Jestem bardzo nieszczęśliwy a przeciez nie moge narzekac na swoje zycie. Mam swoje mieszkanie, jeszcze na kredycie, mam dziewczyne ktora o mnie mocno dba ale to wszystko wydaje sie dla mnie takie bez sensu, nie takie jakie bym sobie wymarzyl. Nie uklada mi sie z dziewczyna. Mamy zupelnie inne potrzeby i plany, ale oboje w tym tkwimy bo chyba sami nie widzimy dla siebie jeszcze lepszego scenariusza. Ona jest wspaniala ale kilka razy juz mi mowila ze nie wie co z tego wyjdzie. Oboje siebie wspieramy, ale to jest takie wszystko puste.
Nie mam za wielu przyjaciol, glownie z pracy, ale to starsze pokolenie ktore juz ma pozakladane rodziny, dzieci. A ja dobijajac do 29 lat mam wrazenie jakbym stal w miejscu a zycie przelatywało mi przez palce. Chce zaczac zyc ale nie wiem jak. Ostatnie lata, szczegolnie pandemiczne, poprawily znacznie moja sytuacje zawodową ale co z tego skoro kompletnie odizolowałem się od ludzi. Straciłem ostatnie lata które tak bardzo chciałbym odzyskac, pobawić się, wyszaleć, otworzyc sie bardziej na ludzi.
To co jest dla mnie bardzo przykre to moje kiepskie zdolności w znajdywaniu sobie partnerek. W moim życiu bylem w 2 powaznych zwiazkach, jeden padl po 2 roku drugi jeszcze trwa. Problem w tym ze w obu przypadkach to partnerka mnie wybierala, nie ja ją. Czułem sie przez to zawsze jak plan B. Kobiety ktore chciałem "zdobyć" były nieosiągalne z różnych powodów i zawsze jednak skupialy sie na innych facetach, kompletnie nie rozumialem ich i nie wiem czemu nic z tego nie wychodziło. Mam wiele kontaktow z kobietami, wydac sie to moze dziwne ale mam z nimi dobry kontakt, nie jedne do mnie zagajaly nawet te moim zdaniem atrakcyjne, ale to wszystko konczylo sie na zwyklym kolezenstwi, niczym wiecej. Szybko reflektowaly sie ze moze i jestem fajnym zaradnym facetem to nie ma we mnie materialu na mezczyzne.
Kazdy moj dzien wyglada tak samo a tak bardzo chcialbym to zmienic. Chcialbym moc zaczac od poczatku, chcialbym by moja aktualna dziewczyna znalazla sobie szczescie u innego faceta ktory zagwarantuje jej to czego ona pragnie a czego ja nie moge jej dac. Oboje jednak boimy sie jednego - ze zostaniemy sami. Moja dziewczyna troche jak ja oboje mamy podobne kompleksy i uwazamy siebie za tych gorszych, boimy sie ze nic lepszego nie moze juz nas spotkac.
Zabrzmię jak Paulo Coelho ale naprawdę dopóki nie pokochasz siebie nie pokochasz drugiej osoby. Może jakaś terapia ale indywidualna, a nie z partnerka?
Po pierwsze, pomyśl o terapii, mi ona bardzo pomogło, a po drugie, hobby, zainteresowania, nawet głupi pies mordziaty, serce Ci trochę urośnie to poczujesz się lepiej.
Trzeba sobie pomagać w osiąganiu szczęścia ale nie mieć za dużych oczekiwań, np. fajnie jest pobyć nad jeziorkiem i jeśli się tam nie wybierzesz to nie będziesz miał tak fajnie. A to tylko się chwilę przejechać po pracy czy w weekend.
@SiostraNieZdradziDziewczynaTak jest też jeszcze jeden aspekt, który mnie mocno ciekawi. Są ludzie, którzy chcą żyć na maksa, być szczęśliwym, wycisnąć z życia wszystko: sukces, pieniądze, zdrowie, szczęście.
Myślę, że to niemożliwe. Nie ma magicznego "stanu finalnego" do osiągnięcia. Istnieje jedynie doświadczanie w chwili. Zawsze nadejdą doświadczenia przykre, ciężkie, trudne. To część życia, tak samo jak te doświadczenia pozytywne. Ważne jest to, jak się do nich podchodzi, jak przeżywa, do czegoś daną osobę prowadzą.
