Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 746wpisy
  • 3813komentarzy

Tym razem wiersz, którego nie jestem autorem, a współautorem. Rymy powymyślała moja konkubina wspaniała (uwielbiam to słowo wspaniałe!), ja skleiłem je w całość, konkubina zaaprobowała, i znowu moja kolej, więc ja teraz publikuję.


***


Tajemnica białych kałamarzy


Przemówił do nas nasz Pan miłościwy

a słowa jego poprzedził tusz ode bębniarzy:

– Dość mam tego, wy cholerna bando meliniarzy! –

tak to grzmiał wtedy jego głos piskliwy.


– O Panie! – krzyknęliśmy – Bądź nam litościwy!

Znajdź łaskę dla nas, bandy stulejarzy,

co to kobiet nie znamy, a do kałamarzy

spuszczać się musimy! – Ton nasz żartobliwy

Pan przyjął z niejakim niedowierzaniem

zajadając się kiszonką z czerwonej kapusty

i ku nam, niczem ku rozgrzanym piecom,

rzekł: – Niech będzie po waszemu: doigraniem

uprosiliście u mnie jakąś kompanię kobiecą.

Normalne was teraz już czekają spusty.


***


Jest to nasza (choć formalnie moja) odpowiedź, czyli di risposta, na sonet di proposta od Kolegi-Łosia @Moose w XI edycji konkursu #nasonety w kawiarence #zafirewallem.


#poezja #tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Jako że koleżanka @moll prosiła , to zamieszczam tutaj tekst, który kilka lat temu napisałem wspominając między innymi to wydarzenie i mi gdzieś tam zalegał w moim przepastnym archiwum rzeczy napisanych nie wiadomo po co, to go wklejam w całości (bo za długi na komentarz). Za jakość nie ręczę, bo, tak jak pisałem, jest już dość stary, nawet nie do końca pamiętam co w nim napisałem (ale chyba samą prawdę), a nie chce mi się go teraz czytać, a już na pewno nie poprawiać i redagować. Pamiętam za to, że o tym wyżebraniu jest tam na pewno, bo to właśnie ono było punktem wyjścia żeby w ogóle to napisać.


EDIT: O, nie ma nawet podziału na akapity! Tak więc: miłego czytania.


***


Madryt


Madryt. Skąpany w słońcu plac Puerta del Sol jest dość pusty. Może dlatego że jest połowa października, może dlatego że jest środek tygodnia i w zasadzie cały czas jest jeszcze rano. A może dlatego, że wczoraj lało i przed chwilą jeszcze zanosiło się, że dziś znów będzie. W każdym razie z jakiegoś powodu turystów prawie nie ma, a z miejscowych to tylko od czasu do czasu ktoś przemyka. Więcej na tym placu wszelkiej maści mimów, ludzi-posągów, malarzy-portrecistów za parę euro i innych ulicznych artystów wykonujących swoją sztukę, niż tych którzy by tę sztukę chcieli oglądać.

Razem z Ireną przemykam przez ten plac. Zachowujemy się jak miejscowi, choć jesteśmy tu dopiero od wczoraj. Wczoraj zresztą też się poznaliśmy. Historia sam nie wiem czy bardziej zabawna czy bardziej niewiarygodna. Wczoraj wieczorem dotarłem do hostelu. Wczoraj po południu rozstałem się Anią i Piotrkiem, z którymi od kilku tygodni dzieliliśmy busa zwiedzając Hiszpanię, Portugalię i Maroko. Ale te tygodnie się skończyły, oni pojechali w swoją stronę, do włoskiego Livigno żeby swoją roczną podróż zakończyć nartami. Ja miałem ze sobą tylko jeden plecak, w nim ciepłych ubrań w nich akurat tyle, co na jakąś kryzysową sytuację, a i to najlepiej nie jakoś bardzo kryzysową. Wiedziałem już od kilku dni, że będziemy musieli się rozstać i musiałem mieć jakiś plan. Zawsze dobrze mieć jakiś plan.

Jeszcze w Maroko, kiedy w Tanger-Medzie czekaliśmy na prom, wszedłem w jakąś wyszukiwarkę lotów i sprawdziłem gdzie by tu dalej. Kupiłem bilet z Walencji do Krajowej w Rumunii. Akurat było najtaniej. A skoro już rzuciłem wszystko i wybrałem się w świat szukać nie wiadomo czego, to równie dobrze mogę szukać tego w Rumunii.

Walencja była moim jeszcze-towarzyszom podróży zupełnie nie po drodze, więc umówiliśmy się, że wyrzucą mnie pod Madrytem. Dalej będę radził sobie sam. Będę musiał radzić sobie sam i dobrze bo tej pory, choć było miło, to czułem się jednak zaopiekowany. Takie rzucenie wszystkiego, ale kontrolowane. Jak bycie zbuntowanym nastoletnim punkowcem, ale dopiero po szkole.

No i wysiadłem z tego busa pod Madrytem. Były uściski i podziękowania, były szybkie wspomnienia i trochę dobrych życzeń z obu stron. Nie było, na szczęście, żadnych obietnic. Szczególnie tych kurtuazyjnych, acz zwykle pustych, że niby musimy się kiedyś jeszcze zobaczyć. Różnie to może być przecież. W końcu pojechali. Patrzyłem chwilę za odjeżdżającym busem i zamiast oczekiwanej ekscytacji poczułem samotność i trochę strachu. Jestem sam, w obcym kraju, na obrzeżach obcego miasta, dookoła mówią obcym mi językiem. W dodatku leje. Stanąłem pod jakąś wiatą, złapałem skądś niezabezpieczone wi-fi i zacząłem szukać noclegu. Jest jakiś hostel, nazywa się San Juan, kosztuje chyba 8 euro za łóżko za dobę, jest w centrum, biorę. Zarezerwowałem, teraz trzeba by jakoś do niego dotrzeć. Wyznaczam trasę w nawigacji – nowoczesne podróżowanie, bez drgającego w piersi serca, za to z drgającym w procesorze krzemem. 12 kilometrów z buta, albo autobus za 3 czy 5 euro. O taksówce nawet nie pomyślałem, Ubera chyba jeszcze wtedy nie było, przynajmniej w Europie. A jeśli był, to ja o nim nie miałem pojęcia więc na jedno wychodzi. 12 kilometrów to mniej więcej trzy godziny z buta, 3 czy 5 euro to wyżywienie na cały dzień, a może nawet i dwa, jeśli dobrze zakombinować. Nie wiem jak długo będę na tej swojej wycieczce, chociaż w głowie mam ambitny plan okrążenia świata, więc zwracam uwagę na budżet bardziej nawet niż zwykle. Szybka decyzja: idę z buta. 12 kilometrów to w zasadzie nie tak daleko, a 3 godziny to nie tak długo. Mnie się zresztą nigdzie przecież nie spieszy, czego się na tym wyjeździe mam zamiar między innymi nauczyć.

Docieram pod adres. Jestem przemoknięty, zmęczony i głodny. Staję przed budynkiem, który wygląda trochę jak śląska kamienica. Szary, opuszczony, gdzieniegdzie nie ma szyb w oknach. Wrażenie potęguje bardziej polska niż hiszpańska pogoda. Upewniam się jeszcze raz, ale tak, wszystko się zgadza. Trafiłem, to tutaj. Podnoszę wzrok, przyglądam się kolejnym oknom. Uświadamiam sobie, że to, co wziąłem za karton zasłaniający wybitą szybę na trzecim piętrze, w rzeczywistości jest chyba szyldem. Jest na nim jakiś napis, ale czy to nazwa mojego hostelu, czy coś innego nie jestem w stanie odczytać. Tym bardziej, że deszcz się wzmaga i kiedy trzymam głowę zadartą do góry krople zalewają mi oczy. Niepewnym krokiem podchodzę do ogromnych drewnianych kamienicznych drzwi, spoglądam na umieszczony obok nich domofon. Jest, gdzieś pomiędzy patriotyczną a anarchistyczną wlepką dostrzegam wyblakły napis San Juan. Naciskam przycisk. Nikt się nie odzywa, za to po chwili słychać brzęczenie zamka. Otwieram drzwi. Na klatce schodowej śmierdzi moczem. Idę do góry.

W recepcji wita mnie dziewczyna uprzejma i uśmiechnięta, choć wyglądająca jak wyciągnięta pięć minut temu z berlińskiego dworca ZOO. Cóż, rzuciłem swój dotąd uporządkowany świat, bo chciałem zobaczyć inny, taki o którym do tej pory tylko czytałem, to mam. Z recepcjonistką dogaduję się moim łamanym angielskim.

