Nie regulujcie odbiorników, to naprawdę napisał Mariuszek.
Jak to ktoś ładnie ujął: "w 8 lat od Sopotu, który pierwszy w Polsce wprowadził nocny zakaz sprzedaży, do posła prawicowej partii wnioskującego o zakaz małpek. Zmiany są możliwe".
Nie daję tagu polityka, @bojowonastawionaowca zmień jeśli uważasz, że powinien być.
Dzisiaj cały czas mży lub pada, więc miałem sobie darować lub co gorsza wybrać się na siłkę, bo szkoda mi było szosy na taką "przyjemność". Przypomniało mi się jednak o moim ujebanym szutrowozie, że mogę go jeszcze bardziej przyozdobić w brud. Przyjemnie się jechało, siły w nogach nadal zredukowane o 20%, ale nie ma już dramatu. Dół z3/góra z2.
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Piątkowy rozjazd niedzielny. Wczoraj myślałem, że uda się nieco wcześniej pokręcić, ale po 13 tak opadłem z sił, że pozostał mi popołudniowy kanapping. Dzisiaj bardzo delikatnie, pogranicze z1/z2.
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
- Nie - warczy mąż. - Jest trzecia nad ranem, a pan wyciągnąłeś mnie z łóżka. Idź pan stąd!
Wraca na górę i opowiada żonie o sąsiedzie.
- No coś ty! Jak mogłeś?! A pamiętasz, jak zepsuł nam się samochód i sam pukałeś do ludzi po nocy, żeby ci pomogli?! Co by się wtedy z nami stało, gdybyś usłyszał „idź pan stąd!"?
- Ależ kochanie, on był pijany.
- Nieważne. Potrzebuje pomocy.
Więc jeszcze raz mąż zwleka się z łóżka, zarzuca szlafrok i schodzi na dół. Otwiera drzwi, ale z powodu ciemności niewiele
widzi, woła więc przed siebie:
- Czy nadal pana popchnąć?
Z ciemności dochodzi głos:
- Taaa...
- A gdzie pan jest?
- W ogrodzie. Na huśtawce.
Tag do obserwowania lub blokowania: #wielkikawalarzfurto
Wróciwszy po sobotnich zawodach ok. 23, zjadłem ten sam gulasz co dzień wcześniej ok. 15. Wszystko wydawało się być ok. Noc była kiepska, ale to dosyć standardowy temat po takim wysiłku. Średnie tętno w nocy 70, prawie 50% głębokiego snu, wiedziałam że kolejna noc będzie już w normie. Tak samo jak po lipcowym wyścigu na zbliżone 270 km. W ciągu dnia chciałem zmienić łańcuch i zrobić 1h rozjazdu na totalnym luzie. Gdzieś ok. 16 zauważyłem, że moje zmęczenie nie jest standardowe i postanowiłem darować sobie kręcenie na #rower. Klapnęliśmy przed tv i gdzieś po 18 zaczęła boleć mnie głowa, odbijało mi się i miałem dreszcze. Przyjąłem 2 verdiny, ibuprom i jakieś 30 minut później poszedłem do toalety zwrócić żarcie. Temperatura ciała w normie. Poprawa okazała się chwilowa, po niecałej godzinie powtórka, bełt był 3x większy. Lekka gorączka 37,4.
Po 20 dałem znać w pracy, że dzisiaj mnie raczej nie będzie. Byłem słaby jak cholera, ale nie wiedziałem, że będzie jeszcze gorzej. Kolejne cofki, a temperatura powoli rosła. Po 21 byłem tak słaby, że leżąc przy kiblu, opierając się o szafkę, nie lada wysiłkiem było przełożenie głowy tak, by "dobrze trafić". Po 22 zjadłem dwa kęsy kleiku ryżowego, wypiłem rumianek i położyłem się spać. Przed 23 się obudziłem, ponowny pomiar temperatury i wynik 39,0. Luba stwierdziła że kończy mnie słuchać i dzwoni na 999. Nie miałem nawet siły się odezwać. Dyspozytor powiedział, że jest duży ruch i czy możemy sami zajechać na najbliższy sor. Moja podróż na fotel pasażera (30m) trwała z 10 minut. W windzie się położyłem, nie byłem w stanie ustać przez 30s. Nie sądzę aby istniał kolejny stopień osłabienia, dalej jest już chyba tylko utrata przytomności.
