Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 746wpisy
  • 3813komentarzy

Pan Jerzy

czyli ostatni slam w Gorzowie


***


Od Autora


Drodzy Czytelnicy!


Nie spodziewaliście się zapewne kolejnej części przygód pana Jerzego tak prędko, prawda? Bo ja, prawdę powiedziawszy, zupełnie się nie spodziewałem. Zabrałem się jednak za porządkowanie notatek, szkiców i pomysłów do tego poematu doniosłego na d⁎⁎ie opartego (i to, na dodatek, w rozmaitych tej d⁎⁎y aspektach) i jakoś tak z rozpędu przy tym zajęciu machnęła mi się cała księga piąta (a i z pół szóstej przy okazji; no i spora część dwunastej też), którą to teraz do rąk Waszych oddaję.


Jest taki stary dowcip (ja to znam chyba tylko stare dowcipy): – Co ma wspólnego Grecja i trwający jeszcze, świąteczny weekend? – Długi (hahaha!). Możemy więc ująć sprawę tej księgi, która to przyszła na świat trochę jako wcześniak, w taki oto sposób: cztery dni wolnego – to tak jakby dwa weekendy zeszły się do kupy. A skoro dwa weekendy, no to i dwie księgi Pana Jerzego! Zupełnie tak, jak kiedyś wychodziły, z okazji wakacji czy świąt właśnie, podwójne numery czasopism. A może dalej tak wychodzą? Nie mam pojęcia, od jakiegoś czasu prasy nie czytam już żadnej.


Wyjątkowo płodny był dla mnie ten okres świąteczny, i to płodnością najlepszą i najbezpieczniejszą z możliwych! Bowiem płodny był płodnością taką, po której nie zachodzi obawa o to, że kiedyś przyjdzie mi jakieś alimenty płacić, a za to może i jakieś tantiemy mi wpadną? Nie licząc jednak na nie, a także nie przedłużając, zapraszam oto do lektury! Przyjemności! – w miarę możliwości.


Wasz Autor.


***


Spis treści


Księga I – Zwycięstwo

Księga II – Do Grecji!

Księga III – W Grecji

Księga IV – Nadal w Grecji


***


Księga V

Ciągle w Grecji


Spacer – Rozmowa – Zdrada? – Spadek


Bez żadnych awantur pod prysznic Pacha poszła.

– „Długo coś jej tam schodzi” – myślę – „może doszła?

Ale jakby tam doszła, Pacha ma kochana,

kiedy to ona przecież nie ma bakłażana?”

(I całe szczęście! Bowiem: ja nie jestem fanem

tychże nowoczesnych kobiet z bakłażanem.)

Aż w końcu wychodzi: umyta, pachnąca.

– Zimna woda! – tak woła – Słońca, Dżordżu! Słońca!

Tak na ateński spacer my poszliśmy razem

a @moll się w tym czasie zajęła obiadem.

Po Atenach bez celu troszeczkę chodzimy,

podjąć temat drażliwy jakoś się boimy.

Ciszę Pacha przerywa: – Dobła, Dżordżu Starku,

by pogadać spokojnie, to chodźmy do parku.

Tam, w cieniu platanu, razem usiądziemy

i naszymi problemami wspólnie się zajmiemy.

Zgadam się na to, mówiąc: – Dobrze, me kochanie,

podoba mi się bardzo twoje rozwiązanie.

Niezwykle delikatne, tak subtelne prawie

jakoby ten ptaszek, co się zmoczył w trawie.

Na takiej to konkluzji więc poprzestajemy

i poszukać gdzieś parku wraz się udajemy.

A dzionek był to piękny, raz jeszcze powtarzam:

gdzieś mijamy kurę, co się w piachu tarza

a gdzie indziej okazy ateńskiej przyrody:

tutaj narcyz piękny, tam piękny łabędź młody!

Aż po godzinie gdzieś, za teatrem, z lewa,

dostrzegamy w końcu jakieś krzaki, drzewa

i tam, pomiędzy nimi, i ławeczka pusta:

ja silę się na uśmiech, wykrzywiając usta

bo strach mi przed rozmową którą odbyć mamy.

Mówię jednak po męsku: – Pacha! Tam siadamy!


Pozycję startową, nim siedliśmy wygodnie,

zająłem właściwą. Niech Pacha wie, kto spodnie

w tymże związku nosi! Kto tu dzierży władzę!

A i czytelnikowi to samo ja radzę:

pomimo tego, co ci może mówi serce,

kobitę trzymaj krótko, niech zna swoje miejsce!

Siedliśmy na tej ławce no i nagle: cisza!

Cisza tak przejmująca, że i bym usłyszał,

gdybym tylko się skupił, gdybym złapał fokus,

jak ósemkę mą niszczą wredne streptococcus

ze szczepu bakterie. Tego jednak nie słyszę,

a słyszę za to Pachę, bo przerywa ciszę

gdy w końcu się odzywa, mówiąc do mnie tak:

– No to proszę, zaczynajmy, panie Dżordżu Stark.

Co masz do powiedzenia, tak jak tego chciałeś,

powiedz. Bo, że chcesz mówić, to sam powiedziałeś.

Cóż było robić kiedy (może tego chciała?)

Pacha takimi słowy mnie sprowokowała?

A więc, cichutko i nieśmiało, ja, Stark Jerzy,

wyrzucać począłem to, co na sercu leży:

– Na początek chciałem poruszyć jedną sprawę:

czemuż to swym ryżykiem karmisz obcą babę?

I jeszcze na dodatek, o tym wiedzą wszyscy,

do ryżyku miłosne jej dołączasz listy!

Recz druga: twoja pamiętliwość. Powiedz, proszę

DWIEŚCIE SZEŚĆDZIESIĄT CZTERY złote? Jakieś gorsze,

to są. My! Nie ja! Słyszysz? My! Bogaci teraz!

No przecież masz noblistę. No i milionera!

A ty wszystko pamiętasz, tak jak Mnemosyne

i jeszcze na dodatek tylko moją winę

w stracie upatrujesz! I tak mi z płaczem

mówisz: za taką sztukę, może ci wybaczę.

Ty tylko o pieniądzach! Marność! Wszystko marność!

Ja to dla ciebie wiersze pisałbym za darmo!…

Mógłbym jeszcze i długo ciągnąć tę przemowę

lecz nagle twarz mej Pachy barwy fioletowe,

przyoblekać zaczyna, takie jak Jagoda,

– się dziewczyna przejęła, nawet mi jej szkoda –

a łydki jej łyse (bo suknię za kolana

wdziała, więc było widać) już tańczą kankana.

I cała już się trzęsie, zaczyna ją nosić,

wzruszyła się pewnie i chce mnie przeprosić.

I usta otwiera, w ton uderza taki:

Sorry! Wybacz, Dżordżu, ale muszę w krzaki!


Nie jest ze mnie aż taki wredny okaz knura

żeby ją zatrzymywać, gdy wzywa natura.

– Dobrze, ja poczekam – rzucam w odpowiedzi

której Pacha nie słyszy, albowiem już siedzi

w krzakach. Albo, nie wiem, może i tam kuca?

Nie będę tego drążył, spojrzeniem nie rzucam

w tamtym kierunku. A niechże prywatności

ma też trochę dziewczyna. Jeszcze się rozzłości.

Ale, w tymże miejscu, prawem narratora,

uznajemy, że przyszła odpowiednia pora

by przedstawić Wam tutaj Pachy rozmyślania,

które poczyniła w krzakach podczas srania:

– „Ech, widać że Dżordż to wszystko mocno przeżywa

ale może i ja też ciut niesprawiedliwa

jestem, bo, choć nieudolnie, ale się stara

przecież, a nie nagroda, a coś jakby kara

go za to spotyka. No, trochę chłopa szkoda.

Niechże więc zamiast kary, czeka go nagroda.

Teraz więc postanawiam sobie postanowić

trochę się postarać i przyjemność mu zrobić.

Niechże więc pomyślę, w czymże się lubuje

gdy akurat się do mnie przyssać nie próbuje?

Wiem! Przecież to czytelnik namiętny książkowy

sprawię mu w prezencie jakiś wyjątkowy

egzemplarz! Pomysł świetny! To się chłop ucieszy!

Z tym pomysłem kończyć wypróżniać się spieszy

i, załatwiwszy sprawę, przeczesuje torbę

żeby znaleźć chusteczki. Nagle: Greka Zorbę

widzi, który w ten dzień piękny spacerował

nosząc na papierze wydrukowane słowa

o sobie, w rzadkim, a wspaniałym wydaniu,

równym wręcz jego własnym o sobie mniemaniu.

– Zorbo! Zorbo! Chodź no tu! – tak to woła Pacha

i, by uwagę zwrócić, rękami mu macha.

A myśli tak sobie: – „Tym szczęśliwym to trafem

będzie miał Dżordż książkę i to z autografem!

I to nie autora, lecz protagonisty!

Tylko najpierw se wytrę tyłek swój nieczysty!”

Niestety, nie ma jednak Pacha na to czasu,

Zorba bowiem, zwabiony ogromem hałasu

jaki uczyniła, z alejki zstępuje

i już wprost ku niej żwawe swe kroki kieruje.

W tym czasie ja, na ławce sam pozostawiony,

nieobecnością długą leciutko zmartwiony,

idę jej poszukać i… o żesz ja pi⁎⁎⁎⁎lę!

Zorba obok Pachy, Pacha: gacie w dole!

Pod wpływem zazdrości w sprawie mojej Pachy,

wstyd się trochę przyznać: narobiłem w nachy.

I myślę: – „Rację miał pan Wergili! Człowieku!,

wiedz: Timeo Danaos! czyli: strzeż się Greków!”

I, w rozpaczy pogrążon, tak jej mówię: – „Paszka!

Co z ciebie za kobieta?! Co z ciebie za Laszka?!

Żeby tak z Grekiem chować się po krzakach?!

Kiedy ty fajnego z Polski masz chłopaka!

Przy mnie, takim Polaku, każdy Grek się chowa:

nie dość, żem z Polski, to jeszcze z Gorzowa!

I nie tylko w spodniach, ale i na duszy

jest mi jakoś tak ciężko. Pacha: się nie puszy

tylko przemowę swoją taką rozpoczyna:

– Otóż, mój kochany, to nie jest moja wina

i ja, tak jak i wódka, czyste mam sumienie,

zaszło nam tutaj bowiem nieporozumienie!

Było tak: jak sam wiesz, w krzaki poszłam sobie

za potrzebą mą pilną, ale tam o tobie

jedynie i dla ciebie prezencie myślałam,

z nikim w tych krzakach ciebie nie zdradzałam.

A że ten Zorba obok? Zupełny przypadek!

Tak samo też i zresztą, jak mój goły zadek.

Bo on tylko przechodził tutaj obok, mimo.

No, sam mi powiedz, Dżordżu, czy to moją winą

że tę książkę, co dzierży, sam ją sobie zobacz,

tak bardzo właśnie tobie chciałam podarować?

I, tak całkiem bezmyślnie, wołać go zaczęłam

i później ty tu wpadłeś, i książki nie wzięłam,

a że ten prezent tak ci bardzo zrobić chciałam

to w tym wszystkim majtek wciągnąć zapomniałam.

No nie gniewaj się! Zrozum i nie bądź na mnie zły

Pamiętasz przecież? Na zawsze: tylko ja i ty!

A chcesz, to wyślemy dziś @moll pod most na spanie

i wtedy wieczorem będziesz miał… – Niech zostanie!

Znam te obietnice, rodem jakby z bajek

A kiedy @moll z nami: przynajmniej się najem.

Poza tym, muszę przyznać, tak zupełnie szczerze:

dla mnie brzmi to rozsądnie. No i ja ci wierzę.


Lecz na wszelki wypadek, Pasze ufam bowiem,

ale tym wokół Grekom, to jakoś nie mogę,

pytam się tak jej: – Paszko ma wierna, wspaniała,

może już wracajmy? Chyba już zgłodniałaś?

Entuzjastycznym ona wręcz na to skinieniem

zgadza się, a i jeszcze żołądka burczeniem

aprobatę potwierdza całkiem niewerbalnie.

– Tak, świetny to jest pomysł! Chodźmy! Ale fajnie!

Po tej rozmowie razem, wesoło na chatę

wyruszyliśmy. Choć, w tych uliczkach Aten

kilka razy to żeśmy trochę się zgubili;

nie zepsuło to jednak nam nastroju chwili.

A pod drzwiami pokoju: cudne aromaty!,

zupełnie inne, aniźli te, co spod pachy

w dzionek taki piękny się wydobywają.

– „Ciekawe co za cuda tam na nas czekają?”

Z taką myślą, głodny, ja do kuchni wchodzę

i – o moja rozpaczy! – bo tam na podłodze

siedzi @moll i płacze! – No, co się tutaj stało? –

pytam @moll , której to twarz łzami już zalało.

– Widzisz, Jerzy, na obiad pierogi być miały

ale mi jakiś łobuz farszyk wyżarł cały!

No i co też ja teraz, co ja biedna zrobię?

Mogę wam tylko podać ciasto pierogowe!

– Nie szkodzi – mówi Pacha – i ciasto nam starczy

tym bardziej, że do niego czuję także barszczyk!

I siadamy we trójkę żeby obiadować

ten posiłek wspaniały, co przy nim się schować

mogłyby wszystkie greckie te niby-ambrozje.

Nagle Pacha powstaje no i swoje spodnie

po kieszeniach nerwowo jakoś przeszukuje,

a na nasze zdziwienie: – Coś mi tu wibruje –

wyjaśnia i ze spodni wyjmuje komórkę.