– Tu jest twoje łóżko, tam jest łazienka, tam kuchnia, tutaj masz szafkę, ale nie dam ci kluczyka, bo zamek i tak nie działa – mówi oprowadzając mnie po trzypokojowym mieszkaniu przerobionym na hostel.

– Dzięki.

W pokoju cztery piętrowe, stalowe łóżka, pamiętające prawdopodobnie czasy generała Franco, być może nawet wyciągnięte z któregoś z więzień z tamtego okresu. A może z jakichś koszar i być może sam Ernet Hemingway spał właśnie na tym łóżku. Materac nie wygląda zachęcająco, zresztą jak i całe pomieszczenie, nie wiem czy pościel jest świeża. Na wszelki wypadek wyciągam z plecaka moje jedwabne prześcieradło, kładę je na łóżku, sam idę pod prysznic. Portfel i telefon zabieram ze sobą. Na szczęście zamek w drzwiach łazienki działa, więc mogę je położyć na półce.

Po prysznicu wracam do łóżka. Po dwóch miesiącach spania w namiocie, nie licząc tych nielicznych dni, kiedy nocleg wypadł nam gdzieś w mieście i spałem na siedzeniu pasażera, łóżko, nawet takie jak tutaj, jest czymś wspaniałym. Leżę, wyciągam się, zasypiam. Portfel i telefon mam pod poduszką.

Nie śpię długo. Za oknem ciągle jest jasno, kiedy dochodzące z kuchni basy powodują, że ściany zaczynają się trząść. Nie podoba mi się to, chciałbym się wyspać. Ale nic nie robię. Nie mam pojęcia dlaczego. W międzyczasie do pokoju wchodzą i wychodzą ludzie, a ja leżę na łóżku i czytam coś na telefonie. Koło północy muzyka cichnie, być może poprosiła o to ta dziewczyna z recepcji, bo z kuchni dalej słychać głośne rozmowy i śmiechy. Impreza wcale się nie skończyła. Z mojej perspektywy jest lepiej, ale nie jest jeszcze dobrze. Tyle, że mogę usłyszeć rozmowę toczącą się w pokoju. Rozmawia jakaś kobieta z jakimś mężczyzną. Mówią po hiszpańsku, mało co rozumiem, ale lubię brzmienie tego języka, więc słucham z przyjemnością.

Nagle w rozmowie pada rzucone damskim głosem „Kraków”. Nie żadne „Cracov”, żadna „Cracovia”, czy inne innostranckie miano, a właśnie „Kraków”.

– „Oho, ktoś był w Polsce” – myślę.

Myślę tak aż do momentu, kiedy słyszę „Warszawa”.

– Ty musisz być z Polski – mówię do kobiety, schodząc z łóżka.

– Tak, ty też? – z perspektywy to pytanie wydaje się co najmniej głupie, ale i mnie zdarza się głupio reagować na coś zaskakującego.

– No tak. A skąd dokładnie jesteś? – pytam dalej.

– Z Opola.

Wtedy zaczynam się śmiać, bo po prostu w to nie wierzę. Śmiech, jest drugą, zaraz po idiotycznych pytaniach moją reakcją na zaskoczenie. Ostanie miasto, w którym mieszkałem w Polsce, to było właśnie Opole. Okazało się, że przez kilka lat mieszkaliśmy trzy kilometry od siebie, a poznaliśmy się przez przypadek w Madrycie, dwa i pół tysiąca kilometrów od domu.

Tamtego wieczora poszliśmy do sklepu, kupiliśmy jakieś wino i przegadaliśmy mnóstwo czasu. Okazało się, że Irena jest fryzjerką, że prowadzi projekt „Fryzura za uśmiech”, który polega na tym, że lata po świecie i za wspomniany uśmiech strzyże bezdomnych, inwalidów itd. Oferuje się, że jak chcę, to i mnie może ostrzyc, na co z chęcią przystaję, w końcu te kilka zaoszczędzonych euro pozwoli mi być może trochę dłużej nie wracać. Następnego dnia rano zamykamy się w łazience, Irena rozkłada swój przenośny salon fryzjerski i mnie strzyże.

– Słuchaj, mam prośbę – mówi, kiedy kończy. – Bo ja mam sponsora i on chce ode mnie zdjęć. Poszlibyśmy gdzieś na miasto i zrobili parę zdjęć, że niby Cię ostrzygłam.

– No, ok – zgadzam się na udział w charakterze modela w tym kłamstwie, które Irena (tak jak i chyba świat) z uporem maniaka nazywa na zmianę marketingiem albo public relations.

Wyruszamy na spacer w poszukiwaniu odpowiedniego planu zdjęciowego. Trafiamy przed Pałac Królewski, Irena stwierdza, że może być. Siadam na murku, moja fryzjerka-podróżniczka zakłada mi fartuch, wyciąga z torby jakieś grzebienie, nożyczki i co tam jeszcze. Prosi przypadkowego przechodnia żeby zrobił nam zdjęcie. Przechodzień się zgadza, sprawa załatwiona.

– To co teraz? – pytam.

– Nie wiem – mówi Irena. – Umówiłam się tu z kolegą, ale napisał, że nie może, że coś mu wypadło. Mam wolne.

– Aha.

Nie bardzo wiem co zaproponować, bo ten mój Madryt to tak trochę przez przypadek i nie mam pojęcia co chciałbym tutaj zobaczyć. Tak naprawdę to nawet nie bardzo wiem co można tutaj zobaczyć.

– A może chodź, poszlajamy się trochę po tych uliczkach, może trochę się zgubimy – proponuję w końcu mój ulubiony sposób zwiedzania nieznanych miast. Irena się zgadza, choć bez entuzjazmu. Dochodzimy całkiem niedaleko, kiedy stwierdza, że jest zmęczona.

– Tutaj jest McDonald’s – mówi – może usiądziemy i czegoś się napijemy?

Zgadzam się, bo przecież kobiecie się nie odmawia, szczególnie jeśli nie ma się nic innego do zaproponowania.

Siedzimy przed tym McDonaldsem, pijemy piwo, które w Hiszpanii podają w tych lokalach, kiedy do naszego stolika podchodzi Cyganka. Zaczyna mówić coś po hiszpańsku, Irena próbuje jej odpowiadać, ale Cyganka nie słucha, tylko ciągnie swoją tyradę.

Mnie w tym czasie przypomina się spotkanie pod jakimś sklepem w okolicach Casablanki, kiedy to obok naszego oklejonego i pomalowanego Zielonego Busa zatrzymał się Matiz na polskich rejestracjach. Gość, który z niego wysiadł przedstawił się jako Krzysiek i zaczął opowiadać. Mówił o tym, że postawił sobie wyzwanie objechać Afrykę właśnie Matizem, bo tu każdy pcha się terenówkami, a on chce udowodnić, że wcale nie trzeba, że da się i tą karykaturą samochodu. Zresztą, przecież miejscowi takimi właśnie pojazdami jeżdżą i jakoś żyją. Opowiadał o tym, jak to w Afryce dzieje się jakaś magia, bo kiedy zdarzy mu się zakopać w piasku, nawet w – zdawałoby się – środku pustyni i stoi przy aucie i kombinuje co zrobić, to nagle skądś, zza jakiejś wydmy wychodzi trzech Beduinów i bez słowa, na migi pokazują mu, żeby wsiadł do auta, później wypychają go z tarapatów i spokojnie wracają za swoją wydmę, czy tam, skąd przyszli. I opowiada też, że jego sposobem miejscowych, próbujących wyżebrać od każdego Europejczyka „one dollar” jest udawanie, że nie on nie zna żadnego języka poza polskim i w ogóle nie wie o co chodzi. A kiedy i to nie działa, to wtedy sam wyciąga rękę. Ten drugi sposób, jak twierdził, jest w stu procentach skuteczny.

Próbowałem zastosować ten drugi sposób na Cygance. Wyciągnąłem rękę i spojrzałem jej w oczy. Przez chwilę się zawahała, ale szybko sięgnęła do kieszeni którejś ze swoich licznych spódnic, wyjęła z niej monetę, popatrzyła na nią i rzuciła te dziesięć centów nawet nie na moją rękę, ale na stół przede mną. Popatrzyła na mnie jeszcze raz po czym odwróciła się i odeszła bez słowa, zanim zdążyłem nawet powiedzieć „gracias”. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie widziałem tyle pogardy w oczach jakiegokolwiek człowieka.