W szpitalu, gdzie dosyć niechętnie mówili, że może w innym będzie mniejsza kolejka, jak zobaczyli moje zwłoki, ledwo siedzące na wózku, od razu wzięli mnie na interwencję, czy jakoś tak. Zaczęło suszyć mnie tak, że wypiłem 5 kubków wody w 10 minut.
W gabinecie lekarz widząc mnie w takim stanie, po "tylko" zatruciu, ze 3x pytał mnie o niedozwolone substancje. Luba później się zaśmiała, że aparycję miałem podobną do "zawieszonych" bohaterów z ulic Los Angeles.
Zapięli mnie pod kroplówkę i przespałem tak 2h. Ze dwa razy zwracałem zawartość żołądka, ale była to już tylko minimalna ilość wody i kwasów żołądkowych. Czułem się jednak niekomfortowo leżąc na plecach, z powodu nacisku pod przeponą.
Po odłączeniu byłem z jakieś 10% silniejszy i nawet nie potrzebowałem wózka. Tuptałem jak 100 letni dziadzio po operacji biodra. Zanim wyszliśmy ze szpitala po 2, zaszedłem jeszcze do toalety i ponownie 5 razy puściłem pawia. Jak się okazało, prawdopodobnie ostatni raz.
W domu zjadłem jeden kawałek suchego pieczywa i położyłem się spać. Budziłem się ze 20 razy, ale teraz czuję się nieco lepiej. Może jutro będzie nawet przyzwoicie.
@Furto o k⁎⁎wa, zdrowo cię przeorało. Nigdy nie byłem w takim stanie. Nie wiem czy w całym życiu rzygałem tyle ile jest w tym opisie wydarzeń. Zwłaszcza, że też nigdy nie rzygałem po zatruciu czymkolwiek, u mnie organizm woli poczekać i walić drugą stroną. Dlatego jedyne jakie doświadczyłem rzyganie, to alkoholowe, stąd może z 5 razy w życiu.
@npnptcn myślałem, że zrzygam się kilka razy i samo puści. A tu było coraz gorzej. Tylko raz w życiu mnie tak mocno cofało, po waflach z salmonellą ponad 20 lat temu. Niestety, ale mam bardzo czuły żołądek, jeśli jedzenie jest popsute. Tyle dziwne, że mogę wymieszać najróżniejsze żarcie ze sobą, wypić w cholerę i nic mi nie jest.
Zresztą tak pusto w brzuchu jak wczoraj, chyba też nigdy nie miałem, bo bez biegunek się nie obyło.
@Furto no i odskoczył...
Często się słyszy, że w jakimś wypadku ofiara została odrzucona na X metrów, ale jak się to zobaczy, to masakra. Był człowiek i nie ma, bo jakiś cymbal musiał zapierdalać...
@Furto Kandydaci na prawko może powinni wszyscy przechodzić symulator wypadków - bo mało kto zdaje sobie sprawę jak to sie wszystko szybko dzieje jak juz dochodzi do sytuacji. Bajki srajki ze zdaza zareagować.
Raz mialem porzadna stluczke, pierwsze co odczulem to poduszka powietrzna na moim ryju. Samochodu co na czerwonym przejechał nie zauważyłem nawet (bylem pasażerem, ale patrzyłem przez okna, bo prowadziła moja siostra co miała prawko od miesiaca).
Nie bronie w żaden sposób debila z auta ale pieszy dla własnego dobra wychodząc zza przeszkody powinien zerknąć w lewo. Wiem, że nie musi ale gdyby to zrobił dzisiaj znowu wyprowadzałby psa na spacer. A ten cymbał z Passata powinien siedzieć za samo to co odjebał nawet gdyby nikogo nie skrzywdził.
Sfrustrowany Żyd mówi o Mojżeszu do rodaków: "Mojżesz... Przez całe 40 lat prowadził nas przez pustynie Bliskiego Wschodu, by zaprowadzić nas do tego miejsca, w którym nie ma ani kropli ropy!"
