odpowiedź na sonet di proposta koleżanki @UmytaPacha w XIV edycji zabawy #nasonety w naszej wspaniałej kawiarence #zafirewallem .


#poezja #tworczoscwlasna

@dradrian_zwierachs 


Po części masz rację, a ja po części trochę przesadziłem. Taka figura retoryczna.


Szkoda, że nie mam czasu, bo to akurat fajny temat do pogadania.

Zaloguj się aby komentować

Pan Jerzy

czyli ostatni slam w Gorzowie


***


Od Autora


Drodzy Najmilsi!


Hoy ist wielki grande finale van mijn opus magnum! Przynajmniej so far. Z racji tego, że chwila jest co najmniej podniosła to, żeby podnieść ją jeszcze bardziej, a także zapozować na autora nie tylko płodnego, ale i elokwentnego, a i we świecie obytego, to dzisiejszy wstęp postaram się okrasić znaczną liczbą wtrąceń in externis linguis. One zawsze dodają speechowi splendoru.


Ta księga, w odróżnieniu od wcześniejszych, została zaplanowana. Nie żeby jakoś skrupulatnie, bo to przecież by mi się nie chciało, no ale pisząc całą tę opowieść zbierałem sobie pointy poszczególnych wątków, zapisywałem na boku i w zasadzie pisanie tej części polegało wyłącznie na ułożeniu ich w kolejności i połączeniu w jakąś w miarę sensowną całość. Jak to wyszło? Nie mnie to oceniać. Mam nadzieję, że będzie się Wam podobać, bo gdyby nie Wy, to byłbym kimś, kto robi coś dla nikogo, jak to czasami powtarzają chłopaki z mojej ulubionej warszawskiej grupy improwizacyjnej Klancyk! – mocno polecam się wybrać, jeśli będziecie kiedyś we Warszawie!


Skoro już o improwizacji, to słowo o technicznej części powstawania tego wysrywu. Pisałem toto gówno korzystając z narzędzi, jakimi posługuje się to cudowne zjawisko artystyczne, jakim jest teatr improwizacji. To znaczy bez żadnego planu, a kolejne części powstawały wyłącznie na podstawie tego, co zostało opublikowane już wcześniej oraz tego co zdarzało się na bieżąco w naszej wspaniałej kawiarence. Jedyna decyzja, jaką musiałem podjąć, dotyczyła tego jak to wszystko zakończyć. Plany na zakończenie były dwa: albo happy end albo sad end, czyli totalna rozpierducha. Choć ten drugi był kuszący, wybrałem jednak pierwszy. Dlaczego? To znów rzecz, której nauczyłem się przy okazji warsztatów improwizacyjnych, gdzie jeden z instruktorów zawsze nam powtarzał: Postarajcie się w scenach przemycić trochę dobra, niech świat po waszym występie będzie choć odrobinę lepszy. Uważam, że jest to słuszna droga przy tworzeniu czegokolwiek, stąd zakończenie jest jakie jest. A jakie jest? O tym przekonacie się czytając zamieszczony poniżej tekst. Zaspoileruję tylko, bo mi się taka zgrabna fraszka ułożyła, która tego zakończenia dotyczy i nie umiem się nią nie podzielić. A brzmi ona tak:


Co by tam po drodze się nie wydarzyło

to niechże na sam koniec i tak wygra miłość.


No i właśnie: ta opowieść, która właśnie się kończy, mimo że w znacznej części mocno posrana, była jednak o miłości. W tej miłości przydarzały się naszym bohaterom rozmaite rzeczy, jak to w miłości bywa – lepsze, gorsze, ale miłość je wszystkie przetrwała, bo była to miłość wymyślona, a nie prawdziwa. Bo to tak już jest z tą miłością, przynajmniej książkową, że najważniejsze to żeby być razem ze sobą, razem cieszyć się z tego co się udaje i razem śmiać z tego co się nie udaje. A na koniec to i tak wszystko zależy od autora, więc po co bohater ma się w ogóle starać?


Dobrze. Koniec tego sentymentalnego bullshitu, czas przejść do rzeczy, czyli do tekstu właściwego. Tylko jeszcze jedna fraszka na sam koniec, bo też uważam, że całkiem zgrabnie mi wyszła:


Ponoć czekaliście Jerzego, tak jak kania dżdżu.

A Pan Jerzy już jest! Jerzy już jest tu!


Przyjemności, śmiechu i czego tam jeszcze sami chcecie!

