#zafirewallem

32
2969

Monika otworzyła oczy. Oślepiona intensywnym światłem zamrugała i… nie mogła uwierzyć własnym oczom! To już ranek? Co to słońce robi za oknem?! Przeklęty budzik wył alarmem obnosząc całemu światu, że jest już szósta!


- Jezu, ludzie tak żyją?


Z grubym przekleństwem na ustach wstała by przejść do łazienki. Stopień poświęcenia sprawie, jaki okazywała, zaskakiwał nawet nią samą, ale już niedługo wszystko powinno się zakończyć.


Bez wszelkiej chęci do życia i z ogromnym pragnieniem by wrócić do łóżka, wlekła się warszawskim tramwajem do swojego kołchozu i miejsca upodlenia. Po przebrnięciu przez bramki i dzienniczki Komendy Stołecznej Policji, udała się do swojego działu by z resztą "pracowników cywilnych" poniżać się za najniższą krajową.


- Monika! Chcesz zarobić darmowy obiad?

- Ke?

- Znowu jest okazanie! Kolejny świadek Mafii Zielonkowej!

- No za obiad? Niech będzie!


Okazanie było upierdliwą procedurą, w którą chwytano pechowych przechodniów na czerwonym świetle lub co bardziej zdesperowanych pracowników Komendy. Polegało na postawieniu wspólnie z podejrzanym kilku figurantów, by zweryfikować świadka czy nie plecie trzy po trzy. Monika miała tę procedurę obcykaną już całkiem nieźle. Ilość obiadów kupionych za kasę za pozowanie na okazaniu oscylowała już wokół kilkunastu. Niemniej za każdym razem wywoływało to w niej atak adrenaliny.


- Co jak świadek wskaże nią - myślała - a policja postanowi ją zatrzymać i zacznie ją obwiniać o przewinienia oskarżonych i skończy w więzieniu i nie wyjdzie do późnej 50-ki i... dość! - już czas.


Wraz z resztą pozorantów weszła do pokoju okazań. Był raczej malutki z lustrem weneckim na jednej ścianie. Do pokoju wprowadzono oskarżoną w kajdankach i tam ją rozkuto. Policjant prowadzący przydzielił wszystkim numerki. Monice jedynkę, bandziorce - dwójkę. Wszyscy musieli poczekać aż świadek dostanie się na drugą stronę lustra. Monika rzucała kilka suchych tekstów. Kryminalny westchnął widząc jej reakcję na stres. Kryminalistka wyraźnie się już uspokoiła, patrzyła na Monikę, a uśmiech miała szeroki.


Zaczęło się!


- Dzień dobry, poproszę profil lewy, profil prawy, proszę się odwrócić - nagle padło polecenie - Numer jeden krok do przodu, ponownie profil lewy, profil prawy!


Monika wykonała polecenie, z głębokim przekonaniem, że świadek chce jej się bliżej przyjrzeć. W głowie rozszalała się gonitwa myśli:


- O k⁎⁎wa, mają mnie! Świadek mnie wskaże, a ja już nigdy nie wyjdę z więzienia! - wkrótce jednak na jej twarzy rozbłysł szeroki uśmiech - Świadek mnie wskazał! Ze wszystkich tutaj... mnie! Pozorantkę! - po kilku sekundach zaczęła parskać śmiechem.


Kazali im jeszcze pospacerować kilka kroków, a zza lustra było słychać stłumiony harmider - To ona, mówię wam! Poznaję ją! Ona za tym stała! - kryminalistka nie była w stanie wystudzić triumfalnego uśmiechu i nastał koniec.


Po minucie przyszedł Pan z kryminalnych - Czegoś się tak szczerzyła?! Świadek o mało nie zesrała się ze strachu jak wietrzyłaś zęby! Musiałem coś pi⁎⁎⁎⁎lić, ze wam kolega dowcip opowiedział!


Monika odpowiedziała niemrawe przepraszam, że nie sądziła że znowu wygra przy okazaniu. Wszyscy przeczekali kilka minut. Kryminalni trochę ponabijali się z niej, wydali kwity za okazania i odprowadzili pozorantów do wyjścia.


- Masz chyba zbyt powszechną twarz, albo jakieś wykroczenie na niej wytatuowane, że tak namiętnie cię wskazują. - wspomniał - To już chyba ósmy świadek w sprawie Mafii Zielonkowej, którego przefiltrowaliśmy dzięki tobie.


Odpalił papierosa z wyraźnym zniesmaczeniem.


- Tyle ofiar... Tyle cierpienia... Tyle ukradzionych pieniędzy, a ci marnują czas swój i policji by zmyślać na temat MZ i członków gangu! - splunął wyraźnie wzburzony - Co z tego mają?! Atencję wymiaru sprawiedliwości?! Powinni ich jakimiś mandatami i opłatami obarczać, do k⁎⁎wy nędzy!


Monika uśmiechała się tylko niemrawo, wyraźnie zakłopotana.


- No nic, ty swoją robotę odwaliłaś, trzymaj kwit do kasy, kup sobie jakiś obiad za zmarnowany czas. Elo...


Koniec końców reszta dnia, po zjedzeniu niesmacznego obiadu z policyjnej stołówki, przeminęła na spokojnej i monotonnej robocie informatyczki w policji. Kilka poluzowanych USBków, kilka wymienionych baterii, kilka razy wciśnięta kombinacja alt+shift... ot dzień jak co dzień.


Po 16:00 umęczona Monika wywlekła się z Komendy na Placu Bankowym i ledwo przytomna pojechała do Galerii Wileńskiej. Choć do centrum handlowego wkroczyła praktycznie zgięta w pół i jakby wyssana ze wszelkiej energii, to jednak im bliżej toalety w centrum, tym bardziej jej krok robił się mocniejszy, plecy wyprostowane, a uśmiech szerszy.


Gdy weszła do trzeciej kabiny w WC w dolnej kondygnacji galerii, niczym już nie przypominała umęczonej trzydziestolatki z godziny szóstej. Założyła nogę na nogę i cierpliwie czekała na przyjazd kolejki z Zielonki.


Pukanie w drzwi wyrwało ją z przemyśleń.


- Wejdź!


Do ciasnej kabiny wcisnęła się przypakowana dziewczyna, uklękła na kolano przed porcelanowym tronem Moniki i ucałowała ją w dłoń.


- Witaj Matrona! Mam informację od prawniczki Lisicy. Bardzo ci dziękuje za pomoc na komendzie dzisiaj. Mają ją wypuścić w ciągu najbliższych dwóch dni.


Monika uśmiechnęła się z wyższością.


- Dobrze! Mój plan rozgrywa się zgodnie z założeniami. Zatrudnienie się jako kret w policji i dyskredytowanie świadków mogących mnie wskazać jako głowę Mafii Zielonkowej idzie nadzwyczaj skutecznie! W ciągu dwóch miesięcy powinniśmy wyprać tyle kasy, by móc pozakładać legalne wydmuszki do kręcenia kasy, a policja zamknąć sprawę związaną z nami z powodu braku dowodów i świadków! Wkrótce czeka nas zasłużona i bogata emerytura!


Złowrogi rechot wyrwał się z gardła Moniki. Śmiała się głośno, nieskrępowana na swoim porcelanowym tronie w kabinie toalety Galerii Wileńskiej, świadoma, że nie istnieje na świecie nić co mogłoby ją teraz już powstrzymać.


Humor psuła tylko perspektywa wstania jutro o szóstej do tego zasranego kołchozu...




Utwór ten dedykuję @YourUncle i jego historii.


#naopowiesci #zafirewallem

sireplama userbar

Chciałem koledze pogratulować. To jest umiejętność wziąć historię prawdziwą i przekuć ją na ciekawą opowieść. A, żeby nie być gołosłownym, podeprę się przykładem: choćby pan Łukasz Orbitowski robi coś takiego, na przykład w Kulcie zrobił.

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

Szanowne Państwo jest zbyt łaskawe

Ale skoro znowu na mnie padło i wybiła godzina 20:00, to następuje zwolnienie blokady i rozpoczynamy kolejne rymowanie.


Temat: Kulinarna katastrofa

Rymy: daleka - ocieka - woń - skroń


Zasady:

  • Masz podany temat i rymy

  • Ogarniasz wierszyk w tej tematyce i z tymi rymami.

  • Oczywiście rymy mają być użyte z zachowaniem podanej kolejności

  • Szerzysz radość z tworzenia

  • Piorunujesz jak najęty

  • Wiersz z największą liczbą piorunów do 20:00 wygrywa, a jego autor wrzuca własny temat i rymy

  • Pamiętasz o tagach i społeczności

#zafirewallem #naczteryrymy

Lazania od ideału wyszła całkiem daleka

Nie beszamel, nie ser lecz coś czarne wycieka

W osłupienie niemałe wprawiła mnie woń

Co ja tam kurcze dodałam? - myślę, drapiąc się w skroń.

To danie swe przybycie ogłasza z daleka

Aromatem od którego oko łzą ocieka

Szwed powie że surströmming smaczny choć ma przykrą woń

Ja Szwedem nie jestem więc pukam się w skroń.

Zaloguj się aby komentować

Poezja, tak mi się wydaje (przynajmniej dzisiaj), powstaje w wyniku ludzkiej refleksji. Na przykład nad przemijaniem:


***


gdy po prysznicu

opłukuję brodzik

niezmiernie się dziwię

że ciągle mam jakieś włosy

na głowie


***


#wolnewiersze

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

Powoli dobiega końca kolejna edycja #naopowiesci, dlatego też w ramach przypomnienia (a jest jeszcze trochę czasu) wrzucam swoje opowiadanie.


Nie będę ukrywał, że troszkę się spociłem żeby skonstruować je w taki sposób, żeby dokładnie oddało mój zamysł. Nie wiem, czy to mi się finalnie w 100% udało. Ale pewnie nigdy się nie udaje. Z kilku fragmentów jestem bardzo zadowolony, inne - mam świadomość, że można by było jeszcze dopieścić.


Tak czy siak, zapraszam do lektury.



Dzień, którego nie było


Monika otworzyła oczy. Oślepiona intensywnym światłem zamrugała i przymknęła na powrót powieki, pozwalając wzrokowi powoli przyzwyczaić się do jasności. Na twarzy czuła przyjemne ciepło porannego słońca, którego promienie wpadały do pomieszczenia przez duże, niczym nie zasłonięte okno. Chciała jak najdłużej zatrzymać tę ulotną chwilę - moment, gdy szum budzącego się miasta i charakterystyczny zapach rozgrzanej ciałem pościeli pozwalały jeszcze trwać na granicy snu i jawy.