Tag do obserwowania lub blokowania: #wielkikawalarzfurto
Ostatni start w sezonie przypadł na podwarszawski Grójec i okolice. Jej organizatorem jest autor znanego, podlaskiego Ultra Ducha Puszczy. Ta impreza nieco pompatycznie została nazwana "ultra", co zostało spotęgowane przez wycofanie najdłuższego dystansu 360 km, w którym chciałem wystartować. Pomimo blisko 400 osób na listach startowych (szosa i gravel), znaczna większość wybrała dystanse 120 km, na 240 było ze 3x mniej ludzi, a na 360 dosłownie po kilkanaście osób.
Nim bliżej do startu, tym prognozy były coraz bardziej optymistyczne: słońce, 20 stopni, lekki wiatr i brak opadów - mniam. Jedynym moim zmartwieniem pozostawała kwestia ubioru, bezchmurne niebo oznacza bowiem zarówno ciepły dzień, jak i zimną noc. Wyjechać z noclegu musiałem już po 7 rano, a jedna z prognoz zapowiadała wtedy... 1,5 stopnia odczuwalnej, brr.
Organizacyjnie udało mi się wszystko całkiem zgrabnie dopiąć, policzyłem lepiej żele itp. (ostatnio ciągle zabierałem ich dużo za dużo), spakowałem się wieczorem w 100%, pozostało zatem jedynie położyć się o dobrej godzinie spać. Udało to mi się, jednak zupełnie z czapy, budziłem się w nocy 3-krotnie, a pierwszy raz już o drugiej, gdyż byłem wydygany, że zaśpię xD Po ostatniej pobudce, która była 20 minut przed budzikiem, stwierdziłem że mam dosyć i się wydobyłem z wyra.
Pierwszy organizacyjny fakap związany był z moim rozeznaniem listy startowej. Na co zwróciłem uwagę? Na godzinę mojego startu, na 8 minut przerwy między grupami oraz na to, że grupy są spore. Ale jak spore, liczą 8 osób czy 16? Na dobrą sprawę, do teraz nie wiem. Wskutek tego, od razu po starcie jechałem około 6., a pierwszorzędna konina od razu gnała po płaskim 45 km/h. Po 3. km sobie darowałem, wyprzedziło mnie jeszcze dwóch zza pleców, próbując do reszty dospawać i po obróceniu głowy zorientowałem się, że jestem sam. Ehh, pozostało mi lecieć swoim tempem. Niestety, napisałbym że moja dyspozycja dzisiaj była przeciętna, ale jest ona taka już od końca sierpnia. Moc była ok, ale tętno ponownie wariował i przez długi odcinek czasu nie mogłem go zbić poniżej 155 bpm XD Doganiałem co jakiś czas "spadkowiczów" z wcześniejszych grup i gdy zbliżałem się do jednego z nich, złapała mnie spora grupka, a mi się coś pojebało, że jest to szosowa 120. Po chwili ta grupa przestrzeliła zakręt, a ja uciekłem im na jakieś 300 metrów. Mijał czas, a oni zbliżali się niezbyt prędko. Gdy mnie dogonili na ok. 35. km, zamiast wyprzedzić, siedli na koło i ich z dobre 5 km pociągnąłem. W końcu na podjeździe jeden mnie wyprzedził, po chwili drugi, trzeci i.... znowu impas, jechałem tak przez dobre kilka km, więc nie pozostało mi nic innego, jak kręcić z nimi, dając w międzyczasie parę zmian. W ten sposób dotarliśmy na 85. km do PK1 w Mogielnicy. Zrzuciłem z siebie ocieplacze na buty, nogawki, bluzę, rękawki, komin, a następnie poszedłem uzupełnić wodę i cukry. Lokalne koło gospodyń wiejskich przygotowało pyszne naleśniki i ciasto, ale tak po prawdzie, byli tego za mało. Brakowało kawy, izotoniku w prochu, czy np. bananów. Były za to jabłka.
No właśnie, małe OT, co do jabłek. UDJ wszędzie nawiązuje do lokalnych tradycji i przemysłu, impreza odbywa się w okresie zbiorów na wiosnę i jesień, jabłka i sady są dosłownie wszędzie w ichniejszym marketingu. Przypomina to pod tym względem Pierścień Tysiąca Jezior. PTJ jednak, tak po prawdzie, to bardziej Pierścień Tysiąca Hopek, albo jak powiadają złośliwi, Pierścień Tysiąca Dziur. Samych jezior nie widać za bardzo, stosunkowo blisko przejeżdża się obok zaledwie kilku. Na Duchu Jabłoni jest inaczej... sady i jabłka są dosłownie wszędzie. Na tej imprezie nie można chyba złapać bomby, bo gdzie się nie spojrzy, tam są jabłka. Nie wiem czy podczas tych 8h jazdy, przez chociaż 10 minut nie przejechałem obok żadnej jabłoni.
