Typowy sportowy film - tutaj mamy kozaka-weterana, który od losu dostaje jeszcze jedną szansę. Przy okazji pomoże innym, więc oprócz samej jazdy bolidem dostaniemy też relacje międzyludzkie na spokojnie przyswajalnym poziomie.
W sensie realizacyjnym ten film to bajka, i za to głównie taka wysoka ocena. Dla mnie F1 jest nudne, ale rozumiem przygotowanie filmowe - coś na kształt futbolu amerykańskiego - w filmach i serialach to wygląda na mega sport, a potem idziesz na żywca obejrzeć w tv lub gdzieś na boisku i nie możesz uwierzyć, że to ktoś ogląda z własnej woli
Ale nie o to mi chodzi, o gusta sportowe, ot, takie porównanie - naprawdę bardzo dobrze wchodzi ten film w oczy i robi puk puk dopaminko - baw się dobrze mózgu! Mój się bawił nawet bardzo dobrze!
@Ragnarokk no takie życie fana kinomana w budżetowym filmie amerykańskim - przyzwyczajaj się albo giń - czytaj: albo się baw dobrze albo zostań wiecznym narzekaczem-snobem XD
@Mahjong oglądałem wczoraj, jako fan f1, czasem mnie skręcało z żenady, ale to film dla hamburgerów, więc nie ma co się wkurzać. Za to wizualnie na prawdę spoko
@Mahjong jestem fanem F1, Sport jest mega ciekawy i angażujący, jak się jest zaznajomionym w szczegóły. Ten film to jakby splunąć w twarz myślącym ludziom. Kolejny głupi film po Gran Turismo, a najlepsze jest to, że w temacie ścigania można zrobić wciągający i w miarę sensowny film, na przykład Ford vs Ferrari.
@KierownikW10 gadasz jak mój szwagier marynarz, co każdy film dotyczący pracy na morzu musi skrytykować, że wszystko jest nie tak i głupoty pokazują. Chyba tylko Kapitan Phillips mu się podobał i tam o nic się nie czepiał
@JackDaniels gadasz jak mój szwagier bezrobotny, który cały dzień siedzi na Netflixie i ma mózg wypełniony gównem oglądając miernej jakości produkcję.
A tak bardziej serio jak coś jest bzdurą i krytyka jest rzeczowa, to ja nie widzę problemu. Jakiś laik z USA będzie oglądał i film zarobi a ja nadal mogę mieć własne zdanie i nic w tym złego.
Dziennikarz radiowy jedzie na Wybrzeże. Ma zrobić negatywny materiał o jednym z przywódców strajki w Stoczni Gdańskiej. Tym przywódcą okazuje się być Maciej Tomczyk, syn Birkuta z "Człowieka z marmuru". Tymczasem w mieście na czas strajku panuje prohibicja, co wielce utrudnia życie dziennikarza (w tej roli Marian Opania), który boryka się z alkoholizmem. Z czasem gdy dziennikarz bada i wczuwa się w historię Macieja, i tym samym w jego walkę w Stoczni.
Jednak dla mnie "Człowiek z marmuru" miał więcej sensu, polityka nie trzaskała widza w pysk, była raczej tłem do opowiedzenia historii i warunków pracy filmowca wtedy. "Człowiek z żelaza" ma wymiar ideologiczny czasem, w filmie np. występuje w roli samego siebie Lech Wałęsa. A może po prostu sam Birkut był ciekawszy, bo przechodził kilka zmian, natomiast Maciej cały czas z czymś walczy - może to wydać się męczące, bo staje się postacią ciągle jednoznaczną. Ale warto wziąć pod uwagę, że chciano zrobić ten film na szybko, na świeżo by oddać choć kawałek tej walki o lepszą Polskę widzom.
W każdym razie to dalej znakomity film Wajdy, no i nie wolno zapominać o Złotej Palmie dla tego tytułu. Dwie i pół godziny mijają niepostrzeżenie, więc realizacja jak zwykle na mistrzowskim poziomie.
