#ksiazkicerbera

0
135

513 + 1 = 514


Tytuł: Pół świata

Autor: Joe Abercrombie

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Rebis

Format: książka papierowa

ISBN: 9788383380865

Liczba stron: 452

Ocena: 3/10


Ostrzegam uprzejmie, że będą nieoznaczone spoilery.

Jeszcze nigdy nie spotkałem się z taki Głupim (specjalnie z wielkiej) początkiem jakiejkolwiek historii: pod koniec pierwszego rozdziału dziewczyna podczas ostrego sparingu przeciwko trzem chłopakom przez przypadek zabija jednego z nich; fechmistrz - z typowym dla poślednich książeczek cliffhangerowym patosem - ogłasza ją morderczynią. Ten fragment był tak bezgranicznie głupi, że gdybym nie miał zasady każącej kończyć mi zaczęte książki, to rzuciłbym to cholerstwo po pierwszych kilku stronach. Później jest jeszcze lepiej: wspomniany mistrz fechtunku złożył raczej niepełne zeznania; jeden ze świadków zajścia - inny młody wojownik - udał się do ministra, by przedstawić swoją wersję wydarzeń. A ten co mu odpowiedział? Parafrazując: "Aha, czyli zrzuciłeś na mnie ciężar swojej wiedzy, bym to ja miał dodatkowy problem z podjęciem lub zmianą decyzji. Spadaj, mam lepsze rzeczy do roboty". Czyli człowiek, który ma zajmować się m.in. sprawą rozstrzygania morderstw narzeka, że musi zajmować się rozstrzyganiem morderstw. Tego dnia straciłem niejedną szarą komórkę.

Jakiś czas później, mniej więcej w połowie książki, jeden z członków załogi zabił sześciu przeciwników, ale z jakiegoś powodu paść trupem musiało w sumie siedem osób, no i zamiast wybrać kogoś z dogorywających na polu bitwy oponentów, to dobił rannego towarzysza. Co to ma być? W następnym rozdziale wyjaśniono wygodnie, że i tak by nie przeżył. Naturalnie.

Pomijając skasztaniony ponad wszelkie wyobrażenie początek, największym problemem tej książki jest jej brnięcie w stereotyp YA, a mianowicie osiąganie przez nastolatków absolutnego mistrzostwa w jakimś fachu lub wyczynów uważanych powszechnie za niemożliwe nawet dla dorosłego, który w danym temacie się specjalizuje, i to w przeciągu kilku miesięcy. Napiszę o co chodzi, bo z góry zakładam, że nie będziecie czytać tego kompostu:

- główna bohaterka ze zwykłej uczennicy wywijania mieczem zamienia się po kilku miesiącach treningów pod pieczą absolutnie paskudnej baby w arcymistrzynię władania ostrzem. To jakaś interpretacja Stachu Jonesa, który wyszkolił ją w jeden księżyc?

- główny bohater w pewnym momencie, w wyniku niefortunnego ciągu wydarzeń, jest jedyną osobą utrzymującą przenoszony lądem okręt od zjazdu ze wzgórza. Jeden, może i dopakowany, ale wciąż młodzik.

- młodsza siostra bohatera odkrywa nowy sposób wytopu stali i w ciągu mniej niż roku z czeladniczki zamienia się w mistrzynię, która odbiera zamówienia od króla, ale nie wiem jakim cudem nadąża z produkcją, skoro nikomu nie ufa z zawierzeniem nowej metody.

Reszta książki przebiega dosyć standardowo, postaci z pierwszej książki mają jednak trochę większy udział w wydarzeniach niż się pierwotnie spodziewałem, a wielopoziomowa intryga i sieć powiązań znowu jest jedynym wartościowym elementem tej pozycji. Zapomniałem w sumie wspomnieć o wątku miłośnym z cylku "przeciwieństwa się przyciągają, ale jednak nie, ale jednak tak". Dziewczyna jest ze wszech miar okropna, w moich oczach zupełnie nie zasługuje na momentami niezdecydowanwgo i nierozgarniętego, ale jednak bardzo porządnego chłopaka, a gdyby nie daj boże zamienić ich rolami, to ryk, kwik i niesmak docelowych odbiorców byłyby przepotężne.

Podsumowując, wszystkie ww. Bolączki (znowu celowo z wielkiej) urągają inteligencji czytelnika i zwykłej logice. Absolutnie nie polecam. Cierpię, byście Wy nie musieli.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #joeabercrombie #rebis #morzedrzazg #ksiazkicerbera

5974b7af-b4cf-4e18-8312-8c0a5ef09f87

Zaloguj się aby komentować

457 + 1 = 458


Tytuł: Pół króla

Autor: Joe Abercrombie

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Rebis

Format: książka papierowa

ISBN: 9788383380582

Liczba stron: 400

Ocena: 5/10


Postaram się nie pisać wypracowania, tak jak mi to czasem wychodzi, ale generalnie książka charakteryzuje się cechami - w moim mniemaniu - typowego YA (a piszę "w moim mniemaniu", bo pełnokrwistego YA nie czytałem, nie zamierzam i wszystko opiera się na moich uprzedzeniach wobec tego podgatunku [dosłownie i w przenośni]):

- podejście do miłości/zauroczenia. Chłopak pierwszy raz spotyka przyrzeczoną wcześniej jego bratu, a teraz jemu samemu dziewczynę, znajduje z nią cienką nić porozumienia i po wyjeździe z miasta wspomina ją jak długoletnią partnerkę. A później, w sytuacji pełnego napięcia, od którego zależy jego życie, zwraca szczególną uwagę na nikłe zmarszczki i zapach oddechu oraz myśli o pocałunku dziewczyny, która w danej chwili ma władzę nad jego losem. No litości;

- pełno one-linerów i "ciętych" ripost w stylu komentowania "ale jestem zmęczony" "jak się tobą zajmę, to wtedy dopiero poznasz definicję słowa «zmęczony»". Raz na jakiś czas - czemu nie, ale umieszczanie tego na dosłownie każdej stronie męczy i żenuje;

- wątpliwe i głupie decyzje postaci. Pod tym względem największy dysonans odczułem w końcowej części książki, po największym twiście, który został mi skutecznie obrzydzony właśnie przez wyciągnięte ni stąd, ni zowąd wybory;

- infantylność, naiwność i małostkowość postaci. Niby dorośli ludzie, a czasami zachowują się jak najgorsze bachory. Pod pierwszy z wymienionych rzeczowników podpiąłbym jeszcze godne pożałowania "retrospekcyjne porady" chłopka-roztropka, które bohater przypomina sobie w różnych momentach, wywołujące u mnie swoją banalnością salwy śmiechu i skręty kiszek jednocześnie.

- to już nie przypadłość podgatunku, a tej książki. Główny bohater ma zniekształconą rękę i z tego powodu nazywają go pół-mężczyzną. Niestety, jeżeli raz na 10 stron nie pojawi się słowo lub określenie zawierające "pół", robiące z protagonisty ofiarę losu lub czytelnikom papkę z mózgu, to jest to 10 stron straconych. 

Najlepszym elementem książki jest jej wielowarstwowa intryga, która w istocie potrafi człowieka zaskoczyć oraz momentami zdumiewająca sieć powiązań. Nienajgorsza jest też powstała w pewnym momencie drużyna, choć notoryczne przerzucanie się wspomnianymi ripostami działa na nerwy. Na plus stosunkowo zamknięta struktura powieści, pozwalająca na zakończenie przygody z tym światem na niniejszej pozycji - kontynuacja ma nowych bohaterów, a co poniektórzy z tej książki grają co najwyżej role drugoplanowe.

Książka w ogólnym rozrachunku mierna i wątpię, żeby stan ten poprawił się w częściach kolejnych. Nie polecam.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #joeabercrombie #morzedrzazg #rebis #ksiazkicerbera

0b961127-38a8-43d8-9e0f-1f9b3bd7fa06

Wybacz ale nie czytam nic z tego wpisu bo właśnie wczoraj zacząłem ją czytać. Kupiłem jakiś czas temu na przecenie w Auchan

Są jeszcze 2 ksiażki w serii.

@Cerber108 Przeglądając kolejne punkty miałem wrażenie, że czytam swoją opinię na temat Ostrza z Pierwszego Prawa ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Zaloguj się aby komentować

416 + 1 = 417


Tytuł: Kukułcze jaja z Midwich

Autor: John Wyndham

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Rebis

Format: książka papierowa

ISBN: 9788383382470

Liczba stron: 248

Ocena: 8/10


Książka już od pierwszych stron przekonała mnie do siebie formą narracji (oraz stylem jej prowadzenia), będącą właściwie relacją z wydarzeń, czasem zasłyszanych od kogoś innego.

Mamy tu do czynienia z incydentem z nieznanym obiektem i niewyjaśnionymi właściwościami przestrzeni w roli głównej. Po czasie wychodzi na jaw, że praktycznie wszystkie zdolne do tego kobiety doznały niepokalanego poczęcia. I tutaj pojawia się pierwszy i właściwie ostatni zgrzyt, którego jednakże znaczenie z czasem narasta, dlatego nie będę opisywał jego późniejszych objawów, a jedynie te początkowe. Mianowicie: czemu całe miasteczko nie znalazło się pod kloszem? Czemu ciężarne nie zostały zgarnięte pod obserwację 24/7? Czemu nikt nawet nie pomyślał o aborcji? Wydaje mi się, że jeżeli kilkadziesiąt kobiet zachodzi jednocześnie w niewyjaśnioną ciążę, to nie mamy do czynienia z normalną sytuacją i nic dobrego z tego nie wyniknie. Chodziło o "PR", prawo, moralność? Tematy te są swoją drogą poruszane, ale nikt nie dochodzi do jednoznacznej konkluzji.

Kontynuując ten wątek: Zellaby - pisarz, jeden z moich ulubionych archetypów postaci (czyli konkretny dziadek) oraz chyba swoisty awatar autora - raczy swoich rozmówców - i w rezultacie czytelników - najróżniejszymi dywagacjami, których tematyka pokrywa się z obecnymi na kartach książki wydarzeniami, a później ewoluuje wraz z ich rozwojem, poczynając choćby od zagadnienia, o którym pisałem w poprzednim akapicie, poprzez naturę prawa (oraz pod pewnym względem prawo natury), a kończąc na ewolucji cywilizacji. Są oczywiście obecne również inne osoby, większość "jednorazowych", kilka istotnych (w tym narrator), ale nie ma wątpliwości, że to właśnie Zellaby jest personą w tej książce najistotniejszą.