A czytać ten poemat polecam w klozecie.


Wasz Autor.


***


Spis treści


Księga I – Zwycięstwo

Księga II – Do Grecji!

Księga III – W Grecji

Księga IV – Nadal w Grecji

Księga V – Ciągle w Grecji

Księga VI – Jeszcze chwilę w Grecji, ale dłużej już w Nowej Soli

Księga VII – W nadodrzańskich lasach

Księga VIII – Pod czerwonym butem

Księga IX – Nadal pod czerwonym butem

Księga X – Ciągle pod czerwonym butem

Księga XI – Jeszcze pod czerwonym butem


***


Księga XII

Kochajmy się!


Wygrana – Przygotowania – Ojczyzna wyzwolona – Noc przedślubna – Ślub – Wesele – Kochajmy się!


Pacha, gdy z Okęcia Uberem wróciła,

to bardzo mocno wtedy przygnębiona była:

– Problem finansowy, mójże Dżordżu, nas zżera,

bo majątek musiałam wydać na Ubera

i jakby było mało, jeszcze na dodatek

od spadku, za ten zamek, przyszedł mi podatek.

I tak się zastanawiam, co zrobimy teraz,

gdy stan naszego konta już poniżej zera?

Pomógłbym ochoczo w jakimś rozwiązaniu

lecz gdy na nią patrzę, to tylko o przyssaniu

umiem wtedy myśleć. Więc z twardym mym młotem

dodaję: – I ślub nasz jeszcze jest w sobotę!

A po ślubie – wreszcie! – czeka nas poślubna noc

choć ze ślubem to się wiąże też wydatków moc…

– Zaraz! – przerywa Pacha – Głupku, zapomniałeś?!

To znowu twoja wina! Dziś jest poniedziałek!

Co oznacza, że niedziela już była. Wczoraj.

Niedziela – losowanie, więc może kasiora

wygrana na nas czeka i nie wiemy sami

że na powrót jesteśmy znów milionerami?

I z torebki pomięty wyciągnęła los

i gdy sprawdziła liczby, zaśmiała się w głos,

bo liczby zwycięskie były, niech czytelnik zna:

liczba cztery, liczba sześć, i liczba – jakże! – dwa!

I właśnie takie liczby Pacha zaznaczyła

bo tylko do sześciu się liczyć nauczyła

i na moje pytanie: – Powiedz, moja muzo,

ile żeśmy wygrali? Odpowiada: – Dużo.


Ten tydzień do wesela to na tym nam zleciał

że Pacha w zakupowy wpadła wtedy szał

i zakupy zrobiła przeogromnie duże

aż w powiecie wszystkie wykupiła róże!

Więcej nic ciekawego raczej się nie działo

no, może poza tym, że każde z nas srało.

A więc w tym miejscu, w celach statystycznych,

my, Autor, podajemy adekwatne liczby:

Pacha, jak to pisklę, co opuściło gnieździe,

gdzieś po szaletach srała, czyli na wyjeździe,

i oddała przez ten czas tylko cztery stolce;

bolesne: jadła róże, a te mają kolce;

@moll , jako ta ptaszyna, maleńki wróbelek

srała zaś wtedy często, lecz na raz niewiele:

chodziła więc po kuchni i puszczała gazy

i w te pięć dni ona srała dziewięć razy

(jakby swoje trawienie mogła kontrolować

ażeby móc na palcach stolce porachować);

Splash, mężczyzna o jelit pojemności wielkiej,

to świata bić rekordy postanowił wszelkie:

dwa razy tylko wysrać jemu się zdarzyło

lecz za to każda kupa ważyła pięć kilo;

ja, przejęty kawalerskiego stanu końcem,

przez tydzień obeszłem się jednym tylko stolcem;

objętością i wagą nie równym Splashowi:

nie ma na świecie zucha, co mógłby to zrobić!


Wiemy, że róż wtedy zabrakło w powiecie,

lecz zobaczmy co jeszcze działo się na świecie:

w gdańskiej stoczni (trochę czasu to zabrało)

Wałęsie przez mur wreszcie skoczyć się udało

i przybył on do nas na wesele w gości,

a choć miał swoją Dankę, Pachy mi zazdrościł!

Po Jałcie za Bugiem krasnoarmijcy stali

a wraz z nimi stał tam sam towarzysz Stalin.

Na tym Zabużu wówczas doszło do zatargu

bo na wycieczkę tam, wprost z Nowego Targu,

dzielnych się cała armia wybrała górali.