Próbowała przypomnieć sobie, co jej się śniło — była przecież pewna, że śniła. Strzępki obrazów i urywki wspomnień tańczyły pod przymkniętymi powiekami, lecz im bardziej próbowała je uchwycić, tym szybciej blakły i rozpływały się w niepamięci. Sen musiał być jednak przyjemny, skoro czuła się wyspana i wypoczęta.


Kiedy nabrała pewności, że jej wzrok przywykł już do światła, dźwignęła się z lekkim wysiłkiem i usiadła na krawędzi łóżka. Dopiero wtedy dotarło do niej, że znajduje się w zupełnie obcym miejscu. Zaniepokojona rozejrzała się po pokoju.


Pomieszczenie było przestronne i przytulnie urządzone. Łóżko, na którym siedziała, miało ciężką, drewnianą, bogato zdobioną ramę — trudno było stwierdzić, czy rzeczywiście jest stare, czy tylko na takie stylizowane. Po przeciwnej stronie, tyłem do drzwi balkonowych, stało równie duże biurko w podobnym stylu, a przy nim skórzany, wygodnie wyglądający fotel. Na blacie panował pozorny nieład: porozrzucane kartki zapisane odręcznym pismem, zeszyty, pióra i ołówki.


Ścianę po lewej, od podłogi aż po sufit, zajmowała wypełniona po brzegi biblioteczka. Książki stały nie tylko pionowo - wiele z nich ustawiono w dwóch rzędach, inne leżały w stosach, wypełniając każdą wolną przestrzeń. Przeciwległą ścianę, tę z drzwiami, zdobiło kilka obrazów w złotych ramach. Monika przyjrzała im się uważniej i z zaskoczeniem odkryła, że wszystkie przedstawiają jej ulubiony motyw - strachy na wróble kołyszące się na wietrze.


Cały pokój emanował ciepłem i spokojem. Mimo że widziała go po raz pierwszy, wydawał się niepokojąco znajomy — jakby ktoś zadał sobie wiele trudu, by poczuła się tu jak u siebie.


Z zamyślenia wyrwały ją odgłosy gorączkowego krzątania i brzęk naczyń. Wsunęła stopy w pantofle, które ktoś najwyraźniej zostawił dla niej przy łóżku, i ostrożnie wyszła z pokoju. Znalazła się w przedpokoju, z którego kilka par drzwi prowadziło do różnych pomieszczeń rozległego mieszkania, a te na wprost otwierały się na kuchnię. W środku jakaś młoda kobieta wyjmowała właśnie z szafki filiżanki, dzbanek i talerze.


– Dzień dobry, co pani robi? – zapytała niepewnie Monika

– Herbatę. Zaraz przygotuję śniadanie, usiądź – odpowiedziała kobieta, wskazując krzesło przy stole.


Nie wiedząc, jak właściwie zareagować, Monika bez sprzeciwu zajęła wskazane miejsce. Z napięciem obserwowała kobietę, która wsypała suszone liście do dzbanka i zalała je wrzątkiem. W powietrzu szybko rozszedł się przyjemny, owocowy aromat.


W czasie, kiedy napar nabierał mocy Monika - żeby zająć czymś ręce - zaczęła obracać w dłoniach filiżankę, którą kobieta chwilę wcześniej postawiła przed nią na stole. Jej uwagę przykuły kolorowe, prawdopodobnie ręcznie malowane kwiaty zdobiące porcelanę.


– Piękna filiżanka, zawsze chciałam taką mieć – powiedziała nieśmiało

– Jest twoja – odparła kobieta i również usiadła przy stole – Jak ty się dziś w ogóle czujesz?

– Dobrze. Dlaczego miałabym się źle czuć? - zdziwiła się Monika


Kobieta, przez dłuższą chwilę - w ocenie Moniki zdecydowanie zbyt długą - przyglądała jej się uważnie, jakby chciała ją przejrzeć na wylot. W końcu westchnęła, wstała i wróciła do przygotowywania śniadania. To zachowanie, choć na pozór uprzejme, miało w sobie nutę protekcjonalności, która wyraźnie Monikę zirytowała.


– Co ja tutaj robię? – nie mogła się powstrzymać od zadania tego oczywistego pytania.

– Mieszkasz, oczywiście.

– Jak to: mieszkam? Czyje to mieszkanie?

– Moje. Rozmawiałyśmy już o tym.

– Nie przypominam sobie.


Kobieta na chwilę przerwała przygotowywanie kanapek, oparła dłonie o blat i zwiesiła głowę, jakby zbierała myśli. Po chwili odwróciła się i powiedziała z wyraźną rezygnacją w głosie:


– Naprawdę nie mam dzisiaj siły o tym dyskutować.

– Wydaje się pani bardzo miła i szczerze dziękuję za gościnę, ale chyba powinnam już iść – zdecydowała Monika

– Wiesz, że to niemożliwe. Musisz tu zostać. Masz tu przecież wszystko, czego potrzebujesz: troskliwą opiekę, towarzystwo, rozrywki, telewizję, książki… O nic nie musisz się martwić, niczym się przejmować. A przede wszystkim jesteś tutaj bezpieczna.


Wbrew tym zapewnieniom Monika nie czuła się bezpiecznie. Wręcz przeciwnie - narastał w niej niepokój. Miała wrażenie, że kobieta beznamiętnie recytuje wyuczoną kwestię, jakby odgrywała rolę w źle napisanym przedstawieniu. Co więcej, sprawiała wrażenie zmęczonej tą grą, a w każdym kolejnym zdaniu, geście czy westchnieniu Monika dostrzegała narastającą irytację.


Czuła się coraz bardziej zagrożona. Obudziła się w obcym domu, w towarzystwie nieznajomej, która najwyraźniej nie zamierzała pozwolić jej odejść - ograniczała jej wolność, jednocześnie zapewniając o swoich dobrych intencjach. Coś było nie tak.


Postanowiła trzymać się podjętej wcześniej decyzji, więc wstała z krzesła.


– Jeszcze raz dziękuję, ale na mnie już pora - powiedziała, kierując się w stronę drzwi.


Kobieta natychmiast zagrodziła jej drogę i złapała ją za nadgarstek. Spokojnie, lecz stanowczo, powiedziała:


– Bardzo cię proszę, uspokój się.

– Jestem spokojna – skłamała Monika – Proszę puścić moją rękę.


Spróbowała się wyrwać, ale uścisk tylko się wzmocnił. Gospodyni pociągnęła ją z powrotem w stronę stołu.


– Jeszcze raz proszę, żebyś się uspokoiła. Usiądź i weź głęboki oddech. Dokończę robić śniadanie i zaraz porozmawiamy. Wtedy wszystko ci się rozjaśni.


Uśmiech na ustach kobiety kontrastował z jej twardym, nieustępliwym spojrzeniem.


Dopiero teraz Monika zauważyła, że przez cały czas w drugiej ręce trzyma nóż, którym przed chwilą kroiła pieczywo. Przerażona, zadziałała instynktownie. Chwyciła filiżankę w malowane kwiaty, zamachnęła się i z całej siły rozbiła ją na głowie oprawczyni.


– Co ty, do cholery, robisz?! – krzyknęła kobieta, puszczając jej nadgarstek i chwytając się za czoło. Krew z niewielkiego rozcięcia zaczęła spływać po jej twarzy. – Chryste, co cię opętało?! Nie ruszaj się stąd, muszę to opatrzyć.


Po tych słowach wyszła z kuchni. Po chwili Monika usłyszała ciche przekleństwa, dobiegające najpewniej z łazienki.


Serce waliło jej jak młot. Bojąc się, co może ją spotkać za ten atak, cicho przemknęła do drzwi wejściowych. Były zamknięte — dokładnie tak, jak się spodziewała. Rozejrzała się gorączkowo, ale nigdzie w zasięgu wzroku nie dostrzegła kluczy.


Zajrzała do szuflady w szafce pod lustrem — nic. Dopiero przeszukując kieszenie wiszącego na wieszaku damskiego płaszcza, natrafiła na pęk kluczy. Starając się nie robić hałasu, otworzyła drzwi i wyślizgnęła się na klatkę schodową.


Tam nie oglądała się już za siebie. Zbiegła na dół, pokonując po dwa stopnie naraz. Kilka razy omal nie straciła równowagi, ale w ostatniej chwili chwytała się poręczy.


Znalazła się na ulicy dużego, tętniącego porannym życiem miasta. Wybrała losowy kierunek i rzuciła się do biegu. Udało jej się minąć kilka przecznic, zanim pieczenie w płucach zmusiło ją do zatrzymania. Oparta plecami o ścianę budynku, czekała, aż oddech się jej uspokoi, i rozglądała się gorączkowo szukając znajomych elementów krajobrazu.


Uspokoiła się nieco, gdy dostrzegła charakterystyczny zegar na wieży Pałacu Kultury i Nauki. Była w Warszawie — mieście, w którym spędziła większość życia. Spojrzała na tabliczkę z nazwą ulicy: Grzybowska.


Znała tę ulicę. Ale Grzybowska, którą widziała teraz, nie miała nic wspólnego z tą z jej pamięci. Zamiast stylowych kamienic wokół piętrzyły się szklane bryły wieżowców, odbijające ostre światło poranka.


Ruszyła dalej, w kierunku, w którym — jak jej się wydawało — powinna znajdować się ulica Juliana Marchlewskiego. Po drodze minęła sklep o jaskrawo zielonej fasadzie z wielkim napisem „Żabka”. Dotarła do skrzyżowania, ale ze zdumieniem odkryła, że ulica nazywa się Aleja Jana Pawła II.


Hałas uderzył ją nagle — ruch samochodów, szum rozmów, pośpiech kroków. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że wybiegła w piżamie. Skuliła się zawstydzona, ale na mijających ją w pośpiechu ludziach zdawało się to nie robić najmniejszego wrażenia. Zresztą większość i tak wpatrzona była w urządzenia, które trzymali w dłoniach i chyba tylko cudem nie wpadali na siebie.


Skręciła w prawo, oddalając się od Pałacu Kultury. Szła teraz powoli, z niedowierzaniem przyglądając się strzelistym, niemal futurystycznym budynkom, które całkowicie zasłaniały widnokrąg. Takie obrazy znała dotąd tylko z filmów w telewizji.


Kiedy po raz kolejny mijała zieloną witrynę “Żabki” przestraszyła się, że zupełnie zabłądziła i krąży w kółko. Jednak gdy uważnie rozejrzała się po okolicy uświadomiła sobie, że w zasięgu jej wzroku są co najmniej cztery takie sklepy. Wydało się jej to absurdalne. Zresztą nic, co widziała, nie miało dla niej sensu.