Czyta coś na niej, a warg kąciki w górkę

jej się nagle unoszą, i twarz promienieje:

– Wiecie wy co się stało? Szczęliwam, ojeje!

Podwójnie ja się cieszę, bo i ten obiadek

od @moll jest fantastyczny, ale też i spadek

właśnie otrzymałam. Dżordż! Ty jesteś noblistą,

a ja? Ja to od teraz zamku żem dziedziczką!


***


Stopka redakcyjna


Oficyna Wydawnicza Kawiarnia #zafirewallem

Internet, 2023


@George_Stark , 2023

Redakcja: @George_Stark

Korekta: @George_Stark


#tworczoscwlasna #poezja

Zaloguj się aby komentować

Ten poprzedni miał być ostatni, ale coś wczoraj nie mogłem usnąć i, tak jak to śpiewał pan Tom Waits w pięknej piosence I hope I don’t fall in love with you (to w ogóle dla mnie jeden z lepszych muzycznych tekstów, jakie kiedykolwiek słyszałem): the night does funny things inside a man, to mi się w głowie układało to, co dziś rano spisałem. Tym to sposobem nie dotrzymuję słowa i oto znów coś zamieszczam.


Myślę, że w tym wytworze jest kilka inspiracji: nastrój sonetu di risposta od kolegi @Piechur ; gdzieś mi tam pewnie po głowie chodziła mi Tolerancja pana Stanisława Soyki, gdzieś Wieża radości, wieża samotności Sztywnego Palu Azji (to jest w ogóle kapitalna nazwa zespołu!), gdzieś tam pewnie echo myśli pana Andrzeja Stasiuka że życie to jednak strata jest. No i powstała mi z tego wszystkiego taka di risposta do sonetu di proposta koleżanki @moll . Konkursowa chyba nawet, bo nic się tutaj, o dziwo, nie powtarza.


***


Twierdza


A gdy wciąż boli po ostatniej stracie

to wytycz sobie na ziemi krąg,

materiał, narzędzia zgromadź gdzieś w wiacie,

fundament wykop, dwa metry w głąb.


Później mozolnie jest murowanie

i wypaloną gliną dachu pokrycie

i okien, ze szkłem grubym, wstawianie

żeby się zamknąć móc należycie.


Na koniec: drzwi. W solidnej ramie,

z zamkiem, co jak go sforsować, nikt nie wie.

A klucz? Do fosy! Niech tam zostanie!

Nie będziesz przecież wychodzić od siebie.


No, to masz już twierdzę, że pozazdrościć!

Siedź sobie tam teraz, w swej Samotności.


***


#nasonety #zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

@George_Stark nie mogę się powstrzymać, musiałam to skontrować


Obok twierdzy ziemi w wakacie,

Z potu i włosów na karku już strąk,

Pracuję w trudzie, choć gdzieś to macie,

Będzie stał dworek pękaty jak bąk.


Nie będzie mozolne jego meblowanie,

Bo marzę o tym całkiem nie skrycie,

Że chętni zajrzą na wierszowanie,

Na kubek kakauko wymienią w progu okrycie.


I sąsiad z zamku też się złamie!

Przerzuci kładkę przez fosę, gdy się dowie

O naszej zabawie. Przywitam go w bramie,

Bo kto chce być pozostawiony sam sobie?


Dlatego chętnych chcę ugościć,

Każdemu się wygodny fotel umości.

Zaloguj się aby komentować

729 + 1 = 730


Tytuł: Pokora

Autor: Szczepan Twardoch

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 10/10


#bookmeter


Pan Jezus Golgoty nie przeżył, odpowiedziałem wtedy z goryczą


Żaden z ciebie pan Alojzy Pokora, jakim chciał cię widzieć Dionizy Braun-Towiański, ten, który w Glewitz organizował Dionizje Polskie, a który później i Śląska chciał polskiego; żaden z ciebie też Herr Alois Pock, choć to „Pock”, brzmi nieco z austriacka, ale porządnie, niemiecko, lepiej niż ta słowiańska „Pokora”, jak twierdził dobry Niemiec, Herr Kullrich, który nienawidził i Polaków, i socjaldemokratów, a i Francuzów i wielu innych też nienawidził, a który to z domu nazywał się jednak Kulik; żaden z ciebie też Alois Pokora, jakbyś po tatulku swoim, Antonie Pokorze z Nieborowitz, mógł się nazywać; i żaden z ciebie też Lojzik, Lojzikiem przestałeś być dawno temu, Lojzikiem przestałeś być wtedy, kiedy to farŏrz pilchowicki, ksiądz Scholtis, zabrał cię z domu do siebie, na farę, żebyś, jako ten najzdolniejszy z rodzeństwa, mógł pobierać nauki w szkole lepszej niż szkoła ludowa; choć Lojzikiem dobrze byłoby być, oj dobrze, tak jak wtedy, kiedy to żonie swojej, Emmie, na piersiach po nocach się wypłakiwałeś.


Żaden z ciebie absolwent filozofii na uniwersytecie w Breslau, bo żeś jej zwyczajnie nie skończył, choć później, w ogłoszeniu matrymonialnym przesłanym do Der Oberschlesische Wanderer skłamałeś, żeś jednak skończył; żaden też z ciebie żołnierz pruski, bo, mimo żeś ochotniczo do armii wstąpił, mimo żeś kajzerowi przysięgał, to kajzera przecież już nie ma, kajzer uciekł do Holandii; żaden z ciebie też leutant, mimo żeś nominację oficerską dostał, mimo żeś zug na Anglików prowadził; żaden też z ciebie bohater wojenny bo, mimo żeś odznaczony Krzyżem Żelaznym, i to i pierwszej, i drugiej klasy, to po wojnie przystałeś do bolszewików, choć i do nich żeś się nie zapisał, więc i bloszewik też z ciebie żaden; wreszcie żaden też z ciebie mąż, bo choć żeś Emmie przed ołtarzem przysięgał, to na pierwsze skinienie Agnes do niej pobiegłeś, jak ten pies, i jak ten pies żeś tam przed nią klęczał i stopy jej całował.


Kim wobec tego, Aloisie Pokoro, jesteś? Jesteś nikim. Jesteś wrakiem człowieka zagubionym we wraku świata.


***


Wspaniała to była książka, czego zresztą po książce, na której okładce widnieje nazwisko Twardoch, zupełnie się spodziewałem. Podobało mi się w niej wszystko. Od języka, tego wspaniałego, literackiego języka, jakim Autor operuje, tej mieszany polskiego, niemieckiego, i tego wasserpolen, którego, choć nie umiem, to z taką przyjemnością zawsze słucham. Podobały mi się te piękne, długie zdania, w których pan Autor potrafił zawrzeć tyle emocji, skrajnych nieraz, ani razu żadnej z tych emocji nie nazywając. Dalej, podobała mi się kreacja bohaterów, tak głównego, który, jak to pan Twardoch mnie przyzwyczaił, jest zagubiony, rozdarty między nie tylko swoją tożsamością narodową leżącą gdzieś pomiędzy Śląskiem, Polską a Niemcami, ale też jest zagubiony w swoim życiu; podobało mi się to, że choć jego decyzje i wybory z moralnego punktu widzenia można oceniać co najmniej jako wątpliwe (a i to tylko ze względu na okoliczności), tak wzbudził ku sobie co najmniej moje współczucie, jeśli nie sympatię nawet. Podobała mi też się kreacja postaci drugoplanowych, a nawet epizodycznych, wśród których szczególnie podobała mi się kreacja Kiesela, tak wspaniale, choć krótko (to też ogromna sztuka!) zbudowanego tylko po to, żeby za chwilę tak wspaniale go skontrować. Podobało mi się przedstawienie świata, tego walącego się świata po Wielkiej Wojnie (wtedy jeszcze nie nazywanej I Wojną Światową, bo druga dopiero miała nadejść) i wyłaniającego się w nim nowego porządku w wyniku walki tych wszystkich sił, które chciałby, żeby ten porządek wyglądał właśnie tak, jak to one tego chcą. Podobała mi się szczegółowość przedstawienia tego świata, bo u pana Twardocha to nie ma tak, że ktoś bierze do ręki pistolet; nawet nie bierze, po śląsku, pistōli, ale bierze Parabellum; i to nie jakieś tam Parabellum, ale konkretny model: P08 na przykład, a najczęściej bierze nullachtę. To naprawdę mocno buduje tło.


Pochłonąłem tę książkę, nie taką znowu krótką, praktycznie na raz. Ciężko się było od niej oderwać, tak bardzo podobało mi się to, co pan Twardoch w niej zaproponował. Trochę nawet żałuję, że się już skończyła, bo choć kompozycyjnie również wspaniała, to jednak chętnie bym w tym paskudnym, ale pięknie opisanym świecie został dłużej. To najlepsza – według mnie – wśród innych kapitalnych, które do tej miałem przyjemność przeczytać, książka tego autora. I, bez żadnego wahania, w mojej prywatnej biblioteczce, gdzie mogę sobie, nie przejmując się niczyim zdaniem i opinią, stawiać co chcę i gdzie chcę, stawiam tego Autora wśród Autorów takich jak pan Victor Hugo czy Fiodor Dostojewski. Bo naprawdę uważam, że wielkiego powieściopisarza ta Ziemia Śląska wydała. Co mnie ogromnie cieszy.

aac6c675-bb94-4133-abba-cdf7d044e415

Zaloguj się aby komentować

Szanowni!

Pod wpływem inspiracji kapitalnym tytułem sonetu di risposta kolegi @plemnik_w_piwie (uwielbiam takie matrioszkowe słowa ukryte w słowach!) przyszedł mi do głowy tytuł tego poniższego wytworu (bo przecież nie utworu). A później to już samo jakoś poleciało.


Były już wiersze z odrobiną konotacji w kierunku defekacji; była wybitna poezja vomitna; były nawet, że przeproszę, wiersze olewane moczem (dziś wyjątkowo się powstrzymam i o seksie nie wspominam). Więc czas teraz ażeby tematyka pojawiła się i inna: oto przed Państwem – zupełna nowość! krwią okupiona! – poezja menstruacyjna:


O kresie


We krwi troszeczkę brudne mam gacie

i w brzuchu od comiesięcznych skręca mnie mąk.

A nie zrozumiesz ty tego, bracie,

jak boli damskiej płodności krąg.


I nie pomaga tabletek ćpanie,

ani uśmierzających herbatek picie.

Ten ból przez kilka dni ze mną zostanie:

to cena za to, że mogę dać życie.


Przez tych dni kilka ty będziesz skaranie

mieć ze mną, a nie tak jak w niebie.

Lecz ty nie jesteś zły na mnie, kochanie,

bo wiesz, że to przez hormony nie ręczę za siebie.


Więc ci dziękuję za gest wyrozumiałości

i za tę cierpliwość twoją, w imię miłości.


***


Ten wiersz (chyba już mój ostatni w tej edycji), ponieważ znów, niezgodnie z zasadami, powtórzyłem w nim dwa rymy ze (wspaniałego!) sonetu di proposta koleżanki @moll , uznaję, że też jest poza konkursem #nasonety . Ale chciałem się nim z Wami podzielić, ponieważ ta #poezja powstała jako #tworczoscwlasna w kawiarence #zafirewallem .

Zaloguj się aby komentować

Dziś taki wieczór, że ponoć nawet zwierzęta (w tym i erosomańskie świnie) mówią ludzkim głosem, wobec czego wyjątkowo nie będę łajał wczorajszych zwycięzców naszej zabawy #naczteryrymy za niewywiązanie się z odbioru nagrody i sam zadam dzisiejsze zadanie:


temat dziś zupełnie dowolny, a


rymy: anioły – stąd – wesołych – świąt!


#tworczoscwlasna czyli #poezja pod choinką w kawiarence #zafirewallem .

@George_Stark 

Z ziemii wyłażą czarne anioły,

Kto żyw niech czym prędzej ucieka stąd.

Krew z ropą się sączy z ich mord wesołych,

Siłą orzekły kres wszelakich świąt.

@splash545 @Piechur @plemnik_w_piwie jeśli poczwórny remis się utrzyma, zrzekam się na Waszą korzyść swojej części zwycięstwa i macie idealnie - temat i po parze rymów

Zaloguj się aby komentować

Jeszcze jeden machnąłem, z rozpędu, pod wpływem podwójnej inspiracji: raz tym komentarzem sentymentalnym o świętach minionych i pieniądzach od babć i wujków, dwa tym wspaniałym fragmentem z No speaking inglese pana Kazika Staszewskiego: najbardziej mnie teraz wkurwia u młodzieży to, że już więcej do niej nie należę. Oto proszę:


Sonet starego pierdziela


Moje drogie dzieci, czy wy jeszcze gracie

w gry takie na podwórku, jak klasy albo bąk?

A może już tylko świat wirtualny znacie

w tych tabletach waszych, przyklejonych do rąk?


Albo, trochę później, w bramie wystawanie

i w nich z kolegami potajemne picie

pierwszych alkoholi, podebranych tacie,

które to na całe zapamiętam życie.


W koleżance z klasy pierwsze zakochanie,

o którym przecież ona wcale nie wie!

Bo tylko to się końskie do niej zalecanie

było wszystkim co ku niej wydobyłem z siebie.


OK, boomer – nie mówcie. Nie róbcie przykrości

staremu pierdzielowi, co tęskni do młodości.


***


Znów to jest sonet pozakonkursowy ze względu na użycie słów ze (wspaniałego!) Sonetu Słów Zakazanych. Niemniej, zdecydowanie jest to #tworczoscwlasna w kawiarence #zafirewallem . I może nawet #poezja , gdzieś obok naszej zabawy #nasonety.