Doprawdy interesująca i wartościowa pozycja, choć nie ukrywam, że z chęcią zapoznałbym się z wersją, gdzie rząd nie bałby się pobrudzić sobie rąk. Pomijając nawet ten kulośnieżny zgrzyt, który mogę jedynie zwalić na mój światopogląd, to po niniejszą książkę zdecydowanie warto sięgnąć.

Aha, okładka jest paskudnym przykładem paskudnego użycia AI i nic mojego zdania nie zmieni. Myślicie, że dlaczego ręce są ukryte?


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #johnwyndham #rebis #papierowywehikulczasu #ksiazkicerbera

de20e9bf-7eb6-4f44-8eaf-f18a98e8a631

Zaloguj się aby komentować

398 + 1 = 399


Tytuł: Nigdziebądź

Autor: Neil Gaiman

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: MAG

Format: książka papierowa

ISBN: 9788374806626

Liczba stron: 384

Ocena: 7/10


Do Gaimana, a raczej jego twórczości, byłem uprzedzony już od pierwszej przeczytanej książki. Chodzi chyba o pewną pretensjonalność, podszytą sztuczną nonszalancją. Było to w poprzednich czterech, jest obecne i w piątej. Po prostu jakoś mnie to wewnętrznie irytuje.

Szybko wspomnę jeszcze, że przy okazji czytania zbioru z gębą autora na okładce, gdzie zawarty został kawałek "Jak Markiz odzyskał swój płaszcz" (obecny swoją drogą i tutaj, jako dodatek po głównym daniu), wyraziłem chęć przeczytania innej historii z markizem - cóż, to jednak nie to samo.

Historia zaczyna się zwyczajnie, lecz nie musimy długo czekać na zawiązanie akcji prowadzącej do głębi Londynu i innego świata. Po drodze poznajemy całkiem sporo postaci, z których każda ma w opowieści swoje miejsce i znaczna większość z nich nie pojawia się tylko jeden raz. Przyznam niechętnie, że spora część środka książki pod pewnym względem wleciała jednym okiem i wyleciała drugim. Wątek podjąłem ponownie mniej więcej w 3/4 historii, gdyż wtedy zaczęły wyjaśniać się całkiem istotne kwestie, ale dostrzegłem tam pewne elementy, które niezbyt mi pasowały, lecz by je przybliżyć muszę posłużyć się SPOILERAMI:

.

.

.

.

.

- mnisi mieli rzekomo oddać klucz wedle własnego uznania co do stanu Inslingtona, a nie w ramach gierki. To jednak nie była przecież jakaś błaha sprawa. No ale kto im zabroni.

- poinformowanie drużyny "nie należało do ich (mnichów) obowiązków". Ponownie - bohaterowie udali się go (Inslingtona) uwolnić, ale fakt, że jest diabelsko (zamierzone) groźny nie był aż tak istotny, by im o tym wspomnieć. Taki tam szczególik.

- jeżeli Portyk wiedział o spaczeniu Anioła, to czemu nie powiedział o tym Drzwi osobiście, zamiast polegać na pamiętniku?

.

.

.

.

.

KONIEC SPOILERÓW

Mimo wszystko czytało się to całkiem nieźle, bodaj najlepiej z dotychczasowych książek autora. Najbardziej podobał mi się ostatni rozdział, będący kulminacją przemiany bohatera i ugruntowaniem go jako nowej osoby. No i nie można zapomnieć o mającym tu miejsce, jakże satysfakcjonującym prztyku w nos.

Za te irytujące gaimanowe manieryzmy ocena taka, a nie inna. Gdyby wyszło to spod pióra kogokolwiek poza faktycznym autorem, to ocena byłaby zapewne o oczko wyższa.


No i na deser, z cyklu przywalania się do szczegółów: biliony na str. 185, w odniesieniu do wieku wszechświata, zostały przetłumaczone dosłownie zamiast prawidłowo - na miliardy. No chyba że to jakieś twórcze wyolbrzymienie.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #neilgaiman #mag #ksiazkicerbera

fa9be857-5ada-4622-a2c2-2cbb0e0e152f

@Cerber108 mi sie podobało [spoiler] że na targ szli jakimś magicznym mostem śmierci co skończyło się zgubą Amastazji MIMO ŻE FINALNIE TEN JARMARK I TAK ODBYWAŁ SIE W NORMALNYM MIEJSCU LONDYNU I MOGLI TAM IŚĆ NORMALNIE XD

Zaloguj się aby komentować

356 + 1 = 357


Tytuł: Grobowiec. Zaraza

Autor: Jakub Bielawski, Paweł Ciećwierz, Bartłomiej Grubich, Grzegorz Kopiec, Maciej Krzywiński, Sebastian Królikowski, Dawid Lipski, Konrad Możdżeń, Łukasz Radecki, Tomasz Sablik, Kamil Staniszek, Wojciech Uszok, Krzysztof Wroński, Anna Maria Wybraniec, Robert Ziębiński

Kategoria: horror

Wydawnictwo: Vesper

Format: książka papierowa

ISBN: 9788377313732

Liczba stron: 548

Ocena: 7/10


Jak to bywa u mnie ze zbiorami, maznę kilka słów na temat każdego tekstu, który się w środku znalazł.

"Wdowi tom" ma to, co w krótkich formach bardzo lubię: jednozdaniową puentę na samym końcu. Rosnące uczucie niepokoju, a potem występowanie rzeczy niewytłumaczalnych zostało świetnie zrealizowane. Poza tym bardzo przyjemny język.

"Zaraza" to bardzo przyziemna historia, ze zwykłymi ludźmi, zwykłymi przypadkami, która dzięki temu jeszcze bardziej ze mną rezonowała.

"Nomen nominandum" - krótko mówiąc: bardzo przewidywalne i raczej powtarzalne. Ostatni utwór z działu traktującego o przeszłości; szkoda, że było ich tak mało.

"Wielka noc", w dużym skrócie, przeszła od niewiedzy, poprzez niepokój, niechęć i popapranie aż do zupełnej przesady, wszystko to okraszone nutą wieśniactwa i okrucieństwa. Gdyby skończyło się wcześniej, to byłoby w porządku, tak to autor się zagalopował.

"Recykling" w każdym calu emanuje brudem, zepsuciem i korupcją; niestety, tak jak tekst poprzedni, odlatuje w pewnym momencie za daleko w odmęty nadnaturalne. Przyznam jednak, że porównanie i metafora na przedostatniej stronie stworzyły dziwnie uzupełniający się duet i, chcąc nie chcąc, by doszło to do skutku, elementy fantastyczne faktycznie musiały być tutaj obecne.

"Uwęglenie bytu". Nie podobało mi się, napisane dziwnym, chaotycznym stylem, z podziałem na "role", którego nie rozumiałem. Sam rdzeń historii może i ciekawy, ale właściwie ledwie liźnięty i dziwnie zrealizowany.

Ze "Schlesierthalem" mam problem. Z jednej strony mamy do czynienia z tekstem napisanym z perspektywy pierwszej osoby, dosadnie, gładko, tak jakby ktoś obok po prostu opowiadał (bo i tak było); szybko się to wchłaniało. Sama historia wciąga od pierwszych stron, dalej jest tylko lepiej i autor trafia w odpowiednie tony. Jednakże z drugiej strony jest to mini-kontynuacja innej książki autora i trochę mi to śmierdzi, bo nie ukrywam, że wygląda mi to po prostu na swoisty baner reklamowy.

"Co było, minęło" na początku, przez swoją przyziemność, zapowiadało się na coś opowiadającego o mnogości emocji związanych z początkiem pandemii, ale ponownie, w pewnym momencie, historia zeszła na dziwne tory, z których z każdym słowem coraz mniej rozumiałem.

"Pocztówka z wakacji" przedstawia temat wirusa w zupełnie normalnym sposób. Napisana jest w poprawny sposób, który docenia się bardziej po przeczytaniu twistu, gdzie ten z kolei jest wg mnie wymyślony trochę na siłę, byle tylko dopasować go do reszty tekstu. Tutaj kończą się teksty o "teraźniejszości", choć przeskok jest raczej łagodny.

"Nagła śmierć" jest bezwzględnie najlepszym utworem tego zbioru. W przerażająco wiarygodny sposób ukazano tutaj niewyidealizowane życia kilku osób i jak zmieniały się one wraz z rozwojem sytuacji. Nie szło tu uświadczyć żadnych elementów nadnaturalnych, psychopatycznych czy psychodelicznych, a jedynie zwykłą ludzką, później już upadłą, naturę w niepojętej sytuacji. Dawno się tak nie wciągnąłem; tak jak tego konkretnego dnia miałem zakończyć czytanie mniej więcej w połowie rzeczonego tekstu, tak wciągnąłem całość, bo po prostu musiałem poznać zakończenie - przyznam, że całkiem dobitne i w sposób przewrotny sensowne. Przyczepię się tylko do jednego elementu: ludzie, których losy śledzimy zaskakująco często na siebie wpadają.

"Oko zbielało" podsumuję następująco: zniszczony świat, gdzie łowczy na zlecenie Loży polują na chorych; im ktoś przed upadkiem był bogatszy, tym bardziej w stylu Mortal Kombat serwujemy mu śmierć. Popieprzony kawałek.

"Choreomania" to z kolei praktycznie jeden wielki opis tła ze szczątkowymi wydarzeniami, będący jednocześnie metaforą "czegoś". Pretensjonalna nuda.

"Zaczęło się od gwiazd" zalicza się do tej grupy, gdzie przedstawiony jest proces upadku ludzkości, choć w tym wypadku zawiodły wszystkie środki komunikacji, więc upadek ten był bardzo kameralny. Generalnie wg mnie historia wymaga minimalnego zawieszenia niewiary, ale tak to czyta się całkiem dobrze.

"Wszyscy kiedyś byliśmy ludźmi" cierpi na przypadłość "nieciekawe z definicji, bo na końcu zbioru", poza tym było dosyć przewidywalne - spodziewałem się konkretnego zakończenia i niewiele się pomyliłem.

"Garstka proszku" to z kolei najbardziej osobiste kilka stron (dosłownie) w tym zbiorze. Może i napisane trochę chaotycznie - koniec końców obserwujemy dziadka gotowego na śmierć - ale jego zwierzenia są całkiem dojmujące.