Wynik starcia: Stalin w kosmos się oddalił.

I, jak leciał, gdzieś koło Jowisza to było,

to tam ze złości zesrać mu się przydarzyło.

Beria, co z nim leciał, nie był gorszy wcale

bo miał przed Uranem gacie całe w kale.

Tak lecieli Stalin z Berią obesrani

do karła czerwonego: Proximy Centauri.

Tylko w Watykanie pojawił się wakat

chociaż po Stalinie nikt przecież tam nie płakał.

Kardynałowie szybko rozwiązali sprawę

i nowoczesne, on-line, zwołali konklawe.

Tylko, jakby Polakom to zrobili na złość,

bo na Tronie Piotrowym zasiadł z Niemiec gość.

Polacy to zawsze pod górkę jakoś mają

ale się, mimo wszystko, nigdy nie poddają:

nie dotknął nas ten ponury purpuratów żart

bo ten, jak się okazało, wybór to nasz fart.

Niemiec się przejęzyczył, omskła mu się morda,

i zamiast reparacji, to zerwał konkordat.

Ojczyzna wolna! – spełnione marzenie pasze

i z radością ona na ręce mi skacze.

Wałęsa rzekł: – Cieszyć możem się wolnym krajem!

Dżordż, my obaj nobliści! – rękę mi podaje.

Ja, bo Pachę trzymam, to podać mu nie mogę

więc, zamiast podać rękę, podaję mu nogę.

A dzień tamten pamiętny, gdy kraj nam oddano

była to wilia ślubu, czyli piątek rano.


Kiedy nadszedł już wieczór przedślubny, piątkowy,

to poszliśmy spać wcześniej, żeby być gotowym

na jutrzejszy ślub. Pacha, gdy się położyła

obok, takimi słowy do mnie się zwróciła:

– Mam do ciebie prośbę, mój drogi Dżordżu Starku,

bo kark mnie trochę swędzi. Podrap mnie po karku!

Drapałem długo, aż dodrapałem się do krwi,

a Pacha na mnie spojrzała, dziwnie marszcząc brwi

i rzekła: – No dobrze, niezdarne me kochanie,

powiem wprost: dzisiaj chęć mam na twoje przyssanie!

Ale, mój Dżordżu, jeszcze mam tam trochę sucho:

jeśli chcesz mnie rozgrzać, to ugryź mnie w ucho.

A chcesz bym skończyła z bardzo głośnym achem?

To na koniec możesz ugryźć jeszcze w pachę!

I byłbym się przewrócił, dobrze, że leżałem

kiedy te świńskie słowa pasze usłyszałem.

– „Co będzie, jeśli zadość uczynię jej woli?!”

Więc mówię: – Gryźć nie mogę! Ósemka mnie boli!

Wtedy ona rzekła: – To do stomatologa

iść ty powinieneś. Ja: – Boli mnie też noga! –

tak jej odpowiadam. – Oj ciężkie ty masz życie!

Jeszcze ci na dodatek skończyło się picie! –

takie to słowa Pacha odrzekła mi na to

patrząc na mój pusty kubeczek z herbatą.

(Gdy w poprzednim zdaniu błąd zauważacie,

macie rację! Bo pusty tylko po herbacie

może być ten kubek; kubek bowiem z płynem

to zawsze przecież pełny, chociaż odrobinę)

A z ust Pachy także takie padły słowa:

– I coś cię jeszcze boli? A ja na to: – Głowa.

Co też tu dużo mówić? Troszeczkę speniałem

i, gdy mogłem się przyssać, to się nie przyssałem.


Uroczystość mieliśmy przy słońca zachodzie

w pobliskim rozarium, czyli róż ogrodzie.

Przede ołtarzem Pacha mocno się puszyła

bo sukienkę różową na się założyła,

i różowy welon, i buty (ciut za duże),

w ręce niosła jeszcze różowiutkie róże.

Ja wyglądałem jak knur niezaspokojony:

mój garnitur różowy to był zmechacony.

Stąd też to skojarzenie, że Jerzy to świnia:

te włoski wyglądały trochę jak szczecina.

Później na ślubie trochę zrobiła się draka

bo celebrował go ksiądz, co zalał robaka.

Mowa tego kapłana niewyraźna była:

bełkotał. Pani młoda aż się zawstydziła

i wyrzekła natenczas takie oto słowa:

– Czy nasza ceremonia może być tekstowa?