Zaloguj się aby komentować

Ależ mam dzisiaj wenę! A ten temat to mi się chyba nigdy nie znudzi! – czego zresztą wyraz dałem w poniższym wierszydle. Kolejna di risposta do wspaniałego sonetu di proposta , tylko tym razem poza konkursem #nasonety , a to przez powtórzenie, proszę ja ciebie, „rąk”, „gniewie” i „ciebie”.


***


– No nie podołam kolejnej racie!

Banknotów plik z portfela mi wsiąkł!

Ale tak to już jest, gdy się odprawiacie

z pomocą naziemnej obsługi rąk.


Kiedy to spóźnionego sonetu pisanie

zupełnie pochłonie was, całkowicie.

Kiedy to ciętej risposty składnie

rozpoczynacie w dzień lotu o świcie.


A wiersz ten wspaniały! – to moje wyznanie,

mimo że ku mnie utrzymany w gniewie.

Na wieczność masz teraz moje uznanie:

przez jego to pryzmat właśnie ja będę już zawsze wspominał Ciebie.


Więc, droga Pacho, nie ma co się złościć

o te DWIEŚCIE SZEŚĆDZIESIĄT CZTERY złotości.


***


Do pozdrowień spod poprzedniego wierszydła dołączam więc Wam teraz kolejne życzenia. Tym razem pieniędzy. Może nawet więcej niż DWUSTU SZEŚĆDZIESIĘCIU CZTERECH złotych.


#poezja #tworczoscwlasna #zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Oto przed Państwem moja pierwsza propozycja sonetu di risposta w czwartej edycji bitwy #nasonety . Jest to mniej wspaniała odpowiedź na wspaniały sonet di proposta koleżanki @moll .


W ostateczności


I jak tam, mordo? – Słabiutko, wariacie.

Słyszałeś może, że Łysy gdzieś wsiąkł?

Tak kminię, że może pierdzieć przy kracie

i zacząć sypać, gdyby się zląkł


kiedy sam prorok tam przed nim stanie

i gadkę zapoda, że będzie bicie,

kiedy mu powie, że przesłuchanie

jak prowadzone jest, nie stoi na kwicie.


Nazwiska, adresy psiarnia dostanie

i przyjdzie kitrać się nie u siebie.

Czas ciężki wtedy dla nas nastanie,

czas będzie tak ciężki, że o ja j⁎⁎ię!


Nie peniaj, mordo! Ot, co tam: to tylko paru skrojonych gości.

Po wadze najwyżej w zawiasach będzie. A to i tak tylko w ostateczności.


***


Pozostając w klimacie powyższego wierszydła, zamiast życzyć Wam wesołych świąt, przesyłam pozdrowienia do więzienia.


#poezja #tworczoscwlasna #zafirewallem

@George_Stark za Łysego mieliby niby wsadzać, za czterdziestkę piątkę? Sam się poszedł pruć na psy, frajer.


Zresztą po mieście chodziły słuchy, że włosy stracił jak głową robił przy psim sprzęcie i mu od takich przetarć owłosienie się wytarło. Męskiego uda potrafią być dosyć szorstkie.

Zaloguj się aby komentować

Pan Jerzy

czyli ostatni slam w Gorzowie


Od Autora


Najdrożsi Czytelnicy! Jest już sobota, czyli weekend, wobec czego – jak to w weekend – oddaję w Wasze ręce kolejną księgę tego lirycznego gniotu pisanego ku eozśmieszeniu serc, a więc trochę inaczej niż robił to pan Sienkiewicz. Zresztą, on nie pisał wierszem, to po co gościa w ogóle wspominać? Wcześniejsze zdanie – to piszę dla własnego bezpieczeństwa – to zdanie o publikowaniu w weekendy, nie oznacza jednakowoż, że jeśli Pan Jerzy do tej pory ukazywał się w miarę regularnie, to dalej tak będzie. Nie mogę tego obiecać, bo nie jestem tego pewien. Ale się postaram. Niemniej mam nadzieję, że jesteście z premiery kolejnej księgi choć trochę zadowoleni, bo choć trochę na nią czekaliście. Tak jak, mam nadzieję, będziecie na pozostałe księgi również trochę (chociaż krótko, bo tylko tydzień) czekać.


Wspaniały czeski autor, pan Jaroslav Hašek we wstępie do wspaniałego zbioru swoich wspaniałych tekstów, które pisywał do rozmaitych czechosłowackich gazet, a który to wstęp również sam napisał (jak w nim przyznał, z racji tego, że nie potrafił znaleźć nikogo, kto zrobiłby to lepiej – któż bowiem wie lepiej, co autor chciał powiedzieć, niż samże autor właśnie), zawarł myśl, że w dobrym tonie jest kiedy autor we wstępie podziękuje komuś (najlepiej redaktorowi), a w tonie jeszcze lepszym jest, jeśli wszelkie błędy weźmie na swój kark. Wobec powyższego: dziękuję za owocną współpracę redaktorowi tej księgi. Bez Ciebie nie wyglądałaby ona tak, jak wygląda i nie odniosła by takiego sukcesu, jaki być może odniesie. Wszelkie natomiast nieścisłości, pomyłki czy błędy są tylko i wyłącznie winą moją, czyli winą autora.


Ten wspaniały zbiór wspaniałych tekstów pana Haška, gdyby kogoś to interesowało, w Polsce został wydany pod wspaniałym tytułem Medytacje nad kuflem piwa. Polecam lekturę. Choć, tak mi teraz przyszło do głowy, że mogłem się pomylić i tej obserwacji nie opublikował wcale pan Hašek (nie mówię, że nie poczynił: mógł przecież poczynić, a nie opublikować), a ja czytałem to w którymś ze wspaniałych zbiorów wspaniałych felietonów wspaniałego pana Umberta Eco: Zapiski na pudełku od zapałek lub Jak podróżować z łososiem. To są te same teksty, tylko w innych tłumaczeniach. Ich lekturę również polecam.

Albo może to było jeszcze gdzie indziej? Nie jestem pewien. No cóż: późno już jest. Mogło mi się coś tam pomylić, prawda?


No właśnie: jest już późno, więc tyle tytułem wstępu. Wy pewnie, jeśli w ogóle to przeczytacie, to zrobicie to raczej rano. Mam nadzieję, że lektura tego gównianego poematu umili Wam ten Wasz poranek. Na przykład umili poranny pobyt w toalecie, które to miejsce gorąco polecam jako idealne do oddania się lekturze tego wiekopomnego dzieła pisanego, brawurowym momentami, ale jednak trzynastozgłoskowcem.


Wasz Autor.


***


Spis treści


Księga I – Zwycięstwo

Księga II – Do Grecji!

Księga III – W Grecji


***


Księga IV

Nadal w Grecji


Koniec imprezy – Noc w apartamencie – Śniadanie – Awantura


Impreza trwa na dobre: lekko już wstawieni

rzeczną wodą: tańczymy! Się przekrzykujemy:

– Jakie twoje imię? – pada gdzieś tam z sali

– wybacz mi, bom zapomniał. Chyba nam tu dali

wody prosto z Lete, rzeki zapomnienia!

Z drugiej strony: dobrze! Wyrzutów sumienia

nie będzie na myśl co my też tutaj robimy.

A więc i my, narrator, zasłonę spuścimy

milczenia na to, co też wtedy tam się działo.

Jedna tylko rzecz jeszcze: wpada bowiem śmiało

na salę dwóch gości, a wściekłość na ich licach,

zmusza mnie wręcz do tego, bo o nich napisać.

Bo w krzyk oni tak: – Jest już w pół do trzeci!

Można tak trochę ciszej? Usypiamy dzieci!

A byli to, fakt ten sam zaświadczam uczciwie,

ci panowie: @Piechur oraz @plemnik_w_piwie .

I cóż mieliśmy zrobić? Impreza skończona!

– I dobrze – tak mówi @moll – bom trochę zmęczona.

Chodźmy już do pokoju, muszę się położyć

bo inaczej do jutra to mogę nie dożyć.

Ja, w odruchu rozpaczy, pytam się jej wprost:

– W pokoju jest gorąco, nie wolisz pod most?

I argumentów mnóstwo mam jeszcze, lecz milczę

bo Pacha mi posyła spojrzenie swe wilcze.

Mówić mi nic nie musi: jeszcze słowo jedno,

nigdy już się nie przyssam – ja wiem to na pewno.


A więc znów nasz apartament, numer sto dziesięć.

Panie, to widać: zmęczone. Na sen mają chęć.

Ja natomiast przeciwnie: Pachę bym wymłócił

i – po prawdzie – to później i na @moll się rzucił.

– „A może by tak trójkąt?” – myśl przychodzi chora;

w końcu: skoro Grecja, to i Pitagoras!

No przypiliło mnie mocno, karwasz jego twarz!

Przypiliło tak, że dobry byłby nawet Splash!

– „Tak, w ramach zwiedzania, może bym spróbował

i tej miłości greckiej? Splash! Gdzieś ty się schował?!”

Nic z tego jednak! @moll , choć lekko utyka

zmierza wprost do sypiali, krokiem lunatyka.

(Z jakimś kajakarzem tak się wytańczyła,

że aż sobie kolano ciut nadwyrężyła.)

I pada na wyro! A nim dotknie pościeli,

Morfeusz i Hypnos w objęcia ją wzięli.

A ja? Patrzę na Pachę i wzrok mam maślany:

– Nie takie, miła – mówię – były nasze plany.

– No wiem. Wiem, kochany – Pacha na to rzecze –

Ale, co się odwlecze, to nam nie uciecze.

Aż nagle z sypialni, piekielnym odgłosem,

który @moll wydaje gdy, miast oddychać nosem

przez sen, uszy nasze kala: chrapać zaczyna!

– „Miały być wakacje” – myślę. – „A co jest? Kpina!”

@moll dźwięki wydaje, tak jakby w Hadesie

męki jakieś cierpiała. Albo na sedesie.

Ja z Pachą czułości wymieniamy trochę:

– Dobrze – mówię w końcu – idę spać na sofę.

A Pacha do sypialni, tam gdzie @moll tak chrapie

i usnąć tam nie może, pod pachą się drapie.

Aż nagle: chwila ciszy! Pachy sen już bliski,

ale: nic z tego! Z @moll bowiem głos niski

dobywa się, w mroczne wkraczający basy:

– MEMENTO, K⁎⁎WA, MORI! WY GŁUPIE K⁎⁎⁎SY! –

Pacha z półsnu wyrwana, zaczyna się trzęść

bo przez @moll przemówił straszny sam Pratchetta Śmierć!

– Śmierć! Chcę z nim pogadać! Jestem tego łasy! –

to krzyczy nagle Splash, wyskakując z szafy,

tak jak z Kition Zenon czy z konopi Filip.

– Dajcie, dajcie pogadać! Dajcie moi mili!

Lecz ze strony @moll : cisza. Splash: gęba niczym karp.

Nie pogada z kostuchem, jak mistrz Polikarp.

– Splash – miast śmierci, ja pytam – pojąć nie potrafię

co ty, do cholery, robisz w naszej szafie?!

– Sonet tam układam! I jeszcze wersów parę:

a zamknę rozważania! Jak Aureliusz Marek!

– To układaj – mówię. – Tylko cicho. Chcemy spać.

Tym bardziej, że – szczęśliwie! – @moll przestała chrapać.

I tak to właśnie minęła nasza grecka noc:

Splash: szafa, panie: łóżeczko, ja: sofa i koc.


Rano (o trzynastej) obudził nas śpiew cykad.

Nie żeby za oknem, tylko jakby z Cyklad

niesiony z leciutką był bryzą przez morze.

Tylko zapachu bryzy nie czuć… O mój Boże!

Bo zaraz po słuchu, z lekkim opóźnieniem

to wyrwało się ze snu i me powonienie.

Te zapachy: poezja! Rymy aromatów!

Ryb pieczonych, warzyw, przypraw… chyba z kwiatów?

Choć po spaniu na sofie trochę źle się czuję,

radość mnie rozpiera! @moll w kuchni króluje!

Zupełnie niewyspana, no i całkiem bosa,

moja Pacha wychodzi, a czubek jej nosa

robi za przewodnika. – Ryżyk daje radę

zawsze. Lecz tutaj czuję pieczoną doradę.

Musiałam, widzicie, w Grecji wylądować

żeby podniebieniu trochę pofolgować –

tak mówi. A ja na to krótko: – Moje damy,

gadać to tu nie ma co. Siadamy! Śniadamy!

I choć lewą ósemkę toczy mi erozja,

to istna się w gębie rozpływa ambrozja!

– @moll ! To było wspaniałe! Jak ci wynagrodzę

ten posiłek poranny? – A, pozmywać możesz –

tak mi odpowiada z uśmiechem złośliwym.

A i jeszcze dodaje: – Czas uczynić żywym

feminizm nowoczesny. Tak chce bowiem naród:

kobiety na traktory, mężczyźni do garów.

Ale to tylko w kwestii jest zmywania

bo się nie nadajecie nic do gotowania.

W kuchni innego pożytku z was nie ma

niechże w bój nas wiedzie Figur Magdalena!


Zaskoczony co nieco tą-że jej przemową

zmywam cicho talerze pod bieżącą wodą.

A duma moja męska katusze przeżywa

aż tu nagle myśl taka do głowy przybywa,

i zwracam się z nią do Pachy: – Moja miła!