Osobny problem to "finalizm", osiągnięcie celu, rezultatu końcowego. Te rezultaty końcowe, co do dostarczanego "szczęścia", najczęściej są rozczarowujące. Ważny jest sam proces i to, ile on dostarcza satysfakcji.
Witam hupouw po pewnej nieobecności. Chuop zajmował sięs swoimi huopskimi sprawami, praca itd. Wczoraj huop robił grila a dziś cziluje przy piwku. Polecam każdemu ten stan!
Bardzo smutna wiadomość. Niestety nie żyje Krzysztof Karoń Zmarł z powodu nowotworu.
Nie we wszystkim się z nim zgadzałem, ale ogólnie był to bardzo mądry czlowiek. Prowadził witrynę historiasztuki.com.pl, na której świetnie demaskował nowy marksizm i powiązane z nim ideologie, choroby ludzkości trawiace cywilizację łacińską. Jego "Historia antykuktury", to naprawdę świetna książka warta polecenia. Był to cenny i bardzo mądry człowiek.
Już spieszę z wyjaśnieniem, pokrótce: ideologia Marksa oparta na podstawach filozoficznych Hegla zakłada, że w procesie dziejowym kluczowym zagadnieniem jest ścieranie się przeciwstawnych interesów różnych grup społecznych (walka klas) i alienacja grupy przegrywającej przez grupę wygrywającą. Marks nie był wybitnym filozofem, ani wybitnym ekonomistą ale był bardzo dobrym socjologiem. Wymyślił sobie, że ta walka doprowadzi do ustroju o cechach wspólnotowych, podobnie jak to miało miejsce we wspólnotach pierwotnych (plemiennych) i zapanuje na świecie powszechna szczęśliwość. Nazwał to komunizmem. Jest to oczywista utopia ale, znając sytuację w jakiej znalazły się rzesze ludzi w XIX w. trafiła ona na bardzo podatny grunt. Z niej wyrosły różne, karykaturalne idee, min leninizm czy, później maoizm. Odpowiedzią na to zdrowych ludzi, był socjalizm, czyli zobaczenie, że ludzie nie są gównem i nie mogą pracować po 20h na dobę (skrócik myślowy). Po wprowadzeniu praw pracowniczych i stopniowym bogaceniu się robotników 'walka klas' praktycznie ustała. Dlatego zacietrzewienie komuniści (choćby ze szkoły frankfurckiej) wymyślili nowe grupy do ścierania się z innymi grupami. Powstał neomarksizm, czyli coś na podstawie pierwotnego założenia o walce jednych z drugimi i alienacji jednych przez drugich. No i mamy teraz, po kolei: starzy kontra młodzi (kontrkultura lat 50./60.), mniejszości etniczne (lata 60./70.), mniejszości seksualne (lata 80.). Do tego zawsze: emancypacja kobiet. Zmiksuj, powtórz i tak do dzisiaj. To jest neomarksizm.
Wstydzę się napisać na Hejto ze swojego konta, bo tam udaję kogoś kim nie jestem.
Od początku - odkąd pamiętam zawsze byłem nieszczęśliwy i czegoś mi brakowało. Chociaż jak przypominam sobie czasy przedszkola i podstawówki to biegałem z kolegami po osiedlu, bawiliśmy się, graliśmy w piłę. Później moje interakcje zaczęły zanikać. Siedziałem tylko i grałem w gry online - tibię i csa. Szybko uzależniłem się od pornografii, która była wyrzutem dopaminy i lekiem na całe zło. Szkoła, a później gry i porno. I tak mniej więcej wegetowałem do końca liceum. Nigdy nie byłem zaproszony na żadną "osiemnastkę" znajomych z klasy, na żadnego sylwestra, inną imprezę i nie spotykałem się z nikim po szkole.
Delikatne ożywienie przyniosły studia. Wyjechałem do innego miasta. Dalej nałogowo grałem w csa i oglądałem porno, ale teraz chociaż zacząłem grać w csa z kolegami ze studbazy, a nie randomami z internetu. Poza tym mieliśmy fajną paczkę znajomych, spotykaliśmy się na picie, imprezy, granie w pokera, granie w piłkę, wspólną siłownię. Ale wszyscy w tym gronie byliśmy przegrywami, introwertykami, nikt z nas nie miał dziewczyny, a imprezy były tylko typowo męskie. Nigdy przez całe studia nie wyszedłem do klubu, bo nigdy w życiu nie tańczyłem, bałem się upokorzenia, odrzucenia. Żadnych interakcji z dziewczynami.
