Kolejna zacna porcja przygód i zagadek. Zaczyna się spokojnie - koniec końców nastaje poniedziałek i trzeba iść do szkoły - ale lekcje nawet się jeszcze nie zaczynają, a dzieciaki już kombinują.
W tym tomie jest chyba najwięcej twistów i rewelacji, eksploracji i odkrywania nowych miejsc oraz, niestety, niedociągnięć korekty: kilka razy przeniesiono słowo bez myślnika, czasem wręcz przeciwnie - myślnik był w środku pełnego słowa, zdarzył się też czeski błąd i niepoprawna odmiana jednego wyrazu.
Bardzo dobra część, czytało się świetnie i już nie mogę się doczekać napisania ściany tekstu przy okazji kolejnego tomu i podsumowania sześcioksięgu, no bo ile można pstrykać takie małe, niewiele różniące się od siebie mikre wpisy?
Z góry przepraszam za wstawianie tak niejasnych wpisów, ale po prostu nie chcę wyjawić nawet niewielkiej odrobiny za dużo z fabuły tej serii. Każda mała rzecz ma znaczenie, a odkrycie jej samemu jest naturalnie preferowane.
Jest to jak dotąd bodaj najlepsza część, głównie ze względu na szeroki przekrój aktywności, którymi zajmuje się cała obsada, jak i wciąż rozwijającą się sieć tajemnic i intryg. Bohaterowie i ich przeciwnicy napotykają sytuacje, które poszerzają ich (i naszą) wiedzę o drzwiach oraz ukazują niektóre zasady, na podstawie których one funkcjonują.
Na stronicach tego tomu poznajemy zupełne nowe postaci, niektóre mniej, niektóre bardziej istotne, z innej strony odkrywamy kolejne szczegóły o pewnych personach, które zostały wspomniane już wcześniej. Ubywa też kilka czarnych plam z mapy Kilmore Cove, które dzieciaki odwiedzają w dosyć dynamicznych okolicznościach. Na wspomnienie zasługuje również rosnąca niczym kula śnieżna wielka pomyłka tej części historii, podsycana przez plotkarską naturę niektórych pań zamieszkujących miasteczko, jak i samą jego tajemniczą naturę.
Podoba mi się zmiana wyglądu stron w zależności od miejsca i czasu akcji, przy czym niektóre są wzbogacone o kolor (jedynie żółty, ale jednak). Pal licho takie odmiany w osobnych rozdziałach, ale są przypadki, gdy jedna grafika przechodzi w drugą na tej samej stronie.
Pomimo jak dotąd wyjątkowo wysokiego poziomu korekty, w jednym miejscu pomylono Jasona z Rickiem, a i wkradła się też jedna nadprogramowa litera "z". To tak czy siak standard nieosiągalny dla innych wydawnictw.
W tej części uświadczymy standardowego "więcej i intensywniej", ale nie tylko. Dzieciaki szukają nowych informacji w różnych miejscach, a z biegiem czasu nagromadziło się tyle poszlak, że nie wiedzą już właściwie od czego zacząć i czym zająć się w następnej kolejności. Zagadek znajduje się w tym tomie niewiele, więcej jest tutaj za to eksploracji miasteczka i okolic.
To co rzuca się w oczy to fakt, że bohaterowie zaczynają w pełni zdawać sobie sprawę, w jak niebezpiecznej grze biorą udział, nawet jeżeli już wcześniej napotkali faktyczne i zdecydowanie realne zagrożenia. W późniejszych fragmentach książki poznajemy nowe, istotne informacje, które na równi z wyjaśnianiem jednych rzeczy, wprowadzają świeży zamęt do drugich.
Dodatkowa uwaga: sprawa spadku Petera sprawia dziwaczne wrażenie - wydawał się w pełni sił umysłowych, czuł się co najwyżej bezgranicznie zrezygnowany, ale koniec końców postąpił zupełnie odwrotnie niż każdy normalny człowiek zrobiłby na jego miejscu.
Historię podejmujemy dokładnie w tym punkcie, gdzie została ona nagle ucięta w tomie poprzednim. Pewne koła zostają wprawione w ruch, a narracja z czasem rozbija się nam na 3 perspektywy. W głównej obserwujemy starcie z nową serią zagadek, jeszcze bardziej kryptycznych niż poprzednio; bohaterowie poznają też nową, okazjonalną sojuszniczkę, która znacząco pomaga im w rozprawieniu się z tym wyzwaniem. W drugiej perspektywie dowiadujemy się pewnych rzeczy m.in. na temat przeszłości Moore'ów, ich licznych podróży oraz doświadczeń z drzwiami. Trzecia perspektywa jest bodaj najbardziej zaskakująca, przy czym wprowadza do całej historii nowe i ciekawe implikacje.
Czyta się to przyjemnie, do warstwy językowej nie mogę się przyczepić, gdybym włożył w to trochę wysiłku, to pewne głupotki i dziury znalazłbym zapewne w niemałej ilości, ale jeżeli nie wyłapuję tego na bieżąco i pierwszy rzut oka, to chyba nie jest to aż tak istotne.
Generalnie ten tom i poprzedni są idealnym zobrazowaniem przesadnego dzielenia serii na odcinki. Nawet obecne na początku każdego z nich maile służą - poza wprowadzeniem kolejnej warstwy tajemnicy i metanarracji - uzasadnieniu takiego rozdrabniania. Przy odrobinie chęci dałoby radę każdy sześcioksiąg przekształcić w ładną cegiełkę, choćby i po wcześniejszym wydaniu tak jak teraz.
@WujekAlien "Walizka" rozpoczyna krótszą, czteroczęściową serię, w której główne skrzypce grają magiczne przedmioty, zjawiska i zależności między nimi. Przedstawienie relacji - zwłaszcza między głównymi bohaterami - i dialogi bywają czasami dosyć naiwne, a ciągi przyczynowo-skutkowe nierzadko są mocno naciągane. Generalnie nic specjalnego, choć jeżeli szukasz zajęcia na 4 wieczory, to czemu nie?