Powiem tak: nie da się stworzyć zbioru, gdzie każdy tekst pasowałby każdemu; przecież nie da się tak zrobić nawet z pojedynczym utworem. Mamy tutaj szerokie spektrum jakości, choć zupełnej tandety na szczęście brak, co najwyżej nuda lub nie najlepiej wykorzystane pomysły. Można przeczytać dla zapoznania się z bardzo odmiennymi podejściami autorów do tematu, dosłownie lub metaforycznie odnoszącymi się do zarazy, a jeżeli to Was nie kręci, to warto przeczytać choćby "Nagłą śmierć", "Zarazę", "Schlesierthala" i "Wdowi dom" - te najbardziej mi się podobały. W innych najczęściej przeszkadzało mi niepotrzebne wprowadzanie elementów nadprzyrodzonych lub idiotycznych twistów.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #vesper #horror #ksiazkicerbera

b001d0dc-b20f-4d60-ab60-6d35b00b5ddf

Zaloguj się aby komentować

309 + 1 = 310


Tytuł: Maszyna różnicowa

Autor: William Gibson, Bruce Sterling

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: MAG

Format: książka papierowa

ISBN: 9788374801867

Liczba stron: 384

Ocena: 8/10


Całkiem niezła książka z ciekawym światem przedstawionym różniącym się od naszego wynalezieniem maszyn analitycznych napędzanych parą, które to zmieniają układ sił i kierunek rozwoju społeczeństwa. Historia podzielona jest na perspektywy trzech osób (następujące po sobie, nie przeplatane) plus swoiste dopiski, wycinki z gazet, listy i wreszcie epilog.

Pierwszy z tych rozdziałów, w którym obserwujemy krótki epizod z życia córki ważnej niegdyś persony, jest zdecydowanie najmniej angażujący - i na szczęście krótki - choć pod koniec książki wydarzenia tu przedstawione zyskują pewną wagę.

Następne kilka rozdziałów, stanowiących główną - w mojej opinii - treść książki, przedstawia wydarzenia, które spotkały Edwarda Mallory'ego w roku 1855 - na początku niepozorne, później jednak niepokojące i z czasem przedstawiające sobą niemałe zagrożenie dla stabilności Londynu, Imperium czy nawet części świata, gdyby łańcuch przypadków potoczył się doprawdy niefortunnie.

Ostatni rozdział poznajemy z perspektywy postaci poznanej na stronach wcześniejszych i stanowi on właściwie przygotowanie do epilogu.

Ten z kolei poprzedzony jest wspomnianymi już dopiskami różnej postaci traktującymi o losach lub przeżyciach ważnych osób, które przewinęły się przez karty książki. Sam epilog zamyka ładnie jeden wątek, jednakże inne nie i pozostawia to pewien niedosyt.

Przechodząc teraz do kwestii jakości: jak już wspomniałem, rozdziały pierwszy i ostatni stanowiły tylko wstęp i zakończenie, ale rzeczy najciekawsze działy się oczywiście w środku. Płynnie przechodzimy od przedstawienia bohatera, odmienionego Londynu i istotnych ówcześnie spraw poprzez zawiązanie tajemnicy, wstępne śledztwo i niepokój, aż po przewrót, wzięcie spraw w swoje ręce i jazdę bez trzymanki. Czasami odnosiłem wrażenie, że rzeczy pędzą nieznacznie za szybko, ale póki trzymały się one ram świata przedstawionego, to nie narzekałem zanadto. Była tu też obecna scena jakże uwielbianego przeze mnie opisowego dymania, ale paradoksalnie została ona utrzymana w konwencji i mieści się w ramach powieści - jakby to nie zabrzmiało. Bohater - dżentelmen - ma z powodu całej sytuacji moralniaka, obie strony zachowują się pruderyjnie, a i pada propozycja rzeczy w tamtych czasach nie do pomyślenia: lodzika. Jeżeli już autorzy mają takie fragmenty zamieszczać, to niech robią to w ten sposób, tj. z sensem, a nie jak w "Lunie", "Ilionie" czy "Żelaznym smoku", czyli obscenicznie. Podoba mi się również styl odzwierciedlający Londyn XIX wieku; nie jest to może poziom "Drooda", ale w żadnym wypadku nie wybija z immersji. Jako że na temat wiktoriańskiej Anglii guzik wiem, to masa ciekawostek musiała mnie ominąć, bo kilka znanych nazwisk jednak rzuciło się w oczy, ale umiejscowienie ich w konkretnym miejscu w prawdziwym świecie i tym tutaj to już zadanie nie dla mnie. Do tego tytułowa maszyna różnicowa oraz inne wynalazki nie stanowiły tak istotnego i wyczuwalnego elementu w świecie jakby można sie było spodziewać, a szkoda.

Z chęcią przeczytałbym obszerniejszą wersję tej książki, poszerzoną o nowe i rozwinięte wątki oraz z bardziej satysfakcjonującym zakończeniem. Dotychczas jedna z lepszych Uczt. Dla miłośników klimatów steampunku, XIX-wiecznego Londynu i spisków politycznych książka jak znalazł. Byłby z tego niezły serial, a nawet - pokuszę się o stwierdzenie - gra w stylu The Order 1886.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #williamgibson #ucztawyobrazni #mag #ksiazkicerbera

7c887754-4abd-43ef-ab65-0f0f6757a36c

Zaloguj się aby komentować

270 + 1 = 271


Tytuł: Kroniki Amberu. Tom 2

Autor: Roger Zelazny

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Format: książka papierowa

ISBN: 9788377855812

Liczba stron: 764

Ocena: 5/10


Zmiana bohatera była dość nieoczekiwana, a blurb zapowiedział całkiem ciekawy wstęp do historii. Niestety sprawa kończy się jak przy pierwszej książce, gdzie mniej więcej dwie początkowe części są ciekawe, a potem kończy się na przynudzaniu i człowiek nawet nic nie pamięta.

Cała ta seria jest jakaś nieangażująca; czytałem to bardziej z przyzwyczajenia do samej czynności niż faktycznej chęci poznawania dalszej historii - skonstruowana jest ona w sposób niezbyt organiczny, nie czuć przyjemnej przyczynowo-skutkowości i wchodzenia elementów na swoje miejsce, wręcz przeciwnie - jeżeli autor zapędził się w kozi róg, to wprowadzał do fabuły coś totalnie nowego i deusexmachinowego. Sztandarowy przykład? Pierścień - którego nazwy już swoją drogą nie pamiętam, chociaż czytałem o nim kilka godzin wcześniej - pozwalający Merlinowi na równy pojedynek z dokokszonym jakiś czas wcześniej braciszkiem. Jest tego oczywiście jeszcze więcej, ale nie będę wchodził w szczegóły, a przykład powyższy jest wystarczająco mglisty. Będąc jeszcze w temacie braciszka i dziwnych rozwiązań: w trakcie lektury niepokojąco często miałem z tyłu głowy ten słynny mem "to kto jest, k⁎⁎wa, synem kogo?", no bo ile razy można korzystać z tego taniego chwytu?

Jedną z rzeczy, która skutecznie uniemożliwia mi wciągnięcie się w historię jest nadmierna gadanina Zelaznego, czy to poprzez bohaterów, czy to poprzez puste opisy. Każda osoba ma słowo, kilka albo wyrażenie, którego nieświadomie nadużywa. W przypadku tego autora objawia się to w postaciach ciągle przerzucających się "później" i "może" w stylu "- Czy było tak, jak przypuszczam? - Może" albo "- Powiesz mi jak do tego doszło? - Później", a opisy to właściwie średniej jakości nabijanie objętości. Ja z tych ponad siedmiuset stron niewiele pamiętam, a to nie jest normalne. Wszystko powyższe irytowało mnie już w pierwszej książce, ale tutaj nic się pod tym względem nie poprawiło, a jedynie uwypukliło.

Przechodząc do okazjonalnego działu, w którym przypierniczam się do głupot i nieścisłości:

- dopiero w 8. części padło pytanie "co by było, gdyby w trakcie atutowego kontaktu «zadzwoniła» kolejna osoba?". Czy przez tyle stuleci korzystania z kart doprawdy nic takiego się nie zdarzyło, czy może jednak miało miejsce, ale jak zwykle była to "cENnA iNFoRmAcjA, którą z nikim się nie podzielę"? Albo po prostu autor pomyślał o tym kilkanaście lat później.

- jeżeli między miejscami może panować niezgodność upływu czasu (np. 2,5 dnia w cieniu-Ziemi to 1 dzień w Amberze), to jakim cudem używanie między nimi kontaktu atutowego nie ma charakteru komicznego? Między rodzinnym królestwem Luka (którego nazwy też już nie pamiętam, coś na "K", Keshfa?) a Dworcami chaosu różnica ta była na tyle duża, że rozmowy atutowe nie powinny być śmieszne, a po prostu niezrozumiałe.

- zachowanie Merlina na str. 590. nie pasuje do jego charakteru, później wydaje się nam, że jednak mamy wyjaśnienie, ale koniec końców wcale nie powinno takie być.

- korekta w tej książce lekko ucierpiała, bo tak jak w pierwszej właściwie nie miałem się do czego przyczepić, tak tutaj było kilka przypadków, gdzie zamiast pierwszej litery zdania znajdowało się puste pole.

Książka ta (a raczej cała seria, choć w przypadku części 1-5 patrzyłem raczej przez zaróżowione okulary kontaktu z klasykiem, które przy częściach 6-10 rozpadły się w pył) nie tyle mnie wymęczyła - choć to też - co rozczarowała i znużyła brakiem sensownego i satysfakcjonującego postępu fabuły oraz zwyczajnie nie zaangażowała. To mocno przeciętny cykl, gdzie przemyślane były może dwie pierwsze części, a potem wszystko pisano na kolanie, by w przypadku zakończeń obu pięcioksięgów już zupełnie polecieć na łeb, na szyję w bezznaczeniowym pleceniu. Absolutnie nie rozumiem fenomenu, a status klasyka to chyba przez wczesne powstanie i jakąś posuchę na rynku w tamtym czasie, być może też atuty i cienie, choć to wg mnie zdecydowanie za mało. Osobiście nie polecam, no chyba że ktoś chce przeczytać pozycję z listy "obowiązkowych", ale raczej dla odhaczenia niż faktycznego zachwytu walorami.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #rogerzelazny #kronikiamberu #zyskiska #ksiazkicerbera

47eefabf-8671-4d4f-91a9-dc47d59824a4

@Cerber108 Wróciłam do tego cyklu po latach. W młodości się tym zaczytywałam i żałowałam że nie wszystkie tomy zostały wtedy wydane. No a teraz rozczarowanko.

Zaloguj się aby komentować

178 + 1 = 179


Tytuł: Kroniki Amberu. Tom 1

Autor: Roger Zelazny

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Format: książka papierowa

ISBN: 9788377855805

Liczba stron: 640

Ocena: 7/10


Chodziło to za mną już od jakiegoś czasu, no i wreszcie przyszła pora, by zabrać się za tę słynną serię.