Nagle tuż za nią rozległ się ostry, przeszywający dźwięk klaksonu. Zorientowała się, że stoi na środku ulicy.


– Jak leziesz, wariatko?! Chcesz się zabić?! – krzyczał ktoś przez otwarte okno samochodu.


Ktoś inny chwycił ją za rękę i pociągnął na chodnik.


– Wal się, frustracie! Nie widzisz, że to starsza pani? – rzucił w stronę kierowcy, po czym zwrócił się do niej łagodniej –

Ale pani też musi bardziej uważać.


Została znowu sama.


Czuła się coraz bardziej przytłoczona. Miastem, hałasem, samochodami, ludźmi… Wszystkim naraz.


Przyspieszyła kroku, trzymając się blisko ścian budynków, jakby to mogło ją ochronić. Za rogiem dostrzegła skrawek zieleni. Park?


Podbiegła i opadła na ławkę. Tu hałas był bardziej znośny. Schowała twarz w dłoniach i próbowała zebrać myśli, jednak im bardziej próbowała się skupić, tym większą czuła pustkę. Narastało w niej przerażenie. W końcu wstała i ruszyła przed siebie. Bez celu.


Nie wiedziała, jak długo błąkała się po ulicach, które — choć nosiły znajome nazwy — były jej zupełnie obce. Wreszcie, zmęczona, głodna i zrezygnowana, zatrzymała się przed kolejną zieloną, szklaną witryną „Żabki”.


W odbiciu zobaczyła kobietę, która przyglądała się jej uważnie. Przez chwilę jej nie poznała. Poszarzała twarz, przygaszone oczy kogoś zmęczonego życiem. Przerzedzone, siwiejące, potargane włosy. Przeczesała je palcami, obserwując, jak postać w lustrze robi dokładnie to samo. Nie mogła uwierzyć, że patrzy na siebie. Nie taką siebie pamiętała.


Ale i Warszawa nie była taka, jaką ją zapamiętała. Miejsce kamienic, straganów i uśmiechniętych ludzi zajęły betonowo-szklane bryły, krzykliwe witryny sklepów i zabiegani, zamknięci w sobie przechodnie.


Nagle poczuła się bardzo stara, zagubiona i bezsilna. Nie wiedziała, gdzie jest — a co gorsza, nie wiedziała nawet, kiedy jest. W młodości czytywała fantastykę naukową, historie o podróżach w czasie i powrotach z gwiazd, w których bohaterowie trafiali do świata, który przestał istnieć. Ona jednak nie czuła ani fascynacji, ani podniecenia. Czuła narastającą, obezwładniającą niemoc.


Usiadła pod witryną a łzy popłynęły jej po policzkach.


– Przepraszam, czy wszystko w porządku? – poczuła delikatny dotyk na ramieniu.


Spojrzała w górę i napotkała zatroskaną twarz młodego mężczyzny w mundurze. Tuż za nim stał drugi, ubrany tak samo, z napisem „Policja” na piersi, i rozmawiał z kimś przez radio.


– Nie. Nic nie jest w porządku – przyznała Monika

– Chętnie pani pomożemy. Jak się pani nazywa?

– Monika. Monika Zawadzka.

– Czy mamy do kogoś zadzwonić? Kogoś powiadomić? – dopytywał policjant. – A może powie pani, gdzie mieszka?

– Nie… nie wiem. Nie pamiętam. To znaczy pamiętam, ale… Wszystko jest takie inne.

– Jak to: inne? – nie zrozumiał.

– Inne. Nic nie jest takie jak powinno być. Takie jak pamiętam. Nie rozumiem, co się stało… z miastem… ze mną… Nie jestem pewna, czy cokolwiek jeszcze rozumiem.

– Andrzej, chyba wiem, dokąd powinniśmy ją zawieźć – wtrącił drugi policjant. – Centrala ma zgłoszenie o zaginięciu starszej kobiety. Opis i nazwisko się zgadzają.

– Proszę pójść z nami – Andrzej pomógł jej wstać i skierowali się w stronę zaparkowanego nieopodal radiowozu.


Zrezygnowana Monika pozwoliła się poprowadzić i usadzić w samochodzie. Kiedy ruszyli, przez szybę obserwowała miasto, które - choć w jakiś sposób znajome - wydawało się jednocześnie tak bardzo obce. Zamknęła oczy.


Podróż nie trwała długo.




Anna usłyszała dzwonek do drzwi. Zerwała się z krzesła i pobiegła otworzyć. Po drugiej stronie stali dwaj mundurowi i Monika. Policjanci pomogli wprowadzić zapłakaną, wyraźnie zmęczoną kobietę do środka i usadzili ją w fotelu.


– Nawet nie wiecie, panowie, jak bardzo jestem wam wdzięczna. Dziękuję – powiedziała Anna drżącym głosem.

– Naprawdę nie ma za co, to nasz obowiązek.

– Tak bardzo się martwiłam…

– Dobrze, że nic złego się nie stało. Czy możemy jeszcze w czymś pomóc?

– Chyba dam sobie radę. Odprowadzę panów do drzwi.


Kiedy mężczyźni wyszli, Anna zamknęła drzwi na klucz. Już miała, jak zwykle, schować go do kieszeni wiszącego na wieszaku płaszcza, ale zawahała się. Ostatecznie postanowiła, że od teraz będzie go mieć zawsze przy sobie.


Poszła do kuchni i nastawiła herbatę. Zaparzyła ją w dzbanku, po czym ustawiła na metalowej tacy dwie filiżanki i pokrojone w kawałki ciasto. Zaniosła wszystko do pokoju.


Monika siedziała w fotelu dokładnie tak, jak zostawili ją policjanci. Zamyślonym wzrokiem patrzyła gdzieś w dal za oknem. Ożywiła się dopiero na widok wchodzącej Anny.


– O, widzę, że zostało nam jeszcze trochę ciasta. A co ci się stało w czoło córeczko? - zapytała, zauważając plaster.

– Nic poważnego, uderzyłam się o otwarte drzwi szafki, mamo.


Monika przyjęła to wyjaśnienie, ale dodała:


– Musisz bardziej na siebie uważać.


Sięgnęła po herbatę, ale w ostatniej chwili zawahała się


– A gdzie jest moja ulubiona filiżanka? Wiesz, ta w kwiaty?

– Stłukła się w zmywarce – skłamała Anna.

– Szkoda. Mówiłam, że trzeba ją myć ręcznie.

– Nie przejmuj się, mamo. Zamówię ci taką samą.


Anna usiadła w drugim fotelu i sięgnęła po książkę leżącą na jego oparciu. Monika spojrzała na okładkę i przeczytała na głos:


– “Alzheimer - dzień, którego nie było”. Nie szkoda ci czasu na takie lektury? W książkach jest tyle ciekawych historii…


Anna spojrzała na nią smutno.


– Żadna z nich nie jest nawet w połowie tak przejmująca jak ta, którą pisze moje życie, mamo.


2116 słów, jakby to kogoś interesowało.


#zafirewallem #naopowiesci

9cec58ac-bfed-43cf-b4c0-2eb2b53562e9

Chciałem pochwalić. Po pierwsze napisałeś dwie fantastyczne postaci (ileż można z tą Anną zrobić! - tak dobrego, jak i złego, gdyby się chciało o niej pisać dalej). Po drugie to to jest bardzo dobre narracyjnie. Nic nie ujmując poprzednim opowiadaniom, to to na ich tle bardzo się wyróżnia. Na plus.

Bardzo dobrze napisane opowiadanie. Miałam babcie z tą choroba i zawsze się zastanawiałam co się działo w jej głowie, ale myślę że ciężko to sobie wyobrazić. Jest jedno zdanie, które do dziś pamiętam ze studiów, które padło na zajęciach o biologii człowieka. "Alzheimer nie jest wtedy kiedy zapomina się gdzie są klucze, a wtedy kiedy zapomina się do czego one służą". Straszna choroba, której bardzo się boje

@fonfi


Spodobało mi się. Dobrze napisane, z ciekawym pomysłem, który został zmyślnie zrealizowany. Zastanawiam się tylko, czy dałoby się w mniej dobitny sposób wyjaśnić, że Monika choruje na Alzheimera, ale nic mi nie przychodzi do głowy.

Zaloguj się aby komentować

Ekh, ekh. Jest o gównie, jest pejzaż oraz z moich wyliczeń wynika, że trzynastozgłoskowiec też jest.

No to coś ode mnie


Nie ze spiżu to, a z gówna


Od tych słodkich wierszyków już mi się ulewa

Słowa świdrują w głowie jak bzykot komarów

Miast podtrzymywać ducha jak setki legarów

Ulatują uszami, a po nich chcę ziewać


Poezja powinna dryfować niczym mewa

Wyżerac ze śmietników i srać bez umiaru

I być brudna i śmierdzieć jak bydlę z moczarów

Brzydotą realizmu powinna olśniewać


Kiedyż się obudzicie wy bando debili!

I widok na ten świat wam się w końcu odmieni

Ujrzycie stertę gówna w połaciach zieleni


(Nie wszyscy artyści brzydotę wytrzebili)

A z rzeczonego gówna cokół zaś ubity -

Na nim poeta gówniany zbiera zaszczyty


#nasonety #zafirewallem #diproposta

Poezja powinna dryfować niczym mewa

Wyżerać ze śmietników i srać bez umiaru

I być brudna i śmierdzieć jak bydlę z moczarów

Brzydotą realizmu powinna olśniewać

@Kaligula_Minus godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne!

Zaloguj się aby komentować

Drodzy mili,

Uprzejmie dziękuję za docenienie.

Przepraszam za opóźnienie, przysnąłem.

A zatem:


Temat: rozjechany jeż

Rymy: pech - zdechł - leży- jeży


Zasady:

  • Masz podany temat i rymy

  • Ogarniasz wierszyk w tej tematyce i z podanymi rymami.

  • Oczywiście rymy mają być użyte z zachowaniem podanej kolejnosci

  • Szerzysz radość z tworzenia

  • Et voilà


#naczteryrymy #poezja #tworczoscwlasna #zafirewallem


Nie zapomnij o społeczności bo ta zapomni o Tobie.

Bajka z morałem


W środku lasu taki pech!

Lis zjadł jeża no i zdechł,

Lisa miś zjadł - chory leży,

Nie należy zjadać jeży!

Znów jadę naje*any, bo jak pech to pech,

Stówką w zabudowanym, nagle silnik zdechł.