"Wrota" z kolei są początkiem serii liczącej tomów 18, przy czym pierwsze 6 to główne i najlepsze danie, kolejne 6 rozszerza drużynę i obszar działań, oraz zajmuje się mglistymi wątkami, które wcześniej zostały wspomniane ledwie kilkoma słowami, a ostatnie 6 wprowadza zupełnie nową drużynę i ogólnie, z tego co pamiętam, wieje nudą i farmazonem, a do tego szlachtuje wspaniałe dziedzictwo poprzednich 12 książek. Lepiej sięgnąć po Ulyssesa, bo wciąga jak odkurzacz niezależnie od wieku, oferuje unikalny świat przedstawiony i ciekawe postacie i cały czas trzyma w napięciu. Pierwsze 6 części to jedna z moich ulubionych serii, później poziom spada niestety.
Kontynuując czytanie twórczości Pana Baccalaria, teraz, po wielu latach, ponownie zabieram się za moją absolutnie ulubioną - do pewnego momentu - serię z dzieciństwa. Wpisy będę dodawał do każdej książki, a przy 6., 12. i 17. (lub 18.) tomie zrobię też niewielkie podsumowanie, gdyż każde sześć stanowi spójną i pod pewnymi względami zamkniętą całość. Nigdy nie czytałem dwóch ostatnich części, więc stąd wynika moja niepewność co do umiejscowienia podsumowania, gdyż tom 18. wydaje się być prequelem. Czas pokaże. Pora przejść do faktycznej części wpisu.
Książka zaczyna się od krótkiej wiadomości autora do redakcji, w której wyjaśnia, w jaki sposób wszedł w posiadanie zaszyfrowanego rękopisu historii, którą za chwilę będziemy czytać. Za dzieciaka ten zabieg niesamowicie rozbudził moją wyobraźnię, a granica między fikcją i rzeczywistością wydawała się zacierać.
Po tym otrzymujemy już rdzeń historii, poznajemy głównych bohaterów: Jasona i Julię Covenantów oraz Ricka Bannera, kilka postaci pobocznych, no i oczywiście miejsce akcji, czyli Kilmore Cove i jego główną "atrakcję" w postaci Willi Argo. Dzieciaki, podczas zabawy oraz poznawania nowego miejsca zamieszkania rodzeństwa, odkrywają pewne zawiniątko z tajemniczą zawartością. Wraz z czynieniem postępów udaje im się znajdować wcześniej nieodkryte poszlaki, które wreszcie doprowadzają je do celu. I tutaj książka się kończy, w bardzo perfidnym, pomyślanym dosłownie na odcinkowość, momencie. Książka się kończy, ale historia ledwie rozkręca.
Dialogi bohaterów nie wywołują uczucia żenady, ogólnie praktycznie wszystkie interakcje wypadają dosyć naturalnie. W książce tak niewielkiej objętości autorowi udało się całkiem sensownie nakreślić charaktery głównej trójki i kilku postaci pobocznych. Do postępów rozwiązywania zagadki mógłbym mieć dosłownie marginalne zastrzeżenia, jednakże jedno z nich gryzie mnie trochę mocniej: jeżeli już autor zdecydował się na wprowadzenie zagadki opartej na słowach to, jako że akcja toczy się w Kornwalii, mógł zdecydować się na wyrazy angielskie, a nie włoskie. Bo nawet jeżeli ktoś, kto zagadkę stworzył był Włochem lub przynajmniej takowe powiązania posiadał (nie wykluczam, ale tego szczegółu fabuły już nie pamiętam), to dzieciaki by przecież tego nie rozwiązały z marszu. Nawet długość słowa by się zgadzała: włoskie "apri" i angielskie "open".
Okropnie żałuję, że seria nie zdobyła większego rozgłosu, a adaptacja filmowa koniec końców nie doszła do skutku, bo atmosfera i kreacja świata są tu świetne, a potencjał był olbrzymi. Powinienem to napisać przy podsumowaniu, ale takie odczucia miałem od zawsze. Wielka szkoda.
@AndzelaBomba mam takie stare wydanie, gdzie każda książka była podzielona na 2 mikrusy. Kupili mi rodzice chyba z 15 lat temu w Auchan po 1zł od sztuki. Z tyłu widziałem, że to działało jako prenumerata.
@nvrmnd zdecydowanie warto odświeżyć. Mówiłem sobie, że po obecnym rereadzie już nigdy po to nie sięgnę, ale za kolejne 15 lat chyba przeczytam jeszcze raz.
Autor zaserwował w czwartej części całkiem godne, choć nie perfekcyjne, zakończenie serii, przy czym właściwie cała książka była jednym wielkim sprawdzianem - na szczęście dla bohatera, nie czytelnika.
Ponownie mamy tutaj uknutą od praktycznie samego startu intrygę, bardzo niepozorne poszlaki rzucane są raczej sporadycznie, tym razem McPhee nieświadomie robi sobie pod górkę, ale, tak jak John Wick, przed do przodu samą determinacją.
Ogólnie mówiąc, na koniec każdy dostał to, na co zasłużył, jednakże można było dodać jeszcze kilka stron szczegółowiej to opisujących; do tego motyw zbiorowej halucynacji jakiś mi się gryzie, nawet jeżeli został po części wyjaśniony. Również i ta część nie uniknęła wytykanych przeze mnie "wygodnych zbiegów okoliczności", ale na szczęście można uświadczyć ich mniej niż w drugim tomie.
