Zdjęcie w tle

Cerber108

Osobistość
  • 208wpisów
  • 1073komentarzy

270 + 1 = 271


Tytuł: Kroniki Amberu. Tom 2

Autor: Roger Zelazny

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Format: książka papierowa

ISBN: 9788377855812

Liczba stron: 764

Ocena: 5/10


Zmiana bohatera była dość nieoczekiwana, a blurb zapowiedział całkiem ciekawy wstęp do historii. Niestety sprawa kończy się jak przy pierwszej książce, gdzie mniej więcej dwie początkowe części są ciekawe, a potem kończy się na przynudzaniu i człowiek nawet nic nie pamięta.

Cała ta seria jest jakaś nieangażująca; czytałem to bardziej z przyzwyczajenia do samej czynności niż faktycznej chęci poznawania dalszej historii - skonstruowana jest ona w sposób niezbyt organiczny, nie czuć przyjemnej przyczynowo-skutkowości i wchodzenia elementów na swoje miejsce, wręcz przeciwnie - jeżeli autor zapędził się w kozi róg, to wprowadzał do fabuły coś totalnie nowego i deusexmachinowego. Sztandarowy przykład? Pierścień - którego nazwy już swoją drogą nie pamiętam, chociaż czytałem o nim kilka godzin wcześniej - pozwalający Merlinowi na równy pojedynek z dokokszonym jakiś czas wcześniej braciszkiem. Jest tego oczywiście jeszcze więcej, ale nie będę wchodził w szczegóły, a przykład powyższy jest wystarczająco mglisty. Będąc jeszcze w temacie braciszka i dziwnych rozwiązań: w trakcie lektury niepokojąco często miałem z tyłu głowy ten słynny mem "to kto jest, k⁎⁎wa, synem kogo?", no bo ile razy można korzystać z tego taniego chwytu?

Jedną z rzeczy, która skutecznie uniemożliwia mi wciągnięcie się w historię jest nadmierna gadanina Zelaznego, czy to poprzez bohaterów, czy to poprzez puste opisy. Każda osoba ma słowo, kilka albo wyrażenie, którego nieświadomie nadużywa. W przypadku tego autora objawia się to w postaciach ciągle przerzucających się "później" i "może" w stylu "- Czy było tak, jak przypuszczam? - Może" albo "- Powiesz mi jak do tego doszło? - Później", a opisy to właściwie średniej jakości nabijanie objętości. Ja z tych ponad siedmiuset stron niewiele pamiętam, a to nie jest normalne. Wszystko powyższe irytowało mnie już w pierwszej książce, ale tutaj nic się pod tym względem nie poprawiło, a jedynie uwypukliło.

Przechodząc do okazjonalnego działu, w którym przypierniczam się do głupot i nieścisłości:

- dopiero w 8. części padło pytanie "co by było, gdyby w trakcie atutowego kontaktu «zadzwoniła» kolejna osoba?". Czy przez tyle stuleci korzystania z kart doprawdy nic takiego się nie zdarzyło, czy może jednak miało miejsce, ale jak zwykle była to "cENnA iNFoRmAcjA, którą z nikim się nie podzielę"? Albo po prostu autor pomyślał o tym kilkanaście lat później.

- jeżeli między miejscami może panować niezgodność upływu czasu (np. 2,5 dnia w cieniu-Ziemi to 1 dzień w Amberze), to jakim cudem używanie między nimi kontaktu atutowego nie ma charakteru komicznego? Między rodzinnym królestwem Luka (którego nazwy też już nie pamiętam, coś na "K", Keshfa?) a Dworcami chaosu różnica ta była na tyle duża, że rozmowy atutowe nie powinny być śmieszne, a po prostu niezrozumiałe.

- zachowanie Merlina na str. 590. nie pasuje do jego charakteru, później wydaje się nam, że jednak mamy wyjaśnienie, ale koniec końców wcale nie powinno takie być.

- korekta w tej książce lekko ucierpiała, bo tak jak w pierwszej właściwie nie miałem się do czego przyczepić, tak tutaj było kilka przypadków, gdzie zamiast pierwszej litery zdania znajdowało się puste pole.

Książka ta (a raczej cała seria, choć w przypadku części 1-5 patrzyłem raczej przez zaróżowione okulary kontaktu z klasykiem, które przy częściach 6-10 rozpadły się w pył) nie tyle mnie wymęczyła - choć to też - co rozczarowała i znużyła brakiem sensownego i satysfakcjonującego postępu fabuły oraz zwyczajnie nie zaangażowała. To mocno przeciętny cykl, gdzie przemyślane były może dwie pierwsze części, a potem wszystko pisano na kolanie, by w przypadku zakończeń obu pięcioksięgów już zupełnie polecieć na łeb, na szyję w bezznaczeniowym pleceniu. Absolutnie nie rozumiem fenomenu, a status klasyka to chyba przez wczesne powstanie i jakąś posuchę na rynku w tamtym czasie, być może też atuty i cienie, choć to wg mnie zdecydowanie za mało. Osobiście nie polecam, no chyba że ktoś chce przeczytać pozycję z listy "obowiązkowych", ale raczej dla odhaczenia niż faktycznego zachwytu walorami.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #rogerzelazny #kronikiamberu #zyskiska #ksiazkicerbera

47eefabf-8671-4d4f-91a9-dc47d59824a4

@Cerber108 Wróciłam do tego cyklu po latach. W młodości się tym zaczytywałam i żałowałam że nie wszystkie tomy zostały wtedy wydane. No a teraz rozczarowanko.

Zaloguj się aby komentować

178 + 1 = 179


Tytuł: Kroniki Amberu. Tom 1

Autor: Roger Zelazny

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Format: książka papierowa

ISBN: 9788377855805

Liczba stron: 640

Ocena: 7/10


Chodziło to za mną już od jakiegoś czasu, no i wreszcie przyszła pora, by zabrać się za tę słynną serię.

Cały cykl wyróżnia się bardzo wyraźnie narysowanymi postaciami, w głównej mierze należącymi do rodziny bohatera, siecią skomplikowanych zależności między nimi, zmieniającą się jak w kalejdoskopie oraz oczywiście subtelnym zmienianiem świata na zawołanie, aż ten spełni wszystkie kryteria.

Wbrew pozorom ten ostatni aspekt jakoś nie wybił mnie z kapci, ale nie można odmówić mu kreatywności samej w sobie oraz umiejętnego oparcia na nim działania całego świata. Poza tym bez tego mielibyśmy do czynienia po prostu z fantasy, a tak - choćby poprzez wplecienie do fabuły naszego świata - mamy w mojej opinii do czynienia z szerzej nieokreśloną fantastyką. Z drugiej strony zapewne łatwo byłoby odkryć w tym względzie mrowie nieścisłości, ale dlaczego miałbym być niszczycielem dobrej zabawy?

W ogólnie pojętej kulturze cenię aspekt pierwszy, i tak jak tutaj nie osiąga on może pułapu choćby Ekspansji czy FF7 pod względem przywiązania do postaci, tak również nie można odmówić im swoistej "konkretności". Zobaczymy jak to wszystko się rozwinie w kontynuacji.

Drugi wymieniony aspekt jest tutaj bardzo wyraźny i silnie wplecony w historię, i do tego opiera się na nim świetny twist z części 4.; to jeden z tych przypadków, gdzie ponowna lektura zapewni nowe warstwy zrozumienia.

Muszę jednak przyznać - z czego zdałem sobie sprawę pod koniec książki - że pomimo 600 stron i dużego zagęszczenia tekstu, nie za wiele się tu dzieje, pomijając może 1. i 2. rozdział. Całkiem sporo tutaj opisów i wywodów, przy czym niektóre wyglądały jak żywcem prawione przez autora, a nie jego postacie. Ponadto, raz na jakiś czas, właściwie chyba tylko na początku rozdziałów, co towarzyszy intensywnym modyfikacjom Cienia, zdarzają się swoiste wynurzenia narkomana okraszone boomerską wręcz ilością wielokropków - te fragmenty źle się czytało. Tak to poza tym wszystkim styl jest raczej unikalny, a postacie nie są tylko drętwymi arystokratami, lecz potrafią odwdzięczyś się siarczystą i inteligentną repliką.

Miałem jeszcze zapisane do przytoczenia pewne nieścisłości, które jednak w trakcie historii się wyjaśniły, więc naturalnie tego zaniecham.

Z tego pięcioksiągu najbardziej podobały mi się "Karabiny Avalonu" ze względu na dużą ilość wydarzeń, bogatą scenerię, wprowadzenie ciakawych postaci i pierwszy znaczący przełom. Najmniej natomiast przypadły mi do gustu "Dworce Chaosu", bo po prostu dłużyły się i ciągnęły jak wszyscy diabli.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #rogerzelazny #kronikiamberu #zyskiska #ksiazkicerbera

c446a7ed-ce13-4d69-b0bd-e712f068d928

Zaloguj się aby komentować

85 + 1 = 86


Tytuł: Bogowie Pegāny i inne opowieści fantastyczne

Autor: Lord Dunsany

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Vesper

Format: książka papierowa

ISBN: 9788377314692

Liczba stron: 472

Ocena: 6/10


Dosyć ciekawy zbiór oferujący wgląd w twórczość autora na przestrzeni kilkunastu lat, gdzie tematyka i styl zdecydowanie nie stały w miejscu.

Na sam początek tytułowi "Bogowie Pegāny", czyli elementarna wręcz mitologia, zakrawająca swoją strukturą i patosem o biblijne klimaty oraz "Czas i Bogowie", zestawienie różniące się od poprzedniego pod tym względem, że ludzie grają tam większą rolę.

Niżej krótko o kilku tekstach, których pomysł wydał mi się ciekawy (no chyba że ktoś nie chce zapoznawać się ze szczątkami fabuły, to wtedy niech przewinie do "SPOILER SPOILER SPOILER");

"O dopuście, który spadł na Yun-Ilarę" - facet przeklął Munga (awatara śmierci), bo nie mógł zdzierżyć faktu, że bezwzględnie każdy prędzej czy później umiera, ale gdy na niego samego spadło brzemię czasu, zaczął go błagać o zakończenie marnego żywota. Mung stwierdził, że właściwie nie zamierza tego robic i tym samym do dziś Yun jest ledwie kupką kości, od której niekiedy słychać wątłe szepty.

"Jak Imbaun spotkał Zodraka" - ten drugi był zwyczajnym pastuchem, który ze względu na pewne okoliczności otrzymał możliwość poproszenia bogów o przysługę. Zażyczył zatem, by zesłali oni ludziom bogactwa, miłośc i mądrość, ale prócz nich pojawiły się i te rzeczy, gdy ww. brak, czyli bieda, zgryzota i niewiedza. Stąd też wziął się smutek na świecie.