W zasadzie to ja nie miałem nic przeciwko,

lecz ksiądz jednak odmienne zajął stanowisko

i rzekł: – Musicie na głos wypowiedzieć słowa

żebym wasze małżeństwo mógł zaaprobować

powagą Kościoła. A później, rozumie się,

podjechać musicie jeszcze wy do USC

i tamże ten ślub wasz potwierdzicie pisemnie

lecz zrobicie to, moi mili, już beze mnie

bo konkordat, niestety, nie obowiązuje

i urzędnik kapłana już nie potrzebuje.

A gdy mówił, to z oczu leciały mu łzy

i płacząc, zapytał Pachy: – Więc, Pacho, czy ty

bierzesz sobie tego tutaj Dżordża za męża?

Na to Pasze na twarzy każdy mięsień się natęża

i nawet zza welonu widać jak jej głowa

znanych nam barw nabiera: już jest fioletowa!

– Tak! – odpowiada księdzu, jakoś niecierpliwa

i nogami przebiera, na boki się kiwa.

– Przyrzekam jemu wierność, miłość wręcz nieziemską…

Co tam jeszcze było?… A! Uczciwość! Małżeńską!

I przyrzekam trwanie w zdrowiu i chorobie,

tylko proszę o przerwę! Muszę ulżyć sobie!

I sprzed ołtarza nagle wyrwała jak strzała,

na pozwolenie księdza wcale nie czekała.

A że ta moja Pacha nawyk miała taki,

nie do toalety, lecz pobiegła w krzaki.

Ale ja ją rozumiem, pamiętam jej słowa,

że wysrać się w krzakach, to jednak swoboda!;

i to też jest element zgodnego pożycia

by nawzajem swobody swej nie ograniczać.

A gdy stamtąd wróciła moja prawie żona

twarz jej była grymasem jakimś wykrzywiona.

I rzekła: – Tren sukni wpadł mi trochę w kupę

a jeszcze i róże pokłuły mnie w d⁎⁎ę!

Teraz tę mą część tylną bardzo mam bolącą

a więc całe wesele będzie na stojąco!

Ja znów sprzeciwów żadnych na to nie wnosiłem

bo od samego rana już stojący byłem.

Wtem ksiądz przetrzeźwiał i spytał: – A ty Dżordżu Stark…?

A że i mnie srać się chciało, więc przerwałem: – Tak!

– No dobrze – ksiądz powiedział – jeśli tego chcecie

to od dziś srać będziecie na wspólnym sedesie.


Gdy wróciłem do Pachy po oddanym kale

to na weselną razem wkroczyliśmy salę.

Tam, w tych drzwiach sali, @moll na nas już czekała.

Witała suchym chlebem: sól się rozsypała.

Pacha na ten widok aż wychodzi z siebie:

– Dżordż! – zwraca się tak do mnie – To wszystko przez ciebie!

Nie chcę awantury. Choć oszczerstwo mnie boli,

nic jednak nie mówię i jem chleb sam. Bez soli.

– Małżeństwo to twierdzenie, że to drugie chrapie;

w Piątym Elefancie tak pisał pan Pratchett –

takimi słowy @moll Pachę ułagodziła

i na sam środek sali nas zaprowadziła.

A gości to tam przybyło ogrom! I dobrze!

Było ich tam tyle, co ryb śniętych w Odrze!

I koleżanka @moll , co nie tylko w gości,

a i pomoc niosła w całej rozciągłości

weselnego zaplecza. Tak więc gotowała,

gdy się coś rozlało, wtedy to ścierała,

naczyń było mało – na bieżąco zmywała,

w szatni także gości kurtki przyjmowała,

a gdy zespół się zmęczył, wtedy przygrywała.

Skoro o zespole: na nasze weselisko

słoń King opuścił swoje leśne legowisko

i na trąbie najdziksze wyczyniał swawole

jak jego imiennik, pianista Nat King Cole.

Z naszą @moll był też mąż jej @splash545 :

sonet, co dla nas napisał, przeczytać miał chęć.

Recytował go godnie: uniesiona głowa,

głos mocny! Takie stoickie k’nam padły słowa:

choć ślub to rzecz jedna z piękniejszych na świecie,

pamiętajcie też wszakże, że kiedyś umrzecie!

Byli też wśród gości, sam zaświadczam uczciwie,

dwaj panowie: @Piechur oraz @plemnik_w_piwie .