I teraz przechodząc do szerszego obrazu: seria z pewnością posiada swój urok; magiczne przedmioty, które czasami nawiązują do znanych legend i opowiastek, sporadycznie do popkultury, a momentami będące wymysłami własnymi oraz samo ich katalogowanie to pomysł bardzo ciekawy, choć w mojej opinii był używany odrobinkę zbyt rzadko. Ponownie, na duży plus karty opisów z Wielkiej Księgi Magicznych Przedmiotów. Tak jak lubię obecność tych wszystkich artefaktów i dynksów, tak nigdy nie skakałem z radości, gdy na kartach pojawiała się jakaś faktycznie magiczna istota. Zapewne nie można mieć jednego bez drugiego, ale tak po prostu jakoś mi to wadziło. Poza kilkoma pierwszo- i drugoplanowymi postaciami z pewnymi cechami i dylematami, reszta osób to raczej kukły z nazwiskami, choć po serii, która liczy sobie dokładnie 1000 stron (wliczając w to redakcyjne i reklamowe) nie mogę raczej oczekiwać skomplikowanej kreacji co drugiej osoby. Trochę za bardzo zaznaczał tu swą obecność wątek miłosny, gdzie w poszczególnych książkach bohater doświadczał przeróżnych uczuć z tym związanych. Zostawienie istotnych, udanych i ciekawych fragmentów oraz wywalenie połowy pozostałych odbiłoby się pozytywnie na jakości serii.
Krótko podsumowując: nie jest to rzecz najlepsza, ale tym bardziej nie jest najgorsza. Może to być dobry start dla młodego czytelnika ze względu na niewielką objętość.
Część trzecia serii jest, w mojej skromnej opinii, tą dotychczas najlepszą.
Autor nakreślił bardziej różnorodną historię, uczynił ją ciekawszą i do tego poprawił zarzuty, które wytknąłem części poprzedniej: wątek miłosny nie wychodzi nachalnie na pierwszy plan, tylko siedzi na tylnym siedzeniu i zaledwie czasami daje o sobie znać, przy czym dodatkowo został on wpleciony do całkiem fajnego, choć odrobinę sztampowego, twistu; z drugiej strony świat magiczny zostaje widocznie poszerzony i urozmaicony, choć bez większego polotu.
Generalnie od pewnego momentu akcja nabiera tempa, dowiadujemy się nowych rzeczy, stawki są wysokie jak nigdy, a przychylne ułożenie gwiazd nie wydaje się tak naciągane, jak to było w tomie poprzednim. Zastanawiają jedynie pewne decyzje bohatera, choć w istocie działał on wtedy po wielką presją, a i koniec końców przecież dopiął swego, więc może nie będę dzielił włosa na czworo.
W drugim tomie mamy po prostu więcej tego samego, z pewnymi niekoniecznie udanymi zabiegami. To co wyraźnie rzuca się w oczy, przynajmniej w pierwszej połowie książki, to nadmiar uczuciowego międlenia - Finley rozważa wszystkie możliwości, dostaje ataków szału i jest niepojęcie zazdrosny. Takie elementy nie powinny wychodzić na pierwszy plan w książce o magicznych przedmiotach i zjawiskach.
Występuje też zaskakująco duża liczba sprzyjających i momentami naciąganych zbiegów okoliczności, dzięki którym fabuła zazębia się w jeden konkretny sposób.
Postaci negatywne - choć ich obecność w tej części jest doprawdy znikoma - mogą "pochwalić" się kreacją, motywacjami i wypowiedziami, które są kolejno nieciekawe, błahe i drewniane.
Generalnie dzieje się tu niewiele, co w istotny sposób popchnęłoby szeroko pojęty główny wątek do przodu, a postacie i ich relacje zmieniają się co najwyżej pod względem stricte uczuciowym.
Tym razem, chcąc trochę odpocząć, zdecydowałem się sięgnąć po jedną z serii, które czytałem młodszym będąc. Z pierwszego podejścia pamiętałem tylko, że akcja miała miejsce gdzieś na Wyspach Brytyjskich, bohaterem był nastoletni chłopak z małego miasteczka, posiadał on napakowanego i niekoniecznie rozgarniętego brata, zapałał natychmiastowym uczuciem do nowej dziewczyny w mieście oraz główne skrzypce grają tu magiczne przedmioty i zjawiska. Obok artefaktów wymyślonych specjalnie na potrzeby historii, znajdziemy tutaj też wariacje na temat dobrze nam znanych z różnych źródeł gadżetów, jak choćby peleryna niewidka.
Ale wracając do teraźniejszości: książkę czyta się po prostu dobrze, tempo praktycznie cały czas utrzymuje równowagę, choć, jak na mój gust, pod koniec sprawy przybierają zbyt poważne rozmiary jak na pierwszy tom większej historii. Mógłbym się jeszcze przyczepić do sporej liczby wtrąceń w stylu "wtedy stała się rzecz x, ale o tym dowiedziałem się dopiero później" lub "zauważyłem y, ale nie była mi znana prawdziwa natura rzeczy", choć to zapewne ruch mający wzbudzić zainteresowanie młodszych czytelników. Nie mam natomiast zastrzeżeń do warstwy językowej: poza standardowymi naiwnymi rozwiązaniami obecnymi w literaturze dla dzieci, dialogi, opisy i humor są zupełnie w porządku. Do tego wstawki w postaci opisów i rysunków magicznych przedmiotów stanowią wartościowy dodatek.
Tak jak zwykłem czynić w przypadku cykli/serii, taki i tutaj większe podsumowanie zrobię przy okazji ostatniej części.
Historię zaczynamy od pojedynczego rozdziału przybliżającego nam ciąg wydarzeń, który doprowadził do "przeniesienia się" bohatera ponad 200 lat w przyszłość. Panuje tu wręcz deliryczny nastrój: Graham plecie dziwne rzeczy, takoż też się zachowuje, a jego rozmówca, Isbister, nie za bardzo wie, co robić.