Wyłażę, patrzę na asfalt, a tam Jerzy leży,

A za mną psiarnia na bombach, aż włos się na d⁎⁎ie jeży!

Zaloguj się aby komentować

Sonet motoryzacyjny, przynajmniej przez trzy strofy


Co sto kilometrów olej dolewam

i stukot słyszę rozrządu wału,

asfalt też widzę obok pedałów –

podłogę tylko miejscami miewam.


Termin przeglądu się zbliża pomału,

kumple mi mówią: – "Raczej się nie da",

ja wątpliwości ich porozwiewam –

jadę! Parkuję na wprost kanału.


Dwie stówy w dowód, to i podbili –

ten kraj się przecież nigdy nie zmieni!

(chociaż ostatnio zaczęli się cenić…)


Lecz policjanci mili nie byli

i teraz mogę jeździć wypity

odkąd przesiadłem się w Intercity.




#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

W poezji to jest tak, że ważny jest epitet. Nie wystarcza powiedzieć o rudym ogonie wiewiórki, to mało poetyckie. Mówić należy o płomiennej kicie. No to proszę:


***


Płomienna kita


Wiewiórki zwykle mieszkają na drzewach,

swój żywot wiewiórczy tam wiodą pomału;

zdarza się jednak, w czasie pożaru,

że i wiewiórka z drzewa nawiewa.


Zdarza się także, że wiatr zawiewa

(a wiatr jest szybszy od wiewiórki cwału),

i wiatr taki wówczas, pod postacią szkwału,

płomienie dalej i dalej rozsiewa.


Więc biegły wiewiórki, aż się zmęczyły,

wtedy zwątpiły, że los mogą zmienić –

nie uszły biedne spode płomieni.


Lecz jedna wiewiórka znalazła siły

i próbowała dalej umykać

choć już jej cała płonęła kita.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Mówi się o lewobrzeżnym albo prawobrzeżnym położeniu miast (albo innych elementów geograficznych) względem rzek. To teraz proszę sobie wziąć mapę, zorientować ją, jak pan Mercator przykazał, górą na północ i powiedzieć mi, po której stronie Odry (kłamliwie na każdej mapie nazwanej Wartą) leży Gorzów Wielkopolski. No właśnie:


***


Po której stronie Odry leży Gorzów Wielkopolski?


To Odry strona prawa czy lewa?

Atlasie! Weź mi to proszę wyklaruj!

Od tej zagadki dostaję udaru,

nad rozwiązaniem krew mnie zalewa!


Raptem na atlas zaczynam się gniewać,

by dać se spokój myślę pomału –

nie dość że udar, to jeszcze zawału

zaraz dostanę. Choć ubolewam


że miasto właśnie tak założyli,

bo myśląc o tym można się wpienić:

jak Gorzów leży? – trudno ocenić.


Nie tracę więcej już ani chwili,

atlas porywam, gniewem owity;

biorę zapałki – płoń, Gorzów city!


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Jako zadeklarowany miłośnik formalizmu, którego hobby jest w dodatku liczenie sylab nie mogłem się powstrzymać żeby nie wypełnić wymagań punktu pierwszego:


***


Wiersz modernistyczny, wysokoartystyczny, w dodatku trzynastozgłoskowy coby punkt pierwszy mieć od razu z głowy


To drzewa? To drzewa. To drzewa! To drze-drze-wa!

To twaróg? To twaróg. To twaróg! To twa-twa-róg!

To raróg? To raróg. To raróg! To ra-ra-róg!

To mewa? To mewa. To mewa! To me-me-wa!

To śpiewa? To śpiewa. To śpiewa! To śpie-śpie-wa!

Do baru? Do baru. Do baru! Do ba-ba-ru!

Subaru? Subaru. Subaru! Su-ba-ba-ru!

Cholewa? Cholewa. Cholewa! Cho-le-le-wa!

Popili? Popili. Popili! No – popili!

Jak feniks? Jak feniks. Jak feniks! Jak fe-fe-niks!

Seplenisz? Seplenisz. Seplenisz! Se-se-ple-nisz!


Ech – za bardzo się pan autor nie chciał wysilić,

i trzy strofy przedstawił słów ledwie co zbitych

lecz wiersz mu wyszedł – bynajmniej! – niepospolity.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

No dobra, nie spodziewałem się ale zrobiłem to! Dołączam już z własnej nieprzymuszonej woli do #nasonety XD i przedstawiam wam:


Do moderatora


Dlaczego gdy pada taka ulewa

On moknie patrząc na twaróg

Koniec kwiecistych przemów

Ta owca jest przywiązana do drzewa!


On jednak te zniewagi olewa

Nie oczekując na swój temat peanów

A jednak bez użycia czarów

Pilnuje by nie było tu chlewa


I nie marnuje ani jednej chwili

I nie myśląc jak go lud oceni

Nasz moderator się dziś nie leni


Więc kto niegrzeczny ten dziś zasili

Zbanowanych Tomków lud nieprzebyty

Taki jest Owcen nasz wyśmienity


Dzięki @fonfi za tip co do excela, bardzo się przydał pisząc sonet w robocie XD nie bądźcie surowi w ocenie tego „dzieła” xD

#zafirewallem

@Endrevoir prawda, że fajny patent? 😎A sonet jeszcze fajniejszy. @bojowonastawionaowca powinien go sobie wydrukować i w ramce powiesić 😉

Zaloguj się aby komentować

Combo


To co niezmiernie mnie w ludziach zdumiewa,

że każdą pierdołę niewielkich rozmiarów,

wciąż rozdmuchują do rangi koszmarów.

I sam w siebie człowiek te gówno wlewa.


Znów japę rozdziawił, a nad nim sra mewa,

bo znów nie spodziewał się losu zamiarów.

Miast przełknąć, powiedzieć: smakuje jak twaróg.

To narzekaniem to wszystko podgrzewa.


A mewa nie skrzeczy, lecz z radości kwili,

jak feniks wzlatuje z narzekań płomieni,

jak kurczak na rożnie się wnet zarumieni.

To apokalipsa jest dla debili.


Na koniec krajobraz dam niesamowity:

konia żul wali, lecz mgłą spowity...


#nasonety #zafirewallem


Jak nazwa wskazuje sonet combo, więc proszę o zaliczenie punktów 3, 4 i 5.

@splash545 A, no i zaliczam. Co nie zmienia faktu, że nie ma takiego cfaniakowania i sonetów ma być >= 7! Spryciarz się znalazł, kurka wodna...

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

Kolega @bojowonastawionaowca po WIELU szturchańcach zakończył był CXXIII edycję zabawy #nasonety:

I w tym miejscu pewnie powinienem zacząć kolejną edycję… ale na szczęście pojawił się mój osobisty anioł stróż, który zrobi to za mnie

Anioł, sranioł... Ale do rzeczy. Kolega ma ostatnio bardzo dużo na głowie, więc żeby nie dokładać mu kolejnych z nami utrapień, faktycznie ustaliliśmy, że kolejną - CXXIV (słownie: 124) - edycję poprowadzę w zastępstwie. Zapewne wszystkim Wam zastępstwa kojarzą się, jeszcze z czasów szkolnych, bardzo przyjemnie. Ot, przyszedł ktoś pod nieobecność nauczyciela prowadzącego, w zasadzie tylko po to, żeby się towarzystwo nie rozbiegło i krzywdy sobie nie zrobiło. Generalnie luz i blues!


Otóż nie tym razem. Co to to nie! Tym razem, Moi Drodzy, weźmiemy się do roboty!


Wyciągamy kajeciki, otwieramy na pierwszej czystej stronie, ja dyktuję, a Wy notujecie!



Po pierwsze primo - bawić się będziemy do poniższego utworu #diproposta autorstwa pana Leśmiana:


Pieśniowa słodycz z lasu się wylewa,

Z wilgotną wonią dyszących konarów,

Echami pieśni drży omglony parów,

Nie widać ptaków - to powietrze śpiewa!


Znojnych całunków przelata ulewa,

A dusza moja śród błękitnych żarów,

Zda się szeleści pod dotknięciem czarów,

Nie widać duszy - to szeleszczą drzewa!


O, śnie - olbrzymie! Pieść mnie w takiej chwili!

Kwiaty, pijące ze źródeł bezdeni,

Pozwólcie dotknąć mym ustom korzeni!


Niech sen mój złoty nagle się przesili!

Co to? - Szept bóstwa słyszę, w niebo wzbity,

Nie widać bóstwa - to szepczą błękity...



Po drugie PRIMO - nie wyjdziemy z tej klasy dopóki nie powstanie przynajmniej siedem (słownie: 7) następujących wytworów:


  1. Sonet czysty technicznie - trzynastozgłoskowiec

  2. Sonet miłosny

  3. Sonet dissujący (cokolwiek, kogokolwiek)

  4. Sonet pejzaż (o ptaszkach, roślinkach, widoczkach, etc)

  5. Sonet o kupie - kawiarenkowy klasyk

  6. Sonet z Owcą - bo czemu nie

  7. Sonet reklamujący Pracownię Specjalnej Troski i ich #narysunki



Po trzecie PRIMO... ULTIMO! - pozostałe zasady i kwestie formalne
Układamy sonety, w których rymy w poszczególnych wersach zgadzają się z rymami w tych samych wersach w powyższym utworze #diproposta.


Zwycięzcę wybiorę na podstawie rankingu popularności, który niekoniecznie (choć to niewykluczone) będzie oparty na liczbie zdobytych piorunów. Wstępnie ustalamy deadline do niedzieli 03.05.2026 do godziny 14:00, pod warunkiem - oczywiście! - pojawienia się przynajmniej po jednym utworze, ze wszystkich siedmiu kategorii.


A teraz proszę wyjąć karteczki i do pracy! Powodzenia.


#zafirewallem #nasonety #diproposta

Zaloguj się aby komentować

Ekhm, ktoś tu zaspał i musiał dostać po głowie, żeby sobie przypomnieć o podsumowaniu #nasonety - niniejszym więc z delikatną zwłoką do tego przystępuję! Przypomnę tylko, że w ramach CXXIII edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem bawiliśmy się w rytm Modlitwy Polaka z filmu Dzień świra w formie łańcuszka.