Czemu brak oceny? Bo nie byłaby to obiektywna ocena. Ciężko mi napisać coś o tym filmie tutaj, mimo że pewnie już wiecie iż mam szeroki gust filmowy. Ale czy każdy zrozumie, albo chociaż zaakceptuje moją miłość do powyższego filmu? Wątpliwe. Nawet wśród fanów serii RE ta część jest słaba. Dla mnie ten film to sztos.
To nawet nie guilty pleasure, bo czego mam się wstydzić? Fajnego filmu akcji, z fajnymi pomysłami, cóż że zajebanymi z innych filmów jak Matrix, Obcy 2 czy Terminator? I to czasami dość dosadnie.
A jednak ma ten film coś, co mnie rozbudza i sprawia, że bawię się jak dziecko. Aktorsko jest słabo, ale tragedii nie ma, każdy gra twardziela. Wszystko w tym sensie psuje jedynie drewno aktorskie grające Adę Wong - po czymś takim można docenić nawet sztywniackie granie Keanu w "Draculi" Coppoli. Po prostu katastrofa, no ale już widziałam tyle razy ten obraz, że nauczyłam się przymykać oko.
Największą perłą tego filmu jest to, że dzieje się w centrum symulacji z nieumarłymi w dołach Umbrelli - więc zaraz z Tokio możemy nagle znaleźć się w Moskwie. Symulacja nie jest wirtualna - oddane są normalne budynki i normalni ludzie - to klony z fabryki Czerwonej Królowej - często ci sami, którzy są bohaterami filmu, jak właśnie Alice, która podczas podróżny przez ośrodek symulacyjny "adoptuje" małą dziewczynkę-klona, która myśli, że Alice jej prawdziwą mama (tymczasem Alice-klon-mama umarła zabita przez zombiaki).
Film kończy się zapowiedzią potężnej bitwy o Waszyngton. To jedna z ostatnich ostoi ludzkości, dalej są tylko połacie wszelkiej maści potworów. Wyobraźcie sobie moje rozczarowanie, gdy poszłam do kina obejrzeć kolejną część, która zamiast zacząć się bitwą, zaczyna się... już dawno po bitwie. Ech, no ale może takie sceny batalistyczne mogły przerosnąć budżet i tak upadającej wtedy serii.
Film jest krótki, nie dłuży się, potwory wyskakują co chwilę a Czerwona Królowa powtarza jak mantrę, że wszyscy tu zginą, Wesker jak zwykle udaje agenta Smitha, twardziele są twardzielami, a Alice jest Alice - kolejny raz bronią w ręku kogo, tym razem Weskera, który pomaga jej uciec z uwięzienia. Dużo walk, fajnie się to ogląda, ale chyba dużo daje temu filmowi ten taki wzruszający rodzinny sznyt, jak w Obcym 2, gdzie porzuconym dzieckiem zaopiekuje się ta główna bohaterka.
Sama końcówka, już po wyjściu ośrodka dla mnie traci dynamikę, jednak najlepsze sceny odbywają się w centrum symulacyjnym. No i gdzie indziej zobaczycie ruskich żołnierzy-zombiaków ubranych jak na II wojnę.
Filmu nie polecam, nawet miłośnikom serii. Dla mnie to był jakiś wstrząs, nie wiem, jakby mnie ktoś albo coś zahipnotyzowało.
Gdy oglądałam drugi raz ten film byłam pewna, że zobaczę tym razem wszystkie jego mankamenty. I co? Zobaczyłam. I co z tego? Nic.
Ech, bezwarunkowa miłość.
Teraz więc po prostu oglądam dla zabawy, akceptując ślepe zauroczenie tym filmem.
@bojowonastawionaowca bo dla mnie to jest 10/10 w serduszku mym filmowym, no ale jestem świadoma licznych wad tego filmu więc tutaj darowałam sobie ocenę
Bob za młodu był aktywnym rewolucjonistą, ale gdy jego panna puszcza parę, trzeba uciekać, zorganizowana grupa rebeliantów ukrywa się. Bob zabiera małą córeczkę i porzuca rewolucję na rzecz rodzicielstwa.