Cały cykl wyróżnia się bardzo wyraźnie narysowanymi postaciami, w głównej mierze należącymi do rodziny bohatera, siecią skomplikowanych zależności między nimi, zmieniającą się jak w kalejdoskopie oraz oczywiście subtelnym zmienianiem świata na zawołanie, aż ten spełni wszystkie kryteria.

Wbrew pozorom ten ostatni aspekt jakoś nie wybił mnie z kapci, ale nie można odmówić mu kreatywności samej w sobie oraz umiejętnego oparcia na nim działania całego świata. Poza tym bez tego mielibyśmy do czynienia po prostu z fantasy, a tak - choćby poprzez wplecienie do fabuły naszego świata - mamy w mojej opinii do czynienia z szerzej nieokreśloną fantastyką. Z drugiej strony zapewne łatwo byłoby odkryć w tym względzie mrowie nieścisłości, ale dlaczego miałbym być niszczycielem dobrej zabawy?

W ogólnie pojętej kulturze cenię aspekt pierwszy, i tak jak tutaj nie osiąga on może pułapu choćby Ekspansji czy FF7 pod względem przywiązania do postaci, tak również nie można odmówić im swoistej "konkretności". Zobaczymy jak to wszystko się rozwinie w kontynuacji.

Drugi wymieniony aspekt jest tutaj bardzo wyraźny i silnie wplecony w historię, i do tego opiera się na nim świetny twist z części 4.; to jeden z tych przypadków, gdzie ponowna lektura zapewni nowe warstwy zrozumienia.

Muszę jednak przyznać - z czego zdałem sobie sprawę pod koniec książki - że pomimo 600 stron i dużego zagęszczenia tekstu, nie za wiele się tu dzieje, pomijając może 1. i 2. rozdział. Całkiem sporo tutaj opisów i wywodów, przy czym niektóre wyglądały jak żywcem prawione przez autora, a nie jego postacie. Ponadto, raz na jakiś czas, właściwie chyba tylko na początku rozdziałów, co towarzyszy intensywnym modyfikacjom Cienia, zdarzają się swoiste wynurzenia narkomana okraszone boomerską wręcz ilością wielokropków - te fragmenty źle się czytało. Tak to poza tym wszystkim styl jest raczej unikalny, a postacie nie są tylko drętwymi arystokratami, lecz potrafią odwdzięczyś się siarczystą i inteligentną repliką.

Miałem jeszcze zapisane do przytoczenia pewne nieścisłości, które jednak w trakcie historii się wyjaśniły, więc naturalnie tego zaniecham.

Z tego pięcioksiągu najbardziej podobały mi się "Karabiny Avalonu" ze względu na dużą ilość wydarzeń, bogatą scenerię, wprowadzenie ciakawych postaci i pierwszy znaczący przełom. Najmniej natomiast przypadły mi do gustu "Dworce Chaosu", bo po prostu dłużyły się i ciągnęły jak wszyscy diabli.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #rogerzelazny #kronikiamberu #zyskiska #ksiazkicerbera

c446a7ed-ce13-4d69-b0bd-e712f068d928

Zaloguj się aby komentować

85 + 1 = 86


Tytuł: Bogowie Pegāny i inne opowieści fantastyczne

Autor: Lord Dunsany

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Vesper

Format: książka papierowa

ISBN: 9788377314692

Liczba stron: 472

Ocena: 6/10


Dosyć ciekawy zbiór oferujący wgląd w twórczość autora na przestrzeni kilkunastu lat, gdzie tematyka i styl zdecydowanie nie stały w miejscu.

Na sam początek tytułowi "Bogowie Pegāny", czyli elementarna wręcz mitologia, zakrawająca swoją strukturą i patosem o biblijne klimaty oraz "Czas i Bogowie", zestawienie różniące się od poprzedniego pod tym względem, że ludzie grają tam większą rolę.

Niżej krótko o kilku tekstach, których pomysł wydał mi się ciekawy (no chyba że ktoś nie chce zapoznawać się ze szczątkami fabuły, to wtedy niech przewinie do "SPOILER SPOILER SPOILER");

"O dopuście, który spadł na Yun-Ilarę" - facet przeklął Munga (awatara śmierci), bo nie mógł zdzierżyć faktu, że bezwzględnie każdy prędzej czy później umiera, ale gdy na niego samego spadło brzemię czasu, zaczął go błagać o zakończenie marnego żywota. Mung stwierdził, że właściwie nie zamierza tego robic i tym samym do dziś Yun jest ledwie kupką kości, od której niekiedy słychać wątłe szepty.

"Jak Imbaun spotkał Zodraka" - ten drugi był zwyczajnym pastuchem, który ze względu na pewne okoliczności otrzymał możliwość poproszenia bogów o przysługę. Zażyczył zatem, by zesłali oni ludziom bogactwa, miłośc i mądrość, ale prócz nich pojawiły się i te rzeczy, gdy ww. brak, czyli bieda, zgryzota i niewiedza. Stąd też wziął się smutek na świecie.

"Król, którego nie było" - Król Althazar zlecił wyrzeźbienie posągów przedstawiających bogów. Artyści zupełnym przypadkiem wszystkim figurom wykuli twarz miłościwie im panującego. Wściekli bogowie nie pozwolili jednakże gwałtownemu Mungowi zwyczajnie go zabić; zamiast tego postanowili po prostu o nim zapomnieć. I tym sposobem królestwo Runazaru nigdy nie miało króla.

A tutaj utwór, który chyba najbardziej mnie irytował (już bez tytułu): Inzana była rozwydrzonym bóstwem. Posiadała złotą piłkę, którą rzucała gdzie popadnie, a gdy ktoś ją zabierał, to ta w ryk. Za każdym razem w znalezieniu zguby pomagał jej inny bóg, ale i tak mieli iście anielską cierpliwość do tego bachora, bo sprawa powtórzyła się w sumie 7 razy. I to tyle.

Kolejnym podzbiorem był "Miecz Wellerana i inne opowiadania", gdzie pewną odmianę stanowiło niekiedy zahaczanie - w bądź co bądź baśniowych opowiastkach - o nasz świat; wspomniane są m.in. Arabia, Bałtyk, a raz odwiedzamy nawet Londyn.

Później nie zwracałem już uwagi na nazwy "zeszytów", bo zawarte w nich teksty były bardzo różne, 3 jednak zapadły mi w pamięć, więc - ponownie - krótko:

"Forteca nie do zdobycia inaczej niż Sacnothem" - protoplastyczna opowiastka o pokonaniu niezwyciężonego zła jednym jedynym orężem zdolnym do jej zadraśnięcia, który to swoją drogą trzeba było wpierw zdobyć od innej zajadłej maszkary, również posiadającej pewne wyjątkowe umiejętności.

"Biedny stary Bill" - o załodze, której kapitan nauczył się rzucać klątwy i umiejętności owej nadużywał, aż cierpliwość podwładnych się wyczerpała i zostawili go z pokaźną ilością zapasów na bezludnej wysepce. Kapitan jednak pociągnął dłużej niż się spodziewali, a sami - z pomocą klątw dawnego dowódcy - nie mogli przybić do żadnego portu. W ten sposób skończyły im się zapasy i musieli uciec się do kanibalizmu, aż został jeden zaledwie członek załogi; w tym samym momencie padł też kapitan. Mścił się jednak zza grobu, gdyż ocaleniec wcale się nie starzał.

"Klub wygnańców" - wszystko w tej krótkiej historyjce wskazuje na to, że mowa o obecnych zresztą na spotkaniu królach i władcach, a jednak w kulminacyjnym momencie zdajemy sobie sprawę, że faktycznymi członkami stowarzyszenia są porzuceni bogowie.

SPOILER SPOILER SPOILER

Muszę przyznać, że biblijny charakter dwóch pierwszych podzbiorów szybko stawał się męczący z tymi swoimi mnogimi powtórzeniami rzeczowników albo akcjami w stylu "Lahai poprosił biedaka o zrobienie (opis na pół strony)", a biedak odpowiada "dobrze, zrobię (opis na pół strony), Lahaiu". No ale taka forma, cóż można poradzić. We wszystkich kolejnych tekstach autor na szczęście zarzucił ten typ kreacji i przerzucił się na bardziej standardową narrację, pasującą oczywiście do konkretnych wydarzeń. Używał przy tym całkiem bogatego języka oraz zdań wielokrotnie złożonych, gdzie zwłasza to drugie osobiście bardzo lubię. Sama warstwa fabularna zbytnio nie zapada w pamięć, może poza tymi przypadkami, które wymieniłem wcześniej, ale trzeba jednak mieć z tyłu głowy, że to teksty sprzed ponad wieku, jedne z pierwszych w gatunku fantastycznym. Koniec końców nie od razu Rzym zbudowano.

Podsumowując, mogę to polecić w głównej mierze jako ciekawostkę, pozwalającą docenić większej rangi dzieła, które otrzymaliśmy później. Podobnież choćby Tolkien inspirował się Dunsanym, a Lovecraft nawet tego nie ukrywał. Ewentualnie można potraktować ten bogaty zbiór jako swoisty zawór bezpieczeństwa, oferujący lekturę bez żadnych dzisiejszych udziwnień; innymi słowy pierwotną - w tym sensie, że nieskażoną.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #lorddunsany #vesper #fantasy #ksiazkicerbera

9d0cd8d6-fb61-4401-af26-ad31578c95f2

Zaloguj się aby komentować

27 + 1 = 28


Tytuł: Księga czaszek

Autor: Robert Silverberg

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Vesper

Format: książka papierowa

ISBN: 9788377314753

Liczba stron: 264

Ocena: 3/10


Pierwszy Wymiar, którego nie udało mi się zmieścić w zeszłym, rozpoczyna rok obecny.

Powiem tak: niesmaczna, napuszona, pretensjonalna i niekoniecznie logiczna książka.

Niesmaczna, bo przez dosłownie całą książkę przewijają się tematy "dobierania się do tyłeczka kolegi", "wymieniania płynów ustrojowych", no i ciągłego szukania przez głównych bohaterów okazji do dupczenia, a jeden z nich - dewiant totalny - był pod tym względem zupełnie obrzydliwy. Wyrywanie największego paszczura w barze, tylko po to, by łamać jakieś dziwne niepisane zasady; wbicie na trzeciego do pewnego homo-związku i ciągnięcie lachy obu zainteresowanym na zmianę; fantazjowanie o grzmoceniu kolegi z akademika. Cośtam kojarzę, że Silverberg pisał pornole czy inny syf, no ale miejcieże litość dla młodego człowieka...