I tak zabawę zaczął @fonfi, który w swoim wierszu wyzwał cesarzową z minusem czyli @Kaligula_Minus, ta z kolei wyprowadziła doskonałą kontrę w kierunku rowerowego wąsacza, który uznał się za pokonanego w tym pojedynku i zaczepił @splash545, który z kolei zaczaił się na @Dziwen, który wezwał do odpowiedzi króla różu czyli @entropy_, który odpowiedział bronią masowego rażenia, ale ze szczególnym uwzględnieniem @KatieWee, która zadedykowała swój diss @George_Stark, który zadał zadanie @Evivalarte, która podważyła sens wydawania pieniędzy na herbatę przez @Endrevoir, który nie pominął @bori, który domagał się odpowiedzi od @suseu, ale ten niestety zakończył nasz piękny łańcuszek.


W sumie więc powstało 11 dzieł sztuki (+1 działko poboczne @George_Stark, który musiał raz jeszcze dać popalić Gorzowowi), edycję uznaję zatem za naprawdę udaną!


I w tym miejscu pewnie powinienem zacząć kolejną edycję… ale na szczęście pojawił się mój osobisty anioł stróż, który zrobi to za mnie, za co bardzo dziękuję! Głębokie ukłony dla wszystkich uczestników, jesteście fantastyczni, uwielbiam Was czytać


#zafirewallem #nasonety

#owcacontent

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

Napisze sobie człowiek, że siedzi na kanapie i książkę czyta, a tu nagle jakiś konkurs wygrywa. No dobrze, ale skoro już wygrał, to coś musi zaproponować. No więc proponuję, że dzisiaj bawimy się do rymów kradzionych (no co? - leżały to wziąłem) od pana Leśmiana:


Temat: Wyznanie miłości

Rymy: rynsztoków - obłoków - podwórza - wynurzasz


Zasady:

  • Masz podany temat i rymy

  • Ogarniasz wierszyk w tej tematyce i z tymi rymami.

  • Oczywiście rymy mają być użyte z zachowaniem podanej kolejności

  • Szerzysz radość z tworzenia

  • Piorunujesz jak najęty

  • Wiersz z największą liczbą piorunów do 20:00 wygrywa, a jego autor wrzuca własny temat i rymy

  • Pamiętasz o tagach i społeczności

#zafirewallem #naczteryrymy

Choć pochodzimy z cuchnących rynsztoków

To miłość nas wzniosła do chmur obłoków

I z nieba patrzymy w kamienic podwórza

W bramie ja dyndam, Ty się z Brdy wynurzasz

Wyznanie miłości


Coś ze mnie się wylewa, niczym z rynsztoków,

Uczucie, które mami lekkością obłoków

I beztroską zabaw dziecięcych z podwórza,

Gdy w śmiałych marzeniach się moich wynurzasz.

I chociaż bym upadł w codzienność rynsztoków,

Czy zgubił mój umysł w bajaniu obłoków,

To wracać ja będę w kawiarni podwórza,

Bo miejsce to moje, gdzie ty się wynurzasz.

Zaloguj się aby komentować

Niedziela wieczór niszczy nam humory

Znowu do pracy, pogoda zepsuta

A może na żądanie? To ciężkie wybory

Nie dokazuj miła , jak śpiewał Grechuta

Zaloguj się aby komentować

Czekadełko


Na szybko, bo chciałbym, żebyście mieli chwilę na zorganizowanie czasu dla siebie.


Zapraszam 6 Czerwca do Krakowa na kawiarenkowe #hejtopiwo.


Oczywiście wszyscy są zaproszeni. Jednak liczę na obecność przede wszystkim moich ukochanych kawiarenkowiczów.


Dlaczego w Krakowie? Bo czuję naciski zewnętrzne na mnie i obiecałem, że zrobię


Dlaczego 6 Czerwca? Bo 6 Czerwca to sobota.


Gdzie? Jeszcze nie wiem. Ale jak pogoda okaże się łaskawa to w plenerze.


Napiszecie w komentarzu jeśli planujecie się pojawić


#hejtopiwokrakow #krakow #zafirewallem

8b63d5ea-a772-4509-98d6-5e188673e1c6

Zaloguj się aby komentować

Opowiadanie do napisana którego zostałem zachęcony (popchnięty?; zmuszony?) wczoraj. Jakby nie było, dziękuję za to, bo bawiłem się przy nim cały dzień bardzo dobrze i może zwiastuje ono przełamanie niemocy?


Ono miało wyglądać zupełnie inaczej, ale wyszło jak samo chyba chciało (co znajduję jako jego zaletę). I, mimo że jeszcze to i owo bym w nim poprawił, to publikuję jak jest, bo już nie będę miał raczej w kwietniu czasu nawet na krótką redakcję. Proszę bardzo:


=====================================================================


Przysięga


Monika otworzyła oczy. Oślepiona intensywnym światłem zamrugała i, zanim jeszcze zdążyła oprzytomnieć do końca, naciągnęła na twarz przykrywającą ją kołdrę. Monika poczuła strach. Oślepiające ją światło dostawało się do pomieszczenia przez prowadzące na korytarz drzwi, które były uchylone. Te drzwi nie powinny być uchylone. Powinny być zamknięte. Monika, zanim się położyła, zamknęła je własnoręcznie, pamiętała o tym doskonale, zresztą robiła tak co wieczór od dnia, kiedy wprowadziła się do tego pokoju. Jedyny klucz do znajdującego się w drzwiach zamka wciąż spoczywał tam, gdzie go odłożyła. Monika była tego pewna. Czuła, jak gniecie ją przez poduszkę.


***


– Ja ci nie mówię żebyś nie ufała ludziom. Po prostu bądź ostrożna – powiedział tamtego dnia Monice ojciec. Rodzice przywieźli ją do klasztoru, matka udała się poczynić ostatnie ustalenia z siostrą przełożoną, a ojciec, obejrzawszy pokój, zszedł na dół do wozu i przyniósł worek z rzeczami Moniki. Nie było tych rzeczy dużo – trzy skromne sukienki, w tym jedna, ładniejsza, na niedziele i święta, tygodniowa zmiana bielizny oraz odkładane przez rok najlepsze wiktuały, których przez cały poprzedni rok rodzice odmawiali sobie nawet w święta, chcąc wyposażyć swoją córkę na nauki najlepiej, jak tylko było to możliwe. To właśnie rok temu rodzina dowiedziała się, że Monika została wybrana.

Zanim matka zdążyła wrócić, ojciec wymienił zamek w drzwiach klasztornej celi. Spieszył się przy tej pracy, trzęsły mu się ręce i co chwila spoglądał nerwowo w głąb korytarza, tak jakby sprawdzał czy ktoś tym korytarzem nie nadchodzi.

– Pilnuj go i nie zgub. Nie ma zapasowego – powiedział Monice, kiedy skończył pracę, a skończył ją w samą porę, bo kiedy tylko Monika zawiesiła klucz na szyi i schowała go za ubraniem, usłyszała na korytarzu kroki. Zza załomu wyłoniły się matka i siostra przełożona. Kierowały się w stronę nowego lokum Moniki.

Siostra przełożona stanęła z założonymi rękami w kącie i stała tam przez cały ten czas kiedy rodzice żegnali się ze swoją córką. Wydawała się zniecierpliwiona tym i tak niedługim pożegnaniem, matkę Moniki rozpierała zaś duma. Ojciec z kolei, tak się Monice wydawało, żegnając się z nią miał łzy w oczach.

– Uważaj na siebie – powiedział, po czym odwrócił się i, nie czekając na żonę, ruszył w stronę prowadzących do wyjścia schodów. Matka uśmiechnęła się jeszcze do siostry przełożonej i podążyła za nim.

– Kiedy usłyszysz dzwonek, przyjdziesz do refektarza. Zejdziesz tymi schodami, którymi tu przyszłaś, ale nie skręcisz w prawo, tak jak do wyjścia, tylko w lewo – powiedziała do Moniki siostra przełożona i również ona opuściła pokój.


Monika została sama. Podeszła do okna i wyjrzała przez nie w nadziei, że uda się jej dostrzec odjeżdżających rodziców. Z okna swojego nowego pokoju nie widziała placu znajdującego się przed wejściem do klasztoru, na którym ojciec zostawił wóz, widziała za to w oddali wyłaniającą się lekkim zakosem prowadzącą do domu drogę. Wpatrywała się w tę pustą drogę aż nie pojawił się na niej wóz. Czy byli to jej rodzice? – Monika nie potrafiła tego odgadnąć. Wóz był zbyt daleko. Upływ czasu wcale nie ułatwiał jej zadania – wóz stawał się coraz mniejszy i mniejszy. Zanim jednak zdążył zamienić się w znikający w lesie punkcik rozległ się dźwięk dzwonka. Monika musiała udać się do refektarza.


***


Minęło pół roku, a w tym czasie Monika nauczyła się klasztornego życia. Nauczyła się modlitwy i pracy, nauczyła się również być posłuszną siostrze przełożonej, bo za każde nieposłuszeństwo groziły surowe kary. Kara taka spotkała Monikę już na samym początku pobytu, wtedy gdy siostra przełożona poprosiła ją o oddanie żywności, którą zostawili jej rodzice, bo jej posiadanie, jak stwierdziła przeorysza, było zabronione. Monika odparła, że ona żadnej żywności nie posiada, na co natychmiast dostała w twarz, a kiedy zapłakana wróciła do swojej celi, do której została przez siostrę przełożoną odesłana, zauważyła, że zniknęły suszone mięsa i konfitury malinowe, w które wyposażyli ją rodzice. Przez następny miesiąc Monika w czasie każdego posiłku dostawała tylko kromkę chleba i szklankę wody. Z zazdrością przypatrywała się wyjątkowo wykwintnym i smakowitym posiłkom jakie jadały Klara, Weronika, Justyna i Joanna – pozostałe adeptki, które wraz z Moniką zostały wybrane, nie narzekała jednak na swój los. Od tamtej pory Monika wykazywała się całkowitym posłuszeństwem wobec siostry przełożonej.



Mimo że była pewna, że nie zrobiła nic niestosownego, Monika czuła się nieswojo, kiedy siostra przełożona po śniadaniu poprosiła ją o to, żeby została w refektarzu. Siedziała niecierpliwie na swoim miejscu zastanawiając się o co może chodzić i przyglądała się, jak przeorysza niespiesznie ociera usta po posiłku. Kiedy zostały w sali same, siostra przełożona podeszła do Moniki.

– Pewnie zastanawiasz się po co się w ogóle tutaj znalazłaś? – zapytała.