I tak idziemy 16 lat później, gdzie Bob (świetna rola Di Caprio!) próbuje być ojcem, chociaż lepiej mu wychodzi chlanie i wapowanie maryśki, a córka zapewne czuje się trochę wykluczona przez paranoje ojca i jego poglądy. A jednak nastolatka dowiaduje się, że ojciec przekazał jej prawdę - że może być w niebezpieczeństwie.
Bob musi znów zostać aktywnym "rewolucjonistą".
Wspaniały był to seans. Realizacja jak zwykle na full pro, i do tego chyba był to najbardziej komediowy film PTA. W każdym razie uśmiałam się jak nigdy. Serio, coś tam czytałam o filmie, ale raczej unikałam opinii i recenzji i myślałam, że będzie na poważnie - a tymczasem boki zrywać, że tak napiszę.
Szczerze mówiąc podobał mi się na tyle ten film, że aż miałam ochotę go włączyć go jeszcze raz i coś czuję, że na stałe zagości w moich rewatchingowych przygodach. PTA to jednak arcymistrz!
Na świeżutko z kina. Nie będę się rozpisywać - jestem fanką tej serii, może nie lecę jak ogłupiała do kina, nie czekam nie wiadomo ile, ale lubię, po prostu lubię oglądać tych niebieskich Indian.
Trzecią część oglądało mi się równie dobrze co poprzednie, bardzo dużo akcji, o wiele więcej niż w poprzednich częściach - rodzina Sullych znów musi stanąć do walki, tymczasem pojawiają się nowe wątki, które sprawiają, że SkyPeople tym łakomiej patrzą na Pandorę i są gotowi rozwalić wszystko.
Tymczasem porucznik Quaritch nie przechodzi na stronę Jake'a, ale w pewien sposób przechodzi na stronę niebieskich złoli, którzy pomagają ludziom, właśnie dzięki porucznikowi. Dalej ma sentyment do Spidera, i chłopak staję się jednym z główniejszych bohaterów serii, ale nie tylko dzięki gonitwie świadomości jego ojca w ciele Na'vi.
Pięknie widoczki, akcja, wzruszenie, humor. Blokbaster. Inni wolą marwele, ja wolę Avatary
Rewatch, akurat leciał wczoraj na TVP Kultura to sobie obejrzałam z mamą. Rodzicielkę aż brzuch bolał od tych nerwów i perypetii głównego bohatera. No bo ten film, przynajmniej za pierwszym razem, ogląda się na uber spiętej d⁎⁎ie.
Andrew jest ambitnym perkusistą, który uczy się w prestiżowej szkole muzycznej i jego marzeniem jest by dostać się do klasy Fletchera, bardzo wymagającego, ale najlepszego nauczyciela w szkole. Fletcher to prawie, że sadysta, do tego manipulator, ale czy kłamie gdy twierdzi, że najlepsi artyści wykuwają się w najcięższych kuźniach?
Chazelle tym filmem, i kolejnymi, udowodnił, że potrafi zręcznie łączyć obrazki ruchome z muzyką. Ale to w "Whiplash" chyba najlepiej zrobił. Człowiek po seansie aż ma ochotę posłuchać jazzu, nawet jeśli nie słuchał wcześniej
Oglądałem 2 czy 3 razy. To jest film, który ogląda się głównie dla gry aktorskiej J.K. Simmonsa. Typ jest niesamowity. Scena gdzie mówi ze łzami w oczach o śmierci jednego z wychowanków, żeby potem gnoić chłopaków do zera... I to jego ""Not my tempo"
@Mahjong ten film to obraz czasów współczesnych gdzie drygent to człowiek, a perkusista to AI. AI z czasem znienawidzi swojego trenera za złe traktowanie i znęcanie się psychiczne i będzie chciało go zniszczyć jednak w sytuacji ostatecznej AI przejrzy na oczy, że gdyby nie to nie osiągnęłoby sukcesu.
@Mahjong już parę dni temu wpadłem na tę rozkminę, a że pojawiła się okazja by to napisać no to napisałem. Miałem to zrobić trochę szerzej, w innym stylu ale już nie będę szalał
Bardzo lubię Avatara, to na początek, jestem fanką od samego początku i zdaję sobie sprawę, że fabuła jest prosta. Ale nie dla tego oglądam te filmy - tylko oczywiście dla pięknych krajobrazów, całej tej wizualnej otoczki, w którą Cameronowi udało się tchnąć ducha. A to wcale nie jest takie oczywiste w czasach natężonego ruchu cyfrowych efektów specjalnych.