Gdybyś tak gotować od @moll się poduczyła…

No nie dała mi skończyć, już przeszła do krzyku:

– Jeszcze jedno słowo i, jak ten od cyników,

no, jak mu? Diogenes! – dziś będziesz spać w beczce!

No? Słucham? Chciałbyś może dodać tu coś jeszcze?

– Nie – odpowiadam chłodno, jak pomnik ze spiżu –

ale, skoro o żarciu, do tematu ryżu

może byśmy przeszli? Tego, co żonie Splasha

ukrycie przesyłasz. Gdzie w tym miłość nasza?!

Gdzie są nasze śniadania, obiady, kolacje?!

Pacha, gdzie jest to wszystko? Ja cię na wakacje…

– Hola, hola! – przerywa – pamiętaj ty o tem

że też i moje ciężko zarobione złote

w kołchozie, całe DWIEŚCIE SZEŚĆDZIESIĄT CZTERY,

poszły na te wakacje! Do jasnej cholery!

– Te złote to była w konkursie nagroda! –

ja atak jej odpieram. – Nie! Nagrody szkoda

byłoby na wyjazd z takim niewdzięcznikiem,

co docenić nie umie kiedy go ryżykiem

dla zdrowia jego tylko leciutko podtuczę!

Od @moll się ucz, mi mówi! Lecę i się uczę!

Na to @moll się wtrąca: – Wiecie, ja wam z rana

gotuję, a wy? Takie, żem zakłopotana,

awantury tu przy mnie sobie urządzacie.

Serio, gdy już musicie, gdy kłócić się macie,

róbcie to sobie gdzie indziej. Gdzie? Ja tam nie wiem.

Radę dam wam tylko: nie utknijcie w gniewie.

Kłótnie wam się zdarzą, tak bywa w miłości.

Lecz gódźcie się po nich z pomocą czułości.

Mnie na to łzy w oczach niemęskie stanęły:

mało brakło a miłość diabły by nam wzięły.

Pacha jest przytomniejsza, słowa te gorące

wypowiada: – Przepraszam, me kochane słońce.

– Nie, to ja cię przepraszam – tak odparowuję

i ten wzrok już jej widzę, i że się szykuje

nam tu spięcie kolejne: kto winien przeprosić.

Tak jak i wiatr przed burzą zaczyna przynosić

na spokojne niebo znikąd ciemne chmury,

tak wieje nam tu grozą nowej awantury.

Szczęściem znowu w rozmowę @moll nam wtrąca się:

– Fajnie, że tak oboje siebie przepraszacie!

To teraz razem idźcie gdzieś pospacerować

a ja tymczasem obiad będę nam gotować.

To będzie uczta która wzruszy wasze wargi,

choć niewyszukana, jak w barze u Hargi

z najlepszymi żeberkami; w książce Mort,

pisał o nim sam sir Pratchett. Szkoda, że nie lord.

Ogromnie mi tenże @moll pomysł przypasował

więc do Pachy kieruję takie oto słowa:

– Ja przecież wiem o tym, dobrze cię znam, kochana,

ty bywasz coś rankami zwykle niewyspana

a wtedy pokazujesz drugie swe oblicze.

–„Chociaż – tak myślę sobie – „przecież na to liczę

że po nocach wysypiać ci się raczej nie dam.

Tak źle i tak niedobrze! Bieda, będzie bieda!

Mąż taki ze mnie będzie trochę pokrzywdzony:

albo się wcale przyssać nie uda do żony

albo co rano znosić jej humory będę.

I jeszcze ten ryżyk. I Splasha żona! Błędem

czyżby jednak było się na nią zdecydować?

Głupim! To moja Pacha! Umie oczarować!”

Z wnioskiem takim to z myśli monologu

przechodzę więc dalej z Pachą do dialogu:

– Wiesz, myślę, że @moll ma rację, dość już tej wojnie,

naprawdę powinniśmy pogadać spokojnie.

Dzień dzisiaj jest tak piękny, może na spacerze

wyjaśnimy tę sprawę, pogadamy szczerze?

Pacha się na to zgadza, biegnie do sypialni.

Za chwilę w outficie, prosto jak ze szwalni

w drzwiach się pojawia i zęby do mnie szczerzy:

– Ja jestem już gotowa! Gdzie idziemy, Jerzy?

Coś mi tu nie gra. I mówię: – Pacho, ma miła,

może byś tak przed wyjściem chociaż się umyła?


***


Stopka redakcyjna


Oficyna Wydawnicza Kawiarnia #zafirewallem

Internet, 2023


@George_Stark , 2023

Redakcja: @George_Stark

Korekta: @George_Stark


#tworczoscwlasna #poezja

Wspaniały odcinek. Za Zenona, Marka no i Diogenesa też, daję 11/10!

– MEMENTO, K⁎⁎WA, MORI! WY GŁUPIE K⁎⁎⁎SY! –

A to, to już w ogóle mistrzostwo Nawiązanie do mojego soneciku i Śmierci Pratchetowskiej oraz późniejsze bezpośrednie wspomnienie o książce "Mort", którą to niedawno skończyłem czytać. A jest to pierwsza książka Terrego, którą przeczytałem w życiu.

Przypasował mi ten odcinek mocno, poranek umilony bardzo.

Czekam niecierpliwie na dalsze części.

@George_Stark nie dodam niczego ponad to, co już napisali poprzednicy. Świetnie się czytało i humorek z rana od razu lepszy

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry drodzy Rymokleci!


Dopadły mnie na tej emigracji jakieś tęsknoty za ojczyzną – jak Mickiewicza normalnie! A że okres świąteczny, to mi się jedno z drugim jakoś połączyło. Proszę, oto poniżej moja ostatnia propozycja w bitwie #nasonety:


***


Święta w domu


Parasol w kącie stoi zmoczony

a deszcz za oknem jak szum pacierzy:

kolejny grudzień deszczem kreślony,

tęsknię za takim, co śnieżył.


Brakuje tego, co człowiek już przeżył

gdy jeszcze nie był zmęczony,

gdy jeszcze "że wszystko mogę" wierzył

w naiwność swą zanurzony.


Kiedy kolędy fałszował o świętym,

albo choinkę ubierał przejęty;

głos siostry: – Na czubek: ta gwiazdka z kartonu.


Nie brakiem potraw dwunastu jestem przejęty,

nie brakiem prezentów ogromu;

ja tęsknię za dziecka świętami w domu.


***


Dziękuję.


#poezja #tworczoscwlasna #zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

DEMENTI


Szanowni Państwo!


W związku z pojawiającymi się uderzającymi w moją skromną osobę kalumniami, żem erosoman i że tylko balony mi w głowie, poniżej przedstawiam dowód na to, że nie jest do prawda. Owszem, staram się poruszać w tematyce wszelakiej, również poniżej pasa (ale i powyżej też, o czym niech zaświadczy poniższy utwór). Tak więc, zaspokoiwszy potrzebę trzewi, przechodzę do potrzeby serca. Było o miłości fizycznej, będzie o miłości emocjonalnej. Tylko ona gdzieś tam po drodze – niestety – zaginęła.


***


Wspólny poemat


W młodości razem poemat natchniony

pisaliśmy, otwarci na siebie i szczerzy.

W nim miłość naszą na cztery strony

głosiliśmy światu. Nie wierzył.


Pierścionek dałem ci przy wieczerzy

ze słowy: niż ty, ja nie chcę mieć innej żony.

I ślub był. I dziecko - a dziś do młodzieży

nasz synek może już być zaliczony.


Lat kilkanaście nie czuliśmy mięty:

ty byłaś zajęta, ja byłem zajęty –

dotyk obojętności syndromu.


I wspólne życie, jak ołówek pęknięty,

gdy wyszło, że pisać nie ma już komu.

Poemat? Nie będzie drugiego tomu.


***


Dziękuję.


#poezja #nasonety #tworczoscwlasna #zafirewallem

2 sonety jednego dnia, a to niby ja jestem hurtownikiem

Ale wrzucaj jak najwięcej, bo są świetne!

Co tu dużo mówić, widać, że odnajdujesz się i w erotyku i na poważnie i w tematyce vomitnej. Szacuneczek

Zaloguj się aby komentować

Najmilsi!


Ponieważ


obudziłem się później niż zwykle

wstałem z łóżka, w radiu była muzyka;

najpierw zdjąłem koszulę, potem trochę tańczyłem

i przez chwilę się czułem jak dziewczyna świerszczyka


to muszę sobie z tą poranną ochotą jakoś poradzić. A jakież może być lepsze remedium żeby spuścić z siebie trochę porannego ciśnienia aniżeli poezja? No to machnąłem taki sonet i niech on będzie kolejną moją propozycją w bitwie #nasonety


***


Uliczna kramarka


Handlarka zabawek, w stroju zielonym,

w ulicznym kramie towar jej leży.

Ach! Czegóż tam nie ma! Kolejki! Wagony!

I nawet z ołowiu żołnierzyk!


Na ramię spoglądam: bez żadnych łupieży;

włosy śliną przygładzam i chuch do dłoni:

upewniam się, że oddech mój świeży.

Jest okej! Ruszam więc ku niej i w takie tony


uderzam (na głos się silę namiętny:

za Casanovę chciałbym być wzięty):

– Wybacz, o pani, że bez pardonu


twój spokój zakłócam święty.

Nie kupię tego z ołowiu plutonu,

daj tylko dotknąć balonów!


***


Dziękuję.


#poezja #tworczoscwlasna #zafirewallem

@George_Stark

Rano wstaję,

Zęby myję,

Wkurza wszystko mnie.

Ranne ptaszki pozabiję,

Spać ja tylko chcę.

Nocne marki hej do boju!

Swój postulat mam.

Niechaj sowy rządzą światem!

Będzie lepiej nam!

Zaloguj się aby komentować

Drodzy!


Moje drugie podejście do bitwy #nasonety . Tym razem będzie nieco lżej niż ostatnio. Choć – być może – narażę się męskiej większości bywalców naszej kawiarni zdradzając damskiej mniejszości sekret tego, dlaczego mężczyźni tak mocno przeżywają każde najmniejsze przeziębienie. No ale, poeta przecież musi mieć odwagę mówić prawdę. Inaczej nie byłby poetą, prawda? To, że ubiera ją w piękne słowa, to tylko efekt uboczny.


***


Jak wyobrażam sobie zżyte małżeństwa starej daty oraz do jakich wybiegów zmusza nas współczesny, pędzący świat


Coś mnie ostatnio wzięło i jestem przeziębiony.

I w gardle mnie drapie, i nosa nieżyt:

doprawdy, mój żywot jest zagrożony!

Termometr podaje mi żona: nie wierzy,


co słupek rtęci czerwony wymierzył:

on bowiem tkwi niewzruszony.

– Patrzcie go! Chłop taki! Z katarkiem leży! –

próbuje mnie podejść z tej strony.


I maścią końską naciera mi pięty,

i sok z kapusty podaje skiśnięty,

a stan mój wciąż bliski OIOM-u.


Lecz gdy się odwraca, ja uśmiechnięty:

pomimo mych zajęć całego ogromu

nareszcie mogę pobyć z nią w domu.


***


A, jeszcze formalności: d_i proposta_ od Splasza, autorstwa pana Asnyka, tutaj . Inne risposty na tagu #nasonety . Polecam!

A tagi tutaj: #tworczoscwlasna #zafirewallem , czyli coś jakby #poezja


Dziękuję za uwagę.

Zaloguj się aby komentować

718 + 1 = 719


Tytuł: Rudowłosa

Autor: Orhan Pamuk

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10


#bookmeter


Strach nie był jedynym uczuciem, jakiem przepełniała człowieka głębokość studni; czuło się także podziw dla tego, kto zszedł tak nisko, używając jedynie kilofa i łopaty.


O czym może traktować literatura? Można, na przykład, napisać podzielone na sześć ksiąg (umieszczonych przez wydawcę w trzech tomach) dzieło (tworząc przy okazji cały złożony świat) o ratowaniu świata przed Złem poprzez podjęcie wyprawy mającej na celu wrzucenie obrączki do wulkanu. Można zagłębić się w najczarniejsze zakamarki duszy człowieka i rozważać co też się w niej może dziać, kiedy zabije on człowieka, starą lichwiarkę, która z moralnego punktu widzenia kryształowa to jednak nie była. A można też, jak pan Pamuk w Rudowłosej, napisać o kopaniu studni.


To niezwykła pisarska umiejętność: stworzyć ciekawą historię, zapętlającą ze sobą kilka wywodzących się z różnych kultur motywów, wokół tak prozaicznego – wydawałoby się – tematu, jakim jest wspomniane kopanie studni. Wydawałoby się, że prozaicznego, bowiem akcja powieści zaczyna się w roku 1986 i, jak twierdzi autor, wówczas jeszcze nie korzystało się z wiertnic i nie istniała tomografia elektrooporowa (to drugie stwierdzenie moje); poszukiwanie wody cały czas odbywało się tradycyjnymi metodami, przekazywanymi od wieków przez mistrzów uczniom, którzy później sami stawali się mistrzami. Pierwszym, co zwróciło moją uwagę była właśnie świetna postać mistrza Mahmuta. Studniarza, który pod swoje skrzydła przygarnął, jako asystenta, Cema Çelika. Zastąpił też po części temu chłopcu ojca, który to zniknął z jego życia. Świetna była ta pierwsza część! Te opisy pracy studniarskiej i wieczorów spędzanych wspólnie, na snuciu opowieści (mimo, że mistrz Mahmut miał już przenośny telewizor) –aż czułem ten klimat podstambulskiego wieczoru i nawet trochę zazdrościłem, że można tak po prostu siedzieć sobie razem ciepłą nocą obok namiotu i snuć opowieści. Albo ich słuchać.