"Król, którego nie było" - Król Althazar zlecił wyrzeźbienie posągów przedstawiających bogów. Artyści zupełnym przypadkiem wszystkim figurom wykuli twarz miłościwie im panującego. Wściekli bogowie nie pozwolili jednakże gwałtownemu Mungowi zwyczajnie go zabić; zamiast tego postanowili po prostu o nim zapomnieć. I tym sposobem królestwo Runazaru nigdy nie miało króla.

A tutaj utwór, który chyba najbardziej mnie irytował (już bez tytułu): Inzana była rozwydrzonym bóstwem. Posiadała złotą piłkę, którą rzucała gdzie popadnie, a gdy ktoś ją zabierał, to ta w ryk. Za każdym razem w znalezieniu zguby pomagał jej inny bóg, ale i tak mieli iście anielską cierpliwość do tego bachora, bo sprawa powtórzyła się w sumie 7 razy. I to tyle.

Kolejnym podzbiorem był "Miecz Wellerana i inne opowiadania", gdzie pewną odmianę stanowiło niekiedy zahaczanie - w bądź co bądź baśniowych opowiastkach - o nasz świat; wspomniane są m.in. Arabia, Bałtyk, a raz odwiedzamy nawet Londyn.

Później nie zwracałem już uwagi na nazwy "zeszytów", bo zawarte w nich teksty były bardzo różne, 3 jednak zapadły mi w pamięć, więc - ponownie - krótko:

"Forteca nie do zdobycia inaczej niż Sacnothem" - protoplastyczna opowiastka o pokonaniu niezwyciężonego zła jednym jedynym orężem zdolnym do jej zadraśnięcia, który to swoją drogą trzeba było wpierw zdobyć od innej zajadłej maszkary, również posiadającej pewne wyjątkowe umiejętności.

"Biedny stary Bill" - o załodze, której kapitan nauczył się rzucać klątwy i umiejętności owej nadużywał, aż cierpliwość podwładnych się wyczerpała i zostawili go z pokaźną ilością zapasów na bezludnej wysepce. Kapitan jednak pociągnął dłużej niż się spodziewali, a sami - z pomocą klątw dawnego dowódcy - nie mogli przybić do żadnego portu. W ten sposób skończyły im się zapasy i musieli uciec się do kanibalizmu, aż został jeden zaledwie członek załogi; w tym samym momencie padł też kapitan. Mścił się jednak zza grobu, gdyż ocaleniec wcale się nie starzał.

"Klub wygnańców" - wszystko w tej krótkiej historyjce wskazuje na to, że mowa o obecnych zresztą na spotkaniu królach i władcach, a jednak w kulminacyjnym momencie zdajemy sobie sprawę, że faktycznymi członkami stowarzyszenia są porzuceni bogowie.

SPOILER SPOILER SPOILER

Muszę przyznać, że biblijny charakter dwóch pierwszych podzbiorów szybko stawał się męczący z tymi swoimi mnogimi powtórzeniami rzeczowników albo akcjami w stylu "Lahai poprosił biedaka o zrobienie (opis na pół strony)", a biedak odpowiada "dobrze, zrobię (opis na pół strony), Lahaiu". No ale taka forma, cóż można poradzić. We wszystkich kolejnych tekstach autor na szczęście zarzucił ten typ kreacji i przerzucił się na bardziej standardową narrację, pasującą oczywiście do konkretnych wydarzeń. Używał przy tym całkiem bogatego języka oraz zdań wielokrotnie złożonych, gdzie zwłasza to drugie osobiście bardzo lubię. Sama warstwa fabularna zbytnio nie zapada w pamięć, może poza tymi przypadkami, które wymieniłem wcześniej, ale trzeba jednak mieć z tyłu głowy, że to teksty sprzed ponad wieku, jedne z pierwszych w gatunku fantastycznym. Koniec końców nie od razu Rzym zbudowano.

Podsumowując, mogę to polecić w głównej mierze jako ciekawostkę, pozwalającą docenić większej rangi dzieła, które otrzymaliśmy później. Podobnież choćby Tolkien inspirował się Dunsanym, a Lovecraft nawet tego nie ukrywał. Ewentualnie można potraktować ten bogaty zbiór jako swoisty zawór bezpieczeństwa, oferujący lekturę bez żadnych dzisiejszych udziwnień; innymi słowy pierwotną - w tym sensie, że nieskażoną.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #lorddunsany #vesper #fantasy #ksiazkicerbera

9d0cd8d6-fb61-4401-af26-ad31578c95f2

Zaloguj się aby komentować

27 + 1 = 28


Tytuł: Księga czaszek

Autor: Robert Silverberg

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Vesper

Format: książka papierowa

ISBN: 9788377314753

Liczba stron: 264

Ocena: 3/10


Pierwszy Wymiar, którego nie udało mi się zmieścić w zeszłym, rozpoczyna rok obecny.

Powiem tak: niesmaczna, napuszona, pretensjonalna i niekoniecznie logiczna książka.

Niesmaczna, bo przez dosłownie całą książkę przewijają się tematy "dobierania się do tyłeczka kolegi", "wymieniania płynów ustrojowych", no i ciągłego szukania przez głównych bohaterów okazji do dupczenia, a jeden z nich - dewiant totalny - był pod tym względem zupełnie obrzydliwy. Wyrywanie największego paszczura w barze, tylko po to, by łamać jakieś dziwne niepisane zasady; wbicie na trzeciego do pewnego homo-związku i ciągnięcie lachy obu zainteresowanym na zmianę; fantazjowanie o grzmoceniu kolegi z akademika. Cośtam kojarzę, że Silverberg pisał pornole czy inny syf, no ale miejcieże litość dla młodego człowieka...

Jednakże jeszcze większym od powyższego wynaturzenia grzechem tej książki jest okropnie napuszony i pretensjonalny styl. Wszyscy czterej młodzieńcy mówią właściwie tym samym sposobem, ich wypowiedzi napisane są tym samym stylem. Pal licho dialogi, bo te jeszcze da się jakoś usprawiedliwić, ale ich wewnętrzne przemyślenia mogą należeć do dwudziestoparolatków co najwyżej w innym wymiarze, bo na pewno nie w naszym. Najlepsze porównanie to chyba wieszcz narodowy, natchniony zelota lub laureat literackiej nagrody Nobla, bo z pewnością nie student. I to każdy z nich tak ma, nie tylko jeden.

Nawiązując do "niekoniecznej logiczności" książki wspomnianej na samym początku: koncept wybrania się we czterech na wyprawę po niesmiertelność, gdzie dwóch faktycznie ją osiągnie, a po jednym będzie musiało odmeldować się z tego świata samodzielnie oraz nie brzmi ciekawie, ale potem zadajemy sobie pytanie: dlaczego mamy ryzykować życie dwóch kumpli, a nie poszukać dwóch oczywistych samobójców, gdzie jeden załatwi temat samodzielnie, a drugiemu się pomoże? Ktoś może odpowiedzieć, że przecież nikt normalny nie oczekuje, że taka pogłoska okaże się autentyczna. Jasne, tylko że nasi czyści jak łza bohaterowie spali (hehe) z tym pomysłem dobry miesiąc, a to chyba wystarczająco dużo czasu, żeby określić swoją pozycję. Poza tym dlaczego jechaliby dobre kilka tys. km i odgniatali sobie dupska dla jakiejś bredni, w którą nie wierzą, zamiast spędzić ten czas w jakikolwiek inny sposób? Do tego czasami nie rozumiem relacji chłopaków: niby wszyscy mieszkają w jednym pokoju od dłuższego czasu, a momentami z ich rozmów można odnieść wrażenie, jakby znali się co najwyżej 2 dni i nie pojmowali podstawowych cech swoich charakterów.

Irytuje mnie też problematyka określenia gatunku i sama niejasność zakończenia, choć to już zależy od podejścia. Z jednej strony są one ciekawym zagraniem - zmuszającym do określenia swojej interpretacji, z drugiej trochę leniwym - urywającym akcję w kluczowym momencie i zostawiajacym czytelnikowi do odwalenia resztę roboty. Całe to znoszenie paskudnej gadaniny o żydkach, homosiach, dupeczkach tylko po to, żeby stać się obiektem literackiego eksperymentu. Nie jestem takim obrotem spraw zachwycony.

Ogólnie najlepszym fragmentem książki były wydarzenia mające miejsce po dotarciu do celu podróży. To wtedy docieramy wreszcie do Treści przez wielke "T", a bohaterowie muszą skonfrontować się zarówno ze swoim wnętrzem, jak i zewnętrzem.

Podsumowując: książki nie polecam; jest niesmaczna, odpychająca, czasami obrzydliwa, do tego - jak wspomniałem na początku - napuszona, pretensjonalna i nielogiczna. Jedyne, co może ją ratować w oczach pewnych czytelników to bycie swoistym eksperymentem gatunkowym. Mnie on do siebie nie przekonał choć - chcąc nie chcąc - doceniam starania.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #robertsilverberg #vesper #wymiaryvesper #ksiazkicerbera

bbfc8f68-62d0-43a8-a4ab-916cdbc476a6

Zaloguj się aby komentować

W już zeszłym roku nie zdarzyło mi się czytać żadnych komiksów ani innych powieści graficznych, tak więc podsumowanie będzie odrobinę bardziej miarodajne niż w roku jeszcze wcześniejszym. Tym samym pykło jakże szacowne 69 książek liczących razem 33808 stron - niby mniej niż w 2023, ale wtedy liczby trochę podbiły rzeczone komiksy. Ponownie zestawienie zdominował MAG praktycznie z połową książek (34), na drugim miejscu Rebis (13), gdzie to z kolei niemal połowę zagarnął Liu, a podium zamyka, o dziwo, Zysk (8) samym Tolkienem. Byłem też, co ciekawe, znacznie hojniejszy w rozdawaniu pozytywnych ocen, bo średnia jest wyższa o niemal 0,4 punktu.

Generalnie w tym roku zmniejszę trochę tempo czytania, bo w ostatnich dwóch latach ucierpiała nieco moja natura gracza, właśnie przez napierniczanie książek. Tak więc może się zdarzyć, że w tym roku nie przeczytam ich nawet 50. Się zobaczy.