Gdy przenosimy się wreszcie do faktycznego miejsca i czasu akcji, wiemy siłą rzeczy trochę więcej niż sam protagonista - jest to głównie zarys świata przedstawionego - jednak o sporej części szczegółów dowiadujemy się wraz z nim. Co ciekawe, dosyć spokojnie przyjął on do wiadomości fakt, że przespał ponad 200 lat. Owszem, zdumiewają go wszelkie nowości, ale nie przyprawiają o palpitacje ani paraliż.
W książce tej niezmiernie podoba mi się zestawienie XIX-wiecznego "romantyzmu i moralności" Grahama z ciężkimi dla niego do pojęcia zjawiskami, które od dziesiątek lat są już standardem. Wiąże się to też oczywiście z niemocą zaakceptowania niektórych z nich i chęcią wprowadzenia zmian, które to z kolei łączą się z wszechwładzą głównego bohatera, traktowaniem go jak niegodnego ze względu na posiadanie niedostatecznej wiedzy na temat współczesnego świata i mentalne tkwienie w świecie minionym oraz odwiecznym motywem "zawsze znajdzie się ktoś chętny na przejęcie i nadużycie władzy".
Jak to bywa z pozycjami zawierającymi element podróży w przyszłość, zwłaszcza tych starych, tak i tu można poczynić kilka obserwacji: pojazdy powietrzne są bardzo istotne, a ich pilotaż jest zawodem elitarnym; miasta rosną również wzwyż, nie tylko wszerz; dziećmi ludzi zamożniejszych zajmują się specjalne ośrodki, by ci mogli zająć się swoimi sprawami; kobiety są zupełnie niezależne i wiele innych. Tak jak zauważył to autor posłowia, Wells musiał być niezłym obserwatorem, gdyż ww. elementy, które zawarł w tej książce, nie były w jego czasach aż tak oczywiste.
Patrząc na powyższą część wpisu można by dojść do wniosku, że lektura ta przypadła mi do gustu. Otóż nie za bardzo. Czytanie szło opornie, musiałem wręcz robić sobie przerwy, a to wszystko dlatego, że książka ta jest po prostu nudna. Niby nie uświadczymy tu perfidnych dłużyzn, które z czystym sercem dałoby się usunąć, ale, tak czy siak, jest to w moim mniemaniu pozycja przeciągnięta i nieciekawa, a nie jestem w stanie zaproponować rozwiązania, które mogłoby ten stan rzeczy zmienić.
Mimo wszystko uważam, że można się z tą książką zapoznać, choćby dla ujrzenia prognoz człowieka schyłku XIX wieku wobec przełomu XXI i XXII oraz z kronikarskiego obowiązku, by mieć za sobą pozycję, która zainspirowała twórców bardziej znanych antyutopii.
Pierwszy rozdział to rzut na głęboką wodę: masa słowotwórstwa, którego ni w ząb nie rozumiemy na równi z bohaterem, żadnych przerw, no i ciągnie się przez 70 stron - jestem zwolennikiem rozdziałów kilkunastostronicowych, a nie takich olbrzymów.
Przez dłuższy czas jesteśmy obserwatorami zmagań Hala ze zmianami, które zaszły na Ziemi pod jego ponadstuletnią nieobecność na Ziemi, próbami zrozumienia nowych pojęć i mechanizmów, które się za nimi kryją oraz doprowadziły do ich zaistnienia. Mniej więcej w połowie książki do akcji wkracza nieszczęsny wątek miłosny, który poza byciem diablo niezręcznym i niepokojącym, jest też okraszony druzgocącą ilością zawieszeń głosu w postaci wielokropków, które to - do wtóru z irytującą treścią - czynią czytanie czynnością (dużo tych "czy") doprawdy męczącą. Później dostajemy powiew świeżości będący niczym innym, jak przybliżeniem pewnego istotnego ciągu zdarzeń z kosmicznej wyprawy, domknięcie jednego ważnego wątku i raczej nieinteresujące zakończenie.
Jest to bardzo nierówna książka, która fragmenty traktujące o naturze człowieka, jego skłonności do nieracjonalnych, pod względem zwykłego przetrwania, działań i dążeń, rezultatach zaprzeczania temu wszystkiemu oraz olbrzymiej zależności ludzkości od robotyzacji przeplata albo stronicami przedłużającej się nudy, albo aczytelnej, uczuciowej rozterki.
W oczy rzuca się także momentami ciężka do przetrawienia interpunkcja, gdzie poszczególne myśli są na tyle odrębne od siebie, że dziwi użycie przecinka zamiast kropki lub choćby średnika. Autor w ogóle miał chyba jakąś ukrytą sympatię do przecinków, bo gdyby usunąć je z pewnych miejsc, to lektura postępowałaby płynniej.
Jeżeli przymkniecie oko na wspomniane mdłe fragmenty, to otrzymacie pozycję całkiem interesującą, choć w żadnym wypadku wybitną.
Jako że lubię okrągłe liczby, zakończenia pewnych zmagań i zbiegi okoliczności, to postanowiłem podzielić się z dzisiejszym połączeniem powyższych. Mianowicie przyszła dziś do mnie setna książka od Vespera i jest to dopiero drugie wydawnictwo, które osiągnęło u mnie wynik trzycyfrowy (prowadzi oczywiście MAG z miażdżącą przewagą). Do tego udało mi się skompletować wszystkie 8-studowe Speed Championy, a cholerę ze zdjęcią najciężej wyhaczyć w korzystnej cenie. Wisienką na torcie jest fakt, że obie te rzeczy dotarły do mnie idealnie w rocznicę pojawienia się na tym padole rozpaczy. Tyle ode mnie.