Po zebraniu się z okolic wodopoju, przyszedł czas na dalszą podróż. 110 km do PK2, na zewnątrz o wiele mniej rowerów, jedynie dwie osoby z tamtej grupy się zbierają. No i gadają coś o tym, że reszta się zabrała, a mieli czekać. Rzucili też gdzieś tam ile jest jeszcze km. 110? Ale że co, wy jedziecie 240? No tak, startowaliśmy razem przecież. Wtedy się zorientowałem, że moja grupa musiała liczyć jakieś 15 osób i po prostu dogonili mnie jadącego solo. Zgadaliśmy się więc na wspólną jazdę... i nic z tego nie wyszło, bo przez kilkanaście minut wisieli mi na kole, a jak odpadli na podjeździe, to stwierdziłem że pi⁎⁎⁎⁎lę takie "zmiany" i lecę dalej. Kolejny raz zobaczyłem ich już na mecie, gdy byłem po zjedzeniu posiłku i wypiciu piwka 0.
Kulałem się więc do przodu, noga nie za bardzo podawała, ale nie przejmowałem się tym zbytnio, bo co jakiś czas kogoś wyprzedzałem.
W okolicy 160 km. zobaczyłem jedną parę wychodzącą ze sklepu i byłem ciekaw jakim tempem jadą. Nie wiem ile czasu zajął im wyjazd, ale facet dogonił mnie żwawo po 15 min na jednym podjeździe i gdy myślałem, że raczej uciekną, to zmianę przejęła dziewczyna... a następnie zrzuciła go z koła, w jego miejsce wjechałem ja i po chwili parka (?) została na dobre z tyłu. Nie wiem, nie rozumiem xDD
W PK2 chciałem zredukować przerwę do minimum, więc zaszedłem coś zjeść, a tam odnalazłem tę grupkę, co odjechała szybciej z PK1. Dziewczyna właśnie wychodziła, mówiąc do nich, że i tak ją dogonią, bo ona jak siądzie, to już nie wstanie. Reszta pokiwała wyrozumiale głowami i wróciła do konsumpcji pierogów, o których ja przez ściśnięty żołądek nawet nie chciałem myśleć.
Zeżarłem więc jabłko, dolałem wody do bidonów i ruszyłem ponownie sam trasę. W oddali widziałem migającą lampkę, do której bardzo powoli się zbliżałem. Czułem już w nogach ponad 200 km i finalnie jakieś 500 metrów straty "do lampki", odrabiałem przez ok. 20 km. Gdy już mi się to udało, przez 3 minuty powisiałem na kole i zaproponowałem jazdę po zmianach. Był to strzał w 10, bowiem współtowarzysz podróży jechał bardzo podobnym tempem. Szybko doganialiśmy i wyprzedzaliśmy innych, w tym tę dziewczynę, która zwinęła się szybko z PK2. W ten sposób dojechaliśmy do mety.
Jak ocenię samą imprezę?
trasa 9/10, na 255 km, może 5 km było z problematyczną nawierzchnią, bardzo mało głównych dróg, znikomy ruch koło sadów. Sztos!
organizacja bardzo dobra, dużo komunikatów, wyjazd zabezpieczany przez straż, czytelne oznaczenia PK itp.
przeciętne posiłki na PK, na imprezach Konceptu Kolarskiego wygląda to w większości o wiele lepiej. Smacznie, ale niestety wybór bardzo mały. 5/10.
Co do mojej dyspozycji, to w zasadzie ją opisałem powyżej. Czy jestem zadowolony? Sumarycznie tak, ale 1,5-2 miesiące temu na pewno byłbym w stanie dołożyć co najmniej 0,5 km/h do średniej. Następne starty już w 2027 :)
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Było to przed wojną, na początku lat trzydziestych. Przewodnik oprowadzający wycieczkę po małopolskim uzdrowisku poświęca parę słów miejscowym świątyniom:
- Tu, proszę państwa, kościół dla rzymsko-katolików, nie opodal cerkiew dla grecko-katolików, a tam - synagoga dla kuracjuszy.