Groźny ich wygląd, twarze zdobiły im blizny

przynieśli nam oni też pieczeń z dziczyzny.

Tylko trochę ta pieczeń pachniała padliną,

a zalatywała też z lekka benzyną.

– Mięso – pytam – w jaki zdobyliście sposób?

– A, zwyczajnie – rzekli. – Łoś wpadł nam pod samochód.

I wcinaliśmy pieczeń ze skrzywionym nosem:

takim to sposobem był z nami i @Moose .

I jeszcze jeden prezent mieli nam do dania:

kurs zaoferowali dzieci usypiania.

Na to aż twarz Pachy rumieńcem zapłonęła:

– Za rodzenie dzieci przecież @moll już się wzięła!

I teraz wszyscy liczą, że urodzi malców

ona co najmniej tylu, ile też ma palców.

A @moll na takie słowa głaszcze się po brzuchu,

nie że z przejedzenia, choć zjadła racuchów,

i oznajmia: – Splash, mężu, ma decyzja taka:

jeśli syn, imię Jerzy; jeśli córka: Pacha!

A na naszym weselu także inni byli,

ci, co nie komentowali, ale grzmocili:

moderator: @bojowonastawionaowca

ten, który to uchodzić chciałby za fachowca,

ale ewolucji rang zatrzymać niewładny!

Jaki to jest fachura? Odpowiadam: żadny!

Była też z nami (jak jej nick czytać – kto wie?)

schowana gdzieś tam za drzewem pani @KatieWee .

A przy Odrze, co wartkim tam płynęła prądem

to biesiadował cały kajakarski związek!

I ksiądz, co ślub odprawił: płonęły mu lica

gdy ujrzał, że na stole to stoi Soplica.

Na tym naszym weselu i ja się zesrałem

kiedy to gdzieś wśród gości Zorbę tam ujrzałem.

Pacha zaś tego nie zauważyła człeka

no to ja, jak gdyby nic, udawałem Greka.

Gdy spytała mnie: – Czy kał ja od ciebie czuję?

Rzekłem: – Tak. Aż się zesrałem, tak cię miłuję.

I jeszcze @DiscoKhan krzyczał, gdzieś zza pomarańcz.

Chyba krzyczał do Pachy? Krzyczał: Tańcz, głupia, tańcz!

Lecz nim nastąpił pierwszy młodej pary taniec

wzięła się za prezentów-kopert oglądanie

moja Pacha. Sporo ich, choć goście to sknery

bo w każdej złotych DWIEŚCIE SZEŚĆDZIESIĄT CZTERY!

Na pierwszego naszego małżeńskiego tańca

to Pacha ma wybrała Różanego walca.

Tańczyliśmy ten taniec, co go Pacha chciała

i dlatego ze szczęścia ona się zesrała.

Ja zaś, kiedy w końcu tak blisko ją miałem

to też szczęśliwy byłem. Ejakulowałem.

@moll , widząc me spodnie, poplamione w kroku,

po tańcu mnie zabiera, szepcze mi na boku:

– „Żonę swą zaspokajaj” – to jest jedenaste

przykazanie – powiedziała mi, Polskim Chwastem

obdarowując. By po tańcu od hałasu

weselnego odpocząć, poszliśmy do lasu.

– Wiesz Dżordż – powiedziała mi ma @UmytaPacha

ja bardzo lubię ptaki. Chcę zobaczyć ptaka!

Na to ja namiętnie szepnąłem jej do uszka:

– Patrz tam miła! W krzakach siedzi jemiołuszka!

Pachę nie ucieszyła ta odpowiedź wcale.

Rzekła: – Ech… Chodź. Wrócimy już lepiej na salę!

A na sali wesele dobiegało końca

nie ze wschodem, lecz zaraz po zachodzie słońca.

Nie mieliśmy już czym podzielić się z ludem:

Splash, razem z księdzem, całą wypili już wódę

i się, po stoicku, zdążył zalać w trupa;

Pacha aż usiadła. Z krzykiem: – Moja d⁎⁎a!

I z tym bólem d⁎⁎y, co ją wtedy palił

to żeśmy na spoczynek wszyscy się udali.


W nocy to się nic specjalnego nie działo:

byliśmy zmęczeni i to drugie chrapało.

Rano poprowadziłem Pachę, moją żonę,

do Poloneza Caro – u Żyda kupiony;

bo w Nowej Soli komisów było wiele,

lecz żaden równać się nie mógł tam z Jankielem!