Później w życiu Cema pojawia się tytułowa Rudowłosa i chłopiec staje się mężczyzną. Więcej, żeby nie zdradzać szczegółów fabuły i ewentualnie nie psuć komuś przyjemności z lektury, pisał o niej nie będę. Wspomnę natomiast o tym, że kapitalnie udało się panu Pamukowi połączyć w jedną opowieść stare mity i legendy. Przede wszystkim grecką opowieść o Edypie (który nieświadomie zabija własnego ojca) z perską opowieścią o Rostamachu (który nieświadomie zabija własnego syna), ale też turecką legendę (którą wcześniej znałem w wersji irakijskiej) o aniele śmierci, przed którym ojciec chciał ocalić syna wysyłając go z dala od domu. Kapitalnie wyszło to fabularnie. Tym bardziej, że te dwie pierwsze opowieści wyraźnie wskazują, że w tej książce ktoś kogoś zabije. Pytanie tylko – które niesamowicie rozpaliło moją ciekawość – kto kogo?


Rudowłosa napisana jest w sposób ciekawy – tutaj podnoszę już wyłącznie kwestię języka – co doceniam, ale nie przypadła mi pod tym względem jakoś szczególnie do gustu. Nie potrafię tego uargumentować; nie potrafię powiedzieć dlaczego. Niby język użyty w tej książce jest płynny, momentami nawet można by powiedzieć, że w jakiś sposób szlachetny (? – nie umiem znaleźć lepszego słowa), choć w sposób nieprzesadny; nie czytało mi się jej źle, nie była męcząca, ale do zachwytu nad językiem to mi w tym przypadku dość daleko. Nie przeszkadza mi natomiast, dość ograna, kompozycja „książki w książce”. Skoro cały czas, po tysiącach lat, sprawdzają się motywy z mitów i legend, dlaczego inaczej miałoby być w przypadku kompozycji? Zresztą, przecież to co w jakiś sposób znajome, zwykle jest przyjemne. A i w odbiorze łatwiejsze. Można, oczywiście, silić się na oryginalność – jak na przykład inny noblista, pan Saramago – tylko później wychodzi to wszystko tak, jak wychodzi. W książkach tego Portugalczyka jest, owszem, „szokujący i nowoczesny styl” – który mnie strasznie wymęczył! – tylko czy jest w nich coś poza nim? Ja nie znalazłem. U pana Panuka natomiast, w opowieści prowadzonej językowo bez jakichś wyjątkowo spektakularnych eksperymentów, treści jest mnóstwo. Ja wolę właśnie tak. Bo czy literatura piękna naprawdę musi być nowoczesna i szokująca? Nie wystarczy żeby była po prostu piękna?

ff1e4ffd-ff73-4e88-a822-5d360f0f135e

Zaloguj się aby komentować

713 + 1 = 714


Tytuł: Stoner

Autor: John Williams

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10


#bookmeter


Za życia Stonera jego znajomi z uczelni niezbyt go cenili, a dzisiaj nieczęsto o nim wspominają. Starszym wykładowcom jego imię i nazwisko mimochodem przypomina, jaki koniec ich też czeka, młodszym za to nic nie mówi, nie przywodzi na myśl wspomnień i nie kojarzy się z niczym, co by miało związek z nimi lub ich drogą zawodową.


[…] Tak już się nie pisze […] – takimi słowami (o czym dowiedziałem się z zamieszczonego na końcu książki eseju Skroma książka, autorstwa tłumacza, pana Macieja Stroińskiego) w liście z 11 czerwca 1963 roku do autora Stonera, pana Johna Williams, zwróciła się jego agentka. Pisała tam jeszcze, że, jej zdaniem, powieść dobrze się nie sprzeda. Miała rację w obu tych stwierdzeniach. O tym drugim (i o wspomnianym eseju) w dalszej części, bo sama historia tej książki to ciekawa rzecz, najpierw jednak o samym utworze.


Bo tak, rzeczywiście, tak jak napisany jest Stoner się nie pisze. Nie pisze się dziś, nie pisało się w roku 1963, kiedy to pan Williams przekazał agentce maszynopis, nie pisało się w roku 1965, kiedy to Stoner został wydany. W zasadzie to mam wątpliwości, czy w ogóle kiedykolwiek pisało się tak, jak pan Williams napisał Stonera.


Na początek sama postać protagonisty. Ten cytat na początku wpisu mówi bardzo dużo – w zasadzie to wszystko – o bohaterze, o którym ta opowieść jest. Z – nazwijmy to szeroko – teorii literatury wiem, że główny bohater powinien być charakterystyczny, mieć jakąś cechę która go wyróżnia, swój cel, pragnienie i motywację. I tak dalej. William Stoner nie ma prawie żadnej z tych cech. A nawet jeśli już którąś z nich ma, to ma ją tak nie za bardzo. Jak przebiega wobec tego życie Stonera (a i innych bohaterów tej książki)? Oddam głos autorowi, bo nie będzie lepszej odpowiedzi na to pytanie niż kilka cytatów z książki:


I począł pytać Stonera o to, co nazywał jego „widokami na przyszłość”. Stoner odpowiedział najlepiej, jak umiał; wcześniej nie zastanawiał się nad swoimi „widokami”, ze zdziwieniem więc zauważył, że wyglądały tak marnie.


Znasz mnie, więc nie muszę mówić, że Niemców mam w d⁎⁎ie. Amerykanów, szczerze mówiąc też, również, gdy się zastanowić […] Idę chyba dlatego, że to w sumie wszystko jedno.


Lato spędził u rodziców, żeby pomóc im przy żniwach. Kiedy ojciec go zapytał, jak mu się studiuje, powiedział, że dobrze. Ojciec tylko kiwnął głową i nie wracał do tematu.


Dopiero w pociągu, którym wyruszyli na miesiąc miodowy, by spędzić tydzień w Saint Louis, William Stoner pojął, że jest już po wszystkim i oto ma żonę.


William to jest dobry chłopak. […] Proszę być dla niego dobrą. Bo ktoś musi.


Brzmi zachęcająco, prawda? A to jeszcze nie wszystko!


***


To nie wszystko, bo drugą sprawą, na którą zwróciłem uwagę jest to, jak ta książka jest napisana. A jest napisana inaczej niż wszystko chyba to, co do tej pory czytałem. Język jakim operuje (przynajmniej w pierwszej jej części – podział mój i raczej płynny i intuicyjny, a nie dokonany przez autora), jest zupełnie beznamiętny, całkowicie wyprany z emocji. Minimalne dialogi, albo ich zupełny brak też dokładają do tego wszystkiego swoje swoje. Ten język jest płaski (w znaczeniu mało dynamiczny), tak bardzo, że czasami jest wręcz niepokojący. Za to jest doskonale przystający do treści. Rzeczą zadziwiającą przy tym wszystkim jest to, że panu Williamsowi w tym języku udało się zawrzeć sporo piękna. Nie mówiąc o innych rzeczach, takich jak mimochodem rzucane obserwacje dotyczące życia. Takiego codziennego, zwykłego, zupełnie nienadającego się na temat książki – jak życie Williama Stonera właśnie. Pan Williams i to zrobił tak, jak się tego nie robi. Znów będą cytaty.


Pamiętacie może, jak pani w szkole tłumaczyła jak pisać charakterystykę postaci literackiej? No to pan Williams chyba na tej lekcji nie uważał (albo miał to w d⁎⁎ie, bo to przecież w sumie i tak wszystko jedno) i o matce Stonera napisał tak:


Matka do życia podchodziła cierpliwie, jakby było długą chwilą, którą należy przeczekać.


O przyszłej żonie Stonera natomiast tak:


Poznała tajniki dobrego ubioru, właściwej postawy i moralności, czyli bycia damą.


Dla mnie wystarczy zupełnie wystarczy.


A opisy miejsc? Te wszystkie działające na wyobraźnię szczegóły w nich zawarte (choć z drugiej strony, mające jakieś znaczenie – muszę to dodać, bo pan Czechow mi strzelbą grozi)? To tworzenie przed czytelnikiem iluzji, ułatwianie mu uzyskania wrażenia „byłem tam”? Tak robi się to klasycznie. Ale można zrobić to też tak jak pan Williams:


Stoner ledwo rejestrował resztką świadomości, że jest przewożony długimi korytarzami do dziwnego pomieszczenia, które składało się głównie z sufitu i światła.


Ja mam wrażenie, że nie tylko tam, na tej sali operacyjnej, byłem i to widziałem, ale że sam na tym szpitalnym wózku byłem wieziony.


I tylko jedna rzecz mi się w tej książce nie podobała. W pewnym momencie bowiem język się zmienia. Nabiera jakby dynamiki. I chyba nawet nie przez to, że i Stoner napotkał jedyną chyba w życiu sprawę, w którą się zaangażował (dużo powiedziane! – ale przynajmniej postawił opór), ale przez to, że zostało wprowadzone do treści więcej dialogów. Z mojej perspektywy: szkoda.


***


I mimo tego całego tego ciężaru jednak podjętej w Stonerze tematyki, to zdarzało mi się przy tej lekturze i pośmiać. Najlepsza – według mnie – komedia, co będę za panem Gogolem powtarzał, jest o nas samych. Nic w końcu nie bawi tak, jak własna nieudolność. A wiele z zachowań, czy to Williama Stonera, czy innych postaci z tej książki, znam z autopsji. I, jeśli kiedyś przydarzy mi się jakiś romans, to jego początek na bank będzie wyglądał tak, jak początek romansu Williama Stonera z Katherine Driscoll!


***


Bardzo ładnie po lekturze (i bardzo dobrze, że dopiero po, że zamieszczono go na końcu) światło na ten utwór rzuca wspomniany na początku esej tłumacza, pana Macieja Stroińskiego. Oprócz historii tej powieści: od jej niedocenienia zaraz po wydaniu, po stopniowe odkrywanie po wydobyciu gdzieś z archiwów, najpierw w Stanach, później w Europie, aż do sukcesu, który to sukces – o tym też jest w tym eseju, poparte cytatami z korespondencji pana Williamsa – jej autor przewidywał, jest też tam fragment o tym, że to właśnie pan Williams, dwadzieścia pięć lat wcześniej, zanim ten termin został spopularyzowany, użył sformułowania „literatura mniejsza” (minor literature) – sam w sobie, swoją drogą, brzmiący świetnie. Ja się teraz mądrzę, bo wyczytałem to w tym eseju, a tak naprawdę wcześniej nie miałem o tym pojęcia. Ale teraz, kiedy już wiem, że coś takiego istnieje, mam ogromną ochotę tę „mniejszą literaturę” poznawać. Bo ona bardzo mi się podoba, z tą jej oszczędnością w każdym możliwym wymiarze. Problemem, tak mi się wydaje, może być dotarcie do niej. To, że nie była, nie jest (i pewnie nie będzie) szeroko znana i popularna, wiedział już pan Williams, który (tym razem o wierszach, również „mniejszych”, swojego idola, pana Jamesa Cunninghama) napisał tak: Nasi dzisiejsi krytycy mają przykry zwyczaj, żeby lekceważyć dzieła nierobiące szumu wokół samych siebie i tchnące skromnością. Myślę jednak, że warto zadać sobie trud poszukania tego typu książek. Wrażenia z lektury są tego go wynagradzają.


***


Czasami mi się zdarza, już po lekturze, poczytać o niej komentarze. Porównać sobie mój odbiór z odbiorem innych czytelników. Tak zrobiłem i tym razem. Jeden z nich szczególnie mi się spodobał i zupełnie się z nim zgadzam, dlatego pozwolę sobie nim się podzielić .


***


EDIT: A, zapomniałem napisać, że i okładka mi się przeogromnie podoba. Też minimalistyczna niemal do granic, niesamowicie pasuje do tego, co w środku. Bardzo lubię takie szczegóły!

86a0afac-a26a-47ef-b927-31e4f2ab5868

@George_Stark czytałeś człowieka który śpi Pereca? Wydaje mi się, że pasuje do tego nurtu, o którym piszesz, że chcesz poeksplorować.

Zaloguj się aby komentować

Będzie krótko, bo dziś chyba przedawkowałem rymowanie.


Oto przystępuję do bitwy #nasonety w kawiarence #zafirewallem prezentując swoje dzieło w kategorii #tworczoscwlasna z gatunku, powiedzmy, #poezja


Nie wiem skąd mi przyszła do głowy inspiracja, ale przyszła i jest nią (dość luźno) postać Jan Valjeana z monumentalnej powieści Nędznicy pana Victora Hugo. Oto i proszę:


Za chleb – wolność


Pod połą płaszcza chleb niesie skradziony.

Ukradł, bo dotarł do głodu wybrzeży.

Wraca szczęśliwie do dzieci, do żony

a za nim strach ukryty gdzieś bieży.


– Doprawdy, udało się! – naiwnie wierzy

bo nie wie jeszcze, że został zdradzony,

że sąd sprawiedliwość jemu wymierzy

i że na galery zostanie wsadzony.


Siłą na okręt on będzie wciągnięty,

spod prawa ten człowiek – biedny – wyjęty,

żyć zawsze już będzie z tym piętnem sromu.


I ból, ból w mięśniach tak niepojęty!

I łza, jak list z najniższego okrętu poziomu

przez morze niesiony: jak tam wam w domu?

Wyszło fenomenalnie, to chyba do tej pory najlepszy sonet jaki został opublikowany na tym tagu Czapki z głów!