Jednakże jeszcze większym od powyższego wynaturzenia grzechem tej książki jest okropnie napuszony i pretensjonalny styl. Wszyscy czterej młodzieńcy mówią właściwie tym samym sposobem, ich wypowiedzi napisane są tym samym stylem. Pal licho dialogi, bo te jeszcze da się jakoś usprawiedliwić, ale ich wewnętrzne przemyślenia mogą należeć do dwudziestoparolatków co najwyżej w innym wymiarze, bo na pewno nie w naszym. Najlepsze porównanie to chyba wieszcz narodowy, natchniony zelota lub laureat literackiej nagrody Nobla, bo z pewnością nie student. I to każdy z nich tak ma, nie tylko jeden.

Nawiązując do "niekoniecznej logiczności" książki wspomnianej na samym początku: koncept wybrania się we czterech na wyprawę po niesmiertelność, gdzie dwóch faktycznie ją osiągnie, a po jednym będzie musiało odmeldować się z tego świata samodzielnie oraz nie brzmi ciekawie, ale potem zadajemy sobie pytanie: dlaczego mamy ryzykować życie dwóch kumpli, a nie poszukać dwóch oczywistych samobójców, gdzie jeden załatwi temat samodzielnie, a drugiemu się pomoże? Ktoś może odpowiedzieć, że przecież nikt normalny nie oczekuje, że taka pogłoska okaże się autentyczna. Jasne, tylko że nasi czyści jak łza bohaterowie spali (hehe) z tym pomysłem dobry miesiąc, a to chyba wystarczająco dużo czasu, żeby określić swoją pozycję. Poza tym dlaczego jechaliby dobre kilka tys. km i odgniatali sobie dupska dla jakiejś bredni, w którą nie wierzą, zamiast spędzić ten czas w jakikolwiek inny sposób? Do tego czasami nie rozumiem relacji chłopaków: niby wszyscy mieszkają w jednym pokoju od dłuższego czasu, a momentami z ich rozmów można odnieść wrażenie, jakby znali się co najwyżej 2 dni i nie pojmowali podstawowych cech swoich charakterów.

Irytuje mnie też problematyka określenia gatunku i sama niejasność zakończenia, choć to już zależy od podejścia. Z jednej strony są one ciekawym zagraniem - zmuszającym do określenia swojej interpretacji, z drugiej trochę leniwym - urywającym akcję w kluczowym momencie i zostawiajacym czytelnikowi do odwalenia resztę roboty. Całe to znoszenie paskudnej gadaniny o żydkach, homosiach, dupeczkach tylko po to, żeby stać się obiektem literackiego eksperymentu. Nie jestem takim obrotem spraw zachwycony.

Ogólnie najlepszym fragmentem książki były wydarzenia mające miejsce po dotarciu do celu podróży. To wtedy docieramy wreszcie do Treści przez wielke "T", a bohaterowie muszą skonfrontować się zarówno ze swoim wnętrzem, jak i zewnętrzem.

Podsumowując: książki nie polecam; jest niesmaczna, odpychająca, czasami obrzydliwa, do tego - jak wspomniałem na początku - napuszona, pretensjonalna i nielogiczna. Jedyne, co może ją ratować w oczach pewnych czytelników to bycie swoistym eksperymentem gatunkowym. Mnie on do siebie nie przekonał choć - chcąc nie chcąc - doceniam starania.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #robertsilverberg #vesper #wymiaryvesper #ksiazkicerbera

bbfc8f68-62d0-43a8-a4ab-916cdbc476a6

Zaloguj się aby komentować

W już zeszłym roku nie zdarzyło mi się czytać żadnych komiksów ani innych powieści graficznych, tak więc podsumowanie będzie odrobinę bardziej miarodajne niż w roku jeszcze wcześniejszym. Tym samym pykło jakże szacowne 69 książek liczących razem 33808 stron - niby mniej niż w 2023, ale wtedy liczby trochę podbiły rzeczone komiksy. Ponownie zestawienie zdominował MAG praktycznie z połową książek (34), na drugim miejscu Rebis (13), gdzie to z kolei niemal połowę zagarnął Liu, a podium zamyka, o dziwo, Zysk (8) samym Tolkienem. Byłem też, co ciekawe, znacznie hojniejszy w rozdawaniu pozytywnych ocen, bo średnia jest wyższa o niemal 0,4 punktu.

Generalnie w tym roku zmniejszę trochę tempo czytania, bo w ostatnich dwóch latach ucierpiała nieco moja natura gracza, właśnie przez napierniczanie książek. Tak więc może się zdarzyć, że w tym roku nie przeczytam ich nawet 50. Się zobaczy.

A poniżej lista książek w 2024 ukończonych:


STYCZEŃ

1. Miasto Jadeitu

2. Wojna o Jadeit

3. Dziedzictwo Jadeitu

4. Okruchy Jadeitu. Szlifierz z Janloonu

5. Dziecko Rosemary

LUTY

6. Piknik na skraju drogi i inne utwory

7. Śnieżyca

8. Ptaki, które zniknęły

9. Remake: Material Ultimania

10. Traces of Two Pasts

MARZEC

11. Amerykańscy Bogowie

12. Chłopaki Anansiego

13. Magiczne lata

14. Władca dżinnów

15. Martwy dżinn w Kairze i inne opowiadania

16. Biblioteka na Górze Opiec

17. Pawana

KWIECIEŃ

18. Opowiadania najlepsze

19. Hobbit

20. Bractwo pierścienia

21. Dwie wieże

22. Powrót króla

23. Park Jurajski

MAJ

24. Park Jurajski: Zaginiony świat

25. Sześć światów Hain

26. Wyspa doktora Moreau

27. Problem trzech ciał

28. Ciemny las

CZERWIEC

29. Koniec śmierci

30. Piorun kulisty

31. Era supernowej

32. Wędrująca Ziemia

33. Ring Shout

34. Non stop

35. Góra pod morzem

LIPIEC

36. Trylogia ciągu

37. Ten drugi

38. Przebudzenie Lewiatana

39. Wojna Kalibana

40. Wrota Abaddona

SIERPIEŃ

41. Gorączka Ciboli

42. Gry Nemezis

43. Prochy Babilonu

44. Wzlot Persepolis

45. Gniew Tiamat

WRZESIEŃ

46. Upadek Lewiatana

47. Legion wspomnień

48. Dym i lustra

49. Cudzoziemiec w Olondrii

50. Green Town

51. Przestrzeni! Przestrzeni!

PAŹDZIERNIK

52. Opowieści o pilocie Pirxie

53. Cylinder van Troffa

54. Upiór opery

55. Silmarillion

56. Niedokończone op. Śródziemia i Númenoru

57. Opowieści z Niebezpiecznego Królestwa

LISTOPAD

58. Listy

59. Odmieniec

60. Ilion

61. Olimp

62. Luna: Nów

GRUDZIEŃ

63. Luna: Wilcza pełnia

64. Luna: Wschód

65. Spotkanie z Ramą

66. Rama II

67. Ogród Ramy

68. Tajemnica Ramy

69. Szpital Przemienienia


Teraz jeszcze kilka zestawień dla zaspokojenia mojej fiksacji:


NAJLEPSZE KSIĄŻKI:

1. Hobbit

2. Green Town

3. Magiczne lata


NAJGORSZE KSIĄŻKI:

1. Martwy dżinn w Kairze i inne opowiadania

2. Cudzoziemiec w Olondrii

3. Era supernowej


POZYTYWNE ZASKOCZENIA:

1. Green Town

2. Magiczne lata

3. Ekspansja (jako cały cykl)


NIESPEŁNIONE OCZEKIWANIA:

1. Pawana

2. Władca dżinnów

3. Cudzoziemiec w Olondrii


NAJBARDZIEJ PLUSOWANE/GRZMOCONE WPISY

1. Hobbit

2. Cylinder van Troffa

3. Problem trzech ciał


No i na tym kończę, a wszystkim bywalcom tagów okołoczytelniczych życzę samych dobrych książek (no chyba że ktoś lubi się czasem pomęczyć - jak ja), przeczytania jak największej ich ilości, no i nowości w biblioteczce też.


Zamierzałem też opowiedzieć co nieco o moim czytelniczym uberpliku, nad którym dłubię sobie już dobre dwa lata, ale zabrakło czasu i chyba odłożę to na później.


#ksiazki #czytajzhejto #podsumowanieroku #podsumowanieroku2024 #2024 #ksiazkicerbera

Zaloguj się aby komentować

1283 + 1 = 1284


Tytuł: Szpital Przemienienia 

Autor: Stanisław Lem

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie 

ISBN: 9788308081143

Liczba stron: 328

Ocena: 7/10


Ostatnia przeczytana w tym roku książka i jednocześnie okrągła 250. z mojego obecnego zbioru (choć w całym życiu było ich ciut więcej).

Nie wiedziałem właściwie, czego oczekiwać od tej książki, choć spodziewałem się osadzenia akcji gdzieś w przyszłości (jak to stereotypowo przyjąłem u Lema), a tu zonk: wczesny okres II Wojny światowej. Na pierwszy plan wybija się, wg mnie, ciekawy język - z pewnymi naleciałościami, nierzadko operujący słowami ciężkimi, przestarzałymi lub o znaczeniu ciut innym niż dziś. Dodatkowo wcale niemało jest tu opisów scenerii, całkiem bogatych swoją drogą. Prym tutaj wiedzie chyba pierwszy rozdział, gdzie można się było poczuć zarówno cmentarną atmosferę, jak i przeróżne odczucia bohatera.

I do wspomnianych odczuć przechodząc: konfrontowani jesteśmy z wieloma postawami, których reprezentantami są poszczególni pracownicy psychiatryka. Bezapelacyjny prym w tej materii wiedzie poeta Sekułowski, z którym to główny bohater prowadzi niekiedy słowne utarczki, czasem faktyczne dyskusje, jeszcze innym razem właściwie monologi na tematy wszelakie, często wydające się dosyć abstrakcyjne.

Kulminację rzeczonych zachowań widzimy w scenie raczej łatwej do przewidzenia, biorąc pod uwagę połączenie IIWŚ i szpitala psychiatrycznego, ale znalazła się tam większość postaw, jakie w takiej sytuacji można przyjąć.