Zaloguj się aby komentować

Dobra, za dwie minuty wychodzę, a jeszcze jeden napisałem, więc bez wstępów, tagi też na szybko: #nasonety #zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna


Smacznego:


***

Wymiot liryczny


Coś mnie tak nagle w żołądku ścisnęło

i nastąpiło pokarmu cofanie:

usta już pełne, a warg zaciskanie

nic nie pomogło, bo wypłynęło.


Na sweter mi troszeczkę bryznęło:

no jasna cholera! – znów będzie pranie!

Ale nic to, bo na podłodze dopiero– o, panie! –

leży coś jakby Pollocka dzieło.


Czego tam nie było? Całodzienną michę

zwróciłem: talerz pełen żurku i mięsiwo dzikie,

i szyneczka smaczna, mocno uwędzona


i dwaj gołąbkowie, nie całkiem strawieni

i trochę jeszcze przypraw, tych przypraw z korzeni.

Mój wymiot liryczny, to nim cała podłoga była uwalona.

@George_Stark aż się kleisz po ostatnim wierszu i jak go zakończyłeś flejo, skleiło Ci się na substancję "i" z "mięsiwo" xd


Ale dzień dzisiaj rzeczywiście masz dobry, że aż tego w sobie utrzymać nie możesz xd

Zaloguj się aby komentować

Miało już nie być więcej, no ale do tego zestawu przeminęło – runęło – dzieło – zginęło tak mi jakoś samo zrymowało się Oponeo, a reszta to już powstała zupełnie bezmyślnie i naturalnie i w zasadzie jednym ciągiem mi się napisało, no to publikuję. Proszę bardzo:


***


Kłopoty z gumami


Jechałem spokojnie, gdy nagle trzasnęło

i zaczęło się felgi o asfalt stukanie.

– Nie jedzie pan dalej, na poboczu stanie –

dziewczę jakieś wtedy radą mi sypnęło.


Gdym ujrzał jej urodę, to aż mnie tam ścięło:

– Czy poczekasz tu ze mną na auta holowanie? –

zapytałem wówczas, patrząc pożądliwie na nie.

– Poczekam – powiedziała – lecz na Oponeo,


wejdź, nie dzwoń po lawetę, bo żeby tę kichę –

kontynuowała – jakkolwiek załatać, to widoki liche.

Później zapytała: – Deszcz pada, to może pan w doma


zechce mnie odwiedzić? Poszliśmy, i już od samej sieni

obcałowywać mnie zaczęła ustami swojemi…

…a ja – jasna cholera! – nie miałem kondoma!


***


Jest to kolejny (już chyba ostatni) mój wytwór, który publikuję w ramach X edycji konkursu (którego, zgodnie z regulaminem, za cholerę nie chcę wygrać) #nasonety . Jest to odpowiedź, czyli di risposta na zadany przez koleżankę @moll sonet di proposta . No i takie rzeczy, jak ta świńska #poezja powyżej, czyli rodząca się z żądz nigdy niezaspokojonych bezwstydna #tworczoscwlasna (za którą jednak – i całe szczęście! – nie banujo) to tylko w kawiarence #zafirewallem !

@George_Stark są takie chwile w życiu, że człowiek się modli do Sekhmet o zdrowie i daje się powieść co tam Afrodyta i Dionizos krzyczą do duszy xd

Zaloguj się aby komentować

Było już o płotce, to teraz o plotce. Oto proszę:


***


Plotka


– „A słyszałeś/aś, że on/że ona…? „ – po mieście gruchnęło.

Nic nowego, przecież to tylko zwyczajne ludzi jest gadanie.

Człowiek już tak ma, że gada. I gadać to raczej on nie przestanie.

Zwykle gada o innych. Skąd się nam to wzięło?


Każdą twą najmniejszą pomyłkę tak jakby stukrotnie wydęło.

Każdego twojego działania ludzie swoje znajdą umotywowanie.

Na nic twe dementi, na nic sprostowanie

ludzie swoje wiedzą. Ciebie dotknęło.


Bo ty, jej ofiara, co słowem, jak sztychem,

pchnięta jest w piersi. Wprost w serce: przebite!

I wciąż jesteś pod jej wpływem, choć chciałbyś być ponad.


Jak długo jeszcze gadanie to krzywdzące cię będzie się tu plenić?

Ile ci szkód jeszcze wyrządzi ona mackami swojemi?

Plotka. Prawda wykoślawiona. Gadaniem z ust do ust przenoszona.


***


Jest to już kolejna kolejna moja odpowiedź na sonet di proposta zaproponowany przez koleżankę @moll w konkursie #nasonety. Trochę znów miałem problem z wersyfikacją, bo gdyby nie miał by to być sonet z całym swoim rygorem wersyfikacyjnym (pozostałe rygory potraktowałem luźno), to wersyfikowałbym go inaczej. Ale bawiłem się przy pisaniu dobrze, więc sam rozgrzeszam się z nieścisłości formalnych i wytwór publikuję.


#zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Miało być erosomańsko, a chyba nie do końca wyszło. Cóż, mężczyznom w pewnym wieku nie zawsze wychodzi, co, niestety, znam z autopsji. Ale można się przyzwyczaić.


***


Lustrzanka


Wesołe miasteczko już placyk za miastem zajęło.

Karuzele! Strzelnice! Ach! Cóż też tam nie stanie!

Tak jest każdej wiosny: długi rok czekanie

i już wszystko gotowe! Wreszcie się zaczęło!


Karuzela-młot: wrażenie jakby ku niebu samemu się wspięło;

strzelnica: przestawiona muszka – ciągłe pudłowanie;

dom strachów: dreszczyku na plecach miłe odczuwanie…

Ach, jakże się cieszę! Ach, jakże mnie wzięło!


Bo i inne mam powody, zupełnie nieliche,

by na nie czekać z rozpalonym (nie tylko) mym licem

bo tam, w gabinecie luster, naprzeciw mnie, stoi ona:


piękna, jakby zdobiona skrzydłami anielskiemi;

lekka, jakby się unosiła, stopami nie dotykała ziemi;

no i rzecz najważniejsza: ubrań pozbawiona.


***


Jest to kolejna moja odpowiedź na sonet di proposta zaproponowany przez koleżankę @moll w konkursie #nasonety .


#zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Nowy rozdział


Oboje to znamy, że każde tylko w swoją stronę ciągnęło,

jakby nie o współpracę wcale szło, a o rywalizowanie;

jakby bycie ze sobą to było jakieś o sumę skończoną granie;.

i wszystko, miast się rozwijać, to w miejscu stanęło.


Mało powiedziane! Rozeszło się wszystko, nie tylko stanęło,

bo nie radość z siebie nawzajem, a sobą wzajemne skaranie

kiedy nie dawanie, kiedy nie dzielenie, ale tylko branie

czasem wręcz na siłę – wstecz spojrzałem i to aż mnie ścięło.


Dość trucia się traktowaniem wzajemnym niczym arszenikiem!

Dość tych „rozmów” – awantur, zakończonych krzykiem!


Rozdział nowy zacznijmy tak: nie ja, nie on, nie ona

i za rękę oboje do światła wyjdźmy z tej krainy cieni

bo mocno wierzę, że wiele od razu na lepsze się zmieni

gdy zamiast myśleć o sobie, zaczniemy myśleć o nas.


***


Wytwór powyższy jest kolejną moją odpowiedzią, czyli wytworem di risposta na utwór di proposta zadany jako zadanie w tej edycji przez zadającą koleżankę @moll .


#zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

@George_Stark oho, wieczorem będzie utrwalanie i chyba sobie ten wiersz aż przepisze, bo na bank się kiedyś gdzieś do czegoś przyda.


@moll na tego daj dolicz ode mnie pięć piorunów ale mi się nie chce multikont zakładać

Zaloguj się aby komentować

128 + 1 = 129


Tytuł: Chłopi

Autor: Władysław Stanisław Reymont

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 7/10

#bookmeter


Drugi człowiek jest taki, że z jenszego la samej ino uciechy pasy by darł.