Monika nie wiedziała co odpowiedzieć. Na szczęście nic odpowiadać nie musiała, bo siostra przełożona po chwili milczenia sama odpowiedziała na swoje pytanie:

– Ten klasztor, w którym się znajdujesz jest, Moniko, tak stary, jak stary jest świat. On nie został zbudowany, on został razem z tym światem stworzony, a więc stoi tutaj od zawsze i również zawsze będzie tutaj stał. Klasztor musi mieć jednak swoją przełożoną, tak również było od zawsze i zawsze tak będzie, bo taki jest porządek świata. Właśnie teraz nadszedł czas żeby wyłonić kolejną przełożoną, tę która mnie zastąpi, a zostanie nią jedna z waszej piątki. Wszystkie pięć zostałyście wybrane, ale prawdziwą Wybraną może zostać tylko jedna i o tym, która to będzie, zadecyduję ja. Po tym czasie, który już tutaj spędziłyście, wydaje mi się, że mój wybór padnie na ciebie. A jest się o co starać. Ta, która zostanie Wybraną będzie się cieszyć długim życiem. Tak długim, jak tylko tego zapragnie, bo sama będzie o tej długości decydować. Będzie miała możliwość pozyskiwać dla siebie wszystko, czego tylko zapragnie. W istocie to właśnie ona obejmie ten klasztor w posiadanie, a to jak dalej potoczą się jego losy będzie zależeć wyłącznie od jej woli. Będzie też po części panią całego świata, bo jej jurysdykcja, o czym być może się przekonasz, będzie obejmować właśnie cały świat. Moje życie było długie i skosztowałam w nim wszystkiego co chciałam, wszystkiego o czym tylko marzyłam, przychodzi więc pora aby wybrać tę, która mnie zastąpi. Zapałałam do ciebie, Moniko, wyjątkową sympatią, dlatego mówię ci to wszystko w zaufaniu i mam nadzieję, że tego zaufania nie nadużyjesz. A teraz przysięgnij! Przysięgnij na swoje życie, że żadnej z pozostałych dziewcząt nie powtórzysz tego, co tutaj usłyszałaś!



Tamtego dnia Monika taką przysięgę siostrze przełożonej złożyła.


***


Cisza nocna rozpoczynała się wraz z zachodem słońca i nigdy wcześniej nie zdarzyło się żeby wypoczynek adeptek został przerwany. Monice dłuższą chwilę zajęło zorientowanie się w sytuacji, kiedy w środku nocy została nagle wyrwana ze snu donośniejszym niż zwykle i jakby bardziej nerwowym dzwonieniem. Wciąż zaspana miała problemy nie tylko z kojarzeniem, ale też z otwarciem drzwi. Przez jakiś czas nie mogła zrozumieć dlaczego drzwi nie chcą się otworzyć. Pomimo dwóch lat spędzonych w klasztorze, wciąż nie mogła przyzwyczaić się do tego, że drzwi należy otwierać kluczem. Razem z rodzicami Monika mieszkała w jednej tylko izbie, a jedyne drzwi tej chaty, te prowadzące na zewnątrz, były zamykane na zasuwę. Zaspana Monika zmitrężyła trochę czasu zanim przypomniała sobie, że klucz, zgodnie z zaleceniami ojca, trzyma schowany pod poduszką.


Monika stawiła się w refektarzu. Przywitał ją tam chłodny wzrok stojącej w drzwiach siostry przełożonej, dziewczyna jednak nie zwróciła na to uwagi. Jasna w ciągu dnia sala, rozświetlana od rana do wieczora promieniami słońca wpadającymi przez ogromne, znajdujące się na trzech ścianach zdobione witrażami okna, tym razem tonęła w mroku. W szczytowej części pomieszczenia, przy stole, przy którym zazwyczaj w samotności swoje posiłki jadała siostra przełożona, stały cztery rozstawione w narożnikach świece. Przed stołem stały odwrócone tyłem trzy dziewczęce postaci. Monika odetchnęła, uświadamiając sobie, że nie jest ostatnia. Ostatnią z adeptek, jeśli siostra przełożona uznała, że pojawiła się na wezwanie zbyt późno, zdarzało się, że spotykała kara.

– Wreszcie jesteś! Chodźmy! – rzuciła siostra przełożona i porwała rękę Moniki prowadząc ją w stronę stołu.


Kiedy Monika została doprowadzona w miejsce, w którym stały Klara, Weronika i Justyna okazało się, że jednak dotarła do refektarza jako ostatnia. Siostra przełożona zwolniła uchwyt na przedramieniu Moniki i popchnęła ją w stronę stołu, a dziewczyna zauważyła wówczas, że na blacie leży Joanna. Joanna oddychała ciężko, miała zamknięte oczy, ręce splecione na piersiach, a jej piękne, ciemne włosy, których Monika w skrytości tak bardzo koleżance zazdrościła, okalały twarz bledszą nawet niż sukienka, w którą Joanna była ubrana.


– Joanna, wasza siostra i przyjaciółka ciężko dzisiaj zachorowała. Módlmy się o jej wyzdrowienie – powiedziała siostra przełożona, która zajęła miejsce za stołem, po przeciwnej jego stronie niż stały Klara, Justyna i Monika. Siostra przełożona opuściła głowę i pogrążyła się w skupieniu, adeptki po chwili poszły w jej ślady. W całym refektarzu zapadła pełna skupienia cisza.

– Do świtu pozostało sześć godzin – skończywszy się modlić, odezwała się siostra przełożona. – O świcie poślemy po księdza Antoniego, a do tego czasu będziecie czuwać przy swojej siostrze w półtoragodzinnych zmianach. Pierwsza zostanie Justyna, później zastąpi ją Weronika, następna będzie Klara, na koniec zaś przyjdzie Monika. Po upływie półtorej godziny usłyszycie dzwonek. Będzie to oznaczało, że nadszedł czas na zmianę.

Klara uklęknęła przed stołem, pozostałe dziewczęta skierowały się do wyjścia. Tuż przed drzwiami prowadzącymi na korytarz zatrzymał je głos siostry przełożonej:

– Zaczekaj Moniko. Ciebie poproszę ze mną.


***


Monika po raz pierwszy w czasie swojego pobytu w klasztorze weszła do pokoju siostry przełożonej. Zdziwiło ją to, że jest on urządzony równie skromnie jak ten pokój, który został przydzielony jej samej. Monika, po tym co usłyszała od przeoryszy w refektarzu półtorej roku temu, często zastanawiała się jak może być urządzone jej mieszkanie. Spodziewała się luksusów, co najmniej takich jak w tych baśniach o księżniczkach, których słuchała w rodzinnej wsi wieczorami, zanim jeszcze została wybrana i zamieszkała w klasztorze. W pokoju siostry przełożonej znajdowała się jednak dokładnie taka sama prycza, taki sam kufer, taki sam stolik z krzesłem, na którym siedziała teraz siostra przełożona i taka sama miska na wodę do mycia jaki Monika miała w swoim. Monika przypatrywała się tym wszystkim tak dobrze jej znanym sprzętom z zainteresowaniem, a robiła to tylko po to, żeby zająć myśli czymś innym niż mającą odbyć się za chwilę rozmową i karą, którą spodziewała się otrzymać.

– Joanna umrze dzisiaj nad ranem – po chwili milczenia odezwała siostra przełożona. – Jutro umrze Justyna, później Klara, a ostatnia będzie Weronika.

– Ale… Ale jak to?! – spytała przerażona Monika. – Ale jak to? Epidemia? Tyfus? Ospa? Cholera? Przecież to było dawno! Mówili, że pokonaliśmy już epidemie! Że to już skończone!… – Monika urwała, a następnie zapytała po chwili zawahania. – A ja? Ja kiedy umrę?

– Ty nie umrzesz, Moniko. Ty je zabijesz.

– Słucham?… – rzuciła Monika bez zastanowienia, a nim zdążyła w pełni wypowiedzieć to krótkie pytanie, głos jej przygasł. Kwestionowanie poleceń siostry przełożonej, a nawet samo zadawanie na ich temat pytań wiązało się przecież z surowymi karami.

– Zastanów się, Moniko, kiedy ostatni raz uczestniczyłaś w pogrzebie? Kiedy ostatni raz widziałaś jakiś pogrzeb? Kiedy ostatni raz w ogóle słyszałaś żeby ktoś umarł?

Monika zamyśliła się. Jak przez mgłę przypomniała sobie pogrzeb babci Franciszki, matki jej matki. Babcia Franciszka umarła dawno temu, umarła kiedy Monika miała pięć lat. Monika pamiętała smutek swojej matki i łzy dziadka Józefa, męża babci Franciszki, obraz ten mocno wyrył się w jej pamięci, ale to był ostatni pogrzeb, który Monika potrafiła sobie przypomnieć. I choć zastanawiała się długo, choć szukała głęboko we wspomnieniach, nie potrafiła znaleźć tam żadnego innego pogrzebu. Owszem, ludzie we wsi mówili, opowiadali o pogrzebach, wspominali zmarłych. Owszem, Monika wraz z rodzicami odwiedzała groby – co roku pierwszego listopada ojciec zaprzęgał wóz i jechali we trójkę na cmentarz, i palili światło babci Franciszce a także babci Anieli i dziadkowi Klemensowi, rodzicom jej ojca, których Monika nie zdążyła poznać. Ale żeby po babci Franciszce ktoś umarł? – nie, tego Monika nie potrafiła sobie przypomnieć.

– Sama więc widzisz. – Siostra przełożona, jakby czytając jej w myślach, przerwała Monice przeszukiwanie jej wspomnień. – I tak jest nie tylko u was, nie tylko w waszej wsi. Wszędzie jest tak samo. A teraz przypomnij sobie wszystkich tych starych, zmęczonych ludzi, których znasz. Przypomnij sobie swojego dziadka Józefa. Pomyśl o tym, jak bardzo tęskni za babcią Franciszką. Ile razy powtarzał, że bez niej życie nie jest już wiele warte. Albo pomyśl o ojcu Weroniki. Weronika opowiadała wam o nim. Pomyśl o tym, jak leży przykuty do łóżka, jak co dzień zmaga się z toczącą go chorobą. Jak modli się o to, żeby już rozstać się z życiem, bo jego życie jest już tylko bólem. Pomyśl o tym jak on jest już tym bólem zmęczony. Jak bardzo chciałby umrzeć. Tylko ojciec Weroniki nie może na razie umrzeć. Nie może na razie umrzeć, bo ja też już jestem ogromnie zmęczona.

– To znaczy, że ty…?

– Tak, Moniko. Jeszcze przez chwilę.