Tag do obserwowania lub blokowania: #wielkikawalarzfurto
Od kilku dni ogarniam szafki w mieszkaniu i dzisiaj przyszła pora na kuchnię. Wpadł mi w rękę słoik klopsików w sosie pomidorowym od Pudliszki. Nie wiem nawet kiedy to kupiłem (może luba?), ale że data do grudnia '27, a ja nie miałem obiadu, stwierdziłem że ugotuję makaron i razem spożyję. BORZE K⁎⁎WA CO TO MA BYĆ.
Zastanawiam się czy ktokolwiek to spróbował, przed wypuszczeniem do sprzedaży. Karma mojego psa lepiej wygląda, pachnie i praktycznie na pewno smakuje. Przypuszczam że karton z zooplusa, który czeka właśnie na rozpakowanie, również jest smaczniejszy. Nie sądzę abym kiedykolwiek spożył gorszego gotowca, nie wydaje mi się.
@Furto ale za to było tanio, bo te klopsiki to kosztujo 10 zł
Tam w składzie jest chytry manewr:
"klopsiki wieprzowe 35 % [mięso wieprzowe 45 %)"
35% oznacza udział klopsików, a nie mięsa. Mięso stanowi dopiero 45% tych klopsików. Czyli po przeliczeniu mięsa jest w słoiku 95g
Mało widziałeś. Są znacznie gorsze opcje (Rolnik, Pamapol). A od Pudliszek bierze się pulpety. Nie mam pojęcia czym się różnią klopsiki od pulpetów, ale jak kiedyś sprawdzałem to były lepsze.
@szatkus-7 ok, ten sam patent, co poprzednio (przy klopsikach), czyli zakamuflowana w skłądzie mała ilość mięsa:
pulpety stanowią 36% zawartości słoika, a "udział" mięsa w pulpetach, to: wołowina 26%, wieprzowina 20%, czyli razem 46% pulpeta, co stanowi przeliczeniu około 100 g mięsa na słoik. Niewiele więcej niż "klopsiki", ale mamy tutaj delikatną przewagę wołowiny, która zwykle podnosi walory smakowe.
Gracz ze mnie żaden, ale wstawię co tam mi przyszło do głowy.
Kolejność względnie dowolna.
FEAR - pierwszy horror fps w życiu, do tego z racji wieku musiałem grać w niego po nocach. Do teraz pamiętam ciarki, jak nadchodziła Alma. W FEAR 2 też pograłem i choć klimat został pokpiony, dobrze mi się grało. Pamiętam jak szedłem do serwisu gier, by naprawili piątą, porysowaną płytę.
Need for speed Porsche 2000 - jak na wyścigówkę klimat bajeczny, podobnie jak trasy. Nie ma gry, na której remaster bardziej bym czekał. Miałem też na płytce, pewnie nadal bym gdzieś znalazł.
Fifa 2003 - kuzyn załatwił, bo był problem z "dostępnością" Fify 2002. Wcześniej grałem w demo Fify 2000 xDD Mnóstwo godzin pograłem też w Fify 12-14, a po kupnie Fify 20, nie wiem kiedy kupię kolejną edycję. Może nigdy.
Grid 2 - tryb fabularny znośny, ale świetny split.
Dirt 3 - uwielbiam za single player. Wyścig z bobslejem zaczynałem z 500 razy, bo nie mogłem dobić do platyny. Ostatni raz w tę grę grałem... jakoś w sobotę?
Need for speed 2 - pierwsza wyścigówka w życiu, dziesiątki godzin na splicie.
Counter Strike - setki godzin w gimbazie.
Trackmania - uwielbiam, miałem na cd! W forever online też grałem, wielokrotnie w topie, zwłaszcza na dłuższych trasach.
Deluxe Ski Jump - do teraz grywam na telefonie xDD
Była też jakaś przygodówka w stylu Lary Croft, ale nie przypomnę sobie co dokładnie.
@Furto Dirt3 byl dla mnie niegrywalny przez tą nieszczęsną ghymkane (czy jak tam to się zwało). Od Grida 2 się odbilem przez dirtową rozrywkowość. Za to dirt2 i grid 1 to top 5 moich ulubionych ścigałek.