Najpierw o książce. Jest długa i choć wspaniale napisana, to momentami czyta się ją ciężko. Bo, takie miałem wrażenie, ta książka nie jest typowa. Akcji w niej mało, nie ma też jakichś spektakularnych wydarzeń (choć spektakularność zawsze przecież zależy od punktu odniesienia i, co potrafię zrozumieć, dla bohaterów wiele spektakularnych rzeczy w ciągu tego roku, o którym to pan Reymont raczył napisać, jednak się wydarzyło), a jednak chętnie wracałem do wsi Lipce. Dlaczego? Wydaje mi się, że przyczyną było to w jaki sposób autor oddał klimat wsi, który w jakiś sposób jest mi bliski. Ale o tym później, w dziale „przemyślenia okołoksiążkowe”, po kilku zdaniach na temat samych Chłopów.


Czyli, po wstępie, naprawdę teraz do książki. O czym są Chłopi? No o chłopach. Pan Reymont przedstawia na przestrzeni czterech pór roku obraz życia we wsi, której nadał nazwę Lipce. Już od samego początku czytelnik może się spodziewać, że nie będzie to lektura dynamiczna, ale raczej powolna, choć w żadnym wypadku. Żadna tam wsi spokojna, wsi wesoła, jak u pana Kochanowskiego, ale raczej naturalistyczny wręcz obraz tego, jak wyglądało wiejskie życie na przełomie XIX i XX wieku. A nie wyglądało ono różowo. Była bieda, było traktowanie chłopa przez dziedzica jako kogoś gorszego, były wreszcie wewnątrzwsiowe zatargi między mieszkańcami Lipiec. Te ostatnie były dla mnie jedną z większych wartości tej powieści.


Z tymi zatargami pięknie został przedstawiony dość brzydki obraz ludzkiej natury, i to jeszcze tej nie wygładzonej, nawet z zewnątrz i na pozór, przez miejski bon-ton. Piękna w tym przedstawieniu była dla mnie trafność i obrazowość opisywanych postaw, tej całej zawiści, interesowności, egoizmu, małostkowości, które z niektórych (a w zasadzie z większości) bohaterów wręcz się wylewały. Te opisy kalkulacji prowadzonych przed ślubem, zapalczywości w gniewie, czy wręcz „polowania na czarownice” (bo czy Magda nie robiła tego samego co i Jagna?; ale jej się upiekło), kiedy to lud potrzebował jakiejś ofiary? Nie prawdę pisał pan Sapkowski o tym, że ludzie potrzebują potworów, bo wtedy sami sobie wydają się mniej potworni? A jeśli nie ma akurat w okolicy żadnego potwora, to zawsze przecież można znaleźć sobie kogoś, kto, nawet jeśli robi to samo w zasadzie co i ja, to jest ode mnie gorszy. Głównie dlatego, że nie jest mną. No i ja wtedy czuję się nieco lepiej.


W ogóle bohaterowie tej powieści to ciekawe postaci. Trochę jak w Kubusiu Puchatku, każda z nich reprezentuje jakąś wadę, choć akurat w sposób znacznie mniej uroczy niż u pana A. A. Milne’a. Z drugiej jednak strony, tutaj pewnie się powtórzę, nadaje im to prawdziwości. I może to właśnie z powodu tych wad całkiem łatwo było mi z tymi postaciami w jakimś stopniu sympatyzować?


Kapitalną sprawą w Chłopach jest język, jakim ta powieść została napisana. Ludowość jest jedną z rzeczy, którą w literaturze uwielbiam, a tutaj w języku objawia się ona z każdym niemal zdaniem. Mało tego! Oprócz osi fabularnej, oprócz postaci, czytelnik dostaje od pana Reymonta mnóstwo opisów, czasami bardzo dokładnych i szczegółowych, tak wiejskich zwyczajów, jak i przyrody, a nawet prac w polu czy przy obejściu. Mnie się to podobało. Jedno, co mnie zdziwiło, to nierówność tych opisów. Tak jak wesele Macieja Boryny czy wieczerza wigilijna opisane są dokładnie, tak inne wydarzenia opisane są trochę po łebkach. Czy wynika to z tego, że na wsi tamtych czasów przywiązywano do jednych większą wagę niż do drugich, czy też z tego, że tak się autorowi napisało, to nie mam pojęcia, ale te nierówności trochę mnie dziwiły, a i zgrzyt w odbiorze powodowały.


Jeśli już zacząłem narzekać, to trochę o minusach. Tak, jak pan Reymont z jednej strony potrafił kapitalnie opisać niektóre wydarzenia (ślub Macieja Boryny czy jego wyjście na „siew”), tak mnogość wielokropków i przysłówków raziła w oczy i mnie przeszkadzała w odbiorze. W odbiorze przeszkadzała mi jeszcze jedna rzecz. Czytałem bowiem wydanie dostępne na stronie Wolnych Lektur i, jak często bywa przy okazji tych ich wydań, porażająca była liczba przypisów do tego tekstu. Tym razem nie prowadziłem statystyk, więc nie wiem, które słowo było tłumaczone najczęściej wśród 3556(!) przypisów (na 1150 stron książki), ale niektóre tłumaczone były kilkukrotnie, a czasem (co w przypadku Wolnych Lektur nie jest już dla mnie żadnym zaskoczeniem) dwa razy z rzędu po to, żeby później przez kilkaset stron to słowo nie było tłumaczone ani razu.


Czy poleciłbym tę książkę? Nie, bo książek raczej nie polecam. Wiadomo, każdy ma inny gust i nie każdemu będzie się to samo podobać. Ale mnie akurat Chłopi całkiem się podobali, choć, w moim prywatnym "rankingu", nie uznaję ich za książę jakoś wybitną.


***


Ja mam jeszcze takie pytanie do Tagowiczów Szanownych na koniec. Nie dałem tej książce oceny, bo zawsze mam problem z wybraniem odpowiedniego numerka. Czy komuś będzie przeszkadzać, jeśli o książkach będę sobie pisał od czasu do czasu, zwiększał ten licznik, ale jednak wstrzymywał się z dawaniem ocen? Dla mnie opis ma dużo większą wartość. No ale, jeśli ktoś będzie chciał jakieś statystki robić, to może te oceny mu się przydadzą?


EDIT: No dobra, będę dodawał oceny.

f761946f-7a1c-40c5-bc51-86f343120f05

@George_Stark Idealnie ująłeś i moje odczucia z lektury Jeśli chodzi o te nierówności w opisach, to wydaje mi się, że Reymont był naocznym świadkiem części z nich, czasem i wielokrotnie (np. wesela), zaś z innymi wydarzeniami miał do czynienia rzadko lub znał je wyłącznie z opowieści.

PS. Oceny są potrzebne w zasadzie tylko do statystyk bookmetera (bez nich niejako Twoja recenzja się nie zlicza do puli książek branych pod uwagę w statystykach). Też uważam je miejscami za zbędne. Jeśli więc te statystyki Ci nie przeszkadzają, to ja nie widzę przeszkód, by ocen nie dodawać.

@George_Stark Na głośnikach telewizora muzyka z Chłopów, film już dawno oglądnięty, na telefonie leci audiobook, a ja jeszcze czytam recenzje trochę się zastanawiałam czy ją czytać, czy jeżeli przeczytam, że jednak słaba książka i nie polecam to się nie zniechęce, ale nie, nawet gdybyś napisał, że 3/10 i nie polecasz, to i tak bym ją dokończyła. Bo w tym masz rację, że Reymont świetnie stworzył obraz polskiej wsi, opisy przyrody, które zazwyczaj mnie w książkach drażnią, tym razem wprowadzają w nostalgiczny nastrój. Co prawda nie mam takich wspomnień z wsią, chociaż na podkarpackiej wsi się wychowałam, ale to była wieś pod miastem, nowoczesna. A jednak odnajduje te zabobony wśród ludzi w pracy, ten sposób myślenia, to podejście do wiary. I masz rację, postacie stworzył świetne, wielowymiarowe, głębokie. Z jednej strony Jagnie współczuję, z drugiej momentami chce jej te modre, jarzące ślepia ( co za bogactwo języka!) wydrapać, a czasami żal mi jej, bo to młoda, naiwna, zmanipulowana dziewczyna. Gdyby jednak książka była krótsza to byłaby bardziej przystępna, bo jednak wymaga sporo czasu i zaangażowania, no ale cóż, nie jesteśmy w szkole, terminy klasówki nie gonią

Zaloguj się aby komentować

Ponieważ obserwuję ostatnio, że w naszej kawiarence nie Apollo nam natchnienie zsyła, ale raczej Posejdon na nas jakoś wpływa, to przedstawiam moją chałturę koniunkturalną w bitwie #nasonety właśnie w tym temacie. Oczywiście, jeśli ktoś się bardzo uprze, to można i ten wytwór zaklasyfikować do głównego nurtu naszej twórczości, bo ryby, choć węch mają słaby, to zapach jednak mocny. Oto proszę:


***


Sonet wędkarski


Tak nagle się to wszystko zaczęło.