Ten to komisant-muzyk to się znał na rzeczy!

Nic nie stuka, nie puka, nawet nic nie skrzeczy!

Więc wsiedliśmy do auta, Pacha prowadziła

choć ból d⁎⁎y nie przeszedł: trochę się krzywiła.

I odjechaliśmy, żeby było do rymu

nie do Grecji teraz, ale w stronę Rzymu.


A jak z nią jechałem, wiersza se pisałem,

co mi się tam skrobnęło – tutaj postowałem.

Wyszło ksiąg dwanaście. I dość! Czas kończyć ten smark!

Więc kłaniam się Wam do ziemi. Wasz autor: @George_Stark .


***


Epilog: zachęta


A jak jest wśród nas jakiś – jak pan Fredro – hrabia,

niechże księgę trzynastą czem prędzej dorabia!


***


Posłowie


W sprawie technicznej, dla ewentualnych przyszłych recenzentów: jeśli nie podomykałem jakichś wątków, to trudno; widocznie nie były tego domknięcia warte; jeśli narracja zmieniała się z pierwszoosobowej na trzecioosobową nagle, bez żadnej przyczyny ani zapowiedzi, albo w ogóle bez sensu, to był to efekt narracyjny. Niekoniecznie zamierzony. W końcu: licentia poetica!


W sprawie lirycznej, dla Miłych Czytelników: wypadałoby chyba na koniec komuś podziękować? Więc dziękuję Wam za to, że przez te kilkanaście tygodni chciało Wam się toto czytać, że byliście wspaniałą inspiracją dla tego poematu zasranego, że nadawaliście mu (czasem być może nieświadomie) kierunek. Że śmialiśmy się razem z siebie samych, bo to cenna umiejętność. Dla mnie była to fantastyczna przygoda i za to, że mogłem taką przygodę z Wami przeżyć, również dziękuję. W dobrym tonie jest chyba jeszcze czegoś życzyć na samo już zakończenie, więc, pozostając w temacie głównych wątków Pana Jerzego, czyli srania i miłości (w takiej kolejności) życzę na koniec (pozostając w dobrym tonie), żeby Wasze (tam Wasze!: nasze!) jelita były zawsze w porę puste, za to serca nieustająco pełne.


No i to chyba na tyle.


Wasz Autor.


***


Stopka redakcyjna


Oficyna Wydawnicza Kawiarnia #zafirewallem

Internet, 2024


@George_Stark , 2024

Redakcja: @George_Stark

Korekta: @George_Stark


#tworczoscwlasna #poezja


***


A, dodam jeszcze tag, jakby kiedyś komuś (po co?) zachciało się do tego gówna wrócić: #panjerzy .

@George_Stark brak słów, czekamy na druk i kiedy Pan Jerzy trafi do kanonu lektor szkolnych, toć to bezwzględnie głos współczesnego pokolenia i trafnie w sumie zawiera obawy i nadzieję ludzi naszej epoki!

Zaloguj się aby komentować

Ostatnio zajmuje mnie trochę tematyka ludowa, więc w zasadzie nic dziwnego, że taki temat mi do głowy przyszedł. No i jeszcze wzorem kolegi @Piechur i jego wspaniałego wiersza Niepamięć z poprzedniej edycji, chciałem zachować trochę umiaru, pobawić się trochę zwięzłością i użyć możliwie jak najmniejszej liczby słów. Wyszło mi się tak:


***


Chłopski rapsod


Na skrzyżowaniu dróg polnych

nad łączką, w maj ukwieconą,

krzyż stanął drewniany, co ponoć

Jaśkowi był poświęcony.


Jaś stanął tam kiedyś z rezonem,

z w górę zadartą brodą,

na czele tych, co nie mogą

równać się z panem baronem.


Ujęli, choć chłop był postawny,

wymierzyć kazali mu baty

tylko trochę za bardzo za niego wzięli się katy.


Obrzęd za niego odprawmy

i jeszcze za wolność dla luda.

Niech znajdzie się jakiś bohater. Jaśkowi już się nie uda.


***


No, to to jest moja di risposta w XIV edycji zabawy #nasonety w kawiarence #zafirewallem , czyli jednocześnie #tworczoscwlasna a może nawet i #poezja ? A na pewno odpowiedź na różany sonet di proposta który wygrzebała koleżanka @UmytaPacha .

Zaloguj się aby komentować