Studia zakończyłem na inżynierce, poszedłem pracować w fabryce w innym mieście. Tam nie miałem żadnego życia towarzyskiego. Przez rok moje jedyne interakcje to granie w csa ze starą ekipą.
Życie zaczęło się zmieniać jak zmieniłem pracę. Przeprowadziłem się z powrotem do miasta gdzie studiowałem i poszedłem pracować w mediach, chcąc nie chcąc musiałem zacząć pokazywać w internecie swoją twarz. Bardzo powoli zacząłem budować pierwsze w życiu poczucie wartości. Bardzo powoli. Usłyszałem pierwsze pochwały w pracy, Mój szef - 6 lat ode mnie starszy szybko stał się moim mentorem. Był jak ojciec którego nigdy wcześniej nie miałem. Imponował mi luzem, pewnością siebie i zawsze chciałem być jak on. Wziął mnie pod skrzydła, dużo od niego zaczerpnąłem i się nauczyłem. Przestałem już kulić się w kącie i zacząłem myśleć, że jestem cokolwiek wart. Wtedy pierwszy raz pomyślałem, że może być mnie stać na posiadanie dziewczyny.
Od tego momentu, mając jakieś zapewne 24 lata wtedy, poświęciłem wszystko na zdobycie w końcu pierwszy raz w swoim życiu partnerki. Zacząłem chodzić na siłownię, żeby wyglądać lepiej i zwiększyć swoje szanse. Z tego powodu zmieniłem fryzurę, zacząłem stylizować brodę, zmieniłem okulary, zmieniłem styl ubierania się. Rozwijałem się i uczyłem stawać pewniejszym siebie, budować swoje poczucie wartości. Uczyłem się jak być bardziej atrakcyjnym, albo przynajmniej jak wyglądać na atrakcyjnego. Jednak to wszystko było żeby kogoś mieć. Nie dla siebie. Nigdy nawet nie zastanowiłem się co lubię robić. Jakie mam pasje. I nigdy ich nie miałem.
Zacząłem wymyslac pasje, ale takie, które potencjalnie będą atrakcyjne dla kobiet. A więc zacząłem podróżować, chodzić na lekcje teatru i tańca. Uczyłem się psychologii żeby lepiej siebie rozumieć i kobiety. Zacząłem nawet randkować. Przez 3 lata goniłem swój wymyślony i idealny obraz mojej osoby. Takiej, który uważałem, że spodoba się kobietom.
No i stało się. Wszedłem w swój pierwszy związek kilka dni przed 27 urodzinami. OD razu niesamowicie zauroczyłem się w dziewczynie. Po raz pierwszy zaczałem uprawiać regularny seks i to mnie totalnie kupiło. Upajałem się tym. Owinęło mnie to dookoła palca. Ciągle tylko chciałem przebywać ze swoją dziewczyną. Jak najczęsciej. Żeby jak najczęściej czuć jej zapach, jej dotyk, całować się z nią, kochać się. Non stop chciałem z nią rozmawiać, messenger płonął, wideochaty co wieczór. Wszystko co do tej pory robiłem sam straciło smak. Spacery były fajne tylko z nią, gotowanie fajne tylko dla niej, nawet porno czy gry nie wywoływały we mnie już chociażby zbliżonych emocji co ona.
Po pół roku związku zamieszkaliśmy razem. JEZU. Codziennie obok siebie. Codziennie zasypiać wtulony w nią i budzić się obok. Ciągle tylko myślałem jak ją zadowolić. Co robić żeby to ona była zadowolona. Jak byliśmy obok siebie to skakałem nad nią, żeby jej było jak najlepiej. Jak nie byliśmy obok siebie, bo np była w pracy to wymyślałem co będziemy robić jak już wróci. Wymyślałem jak ją zadowolić. Co jej ugotować, jaki prezent sprawić. Oprócz takiej zwyczajnej troski wszystko było podszyte seksem. Robiłem to bo liczyłem na seks, jak będzie zadowolona. Seks to najsilniejszy narkotyk jaki w życiu poznałem. Seks z nią. Jej dłonie na moim ciele, namiętne pocałunki, zapach, odgłosy. Porno się przy tym chowa.