Książka nie jest raczej żadnym objawieniem, choć wciągnięcia w sam proces czytania nie mogę jej odmówić. Być może jest to pozycja trochę ponad mój poziom, ale z drugiej strony nigdy nie byłem amatorem odczytywania przekazów i szukania innych znaczeń.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #lem #wydawnictwoliterackie #ksiazkicerbera

a876fab3-082b-4259-8357-22654a1a1628

Zaloguj się aby komentować

1228 + 1 = 1229


Tytuł: Tajemnica Ramy

Autor: Arthur C. Clarke, Gentry Lee

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Rebis

ISBN: 9788383382401

Liczba stron: 672

Ocena: 6/10


Pod bodaj każdym względem poprawne zwieńczenie cyklu. Siłą rzeczy człowiek przywiązał się na te kilka dni do postaci, których losy śledził na przestrzeni 2-3 książek, zwłaszcza że byli oni dosyć ludzcy w swoich poczynaniach, czy to pozytywnych, czy to negatywnych, mądrych lub totalnie zidiociałych.

Ciekawie obserwowało się relacje i kierunki, w jakich one zmierzały pod wpływem różnych wydarzeń i doświadczeń, a zarówno pierwszych, jak i drugich namnożyło się w tym tomie całkiem sporo. Fakt, nierzadko pewne tematy zostają przedstawione dosyć płasko i infantylnie, czasem jednak wybrzmiewają w zupełnie odwrotny sposób; wspomniałem o tym zresztą już w poprzednim wpisie.

Być może nie dzieje się tu tak dużo - przynajmniej pod względem szeroko pojętej różnorodności - jak w części poprzedniej, tak z całą pewnością w tym tomie mamy największe nagromadzenie wydarzeń dramatycznych, gwałtownych i doniosłych. Bodaj najwięcej mamy też tutaj ślubów, ot taki szczególik.

W tym i poprzednim tomie (o czym zapomniałem wspomnieć) autor(zy) co kilkadziesiąt stron raczyli nas wujkowymi wstawkami w stylu "hehe, chyba nie jesteś aż tak stary, by odmówić towarzystwa pod prysznicem" albo "młoda para wyszła z sypialni z szerokimi uśmiechami, ciekawe dlaczego". Generalnie za dużo tutaj wspominania o łóżku i seksie zupełnie bez powodu.

Pomimo wszystkich niedociągnięć, nie są to książki aż tak tragiczne jak się spodziewałem (poza drugą, ta była faktycznie nędzna). Postać Nicole swoją determinacją i ciepłem scala zarówno fikcyjną rodzinę, jak i ten cykl. Nie można zapomnieć jednak o Maxie, który reprezentuje jeden z moich ulubionych - paradoksalnie - archetypów: lekkiego wieśniaczka, który wszakże zna się na swojej robocie, a do tego sypie dowcipami i historyjkami pasującymi do każdej sytuacji.

Czy polecam tę serię? Ciężko powiedzieć. Czy kiedyś ją sobie powtórzę? Wątpię. Czy żałuję czasu z nią spędzonego? W sumie nie. Problem tych książek jest taki, że część pierwsza i kolejne wspólny mają jedynie świat, więc nawet jeżeli komuś spodoba się "Spotkanie", to zmiana obsady w "II" i jej ogólnie słaba jakość nie zachęcą do kontynuowania przygody. W kolejnych książkach jest zdecydowanie za dużo niepotrzebnych stron, ale jeżeli ktoś przebrnął jakoś przez część drugą, to może w sumie całą historię dokończyć. Gorzej nie będzie. Jeżeli jednak komuś zależy na czasie/kasie/jakości, to zdecydowanie powinien przygodę z Ramą skończyć na "Spotkaniu".


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #arthurcclarke #rebis #wehikulczasu #ksiazkicerbera

6fcd8881-feee-4c3d-a565-970b20dc2438

Zaloguj się aby komentować

1166 + 1 = 1167


Tytuł: Ogród Ramy

Autor: Arthur C. Clarke, Gentry Lee

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Rebis

ISBN: 9788383381381

Liczba stron: 576

Ocena: 6/10


Dostaliśmy, wg mnie naturalnie, lepszą książkę niż poprzednio, do tego nie kręci się ona głównie wokół jednego tematu, a jest podzielona - zależy jakie kryteria przyjąć - na 3 do 5 okresów.

Bodaj najwięcej zgrzytów miałem na samym początku, gdy trójka bohaterów odleciała w nieznane i najwidoczniej pewne naleciałości po zidioceniu drugiej części jeszcze wisiały w powietrzu. Kręciło się to wokół delikatnego tematu reprodukcji przy ekstremalnie ograniczonej puli osób. Myśląca przyszłościowo Nicole wpierw spłodziła dzieci z Richardem, z którym wcześniej się spiknęła, ale by "urozmaicić" pulę wpadła na pomysł powicia dzidziusia z Michaelem. No i przechodząc do sedna problemów, których źródłem byli sami w sobie panowie: Richard był kolosalnie zazdrosny na samo wspomnienie tego pomysłu (z jednej strony zrozumiałe mając na uwadzę jego przeszłość, z drugiej strony powtarzam - niecodzienna sytuacja); z kolei u Michaela połączenie stosunkowo podeszłego wieku i świętojebliwości nie pozwalało mu dygnąć. Gdy już jednak doszło do czego dojść miało, okazało się, że chłopak będzie opóźniony w rozwoju; teraz moglibyśmy przejść do obszernej dyskusji czy powinna była dokonać aborcji, czy też nie, ale powoli zamienia się to w streszczenie - koniec końców młody normalnie przyszedł na świat, ale faktycznie potrzebował specjalnej uwagi. Podsumowując: w tym wątku największy problem miałem z brnięciem w zaparte każdej z dorosłych postaci. Później rodzina się powiększała, dzieci nabierały charakteryzujących ich cech, trwały dalsze badania Ramy, a cel podróży był coraz bliżej.

Następujących później okresów nie będę mocno przybliżał, bo stanowią one swoiste "mięsko" tej książki, napiszę tylko trochę o ostatnim. Po jakimś czasie poznajemy nowe postacie poboczne, ich przeszłość oraz zbliżającą się przyszłość; generalnie nie czytało się tego źle. Trochę później stajemy się świadkami starego jak świat motywu: nieważne co, gdzie i jak ludzie zrobią pozytywnego, to i tak prędzej czy później prymitywna natura gatunku doprowadzi rzeczone przyjemne rzeczy do upadku i degradacji. Czy można to było zrealizować lepiej i przedstawić w bardziej sensowny sposób? Jak najbardziej. Czy przekaz jest momentami łopatologoczny, momentami z kolei niekoniecznie jasny i zmuszający do myślenia? Owszem.

Generalnie ta część cyklu jest lepsza chyba pod każdym względem od poprzedniej. Dzieje się więcej, ale przede wszystkim różnorodniej, do tego nie uświadczymy już idiotów z IQ większym niż 99,999% populacji; główna trójka - poza początkami - ogarnęła się pod tym względem. Jeszcze ewentualnym zgrzytem mogłyby być senne majaki Nicole, zaskakująco solidnie wyciągające ją z opresji. Do tego sama droga, która doprowadziła do wystąpienia ostatniego z nich była wyjątkowo deus ex machinowa.

Książkę, o dziwo, umiarkowanie polecam, choć czy warto przebrnąć przez część poprzednią, by dotrzeć do tej? Raczej nie.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #arthurcclarke #rebis #papierowywehikulczasu #ksiazkicerbera

fe07759c-54e5-49a5-a538-790897766211

@Cerber108 Rama to dziwna seria. Czytałem ją bardzo dawno temu jako młodzian i podobała mi się, ale miałem wtedy bezkrytyczne podejście do literatury i dużo wolnego czasu, więc podobało mi się wszystko xD

Kiedyś odświeżę sobie dzieła Clarke'a i Ramę pewnie też. Dzięki za recenzję.

@Budo Miałem podobnie ale nie zamierzam wracać. Clarke bardzo chciał odpowiedzieć na "wielkie pytanie o życie, wszechświat i całą resztę" ale moim zdaniem wyszło mu słabo. Są lepsze pomysły i ciekawsze koncepcje niż to co zaprezentował w Ramie.

Zaloguj się aby komentować

1102 + 1 = 1103


Tytuł: Rama II

Autor: Arthur C. Clarke, Gentry Lee

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Rebis

ISBN: 9788383380490

Liczba stron: 544

Ocena: 4/10


W legendach o mierności kolejnych części Ramy było nie ziarno, a cała garść prawdy.

Kardynalną wadą jest tutaj kreacja oraz przedstawienie postaci, a także pewne założenia.

Jakim sposobem przygotowanie misji kosmicznej na tak bezprecedensową skalę mogło zostać tak dokumentnie spartaczone pod kątem załogi. Wydaje mi się, że drużyna wysłana na trwające kilka miesięcy badanie obcego statku powinna jednak być bardziej jednorodna, zgrana i profesjonalna. Tak to w skład wchodzą m.in. dziennikarka i rzecznik prasowy, którzy przed wylotem sprzedali prawa do relacji całej wyprawy, facet, który sfałszował (!) badania kardiologiczne, a zrobił to, bo bardzo, ale to bardzo mu zależało na udziale w misji, narcyz oraz szajbus. No po prostu wesoła gromadka, ale czy jej miejsce powinno być razem w kosmosie? Czy doprawdy w całej populacji nie było ludzi bardziej "godnych", czy może taki to urok przełomu wieków XXII i XXIII, gdzie tego typu postępowanie nie rodzi zdziwienia. W ogóle cały ten skład to pretekst do lania wody: cały czas się kłócą, obrażają, sprzeciwiają i generalnie zachowują się jak dzieci. Niby zostali określeni jako ludzie inteligentni, a jednak - chyba że był to owoc desperacji - zaczęli w pewnym momencie historii dawać wiarę wizjom zobaczonym przez jedną z członkiń wyprawy po wypiciu mikstury otrzymanej od wodza wioski czy innego mistrza ceremonii.

Ucierpiała też, ale tylko nieznacznie, wizja niesamowitości Ramy. Trochę wytrącającym z równowagi fragmentem było odnalezienie komputera obcych, działającego na nieznacznie innej zasadzie, ale jednak, z drugiej strony wizyta w muzeum to jedna z lepszych scen (a jej implikacje również są ciekawe). Niby odkrywamy nowe rzeczy, ale brak tutaj atmosfery panującej w jedynce. Po prostu za mało było tutaj traktowania o niezrozumieniu Ramy, zamiast tego autorzy woleli bawić się w retrospekcje i roztrącanie wydarzeń z bliższej lub dalszej przeszłości pewnych postaci.