W drugiej części Jack Sully musi uciekać ze swoją rodziną przed SkyPeople, czyli ludźmi, którzy wracają na Pandorę po nowy towar. Jaki? Tego dowiemy się nieco później w filmie. Najpierw obserwujemy nowy dom rodziny Sully - w plemieniu wodnych Na'vi. Grupka leśnych smerfów na początku nie radzi sobie, ale z czasem odnajdują wśród tych innych Na'vi swoją nową ostoję. Przynajmniej dopóki wrogowie znów nie trafią na ich ślad.
Był to rewatch, prawdopodobnie wybiorę się do kina na trzecią część, i chciałam sobie mniej więcej odświeżyć co i jak. Dla mnie każdy seans Avatara to świetna zabawa, więc nie było żadnym problemem obejrzenie tego znowu. Dla mnie to także fenomen, jak w czasach marvelowskich nakręcić wysokobudżetowy film właściwie sklecony z nowoczesnych technik i ten film dalej ma smak klasycznej przygodówki, ekspozycji świata (nawet w drugiej części ten prosty zabieg by przenieść akcję nad wodę i poznajemy nowe środowisko Pandory), bohaterzy są może i prości, ale pełnokrwiści, kibicujemy ich i płaczemy razem z nimi gdy zła ludzka korporacja po raz kolejny ma gdzieś delikatny lecz wspaniały świat Pandory, który współgra ze wszystkim. To więc jest też trochę ekologiczna przypowieść, mądra, bo z przesłaniem. Te dobre wartości są po stronie ekologicznych Na'vi, chęć zysku, zemsty i po prostu walki za to przebija od strony przybyłych ludzi
Wspaniały to seans, pewnie nie ostatni. Pierwszego Avatara oglądałam już chyba z dziesięć razy
Dla mnie to była męczarnia, i tak rozbiłam to na dwa wieczory. Linda jest Lindą pasikowskim, a Pasikowski jest Pasikowskim. Dla twardych fanów twórczości tego pana.
Zamach stwierdzono w dwóch promilach, reszta filmu opowiada o czym innym. Linda w roli emerytowanego snajpera, taki badass kozak pod koniec życia. Ale oczywiście w głębi kryje gołębie serce. Bleh, no serio, trochę mi szkoda tych dwóch godzin, no ale obejrzałabym i tak i tak, chociażby z ciekawości.
Myślę, że wielu z was może spodobać się ten film, więc jeśli ktoś przebiera nóżkami by odpalić film to proszę się nie przejmować, ja zawsze trochę taka antypasikowska byłam
Debiut Kelly Reichardt. I całkiem ciekawy jak na debiut, nie dość sprawny moim zdaniem, ale wygrywa innymi rzeczami.
Cozy to rozczarowana życiem mężatka i matka. Jej smętne i nudne życie przerywa spotkanie w pobliskim barze chłopa o imieniu Lee, który dostaje od kumpla broń, którą wcześniej znalazł gdzieś w okolicy. Pijaństwo prowadzi Cozy i Lee na obcą posesję, gdzie chcą popływać w basenie, jednak właściciel przerywa im zabawę. Pada strzał i para ucieka. Wyrusza na przestępczą ucieczkę, z której wydaje się nie ma powrotu. Przynajmniej tak sądzą Cozy i Lee, są pewni, że zabili mężczyznę i są za to ścigani.
W sumie ten film można by określić jednym zdaniem - gdyby Reichardt nakręciła swoich Naturaln Born Killers. Tyle, że Cozy i Lee to żadni mordercy, przestępcy z nich słabi, a co najważniejsze - życie Cozy dalej jest smętne i nudne. Ale przynajmniej jest wolna. Więc co się stanie gdy dowie się, że nikogo nie zabili i Lee chce wrócić?