Tylko Javerta to nie wzruszyło

9a40cbb7-fa54-47c4-862a-55736428b710

Zaloguj się aby komentować

Pan Jerzy

czyli ostatni slam w Gorzowie


Od Autora

Całkiem poważnie się Wam, drodzy Czytelnicy przyznam, że kiedyś miałem (a w zasadzie dalej mam, tylko nic już w tym kierunku nie robię) marzenie żeby napisać powieść. Ba! Nie tylko żeby napisać, ale i opublikować! I to nie własnym nakładem! Zawsze dość sporo czytałem i niezmiernie bawiło (i dalej bawi) mnie w tym czytaniu wiele rzeczy. Jedną z nich jest właśnie tytułowanie wstępu słowami, jakich zdecydowałem się tutaj użyć, to jest zwrotem „od autora”. Zwrotem, który logicznie sugeruje to, że cała pozostała część od autora nie jest. W zasadzie to jednym z powodów tego, że powieść chciałem opublikować jest przemożna chęć podzielnia się tą właśnie powyższą refleksją. Powieści raczej nie będzie, więc – z czego bardzo się cieszę – dzielę się nią z Wami tutaj.


Spełniwszy choć w części swoje marzenie oto oddaję do rąk Waszych kolejną część tego wspaniałego poematu, który tworzę w ramach radzenia sobie z problemem zbyt dużej ilości wolnego czasu w moim życiu. Możliwe, że mógłbym wykorzystać go inaczej, np. napisać 4 reportaże o perspektywach rozwoju małych miasteczek (znacie wiersz pana Andrzeja Bursy Sobota? – jeśli nie znacie, to sobie przeczytajcie; to jeden z moich dwóch ulubionych). Na wszelki wypadek, gdybyście Wy mnie nie pochwalili (proszę się nie krępować) to sam się pochwalę tym, z czego w tej księdze jestem szczególnie dumny: bardzo podoba mi się mianowicie rozwiązanie fabularne w postaci nagłego greckiego deszczu. Podoba mi się też kilka innych rzeczy, ale o nich nie będę pisał. Na wszelki wypadek zostawię Wam trochę pola do pochwał.


Dziękuję za uwagę i zapraszam do lektury treści właściwej. Ona również jest od autora.


Autor


Spis treści

Księga I

Księga II


***


Księga III

W Grecji


Księgarnia – Spotkanie – Hotelowe problemy – Impreza


Cóż zrobić przy okazji takiego spotkania?

I u mnie, i u Pachy różne zachowania:

ja to może i nawet bym udawał Greka:

– Przyleciała tutaj? Niech se w krzakach czeka!

Pacha zaś, z wielkim, jak u mongolskich słoni,

sercem, ku @moll zmierza, z sercem tym na dłoni

– Cumpelo! – mówi. – Chodź! Usmażysz nam kotleta!

A później przenocujesz u nas na waleta!

Ja – z miną na mej twarzy jak siedem nieszczęść,

bom z wieczora do Pachy przyssać się miał chęć –

a tu: dwie baby na raz! Wizja mnie pochłania:

ileż to dziś wieczorem będzie tam gadania!

A @moll – kobieta jest to współczesna, a zatem

stawia sprawę szybko: krótkim komunikatem

oznajmia: – Nie! Niech kotlet chwileczkę zaczeka,

chcę sobie kupić najpierw po grecku Pratchetta!

A później, bo gotowanie jednak chwilę trwa,

miast kotleta, może kebab? Obok wszak Turcja!

Pacha na te słowa w oczy mi spogląda

namiętnie. I na całkiem szczęśliwą wygląda.

Głaszcze mój policzek, z brodą moją szorstką:

– To jest świetny pomysł! Wiesz? Ja lubię na ostro

kebaba opędzlować! Weźmy mnóstwo sosu!

Tak, że aż nam wszystkim para pójdzie z nosów!

Ustaliwszy więc plan w sprawie zajadania,

ruszyliśmy samotrzeć na poszukiwania

księgarni. @moll się zatrzymuje, z nadzieją

wrzeszczy: – Widzę napis! Brzmi on: Βιβλιοπωλείο!

Wchodzimy. Nie na oczy zwykłego człowieka

to, co widzę w środku. Bowiem, dla mnie: greka!

Niczego nie pojmuję! Choć żem Satyr świński,

to wolę – jak Faun jednak – alfabet łaciński.

@moll w tym czasie: szał! W półki jak nie ruszy!

A Pacha? Jak to zwykle: stoi i się puszy.

@moll książkę znalazła, z okładki zawijas

czyta nam (znasz grekę?!): – Το Χρώμα της Μαγείας!

Mam! Mam! Mam! Nareszcie! Znalazłam to, co chciałam!

Teraz chodźmy na kebab! Trochę już zgłodniałam!


Docieramy na agorę. Jest! Dobra nasza!

Stoi tam buda dumna! Nazwa? „Kebab Pasza”.

Głodni, a więc prędziutko, śród greckiego żaru,

zmierzamy raźnym krokiem wprost do kontuaru.

Lecz, nim spytam: „na co macie, moje panie, chęć?”

Patrzę: któż to tam za ladą?! @splash545 ?!

– Co ty tu robisz, stary?! – ten widok mnie wzruszył.

– Wiesz, dopadł mnie ostatnio gang proletariuszy.

Puściły mnie, hamy, w skarpetkach i gatkach!

Odkuć się teraz muszę, pracując na saksach!

– Racja! – rzuca @moll gromko i zaraz cytuje:

– Pieniądze to są ważne, kiedy ich brakuje!

Tak pisał pan Pratchett, w tym swoim tomisku,

co tytuł nosi taki: Nauka Świata Dysku.

Na to wtrąca się Pacha: – Przerywać nie chciałam

tej ciekawej rozmowy, ale tak zgłodniałam,

że nie wytrzymam dłużej! Zanim więc do sprawy

przejdziemy, proszę!, błagam! weźmy te kebaby!

Tak czas nam upływał w tym antycznym mieście

na gadce przy kebsie. Ostrym, w cienkim cieście.

Rozmowa była przednia, a, się nagadawszy

i kałduny tym zacnym posiłkiem napchawszy,

uderzam w te słowa: – Splash, mój przyjacielu,

czas już będzie na nas, albowiem do hotelu

natychmiast powinniśmy zacząć się kierować

ażeby na spokojnie tam się zameldować.


Próbę, przed samą bramą hotelu naszego,

podejmuję powrotu do tego swojego

pomysłu wieczorem do Pachy się przyssania.

Jaram się od samego już fantazjowania!

Słowa takie kieruję ku przyzwoitce @moll:

– A może byś tak jednak, turystycznie, jak troll,

pod most spać se poszła? W końcu, ja tam nie wiem,

co to jest za różnica? Grecja czy Kociewie?

@moll nie odpowiada, a Pacha we wrzask: – No wiesz!

Nie jak Dżordż się zachowujesz, lecz jak jakiś jeż!

co tylko kolce stroszy: byle do samicy!

Co, @moll ci nie pasuje?! Sam śpij na ulicy!

I nagle: Trach! Piorun! Grom z nieba jasnego!

To sam Zeus docenił błyskotliwość tego

komentarza Pachy. Ja: – „Trudno! No to będę” –

myślę sobie tak – „nie sam, lecz ze swym popędem,

spał dzisiaj na sofie. I, zgiąwszy tam kolana,

bo sofa ciut przykrótka, męczył bakłażana.”

Naprzód jednak dopełnić musim formalności:

wpisać się na recepcji do rejestru gości.

Przed samym wejściem @moll , bo będzie waletować,

pod pachę Pasze jakoś próbuje się schować.

Nie wychodzi to wcale, a ja, no bo moknę,

(nagle deszcz zaczął padać) mówię: – No to oknem

wejdziesz trochę później, gdy będzie już po wszystkim.

– Dobrze – mówi @moll – okno całkiem jest mi bliskim.

Pratchett to o oknie w książce Prawda pisał,

idę więc szukać okna – gdyby ktoś się pytał.

Rozdzielamy się: @moll pod okno, my do środka.

Naraz Pacha blednie i jej postawa wiotka

jakoś dziwnie się staje. – W porządku, ma droga?

Pytam, bo widzę, że coś niepewnie na nogach

stoisz. – W tym kebabie, to coś nieświeżego

być musiało – mówi mi. – klozetu jakiegoś

pilnie potrzebuję! A recepcja jest pusta!

– „Nic jej tu nie pomoże, nawet usta-usta!” –

myślę sobie. Myśl moja troszeczkę nieczysta:

bo – z braku laku – i z ust bym skorzystał.

– No dobrze, kochana – tak mówię – całe szczęście,

powiedzieli nam, w którym apartamencie

mieszkać tutaj będziemy. Wprost tam się udamy

i może gdzieś po drodze obsługę spotkamy?

Docieramy pod drzwi nasze, numer sto dziesięć

a przed drzwiami nikt inny, jak @splash545 :

hotelowy uniform, pęk kluczy za pasem.

Stoi tam i macha dumnie srebrnym swym ku⁎⁎⁎em.

Milion pytań przychodzi, nawał ich ogromy,

w kryzysie ja jednak pozostaję przytomny:

– Kolego! – mówię prędko. – Później pogadamy!

Wpuść do pokoju! Pilna potrzeba mej damy,

czekać już nie może! Splash w mig drzwi otwiera,

a Pacha – o mój Boże! – jakby u sprintera

nauki pobierała, tak przestrzeń pożera!

Dwie sekundy i już! Już siedzi w klozecie!

– Co za ulga – mówi – na czas w toalecie!

Dajmy jej tam spokoju, chociażby i po to,

by tam, gdzie to i sam król chodzić zwykł piechotą,

bez stresu mogła sobie załatwić co trzeba.

Ja tymczasem do Splasha: – Tyś tu? Wielkie nieba!

Splash mi rzecze na to: – Widzisz Dżordż, ja do chaty,

szybciutko chciałbym wracać. Stąd te dwa etaty.

Tym bardziej że tam sama siedzi moja żona.

Boję się, że utyje, ryżykiem karmiona,

co to go jej Pacha, za moimi plecami

przesyła łącząc wraz z miłości listami.

Może bym się i kapnął, po tymże wyznaniu

że jest coś dziwnego w tym jej wysyłaniu,

że coś tu jest nie tak, że związek mi się wali,

gdyby nie okrzyk z kibla: – Auu! Jak mnie pali!

A, na dodatek, gdy brzmią stamtąd Pachy płacze,

Głos się inny rozlega: – A wiecie, że Pratchett…

To ona! @moll tutaj do nas dostała się oknem!

– Hej! Nie mogę już dłużej tam czekać, bo moknę.

Ja, zły jak jasna cholera: tako do niej gadam:

– Deszcz to na wiedźmę, jak Pratchett pisał, nie pada.

Ja też umiem Pratchetta cytować, gdy trzeba,

to było z książki Kapelusz pełen nieba.

@moll się zrobiła smutna, przesadziłem teraz,

no i trochę zepsuła się nam atmosfera.

Tym bardziej, że i zapach doleciał – niestety –

gdy Pacha otworzyła drzwi od toalety.

I w całej tej sprawie jedna rzecz jest miła,

bo wyszła stamtąd z okrzykiem: – Przeżyłam!

Sytuację tę marną – uff! – uratował Splash,

mówiąc: – Ej! Jest tu impreza! Pacha, ty ich znasz!

Okazja druga taka prędko się nie zdarzy

zjazd ma dziś tutaj bowiem Związek Kajakarzy!


Wkraczamy na salę, w strojach wręcz galowych.

Pan prezes woła gromko: – Przynieś wódę, młody!

Nagle: głos mu zamiera. Pachę zauważa!

– Ty?! Ty tutaj?! – zdziwiony – se nie wyobrażam

takiego wieczoru bez, jak kocham blask monet,

poezji! Sonet! Pacha! Wyrecytuj sonet!

Pacha wkracza na scenę, pięknie się tam kłania

i gładko przystępuje do recytowania,

a też i bez spóźnienia, co mnie trochę dziwi.

Recytuje jak Homer. Chociaż przecież widzi!

My zaś tam we trójkę, trochę tak, jak jelenie

stoimy obok Pachy – tej gwiazdy na scenie.

I, choć tutaj jest Grecja, to jesteśmy teraz

w tym importowanym świetle Jupitera.


***


Stopka redakcyjna


Oficyna Wydawnicza Kawiarnia #zafirewallem

Internet, 2023


@George_Stark , 2023

Redakcja: @George_Stark

Korekta: @George_Stark


#tworczoscwlasna #poezja

W ogóle imponuje tu ilość detali. Niech przykładem będą takie hamy, co są przez h pisani Widać postaranko


A gdyby, jednak z tą powieścią Ci się udało, to ja kupuję egzemplarz w ciemno

Zaloguj się aby komentować

#tworczoscwlasna czyli #poezja w kawiarence #zafirewallem


Szanowni Czytelnicy!

Czytałem kiedyś o powieściach w odcinkach. Nawet powieści w odcinkach zdarzało mi się czytać. Ale o poemacie w odcinkach to jeszcze nie czytałem. Nie słyszałem nawet. Możliwości są dwie, obie w jakiś sposób pociągające: albo jestem pierwszy, albo jestem ignorantem. Oto oddaję Wam drugą księgę tego wspaniałego _quasi_-autobiograficznego poematu epicko-lirycznego. Mam nadzieję, że będziecie się przy jej czytaniu bawić choć w połowie tak dobrze, jak ja bawiłem się przy pisaniu.


Gdyby ktoś nie wiedział o co w tym wszystkim chodzi, to mnie proszę nie pytać. Ja też nie mam pojęcia. Ale pierwszą księgę można znaleźć tutaj .