Gdybym miał jednym słowem opisać tę książkę, to użyłbym określenia "zwyczajna". Dosyć zwyczajne są tu postacie; świat przedstawiony - będący odzwierciedleniem okolic Nowego Orleanu lat 30. XX wieku - siłą rzeczy również do zwyczajnych można zaliczyć, nawet jeżeli niekoniecznie często bywa eksploatowany w beletrystyce; wreszcie zwyczajna i przewidywalna jest też historia, gdzie pewne wydarzenia można z dużą dozą pewności określić z wyprzedzeniem.
Czego by nie mówić, to w trakcie lektury zahaczamy o całkiem sporo tematów: rasizm w odmianach mniej i bardziej ekstremalnej, życiowy marazm lub innymi słowy zmęczenie życiem czy też oddanie sprawie. Niektóre z nich wyszły całkiem nieźle, inne przedstawiono w sposób trochę naciągany.
Dialogi nie należą do najmocniejszych elementów tej książki; odnoszę wrażenie, że wymiany zdań pomiędzy konkretnymi osobami opierają się cały czas na tych samych frazesach.
W żadnym wypadku nie jestem też fanem elementu nadprzyrodzonego, bez którego jednak książka ta albo by nie powstała, albo też przybrałaby zgoła inną postać. Niemniej jednak po prostu nie lubię, gdy w realiach sztywno osadzonych w rzeczywistości pojawia się element spoza niej, który destabilizuje tę delikatną równowagę.
Pozycja ta nie ma podjazdu do genialnych "Magicznych lat". Nazwałbym ją swoistą zapchajdziurą, bo ani nie była nadzwyczajnie wciągająca, ani nie przedstawiła sobą czegoś doprawdy ciekawego, nie mogła się też pochwalić wybitnym aspektem językowym. Nie wiem, czy określiłbym ją jako stratę czasu, ale po przeczytaniu jej czuję się totalnie obojętnie i nie jestem pewny, czy jest sens ją polecać.
Tym razem przyszła kolej na coś spoza szeroko pojętej fantastyki. W biblioteczce za dużego wyboru w tej gałęzi u mnie nie ma, więc wybór padł na McCarthy'ego, bo od niego nagromadziło się już kilka książek.
Zacznę od razu od największego zarzutu: gdzie wyodrębnienie dialogów lub po prostu kwestii mówionych i operowanie znakami z tym związanych? Ludzie w internecie tłumaczyli to po prostu stylem autora oraz pod pewnymi względami nawiązaniem do form pisanych z tamtych czasów (stąd np. słowa lub frazy klucze mówiące o istotnych wydarzeniach rozdziału, obecne na samym jego początku, będące odniesieniem do pamiętników czy też dzienników). Jasne, tylko podobno wszystkie jego książki mają tę przypadłość, a zakładam, że nie traktują o tym samym i nie dzieją się w tych samych czasach, więc jest to w mojej opinii pewne ograniczenie i niekoniecznie chlubny powód do wyróżniania się.
Odchodząc od kwestii stricte technicznych: pierwsze sto stron z hakiem jakoś źle się śledziło, dopiero później historia weszła na bardziej jednorodne tory i nawet pomimo wspomnianych wyżej niewyodrębnionych dialogów czytanie było już wtedy czynnością dalece ciekawszą. W pewnym momencie zapisałem w notatkach, że "spodziewałem się bezwstydnej, pozbawionej hamulców przemocy, a to po prostu realia", a dosłownie kilka stron później nastąpił fragment z największą masakrą w tej książce. Później również znalazło jej się sporo, ale nie była to przemoc wynikająca z jakichś głębszych przekonań, złośliwości czy zemsty, a raczej z przekonań w stylu "to po prostu indianiec" i wyzucia z człowieczeństwa. Tak jak napisałem w notatce: takie realia i wracamy do zbierania skórek. Nie wiem jaką śnieżynką trzeba być, by przerwać czytanie przez "nadmierną przemoc", choć nie można zaprzeczyć, że czyny zbieraniny są, delikatnie mówiąc, niewybaczalne.
Znaczna środkowa część książki to głównie obozowanie, gonitwy, potyczki, masakry, rozróby w miasteczkach i wynurzenia Sędziego, wszystko w pętli, i dopiero na ostatnich mniej więcej stu stronach przedstawione są kwestie odpowiedzialności i przemyśleń egzystencjalnych (zwłaszcza na samym końcu). Bodaj najbardziej podobał mi się rozdział 10., przybliżający postać Sędziego. Wspomnę jeszcze króciutkio o samym języku: owszem, bogaty i operujący odpowiednimi pojęciami, choć już porównania, metafory i opisy zanadto momentami odlatują w bezznaczeniowy i przesadzony bełkot.
Nie oczekujcie ode mnie interpretacji zakończenia, postaci Sędziego i dzieciaka, bo tego typu sprawy, zwłaszcza w tak nieoczywistych książkach, są zdecydowanie ponad moje skromne możliwości.
Na samym początku za te nieszczęsne kwestie mówione chciałem dać bardzo niską ocenę, później trochę złagodniałem i miała wylądować 7, ale żeby pozostać wiernym postanowieniu z początku, leci oczko mniej.
Generalnie jest to książka obrazowa, bezpośrednia i ciężka; błędem jest podchodzenie do niej z biegu, tak o. Nie wiem, komu ją polecić. Komuś, kto lubi obserwować czystkę rdzennych mieszkańców Ameryki? A poważniej, to osobom, które chcą zobaczyć obraz tamtych obszarów i czasów będący zupełnym przeciwieństwem słodzenia.
Cotygodniowe wynurzenia zacznę - niespodzianka - od początku. Pomijając króciutki prolog, jesteśmy świadkami wkroczenia Helwarda w poczet dorosłych członków społeczności miasta oraz obranie przez niego ścieżki kariery. Przez ok. 100 stron obserwujemy jego praktyki w jednym z cechów odpowiedzialnych za różne aspekty utrzymywania miasta na chodzie - dosłownie i w przenośni. W tym czasie bliżej poznajemy bohatera, a także znajdujemy pierwsze okruchy ogólnej tajemnicy. Generalnie ten fragment przebiega bardzo niespiesznie, ale nie ma w tym nic złego. Jedynie pod koniec wydarzenia, które opisywane wcześniejszym tempem zapełniłyby kolejne 100 stron, zostały streszczone na zaledwie kilku.