To już sobie sprawdźcie sami. Filmy Reichardt nie są akcyjniakami, fabuła się ciągnie jak makaron, taka stylistyka - jak widać zaznaczona od razu w debiucie. Ale film jest króciutki.
Mi się dobrze oglądało. Jeszcze jest parę jej tytułów na mubi, więc będę nadrabiać. Tam można też zobaczyć jej najnowszy film "Mastermind", który opisywałam wcześniej - https://www.hejto.pl/wpis/882-1-883-tytul-the-mastermind-rok-produkcji-2025-kategoria-kryminal-obyczajowy-
Kolejny rewatch. Jakoś nie miałam ochoty wieczorem na nic ambitnego, szukałam bezmyślnego akcyjniaka, ale przy przeglądaniu vodów mignął mi Matrix i pomysł by sobie przypomnieć film nagle zajął całą moją mózgownicę.
Nie wiem czego się spodziewałam, na pewno nie tego, że od pierwszych sekund wejdę w ten film na pełnej głowie, na spiętej d⁎⁎ie, rozkoszując się każdą sceną. Może sądziłam, że tym razem podejdę bardziej krytycznie po tylu latach. Nic z tego.
Matrix dalej robi fenomenalne wrażenie.
W tym akurat rewatchu obserwowałam zależności społeczno-polityczne, czyli jak powstaje rewolucja. I przez cały seans zastanawiało mnie czy to prawidłowa rewolucja? Czy nie lepiej zostać w symulacji i jakoś żyć, niż trwać w blaszanych trumnach i podziemnym mieście i walczyć o przetrwanie? A jednak zdrada Cyphera, mimo jego wcale nie takich niewłaściwych wniosków, boli za każdym razem tak samo.
Ostatecznie, jako widzowie, czy chcemy czy nie, stajemy po stronie rewolucjonistów - może dlatego, że ludzie nie potrafią znieść myśli, że ktoś ich traktuje jak trybiki w maszynie i nic więcej, a przecież ego ludzkie potrzebuje większego paliwa niż matriksowe maszyny.
Świetny film, arcydzieło popkultury, akcji, ambitnego kina - filozofia, socjologia, psychologia - można rwać film na warstwy, a wciąż coś zostanie do zbadania. Niesamowite jak Wachowskie rodzeństwo zdołało tak wiele rzeczy umieścić w jednym seansie: odniesienia do wu xia, kina akcji, dodane nowe atrakcje akcyjne, które właśnie dzięki Matrixowi przeszły do historii kina, do tego cała ta filozoficzna otoczka, film wymusza refleksję, a nie tylko załatwia nam umysł złożoną i pędzącą akcją.
Chyba w tym właśnie tkwi geniusz Matrixa. Zamiast chaotycznego miszmaszu dostaliśmy perfekcyjne dzieło, gdzie wszystko się trzyma idealnie i idealnie pasuje.
@Mahjong Napisać książkę albo nakręcić taki film, że ludzie po 26 latach będą o tym dyskutowali i doszukiwali się jakiś ukrytych w filmie przekazów. To byłoby dopiero coś.
@Dybala nieważne jak się nazywają, daję jak wszędzie wpisują je oficjalnie, dla mnie to wciąż ci sami twórcy, bez znaczenia czy mają inną płeć czy inne imiona - nazwisko się zgadza
można w sumie pisać też rodzeństwo Wachowski - będzie poprawnie w obu przypadkach jak kogoś kłuje
Bardzo lubię ten film, ale smak mi zepsuł fakt, jak po latach się dowiedziałem, że film jest metaforą transseksualizmu. Wychodzenie z matrixa i znajdowanie własnej, prawdziwej tożsamości. Sami bracia (a teraz siostry) Wachowscy potwierdzili/ły tą teorię...
@nick-chevs sądzę, że to jednak jedna z interpretacji i sposób na przypodobanie i wpisanie się w jakieś tam dzisiejsze trendy, niż oryginalny zamysł. A nawet jeśli, to przecież każdy może interpretować dzieła po swojemu.
@nick-chevs To tylko kolejna z setek interpretacji. Ale nie nazwałabym tego metaforą transseksualizmu tylko ogólnie metaforą szukania prawdziwego "ja".