Nasz związek zaczął się szybko sypać. Ja byłem zbyt absorbujący, potrzebowałem zbyt dużej uwagi. Problemem zaczął być seks, bo chciałem bez przerwy. Pojawiły się pierwsze kłótnie, nieporozumienia. Zaczęła pryskać bańka pani idealnej, wychodziły wady. Coraz częściej źle mnie traktowała, manipulowała, przejawiała toksyczne zachowania, zrzucała na mnie winę za wszystko. JEdnak to bez znaczenia. JA już byłem od niej uzależniony. Znosiłem wszystko w imię jej obecności i seksu. Dalej robiłem wszystko dla niej i dla tego związku.
Dzisiaj jestem kilka dni przed 28 urodzinami. Właśnie zastanawiam się, czy się z nią rozstać. Właściwie to decyzja już zapadła. Czar prysł, zostały kłótnie, niechęć, pogarda. Jednak jest jedna rzecz, która sprawia, że płaczę po nocach. JA NIE WIEM KIM JESTEM.
Nie wiem co lubię robić. Nie wiem czym się pasjonuję. Ostatnie kilka lat było kreowaniem mojego nowego wizerunku. Takiego który miał się podobać kobietom. Wszystko było fikcją. Ja nie znam totalnie siebie. Najpierw przez większość życia byłem zanurzony w gry online, a później w kreowanie wymyślonego siebie. Pomiędzy tym wszystkim są jakieś strzępki mojej osobowości. Jakieś delikatne zainteresowania, którym nigdy nie poświęcałem uwagi.
Moja kilka dni temu wyjechała na tydzień do swojej rodziny. A ja siedzę i się nudzę. Ostatni rok poświęciłem jej. Mieszkam w dużym mieście wojewódzkim, mam mnóstwo wolnego czasu po pracy, mam pieniądze. Ale nie wiem co mam ze sobą robić. Siedzę i się nudzę. Samemu niczego mi się nie chce. Spacerować mi się nie chce, gotować dla siebie mi się nie chce, oglądać samemu filmów i seriali mi się nie chce. Ja nie wiem co ja lubię robić. Mógłbym teraz wstać z krzesła i iść robić cokolwiek bym tylko zechciał. Iść do teatru, do kina, kupić sobie coś, grać na gitarze. Poświęcić się czemuś, co kocham. Mam to czego większości ludzi brakuje - czas i pieniądze, by robić to co kocham. Tylko ja niczego nie kocham. Nie wiem co lubię. Nie wiem kim jestem. Nie znam siebie. Cholernie boję się zostać sam, boję się tej samotności, boję się że już nigdy nikogo nie pokocham i nikt mnie nie zaakceptuje.
Jedynie pocieszam się tym, że za miesiąc wracam do swojego ulubionego miasta gdzie studiowałem. Tam gdzie mam rodzinę, która na mnie czeka i przyjaciół, którzy na mnie czekają. Poza tym nie wiem nic. Nie mam pracy i nie wiem co chcę robić. Nie mam żadnych planów. Nie wiem jak być szczęśliwym. Jak pokochać siebie i czerpać z życia radość. Tego chyba będę musiał się nauczyć.
@anonimowehejto przynajmniej sam zdefiniowałeś swoj problem. Pozostaje ci tylko odpowiedzieć na to pytanie "kim jesteś" czy może raczej kim naprawdę chcesz być. Nie dla kogoś ale dla siebie samego. A to już dużo, wbrew pozorom. Zacząłbym od nie uciekania od siebie i swoich myśli (dobre są, przynajmniej dla mnie, samotne spacery) i szukania swoich priorytetów - wartości, marzeń, itd... Przykładowo, polecam przejść przez ten poradnik, dość dobrze miedzy innymi systematyzuje takie pytania:
@anonimowehejto hejka, myślę że powinieneś pokazać ten wpis swojej partnerce przed zakomunikowaniem jej swojej decyzji. Jeśli zadeklaruje chęć pomocy i wspólnego pokonania problemu i faktycznie będzie się starała to zrobić, to masz przy sobie kochającą osobę z którą do tej pory nie rozmawiałeś i nie komunikowałeś swoich problemów (tak samo jak teraz)
OjciecPijo: Przynajmniej trafnie wszystko zdiagnozowałeś i jesteś świadomy sytuacji. Nigdy nie należy podporządkowywać całego życia związkowi i jednej osobie, bo to się zawsze źle kończy. Ale też nie jest to łatwe, bo miłość i seks to bardzo silny narkotyk, z powodu którego ludzie tracą głowę i robią głupoty. To był Twój pierwszy związek, dopiero uczyłeś się siebie i bycia z drugą osobą. Teraz jesteś mądrzejszy o doświadczenie, które wykorzystaj w przyszłości, przez co nie popełnisz drugi raz tych samych błędów.