Bo było tak: nad wodą czekanie

i moje w tejże wody otchłanie

tępe patrzenie. Werter? Romeo?


Raczej Santiago, jeśli już literackie dzieło

jakieś brać tutaj na porównanie.

Wtem: spławik pod wodę! O kurła! Jest branie!

Tak nagle się to wszystko zaczęło!


I walka mordercza, kiedyśmy z Rychem

co, jak Manolin, me siły liche

nad rzeką wspierał, bom prawie skonał.


Wędkę ciągniemy, zaparliśmy się nogami w ziemi

Sum to? Brzana? Szczupak? – król naszych strumieni?

A to płoć tylko. I jakaś skarlona.


***


Wytwór powyższy to sonet di risposta czyli odpowiedź na sonet di proposta zaproponowany przez koleżankę @moll w X (już!) edycji zawodów wędkarskich #nasonety w kawiarence #zafirewallem . Kiedy uprawiałem tę sztukę z gatunku #poezja (mam nadzieję), a przynajmniej #tworczoscwlasna (to na pewno), to olałem trochę zasady, bowiem słowo „dzieło” powtórzyłem za panem Tetmajerem. Zanim to zrobiłem, zapytałem o zgodę mojej przyjaciółki, licentia poetica jej miano, i ona taką zgodę wraziła. A że cenię ją dużo wyżej niż jakieś tam zasady, to niech będzie jak jest, bo tak właśnie ma być. W razie czego jurorkę trwającej właśnie edycji proszę z tego powodu o dyskwalifikację. Przynajmniej będę miał pewność, że nie wygram, a to zawsze ogromna zaleta.


EDIT: O kurła! Właśnie przeczytałem, że węch jest jednak najważniejszym rybim zmysłem. No cóż, licentia poetica, bo nie chce mi się tego wstępu pisać od nowa.

Zaloguj się aby komentować

Tak to już niestety jest konkursach,

że wygrać musi ktoś.

Dziś to ja czynię honory

bo

Splash jest trochę chory,

no a @Moose to Łoś.


Dziś bawimy się tak:


rymy: cokolwiek – bierze – ktokolwiek – mierze

temat: hiszpańska inkwizycja


I, rzecz najważniejsza!, bawimy się dobrze, czego nam wszystkim życzę!


#naczteryrymy #zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Pan Jerzy

czyli ostatni slam w Gorzowie


***


Od Autora


Trochę z opóźnieniem, bo mało mam ostatnio przesrane, to i wena jakoś mnie opuściła, ale w końcu jest i on! A może nawet On, w całej swojej erosomańsko-ssącej osobie wraz z całą resztą zasranych towarzyszy! Oto przed Państwem Szanownem kolejny odcinek tego posranego poematu koniunkturalnego, pisanego ku Waszej uciesze i z Waszej inspiracji (oprócz tego co ukradłem od innych autorów; to się chyba w narzeczu marketingowym nazywa „inspiracja”?), próbując schlebiać waszym gustom skrzywionym. A może zakręconym, jak gówno w sedesie z półką?


Jakby nie było, oddaję oto w Wasze ekrany co poniżej i życzę miłego przy lekturze poematu zasranego.


Wasz Autor.


***


Spis treści


Księga I – Zwycięstwo

Księga II – Do Grecji!

Księga III – W Grecji

Księga IV – Nadal w Grecji

Księga V – Ciągle w Grecji

Księga VI – Jeszcze chwilę w Grecji, ale dłużej już w Nowej Soli

Księga VII – W nadodrzańskich lasach

Księga VIII – Pod czerwonym butem

Księga IX – Nadal pod czerwonym butem


***


Księga

Ciągle pod czerwonym butem


Męski romantyzm – Przepowiednia – Demoniczny Łoś – Narada


Gdy rano się obudził Jerzy pode płotem

z głową obolałą, zlany zimnym potem,

za Splashem się rozglądał, ale nie ma jego

no i rzecz też gorsza, bo hajsu wygranego

co to go miał w kieszeni, to też mu brakuje.

– Tyle było pieniędzy! – stratę opłakuje.

Na to Pacha przychodzi, mówi: – Ty łbie pusty!

Soku ci na kaca z kiszonej kapusty

przyniosłam. Nie płacz też już nad straconym sianem

co do Afryki odleciało z bocianem.

Nawet bez tych pieniędzy sobie radę damy.

Pamiętaj! Najważniejsze to, że siebie mamy!

A pieniądze? Przepadły! I cóż teraz zrobić?

Płakać po nich nie ma co, trzeba je zarobić.

Ja nawet zaczęłam działać w tym kierunku

i kupon już kupiłam: milion bowiem funtów

brytyjskich będzie do wygrania, w niedzielę.

A przecież, jeśli wygram, no to się podzielę.

Na te słowa Dżordż z łez otarł swoje gały

a sercem myśli takie mu się pomyślały:

– „Widać że Pacha bardzo kocha swego Dżordża

nawet bez tych straconych pieniędzy za Nobla;

i niejeden to może aż mu pozazdrościć

takiej kobiety, co żeni się z miłości,

(nawet ten Pachy lapsus wcale nic nie szkodzi:

kobieta, bardziej jednak to „za mąż wychodzi”)

nie z innych powodów, zwłaszcza dla mamony

i dlatego też Jerzy, ze swej przyszłej żony,

tak ogromnie się cieszy i wielce jest on rad,

że Pacha go kocha, mimo licznych jego wad.” –

i myśli też: – „Będzie to udane małżeństwo

bo przecież u Pachy od wad to też aż gęsto”.

Pomyślawszy tak, z okazji chcę skorzystać

i pytam się jej: – Pacha, dasz się dzisiaj przyssać?


Nie odpowiedziała, bo z kuchni, gdzie baba

@moll króluje, zapach jej do nas dobiegł; baba

pachnie intensywnie, lecz nie jak jakiś Janusz,

i też nie jak @moll pachnie, bo to baba ghanoush.

Bowiem wtedy właśnie z bakłażana racje

@moll nam postanowiła zrobić na kolację.

A gdy nos Pachy podrażniła oberżyna

ta fioletowieć na całej twarzy zaczyna!

Lecz inne atrakcje, niż te nam dobrze znane

nastąpiły. Tym razem to @moll ma przesrane:

Pasze czoło się marszczy, drgają płatki nosa!

I zła też jest okropnie! Zła jest tak jak osa!

I jedno, czego jej brak, to li tylko żądła;

mnie zaś żądło twardnieje: takiej jej pożądam!

Bo nie zachęca mnie tak ku niej do miłości

nic, jak ta jej uroczość, wówczas gdy się złości.

Ale nie użądlę jej tam, choćbym bardzo chciał,

bowiem naraz w morderczy Pacha wpada szał.

– Już ja babę przyrządzać oduczę tę panią! –

krzyczy i biegnie do kuchni. Ja: biegnę za nią.

Gdy jesteśmy od okna już metr albo cosik

to widzimy jak do ust @moll łyżkę unosi

i jak tylko pastę z oberżyny zjadła

to, tak jak w Grecji, znowu w trans zapadła;

(choć żaden jest z niej trans, czy też inny gender:

jak już ma bakłażan, to kładzie go w blender;

skąd ja to wiem? nie wiem, tylko tak słyszałem;

że Splash byłby na mnie zły, to sam nie sprawdzałem)

jak Pytia delficka, zaczyna Pasze wieszczyć

głosem, że ze strachu to idzie się aż zeszczyć:

– Nad morze wnet polecisz, ale nie nad Bałtyk

wybierzesz się ty bowiem niebawem do Jałty,

czyli nade Czarne, jak czasy te szalone

by tam właśnie zarazę pokonać czerwone

i kres położyć naszego narodu troskom

świat nasz wszak jest okrągły, niechże więc pod Moskwą

skończy się marsz na Berlin, co Stalin go zaczął,

choć to metafora wojskowej proweniencji

bo sprawę rozwiążesz w czasie konferencji.

I tylko pamiętaj: z Rooseveltem tam trzymaj

i Churchillem! Razem pokonacie Stalina!

I portret swój ty wtedy na słoniu zobaczysz,

jak książę Poniatowski, co ma go na klaczy.