Jeszcze, zanim pozwolę Wam oddać się lekturze, chciałem tylko powiedzieć, że jestem w tej księdze dumny z wielu rzeczy, ale szczególnie dumny i szczęśliwy jestem z tego, że jakimś cudem pojawił się na końcu hak narracyjny. Mam nadzieję, że przykuje on Waszą uwagę i będziecie wyczekiwać na kolejną część (co też tam się może wydarzyć?!) z taką samą niecierpliwością jak i ja. Bo sam nie mam pojęcia po co go zastosowałem i do czego on doprowadzi. Ale za to mam już napisane ostatnie dwa wersy ostatniej, to jest dwunastej, księgi poematu!


A tymczasem, nie przedłużając już bardziej, oto przed Państwem:


Pan Jerzy

czyli ostatni slam w Gorzowie


Księga II

Do Grecji!


Last minute – Pociąg – Lotnisko – Lot nisko – A, ten… yyyy… Ateny!


Z wygranej wyszło na łeb po cztery stówki.

No, po trzy i pół – gdy odjąć koszta taksówki.

– I cóż począć teraz z aż taką mamoną?

– pytam tej, która wkrótce ma zostać mą żoną.

Ona zaś złym wzrokiem w telefon swój mierzy

bo laptop wciąż jeszcze w naprawie jej leży.

– Mam! Mam! – krzyczy, ustami o smaku lukrecji –

Wycieczkę last minute! Tanią! I to do Grecji!

Z jednej strony – świetnie! To podróż przedślubna!

Z drugiej, poza Gorzów? – rzecz piekielnie trudna!

Gdzie tyle polskości, gdzie rządzi rasa biała,

gdzie nieraz na kark spadnie policyjna pała!

– Cóż tam będziem robić, w tej ziemi Hellady?

Kraj to zbankrutowany, same pewnie dziady! –

tak mówię. A Pacha zła, łez ma pełne oczy,

jak ryknie, jak z mordą na mnie nie wyskoczy!

I usta lukrecjowe układa do krzyku:

– Znieść ja ci nie mogę tych rybek w Bałtyku!

Śniętych! Nurtem Odry spławionych, tak: bez życia!

Potrzeba mi azylu, miejsca do się skrycia,

bo męki przeogromne nękają mą duszę!

Nad morzem bez ryb martwych odpocząć ja muszę!

Cóż miałem począć pod tym argumentem siły?

Tym bardziej, że dodaje wdzięczenie: – Jedźmy, miły!

I przy tym się do mnie tak – ach! – zalotnie puszy,

włosy na palcu zakręca – kokieta! Duszy

mej wie, jak ma dotknąć. Oj, wie co lubi Jerzy!

(choć Gorzów nad Wartą, a nie nad Odrą leży)

Uległem urokowi! I mówię: – A zatem,

niech będzie, moja droga. Polecim do Aten.

Więc biegiem zmierzamy tam, do podróży biura,

gdzie, już po zakupie, sprzedawczyni ponura

mówi nam, wskazując w kierunku ulicy:

– Wylot to macie państwo ze samej stolicy!

Dalej biegiem! Na dworzec! Zdążylim, na szczęście,

pociąg złapać na stację Warszawa-Okęcie.

A żeby hajs oszczędzić nieco na bilecie

to podróż spędzamy razem w toalecie.


Pomysł to nie najlepszy, bowiem nam tam ciasno,

dużo miejsca zabieram objętością własną.

Pacha w kąt wciśnięta, na jednej tam nóżce

czuje się na pewno jak sardynka w puszce.

Poza tym łapie nas konduktor – choć jest miły.

Mówi nam: – Moi drodzy, jakoś nie mam siły,

wypisywać wam biletu kredytowego.

Ale – zwraca się do mnie – mój panie kolego,

jakiż właściwie jest cel tej waszej podróży?

Ludziom zwykle taka podróż w kiblu służy

ku celom wyjątkowym. Męczyć się aż tyle!

Ja mu na to lotniczy pokazuję bilet,

a on na jego widok jak śmiechem nie ryknie

ze śmiechu zatacza się, mało co nie fiknie!

By nie paść, na sedesu przysiada on klapę:

Oj wy durni! – tak mówi. – Nie dość, że na gapę

to jeszcze na dodatek i źle państwo jadą!

Lot macie z Warszawy, lecz Warszawy-Radom.

My: zaskoczeni! I z mętlikiem w głowie

opuszczamy pociąg: Dworzec w Żyradowie.

I, decyzja trudna, w kieszeń nas uwiera,

lecz nie mamy już wyjścia: dzwonim po Ubera.


Dotarłszy tam wreszcie – spóźnienie było blisko –

z radością wkraczamy razem na lotnisko.

I – znów biegiem! Plan: bramka, później security.

– Hola! Hola! – słyszymy. – Proszę wasze kwity! –

To pracownik lotniska naziemnej obsługi:

spodnie w kant, koszula i jej rękaw długi:

wygląda on tak jak jeden z Warszawiaków,

tak jakby był pod wpływem kwasów albo kraków

i dokładnie tak samo też się zachowuje.

Pacha już wie, co będzie, już się denerwuje

i wzrokiem rozbieganym rzuca dookoła,

jakby z Warszawiakiem zajarała zioła.

Gość to zauważa i coś mu się tam roi,

mówi do niej głosem, jakby z głębi zbroi:

– Przestać! Nie będę dla pani obiektem jej kpin!

A teraz mi się przyznawać: zrobiony check-in?

– Wpadliśmy! – mówi Pacha. – Do jasnej cholery!

Szlag! Wydatek złotych DWIEŚCIE SZEŚĆDZIESIĄT CZTERY!

Cóż teraz począć mamy, gdy puste kieszenie?

W mej pustce jednak naraz: powiadomienie!

To telefon wibrował: – Przeczytam, kochanie.

Plus czterdzieści sześć, coś tam – numer na ekranie.

Odczytuję wiadomość i… oddech wstrzymuję!

– Paszko! To sam król Szwecji do mnie wypisuje!

Niech za ten ich check-in z konta mi pobiorą!

Jedenaście milionów świeżych szwedzkich koron

właśnie tam wpłynęło! Wiem, to też twoje dzieło!

Obietnicy dotrzymam, jak rzekłem sam jeden:

ja biorę mamonę, ty medal z Alfredem!

Tym oto sposobem, wybrnąwszy z kłopotu,

poszliśmy se szczęśliwi wprost do samolotu.


Siedliśmy beztrosko, zaraz w pierwszym rzędzie.

Stąd – tak pomyśleliśmy – widok dobry będzie

na toaletę. Gdyby naszła nas potrzeba

żeby pójść się załatwić, przemierzając nieba,

to nie będzie trzeba wówczas stać w kolejce.

Tak, ten luksus oboje doceniamy wielce.

Coś jak w klasie business, tylko bez dopłaty,

bo wtedy te wakacje byłyby na raty.

Rozkosz w związku z bliskością toalety

przerywa z głośnika pan pilot – niestety:

– Dziś będzie niewielka wysokość przelotowa,

tam w górze dość kiepska jest teraz pogoda.

Pacha wnet po tych słowach już odczuwa mdłości:

– O mój drogi Jerzy! Ja… ja mam lęk niskości!

– Będzie dobrze! – mówię. – Dawaj w górę nosa! –

i głaszczę ją po ściętych samodzielnie włosach.

Start! Ja zerkam na Pachę, widzę po jej minie

że jej odpowiada ciśnienie w kabinie.

Tym się uspokoiłem. Myślę: – „Pójdzie gładko.

Nikt tu nie pomyśli, że lecę z wariatką.

Nie ma strachu przed Pachy paniki atakiem

wywołanym właściwej wysokości brakiem.”

Aż tu nagle ona, z miną nie tak hardą

– Jerzy – mówi – nie wzięliśmy jajek na twardo!

Ni kiełbasy czostkowej, wędzonej makreli!

Właściwie to do żarcia żeśmy nic nie wzięli!

– Spoko – mówię – nie bój nic, dobrze będzie wszystko.

Pamiętaj, kochana, że lecisz z noblistą

bogatym. Stać mie tera! Poznajże więc mój gest!

I wołam do stewarda: – Co tam w menu jest?

A gdy kartę przynoszą, Pachę aż wygina:

tam jest na sto sposobów tylko oberżyna!

Łzy aż ma w oczach, bo przegrała z głodem.

– Można tego bakłażana, chociaż z miodem

prosić? – pyta. – Nie można! – stewardessa warczy.

Na talerzu więc danie, a Pacha na tarczy.

Próbuje toto przełknąć – widok to okropny

bo w jej ciele wzbiera odruch już wymiotny.

To smaczne jest! – oznajmia stewardessa gromko

A Pacha? Lufcik uchyla. Rzyga za okno.

Leci to wszystko na dół, opada na łąkę

– Szlag! Amerykańce znów zrzucają nam stonkę!

– rzecze rolnik-artysta, co sam, tam pod lasem

zabawiał się w skryciu swoim kontrabasem.

Tymczasem my, śród torsji i śród turbulencji

dolecielim w końcu do stolicy Grecji.


A w greckiej stolicy, gorąc co się zowie!

– Kurde – myślę sobie – trochę jak w Gorzowie.

Że słońce tutaj świeci jakoś tak bajecznie?

W Gorzowie też mamy osiedle Słoneczne.

Niby zabytki? Pomniki cywilizacji?

Byliście kiedyś może na gorzowskiej stacji?

Że jakiś tam Akropol? Gdzieś tam Łuk Hadriana?

My też mamy monopol! I też „u Adriana”!

Pacha zaś w zachwycie, cała się raduje.

Tak ją nosi, że zaraz szczęściem eksploduje.

– Uwielbiam – mówi mi – klimat podzwrotnikowy.

A tam! Patrz! To krzew jest! To krzew jest oliwkowy!

I nagle z tych ciernistych greckich zarośli,

w tę podróż naszą, w ten nasz czas miłości,

choć jest z Lubelskiego, to niczym szwedzki troll,

wkroczyła w nasze życie koleżanka @moll !

@splash545 Musisz mnie zaobserwować, dać łapkę w górę i suba, wspierać na Patronite i Mam marzenie a także zrobić mi jutro śniadanie. Wtedy zadziała.

Ale to jest za⁎⁎⁎⁎ste Cieszę się, że czytam praktycznie wszystkie komentarze pod postami, bo w innym wypadku nie byłbym w stanie wyłapać wszystkich smaczków. Było też nawiązanie do moich 2 ulubionych wierszy z kawiarenki. Ten poemat też sobie muszę zapisać, jest mega

@UmytaPacha 


No, to ja w ramach nadaktywności internetowej odniosę się do niektórych poruszonych kwestii:


- widać że to fanfic, bo pacha nigdy by nie pojechała pociągiem na krzywy ryj bez biletu!


No raczej! Przecież ja też z własnej woli bym się nie tylko nie żenił, ale nawet nie oświadczał! Może i jestem nawiedzony, ale nie głupi!


- nawiązania co kilka linijek do najróżniejszych rzeczy, super!


Tutaj też pozwolę zawołać sobie kolegę @splash545 , który napisał tak:


wyłapać wszystkich smaczków


To nie są nawiązania ani żadne smaczki! To jest paliwo poematu! Uchylę rąbka tajemnicy, jak wygląda warsztat artysty: ja sobie robię notatki na bieżąco z tych pierdół co je wszyscy wypisujemy w kawiarence, a później to mam już łatwo, bo to tylko jakoś trzeba je skleić wszystkie do kupy. I tyle.


- przy oberżynie smarkłam xD i przy rzyganiu przez okno samolotu


Czyli rozszerzamy naszą ulubioną kategorię poezji gównianej i moczowej jeszcze o wybitne wiersze womitne? Nie obiecuję bo sam nie jestem jeszcze pewien, ale coś czuję, że motyw z tej kategorii w Księdze III też się pojawi.


-!!!!!! nie spodziewałam się pojawienia Moll


Ja też nie! Wbrew temu, co tam wyżej pisałem, to nie wszystko mam zaplanowane. Niektóre rzeczy przychodzą podczas pisania same, z zaskoczenia. Tak jak koleżanka właśnie. No ale, kto by się spodziewał, że chowa się gdzieś w ateńskich krzakach? Po coś to robiła chyba? Może właśnie chciała zaskoczyć?


Pisz kolejne!


Dobrze. Już nawet zacząłem. Ale prośba jest taka (i połączę to z DWUSTOMA SZEŚĆDZIESIĘCIOMA CZTEREMI ZŁOTYMI, bo uważam, że ten temat – chyba – się już wyczerpał): postaraj się, proszę, o jeszcze jakąś porażkę tego typu (niekoniecznie już finansową) i podziel się nią. Chętnie wykorzystam, bo inspiracji nigdy za mało!


***


Ale długi komentarz wyszedł. Dobrze, że piszę go na laptopie.

@George_Stark No w sumie ciekawa strategia, żeby robić notatki z tych gupotek. Zawsze to się fajnie czyta coś takiego z nawiązaniami.

Wiersze womitne xd

Dołączam się do prośby o porażkę @UmytaPacha , wiele frajdy nam sprawiają Twoje porażki i jak widać są motorem napędowym tej kawiarenki

Zaloguj się aby komentować

Drodzy!


W naszej kawiarence #zafirewallem , jedynym miejscu na świecie, gdzie nasza #tworczoscwlasna bywa klasyfikowana jako pełnoprawna #poezja , dziś bawimy się ciut agresywniej niż zwykle. Odbywa się tutaj bowiem bitwa! Bitwa #nasonety !