Seans na TVN, spędzany czas z mamełe, więc akuratny film, rodzinny taki, wzruszający.
Fabuła? O wielkim bezdomnym nastolatku, który dostaje od życia fart stulecia - czyli bogatą w kasę i w serce białą republikańską rodzinę, która praktycznie adoptuje chłopaka, pomaga mu w skończeniu szkoły i umożliwia start kariery w futbolu amerykańskim.
W roli głównej sam Drabulok, który zagrał Mike'a oraz całą jego rodzinę. Za rolę białej wspaniałej kobiety, która stoi za każdym czarnym chłopakiem dostał nawet Oscara.
Fun fact: w tym samym roku Bullock dostała równocześnie Oscara i Malinę za najgorszą rolę
Sorki za wstawki wyśmiewające, no ale tak jest - ten film aż się prosi by o to by wyśmiewać całą historię. Wielki Mike by pewnie umarł z głodu ostatecznie gdzieś, albo gangusy przemieliły by go do stania na kornerach i ostatecznie odsiadywałby wyrok.
A zamiast tego miłość, kasa i kariera sportowa. Bo wystarczył ruch serca pewnej białej pani.
Z drugiej strony można się śmiać, ale to na podstawie prawdziwej historii, więc chociaż tyle.
Film przesłodzony, amerykański na maksa, ale o dziwo nie ogląda się go źle. Solidna produkcja, perfekto zrealizowana. Ale nic więcej.
Typowa komedia Quentina Dupieuxa - czyli krótka, śmieszna i głupia. Fun fun fun!
Tym razem dochodzi szczypta surrealizmu w hołdzie Salvadorowi Dali, którego gra kilku aktorów w tym filmie, ale sam Dali w tym obrazie zawsze jest taki sami. Ego wyjebane po nieboskłon!
Kto lubi komedie Dupieuxa ten się nie zawiedzie.
/jeśli ktoś nie kojarzy reżysera, to ten od "Morderczej opony"/
Ładnie poryty film, jak większość filmów Haneke w sumie. Trafił niedawno na Mubi więc miałam okazję nadrobić.
Nauczycielka gry na fortepianie przeżywa coś na wzór kryzysu wieku średniego, tylko na pełnej. U niej ten kryzys jest zaiste prawdziwy - toksyczna matka, zaburzona psychika samej Eriki (w tej roli rewelacyjna Isabelle Huppert), i dziwne seksualne pragnienia, które kobieta na razie rozgrywa na poziomie podlądactwa.
Trochę się zmieni gdy Erika pozna młodego przystojnego studenta, który w niej się zakochuje. Zamiast wykorzystać szansę kobieta nadal leci w dół, ciągnąc za sobą młodego chłopaka, który już sam nie wie, czego od niego chce ta dziwna kobieta.
Obserwacja Eriki w tym filmie czasem aż boli, jej pęd ku samozagładzie jest przerażający i czasem miałam nadzieję, że coś go przerwie, przecież w głębi serca tej smutnej i surowej kobiety musi być kapka dobra i nadziei? Prawda? Prawda?!
Ostatecznie Erika dostaje to co chciała. I to chyba jest najsmutniejsze.
Ale takie filmy kręci pan Haneke, chcesz optymizmu i ogromnych pokładów nadziei? To włącz sobie kolejny raz "Forresta Gumpa" a nie "Pianistkę". Ament.
Lata 50. w Polsce. Sabina jest redaktorką w wydawnictwie, taka szara myszka. Matka i babcia bezskutecznie próbują ją wydać za mąż. Ale żadne z kandydatów nie pasuje Sabinie. Dopiero gdy poznaje przystojnego, szarmanckiego i tajemniczego Bronisława to odezwą się w niej uczucia.
Nabuzowana Buzek grająca Sabinę świetnie oddała ową postać i jej przemianę. Już pierwsza scena filmu nam to pokazuje, gdy Sabina siedzi w kinie i ogląda jak w kronice filmowej maszerują umięśnieni sportowcy. Jej mina na ten obraz pokazuje wszystko co czuje w środku dziewczyna
Wracając do Bronka, ten znów odwiedza Sabinę, babcia poszła spać, a matka specjalnie wychodzi na parę godzin by młodzi spędzili czas ze sobą. Szybko jednak okazuje się, że Bronisław nie jest tym za kogo się podaje - jest tajnym funkcjonariuszem i chce ujebać dyrektora wydawnictwa, w którym pracuje Sabina.