– A my? Mówiłaś… Mówiła siostra, że jedna z nas ma ją zastąpić. To znaczy, że od początku było wiadomo, że jedna z nas miała zostać…

– Tak, Moniko. Po to zostałyście wybrane. Zupełnym przypadkiem, odpowiadam uprzedzając twoje pytanie. Każda istota ma bardzo ograniczony wpływ na swój los. Żadna z was nie zrobiła nic, co by ściągnęło na was ten wybór, żadna również nie mogła zrobić nic, co mogłoby go od niej odsunąć. Nazwij to jak chcesz: przeznaczeniem, losem, szczęściem, pechem, przypadkiem albo rachunkiem prawdopodobieństwa, każda z tych odpowiedzi będzie równie dobra, jak i równie zła. Ja nie mam pojęcia dlaczego tak się stało, tak jak nie mam też pojęcia dlaczego musiałam przychodzić w danym momencie właśnie do tego, a nie innego człowieka. Ja tylko wykonywałam rozkazy,, że tak powiem, choć o tym, kto te rozkazy wydawał, o tym również nie mam żadnego pojęcia.

– No dobrze. Ale było nas cztery…

– Pytasz dlaczego ty? Bo kogoś musiałam wybrać. Tak, decyzja należy wyłącznie do mnie i, możesz mi wierzyć albo nie, ale nie było mi łatwo ją podjąć. To nie jest łatwa praca, sama się o tym przekonasz. Owszem, bywa satysfakcjonująca, bo zdarzają się ludzie źli, którzy żyć nie powinni. Zdarzali się czasem na przykład pozbawieni wszelkich skrupułów mordercy. Muszę ci się przyznać, że lubiłam do nich przychodzić. Lubiłam widzieć ten strach w ich oczach, to przerażenie, kiedy wreszcie przychodziła ich kolej. Wiesz, to było to samo przerażenie, które widziałam w oczach tych, do których byłam wzywana za ich sprawą. Nie, znów odpowiadam zanim zapytasz, nic nie mogłam na to poradzić, jak już mówiłam, ja tylko wykonywałam rozkazy. Tyle co mogłam, to uczynić to w miarę szybko i bezboleśnie. Choć, tak jak w przypadku tych morderców, czasami wcale się nie spieszyłam… – siostra przełożona urwała i podniosła się z krzesła. – Przepraszam na chwilę, zaraz wrócimy do rozmowy.

Siostra przełożona opuściła swoją celę pozostawiając w niej Monikę samą. Dziewczyna próbowała zebrać swoje rozbiegające się myśli i kiedy już wydawało się jej, że choć mniej więcej pojęła znaczenie tego, co przed chwilą usłyszała, myśli znów się jej rozproszyły za sprawą przenikliwego dzwonienia, które rozległo się na korytarzu.

– Na czym to ja skończyłam? – zapytała siostra przełożona kiedy wróciła do celi. – A, tak. Dlaczego ty? Zdecydowałam się na ciebie z kilku powodów. Z was czterech to ty nie masz problemu z samotnością, to ty na noc zamykałaś się w pokoju podczas kiedy pozostałe wymykały się i zabawiały rozmowami czy buszowaniem po klasztorze albo w sadzie. Z was czterech to ty najszybciej nauczyłaś się być całkowicie posłuszną i nie kwestionować poleceń, w dodatku zwykle nie z obawy przed karą, ale z powodu uznania słuszności polecenia, nawet jeśli jego sensu nie rozumiałaś. Z was czterech to ty, po usłyszeniu ode mnie sekretu to ty nie zmieniłaś swojego zachowania, nie zaczęłaś spiskować i próbować podstępem zdobyć dla nagrody dla siebie. Z was czterech to to okazałaś się sprawiedliwa. Wreszcie z was czterech to ty, jako jedyna potrafiłaś dochować sekretu, a co za tym idzie tylko ty dotrzymałaś przysięgi. A wszystkie cztery przysięgałyście przecież na swoje życie, stąd pozostałe muszą umrzeć. Idź, Moniko, odpocznij jeszcze chwilę. Później zabijesz Joannę, zabijesz Justynę, Klarę i Weronikę, a ja ci w tym pomogę, pokażę ci jak należy to zrobić. Później zabijesz i mnie i zostaniesz tutaj zajmując moje miejsce. Ale teraz idź, odpocznij. Przyjdę po ciebie, kiedy nadejdzie właściwy moment.


***


Monika otworzyła oczy. Oślepiona intensywnym światłem zamrugała i, zanim jeszcze zdążyła oprzytomnieć do końca, naciągnęła na twarz przykrywającą ją kołdrę. Monika poczuła strach. Oślepiające ją światło dostawało się do pomieszczenia przez prowadzące na korytarz drzwi, które były uchylone. Te drzwi nie powinny być uchylone. Powinny być zamknięte. Monika, zanim się położyła, zamknęła je własnoręcznie, pamiętała o tym doskonale, zresztą robiła tak co wieczór od dnia, kiedy wprowadziła się do tego pokoju. Jedyny klucz do znajdującego się w drzwiach zamka wciąż spoczywał tam, gdzie go odłożyła. Monika była tego pewna. Czuła, jak gniecie ją przez poduszkę.


Mimo tego drzwi były jednak otwarte. Do pokoju Moniki wlewało się jasne światło. Pomimo wciśnięcia głowy w poduszkę, pomimo nakrycia uszu kołdrą, Monika usłyszała dźwięk trzeciego dzwonka. Nie podniosła się z łóżka.

– WSTAWAJ, MONIKO. JUŻ CZAS – do uszu dziewczyny dobiegł spokojny, choć nieco zmieniony, trochę jakby chłodniejszy głos siostry przełożonej.


=====================================================================


#naopowiesci

#zafirewallem


2771 słów, choć to przecież nie ma żadnego znaczenia.

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci #zafirewallem


ZOBOWIĄZANIA



Monika otworzyła oczy, oślepiona intensywnym światłem i z grymasem na twarzy, wymamrotała "A ten znów się tam tłucze..". Leniwie zwlekła się z łóżka i ruszyła do kuchni, skąd również dochodziły irytujące hałasy.



-Musisz się tak teraz tłuc i mówiłam, żebyś nie włączał górnego światła? zajmij się może nową aplikacją, albo nie wiem, pozamiataj?



-Hrrrr... – to było jedyne, co Stefan od dłuższego czasu potrafił powiedzieć. Odszedł zrezygnowany od zlewozmywaka, złapał za miotłę, porzucając niedomyte naczynia i odkręconą wodę.



-Przepraszam, po prostu wiesz, nie wysypiam się... – przerwała w połowie zdania nie dopuszczając, by jej słowa przerodziły się w narzekanie, które w tej sytuacji nikomu nie było potrzebne - a zwłaszcza jej mężowi. Podeszła do niego i czule poklepała po ramieniu, czując chłód bijący od ciała. Nie potrafiła się do tego przyzwyczaić. Zapach już dawno przestał jej przeszkadzać, ale dotyku nie da się tak łatwo oszukać. Wróciła do łóżka patrząc z rozczarowaniem na zegarek - druga w nocy. A to znaczyło, że znów do pracy pójdzie zmęczona i rozdrażniona.



Poranek był cięższy, niż się spodziewała, a wytrzymanie ośmiu godzin przy biurku, w nieustannej walce z opadającymi powiekami – jeszcze trudniejsze. Myśl, że po powrocie do domu znów będzie czekał ją ten sam koszmar, stawała się żartem w obliczu problemów, które generował. Już nawet przestawała się przejmować kolegami z pracy, którzy zaczęli jej unikać. W sumie nawet im się nie dziwiła, a widok osób zakrywających czy marszczących nos w jej otoczeniu był dla niej jak kołtun dla chłopa pańszczyźnianego – przynajmniej nikt jej nie męczył zbędnym small-talkiem czy udawanym współczuciem.



Na początku wszystko zdawało się być dla niej bajką. Lekko mroczną, bo to nie była historia o rycerzu na białym koniu ratującym księżniczkę w opałach. Dla młodej wdowy ujrzenie własnego męża w jego gabinecie zaraz po powrocie z pogrzebu był właśnie jak bajka, o której nikt nie chce śnić. lekko odmieniony, ale dalej to był jej własny mąż.



-Ccco.. jak to, to jakiś nieśmieszny żart? - zapytała przecierając zamglone od łez i opuchlizny oczy. Jej mąż długo nie odpowiadał, był blady, a jego wzrok nie miał już tego dawnego uwodzicielskiego blasku.



-Dokończyłem zlecenie, wyślij je proszę za mnie - odpowiedział z mechaniczną bezsilnością...



Minęło sporo czasu, zanim Monika pojęła, co zaczęło dziać się w jej życiu. W jej świecie martwi mężowie nie wstają z grobu, żeby utrzymać rodzinę czy jak w jej przypadku, marnie zarabiającą żonę - A jednak jej się to przytrafiło. Kiedy już emocje opadły, a myśli z powrotem stały się klarowne, zaczęła zastanawiać się do kogo może pójść żeby poszukać odpowiedzi. Nawet przez chwile pomyślała o egzorcyście. Rozsądek jednak odciągał ją od zwierzenia się komukolwiek, nawet rodzinie. Dlatego został jej jedynie „niezawodny” chat GPT. Prócz standardowych formułek, że takie sytuacje nie mają miejsca w rzeczywistości, zalecił zwrócenie się do specjalisty, ponieważ trauma mogła wywołać omamy i przewidzenia. „Ale to żadne przewidzenia, ja nawet z nim... Eh było dziwnie” - pomyślała Monika.



Starała się podejść do sprawy na tyle zdroworozsądkowo na ile mogła. Nawet zaczęła wierzyć, że to wszystko jest wytworem jej chorej od rozpaczy wyobraźni, ale jednego była pewna, z jej dwoma lewymi rękoma do komputerów, a tym bardziej do programowania nie napisałaby żadnej aplikacji. „Prędzej szympans prędzej by to zrobił, a nawet Charon ” – Pomyślała, patrząc na niewinnie merdającego ogonem czworonoga. Zaczęła więc wertować książki, legendy, powieści ludowe. Wytłumaczeń było tyle co kultur na tej Ziemi. Zostało jej tylko jedno, cieszyć się dodatkowymi chwilami z jej „niemężem”.



Początkowo dobre relacje i pomoc, jaką otrzymywała od Stefana, były dla Moniki wybawieniem, ulgą i spokojem. Choć to nie był już ten sam Stefan, znacznie mniej się śmiał i często jego myśli były zupełnie gdzie indziej. Mijały miesiące, a relacje z jej martwym mężem były coraz, o ironio, chłodniejsze.