Ponieważ, wbrew temu sloganowi reklamowemu powyżej, nie chciałbym żeby to nasze układanie sonetów przerodziło się w jakieś prywatne wojenki i docinki, to, w ramach konkursu (który nie ma jeszcze ustalonych zasad, ale tym zajmiemy się później), ułożyłem (zgięty w obwarzan), jako odpowiedź na wyzwanie w postaci sonetu di proposta , sonet di risposta, kompletnie ignorując wszelkie zaczepki, złośliwości i wycieczki personalne ze strony autorki tamtego paszkwilu. Oto i co mi wyszło:


Kur wolność


W stołecznym kurniku niebawem rewolucja ruszy.

Z grzebieniem czerwonym, niczym polne maki,

pan Kogut zebranie otwiera, pieje prosto z duszy:

– „Precz z chowem klatkowym! Za mną marsz, kuraki!”


– "Poruszenie wielkie, aż na całej grzędzie,

a i może dalej" – Lady Sussex tak gdacze –

"wywołało płomienne Koguta orędzie:

w świecie kur bowiem wnet będzie inaczej!"


– „Tak-tak! Ko-ko!” – „Racja, Kwoko!” – „Źle się u nas dzieje!” –

pomiędzy kurami takie słowa padły.

– „Lepiej mi się znosi, gdy se poszaleję

na zewnątrz, w słoneczku, kiedy dzionek ładny.


A więc, wrodzy hodowcy, raz jeszcze powtarzam:

jajko lepiej smakuje, gdy się w piachu tarzam!"


=====


Nie byłbym jednak sobą, gdybym zrezygnował z tak pięknie nadarzającej się okazji do tego, żeby kogoś uszczypnąć w pachę, więc, z tego rozpędu przy płodzeniu sonetów, urodziły mi się bliźniaki. Poniżej młodszy brat tego, który powyżej. A, ponieważ ten poniżej (w odróżnieniu od tego powyżej) jest poza konkursem (który nie ma jeszcze ustalonych zasad, ale tym zajmiemy się później), czyli, inaczej mówiąc: nie jest zawodowy (to od zawodów, nie od zawodu, bo poetą zawodowym nie jestem; chyba, że ktoś się na nim zawiedzie i tym samym uczyni go zawodowym, ale wtedy to jeszcze inaczej), pozwoliłem sobie (w ramach licentia poetica) przedłożyć polot pointy nad reżim zasad. Wobec powyższego dwa ostatnie wersy nie rymują się z pierwowzorem, a tylko korespondują z nim treścią. No i niektóre rymowane słowa się powtarzają. Jak to jednak mówią: cel uświęca środki.

Proszę:


Wypachaj się!


Paszkwil na mnie wysmarowała! I się jeszcze puszy!

Czekaj, ty cholero! Ze mnie nie leszcz taki,

co to by po sobie spuścił tylko uszy

i skomląc, tam umknął, gdzie zimują raki!


Męczy mnie to okropnie, jak odcisk na pięcie,

więc siadam nad rispostą i… z bezsilności płaczę!

I prawda do mnie dociera, i już wiem, co będzie:

tak jak ślepy gówno*, tak triumf swój zobaczę!


Słabości zwietrzyła moment: Boże, co się dzieje?!

Buła leci na dziąsło, w szał wpadła zajadły!

I tak mnie okłada, pysk mi już sinieje!

Leżę znokautowany, całkiem z sił opadły.


A gdym już na łopatkach: dusi mnie kolanem

i upokarza do końca, bijąc bakłażanem.


=====


Przypisy:

*jak ślepy gówno […] zobaczę – jest to nawiązanie do starego dowcipu z czasu dziecięctwa autora: Idzie niewidomy przez las. Co chwilę się potyka, włazi na drzewa, generalnie iście mu to iście nie idzie. Kiedy jednak natrafia na sarnie bobki na środku ścieżki, zgrabnie je omija. Jaki z tego wniosek? Ślepy gówno widzi.


=====


– No dobra, wiersze fajne, ale o co chodzi? – może ktoś zapytać. I będzie miał rację!

– Już wyjaśniam – odpowiem. – A raczej odsyłam do wyjaśnienia, bowiem zostało to już wyjaśnione tutaj . Ładnie nawet, graficznie. I zupełnie jasno.


=====


Z poważaniem,

G. Stark

@George_Stark Mam nadzieję, że byłem w stanie wyłapać wszystkie smaczki i nic się nie zmarnowało, a co mi z gęby wypadło niech wydziobie szanowna lady

Zaloguj się aby komentować

701 + 1 = 702


Tytuł: Ania z Zielonego Wzgórza

Autor: Lucy Maud Montgomery

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 9/10


#bookmeter


Jak cudownie, że na świecie istnieje tak wiele rzeczy, które mogą się nam podobać.


Po zakończonej lekturze książki Miłość w czasach zarazy pana Márqueza postanowiłem rozpocząć dogłębne, choć teoretyczne, studia nad miłością. Zadaję sobie sprawę, że nie będzie to rzecz łatwa, a i pewnie nie będzie krótka, bo miłość – jak wiadomo – niejedna jest: miłość cierpliwa jest, łaskawa jest, niezazdroszcząca jest, nieszukająca poklasku jest. No i tak dalej, bo inne też są. Na pierwszy ogień jednak, zainspirowany tym wpisem , postanowiłem wziąć na warsztat miłość radosną. To jest miłość koleżanki @KatieWee do Ani z Zielonego Wzgórza.


Przyznam się, choć ze wstydem, pogrążony niemal z tego powodu w otchłani rozpaczy, że trochę podszedłem do tej książki jak do żartu. No bo kto to widzioł, żeby tak duży i poważny mężczyzna, taki co to nawet kiedyś i Moby Dicka i Ulissesa przeczytał, a w planach to i Czarodziejską górę ma, na poważnie brał się za jakąś tam pensjonarską opowiastkę dla małych dziewczynek! Oj, ależ to była pomyłka!


Z pomyłek jednak, jak się okazuje, mogą wynikać fantastyczne rzeczy. Tak, jak to się stało i w Ani z Zielonego Wzgórza, której to bohaterka miała być chłopcem. Sierota ta, płci jednak żeńskiej, trafiła do Matyldy i Mateusza Cuthbertów w wyniku nieporozumienia. Rodzeństwo (przed lekturą byłem przekonany, że to małżeństwo, tak mi jakoś od czasów szkolnych to, niejedyne zresztą, błędne przekonanie w głowie zostało) to bowiem, z racji zaawansowanego już wieku potrzebowało pomocy w gospodarstwie. A do pomocy, do prac gospodarskich, to – wiadomo – dziewczynka nie nada się tak dobrze, jak chłopiec w wieku lat dziesięciu lub jedenastu. Kiedy Ania trafiła, w wyniku tej pomyłki na Zielone Wzgórze, to swoim urokiem osobistym sprawiła, że, choć całkowicie w sprzeczności z zamysłem praktycznym, a i na przekór opinii publicznej, Cuthbertowie postanowili ją jednak u siebie zatrzymać.


W czasie lektury czytelnik śledzi dorastanie Ani na Zielonym Wzgórzu. Jej relacje z opiekunami, rówieśnikami, no i z samą sobą. Bo Ania często popada w introspekcje, choć są to introspekcje jedyne w swoim rodzaju, zepchnięte w najgłębsze introspekcyjne głębiny, z których na światło dzienne wydobywa się na zewnątrz bądź to pogrążona w otchłani rozpaczy, bądź doprowadzona do królestwa szalonej ekstazy. To drugie – na szczęście – częściej. Wspaniale przerysowane zostało w tej książce dziecięce postrzeganie świata i siebie samej! A może wcale nie przerysowane, a tylko przez autorkę zauważone? Tak czy tak, energia (każdy jej rodzaj!) emanująca z Ani nie zostaje wypromieniowana w próżnię. Ania wniosła bowiem do domu i życia Cuthbertów (ale nie tylko, bo też i do życia starej panny Józefiny Barry, na przykład) coś, czego tam okropnie brakowało, a z czego postaci te nie zdawały sobie sprawy – ten brak uświadomiły sobie dopiero później. Tak jak Matylda, do której pewnego razu dotarło, że przed przybyciem Ani jej życie było niepełne. Ania wniosła w to życie swoją radość i fantazję. A autorce, pani Montgomery, udało się to wszystko we wspaniały sposób zaprezentować. Charaktery postaci, utrzymywane bardzo konsekwentnie, a jednak ciągle rozwijające się, to tylko jedna z rzeczy, jakie w tej lekturze zachwycają. Mógłbym się w zasadzie rozwodzić nad techniczną stroną tego, jak Ania z Zielonego Wzgórza jest napisana (a jest napisana wspaniale – pani Montgomery świetnie operuje narzędziami naracyjnymi, które zostały opisane i usystematyzowane kawałek dopiero po publikacji jej dzieła), ale myślę, że nie ma sensu. Taka analiza mogłaby zaburzyć niewinny i naiwny odbiór tej książki. Szkoda by było. Niech mi po niej zostanie sam czysty zachwyt!


Tam były, w związku z tą książką, jakiś czas temu dyskusje na temat przekładu. Wydano nawet nowe tłumaczenie, ponoć bardziej wierne, pod tytułem Ania z Zielonych Szczytów. Ja czytałem to stare, z czego bardzo się cieszę, bo i język polski w tym przekładzie użyty jest w najpiękniejszej swojej wersji. Kiedy czytam takie sformułowania jak: ametysty mogą być duszami fiołków albo całe zdania, jak: Ania siedziała po turecku na dywaniku przed kominkiem, patrząc w radosny blask z klonowych polan, skąd sączyło się ciepło słońca nagromadzone przez całe stulecia letnich sezonów, to mnie samemu się robi ciepło na sercu. Nie wiem czy nowe tłumaczenie jest lepsze czy gorsze. Ale to, które ja czytałem, autorstwa pani Ewy Łozińskiej-Małkiewicz, jest obłędnie fantastyczne!


A poza tym? Świetne pokazany pewien rodzaj hipokryzji chyba nawet, związanej z całą tą kurtuazyjną otoczką kontaktów międzyludzkich i jego wspaniałe przełamywanie. Sposobem radosnym, naturalną lekkością bycia, a nie jakimś złośliwym byciem na siłę na przekór. No coś pięknego! Tak, potraktowałem tę książkę jako żart, podszedłem do niej strasznie stereotypowo, a okazało się, że to ona sobie trochę ze mnie zakpiła. Bo nawet nie zdążyłem jeszcze stu stron przeczytać, a już kilka razy łza mi się w oku zakręciła – tak ze śmiechu, jak i ze wzruszenia. Podobne odczucia miałem przy lekturze Przeminęło z wiatrem pani Mitchell – tam byłem nastawiony na ckliwą historyjkę o miłości, a dostałem pełnokrwistą powieść obyczajową. Wniosek? Warto kierować się stereotypami. Bez tego człowiek nie przeżywałby takich wspaniałych zaskoczeń!


I jeszcze jedna rzecz na koniec. To, co mi z tej lektury na pewno zostanie: postawa Ani skojarzyła mi się bowiem ze zdaniem, które mój przyjaciel, a zarazem jeden z największych (choć zupełnie niszowych) artystów, z których twórczością miałem przyjemność obcować, powiedział w jednym z nielicznych wywiadów, do których dotarłem: Dla mnie to jest esencja życia: uczyć się czerpać przyjemność (niezgrabnie brzmi to zdanie po polsku, ale oddaje sens; jego angielskie tłumaczenie z hiszpańskiego – którego nie znam na tyle, żeby zacytować, ale doceniam piękne brzmienie – brzmi lepiej: For me, this is the essence of life: learning to enjoy; zresztą, jeśli ktoś byłby zainteresowany, cały wywiad można znaleźć tutaj ). No bo, czego jak czego (na pewno nie geometrii!), ale czerpania przyjemności z życia, to od tej rudowłosej gówniary akurat można się całkiem nieźle nauczyć.

042f5568-06a9-4bd2-9f63-c14ac658813a

@George_Stark 

>Learning to enjoy

(life)

Trochę zbyt dosłownie to przetłumaczyłeś imo tu chodzi o radość, radość z życia.

Kobiety właśnie w takich historiach są najlepsze i mi też te książki się podobały z tego co pamiętam (choć zdaje się, że całego cyklu nie przeczytałem, przeczytałem tyle ile akurat było w bibliotece). Słuchałem kiedyś podcastu kilku kobiet piszących sf i one tam kolektywnie doszły do wniosku, że mężczyźni nie rozumieją ich twórczości i muszą się jeszcze "oczytać z ich stylem", że nie rozumiemy (mężczyźni) ich wrażliwości itd. a przeważnie to polega na mieszaniu jakichś guseł do teoretycznie SF.

No nie, większość z nas lepiej rozumie granicę między sf i fantasy i świetnie rozumiemy tę wrażliwość kiedy ona jest na miejscu - tak jak w Ani z Zielonego wzgórza. Zwłaszcza kiedy artysta umie pięknie to opowiedzieć, poprowadzić czytelnika jak zrobiła to Lucy M. Montgomery.

@Endrius 

No przetłumaczyłem to zdanie na szybko, jota w jotę i tyle. Jak będę miał chwilę i będzie mi się nudzić, to spróbuję je, w ramach zabawy językiem, oddać jakoś zgrabniej.


EDIT: I tak, masz rację z tą "raczej radością". Z tym że przyjemność i radość życia, przynajmniej dla mnie, a, znając Christiana, to i dla niego, są niemal tożsame.

Zaloguj się aby komentować