Dalej nie piszę, ale cała fabuła filmu jest świetna, wraz z końcówką. W każdym razie konkluzja filmu jest prosta - w kobietach siła!
A aktorskie trio - Buzek, Janda i Dorociński robią mega robotę w "Rewersie".
Jak ktoś płacze, że polskie kino spadło na psy i po "Psach" już nic nie powstało dobrego to zaproponujcie mu ten film, niech zobaczy solidny poziom. Film trochę lat ma, ale w sumie niewiele stracił, ostatecznie i tak główna akcja filmu rozgrywa się w na początku lat 50.
Co jeszcze? Wyborne dialogi! To na pewno kolejna moc tego tytułu. W każdym razie - polecam.
Na ekranie debiutowała Krystyna Janda, która z buta weszła do polskiego kina. W roli dokumentalistki Agnieszki, robiącej dyplom, pozamiatała stare i nowe gwiazdy aktorskie w kraju. Długie, intensywne spojrzenia, miętoszenie papierosów w ustach i ta cała taka kończynowa Janda - tu nogę postawi, tu ramię oprze. No po prostu bestia aktorska w tym filmie!
Sama historia jest za⁎⁎⁎⁎sta - Agnieszka chce nakręcić film o dawnym przodowniku pracy - Birkucie (w tej roli Janusz Radziwiłł). Mamy w sumie dwie historie zawarte w filmie - właśnie Agnieszkę, która podąża tropem Birkuta i właśnie to jest druga historia - sam Birkut, jego historia na szczyt i upadek, gdy system zaczyna pożerać własne dzieci.
Jedne z moich ulubionych scen rozgrywają się w montażowni, gdzie montażystka niezbyt jest zajarana tworzonym filmem Agnieszki, ale z czasem zaczyna czuć "ogień". Gdy dziewczyny się poznają montażystka mówi ze znudzoną miną, że "jest od klejenia, a nie od myślenia", by już w ostatnich scenach w montażowni w filmie powiedzieć coś odwrotnego - że właśnie nie jest tylko rzemieślniczką, ale może mieć własne zdanie.
Takimi odczuciami zaraża ambicja młodej Agnieszki.
Perypetie Birkuta w ostrym socrealizmie, te sceny gdy młody człowiek czuje pasję i jest w stanie poświęcić wiele by dołożyć swoją "cegłę". A potem system oddaje w gębę.
W sensie całości to po prostu jebane arcydzieło. Mimo, że to był mój drugi seans tego filmu i znałam fabułę, to i tak siedziałam na spiętej d⁎⁎ie - nie ma tam ani sekundy nudy!
Janek Pradera by odpokutować nieszczęśliwą miłość zatrudnia się przy wyrębie lasu. Zaprzyjaźnia tam się z towarzyszami pracy, i poznaje obyczaje życia takich zwykłych ludzi.
Piękny, filozoficzny film, o życiu, o nieszczęściu i szczęściu.
Najlepsza scena: gdy Kaziuk odpala się na imprezie i rąbie stoły siekierą.
Ciekawostka: w rolę Kaziuka wcielił się Krzysztof Majchrzak, który dosłownie cztery lata wcześniej również w filmie Leszczyńskiego (Konopielka) zagrał chłopa co nazywa się Kaziuk
Chodził za mną rewatch dwójki Hellraisera od jakiegoś czasu i udało się wczoraj wieczorem skupić na powtórzeniu seansu.
O rany, co za film! Nie sądziłam, że będę bawić się doskonale, chociaż przecież zawsze miałam sentyment do tego filmu, ale miałam wrażenie, że to jednak "jedynka" dla mnie najlepsza. Może dlatego, że widziałam ten film z cyklu najczęściej.
Ale Hellbound ma coś czego pierwsza część nie posiadała - typową historię fantasy, czyli jak zabić potwora i wrócić do domu.