Prawdziwa jazda zaczyna się, gdy Helward wyrusza na wyprawę do dosyć odległego miejsca. Nie opiszę oczywiście, o co dokładnie chodziło, ale obserwowanie pogłębiających się abstrakcyjnych skutków i próby odgadnięcia ich przyczyn zmuszały mózg do pracy na wyższych obrotach. Ostatecznie nie jestem w stanie określić ile (nie "czy") było w tym wszystkim nieścisłości, ale wg mnie w tym przypadku liczy się unikalny efekt.
Później historia schodzi na dosyć nijakie tory, w których z jednej strony mamy palące kwestie społeczne, a z drugiej niejasne relacje. Dalej w dosyć krótkim czasie poznajemy odpowiedzi na wszystkie pytania, które, nie ukrywam, nie należą do najbardziej satysfakcjonujących. Do tego akcja urywa się - może i w pewnym ustalonym punkcie, ale jednak nagle; epilog byłby doprawdy mile widziany.
Generalnie książka pochylała się nad dosyć istotnymi zagadnieniami, do których można zaliczyć m.in. bezwzględne podporządkowanie zasadom, przetrwanie za wszelką cenę oraz prawo do wiedzy; wg mnie te trzy najmocniej zaznaczały swoją obecność w historii. Odnoszę wrażenie, że postawa protagonisty wobec nich wszystkich była, powiedzmy, niejednoznaczna.
W ogólnym rozrachunku książka bardzo mi się podobała, w głównej mierze za przedstawienie doprawdy unikalnej kreacji świata, której zgłębianie było ciekawym doświadczeniem. Wyjaśnienie tajemnicy niestety nie dowiozło, a historia od pewnego momentu traci na impecie. Tak czy siak zdecydowanie polecam, choćby dla poszerzenia sajfajowych horyzontów.
Po poprzednich miernych częściach do tej podchodziłem z nastawieniem "po prostu odhaczyć". Ta zdecydowanie jest najlepsza, choć i tak słaba z niej książka.
Spośród całego cyklu uświadczymy tutaj najmniej ewidentnych głupot i idiotycznych decyzji; nie zostały one wyplenione doszczętnie, ale człowiek uodpornił się na takie stężenie po końskich dawkach w dwóch poprzednich tomach.
Dylematy miłosne na początku brną w oklepane farmazony, choć później stają się ociupinkę bardziej zniuansowane. I pozostając w tym temacie: w każdej książce przynajmniej raz został wspomniany kwaśny zapach, czy to oddechu, czy to ciała w odniesieniu do płci przeciwnej. To jakieś skrzywienie? I dalej ciągnąc tematykę, choć tu już kryptycznie: w rozdziale "Odważni" i następnym autor w świetny sposób zagrał na oczekiwaniach czytelników.
Podobało mi się ukazanie płynnej moralności Yarviego, choć z drugiej strony notoryczne paplanie o "mniejszym źle, większym dobru i wszystkich ich kombinacjach", wspominane niekiedy z pretensjonalnym patosem, doprowadzało mnie momentami do szału.
Ciekawy, choć od drugiej części bardzo przewidywalny wątek tyczący się całego świata wywołał u mnie zgrzyt o tyle, że cała jego mistyka opiera się tylko i wyłącznie na nazewnictwie. Utrzymanie jego tajemniczości w ekranizacji byłoby niemożliwe.
Serii tej nie polecam. Cała historia Yarviego faktycznie jest dosyć ciekawa i niejednoznaczna, ale przedstawienie i zachowania części innych postaci, pewne elementy konstrukcji opowieści oraz wiele rozwiązań zwyczajnie urąga logicznemu myśleniu i skutecznie obrzydza lekturę.
@WujekAlien najlepszy w tej trylogii, czyli generalnie dalej słaby. W sumie zabawne, bo jak zerknąłem na Reddita w poszukiwaniu bratnich dusz jadących po tym "utworze", to ludziom najmniej się podobał właśnie tom 3., a cała seria większości przypadła do gustu. Jakiś lustrzany wszechświat.
Ostrzegam uprzejmie, że będą nieoznaczone spoilery.
Jeszcze nigdy nie spotkałem się z taki Głupim (specjalnie z wielkiej) początkiem jakiejkolwiek historii: pod koniec pierwszego rozdziału dziewczyna podczas ostrego sparingu przeciwko trzem chłopakom przez przypadek zabija jednego z nich; fechmistrz - z typowym dla poślednich książeczek cliffhangerowym patosem - ogłasza ją morderczynią. Ten fragment był tak bezgranicznie głupi, że gdybym nie miał zasady każącej kończyć mi zaczęte książki, to rzuciłbym to cholerstwo po pierwszych kilku stronach. Później jest jeszcze lepiej: wspomniany mistrz fechtunku złożył raczej niepełne zeznania; jeden ze świadków zajścia - inny młody wojownik - udał się do ministra, by przedstawić swoją wersję wydarzeń. A ten co mu odpowiedział? Parafrazując: "Aha, czyli zrzuciłeś na mnie ciężar swojej wiedzy, bym to ja miał dodatkowy problem z podjęciem lub zmianą decyzji. Spadaj, mam lepsze rzeczy do roboty". Czyli człowiek, który ma zajmować się m.in. sprawą rozstrzygania morderstw narzeka, że musi zajmować się rozstrzyganiem morderstw. Tego dnia straciłem niejedną szarą komórkę.