Ktoś się mnie może zapytać: gdzie się podział Splash?

Łoś przydybał go w krzakach: – Czemu tutaj srasz? –

żekł do niego tam szybko, a bardzo bojowo –

Obrzarłeś się za bardzo? To trochę niezdrowo.

A że Łoś jest teraz Król Lasu Nieumarły,

Splashowi, rozkazem jego, tyłek podtarły

tam wampir, zombie, kościej i dwa szkieletory.

Lecz trupim zakaziły go jadem i chory

stał się, niespodziewanie i zupełnie nagle:

rogi jemu wyrosły i iskierki diable

jakieś w tych stoickich oczach zapłonęły

(a rogi, rzecz wyjaśniam, nie od @moll się wzięły;

bowiem koleżanka @moll to jest dobra żona,

na mężów cudzych wcale łasa nie jest ona).

I Splash wraca do zamku, krokiem jakby skocznym

w głowie jego rodzi się plan taki mroczny

że zamek to on przejmie, że niby jest Hrabia:

papiery rodowe już w myślach podrabia.

A Król Łoś tymczasem wrócił w leśne knieje.

Zwierzęta wsze w strachu! Jeżu! Tam się dzieje!

Wpierw wziął się za krecicę, później też wiewiórce

coś zrobił przy ogonie, przy piórze przepiórce,

a również i łanie, te samice jeleni,

wabił on tam ku sobie śpiewem swym syrenim

Ktoś spyta: – Skąd Łoś śpiewać umie, proszę pana?

– A musiał się nauczyć ode @DiscoKhan a!

I nie mówię już o tym, że także i owce

Król Łoś zmartwychwstały sprowadzał na manowce!

Co on tam komu zrobił, kto by to spamiętał!

Na śmierć wychędożył gospodarskie zwierzęta!

Myślą chłopy: – Czy to wilk grasuje tu jaki?

A to tylko @Moose je prowadza w krzaki.

Lub, innymi słowy, hodowlane dziewczyny

on, w celach zdrożnych prowadza w maliny.

Później, gdy już tam były, dla niego to banał,

najzwyczajniej w świecie: puszczał on w kanał,

choć samego siebie, nie, jak w przysłowiu, że je;

co ja chcę tutaj powiedzieć? Łoś już dobrze wie!

Lecz najbardziej ze wszystkich Łosia bał się zając

korek od szampana z bólem wspominając.

Wracając do Splasha, bo to o nim być miało:

jak wiemy, przemienione było jego ciało

iskierki miał w oczach i rogi na głowie

a na palec założył pierścień z łosiowej

kości. I miast stoikiem, to został Nazgulem,

a całe jego ciało przepełnione bólem!

Tak urządził go Łoś, choć to nie jego wina

@Moose był sterowany bowiem przez Stalina.


A tymczasem na zamku właśnie trwa narada

bo Pacha ze swej misji ogromnie jest rada:

– Misję mam tajną! – mówi – Ocalenia świata! –

i z tego powodu puszy się jak wata.

I tą-że swoją misją tak się radowała

że z tej radości w majty się zesrała.

Tworzymy więc jeszcze lepiej dobraną parę

bo i ja od dłuższego czasu, przez ksiąg parę,

mam gacie obesrane, co wiszą jak torba:

pamiętacie co było, gdy zjawił się Zorba?

I tak się zdarzeniami zaaferowałem

że aż majtów na czyste zmienić zapomniałem.

A @moll na to: – Ależ bije Fantastyczny Blask

od cię Pacho! To że nas ocalisz, ja za fakt

już uznaję. I czuję od ciebie of change wind,

Będziesz naszą bohaterką, jak mag Rincewind

(lecz niech czytelnik wie to z poematu kart,

że żaden nie był to wind, lecz zwykły tylko fart)

co to dzięki panu Pratchettowi Terremu

on w książce zapobiegł wydarzeniu złemu

bo uchronił tam świat przed śmiercionośną jazdą

na kursie kolizyjnym ze czerwoną gwiazdą!

Naradę tę przerwało pewne wydarzenie:

było nim nagłe Splasha do izby wkroczenie.

I powiało zgnilizną, no i siarką trochę,

kąśliwie @moll się na to odzywa: – O! Proszę!

To mąż mój postanowił jak gdyby nic wrócić!

Wiesz, mój Splashu kochany, ja nie chcę się kłócić

i nie pytam gdzie byłeś… Ej, Splash! Pokaż rączkę!

Czemu masz pierścień z kości, a nie obrączkę?!

I czemu masz na głowie takie wielkie rogi?!

Wszak ja tylko przed tobą swe rozkładam nogi.

A Splash nic nie mówi, lecz dalej zieje siarką

i oczami nas wierci jakoby wiertarką

i pochyla swe czoło: zaraz nas ubodzie!

Wtem twarz jego syczy, cała mokra w wodzie,

którą to @moll na męża swojego wylała

z garnka, co to w rękach go tam trzymała.

I mówi, choć, z racji trzęsącej się brody

troszeczkę niewyraźnie: – Odeszły mi wody!

A Pacha ją pyta: – Ja wiem, że dobrze chciałaś

ale dlaczego ty Splasha wrzątkiem oblałaś?

@moll na to zapytanie się uspokoiła

i tak rzekła: – Nie wrzątkiem. Woda zimna była.

Do gotowania ją z kościoła czerpałam

bo w Odrze jest zatruta i trochę się bałam.

Pojęliśmy wtedy, że stoik nasz kochany,

tak jak Łoś, przez Stalina został opętany.

Z tej racji strach wszystkich obleciał nas równo

tym bardziej, że miast siarki, pachnie teraz gówno

bowiem wody @moll Splasha tak mocno paliły

że z tego wszystkiego zwieracze puściły.

Śmierdziało tak okropnie, więc nie wina nasza

że zamknąć w piwnicy musieliśmy Splasha.


***


Posłowie


Czasami mam wrażenie, że świat naprawdę sprzyja poetom, bo żadna to licentia poetica, i pan Pratchett w Blasku fantastycznym naprawdę pisał o złowróżebnej czerwonej gwieździe. To fajna zabawa, jeśli szuka się jakiegoś cytatu i okazuje się, że on tak kapitalnie pasuje do tego co się powypisywało. Z tego zrządzenia losu w tej księdze chyba ucieszyłem się najbardziej. Możecie to zmienić, wypisując pod poematem komplementy (jeśli na nie zasłużyłem) lub pochlebstwa (jeśli na komplementy nie zasłużyłem). Dziękuję za uwagę i do zobaczenia w Księdze XI!


***


Stopka redakcyjna


Oficyna Wydawnicza Kawiarnia #zafirewallem

Internet, 2024


@George_Stark , 2024

Redakcja: @George_Stark

Korekta: @George_Stark


#tworczoscwlasna #poezja

@George_Stark Morze Czarne, czerwona gwiazda i bakłażan xD w ogóle na pastę to mi smaka narobiłeś, muszę spróbować coś takiego zrobić

Zaloguj się aby komentować

Pan Piotr Bukartyk, jeden z moich ulubionych układaczy słów do rymu, napisał kiedyś takie słowa: bo kiedy patrzy się wstecz, to jednak ważne by mieć kogoś kto byłby winien naszych win. No i trochę mnie to zainspirowało i tak zastanowiłem się, kto jest winny wszystkiemu złemu, co dzieje się na świecie i akurat, zrządzeniem pewnie losu, mijał mnie na ulicy jakiś pan w chałacie. Niebiosa same odpowiedź mi zesłały. No to napisałem i dedykuję:


braciom pejsatym,

co odziani w chałaty

światem jednak rządzić nie mogą.

Niech i oni zrzucać winę

też mają na kogo.


***


Antygoja


Kto za wszystkim stoi? Ano stoją goje!;

ci, którzy światem rządzą poza naszą miedzą.

Jak do tego doszło? Tego to nawet najstarsi rabini nie wiedzą.

Za to ja wiem swoje. A wiem to, że nie ja tam stoję.


Utarło się tak w świecie, że za winy swoje

odpowiedzialności ludzie ponieść nie uredzą.

Żyda ofiarnego potrzebują! Jakiegoś parcha, te gnoje,

żeby żyć dalej mogli sobie ze spokojem.


Znieść tego nie może ma pejsata głowa

że dzień w dzień i że na każdym jednym kroku,

i że ciągle na nowo, i ciągle od nowa


jak konie nas traktują, co za krztę obroku

(albo za garść szekli), potulnie, jak krowa,

winy ich będziem przyjmować, jak zsyp śmieci w bloku.