Spróbuj robić coś dla siebie, po prostu. Zajmij się jakąś aktywnością która sprawia Ci przyjemność, spędzaj czas z rodziną, innymi ludźmi. Znajdź sobie zajęcie które będzie Twoje, zapytaj się sam siebie co chcesz robić i zacznij to robić ;) A dziewczynę jeszcze sobie znajdziesz, skoro znalazłeś jedną to znajdziesz i kolejną. Jeśli czujesz że jest Ci bardzo ciężko, to rozważ terapię u psychologa. Trzymaj się
Co mam zrobić, gdy loszki jak np pisze to idzie za⁎⁎⁎⁎sta bajera, żarty, śmiechy itd, no klei się wszystko prawie z dowolną loszką, a jak przejdzie do wymiany zdjęć to się śmieja, albo wymiotują…
W normalnym zyciu jest podobnie lecz raczej dostrzegam ze maja problem ze istnieje…
Ja rozumiem „zadbaj o siebie” itd ale, przeszczep ryja nie wchodzi w gre, choć chciałbym… włącznie z włosami…
I co, i niby loszki na wygląd nie patrzą? Największe kłamstwo świata! (╯ ͠° ͟ʖ ͡°)╯┻━┻
Lubią starszych? No to wyglądam na starszego niż metryka w dokumentach i tez maja z tym problem…
@kajak98 możesz mieć mordę jak kononowicz, a i tak wyrwiesz. Idź do jakiegoś stylisty, niech Ci ogarnie fryz i outfit, żeby pasował do Twoich możliwości aparycyjnych. Wyciągnie tyle ile się da, -facet nie musi być ładny z ryja, wystarczy, że będzie ogarnięty i trochę przystojniejszy od diabła. Resztę dorób siłownią, rzeźba to 99% sukcesu. No chyba że jesteś karłem <170, to już c⁎⁎j, jedynie osobowość pomoże, a to ciężko wyrobić.
@kajak98 Myślę, że uderzasz powyżej swojej ligi. Po określeniu "loszki" wnioskuję, że przede wszystkim powyżej własnej ligi intelektualnej/kapitału kulturowego. Ale ja jestem starej daty i szczęśliwie "ominęłam" czas, kiedy kobiety zaczęto nazywać jako zwierzęta hodowlane.
Palę od 7 lat, na początku okazyjnie, gdzieś tam raz na kwartał. Od dwóch lat, może trzech walę ciągami - tydzień codziennie, potem tydzień nic.
Jestem wysoko funkcjonującym narkomanem.
Mam żonę, dziecko w drodze. Mam dom na kredyt, fajną pracę.
Kocham żonę, nie mam na co k⁎⁎wa narzekać.
Jak mam palenie, to k⁎⁎wa dostaję małpiego rozumu i potrafię w sobotę jarać od8 rano do odcięcia.
Jak nie mam, to spoko niby nie muszę palić, ale ciągle w głowie z tyłu myślę o jaraniu. Słowem - wjebałem się.
Boli mnie to, że tracę tyle czasu na siedzenie i oglądanie Netflix, boli mnie to, że po maratonie palenia dochodzę do sprawności umysłowej i fizycznej dwa trzy dni. Roztyłem się.
Widzę, jak moja żona cierpi albo inaczej: ona już przywykła. To mnie przeraża. Myślałem, że sobie paleod czasu do czasu. Ale doszło do mnie, że jestem uzależniony.
Nie jestem głupi (znaczy jestem bo się wrypałem) i widzę, że żona ma mentalność kobiety, która nawet jak ja mąż będzie bił, to i tak go nie zostawi.
Nie chcę je zniszczyć życia, nie chce zniszczyć życia synowi. Nie chcę stracić tego, co mam.
@RKS_Huwdu_Hooligans Kolejny taki wpis widzę. Jak wy to robicie, że się od tego uzależniacie jak od alko czy zwykłych narkotyków? Grzeję prawie codziennie - dwa czy trzy buchy z vapo i wiele razy takie grzanie wyprowadzało mnie na jakieś inne rejony - wracałam do pisania porzuconego dawniej opowiadania, do czytania książek, oglądania trudniejszych filmów (kinomanka here) itp.