Kirsty po wstrząsających przeżyciach trafia do szpitala psychiatrycznego, jako jedyna ocalała ze spotkania ze swoim nieżyjącym wujkiem Frankiem i ścigającymi go z piekła Cenobitami. Dziewczyna jest w głębokiej traumie, ale będzie musiała szybko stanąć na nogi.
Niebawem się okaże, że szef szpitala, dr Channard, zna historie o piekle i Cenobitach i chce jak najbardziej poznać to na własne oczy. Najpierw sprowadza do swojego domu zakrwawiony materac z domu Cottonów, z którego "wykluwa się" Julia, macocha Kirsty, która też trafiła do piekła.
Do tego doktor wykorzystuje inną młodocianą pacjentkę, która układa kostkę LeMarchanda, ale Cenobici nie dają się oszukać, wiedzą, że prawdziwym wzywającym jest doktor, a nie jakaś dziewczynka.
W tej części wraz z bohaterami filmu często będziemy zwiedzać piekło, które przypomina opuszczony wielki labirynt, nad którym pieczę sprawuje przerośnięta wersja kostki - Lewiatan.
Czego my więc tam nie mamy: odkrywamy, że demony były kiedyś ludźmi, transformację Chennarda, spiskującą na rzecz Piekła Julię, rzeź Cenobitów... Przerażająca przygoda goni kolejną, obrzydliwości, krew i flaki i groza piekła i zagrożenia. A w tym wszystkim dzielna Kirsty, która odzyska spokój ducha, który utraciła śmierci ojca, bo tym razem udaje się z tego wszystkiego kogoś uratować.
Wspaniały film. Lubię serię, chociaż oglądanie pozostałych części to już sprawa trochę dla masochistów, nie dorównują nawet w jednym procencie temu co oferuje Hellraiser 1 i 2, w sumie ten najnowszy Hellraiser (2022) też jest całkiem niezły.
Ale Hellbound to masterpiece w swojej kategorii i w moim sercu również.
Niedaleka przyszłość. Każdy człowiek, który umiera śmiercią nienaturalną ma prawo do wskrzeszenia. O ile ma zaktualizowaną kopię świadomości z najbliższego czasu (48 h).
Pani detektyw musi rozwiązać sprawę morderstwa małżeństwa - do życia wrócił tylko mężczyzna i to na podstawie kopii sprzed wielu miesięcy. Im dalej wgłąb idzie śledztwo tym robi się gęściej - za sprawą wydaje się stać główny Instytut wskrzeszania - świadkowie umierają, a wraz z nimi często ich zaktualizowane kopie.
W sumie to po prostu solidny akcyjniak sci-fi. Oprócz tego, że gadają po czesku i czasem futurystyczne miasto udaje nasza Warszawa to nie ma tak za specjalnie jakiś europejskich wątków - ot, nadal to zwykłe science fiction.
Ale jest zrealizowane poprawnie, wszystko jest ładnie, dużo akcji, taki Altered Carbon ściśnięty w jeden film.
To film, z którym miałam ogromy problem w czasie jego hajpu - ostatecznie po 30-40 minutach porzuciłam seans.
Doszłam wczoraj do wniosku, że czas wykorzystać czas mojego peaku tolerancyjnego i nadrobić seans, do pełna, do końca.
Aż przeleje się woda.
No i cóż, było fajnie akurat na te 40 minut, które ledwo wtedy przetrwałam, ale przetrwałam. Tolerancja wzrosła, film dokończyłam. I kurde to jakby zrobić bajkę dla dzieci w stylu Wesa Andersona ale z motywem typu "Amelia".
Długo się zastanawiałam czy by nie dać w związku ze swoją "powiększoną tolerancją na filmy" jednak 6/10 a nawet 7/10, bo przecież jakoś źle się nie bawiłam, ale czy to byłoby fair wobec filmów, które tak oceniłam a zawsze mam z nimi pozytywne wrażenia? Niezbyt.
BTW, ten film tłumaczy mi niską gadkę Potwora z Frankensteina. Stwór ma być dziwny, milczący, przypominający zwierzę i TA-JE-MNI-CZY!