I tak przechodzimy dalej. Niektóre z tych rozdziałów faktycznie przedstawiają ciężkie tematy, ale zostało to zrealizowane po łebkach, w sposób suchy i nieangażujący do tego stopnia, że nie da się ich brać na poważnie. Prym tutaj wiedzie Francesca, której od praktycznie samego początku życzyłem rychłego spotkania z kostuchą. Jak już mówiłem, postacie często zachowują się niczym bachory, tym samym język też nierzadko jest nacechowany infantylnie.

Dziwne również było przedstawianie scen "z życia wziętych" w początkowej cześci książki, by potem bez żadnego ostrzeżenia czy choćby wyjaśnienia od razu przenieść nas w pobliżej Ramy.

Książka zupełnie pogrążona przez dobór obsady i jej wspaniałe cechy oraz skupienie się na aspektach, które zupełnie nie interesują ludzi sięgających po tego typu pozycję. Mimo wszystko czytało się to zaskakująco sprawnie, a ostatnie rozdziały nawet trzymały poziom, no ale to zdecydowanie za mało, by mówić o lekturze choćby poprawnej.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #arthurcclarke #rebis #papierowywehikulczasu #ksiazkicerbera

c3404b74-25d6-40dd-9945-f9eb66856694

zgadzam się z oceną 4/10, w późniejszych tomach wcale nie robi się lepiej. Parę koncepcji była ok ale całość wyszła jako tako. Spojlerować nie zamierzam ale głównego wyjaśnienia po co ten statek się pojawił nie kupuje.

Zaloguj się aby komentować

1089 + 1 = 1090


Tytuł: Spotkanie z Ramą

Autor: Arthur C. Clarke

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Rebis

ISBN: 9788383380131

Liczba stron: 280

Ocena: 8/10


Pan Clarke zaserwował nam bardzo sympatyczną książkę traktującą o pierwszym kontakcie z pozaziemską technologią.

Otrzymujemy dosyć sprawne przedstawienie odkrycia anomalii, niedowierzania i krótko potem niepewności przemieszanej z nutą strachu, aż wreszcie podjęcia działań mających na celu kontakt bezpośredni. Od tego momentu śledzimy działania drużyny kapitana Nortona, z małymi jedynie przerwami na krótkie dyskusje specjalistów z zarządu ds. Ramy dywagujących nad istotnymi w danym momencie historii sprawami.

W całkiem przyjemny i naturalny sposób zostało przedstawione obcowanie zespołu z czymś zupełnie obcym i poza jego pojmowaniem, a z drugiej strony próby radzenia sobie z tym poprzez przyporządkowywanie konkretnym rzeczom/zjawiskom/obiektom cech lub nazw znanych z życia codziennego.

Niewielka długość rozdziałów (co osobiście lubię) pozwala tym mocniej wybrzmieć częstym rewelacjom następującym we wnętrzu Ramy i, szczerze powiedziawszy, spełnia to swoją rolę.

Do tego świat przedstawiony, pomimo niewielkiej objętości książki, jest może i z jednej strony tylko zarysowany, ale z drugiej - paradoskalnie - barwny: skolonizowany Księżyc, na którym swoją drogą obradują jajogłowi ds. Ramy, oczywiście Mars, do tego zamieszkałe księżyce gazowych olbrzymów oraz poszczególne większe asteroidy znajdujące się pod ich jurysdykcją, a na deser szaleńcy z Merkurego bogacący się na piekielnym wydobyciu cennych surowców.

Postacie raczej na pewno nie zapadną w pamięć, ale złe pod żadnym pozorem też nie są: mamy oczywiście kapitana Nortona, miłośnika kapitana Cooka, jego kumpla - skupionego Mercera, medyk Laurę itd. W trakcie lektury każdy znajduje swoje miejsce, a o to chyba chodzi?

Książka nie jest może niesamowicie głęboka, ale przedstawienie pierwszego kontaktu wychodzi jej świetnie i w inny niż zwykle sposób. Czyta się sprawnie, mini-cliffhangery zostały zrealizowane umiejętnie - po prostu mi się podobało.

Zobaczymy jak będzie z kolejnymi, niesławnymi częściami.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #rebis #papierowywehikulczasu #arthurcclarke #ksiazkicerbera

2a7dd491-ef2f-43dd-88d0-895c54c31e94

Zaloguj się aby komentować

1083 + 1 = 1084


Tytuł: Luna: Wschód

Autor: Ian McDonald

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: MAG

ISBN: 9788366409101

Liczba stron: 400

Ocena: 6/10


Co do całokształtu, to nie za bardzo jest o czym pisać. Mamy jeszcze większe dynastyczne pomieszanie z poplątaniem, przedstawiciele sami już nie wiedzą kogo chcą wyrzucić za śluzę, a kogo przelecieć, a sama książka urywa się w takim momencie, jakby zabrakło jeszcze ze dwóch rozdziałów, które domknęłyby ostatnie wątki. Pomimo dosyć ciekawego świata i skomplikowanej sieci zależności cholernie mnie ta książka - a właściwie cała seria - nudziła. Najlepszą postacią i tak jest Lucas, przynajmniej posiadał orientacyjnie najmniej skrzywień obsady i nie miał pretensjonalnych cech.

No i - tak jak poprzednio - przechodzę do przywalania się do szczegółów, które mi osobiście zgrzytały.

Luna staje się po pewnych, delikatnie mówiąc, wymagających doświadczeniach wyniosła jak diabli, taki mały, nawet nie nastoletni, WAŻNY wypierdek, "to ode mnie zależy, czy jest zgoda, czy nie", no aż się nóż w kieszeni otwiera. 

W tym rzekomo nieźle zaawansowanym społeczeństwie obowiązują jakieś podwójne standardy: z jednej strony są w stanie zdalnie wykrywać i dezaktywować kilka dronów-much, a z drugiej w najlepszej uczelni na satelicie nie są świadomi, że z przewodów wentylacyjnych - które swoją drogą mogą pomieścić dziecko - śledzi ich Luna. I że labirynt ten dociera we wszystkie wymagane od sytuacji miejsca i zachowuje akurat odpowiedni rozmiar, no skończony idiotyzm.

Jakim sposobem możliwe było zbudowanie paneli słonecznych o powierzchni niebagatela 900000km² (niemal 3-krotność naszego wspaniałego państewka) nie korzystając przy tym z już zbudowanych fragmentów do uzyskiwania jakiejś energii, tylko czekać bite 2 lata na ich aktywowanie? Nic się tu spaja. Przecież to nie jest fizycznie możliwe.

A z kwestii technicznych: upływ 3 lat między tym a poprzednim tomem pod względem redakcyjnym widać już na samym początku w spisie postaci: brat Lukasa zamiast Lucasa, syn Duncan zamiast Duncana. Do tego nazwy chowańców Robsona i Ariel są pisane inaczej niż w poprzednich książkach. Na 315. stronie zamiast "Wagner zgniata kartkę" jest "Robson zgniata kartkę". Doni luny zamiast dony luny. To był orientacyjnie ten sam okres co legendarnie spartaczone Ekspansje.

Mam mieszane odczucia. Z jednej strony zaczęło się ciekawie, a sam świat przedstawiony daje radę, tak pomimo niewielkiej objętości mocno mi się te książki dłużyły i do tego nużyły. Może to specyficzny styl autora, może to bezskładne skakanie po perspektywach postaci - nie wiem. Na plus jedna z bardziej satysfakcjonujących scen śmierci, jakie w literaturze widziałem. Aha, no i autor chyba lubi Szybkich i wściekłych, bo często przewijającym się mottem jest "za rodzinę". Vin byłby dumny.


No i licznik bookmetera zgłupiał, a wraz z nim ja: podsumowanie mówi co, innego, tak samo jak licznik w liście, podobnie licznik bezpośrednio we wpisach. I bądź tu człowieku mądry.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #ianmcdonald #mag #ucztawyobrazni #ksiazkicerbera

57485121-84d1-4107-889e-882162e81959

Zaloguj się aby komentować

1059 + 1 = 1060


Tytuł: Luna: Wilcza pełnia

Autor: Ian McDonald

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: MAG

ISBN: 9788374807395

Liczba stron: 336

Ocena: 7/10


Dosyć standardowa kontynuacja: rody dalej knują swoje wzajemne unicestwienie lub - wręcz przeciwnie - spowinowacenie, przeważnie jednak występują obie te rzeczy jednocześnie. To co z pewnością standardowe nie jest, to wyprawa Lucasa - na te rozdziały najbardziej czekałem, choć niestety nie było ich wiele. Stanowiły o tyle miłą odmianę od typowego męczenia o spiskach i ich pochodnych, że przedstawiały podjęcie się przez luniarza wyczynu uważanego dlań za niewykonalny, choć i tak został okupiony okropnym wysiłkiem i wyniszczeniem.

Do tego Lucas Junior, syn ww., w pewnym momencie również nie daje sobie w kaszę dmuchać i związane z nim fragmenty też przedstawiały się niezgorzej. Jednakże tochę irytowała mnie scena, gdzie wszystkie parametry były już właściwie wyczerpane i zapaliły się białe lampki, które w księżycowym systemie sygnałowym oznaczają śmierć, no ale oczywiście trzeba było uwydatnić napięcie sceny i tak na serio nikt nie umarł. Może by tak odrobina skrupulatności i spójności? Jak coś jest białe, to nie żyje na śmierć, a jak ledwie dycha i jest generalnie beznadziejnie, to wtedy dajemy jakąś tam inną lampkę, ale wciąż nie białą.

Do tego autor, skubany, sięgnął po ulubiony chwyt zdesperowanych uczniów: wplótł do książki uproszczony przepis na ciasto, okraszony krótkim wywodem o wyższości odmiany ksieżycowej nad ziemską.

Rodziały są opatrzone znakami zodiaku, które na księżycu pełnią formę miesięcy. Jest to całkiem fajny element światotwórczy, ale z drugiej strony ile osób pamięta te znaki, ich kolejność i odpowiednik w dniach dla Ziemi? Problem jest taki, że wydarzenia nie są przedstawione chronologicznie, i tak jak da się mniej więcej umiejscowić je w głowie, tak księżycowa terminologia zwyczajnie w tym miesza. Nawet mając obok listy rodziałów spis znaków zodiaku, i tak nie dałem rady na szybko tego uporządkować.

Tajemnica wilków ostatecznie chyba nią nawet nie jest, a ich podwójna natura istnieje w tym świecie, bo tak. Słabo. Obu Lucasów ciągnie tę książkę, tak to jest raczej nudno i niezbyt angażująco, pomimo mrowia istotnych wydarzeń i zwrotów akcji. Taka Saga o zielonych kościach należy do zupełnie innej klasy, czy to pod względem spójności świata przedstawionego, zależności "klanowych" czy choćby dobrego smaku (wiadomo o co chodzi).