A tak to wracam z pracy i nic mi się nie chce, potrafię tak siedzieć z padniętą głową i faktycznie oglądać przysłowiowego netflixa. Tymczasem jeden buch może mi zmienić cały wieczór w całkiem fajną przygodę i wyczyścić głowę z niepotrzebnego gówna. Tylko, że ja to traktuję jak lek, a nie jak narkotyk - może kwestia ilości palenia oraz podejścia?
@Mahjong nie jestem ani terapeutą ani neofitą, ale skoro bakasz codziennie i przed badaniem nic Ci się nie chce, ale po masz już super humor.. a zresztą. Mam nadzieję, że się nie przekonasz. Ja też mam po paleniu dobry humor, czytam książki oglądam filmy, dokumenty. Zauważyłem, że nawet nie, że marnuję czas, ja go bezpowrotnie tracę. A mogę robić milion innych rzeczy, które kiedyś robiłem. Nie wiem, jak inni to robią, ja się wjebałem po ludzku, taka moja natura, że lubię dużo i intensywnie.
@RKS_Huwdu_Hooligans Nie tyle co bakam, tylko stosuje zgodnie z zaleceniami - czyli przez wapowanie i staram się by to była medyczna. Wcześniej to faktycznie było bakanie, ale nie codziennie, przeszkadzał mi dyskomfort palenia samego w sobie, bo palenie fajek rzuciłam wiele lat temu.
Pewnie regularność wapowania zmieni się na wiosnę/lato gdy endorfiny będę zbierać przez jazdę rowerem. Teraz mam do wyboru: siedzieć zmęczona, zdołowana po robocie, pić piwsko lub zwapować kawałek zieła i coś porobić.
Mój prime time trafia na typowy dzień w trakcie doby a wtedy najczęściej siedzę w robocie. Po pracy jestem trochę dętka i tyle. Większej filozofii w tym nie ma BTW - zielę pomogło mi zminimalizować alkohol ostatnio, praktycznie do zera. .
Ale chłop dzisiaj smutny. Nawet kolacji mi się nie chce jeść. A jadłem tylko jeden posiłek. Jakieś 700kcal przez cały dzień zjadłem, mrożony filet z morszczuka z promki w biedronce o godzinie 16, po 1h treningu na siłowni. Śmiechu warte.
@Mynameis60 @matejasiu @Rdzawo-brody98 @wombatDaiquiri @Wyrocznia @SzerokieHoryzonty dzięki za ciepłe słowa. Fajnie, że jesteście. Noc była ciężka, ale dzisiaj jest lepiej.
Człowiek nie jest już dzieckiem, a jednak do śmierci bliskich nigdy się nie przyzwyczai... Czas leczy rany i ja sam pewnie też się otrząsnę. Teraz wazni są żona i dzieciaki - dla nich warto się ogarnąć.
@Chakvi dzięki za zrozumienie. Najlepsze jest to, że nigdy się nie skarżyła na swoją chorobę. Twardzielka z niej była... Ale teraz jest ze swoim mężem tam gdzie się idzie, jeśli się gdzieś idzie. To najważniejsze
@Chakvi co nie zmienia faktu, że że śmierci kogoś wiekowego bardzo łatwo się otrząsnąc. To jest ta różnica. No i nie zapominajmy o przypadkach gdzie ktos jest ileś lat w stanie wegetatywnym, wtedy zgon to taka trochę formalność bo ta osoba jest juz "martwa".
Nie widziałem osoby która byłaby straumatyzowana ileś lat po śmierci powiedzmy 80 letniego rodzica ale już matke która straciła syna 20 lat temu i do dziś się nie umie z tym pogodzić tak
Uciekaj niecna lisico o krwi jadem wężowym zatrutej. Zostaw mnie bez krzty miłości, bez odrobiny uczucia, niczym pirat porzucający, wcześniej zagrabiwszy, skrzynię ze skarbem na bezludnej wyspie.
Poczyń moje serce widmem, majakiem, cieniem tego, co kiedyś radośnie pompowało czerwoną jak pożądanie krew do każdego zakamarka mego ciała. Uciekaj, ryjąc w mej pamięci resztki czystego jak górski potok wspomnienia o postaci Twej nieskazitelnej.