Zapach w domu zaczął przypominać prosektorium. Masa świeczek, kadzideł czy porozwieszanych wszędzie kolorowych Wunderbaumów jedynie chwilowo maskowały problem. Przestała przyjmować gości. Wymówka nie była trudna - „żałoba przecież nie trwa kilka dni”. Wygląd męża z zaświatów stawał się coraz bardziej odpychający i mroczny. Jego policzki zapadły się, a w miejsce oczodołów pojawiły się czarne wgłębienia. Nawet kazała mu nosić okulary przeciwsłoneczne. Wszystko mogła znieść ale dziury zamiast oczu wywoływały w niej ciarki obrzydzenia za każdym razem, kiedy w nie spojrzała.



Wprost proporcjonalnie do prędkości spłacania hipoteki w jej głowie wzrastał żal do siebie o brak reakcji i próby odesłania Stefana tam gdzie teraz powinien zaznawać świętego spokoju. „Ale kto by nie uległ tak wygodnej sytuacji?” – Zadawała sobie to pytanie, żeby choć trochę zracjonalizować swoją bezczynność. Przecież miała męża tylko dla siebie, co prawda przez 8 godzin doby. Pojawiał się zawsze równo o 21:00 i punkt 5:00 rano po prostu znikał. Każdego dnia od jego pogrzebu bez przerwy pomagał we wszystkim. Prawie żadne obowiązki domowe nie należały już do niej, posprzątane, pozmywane, poprane, śmieci wyrzucone, pies nakarmiony, wyczesany i wybawiony. Jedynie nie pozwala mu gotować. Widok żywego trupa przy garach odbierał jej apetyt. W łóżku też na początku było cudownie, inaczej - ale zaspokajało to jej potrzeby.



Wszystkie te chwile nieuchronnie wymykały jej się przez palce. Nie zastanawiała się nad tym kiedy to się skończy, a ewidentnie ciało Stefana nie chciało zostać w tym świecie. Jego umysł również coraz mniej należał do jej rzeczywistości. Jego zachowanie, stawało się coraz bardziej obce i obojętne. Nawet jak prosiła, żeby odpuścił sobie, choć jeden dzień. Nie słuchał jej, a czasami chyba nawet nie rozumiał.



Wszystko jednak miało swój kres wytrzymałości i zarobione przez Stefana pieniądze przestawały wygrywać wojnę argumentów za i przeciw. Miarka się przelała, kiedy przestał zupełnie jej słuchać. Wykonywał obowiązki domowe, których nie chciała żeby robił. Marnowało się mnóstwo jedzenia, które gotował ze wszystkiego co znalazł w domu, nawet z psiej karmy.



Zaczęła jeść na mieście, Charona oddała pod opiekę swoich rodziców. Bała się, że i jego znajdzie kiedyś pyrkającego na wolnym ogniu. Skończyło się na tym, że mąż zaczął gotować samą wodę i podawać jako zupę. Gdy zaczynało mu się nudzić zaczął odmalowywać ściany w pokoju - suchym pędzlem. W gruncie rzeczy nie był szkodliwy, a tym bardziej agresywny. Musiało się jednak to wszystko skończyć, postanowiła, że weźmie się za siebie i spłaci kredyt sama. „Parę lat ciężkiej pracy jeszcze nikomu nie zaszkodziło” – motywowała się Monika. Choć znała już się na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że lekko nie będzie.



Znalazła w internecie ogłoszenie wróżki. Pomyślała, że wróżki same w sobie są lekko odklejone, więc przy nich poczucie wstydu nie będzie aż tak trudne do przełamania. Ogłoszenie było zachęcające i czuła, że wybiera się do profesjonalistki. Zakres usług był szeroki, od wróżenia z fusów po wypędzanie duchów z nawiedzonych domów. Wszystko z czego Monika zawsze szydziła. „Jak to nie pomoże to spróbuję gdzieś indziej, aż do skutku, albo Stefan całkowicie się rozpadnie w mieszkaniu”. Parę dni wcześniej znalazła jego palec w jej ulubionym kubku. Na szczęście zniknął tak samo jak on o 5 rano. Jednak gdy Stefan wrócił, na miejscu serdecznego palca w prawej dłoni, sterczał kikut.



Pomieszczenie do którego weszła Monika było najbardziej stereotypowym domem wróżki, jaki można sobie wyobrazić. Mnóstwo symboli, suszonych ziół, kolorowych paciorków i tkanin zajmujących niemal całą możliwą wolną przestrzeń na meblach, ścianach, a nawet suficie. Ostra woń kadzideł drapała ją w gardło powodując niezręczny kaszel.



-Witam zbłąkaną dusze, w czym mogę ci pomóc? – Z enigmatycznym uśmiechem na twarzy przywitała ją młoda, zadbana kobieta, wystrojona równie stereotypowo, co jej lokum.



-A to pani nie wie? Myślałam, że jest Pani wróżka.



Inteligentne spojrzenie szybko ją zmieszało — Monika poczuła się jak dziecko, które właśnie opowiedziało nikogo niebawiący fekalny żart.



-Przepraszam nie mogłam się powstrzymać. Głupio wyszło. – Wytłumaczyła się wdowa, po czym kontynuowała.



-Przyznam, że i tak czuję, że mi pani nie uwierzy, ale niech mnie pani powącha. Tak pachnie całe moje mieszkanie! - Wróżka, zdziwiona wykonała polecenie, powąchała ubranie klientki i odruchowo odsunęła się parę kroków w tył



-Ukradła je pani nieboszczykowi czy co? – odpowiedziała jednocześnie zszokowana i zaintrygowana.



-Nie.., nieboszczyk odwiedza mnie. Przychodzi do mnie codziennie mój zmarły mąż. Na początku było fajnie, ale on z czasem zaczął się rozkładać. Tak, wiem, pewnie bierze mnie Pani za wariatkę. Ale ja nie zwariowałam. Proszę u mnie przenocować. Mam też nagrania, ale one niewiele dadzą, pewnie pomyśli pani że to SI czy coś… Niech pani u mnie przenocuje, naprawdę, a zobaczy pani! – Monika słysząc siebie, sama zaczęła myśleć o sobie w kategoriach „lekko szurnięta”. Z nikim jeszcze o tym nie rozmawiała i opisanie tej sytuacji na głos wywołało w niej lekką niespodziewaną dezorientacje.



-Zapłacę pani ile pani chce - dodała



-Nie trzeba... nie pani pierwszą to spotkało. Czy będzie trudno się go pozbyć? To już zależy już od pani. Z opowieści mojej świętej pamięci babci wiem, że choć rozwiązanie wydaje się proste, jego realizacja dla wielu kobiet jest trudniejsza niż przepłynięcie Atlantyku wpław – Mówiąc to, wróżka cały czas przeszukiwała ze skupieniem liczne drobne szufladki w antycznym sekretarzyku. Na jej twarzy brakowało zdziwienia, bardziej zszokowana była zapachem ubrań Moniki niż opowiedzianą przez nią historią. Nie tak to sobie wyobrażała. Była tym nawet pozytywnie zaskoczona.



– Czyli wie pani, co to jest?! – wykrzyknęła Monika z entuzjazmem.

-Cóż...Ma Pani w domu strzygonia. Słyszała pewnie Pani o tej legendzie...



-Kojarzę coś o strzydze, ale strzygoń?



-Do babci przychodziły kobiety w podobnej sytuacji, choć nie zwlekały na tyle długo, żeby ich ubrania przesiąkły zapachem rozkładających się mężów. Chyba wolę nie pytać, dlaczego tak późno Pani reaguje...cóż każdy przeżywa żałobę na swój sposób. – Spokojna i pełna wyrozumiałości wróżka wyjaśniała wdowie jej położenie, zerkając na nią znad okularów zsuniętych na czubek lekko garbatego nosa.



-Nie do końca chodziło o żałobę - odburknęła Monika



-Proszę?



-Nic nic...To co musimy zrobić, żeby się go pozbyć? Znaczy, odesłać go w zaświaty, żeby zaznał spokoju - poprawiła się, czując jak wyrachowanie jej słowa zabrzmiały.



-Jak już wspomniałam, to pozornie łatwe, ale musi go pani po prostu przeprosić i szczerze wytłumaczyć, że nie jest już pani potrzebna jego pomoc. Strzygonie obwiniają się w różny sposób. Łączy ich to, że są to materialne zjawy mężów, którzy czują wyrzuty sumienia, że zostawiają swoich bliskich samych sobie. Wina ta musiała być wywołana jakimś wydarzeniem, słowami, czy kłótnią mającą miejsce krótko przed lub po jego śmierci. Jego dusza została obciążona silną energią, która uniemożliwia przedostanie się na drugą stronę. Ich dusze cierpią, nie wiedzą, co się z nimi dzieje, nie postrzegają już świata tak jak żywi. Desperacko szukają rozwiązania, pomagając swoim bliskim na wszelki możliwy sposób, ale to nie jest rozwiązanie. To właśnie przez to pani mąż tutaj utknął i żyje życiem, które nie jest już jego. – Wróżka w końcu wygrzebała z sekretarzyka małe słomiane zawiniątko, i włożyła je delikatnie w dłoń Moniki.



-Proszę to rozpalić w domu przed rozmową z mężem, mieszanka ziół pozwoli oczyścić powietrze z negatywnych emocji i pozwoli się pani wyciszyć. – poleciła jej wróżka, pełna troski i współczucia.



Monika powąchała podarunek, którego zapach był jeszcze bardziej odpychający niż jej męża. Zamaskowała wyraz obrzydzenia na twarzy i podziękowała ze skruchą w głosie.



Wracając rozmyślała nad tym co mogło obciążyć duszę Stefana i bez większych wątpliwości domyśliła się czym zostało to wywołane. Wyrzuty sumienia wracały do niej wielokrotnie — z powodu pierwszej myśli, jaka pojawiła się w jej głowie po telefonie od policjanta. Nie był to żal czy brak nadziei na szczęśliwe życie bez ukochanego, a po prostu „jak ja teraz sama spłacę ten kredyt”. Pozostało jej jedynie go przeprosić, szczerze czuła, że już dawno powinna to zrobić. Wiedziała, że na to zasługiwał.

”Powinien odpoczywać w spokoju, a nie być tutaj i się dosłownie rozpadać.” – pomyślała, a jej oczy zeszkliły się od łez.



W tej samej chwili przyszło powiadomienie z banku: „Dziękujemy za nadpłacenie kredytu. Ilość pozostałych rat do spłaty to 35” – Pomyślała, że może jeszcze trochę poczeka z przeprosinami. „W końcu te parę miesięcy to i tak nic w obliczu wieczności.

Zaloguj się aby komentować