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #mag #ucztawyobrazni #ianmcdonald #ksiazkicerbera

752eb5ea-d31f-429b-afd0-2111278c66b7

Zaloguj się aby komentować

1036 + 1 = 1037


Tytuł: Luna: Nów

Autor: Ian McDonald

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: MAG

ISBN: 9788374806442

Liczba stron: 368

Ocena: 8/10


Na początek o tym, co w Uczcie i Artefaktach lubię najbardziej (miejcie na uwadze, że poniższe wywody pisałem na bieżąco tj. przerywałem czytanie i przelewałem myśli na ekran; nie zamierzam zmieniać za bardzo ich formy, dlatego nie będzie miedzy nimi gładkiego przejścia): czy ci pisarze są jacyś nienormalni (pierwotnie pie⁎⁎⁎⁎⁎ięci, ale postanowiłem się hamować)? Ledwie na drugiej stronie pisze o gejowskim obciąganiu, no miejcie litość... Bulwa nać (pierwotnie po naszemu), narzekam na romantasy, że julki to kupują, bo ich rówieśniczki parzą się tam z seksi wampirami, ale te książki "intelektualnie wyższe" wcale lepsze pod tym względem nie są. Swanwick - dymanie pod postacią dziwnych fetyszy, Simmons - dymanie pod postacią gwałtu i propozycji nekrofilii, Smith - na szczęście aluzja, na nieszczęście z kobietą kotem. A tutaj? Dwóch typków rżnie się jak w tartaku, sperma leje się litrami, no chuci nie ma końca. A później? Laska posiada prywatny pokój, w którym odprawia wielogodzinne sesje bondage czy innego bezeceństwa, wiążąc się jakimiś gorsetami i innym sprzętem, samodzielnie doprowadzając się do szaleństwa. I to wszystko przez kombinezon uwierający w młodości w picz. Jezus Maria. Tutaj można to wytłumaczyć faktem, że społeczeństwo Księżyca jest zupełnie wyzwolone, no ale zachowajmy choćby pozory dobrego smaku.

A poza tym książka jest bardzo dobra. Autor przestawia nam historię sieci intryg i zależności między pięcioma rodami Księżyca. Pomimo początkowego natłoku postaci całkiem szybko i łatwo zaczynamy je rozróżniać, w czym pomaga nie tylko odpowiednia kreacja, ale też ich spis (posiadający jeden błąd: w 5. rozdziale z kontkestu wynika, że Jade Sun jest żoną Roberta, natomiast w spisie postaci stoi, że Duncana, syna ww. Prawdą jest koniec końców ta pierwsza opcja). 

Podoba mi się, że autentycznie czujemy, jakby ten świat żył już przed naszym spojrzeniem na kartki tekstu; znać złą krew między rodami, związki są już od jakiegoś czasu nadwyrężone, a polityczne gierki (przynajmniej nie wszystkie) nie zaczęły się w tym akurat momencie. Pomagają w tym wstawki przedstawiające młodość założycielki rodu Cortów, od mglistych wycinków życia na Ziemi, do kilku lat po przybyciu na naszego satelitę.

Świat przedstawiony jest bezlitosny. Pomijając sam fakt bytowania na księżycu, gdzie społeczność utworzyła mantrę "Pani Luna zna tysiąc sposobów zabijania", to standardowo ludzie ludziom ludźmi; widzimy to zresztą już na pierwszych stronach. Do tego umowy matrymonialne nikah, gdzie wiek właściwie nie gra roli - wszystko dla Vina Diesla (w sensie rodziny). Ogólnie na Księżycu wszystko jest umową i wszystko da się wynegocjować, a jak kontrakt złamiesz, to płacisz (no, chyba że jesteś członkiem któregoś rodu i inna kara byłaby bardziej sprzyjająca konkretnym celom).

Oprócz wielowymiarowej, przeplatającej się intrygi mamy teżą wyścigi i wybuchy, jednakże ich gwałtowność łączy się z pewną swoistą kameralnością. Ostatni rodział to pod tym względem zupełna jazda bez trzymanki.

Serdecznie polecam. Na fragmenty zdeprawowane można po prostu pokręcić z politowaniem głową, ale poza tym zostaje nam kawał wciągającej literatury łączącej Księżyc, intrygę, rodowe sieci zależności i nowoczesną technologię. Patrząc na tytuł kolejnej części zastanawiam się, czy uchylą rąbka tajemnicy niewyjaśnionej w tej książce.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #mag #ucztawyobrazni #ksiazkicerbera

cd118927-669c-4e54-b9ed-f002271d742d

@Cerber108

narzekam na romantasy, że julki to kupują, bo ich rówieśniczki parzą się tam z seksi wampirami


Sexi wampiry były w modzie 15 lat temu, teraz truloffy w romansach to bogaci bad boye xD

Zaloguj się aby komentować

1015 + 1 = 1016


Tytuł: Olimp

Autor: Dan Simmons

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: MAG

ISBN: 9788367353243

Liczba stron: 944

Ocena: 4/10


Jak ja to lubię czasami wspomnieć: podręcznikowy przykład, tym razem pisania o niczym oraz mojej totalnej obojętności co do mających miejsce wydarzeń. Jedynie perypetie Achillesa są faktycznie wciągające i miejscami humorystyczne, do tego działania obu morawców i czasami ich kompanów bywają ciekawe, choć też nie zawsze, Hockenberry'ego z kolei było w tej książce zdecydowanie za mało, ale gdy już się pojawiał, to mieszał. Co się zaś tyczy Daemana, Harmana, Ady i spółki: nudne jak flaki z olejem mielenie ozorem, ludzie miotają się jak dziki po żołędziach i ogólnie jest beznadziejnie, zarówno w odniesieniu do przedstawianych wydarzeń, jak i mojego zaangażowania w lekturę.

I teraz przechodzę do szczegółów (w kolejności wystąpienia).

W przypadku Hockenberry'ego mamy czasami do czynienia z jakimś dziwnym zabiegiem tj. połączeniem narracji pierwszo- z trzecioosobową. Dla przykładu: "Wybaczcie, byłem lekko... rozkojarzony. - Rozpraszała mnie myśl, że kiedy pole siłowe zniknie, kopnę w kalendarz, dodał już tylko do siebie". Czyli doktor mówi do siebie w myślach, ale ktoś wyższy to obserwuje. W "Ilionie" jego rozdziały były chyba z perspektywy pierwszej osoby. Sprawdziłbym, ale dosłownie przykuło mnie do wyra.

Dalej: "...oddzielone od Olympus Mons szeroką na około dwustu kilometrów połacią wody".

I stronę później: "...szeroki na około piętnastu metrów równoległobok".

Trochę się tego nazbierało, to chyba jakieś skrzywienie tłumacza.

"Olimp" nie ustępuje "Ilionowi" pod względem seksualnej degrengolady. Ba, rzekłbym, że nawet go przebija. Oto wspaniały przykład: by zbudzić "śpiącą królewnę", trzeba ją przelecieć. Ale dokonać tego może tylko potomek męża tejże. Hefajstos natomiast z chęcią zabawiłby się z martwą, choć wciąż ciepłą, amazonką.

I teraz fragment, który utwierdził mnie w przekonaniu, że mamy do czynienia z mierną książką; dosłownie powiedziałem wtedy do siebie "co to ma być?". Odkrycie Harmana w 3/4 książki to chyba największa deus ex machina, jaką kiedykolwiek widziałem. Element wprowadzony totalnie znikąd, byle tylko dodać kolejną przeszkodę i naklepać następne 100 stron. Masa ponad 700 czarnych dziur wielkości piłki do nogi byłaby raczej znacząca. W istocie - jedna taka dziurka posiadałaby masę kilkunastu Ziem. Nie wiem, jak działa pole siłowe blokujące je przed robieniem tego, co czarne dziury robią najlepiej. I na dokładkę: kto był załogą okrętu podwodnego, który rzeczone pociski przenosił? Allahu-akbary, naturalnie z uśmiechem na ustach.

Kolejny idiotyzm: mówią, że przy pomocy sonika mogliby przenieść się na pewną wyspę w dosłownie minutę, a całą społeczność w kilkanaście. Dlaczego więc, do cieżkiej cholery, nie zrobili tego przed oddaniem pojazdu? Tak długo drążyli wtedy temat, że w międzyczasie zdążyliby to zrobić kilka razy.

I na koniec: jakim cudem mini czarna dziura mogłaby, po upadku z kilku(nastu) kilometrów, przebić się przez całą Ziemię i po drugiej stronie dotrzeć aż na orbitę?

Zakończenie jest proste, niesatysfakcjonujące i posiada otwarte furtki, choć na kontynuację na szczęście nie ma co liczyć.

Zupełnie nie polecam. I teraz nie wiem, co z "Ilionem", bo z jednej strony jest o niebo lepszy, z drugiej trochę słabo poznawać tylko połowę historii, z trzeciej niby można przeczytać, ale jest to oczywista pierwsza cześć, a nie pod pewnym względem zamknięta całość.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #dansimmons #mag #artefakty #ksiazkicerbera

ac019715-5fde-40a8-8d5d-e27fb8f2e2c3

@Cerber108 @d_kris @Wrzoo

Dan Simmons to jeden z moich najwiekszych zawodow, moze to wina hype i usiadlem z duzymi oczekiwaniami, a Hyperion okazal sie imho sredni a kolejne czesci jeszcze slabsze.

@3t3r miałem tak samo. Przeczytałem zarówno Hyperiona jak i jego Upadek. Nie rozumiem zachwytów. Maks. oceniłbym ją na 6/10. Trochę musiałem się zmuszać, żeby dokończyć Hyperiona. Upadek był ciut lepszy, bo domykał pewne wątki.

@Cerber108 oceniałeś tu "Ilion"? Mnie się podobał, przeczytałem jakoś w tydzień na wakacjach i potem po dłuższej przerwie wziąłem "Olimp" i już nie szczymałem. Zupełnie mnie nudził. Podobnie jak Ty lubiłem tylko wątek Achillesa i ostatecznie olałem. Samego Simonsa bardzo cenię. Hyperion, Terror, Abominacja - rewelka.

@Cerber108 skończyłem jakieś 2 tygodnie temu. Jak mnie kumpel zapytał o czy to jest to odpowiedziałem: takie pomieszanie z poplątaniem.


Zakończenie niesatysfakcjonujące, zdecydowanie Olimp słabszy niż Ilion. Czytałem też wszystkie części Hyperiona ale moją ulubioną książką autora niezmiennie pozostaje Terror

Zaloguj się aby komentować