***


To jest moja pierwsza (a być może, i nawet prawdopodobnie, nie ostatnia) odpowiedź, czyli di risposta do zaproponowanego przez koleżankę @KatieWee sonetu di proposta w konkursie #nasonety w kawiarence #zafirewallem. No i jeszcze dwa tagi, których nie chce mi się wplatać w tekst, czyli: #poezja i #tworczoscwlasna.


A, tylko teraz zauważyłem, że jest niezgodna z zasadami (chodzi o ten wers: Żyda ofiarnego potrzebują! Jakiegoś parcha, te gnoje), ale podoba mi się tak, jak jest, a poza tym nie chce mi się już dziś myśleć, więc niech zostanie tak i będzie poza konkursem. Będę miał też motywację żeby napisać jeszcze coś innego.

Zaloguj się aby komentować

Tutaj już bez komentarza dotyczącego treści, bo ten był poprzednio. Nawet miałem zamiar te dwa wytwory opublikować w jednym wpisie, ale jak pomyślałem, że koleżanka @moll ma liczyć, to zmieniłem zdanie. Niech się dziewczyna uczy, wszak trening czyni mistrza! @moll , taki tip: jak Ci braknie palców, to możesz pożyczyć od dużego Mola, ewentualnie od małych Moli. No i każde z Was ma jeszcze stopy!


Oto efekt numer dwa:


***


Lew i lwica


Ale mam ochotę na ciebie teraz już się rzucić;

i tobie i sobie sprawić trochę przyjemności.

Wieczór miły minął i on już nie wróci

a teraz jestem ciekaw czym noc nas ugości.


W świetle świecy tak przyjemnie widzieć twoje wdzięki

i już gorącą wieje miłości zawieruchą.

My: spleceni gdzieś między kołdrą a poduchą;

za to, że ze mną tu jesteś, co dzień składam dzięki.


Bywało nam różnie, lecz zawsześmy siebie nawzajem chcieli;

choć nieraz ze skręconym z nerwów wzajemnych żołądkiem

byłem i ciągle jestem pewien, że nic nie jest w stanie nas podzielić,


nawet po tylu latach. Bo odkąd byliśmy chłopcem i podlotkiem,

wciąż my: szczęśliwi kochankowie, którzy ciągle mogą

budzić się obok siebie i cieszyć się sobą.


***


#nasonety #zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna


***


– Aleosochodzi?

– A o to, że jest to pewien eksperyment, który przyszedł mi do głowy przy pisaniu tego wiersza . A druga część tryptyku tutaj .

Zaloguj się aby komentować

Kosztem snu, ale było warto, bo pomysł na to, żeby napisać tryptyk wydał mi się całkiem fajny. Pasjonują mnie cały czas, i chyba (mam nadzieję) już zawsze będą pasjonować słowa, a w tym przypadku ta próba sprawdzenia jak może skończyć się historia, zaczynająca się zawsze tak samo, kiedy w pewnym momencie wprowadzi się jednym wersem zupełnie inny nastrój. Jak mi się to udało? Nie mam pojęcia. Publikuję to na gorąco, zaraz po napisaniu. Do tych trzech wierszy pewnie wrócę za jakiś czas i wtedy sobie odpowiem na to pytanie. Ale bawiłem się dobrze.


Aha, ani w jednym, ani w drugim nie hamowałem w żaden sposób wyobraźni, a tylko pozwoliłem jej podryfować w nadanym kierunku. Oto efekt numer jeden:


***


Lew, król sypialni


Ale mam ochotę na ciebie teraz już się rzucić;

i tobie i sobie sprawić trochę przyjemności.

Wieczór miły minął i on już nie wróci

a teraz jestem ciekaw czym noc nas ugości.


W świetle świecy tak przyjemnie widzieć twoje wdzięki…

I rzucam ci ostro: – Zara bede cie ruchoł!

Jesteś moją własnością, mą prywatną suką.

Co się patrzysz głupio?! No weź go do ręki!


Wiesz z iloma musisz się mną dzielić?

Myślisz, że gdzie chodzę każdym po robocie piątkiem?

To ja mam tak, jak inni pewnie mieć by chcieli.

Wśród wszystkich mężczyzn ja jestem wyjątkiem!


A ty nieśmiałym szeptem cedzisz każde słowo:

– Dziękuję panie. A jeśli sobie życzysz, to zrobię ci głową.


***


#nasonety #zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna


***


– Aleosochodzi?

– A o to, że jest to pewien eksperyment, który przyszedł mi do głowy przy pisaniu tego wiersza .

Zaloguj się aby komentować

Odczuwam niepokojący spadek poziomu erosomaństwa w naszej twórczości, więc postanowiłem (he! he!) wziąć sprawy we swoje ręce i sytuację uratować. Oto proszę:


***


Kotek


Ale mam ochotę na ciebie teraz już się rzucić;

i tobie i sobie sprawić trochę przyjemności.

Wieczór miły minął i on już nie wróci

a teraz jestem ciekaw czym noc nas ugości.


W świetle świecy tak przyjemnie widzieć twoje wdzięki

i już gorącą wieje miłości zawieruchą.

My, spleceni gdzieś między kołdrą a poduchą…

nie trwało to długo, im zrobił się miękki.


Nie masz mi tego za złe, wciąż się do mnie kleisz,

choć nadziei na dziś już nie ma, wnioskując z rozsądkiem.

I mówię: – Może gdy się wyśpię? Jutro, przy niedzieli?


Ty na to: – Nie jesteś, jak mówiłeś, lwem, ale jesteś kotkiem.

Więc mruczę: – Przepraszam za tę noc, we wrażenia ubogą

ale wiesz, w pewnym wieku panowie, choć bardzo chcą, to jednak nie mogą.


***


W ogóle ten wytwór, w odróżnieniu od poprzedniego, to akurat mi się podoba. Podoba mi się w nim to, że udało mi się mimo wszystko opanować, bo w miejsce wersu i już gorącą wieje miłości zawieruchą pierwsze co przyszło mi do głowy to było: zara bede cie ruchoł (choć, być może, jeśli tylko znajdę czas, to sprawdzę co stanie się dalej, jeśli jednak wstawię go w to miejsce?). Podoba mi się też to, i to jest druga opcja otwarta, że jeśli by po wersie: My, spleceni gdzieś między kołdrą a poduchą… nie przejść do mało jednak chlubnych szczegółów fizjologicznych, to całkiem zgrabny erotyk (erotyk, czyli wiersz o miłości, w odróżnieniu od świntuszenia, czyli wiersza o seksie) mógłby z tego wyjść. Jest pole do eksperymentów, a i ciekawość tych eksperymentów także jest. Może się uda.


Ten wierszcz powyższy to moja kolejna odpowiedź, czyli di risposta, na wiersz di proposta od koleżanki @moll (ładny wybrała, to niech teraz cierpi za karę i liczy, aż jej palców zabraknie) w konkursie #nasonety w kawiarni #zafirewallem . No i jeszcze #tworczoscwlasna a czasami to nawet i #poezja .

Pięknie nam tu ejakulowałeś erosomańską twórczością panie Stark, ale proszę teraz posprzątać, inni klienci już czekają

@George_Stark czyli, streszczając:


Droga, nim świt nas zastanie,

Noc wypełnijmy kochaniem!

Kpiący głos brzmi:

"Ach, cały Ty -

- pięć minut. W tym rozbieranie."

Zaloguj się aby komentować

Jedną z postaci literackich, pierwszą z nich właściwie, które bardzo mocno na mnie wpłynęły i skrzywiły moje postrzeganie świata na tyle mocno, że za nic nie potrafię się czasami w nim odnaleźć, był Włóczykij z Muminków. To właśnie o nim zdarzyło mi się napisać ten wytwór, który niech będzie sonetem di risposta, tą odpowiedzią daną samemu panu Szekspirowi w pojedynku zaaranżowanym przez koleżankę @moll , która to od tego właśnie mistrza zaczerpnęła utwór di proposta w tej edycji konkursu #nasonety .


***


O Włóczykiju


Zastanawiam się czasem czy on kiedyś jeszcze wróci,

czy przyjdzie siąść przy stole, tak jak dawniej, w gości,

czy swoje obecne życie choć na chwilę porzuci

czy może już do końca zgubił się w wolności?