Jakiś czas później, mniej więcej w połowie książki, jeden z członków załogi zabił sześciu przeciwników, ale z jakiegoś powodu paść trupem musiało w sumie siedem osób, no i zamiast wybrać kogoś z dogorywających na polu bitwy oponentów, to dobił rannego towarzysza. Co to ma być? W następnym rozdziale wyjaśniono wygodnie, że i tak by nie przeżył. Naturalnie.
Pomijając skasztaniony ponad wszelkie wyobrażenie początek, największym problemem tej książki jest jej brnięcie w stereotyp YA, a mianowicie osiąganie przez nastolatków absolutnego mistrzostwa w jakimś fachu lub wyczynów uważanych powszechnie za niemożliwe nawet dla dorosłego, który w danym temacie się specjalizuje, i to w przeciągu kilku miesięcy. Napiszę o co chodzi, bo z góry zakładam, że nie będziecie czytać tego kompostu:
- główna bohaterka ze zwykłej uczennicy wywijania mieczem zamienia się po kilku miesiącach treningów pod pieczą absolutnie paskudnej baby w arcymistrzynię władania ostrzem. To jakaś interpretacja Stachu Jonesa, który wyszkolił ją w jeden księżyc?
- główny bohater w pewnym momencie, w wyniku niefortunnego ciągu wydarzeń, jest jedyną osobą utrzymującą przenoszony lądem okręt od zjazdu ze wzgórza. Jeden, może i dopakowany, ale wciąż młodzik.
- młodsza siostra bohatera odkrywa nowy sposób wytopu stali i w ciągu mniej niż roku z czeladniczki zamienia się w mistrzynię, która odbiera zamówienia od króla, ale nie wiem jakim cudem nadąża z produkcją, skoro nikomu nie ufa z zawierzeniem nowej metody.
Reszta książki przebiega dosyć standardowo, postaci z pierwszej książki mają jednak trochę większy udział w wydarzeniach niż się pierwotnie spodziewałem, a wielopoziomowa intryga i sieć powiązań znowu jest jedynym wartościowym elementem tej pozycji. Zapomniałem w sumie wspomnieć o wątku miłośnym z cylku "przeciwieństwa się przyciągają, ale jednak nie, ale jednak tak". Dziewczyna jest ze wszech miar okropna, w moich oczach zupełnie nie zasługuje na momentami niezdecydowanwgo i nierozgarniętego, ale jednak bardzo porządnego chłopaka, a gdyby nie daj boże zamienić ich rolami, to ryk, kwik i niesmak docelowych odbiorców byłyby przepotężne.
Podsumowując, wszystkie ww. Bolączki (znowu celowo z wielkiej) urągają inteligencji czytelnika i zwykłej logice. Absolutnie nie polecam. Cierpię, byście Wy nie musieli.
Postaram się nie pisać wypracowania, tak jak mi to czasem wychodzi, ale generalnie książka charakteryzuje się cechami - w moim mniemaniu - typowego YA (a piszę "w moim mniemaniu", bo pełnokrwistego YA nie czytałem, nie zamierzam i wszystko opiera się na moich uprzedzeniach wobec tego podgatunku [dosłownie i w przenośni]):
- podejście do miłości/zauroczenia. Chłopak pierwszy raz spotyka przyrzeczoną wcześniej jego bratu, a teraz jemu samemu dziewczynę, znajduje z nią cienką nić porozumienia i po wyjeździe z miasta wspomina ją jak długoletnią partnerkę. A później, w sytuacji pełnego napięcia, od którego zależy jego życie, zwraca szczególną uwagę na nikłe zmarszczki i zapach oddechu oraz myśli o pocałunku dziewczyny, która w danej chwili ma władzę nad jego losem. No litości;
- pełno one-linerów i "ciętych" ripost w stylu komentowania "ale jestem zmęczony" "jak się tobą zajmę, to wtedy dopiero poznasz definicję słowa «zmęczony»". Raz na jakiś czas - czemu nie, ale umieszczanie tego na dosłownie każdej stronie męczy i żenuje;
- wątpliwe i głupie decyzje postaci. Pod tym względem największy dysonans odczułem w końcowej części książki, po największym twiście, który został mi skutecznie obrzydzony właśnie przez wyciągnięte ni stąd, ni zowąd wybory;
- infantylność, naiwność i małostkowość postaci. Niby dorośli ludzie, a czasami zachowują się jak najgorsze bachory. Pod pierwszy z wymienionych rzeczowników podpiąłbym jeszcze godne pożałowania "retrospekcyjne porady" chłopka-roztropka, które bohater przypomina sobie w różnych momentach, wywołujące u mnie swoją banalnością salwy śmiechu i skręty kiszek jednocześnie.
- to już nie przypadłość podgatunku, a tej książki. Główny bohater ma zniekształconą rękę i z tego powodu nazywają go pół-mężczyzną. Niestety, jeżeli raz na 10 stron nie pojawi się słowo lub określenie zawierające "pół", robiące z protagonisty ofiarę losu lub czytelnikom papkę z mózgu, to jest to 10 stron straconych.
Najlepszym elementem książki jest jej wielowarstwowa intryga, która w istocie potrafi człowieka zaskoczyć oraz momentami zdumiewająca sieć powiązań. Nienajgorsza jest też powstała w pewnym momencie drużyna, choć notoryczne przerzucanie się wspomnianymi ripostami działa na nerwy. Na plus stosunkowo zamknięta struktura powieści, pozwalająca na zakończenie przygody z tym światem na niniejszej pozycji - kontynuacja ma nowych bohaterów, a co poniektórzy z tej książki grają co najwyżej role drugoplanowe.
Książka w ogólnym rozrachunku mierna i wątpię, żeby stan ten poprawił się w częściach kolejnych. Nie polecam.
Książka już od pierwszych stron przekonała mnie do siebie formą narracji (oraz stylem jej prowadzenia), będącą właściwie relacją z wydarzeń, czasem zasłyszanych od kogoś innego.
Mamy tu do czynienia z incydentem z nieznanym obiektem i niewyjaśnionymi właściwościami przestrzeni w roli głównej. Po czasie wychodzi na jaw, że praktycznie wszystkie zdolne do tego kobiety doznały niepokalanego poczęcia. I tutaj pojawia się pierwszy i właściwie ostatni zgrzyt, którego jednakże znaczenie z czasem narasta, dlatego nie będę opisywał jego późniejszych objawów, a jedynie te początkowe. Mianowicie: czemu całe miasteczko nie znalazło się pod kloszem? Czemu ciężarne nie zostały zgarnięte pod obserwację 24/7? Czemu nikt nawet nie pomyślał o aborcji? Wydaje mi się, że jeżeli kilkadziesiąt kobiet zachodzi jednocześnie w niewyjaśnioną ciążę, to nie mamy do czynienia z normalną sytuacją i nic dobrego z tego nie wyniknie. Chodziło o "PR", prawo, moralność? Tematy te są swoją drogą poruszane, ale nikt nie dochodzi do jednoznacznej konkluzji.
Kontynuując ten wątek: Zellaby - pisarz, jeden z moich ulubionych archetypów postaci (czyli konkretny dziadek) oraz chyba swoisty awatar autora - raczy swoich rozmówców - i w rezultacie czytelników - najróżniejszymi dywagacjami, których tematyka pokrywa się z obecnymi na kartach książki wydarzeniami, a później ewoluuje wraz z ich rozwojem, poczynając choćby od zagadnienia, o którym pisałem w poprzednim akapicie, poprzez naturę prawa (oraz pod pewnym względem prawo natury), a kończąc na ewolucji cywilizacji. Są oczywiście obecne również inne osoby, większość "jednorazowych", kilka istotnych (w tym narrator), ale nie ma wątpliwości, że to właśnie Zellaby jest personą w tej książce najistotniejszą.
Doprawdy interesująca i wartościowa pozycja, choć nie ukrywam, że z chęcią zapoznałbym się z wersją, gdzie rząd nie bałby się pobrudzić sobie rąk. Pomijając nawet ten kulośnieżny zgrzyt, który mogę jedynie zwalić na mój światopogląd, to po niniejszą książkę zdecydowanie warto sięgnąć.
Aha, okładka jest paskudnym przykładem paskudnego użycia AI i nic mojego zdania nie zmieni. Myślicie, że dlaczego ręce są ukryte?
Do Gaimana, a raczej jego twórczości, byłem uprzedzony już od pierwszej przeczytanej książki. Chodzi chyba o pewną pretensjonalność, podszytą sztuczną nonszalancją. Było to w poprzednich czterech, jest obecne i w piątej. Po prostu jakoś mnie to wewnętrznie irytuje.
Szybko wspomnę jeszcze, że przy okazji czytania zbioru z gębą autora na okładce, gdzie zawarty został kawałek "Jak Markiz odzyskał swój płaszcz" (obecny swoją drogą i tutaj, jako dodatek po głównym daniu), wyraziłem chęć przeczytania innej historii z markizem - cóż, to jednak nie to samo.
Historia zaczyna się zwyczajnie, lecz nie musimy długo czekać na zawiązanie akcji prowadzącej do głębi Londynu i innego świata. Po drodze poznajemy całkiem sporo postaci, z których każda ma w opowieści swoje miejsce i znaczna większość z nich nie pojawia się tylko jeden raz. Przyznam niechętnie, że spora część środka książki pod pewnym względem wleciała jednym okiem i wyleciała drugim. Wątek podjąłem ponownie mniej więcej w 3/4 historii, gdyż wtedy zaczęły wyjaśniać się całkiem istotne kwestie, ale dostrzegłem tam pewne elementy, które niezbyt mi pasowały, lecz by je przybliżyć muszę posłużyć się SPOILERAMI:
.
.
.
.
.
- mnisi mieli rzekomo oddać klucz wedle własnego uznania co do stanu Inslingtona, a nie w ramach gierki. To jednak nie była przecież jakaś błaha sprawa. No ale kto im zabroni.
- poinformowanie drużyny "nie należało do ich (mnichów) obowiązków". Ponownie - bohaterowie udali się go (Inslingtona) uwolnić, ale fakt, że jest diabelsko (zamierzone) groźny nie był aż tak istotny, by im o tym wspomnieć. Taki tam szczególik.
- jeżeli Portyk wiedział o spaczeniu Anioła, to czemu nie powiedział o tym Drzwi osobiście, zamiast polegać na pamiętniku?
.
.
.
.
.
KONIEC SPOILERÓW
Mimo wszystko czytało się to całkiem nieźle, bodaj najlepiej z dotychczasowych książek autora. Najbardziej podobał mi się ostatni rozdział, będący kulminacją przemiany bohatera i ugruntowaniem go jako nowej osoby. No i nie można zapomnieć o mającym tu miejsce, jakże satysfakcjonującym prztyku w nos.
Za te irytujące gaimanowe manieryzmy ocena taka, a nie inna. Gdyby wyszło to spod pióra kogokolwiek poza faktycznym autorem, to ocena byłaby zapewne o oczko wyższa.
No i na deser, z cyklu przywalania się do szczegółów: biliony na str. 185, w odniesieniu do wieku wszechświata, zostały przetłumaczone dosłownie zamiast prawidłowo - na miliardy. No chyba że to jakieś twórcze wyolbrzymienie.
@Cerber108 mi sie podobało [spoiler] że na targ szli jakimś magicznym mostem śmierci co skończyło się zgubą Amastazji MIMO ŻE FINALNIE TEN JARMARK I TAK ODBYWAŁ SIE W NORMALNYM MIEJSCU LONDYNU I MOGLI TAM IŚĆ NORMALNIE XD