A poniżej lista książek w 2024 ukończonych:


STYCZEŃ

1. Miasto Jadeitu

2. Wojna o Jadeit

3. Dziedzictwo Jadeitu

4. Okruchy Jadeitu. Szlifierz z Janloonu

5. Dziecko Rosemary

LUTY

6. Piknik na skraju drogi i inne utwory

7. Śnieżyca

8. Ptaki, które zniknęły

9. Remake: Material Ultimania

10. Traces of Two Pasts

MARZEC

11. Amerykańscy Bogowie

12. Chłopaki Anansiego

13. Magiczne lata

14. Władca dżinnów

15. Martwy dżinn w Kairze i inne opowiadania

16. Biblioteka na Górze Opiec

17. Pawana

KWIECIEŃ

18. Opowiadania najlepsze

19. Hobbit

20. Bractwo pierścienia

21. Dwie wieże

22. Powrót króla

23. Park Jurajski

MAJ

24. Park Jurajski: Zaginiony świat

25. Sześć światów Hain

26. Wyspa doktora Moreau

27. Problem trzech ciał

28. Ciemny las

CZERWIEC

29. Koniec śmierci

30. Piorun kulisty

31. Era supernowej

32. Wędrująca Ziemia

33. Ring Shout

34. Non stop

35. Góra pod morzem

LIPIEC

36. Trylogia ciągu

37. Ten drugi

38. Przebudzenie Lewiatana

39. Wojna Kalibana

40. Wrota Abaddona

SIERPIEŃ

41. Gorączka Ciboli

42. Gry Nemezis

43. Prochy Babilonu

44. Wzlot Persepolis

45. Gniew Tiamat

WRZESIEŃ

46. Upadek Lewiatana

47. Legion wspomnień

48. Dym i lustra

49. Cudzoziemiec w Olondrii

50. Green Town

51. Przestrzeni! Przestrzeni!

PAŹDZIERNIK

52. Opowieści o pilocie Pirxie

53. Cylinder van Troffa

54. Upiór opery

55. Silmarillion

56. Niedokończone op. Śródziemia i Númenoru

57. Opowieści z Niebezpiecznego Królestwa

LISTOPAD

58. Listy

59. Odmieniec

60. Ilion

61. Olimp

62. Luna: Nów

GRUDZIEŃ

63. Luna: Wilcza pełnia

64. Luna: Wschód

65. Spotkanie z Ramą

66. Rama II

67. Ogród Ramy

68. Tajemnica Ramy

69. Szpital Przemienienia


Teraz jeszcze kilka zestawień dla zaspokojenia mojej fiksacji:


NAJLEPSZE KSIĄŻKI:

1. Hobbit

2. Green Town

3. Magiczne lata


NAJGORSZE KSIĄŻKI:

1. Martwy dżinn w Kairze i inne opowiadania

2. Cudzoziemiec w Olondrii

3. Era supernowej


POZYTYWNE ZASKOCZENIA:

1. Green Town

2. Magiczne lata

3. Ekspansja (jako cały cykl)


NIESPEŁNIONE OCZEKIWANIA:

1. Pawana

2. Władca dżinnów

3. Cudzoziemiec w Olondrii


NAJBARDZIEJ PLUSOWANE/GRZMOCONE WPISY

1. Hobbit

2. Cylinder van Troffa

3. Problem trzech ciał


No i na tym kończę, a wszystkim bywalcom tagów okołoczytelniczych życzę samych dobrych książek (no chyba że ktoś lubi się czasem pomęczyć - jak ja), przeczytania jak największej ich ilości, no i nowości w biblioteczce też.


Zamierzałem też opowiedzieć co nieco o moim czytelniczym uberpliku, nad którym dłubię sobie już dobre dwa lata, ale zabrakło czasu i chyba odłożę to na później.


#ksiazki #czytajzhejto #podsumowanieroku #podsumowanieroku2024 #2024 #ksiazkicerbera

Zaloguj się aby komentować

1283 + 1 = 1284


Tytuł: Szpital Przemienienia 

Autor: Stanisław Lem

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie 

ISBN: 9788308081143

Liczba stron: 328

Ocena: 7/10


Ostatnia przeczytana w tym roku książka i jednocześnie okrągła 250. z mojego obecnego zbioru (choć w całym życiu było ich ciut więcej).

Nie wiedziałem właściwie, czego oczekiwać od tej książki, choć spodziewałem się osadzenia akcji gdzieś w przyszłości (jak to stereotypowo przyjąłem u Lema), a tu zonk: wczesny okres II Wojny światowej. Na pierwszy plan wybija się, wg mnie, ciekawy język - z pewnymi naleciałościami, nierzadko operujący słowami ciężkimi, przestarzałymi lub o znaczeniu ciut innym niż dziś. Dodatkowo wcale niemało jest tu opisów scenerii, całkiem bogatych swoją drogą. Prym tutaj wiedzie chyba pierwszy rozdział, gdzie można się było poczuć zarówno cmentarną atmosferę, jak i przeróżne odczucia bohatera.

I do wspomnianych odczuć przechodząc: konfrontowani jesteśmy z wieloma postawami, których reprezentantami są poszczególni pracownicy psychiatryka. Bezapelacyjny prym w tej materii wiedzie poeta Sekułowski, z którym to główny bohater prowadzi niekiedy słowne utarczki, czasem faktyczne dyskusje, jeszcze innym razem właściwie monologi na tematy wszelakie, często wydające się dosyć abstrakcyjne.

Kulminację rzeczonych zachowań widzimy w scenie raczej łatwej do przewidzenia, biorąc pod uwagę połączenie IIWŚ i szpitala psychiatrycznego, ale znalazła się tam większość postaw, jakie w takiej sytuacji można przyjąć.

Książka nie jest raczej żadnym objawieniem, choć wciągnięcia w sam proces czytania nie mogę jej odmówić. Być może jest to pozycja trochę ponad mój poziom, ale z drugiej strony nigdy nie byłem amatorem odczytywania przekazów i szukania innych znaczeń.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #lem #wydawnictwoliterackie #ksiazkicerbera

a876fab3-082b-4259-8357-22654a1a1628

Zaloguj się aby komentować

1228 + 1 = 1229


Tytuł: Tajemnica Ramy

Autor: Arthur C. Clarke, Gentry Lee

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Rebis

ISBN: 9788383382401

Liczba stron: 672

Ocena: 6/10


Pod bodaj każdym względem poprawne zwieńczenie cyklu. Siłą rzeczy człowiek przywiązał się na te kilka dni do postaci, których losy śledził na przestrzeni 2-3 książek, zwłaszcza że byli oni dosyć ludzcy w swoich poczynaniach, czy to pozytywnych, czy to negatywnych, mądrych lub totalnie zidiociałych.

Ciekawie obserwowało się relacje i kierunki, w jakich one zmierzały pod wpływem różnych wydarzeń i doświadczeń, a zarówno pierwszych, jak i drugich namnożyło się w tym tomie całkiem sporo. Fakt, nierzadko pewne tematy zostają przedstawione dosyć płasko i infantylnie, czasem jednak wybrzmiewają w zupełnie odwrotny sposób; wspomniałem o tym zresztą już w poprzednim wpisie.

Być może nie dzieje się tu tak dużo - przynajmniej pod względem szeroko pojętej różnorodności - jak w części poprzedniej, tak z całą pewnością w tym tomie mamy największe nagromadzenie wydarzeń dramatycznych, gwałtownych i doniosłych. Bodaj najwięcej mamy też tutaj ślubów, ot taki szczególik.

W tym i poprzednim tomie (o czym zapomniałem wspomnieć) autor(zy) co kilkadziesiąt stron raczyli nas wujkowymi wstawkami w stylu "hehe, chyba nie jesteś aż tak stary, by odmówić towarzystwa pod prysznicem" albo "młoda para wyszła z sypialni z szerokimi uśmiechami, ciekawe dlaczego". Generalnie za dużo tutaj wspominania o łóżku i seksie zupełnie bez powodu.

Pomimo wszystkich niedociągnięć, nie są to książki aż tak tragiczne jak się spodziewałem (poza drugą, ta była faktycznie nędzna). Postać Nicole swoją determinacją i ciepłem scala zarówno fikcyjną rodzinę, jak i ten cykl. Nie można zapomnieć jednak o Maxie, który reprezentuje jeden z moich ulubionych - paradoksalnie - archetypów: lekkiego wieśniaczka, który wszakże zna się na swojej robocie, a do tego sypie dowcipami i historyjkami pasującymi do każdej sytuacji.

Czy polecam tę serię? Ciężko powiedzieć. Czy kiedyś ją sobie powtórzę? Wątpię. Czy żałuję czasu z nią spędzonego? W sumie nie. Problem tych książek jest taki, że część pierwsza i kolejne wspólny mają jedynie świat, więc nawet jeżeli komuś spodoba się "Spotkanie", to zmiana obsady w "II" i jej ogólnie słaba jakość nie zachęcą do kontynuowania przygody. W kolejnych książkach jest zdecydowanie za dużo niepotrzebnych stron, ale jeżeli ktoś przebrnął jakoś przez część drugą, to może w sumie całą historię dokończyć. Gorzej nie będzie. Jeżeli jednak komuś zależy na czasie/kasie/jakości, to zdecydowanie powinien przygodę z Ramą skończyć na "Spotkaniu".


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #arthurcclarke #rebis #wehikulczasu #ksiazkicerbera

6fcd8881-feee-4c3d-a565-970b20dc2438

Zaloguj się aby komentować

1166 + 1 = 1167


Tytuł: Ogród Ramy

Autor: Arthur C. Clarke, Gentry Lee

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Rebis

ISBN: 9788383381381

Liczba stron: 576

Ocena: 6/10


Dostaliśmy, wg mnie naturalnie, lepszą książkę niż poprzednio, do tego nie kręci się ona głównie wokół jednego tematu, a jest podzielona - zależy jakie kryteria przyjąć - na 3 do 5 okresów.

Bodaj najwięcej zgrzytów miałem na samym początku, gdy trójka bohaterów odleciała w nieznane i najwidoczniej pewne naleciałości po zidioceniu drugiej części jeszcze wisiały w powietrzu. Kręciło się to wokół delikatnego tematu reprodukcji przy ekstremalnie ograniczonej puli osób. Myśląca przyszłościowo Nicole wpierw spłodziła dzieci z Richardem, z którym wcześniej się spiknęła, ale by "urozmaicić" pulę wpadła na pomysł powicia dzidziusia z Michaelem. No i przechodząc do sedna problemów, których źródłem byli sami w sobie panowie: Richard był kolosalnie zazdrosny na samo wspomnienie tego pomysłu (z jednej strony zrozumiałe mając na uwadzę jego przeszłość, z drugiej strony powtarzam - niecodzienna sytuacja); z kolei u Michaela połączenie stosunkowo podeszłego wieku i świętojebliwości nie pozwalało mu dygnąć. Gdy już jednak doszło do czego dojść miało, okazało się, że chłopak będzie opóźniony w rozwoju; teraz moglibyśmy przejść do obszernej dyskusji czy powinna była dokonać aborcji, czy też nie, ale powoli zamienia się to w streszczenie - koniec końców młody normalnie przyszedł na świat, ale faktycznie potrzebował specjalnej uwagi. Podsumowując: w tym wątku największy problem miałem z brnięciem w zaparte każdej z dorosłych postaci. Później rodzina się powiększała, dzieci nabierały charakteryzujących ich cech, trwały dalsze badania Ramy, a cel podróży był coraz bliżej.

Następujących później okresów nie będę mocno przybliżał, bo stanowią one swoiste "mięsko" tej książki, napiszę tylko trochę o ostatnim. Po jakimś czasie poznajemy nowe postacie poboczne, ich przeszłość oraz zbliżającą się przyszłość; generalnie nie czytało się tego źle. Trochę później stajemy się świadkami starego jak świat motywu: nieważne co, gdzie i jak ludzie zrobią pozytywnego, to i tak prędzej czy później prymitywna natura gatunku doprowadzi rzeczone przyjemne rzeczy do upadku i degradacji. Czy można to było zrealizować lepiej i przedstawić w bardziej sensowny sposób? Jak najbardziej. Czy przekaz jest momentami łopatologoczny, momentami z kolei niekoniecznie jasny i zmuszający do myślenia? Owszem.

Generalnie ta część cyklu jest lepsza chyba pod każdym względem od poprzedniej. Dzieje się więcej, ale przede wszystkim różnorodniej, do tego nie uświadczymy już idiotów z IQ większym niż 99,999% populacji; główna trójka - poza początkami - ogarnęła się pod tym względem. Jeszcze ewentualnym zgrzytem mogłyby być senne majaki Nicole, zaskakująco solidnie wyciągające ją z opresji. Do tego sama droga, która doprowadziła do wystąpienia ostatniego z nich była wyjątkowo deus ex machinowa.

Książkę, o dziwo, umiarkowanie polecam, choć czy warto przebrnąć przez część poprzednią, by dotrzeć do tej? Raczej nie.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #arthurcclarke #rebis #papierowywehikulczasu #ksiazkicerbera

fe07759c-54e5-49a5-a538-790897766211

@Cerber108 Rama to dziwna seria. Czytałem ją bardzo dawno temu jako młodzian i podobała mi się, ale miałem wtedy bezkrytyczne podejście do literatury i dużo wolnego czasu, więc podobało mi się wszystko xD

Kiedyś odświeżę sobie dzieła Clarke'a i Ramę pewnie też. Dzięki za recenzję.

@Budo Miałem podobnie ale nie zamierzam wracać. Clarke bardzo chciał odpowiedzieć na "wielkie pytanie o życie, wszechświat i całą resztę" ale moim zdaniem wyszło mu słabo. Są lepsze pomysły i ciekawsze koncepcje niż to co zaprezentował w Ramie.

Zaloguj się aby komentować

1102 + 1 = 1103


Tytuł: Rama II

Autor: Arthur C. Clarke, Gentry Lee

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Rebis

ISBN: 9788383380490

Liczba stron: 544

Ocena: 4/10


W legendach o mierności kolejnych części Ramy było nie ziarno, a cała garść prawdy.

Kardynalną wadą jest tutaj kreacja oraz przedstawienie postaci, a także pewne założenia.

Jakim sposobem przygotowanie misji kosmicznej na tak bezprecedensową skalę mogło zostać tak dokumentnie spartaczone pod kątem załogi. Wydaje mi się, że drużyna wysłana na trwające kilka miesięcy badanie obcego statku powinna jednak być bardziej jednorodna, zgrana i profesjonalna. Tak to w skład wchodzą m.in. dziennikarka i rzecznik prasowy, którzy przed wylotem sprzedali prawa do relacji całej wyprawy, facet, który sfałszował (!) badania kardiologiczne, a zrobił to, bo bardzo, ale to bardzo mu zależało na udziale w misji, narcyz oraz szajbus. No po prostu wesoła gromadka, ale czy jej miejsce powinno być razem w kosmosie? Czy doprawdy w całej populacji nie było ludzi bardziej "godnych", czy może taki to urok przełomu wieków XXII i XXIII, gdzie tego typu postępowanie nie rodzi zdziwienia. W ogóle cały ten skład to pretekst do lania wody: cały czas się kłócą, obrażają, sprzeciwiają i generalnie zachowują się jak dzieci. Niby zostali określeni jako ludzie inteligentni, a jednak - chyba że był to owoc desperacji - zaczęli w pewnym momencie historii dawać wiarę wizjom zobaczonym przez jedną z członkiń wyprawy po wypiciu mikstury otrzymanej od wodza wioski czy innego mistrza ceremonii.

Ucierpiała też, ale tylko nieznacznie, wizja niesamowitości Ramy. Trochę wytrącającym z równowagi fragmentem było odnalezienie komputera obcych, działającego na nieznacznie innej zasadzie, ale jednak, z drugiej strony wizyta w muzeum to jedna z lepszych scen (a jej implikacje również są ciekawe). Niby odkrywamy nowe rzeczy, ale brak tutaj atmosfery panującej w jedynce. Po prostu za mało było tutaj traktowania o niezrozumieniu Ramy, zamiast tego autorzy woleli bawić się w retrospekcje i roztrącanie wydarzeń z bliższej lub dalszej przeszłości pewnych postaci.

I tak przechodzimy dalej. Niektóre z tych rozdziałów faktycznie przedstawiają ciężkie tematy, ale zostało to zrealizowane po łebkach, w sposób suchy i nieangażujący do tego stopnia, że nie da się ich brać na poważnie. Prym tutaj wiedzie Francesca, której od praktycznie samego początku życzyłem rychłego spotkania z kostuchą. Jak już mówiłem, postacie często zachowują się niczym bachory, tym samym język też nierzadko jest nacechowany infantylnie.

Dziwne również było przedstawianie scen "z życia wziętych" w początkowej cześci książki, by potem bez żadnego ostrzeżenia czy choćby wyjaśnienia od razu przenieść nas w pobliżej Ramy.

Książka zupełnie pogrążona przez dobór obsady i jej wspaniałe cechy oraz skupienie się na aspektach, które zupełnie nie interesują ludzi sięgających po tego typu pozycję. Mimo wszystko czytało się to zaskakująco sprawnie, a ostatnie rozdziały nawet trzymały poziom, no ale to zdecydowanie za mało, by mówić o lekturze choćby poprawnej.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #arthurcclarke #rebis #papierowywehikulczasu #ksiazkicerbera

c3404b74-25d6-40dd-9945-f9eb66856694

zgadzam się z oceną 4/10, w późniejszych tomach wcale nie robi się lepiej. Parę koncepcji była ok ale całość wyszła jako tako. Spojlerować nie zamierzam ale głównego wyjaśnienia po co ten statek się pojawił nie kupuje.

Zaloguj się aby komentować

1089 + 1 = 1090


Tytuł: Spotkanie z Ramą

Autor: Arthur C. Clarke

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Rebis

ISBN: 9788383380131

Liczba stron: 280

Ocena: 8/10


Pan Clarke zaserwował nam bardzo sympatyczną książkę traktującą o pierwszym kontakcie z pozaziemską technologią.

Otrzymujemy dosyć sprawne przedstawienie odkrycia anomalii, niedowierzania i krótko potem niepewności przemieszanej z nutą strachu, aż wreszcie podjęcia działań mających na celu kontakt bezpośredni. Od tego momentu śledzimy działania drużyny kapitana Nortona, z małymi jedynie przerwami na krótkie dyskusje specjalistów z zarządu ds. Ramy dywagujących nad istotnymi w danym momencie historii sprawami.

W całkiem przyjemny i naturalny sposób zostało przedstawione obcowanie zespołu z czymś zupełnie obcym i poza jego pojmowaniem, a z drugiej strony próby radzenia sobie z tym poprzez przyporządkowywanie konkretnym rzeczom/zjawiskom/obiektom cech lub nazw znanych z życia codziennego.

Niewielka długość rozdziałów (co osobiście lubię) pozwala tym mocniej wybrzmieć częstym rewelacjom następującym we wnętrzu Ramy i, szczerze powiedziawszy, spełnia to swoją rolę.

Do tego świat przedstawiony, pomimo niewielkiej objętości książki, jest może i z jednej strony tylko zarysowany, ale z drugiej - paradoskalnie - barwny: skolonizowany Księżyc, na którym swoją drogą obradują jajogłowi ds. Ramy, oczywiście Mars, do tego zamieszkałe księżyce gazowych olbrzymów oraz poszczególne większe asteroidy znajdujące się pod ich jurysdykcją, a na deser szaleńcy z Merkurego bogacący się na piekielnym wydobyciu cennych surowców.

Postacie raczej na pewno nie zapadną w pamięć, ale złe pod żadnym pozorem też nie są: mamy oczywiście kapitana Nortona, miłośnika kapitana Cooka, jego kumpla - skupionego Mercera, medyk Laurę itd. W trakcie lektury każdy znajduje swoje miejsce, a o to chyba chodzi?

Książka nie jest może niesamowicie głęboka, ale przedstawienie pierwszego kontaktu wychodzi jej świetnie i w inny niż zwykle sposób. Czyta się sprawnie, mini-cliffhangery zostały zrealizowane umiejętnie - po prostu mi się podobało.

Zobaczymy jak będzie z kolejnymi, niesławnymi częściami.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #rebis #papierowywehikulczasu #arthurcclarke #ksiazkicerbera

2a7dd491-ef2f-43dd-88d0-895c54c31e94

Zaloguj się aby komentować

1083 + 1 = 1084


Tytuł: Luna: Wschód

Autor: Ian McDonald

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: MAG

ISBN: 9788366409101

Liczba stron: 400

Ocena: 6/10


Co do całokształtu, to nie za bardzo jest o czym pisać. Mamy jeszcze większe dynastyczne pomieszanie z poplątaniem, przedstawiciele sami już nie wiedzą kogo chcą wyrzucić za śluzę, a kogo przelecieć, a sama książka urywa się w takim momencie, jakby zabrakło jeszcze ze dwóch rozdziałów, które domknęłyby ostatnie wątki. Pomimo dosyć ciekawego świata i skomplikowanej sieci zależności cholernie mnie ta książka - a właściwie cała seria - nudziła. Najlepszą postacią i tak jest Lucas, przynajmniej posiadał orientacyjnie najmniej skrzywień obsady i nie miał pretensjonalnych cech.

No i - tak jak poprzednio - przechodzę do przywalania się do szczegółów, które mi osobiście zgrzytały.

Luna staje się po pewnych, delikatnie mówiąc, wymagających doświadczeniach wyniosła jak diabli, taki mały, nawet nie nastoletni, WAŻNY wypierdek, "to ode mnie zależy, czy jest zgoda, czy nie", no aż się nóż w kieszeni otwiera. 

W tym rzekomo nieźle zaawansowanym społeczeństwie obowiązują jakieś podwójne standardy: z jednej strony są w stanie zdalnie wykrywać i dezaktywować kilka dronów-much, a z drugiej w najlepszej uczelni na satelicie nie są świadomi, że z przewodów wentylacyjnych - które swoją drogą mogą pomieścić dziecko - śledzi ich Luna. I że labirynt ten dociera we wszystkie wymagane od sytuacji miejsca i zachowuje akurat odpowiedni rozmiar, no skończony idiotyzm.

Jakim sposobem możliwe było zbudowanie paneli słonecznych o powierzchni niebagatela 900000km² (niemal 3-krotność naszego wspaniałego państewka) nie korzystając przy tym z już zbudowanych fragmentów do uzyskiwania jakiejś energii, tylko czekać bite 2 lata na ich aktywowanie? Nic się tu spaja. Przecież to nie jest fizycznie możliwe.

A z kwestii technicznych: upływ 3 lat między tym a poprzednim tomem pod względem redakcyjnym widać już na samym początku w spisie postaci: brat Lukasa zamiast Lucasa, syn Duncan zamiast Duncana. Do tego nazwy chowańców Robsona i Ariel są pisane inaczej niż w poprzednich książkach. Na 315. stronie zamiast "Wagner zgniata kartkę" jest "Robson zgniata kartkę". Doni luny zamiast dony luny. To był orientacyjnie ten sam okres co legendarnie spartaczone Ekspansje.

Mam mieszane odczucia. Z jednej strony zaczęło się ciekawie, a sam świat przedstawiony daje radę, tak pomimo niewielkiej objętości mocno mi się te książki dłużyły i do tego nużyły. Może to specyficzny styl autora, może to bezskładne skakanie po perspektywach postaci - nie wiem. Na plus jedna z bardziej satysfakcjonujących scen śmierci, jakie w literaturze widziałem. Aha, no i autor chyba lubi Szybkich i wściekłych, bo często przewijającym się mottem jest "za rodzinę". Vin byłby dumny.


No i licznik bookmetera zgłupiał, a wraz z nim ja: podsumowanie mówi co, innego, tak samo jak licznik w liście, podobnie licznik bezpośrednio we wpisach. I bądź tu człowieku mądry.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #ianmcdonald #mag #ucztawyobrazni #ksiazkicerbera

57485121-84d1-4107-889e-882162e81959

Zaloguj się aby komentować

1059 + 1 = 1060


Tytuł: Luna: Wilcza pełnia

Autor: Ian McDonald

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: MAG

ISBN: 9788374807395

Liczba stron: 336

Ocena: 7/10


Dosyć standardowa kontynuacja: rody dalej knują swoje wzajemne unicestwienie lub - wręcz przeciwnie - spowinowacenie, przeważnie jednak występują obie te rzeczy jednocześnie. To co z pewnością standardowe nie jest, to wyprawa Lucasa - na te rozdziały najbardziej czekałem, choć niestety nie było ich wiele. Stanowiły o tyle miłą odmianę od typowego męczenia o spiskach i ich pochodnych, że przedstawiały podjęcie się przez luniarza wyczynu uważanego dlań za niewykonalny, choć i tak został okupiony okropnym wysiłkiem i wyniszczeniem.

Do tego Lucas Junior, syn ww., w pewnym momencie również nie daje sobie w kaszę dmuchać i związane z nim fragmenty też przedstawiały się niezgorzej. Jednakże tochę irytowała mnie scena, gdzie wszystkie parametry były już właściwie wyczerpane i zapaliły się białe lampki, które w księżycowym systemie sygnałowym oznaczają śmierć, no ale oczywiście trzeba było uwydatnić napięcie sceny i tak na serio nikt nie umarł. Może by tak odrobina skrupulatności i spójności? Jak coś jest białe, to nie żyje na śmierć, a jak ledwie dycha i jest generalnie beznadziejnie, to wtedy dajemy jakąś tam inną lampkę, ale wciąż nie białą.

Do tego autor, skubany, sięgnął po ulubiony chwyt zdesperowanych uczniów: wplótł do książki uproszczony przepis na ciasto, okraszony krótkim wywodem o wyższości odmiany ksieżycowej nad ziemską.

Rodziały są opatrzone znakami zodiaku, które na księżycu pełnią formę miesięcy. Jest to całkiem fajny element światotwórczy, ale z drugiej strony ile osób pamięta te znaki, ich kolejność i odpowiednik w dniach dla Ziemi? Problem jest taki, że wydarzenia nie są przedstawione chronologicznie, i tak jak da się mniej więcej umiejscowić je w głowie, tak księżycowa terminologia zwyczajnie w tym miesza. Nawet mając obok listy rodziałów spis znaków zodiaku, i tak nie dałem rady na szybko tego uporządkować.

Tajemnica wilków ostatecznie chyba nią nawet nie jest, a ich podwójna natura istnieje w tym świecie, bo tak. Słabo. Obu Lucasów ciągnie tę książkę, tak to jest raczej nudno i niezbyt angażująco, pomimo mrowia istotnych wydarzeń i zwrotów akcji. Taka Saga o zielonych kościach należy do zupełnie innej klasy, czy to pod względem spójności świata przedstawionego, zależności "klanowych" czy choćby dobrego smaku (wiadomo o co chodzi).


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #mag #ucztawyobrazni #ianmcdonald #ksiazkicerbera

752eb5ea-d31f-429b-afd0-2111278c66b7

Zaloguj się aby komentować

1036 + 1 = 1037


Tytuł: Luna: Nów

Autor: Ian McDonald

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: MAG

ISBN: 9788374806442

Liczba stron: 368

Ocena: 8/10


Na początek o tym, co w Uczcie i Artefaktach lubię najbardziej (miejcie na uwadze, że poniższe wywody pisałem na bieżąco tj. przerywałem czytanie i przelewałem myśli na ekran; nie zamierzam zmieniać za bardzo ich formy, dlatego nie będzie miedzy nimi gładkiego przejścia): czy ci pisarze są jacyś nienormalni (pierwotnie pie⁎⁎⁎⁎⁎ięci, ale postanowiłem się hamować)? Ledwie na drugiej stronie pisze o gejowskim obciąganiu, no miejcie litość... Bulwa nać (pierwotnie po naszemu), narzekam na romantasy, że julki to kupują, bo ich rówieśniczki parzą się tam z seksi wampirami, ale te książki "intelektualnie wyższe" wcale lepsze pod tym względem nie są. Swanwick - dymanie pod postacią dziwnych fetyszy, Simmons - dymanie pod postacią gwałtu i propozycji nekrofilii, Smith - na szczęście aluzja, na nieszczęście z kobietą kotem. A tutaj? Dwóch typków rżnie się jak w tartaku, sperma leje się litrami, no chuci nie ma końca. A później? Laska posiada prywatny pokój, w którym odprawia wielogodzinne sesje bondage czy innego bezeceństwa, wiążąc się jakimiś gorsetami i innym sprzętem, samodzielnie doprowadzając się do szaleństwa. I to wszystko przez kombinezon uwierający w młodości w picz. Jezus Maria. Tutaj można to wytłumaczyć faktem, że społeczeństwo Księżyca jest zupełnie wyzwolone, no ale zachowajmy choćby pozory dobrego smaku.

A poza tym książka jest bardzo dobra. Autor przestawia nam historię sieci intryg i zależności między pięcioma rodami Księżyca. Pomimo początkowego natłoku postaci całkiem szybko i łatwo zaczynamy je rozróżniać, w czym pomaga nie tylko odpowiednia kreacja, ale też ich spis (posiadający jeden błąd: w 5. rozdziale z kontkestu wynika, że Jade Sun jest żoną Roberta, natomiast w spisie postaci stoi, że Duncana, syna ww. Prawdą jest koniec końców ta pierwsza opcja). 

Podoba mi się, że autentycznie czujemy, jakby ten świat żył już przed naszym spojrzeniem na kartki tekstu; znać złą krew między rodami, związki są już od jakiegoś czasu nadwyrężone, a polityczne gierki (przynajmniej nie wszystkie) nie zaczęły się w tym akurat momencie. Pomagają w tym wstawki przedstawiające młodość założycielki rodu Cortów, od mglistych wycinków życia na Ziemi, do kilku lat po przybyciu na naszego satelitę.

Świat przedstawiony jest bezlitosny. Pomijając sam fakt bytowania na księżycu, gdzie społeczność utworzyła mantrę "Pani Luna zna tysiąc sposobów zabijania", to standardowo ludzie ludziom ludźmi; widzimy to zresztą już na pierwszych stronach. Do tego umowy matrymonialne nikah, gdzie wiek właściwie nie gra roli - wszystko dla Vina Diesla (w sensie rodziny). Ogólnie na Księżycu wszystko jest umową i wszystko da się wynegocjować, a jak kontrakt złamiesz, to płacisz (no, chyba że jesteś członkiem któregoś rodu i inna kara byłaby bardziej sprzyjająca konkretnym celom).

Oprócz wielowymiarowej, przeplatającej się intrygi mamy teżą wyścigi i wybuchy, jednakże ich gwałtowność łączy się z pewną swoistą kameralnością. Ostatni rodział to pod tym względem zupełna jazda bez trzymanki.

Serdecznie polecam. Na fragmenty zdeprawowane można po prostu pokręcić z politowaniem głową, ale poza tym zostaje nam kawał wciągającej literatury łączącej Księżyc, intrygę, rodowe sieci zależności i nowoczesną technologię. Patrząc na tytuł kolejnej części zastanawiam się, czy uchylą rąbka tajemnicy niewyjaśnionej w tej książce.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #mag #ucztawyobrazni #ksiazkicerbera

cd118927-669c-4e54-b9ed-f002271d742d

@Cerber108

narzekam na romantasy, że julki to kupują, bo ich rówieśniczki parzą się tam z seksi wampirami


Sexi wampiry były w modzie 15 lat temu, teraz truloffy w romansach to bogaci bad boye xD

Zaloguj się aby komentować

1015 + 1 = 1016


Tytuł: Olimp

Autor: Dan Simmons

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: MAG

ISBN: 9788367353243

Liczba stron: 944

Ocena: 4/10


Jak ja to lubię czasami wspomnieć: podręcznikowy przykład, tym razem pisania o niczym oraz mojej totalnej obojętności co do mających miejsce wydarzeń. Jedynie perypetie Achillesa są faktycznie wciągające i miejscami humorystyczne, do tego działania obu morawców i czasami ich kompanów bywają ciekawe, choć też nie zawsze, Hockenberry'ego z kolei było w tej książce zdecydowanie za mało, ale gdy już się pojawiał, to mieszał. Co się zaś tyczy Daemana, Harmana, Ady i spółki: nudne jak flaki z olejem mielenie ozorem, ludzie miotają się jak dziki po żołędziach i ogólnie jest beznadziejnie, zarówno w odniesieniu do przedstawianych wydarzeń, jak i mojego zaangażowania w lekturę.

I teraz przechodzę do szczegółów (w kolejności wystąpienia).

W przypadku Hockenberry'ego mamy czasami do czynienia z jakimś dziwnym zabiegiem tj. połączeniem narracji pierwszo- z trzecioosobową. Dla przykładu: "Wybaczcie, byłem lekko... rozkojarzony. - Rozpraszała mnie myśl, że kiedy pole siłowe zniknie, kopnę w kalendarz, dodał już tylko do siebie". Czyli doktor mówi do siebie w myślach, ale ktoś wyższy to obserwuje. W "Ilionie" jego rozdziały były chyba z perspektywy pierwszej osoby. Sprawdziłbym, ale dosłownie przykuło mnie do wyra.

Dalej: "...oddzielone od Olympus Mons szeroką na około dwustu kilometrów połacią wody".

I stronę później: "...szeroki na około piętnastu metrów równoległobok".

Trochę się tego nazbierało, to chyba jakieś skrzywienie tłumacza.

"Olimp" nie ustępuje "Ilionowi" pod względem seksualnej degrengolady. Ba, rzekłbym, że nawet go przebija. Oto wspaniały przykład: by zbudzić "śpiącą królewnę", trzeba ją przelecieć. Ale dokonać tego może tylko potomek męża tejże. Hefajstos natomiast z chęcią zabawiłby się z martwą, choć wciąż ciepłą, amazonką.

I teraz fragment, który utwierdził mnie w przekonaniu, że mamy do czynienia z mierną książką; dosłownie powiedziałem wtedy do siebie "co to ma być?". Odkrycie Harmana w 3/4 książki to chyba największa deus ex machina, jaką kiedykolwiek widziałem. Element wprowadzony totalnie znikąd, byle tylko dodać kolejną przeszkodę i naklepać następne 100 stron. Masa ponad 700 czarnych dziur wielkości piłki do nogi byłaby raczej znacząca. W istocie - jedna taka dziurka posiadałaby masę kilkunastu Ziem. Nie wiem, jak działa pole siłowe blokujące je przed robieniem tego, co czarne dziury robią najlepiej. I na dokładkę: kto był załogą okrętu podwodnego, który rzeczone pociski przenosił? Allahu-akbary, naturalnie z uśmiechem na ustach.

Kolejny idiotyzm: mówią, że przy pomocy sonika mogliby przenieść się na pewną wyspę w dosłownie minutę, a całą społeczność w kilkanaście. Dlaczego więc, do cieżkiej cholery, nie zrobili tego przed oddaniem pojazdu? Tak długo drążyli wtedy temat, że w międzyczasie zdążyliby to zrobić kilka razy.

I na koniec: jakim cudem mini czarna dziura mogłaby, po upadku z kilku(nastu) kilometrów, przebić się przez całą Ziemię i po drugiej stronie dotrzeć aż na orbitę?

Zakończenie jest proste, niesatysfakcjonujące i posiada otwarte furtki, choć na kontynuację na szczęście nie ma co liczyć.

Zupełnie nie polecam. I teraz nie wiem, co z "Ilionem", bo z jednej strony jest o niebo lepszy, z drugiej trochę słabo poznawać tylko połowę historii, z trzeciej niby można przeczytać, ale jest to oczywista pierwsza cześć, a nie pod pewnym względem zamknięta całość.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #dansimmons #mag #artefakty #ksiazkicerbera

ac019715-5fde-40a8-8d5d-e27fb8f2e2c3

@Cerber108 @d_kris @Wrzoo

Dan Simmons to jeden z moich najwiekszych zawodow, moze to wina hype i usiadlem z duzymi oczekiwaniami, a Hyperion okazal sie imho sredni a kolejne czesci jeszcze slabsze.

@3t3r miałem tak samo. Przeczytałem zarówno Hyperiona jak i jego Upadek. Nie rozumiem zachwytów. Maks. oceniłbym ją na 6/10. Trochę musiałem się zmuszać, żeby dokończyć Hyperiona. Upadek był ciut lepszy, bo domykał pewne wątki.

@Cerber108 oceniałeś tu "Ilion"? Mnie się podobał, przeczytałem jakoś w tydzień na wakacjach i potem po dłuższej przerwie wziąłem "Olimp" i już nie szczymałem. Zupełnie mnie nudził. Podobnie jak Ty lubiłem tylko wątek Achillesa i ostatecznie olałem. Samego Simonsa bardzo cenię. Hyperion, Terror, Abominacja - rewelka.

@Cerber108 skończyłem jakieś 2 tygodnie temu. Jak mnie kumpel zapytał o czy to jest to odpowiedziałem: takie pomieszanie z poplątaniem.


Zakończenie niesatysfakcjonujące, zdecydowanie Olimp słabszy niż Ilion. Czytałem też wszystkie części Hyperiona ale moją ulubioną książką autora niezmiennie pozostaje Terror

Zaloguj się aby komentować

987 + 1 = 988


Tytuł: Ilion

Autor: Dan Simmons

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: MAG

ISBN: 9788367353199

Liczba stron: 752

Ocena: 8/10


Tym razem z Artefaktów postanowiłem sięgnąć po coś obszerniejszego niż jeden tom, tak więc wybór padł na Simmonsa, który dostarczył całkiem niezłą książkę, cierpiącą jednak na pewne braki.

Zaczynając od plusów: sam pomysł na fabułę jest cholernie ciekawy - obserwujemy niemal dosłowny przebieg Iliady, gdzie bogowie greccy są jej jak najbardziej prawdziwymi uczestnikami; poprzez poczynania bohatera - wykładającego swego czasu ten właśnie utwór - ciąg zdarzeń odchyla się jednak powoli od swojego spisanego pierwowzoru. Równolegle w kierunku Marsa startuje wyprawa morawców, zaniepokojona zarejestrowanymi tam niewytłumaczalnymi zjawiskami; do tego na Ziemi grupka z pozbawionego wszelkich trosk społeczeństwa wplątuje się w kabałę, która nie dość, że zmieni ich dotychczasowe życia - co oczywiste - to do tego zaprowadzi ich w miejsca dawno zapomniane. Tak więc otrzymujemy 3 linie wydarzeń, gdzie w moim odczuciu ta o Iliadzie była z definicji najbardziej porywająca, tę traktującą o morawcach postawiłbym na drugim miejscu (znajomość Shakespearea i Prousta mile widziana), głównie przez dynamikę relacji dwóch przedstawicieli tej grupy, natomiast ostatnia - o ludziach - była mi właściwie obojętna. I tutaj nawiążę do bodaj największej bolączki książki (być może tylko dla mnie) - pomimo ciekawej fabuły i sensownego jej ciągnięcia, nie czułem absolutnie nic: żadnych głębszych uczuć, kamienna twarz, co najwyżej kilka razy się zaśmiałem, ale nic ponad to.

Generalnie na duży plus zarysowanie wielu tajemnic, które w tym tomie nie zostały rozwiązane, ale mam przeczucie, że w drugim żadna się nie ostanie. Do tego autor przyłożył się do pozostania w zgodności z Iliadą tam, gdzie było to potrzebne; porównywanie scen lub przytaczanie mrowia postaci nawet i trzecioplanowych nie było rzadkością. Miały też miejsce zabawne sytuacje, gdzie humor najczęściej opierał się na nieznajomości przez postaci rzeczy lub zjawiska dla nas boleśnie oczywistego. Nie mogę też nie wspomnieć o przemianie bohaterów (przynajmniej niektórych); jedna z nich jest dosyć przewidywalna, ale i tak przynosi satysfakcję.

Oprócz niewytłumaczalnego braku odczuwania emocji podczas czytania przyznam, że sporo tu dosyć obscenicznych scen: od kwieciście opisanego seksu, poprzez tylko trochę mniej obrazowe nakreślenie wyglądu fiuta potwora do zaglądania nastolatce pod spódniczkę (specjalnie nie założyła tego dnia bielizny). Sądzę, że świetnie byśmy sobie bez tych rzeczy poradzili (tak na serio spódniczka to ważny element nakreślenia jednego bohatera, nie zmyślam). No i z mojego standardowego czepialstwa: 1. ktoś postawił w pewnej wymianie zdań znak równości między bitem a kilobajtem, 2. w tekście mamy "wojniksy", za to w blurbie już "voynixy".

Dobrze się to czytało, ale ciężko mi określić, komu to właściwie polecić. Z jednej strony cały grecki aspekt i jego otoczka są świetnie zrealizowane, do tego fizyczne wololo i twisty też robią wrażenie, z drugiej czuję taką nieokreśloną nijakość, gdy myślę o tej książce, pomimo jej niezaprzeczalnej oryginalności. Nieznaczne odchudzenie mogłoby choćby i w niewielkim stopniu pomóc.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #dansimmons #mag #artefakty #starozytnagrecja #ksiazkicerbera

1faab2c3-fa16-40b8-b613-8666707a536e

@skorpion ja podchodzę do tego z piąty raz i dalej nie czaję co gdzie, jak dlaczego. Ale trzeba przyznać że mieszanka antyku greckiego i futuro jest doskonała. Pewnie nie należy za bardzo wnikać w szczegóły ale cieszyć się tym wyjątkowym popisem wyobraźni autora.

@skorpion słabo, że nie można tu wstawiać spoilerów, bo bym opisał jedną rzecz - może oczywistą, może nie - którą zczaiłem bardzo późno.

A czy ktoś czytał Hyperniona tego samego autora?

Bo skończyłem te opasłe tomy i mam ważnienie jakbym nie zrozumiał tych książek.

Trochę jakby poza fabułą miały drugie dno którego kompletnie nie dotknąłem.

@Madius zgłaszam się jako pierwszy piewca jakości Hyperiona.


ale nie oczekuj ode mnie rozpraw filozoficznych bo tego na pewno tez nie ogarniałem xd

Zaloguj się aby komentować

954 + 1 = 955


Tytuł: Odmieniec

Autor: Victor LaValle

Kategoria: horror

Wydawnictwo: MAG

ISBN: 9788367023405

Liczba stron: 432

Ocena: 8/10


MAGowa seria grozy znowu dowiozła - tym razem nieźle porąbaną książkę. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Wstęp okazał się czymś zupełnie innym niż oczekiwałem, zarówno w odniesieniu do całej książki, jak i jej obrazu, który stworzyłem sobie w głowie przed sięgnięciem po nią (lub choćby przed zapoznaniem się z blurbem). Późniejsze zawiązanie fabuły przebiega już dosyć standardowo, a poza tym przez pewien czas skupia się na temacie dosyć bliskim przynajmniej części tutejszej społeczności tj. handlu książkami i obserwowaniem szeroko pojętego jej rynku. I standardowo faktycznie jest, ale mniej więcej do 1/4 książki - a potem zaczyna być grubo. Opisałbym to trochę obszerniej, ale trzeba mi uwierzyć na słowo, że każdy twist powoduje coraz to wyższe uniesienie brwi, więc na tym skończę. [Tutaj dałbym spoiler, ale niestety się nie da]. Wspomnę jedynie, że gdyby pewien wątek stał się tym głównym, to byłbym chyba bardziej zadowolony (ale nie wiem czy znacznie, bo do tego musiałbym taką wersję faktycznie przeczytać); z tego więc powodu wpada 8, a tak to ta seria otrzymałaby może kolejną 9.

Dużym plusem są jeszcze postacie: jest ich na tyle niewiele, że każda zostaje odpowiednio scharakteryzowana, a do tego nie są jednowymiarowe, co widzimy dopiero później. Styl nie wyróżnia się po prawdzie niczym szczególnym - choć dialogo są niezłe - ale od dłuższego czasu nie miałem styczności z książką, którą chciałem czytać dosłownie ciągiem, bo akcja była w pewnym momencie na tyle gęsta; gdybym tylko nie miał jeszcze innych aktywności.

Książka niezła, porąbana, dziwna - ciężko ją odłożyć. Zdecydowanie polecam. Seria grozy jest póki co najlepszym z cykli wydawniczych MAGa.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #victorlavalle #grozamag #mag #ksiazkicerbera

f2c572a4-fca9-47c3-ac83-d8c2cc9bed7c

Zaloguj się aby komentować

944 + 1 = 945


Tytuł: Listy

Autor: J.R.R. Tolkien

Kategoria: biografia, autobiografia, pamiętnik

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

ISBN: 9788382027600

Liczba stron: 628

Ocena: 7/10


Od czego mam właściwie zacząć? To pierwsza przeczytana przeze mnie książka, która wchodzi z butami w czyjeś życie, choć w innej niż zwykle formie; nigdy nie sięgnąłem po jakąkolwiek biografię.

Tutaj zaserwowano nam zestawienie listów "najbardziej interesujących" z całego życia autora, które słał do żony, dzieci, znajomych, wydawców, fanów i w szczególnych przypadkach kombinacji powyższych. Te najwcześniejsze traktowały oczywiście o wojnie, ale także o znalezieniu miłości, edukacji i powstaniu pierwszych tekstów. Później zbliżamy się drobnymi krokami do pisania Hobbita, styczności z pierwszym wydawnictwem, gdzie samo nawiązanie kontaktu było możliwe tylko dzięki ciągowi przypadków, aż do wydania przygód Bilba. Wtedy też zaczyna się prawdziwe zagęszczenie listów, które trwa do kilku lat po premierze WP. Na przestrzeni właściwie 20. lat, które dzielą Hobbita i Władcę, widzimy zmieniającą się tematykę listów: krytyka (zupełnie różna) tego pierwszego, powoli rosnąca ilość zapytań o kontynuację, dyskutowanie z różnymi osobami o tego typu projekcie, kolejna wojna (będąca - słusznie zresztą - obszernym epizodem w tej książce, uwypuklająca do tego relację ojca i syna, Christophera, który jeszcze przed erą zawirowań zajmował się tworzeniem map i przepisywaniem tekstów, a później również ich ocenianiem), powolne, doprawdy powolne składanie stowrzonych fragmentów w jedną całość, a potem mozolne i pedantyczne poprawianie nawet najdrobniejszych szczegółów - w jednym z listów Tolkien wspomina, że musiał ponownie przejrzeć i poprawić pozycje księżyca, bo w końcowych fragmentach historii ten wschodził i zachodził jednocześnie w różnych miejscach - aż do długo wyczekiwanej premiery i stopniowego odnoszenia sukcesu, nieoczekiwanego swoją drogą. Potem mamy standardowo opinie osób wszelakich, kontakty z fanami, zawirowania wydawnicze i adaptacyjne, niemoc zabrania się za Silmarillion i - w ogromnym skrócie - nieubłagany upływ lat.

Rzecz, która rzuciła mi sie w oczy, a obecna w życiu Tolkiena wlaściwie od zawsze, to brak czasu: najpierw edukacja własna, potem innych wraz ze wszystkimi tego następstwami i balastami; notoryczne problemy finansowe zmuszające go do imania się dodatkowych zajęć - przeważnie egzaminowania - pozbawiały go wszelkich rezerw wolnych chwil. Nawet lata po premierze WP i płynące z tego pewne benefity czy przejście na emeryturę nie zwiększyły znacząco zasobów dostępnego czasu; te pojawiły się dopiero kilka lat przed śmiercią autora, ale ten był wtedy już zbyt zmęczony, a praca nad Silmarillionem szła jak po grudzie.

Oprócz rzeczy związanych stricte ze Śródziemiem jest też trochę listów o innej twórczości, o szeroko pojętym tworzeniu języków, ich analizie i fanowskiej nadinterpretacji, kilka przemyśleń na temat egzystencji, miłości czy religii oraz kontakty z rodziną, znajomymi, fanami i biznesowe na tematy dowolne.

Generalnie z jednej strony wyłania się obraz człowieka pedantycznego, chącego mieć każdy szczegół na swoim miejscu, dbający o dobre imię zarówno swoje, jak też swojej twórczości (wszelkie adaptacje traktował surowo, nienawidził, gdy ktoś wkładał mu w usta cudze słowa); z drugiej strony osoby niepotrafiącej wywiązywać się z ustalonych terminów (pokłosie wspomnianego pedantyzmu i zbyt krótkiej doby), z którą dogadanie się musiało w pewnych wypadkach doprowadzać pewnych partnerów - zwłaszcza biznesowych - do białej gorączki.

Generalnie jestem zdania, że Tolkien z dużą dozą pewności nie chciałby, żeby ten zbiór ujrzał światło dzienne, jednakże ludzka ciekawość, nadgorliwość i podziw (nie mylić z respektem) były zbyt silne, tak więc istnieje.

Pozwolę sobie sparafrazować pewien zabawny z dzisiejszej perspektywy fragment: Bożego Narodzenia nie może skazić żadna komercja.

Dodatkowo kiedyś na Reddicie przeczytałem komentarz, który wyglądał mniej więcej tak: "wydaje ci się, że znalazłeś dziurę w całym? Przeczytaj «Listy», a na 99% znajdziesz odpowiedź". To nieprawda, tego typu treści było tam jak na lekarstwo.

Po przeczytaniu tego pojawiło się we mnie trochę melancholii: mamy człowieka, który na zawsze zmienił fantasy, przeżył wojnę, przez kilkadziesiąt lat harował jak wół, obracał się w interesującym towarzystwie i umarł. A teraz ja, od 50 do 100 lat po tym wszystkim cztam sobie i dumam.

Jest to całkiem ciekawa pozycja, może pod pewnym względem inwazyjna względem autora, ale co mogę poradzić? Z pewnością nie jest to typowa biografia. Trochę za dużo było tutaj rozpraw językowych, które zupełnie mnie nie interesowały, do tego wspominanie o pewnych tematach miało miejsce za często - zbędne powtarzanie. Usunąłbym też te kilka ponad dwudziesto stronicowych listów - szybko robiły się nużące. W jednym z nich zawarte było streszczenie fragmentów składających się na Silmarillion. Pozycja naturalnie dla osób chcących poznać twórcę Śródziemia dogłębniej, a nie do poczytania podczas przerwy w pracy.


Czy to mój najdłuższy wpis?


Do tego wczoraj skończyłem oglądać trylogię - pierwszy raz kiedykolwiek. Pomimo kilku wątpliwych fragmentów powiem tylko, że takich filmów już nie robią. "You bow to no one".


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #tolkien #zyskiska #ksiazkicerbera

6514dda0-0bad-4755-95aa-55e45bfb7c0d

@Cerber108 ale k⁎⁎wa piękna ta okładka

Ciekawe czy takie pióro wyszło XD


Edit: Zdaje się, że nie. Są za to dwa z motywem LOTR oba drogie jak c⁎⁎j i nie tak ładne jak ta "stalówka"

Szkoda

@Cerber108


>nie chciałby, żeby ten zbiór ujrzał światło dzienne, jednakże ludzka ciekawość, nadgorliwość i podziw (nie mylić z respektem) były zbyt silne, tak więc istnieje.


A nie chciwość synka?

Zaloguj się aby komentować

911 + 1 = 912


Tytuł: Opowieści z Niebezpiecznego Królestwa

Autor: J.R.R. Tolkien

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

ISBN: 9788381164849

Liczba stron: 320

Ocena: 8/10


Całkiem różnorodna, ale też nierówna mieszanka. Na początek Łazikanty (którego nie wiem dlaczego ktokolwiek miałby kupić w nowym wydaniu) - ot, sympatyczna i naiwna historyjka o psie i jego przygodach. Najlepszy był fragment, gdy jeden z magów się rozsierdził, zaczął mówić sensownie (dla nas, a nie wg standardu tego tekstu), no i główny bohater ni w ząb go nie rozumiał.

Potem przyszła kolej na "Gospodarza Gilesa z Ham". Tutaj już ciekawiej: trochę przekąsu, trochę przewrotności, trochę ucierania nosa komu trzeba, świat przedstawiony też wewnętrznie spójny. Generalnie drugie miejsce tego dziwnego zbioru.

Na pierwszym z kolei stawiam "Przygody Toma Bombadila" czyli zestawienie kilkunastu wierszy, w których tytułowa postać występuje jedynie 2 razy. Każdy opowiada historię malutką lub niewielką, o Bombadilu właśnie, poprzez trola, elfa i pasjonata jedzenia, aż do olifanta, który to najbardziej zapadł mi w pamięć, właściwie z dwóch powodów: jest bodaj najkrótszy, więc można łatwo się go nauczyć, a do tego czytanie grubym głosem kojarzącym się ze słoniem czyni je 5 razy lepszym. Przekrój typów rymów jest bardzo szeroki i wiersze te wychodzą z rytmu raczej rzadko.

Następnie wchodzi "Kowal z Podlesia Większego", pozycja najbardziej zanurzona w świecie baśni, choć bardziej poprzez samą dyskusję niż świat przedstawiony. Czyta się całkiem przyjemnie, do tego ciepłe zakończenie.

Ostatnim fabularnym tekstem jest "Liść, dzieło Niggle'a", najbardziej nawiązujący do życia utwór (w tej książce, nie na świecie). Mamy tu codzienność, niespełnione cele, są małe, pozornie błahe, lecz potem gryzące, spotykające każdego dylematy, jest i gotująca krew bezsilność, znajduje się też na szczęście kilka pozytywnych akcentów. Momentami trochę depresyjne, ale tak czy siak warte przeczytania.

Na sam koniec rzecz absolutnie zbędna: "Esej o baśniach", czyli bite 60 stron rozwodzenia się na różnorodne tematy dotyczące tego konkretnego gatunku. Nie wiem, jaki był sens dołączenia tego poza śladowym związkiem z pozostałą częścią zbioru i chęcią zwiększenia objetości, ale nikt by tego osobno nie kupił. Może i faktycznie jest to ciekawe opracowanie zagadnienia, ale zupełnie mnie nie wciągnęło. Jednej rzeczy się uczepiłem: Tolkien twierdzi tutaj, że jeżeli fantastyczne wydarzenia w przedstawianej historii (będące jej trzonem, a nie tylko epizodem) były jedynie sennym wymysłem, to nie można ich do baśni zaliczyć, gdyż przygody te nie miały miejsca w swoim własnym świecie, gdzie rzeczy dziwne dla nas są tam zwyczajne, a były jedynie konstruktem umysłu. Nie zgadzam się z tym. To tak, jak powiedzieć, że absolutnie koszmarny sen nie mógł być straszny, bo dział się w głowie. Zapraszam do dyskusji.

Jak już wspomniałem: miks nierówny i po prostu różnorodny, ale ratują go choćby i same wiersze, co w moim przypadku jest ewenementem. Umiarkowanie polecam.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #tolkien #zyskiska #basnie

742734bd-ea68-46eb-be7f-51f0a065a5ac

899 + 1 = 900


Tytuł: Niedokończone opowieści Śródziemia i Númenoru

Autor: J.R.R. Tolkien

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

ISBN: 9788382020212

Liczba stron: 560

Ocena: 6/10


Dosyć męcząca książka, i to nie przez fakt przedstawiania tekstów niedokończonych, a raczej, że w większości traktują one o sprawach - przynajmniej dla mnie - niezbyt angażujących.

Jedynym fragmentem, który czytało mi się z faktyczną ciekawością i przyjemnością były dzieje Tar-Aldariona - jednego z królów Numenoru - którego ogromna miłość do żeglugi była źródłem właściwie wszystkich przedstawionych tam wątków. W dużym skrócie i bez przedstawiania fabuły, gdyż wg mnie warto zapoznać się z tym konkretnym tekstem samodzielnie: brak wzajemnej komunikacji i zrozumienia swoich potrzeb, zwłaszcza na szczeblu rządzącym, może prowadzić do ważkich problemów, ale też zwyczajnie ranić osoby nam najbliższe.

W książce znajdziemy również przedstawienie wydarzeń, które w Silmarillionowych "Dzieciach Hurina" zostały zaledwie wspomniane (albo i nie), ale już nie opisane (a ich brak nie był tam właściwie odczuwalny), trochę o dziejach Galadrieli i Celeborna, pewne informacje o przeszłości Gondoru i zaraniu Rohanu (bodaj najbardziej dłużący się dział), oraz co nieco o rodzaju Gandalfa (tj. Istarich) i Palantirach.

Innym problemem było przedstawianie niektórych wydarzeń nie tyle z różnych perspektyw, co po prostu na podstawie notatek powstałych w różnym czasie. Może i pozwala to spojrzeć z szerszej perspektywy na proces twórczy całego świata, ale różnice pomiędzy tymi fragmentami zauważą co najwyżej psychofani lub dosłownie badacze dzieł Tolkiena.

Generalnie książki nie polecam, co najwyżej dla miłośników profesora. Wg mnie warto natomiast zapoznać się z fragmentem o Tar-Aldarionie, no ale kupowanie książki dla ok. 10% jej objętości nie brzmi jak najlepszy pomysł. Boli też brak ilustracji, a angielskie wydanie kilka ich jednak posiada.

Obawiam sie też, że Historia Śródziemia i Tolkieny Prószyńskiego będą opierać się na wałkowaniu i mieleniu tych samych fragmentów w różnej oprawie, tak jak czasami miało to miejsce tutaj.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #tolkien #zyskiska #ksiazkicerbera

9ad2aa1b-6d80-4620-bf08-5ab019e50843

Wszystko oprócz Hobbita i Władcy to są książki bardziej naukowe, gdzie mamy szkice i koncepty, a także ogólną historię śródziemna, itp. To nie są książki dla typowego zjadacza fantasy, tylko dla osób, które chcą wiedzieć co gdzie jak i kiedy w tym uniwersum. Więc to nie tak, że książka jest zła tylko trzeba sobie samemu zadać pytanie czy kupuje ja, bo myślę, że to opowieść w stylu Hobbita i WP czy kupuje, bo wiem, że to jest bardziej encyklopedia czy książka historyczna opisująca wydarzenia. W pierwszym wypadku lepiej sobie odpuścić tym bardziej jeśli nie lubimy tego typu książek.

@Bing0Bang0Bong0 dlatego Historię Śródziemia zostawię chyba sobie jak już będe przykuty do łóżka i nic lepszego nie będę miał do robienia z czasem.

@Cerber108 jeśli chcesz koniecznie coś przeczytać, to jest parę mniejszych opowiadań np. zbiór "Opowieści z Niebezpiecznego Królestwa" (Jedyna edycja w jednym tomie czterech magicznych opowieści Tolkiena (Łazikanty, Gospodarz Giles z Ham, Kowal z Podlesia Większego, Liść, dzieło Niggle’a) oraz baśniowego cyklu wierszy Przygody Toma Bombadila, nawiązującego do jednej z najbardziej tajemniczych postaci z Władcy Pierścieni.)


Albo inne mniejsze opowiadanie np. "Pan Błysk"


Albo


https://lubimyczytac.pl/ksiazka/196970/upadek-krola-artura

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/50092/legenda-o-sigurdzie-i-gudrun

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/3857444/opowiesc-o-kullervo


Polecam sobie ustawić oceny od największej ilości plusów za recenzje i poczytać sobie recenzje, choć to też nie są proste książki, w szczególności dla osób nielubiących opisów ich złożoności, z których Tolkien słynął.

Zaloguj się aby komentować

881 + 1 = 882


Tytuł: Silmarillion

Autor: J.R.R. Tolkien

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

ISBN: 9788381168915

Liczba stron: 484

Ocena: 9/10


Po legendarnych wręcz ostrzeżeniach napotkanych w wielu zakątkach internetu spodziewałem się kontaktu z über-podręcznikiem zawierającym same definicje, ale nie było aż tak ciężko. Nie znaczy to też pod żadnym pozorem, że było lekko: co drugie słowo to nazwa własna, branie tego na pierwszy kontakt z Tolkienem (co pewne zestawienia sugerują) powinno zaliczać się do największych błędów, jakie człowiek może popełnić w życiu, a sam proces czytania postępuje dosyć powoli, co nie zmienia faktu, że nie jest to podręcznik, a bardzo ciekawe, obszerne i zajmujące przedstawienie mitologii i czasów dawnych Ardy.

Przyznam, że czytanie niektórych fragmentów trochę bolało: przez zwykłą zazdrość, zacietrzewienie, zwątpienie, a czasem i przewrotną powinność dopuszczano się haniebnych zdrad i podłych bratobójstw, niemal dosłownie od początku czasu do końca opisywanej historii, pomimo początkowego bytowania w świecie właściwie bez skaz; sztandarowym przykładem jest Przysięga Fëanora, która wisiała nad światem niby jakieś widmo na przestrzeni lwiej części książki.

Nie chcę się sztucznie rozwodzić nad tym, jak to "pRoFEsOr kUNsZtOWniE" (niektórzy tak piszą w co trzecim zdaniu w odniesieniu do każdej książki Tolkiena) wykreował świat, no ale - już zupełnie poważnie - nie można mu odmówić włożenia niepomiernej ilości pracy w wymyślenie tego wszystkiego, stworzenie systemu naczyń bardzo połączonych (dla przykładu takie BiL, DH i UG są ze sobą zaskakująco powiązane, mniej lub bardziej), nie wspominając już o tych językach - będących wynikiem lingwistycznego jobla - o których swoją drogą można sobie poczytać w dodatku na końcu książki.

Należy docenić pracę zarówno ojca - autora, który potrafił stowrzyć wiele, często przeczących sobie wzajemnie tekstów, notatek i przypisów tyczących się jednego zagadnienia w najmniejszych szczegółach, łączących się w szerszym kontekście w coś niespotykanego, jak i syna - redaktora, który całą tę papierologię opanował wedle swoich sił i przekazał czytelnikom w formie jak najbardziej przyswajalnej.

Nie zamierzam się skupiać na poszczególnych rozdziałach czy wydarzeniach, ale większość z nich można podsumować następująco: dostojne i majestatyczne, z cieniem smutku. Tymi samymi słowami mogę określić ilustracje, jak dotąd chyba najlepsze.

Zdecydowanie warto się z tym zapoznać, jednakże z pewnością po Hobbicie i Władcy. Nie należy się zrażać mitycznym statusem książki jako nadpodręcznika. Po dosyć skoncentrowanych wydarzeniach poprzednich czterech tomów, ten otworzy oczy na ogrom świata przedstawionego i mrowia dramatów, które miały miejsce na długo przed harcami Gandalfa.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #tolkien #zyskiska #silmarillion #ksiazkicerbera

8df1b7b9-f582-4e8d-8517-3bc01e8e3d7f

Mi zawsze przypominała Biblię w sposobie jaka jest napisana. "Na początku była pieśń Ainurów. Potem Ungolianta zjadła drzewa co doprowadziło do wygnania elfów z raju." Im dalej tym opowieści bardziej szczegółowe i "realistyczne".

@Cerber108 mnie też straszono trudnością czytania i ogarnięcia postaci, tymczasem jak zaczęłam czytać to wsiaklam i napewno jeszcze wrócę do niej.

Zaloguj się aby komentować