Pamiętam tak dokładnie dotyk jego ręki

nim odszedł raz ostatni, gdy, z początku zimy pluchą,

drzwi naszego domu, aż do wiosny, zamknęły się głucho.


A tu kolejna już wiosna. Znów słyszę harmonijki dźwięki:

serce drga, a nogi same rwą by pognać tą drogą ku kniei

Natychmiast, na skróty, przez łąki!

nad strumyk, gdzie na moście razem żeśmy siedzieli.


Siedzę tam teraz. Nie sam: z Małą Mi, Migotkiem.

I czekamy. Wiemy, że wolność to i to, że jakąkolwiek drogą

nie odeszli by nasi przyjaciele, zawsze wrócić mogą.


***


Trochę mnie samemu się ten wytwór nie podoba i uważam, że nie jest do końca dopracowany. No ale, ostatnio brak mi głównego motywatora do pisania, czyli nadmiaru wolnego czasu, a i wena zdradliwa pokazuje swoje drugie oblicze, czyli jakoś jej nie ma.


Przede wszystkim nagiąłem trochę to, co podpowiadało mi to moje koślawe poczucie rytmu do zasad konkursu, bo gdyby nie zasady sonetowe (które i tak olałem, stosując nieklasyczny układ wersów, ale przynajmniej nie olałem do końca), to wersyfikowałbym ten tekst trochę inaczej. Myślę, że lepiej by się go wtedy czytało. Tyle chyba z tłumaczenia się na zapas. Dziękuję za uwagę.


#zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

Drodzy układacze do cudzych rymów i tematów (czy można Was już zecerami nazywać?; można, wszak licentia poetica!). Poniżej to, co ustaliliśmy konspiracyjnie naradzając się we trójkę!


Zadanie na dziś:


rymy: karzeł – słonie – diabeł – fanfaronie

temat: marchewkowe pole


Miłej zabawy i wielu inicjatyw prywatnych w komentarzach, które z tej zabawy wynikają, bo są fantastyczne!


#zafirewallem #naczteryrymy #poezja #tworczoscwlasna

Chciał urosnąć, więc pole marchewek zjadł karzeł

Nici z tego, jedynie kupy wyszły mu z tego słonie

Podciera d⁎⁎e, wkurwiony jak sam diabeł

"Od marchewek się rośnie" nagadały mu głupie fanfaronie

Mówili, że wzrost miał niewielki, jak karzeł.

Lecz gdyby tylko w swej armii miał słonie,

Świat cały by podbił, bo taktyki był diabeł.

Poległ nie na polu, a na wyspie w domu. Żegnaj fanfaronie!


***


Ten pierwszy wiersz co napisałem tak mi się nie podobał, że aż spać nie mogłem i musiałem napisać inny xd

@George_Stark 

Sytuację trochę tu uprosciłem

Z powodu sytości bezsenny byłem

W nocy ja wstałem i w trakcie srania

Wiersza podjąłem się układania

Zaloguj się aby komentować

No to proszę co zapowiadałem. Temat przeciorany w literaturze do granic możliwości, każdy już chyba pisał o łobuzie, który zmienił się pod wpływem miłości, więc postanowiłem te granice możliwości przekroczyć i również włączyć go do swojego repertuaru. Aha, i, jak to łobuz, olałem sobie zasady w dwóch ostatnich wersach. Naprawdę chciałem, ale nie dałem rady i zrobiłem po swojemu. Tak jak ta miłość, która wymknęła się w tym wytworze wszelkim ograniczeniom, też sobie nic nie robiła ze zdania innych i ich zasad, i tym właśnie wygrała. Obym tylko ja nie wygrał w podobny sposób tej edycji konkursu!


Proszę:


***


Łobuz kocha mocniej


A śmiali się ze mnie koledzy, gdym pierwszy

z nas panem zostawał młodym.

Mówili: „Włoży ci baba okowy

ze złota na palec serdeczny.”


I, tak jak w dobrym dramacie, był też i konflikt rodowy:

rodzice, od kumpli nielepsi,

jak refren zbyt długiej pieśni,

mówili: „Wybij ją sobie z głowy”


I przeciw nam cała też była ulica:

„On przecież po przejściach, a ona? Jak czysta jest tablica”

Stanąłem przeciwko wszystkim i teraz, radością zasłużoną,


po latach nadal się cieszę, że ona jest moją żoną

Bo nie masz na świecie wartości

co by się równać mogła miłości.


***


To jest kolejny mój, chyba niekonkursowy tym razem, wytwór w zabawie #nasonety w kawiarni #zafirewallem .

A utwór di proposta, na który odpowiadam znajduje się tutaj .


#poezja #tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Dobrze, ja nie będę się zbytnio tłumaczył, ale trochę schlebiam gustom (czyli chałtura), bo @splash545 prosił Boga o myśli zdrożne, nie dostał, to ja w zastępstwie, z dobrego serca chłopu podrzucam - pozdrów żonę. Trochę cały czas zachwyca mnie też ten kapitalny utwór koleżanki @moll , który, choć zaczyna się magicznym słowem "seks", wcale nie jest erosomański. No i też spróbowałem być przewrotny, ale inaczej niż mi to wmawiacie, że jestem i zrobiłem dokładnie odwrotnie niż dotychczas. Tak mi się przynajmniej wydaje. Jak wyszło? Nie mnie to oceniać. Ale proszę:


***


Radość z tego co nastąpi w wyniku innych radości, ale lekko podlana jednak strachem i wątpliwościami, bo to pierwszy raz przecież


– A dziś bawimy się, żeś Conan waleczny,

bo cieszy mnie, że krzepy to ty masz jak i byczek młody.

Gorąca jestem, choć dopiero spod zimnej co wyszłam ja wody

by skórę jędrną utrzymać, ten ubiór dla ciebie najlepszy.


Czasami było na łonie przyrody:

w krzakach, na szybko, wśród leszczyn,

kiedy to na spacerze się mieliśmy tylko przewietrzyć.

Takimi to – między innymi – bliskość budowaliśmy sposoby.


Bo czasem też było spokojnie, li tylko, co lico do lica

bo bliskość, również i ta w ubraniach, to też mnie z nią zachwyca.

Tak właśnie wieczory spędzałem we dwójkę, z mą żoną.


Bać się zacząłem wtedy, gdy do szpitala ją odwożono.

Boję się i teraz, gdy czekam na wyjście położnej.

Fakt, było wtedy namiętnie. Mogło też być ostrożniej.


***


To jest kolejny mój chyba konkursowy wytwór w zabawie #nasonety w kawiarni #zafirewallem .

A utwór di proposta, na który odpowiadam znajduje się tutaj .


#tworczoscwlasna #poezja

@splash545 Bo teraz taki jest zamysł. Że ocieplam mój, zszargany przez Was wizerunek. Jak się uda, to zaraz wjedzie jeszcze jeden o miłości, już zupełnie bez seksu. Bo coś mi Pan Jerzy nie idzie.

@George_Stark Pan Jerzy najważniejszy, to nasze dobro narodowe!

Zauważyłem, że starasz się ocieplić choćby używając mnie jako wymówkę do erosmaństwa, ale proszę bardzo

Zaloguj się aby komentować

Kolega @splash545 zażyczył sobie ode mnie (nie wnikam dlaczego) wiersz di risposta o tematyce erosmońskiej. Ponieważ i kolegę lubię, a i pisać to nawet jeszcze bardziej, to oto i proszę:


Rozpacz z powodu utraty jajek


Na ulicy Krowiej był kiedyś bar mleczny

gdzie studenci biedni dzień w dzień swoje głody

zaspokajali po zgłębianiu nauk na temat przyrody.

Później, w wyniku kur strajku, był kryzys jajeczny

i dlatego kucharki z osolonej wody

ten pokarm wyciągały, co bezużyteczny:

po nim chłop sił nie miał, aby być niegrzecznym.


Cóż mi z tego, że panna przede mną uniesie spódnicę?;

cóż mi z tego, że nawet tu czy tam ją chwycę?;

cóż mi z tego, że mówi mi: „zajmij się mną, jak żoną”?

kiedy to potencję moją mam uśpioną?

Cóż mi z tego, że zachowuje się ona coraz to i zdrożniej?

Kiedy, bez jajek, to na nic mi to, co kryją me spodnie!


***


Ten wiersz powyżej to również odpowiedź (kolejna już moja – sam ze sobą póki co rywalizuję), czyli di risposta, na zadany wiersz di proposta w kolejnej edycji naszej zabawy #nasonety


#zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować