Staram się oglądać wszystkie filmy Astera, i fakt, zjazd jest lekki od Hereditary i Midsommar. Ale jednak wciąż to jest znakomite kino, chociaż w "Bo się boi" odleciał już nieźle reżyser.
O Eddington też naczytałam się, że to nie jest to i w ogóle słabe. Ale ja bawiłam się dobrze, fakt, film jest ździebko za długi, ale mi bardzo dużo wynagrodziła pięknie akcyjna końcówka.
Ot, dość taki flegmowaty szeryf grany przez Joaquina Phoenixa postanawia kandydować w wyborach na burmistrza miasteczka. Spór z obecnym burmistrzem (w tej roli Pedro Pascal) walczącym o drugą kadencję zaczyna się ostro załączać, do tego do miasteczka przybywa epidemia koronawirusa oraz "epidemia" wzburzonych ludzi zabiciem George'a Floyda.
Aster nie pozwala nam polubić właściwie żadnego z bohaterów. Prawie każdy z nich jest zwykłym chujkiem, czy to mężczyzna czy kobieta. Nagle z małego, sympatycznego miasteczka Ellington staje się poligonem walk.
Po takim znakomitym filmie jak "Chronologia wody" (mój wpis wcześniej) wpadasz w takie gówno jak to na festiwalu.
Isabel jest w ciąży, widać że rozwiązanie niebawem, ale i tak wdaje się w dość pokraczny i dziwaczny romans z przystojnym i dziwakowatym wokalistą równie dziwakowatego zespołu.
Ten romans jest osią filmu, chociaż nie zawsze go oglądamy, ale przebija się praktycznie wszędzie. Tajemniczy Elliot zanim wdał się w romans z ciążowatą i zamężną Isabel, wdał się także w "romans" z fanami swojego zespołu, którzy bardzo poważnie oczekują jego ostatniej płyty. Ta jednak nie nadchodzi i faza fanów zespołu z tym związana uderza bezpośrednio w samą Isabel.
Jeśli musicie to obejrzeć, to obejrzyjcie. Jeśli nie musicie, no cóż, moim zdaniem wiele nie stracicie. Może "Chronologia wody" była popierdolona, ale trzymała mnie cały czas na krawędzi kinowego fotelu, tutaj tylko odliczałam niecierpliwie czas do końca seansu.
Wracam z festiwalu American Film Festival, będę się starała wrzucać po parę filmów dziennie (na festiwalu byłam na 25 seansach). Jeśli kogoś by to denerwowało to dodaję dodatkowe tagi, do zczarnolistowania. Ale mam nadzieję, że ciekawskie filmowe umysły hejtowskie zerkną chociaż na kilka moich wpisów
FILM
Spójrzcie na reżyserię. Tak, to ta aktorka od "Zmierzchu". Z nią w ogóle jest ciekawa historia, bo po uzyskaniu międzynarodowej sławy wydawało się, że zawita na dłużej w Hollywood, i tak się też stało. Ale pani Stewart w pewnym momencie zaczęła bardziej zwracać uwagę na role. I tak, dalej zdarzały się typowe mejnstrimy, ale zdarzały się także role w filmach francuskiego twórcy Oliviera Assayasa. I podejrzewam, że tam łyknęła europejski styl, który przebrzmiewa z pełną wyrazistością w jej reżyserskim debiucie "Chronologia wody".
Rzadko się zdarza by pierwszy film festiwalu od razu był "tym" filmem festiwalu.
"Chronologia wody" nie jest więc typowym amerykańskim filmem, ba! stawiam nawet założenie, że to mniej amerykański film od "Do utraty tchu" Godarda, który też btw leciał na AFF.
To historia pisarki, która całe życie mierzyła się ze swoją przeszłością i swoją teraźniejszością, taka laska, w której faceci się zakochują, ale oprócz tych kilku adoratorów nie jest łatwo ją polubić. Lidia mogła zostać pływaczką, ale zaprzepaściła to. W pewnym momencie przebranżowiła się z niespełnionego sportowca w pisarkę.
Obserwujemy więc jej drogę, jej przeszłość i teraźniejszość, pełną dziwnych sytuacji, połamania psychicznego, które mocno wpływa na otoczenie i jej uzależnień od używek. Taka to chronologia uwolnienia traumy by pisarze.
Film nie jest łatwy, bo nie jest podany na tacy, to nie jest typowy biopic, czy to fałszywy jak "Tar" czy prawdziwy. To film pogłębiony, czasem eksperymentalny, produkcja może jest amerykańska, ale widać, że przygoda z europejskim kinem przysłużyła się Stewart.
Jeśli kochacie kino za to, że daje wam przygodę, akcję, śmiech czy łzy, to możecie ominąć ten tytuł, ale jeśli europejskie klimaty nie są wam obce to może was właśnie czekać największe zaskoczenie roku. Sama nie wiem czy za chwilę nie dam sztosowej oceny, czyli 10/10.
Jak na debiutantkę jest to bardzo dojrzałe dzieło. Z niecierpliwością będę czekać na kolejne reżyserskie filmy Kristen Stewart. Zapamiętajcie to nazwisko, nie już jako aktorki (tej od Zmierzchu), a ambitnej reżyserki, która zapewne będzie szukać swojego autorskiego rysu.
SŁOWO KOŃCOWE
Rozpisałam się, postaram się streszczać przy kolejnych opisywanych filmach festiwalu. Dodam jeszcze tylko tyle, że przez to, że widziałam tak znakomity film pierwszego dnia festiwalu to trudno mi było oceniać kolejne filmy w kolejnych dniach, ale na szczęście szybko się rozluźniłam.
Bo muszę przyznać, że "Chronologia" trzymała mnie przez cały seans na bardzo mocnym napięciu!
Film dokumentalny o raperze, na którym sie wychowałem, którego jestem wielkim fanem.
Pezet opowiada tutaj szczerze o jego dzisiejszym podejściu do muzyki, życia, a przewija sie to ujeciami ze studia przy robieniu najnowszej płyty. Dla fana cos fajnego.
Brad Pitt moim zdaniem ze swoich najlepszych czasów i sensacyjniak z tamtych lat plus szpiegowski klimacik co w sumie daje świetny film. Wciąga, nie nudzi.
Miałem ochotę na coś lekkiego i coś lekkiego dostałem. Zapraszam na #piechuroglada
----------
Tytuł: A Knight's Tale
Rok produkcji: 2001
Reżyseria: Brian Helgeland
Kategoria: #komedia #przygodowy
Czas trwania: 132 min
Moja ocena: 6/10
Giermek zajmuje miejsce zmarłego rycerza biorąc udział w licznych turniejach rycerskich w pogoni za lepszym życiem, sławą, szacunkiem i miłością.
Lekki obraz z bardzo luźnym podejściem do historii, wplatający w średniowieczny świat liczne nawiązania do współczesnej popkultury. Historyjka o odwadze, harcie ducha i honorze, połączona z wątkiem miłosnym, a także różnego rodzaju gagami i sarkastycznym humorem. Zagrane poprawnie, wyróżnia się zwłaszcza Paul Bettany, który obecnie znany jest prawdopodobnie najbardziej z roli Visiona z Marvelowskich Avengersów, a tu wciela się w zupełnie odmienną postać. Ogólnie pewnie szybko zapomniałbym o tym filmie, ale jest pewien jego element, który błyszczy, a są to sceny walk na kopie - trzymają w napięciu i są bardzo fajnie zmontowane. Polecam na niezobowiązujący seans, który można przerwać w dowolnej chwili.
Fabularyzowana historia chyba najsłynniejszego zatonięcia polskiego statku - promu Jan Heweliusz w styczniu 1993. Serial skupia się nie tylko na samej katastrofie, ale także na rekonstrukcji tego co było wcześniej oraz wydarzeń które miały miejsce już później, w tym procesu przed Izbą Morską. Nie ma tutaj jednego bohatera - śledzimy splatające się losy wielu ludzi, ich walkę z żywiołem oraz późniejszą walkę o prawdę i sprawiedliwość. Przede wszystkim jest to walka z bezdusznym systemem, który za wszelką cenę chce ukryć własne błędy i wypaczenia.
Co do strony technicznej ciężko mieć jakieś zarzuty - Netflix włożył w serial kupę pieniędzy i to widać. Jestem pod wrażeniem chociażby nagromadzenia rekwizytów, lokalizacji czy pojazdów z epoki. Serial odbieram trochę nostalgicznie, bo znów poczułem się jak wtedy, gdy miałem siedem lat.
Pewnym minusem dla mnie jest wspomniana wyżej fabularyzacja - oprócz kapitana nikt nie występuje tutaj pod prawdziwym nazwiskiem, a pewne elementy fabuły zostały dodane sztucznie, przez co w moim odbiorze serial trochę stracił na ostatecznej ocenie.
Było trochę błędów w scenografii. Dwa bardzo duże pozytywy na ten serial. Pokazuję jak ciężkie czasy były w latach 90. Po drugie pokazuje jak w jakim państwie z kartonu żyjemy bo właściwie nic się nie zmieniło jeśli chodzi o system.
Fajny klimat grozy i tamtejszych czasów (nie pamiętam już w jakich się dzieje ale podobało mi się) jednak pod koniec ostatnie pół godziny już mnie przynudzał delikatnie.
Niemniej jeden z lepszych horrorów nowszych jakie ostatnio oglądałem, postawiłbym obok "Zniknięcia"
Było już na tagu #filmmeter więc nie będę dublował.
Obejrzałem sobie Hereditary - Dziedzictwo i mam pytanie.
Ten film naprawdę jest uznawany za jeden z najlepszych horrorów XXI w.?
To jakiś żart?
Przecież to popłuczyny po gniotach typy Obecność.
Nie to żebym nie lubił horrorów.
Ja się wychowałem na horrorach.
Film się broni jedynie gdy zinterpretujemy go jako wariacje na temat choroby psychicznej trawiącej rodzinę z pokolenia na pokolenie.
Ostatnia scena byłaby wtedy wybitna, ale nie zagłebiałem się jakie zdanie ma reżyser.
Parę wątków jednak bardzo dobrych (nie horrorowych) jak reakcja matki na tragedie, czy w jej konsekwencji jej relacja z synem.
Aktorsko jest bardzo dobrze po za Byrnem, który chyba szukał swojego miejsca w nowej serii Klanu.
Jako horror 4/10 jako dramat psychologiczny 7/10.
Ostatecznie 5.
ps. a co do tej córki. Teraz jest jakaś moda na promowanie kartoflanych twarzy w kinie?
a co do tej córki. Teraz jest jakaś moda na promowanie kartoflanych twarzy w kinie?
Gdzieś czytałam, że specjalnie szukano aktorki o dziwnej urodzie, by pokazać jak opętanie przez tyle lat wpłynęło na fizyczność dzieciaka, ale musiałabym poszukać czy to prawda.
Film przygodowy oparty na faktach z zycia odkrywcy Perły Fawcetta. Dosyć powolnie prowadzony, ale jednoczesnie nie nużący i nie dlużący sie. Trochę szkoda, ze nie było więcej scen z Amazonii bo klimacik niezly tam byl.
Generalnie jestem miło zaskoczony bo spodziewalem sie takiego oklepanego filmu przygodowego.
Kurła.....zmasakrowali Predatora Uczłowieczyli go na tyle, ze stracił swoj urok. Disney zrobil z tego film, na który możecie pójść z dzieciakami (nie nie wiadomo jak młodymi ofkrz). Z drugiej strony kolejny film o łowcy mordujacym hurtowo kosmicznych marines byłby nudny jak flaki z olejem
Jednocześnie oglądało sie to całkiem spoko. Liczyłem na troche wiecej Lore z uniwersum Predatora. Poza tym film jest tak mocno osadzony w uniwersum Obcego, ze przez chwile sie zastanawiałem czy to jest dalej film o Predatorze.
Jednym slowem....d⁎⁎y nie urywa.
Jak jestes hardcore fanem predatora, który oglądało wszystkie filmy i namiętnie czytal komiksy to raczej nie podchodź do tego filmu. Jak chcesz sie po prostu zrelaksować oglądając cos w miarę lekkiego to mysle ze Ci przypasuje.
@entropy_ ja komiksów nie czytałem ale sporo czasu spędziłem na xenopedia fandom czytając o Predatorze(obcym tez ;)) moze dlatego bylem nastawiony na troche lepszy wgląd w "zycie" yautja . No ale tak jak mowisz. Na pewno jest sporo wiecej niz w poprzednich filmach. Faktycznie moze powinienem dac 7, bo oglądało sie to spoko, w kinie na duzym ekranie.
Całkiem obiecujący początek, a potem już coraz gorzej. Scena z włamaniem mnie rozczarowała, a akcja na komisariacie spowodowała, że cienka czerwona linia została przekroczona. Mam ostatnio gorszy okres, co w połączeniu z odwieczną alergią na głupotę w filmach, spowodowało że dalszy seans stracił sens. Jeśli to kiedyś był dobry thriller, to obrzydliwie się zestarzał.
Największą zaletą tego filmu jest przedstawienie problemów związanych z niepełnosprawnością - główna bohaterka jeździ na wózku inwalidzkim. I co najciekawsze, nie jest to postać, która łatwo wzbudziła moją sympatię.
Tytułowa dwudziestoczteroletnia Josee jest bardzo nieprzyjemna w obyciu. Tsuneo, czyli drugi główny bohater, zostaje zatrudniony przez jej babcię, by pomagał dziewczynie. Początkowo Josee traktuje go okropnie - każe mu wykonywać bezsensowne polecenia jak chociażby liczenie ździebeł słomy w macie tatami. Odtrąca ludzi i oferowaną przez nich pomoc, jest mocno zgorzkniała.
Myślę, że rozumiem, skąd ta zgorzkniałość wynika. Josee zamknęła się w swoim świecie, ponieważ została do niego zmuszona. Babcia nie chce z nią wychodzić na spacery z obawy, że dziewczynie może coś się stać - zresztą poznały Tsuneo przez to, że ktoś popchnął wózek Josee, a ta zjechała po bardzo stromym zboczu i wpadła na chłopaka. Josee jest też bardzo niesamodzielna i nawet nie pracuje. I to zdecydowanie może rodzić frustrację, kiedy nawet wyjście do sklepu, dla osoby pełnosprawnej nic trudnego, w przypadku osoby niepełnosprawnej zamienia się w wyprawę, która zajmuje znacznie więcej czasu i wymaga więcej wysiłku.
Pewnie wzmaga to też poczucie odosobnienia (dziewczyna nie ma żadnych znajomych) i uczucie niedoświadczania czegoś, co dla innych jest naturalne. Widać to było chociażby po wycieczce nad morze i przejawianej przez Josee ekscytacji różnymi rzeczami, porównywalnej do tej wyrażanej przez dzieci, które dopiero poznają świat.
Dochodzi też fakt złego traktowania osób niepełnosprawnych. Już pal licho ignorowanie ich bądź litowanie się nad ich losem. Na przykład Josee potrącił spieszący się na pociąg mężczyzna, który jeszcze się oburzył, że ta wjechała w niego. Ale gdy zahaczył walizką o starszą panią i ta wydarła się na niego, to nagle struchlał. Dlaczego? Bo pewnie uważał, że niepełnosprawna dziewczyna w żaden sposób mu nie zagrozi.
Co przypomniało mi o opowieściach kolegi również jeżdżącego wózku, że zdarzało mu się, iż ktoś potrafił go wyciągnąć z windy, ponieważ nie chciało się temu komuś czekać na następną. Straszne sku⁎⁎⁎⁎⁎⁎stwo.
Na szczęście z czasem Josee przekonuje się do Tsuneo, zaczyna się otwierać, usamodzielniać, poznaje nawet pierwszą koleżankę. Chłopak ma na nią bardzo dobry wpływ i jestem zdziwiony, że nie odpuścił sobie tej trudnej z początku znajomości.
Historia jest na tyle uniwersalna, że w miejscu Josee można by postawić osoby z innymi niepełnosprawnościami czy nawet cierpiące na depresję bądź inne choroby psychiczne. Depresja też sprawia, że ludzie zamykają się w swoim świecie i odcinają od innych, mają także problemy z codziennym funkcjonowaniem.
Oczywiście nie można zapomnieć o oczywistym od samego początku wątku romantycznym, tak samo jak o tym, że w głównym bohaterze zakochane są dwie dziewczyny, które w pewnym momencie nawet rywalizują ze sobą.
O, to też był ciekawy motyw. Jedna z dziewczyn powiedziała, że kocha Tsuneo, dlatego cieszy się, że ten nie pojedzie do Meksyku spełnić marzenia i że dzięki temu będzie mogła mu pokazać, na czym polega prawdziwe uczucie et cetera. Na co druga odparła, że kocha go tak mocno, że w życiu nie pozwoli mu zrezygnować ze swoich marzeń i będzie go wspierać w dążeniu do ich spełnienia.
@cyberpunkowy_neuromantyk W sumie nie znałem. Możesz mi tylko napisać bez spoilerowania czy film jest bardzo smutny? Oglądam anime aby poprawiać sobie humor dlatego pytam.
„Przekręt” to film Guya Ritchiego w stylu wcześniejszych, równie entuzjastycznie przyjętych „Porachunków” (1998). Mamy tu zatem niezwykle zawikłaną intrygę kryminalną, stanowiącą doskonałą okazję do zaprezentowania na ekranie serii gagów, omyłek i śmiesznych dialogów. Pewien gang wchodzi w posiadanie drogocennego diamentu, który zostaje przerzucony w celach handlowych z Antwerpii do Londynu. Wkrótce kurier (Benicio del Toro) docelowo podróżujący z klejnotem do Nowego Jorku, zostaje jednak zamordowany, a kamień staje się obiektem pożądania rozmaitych grup przestępczych. W pogoni za diamentem skrzyżują się drogi między innymi żydowskich kupców z Ameryki, groźnych amatorów walk bokserskich, irlandzkich Cyganów, rosyjskiej mafii i Jamajczyków. Bohaterem nie bez znaczenia okaże się również pewien sprytny pies, który bez opamiętania pożera wszystko w zasięgu wzroku…
Mój drogi najlepszy film Ritchiego zaraz po porachunkach
@entropy_ ehhh... myślałem, aby obejrzeć :P. Trzeba by uzupełnić moją kolekcję. Wspomniany Romulus był nawet ok, choć miał trochę bubli logicznych jak na te uniwersum. O dziwo Prey mi przypadło do gustu, mimo że krytykowali to ludzie za "silną niezależną kobietę".
Dzieki za polecajke. Podobał mi się poprzedni (też miał być woke, ale jeśli tak to niech robią takich więcej). Ale po kiepskich recenzjach tego stwierdziłem, że poczekam na VOD.
Chyba jednak zobaczę w kinie :)
Remulusa to ty szanuj, bo to solidny Alien (a w porównaniu do Prometeusa i Earth to nawet wybitny). Natomiast Superman w końcu ma wierną adaptację, a nie to lewackie guwno jakie kręcił Snyder.
@AureliaNova @dkk to ja prey nie oglądałem bo myślałem że gorzej niż średni. Wrzucę sobie skoro mowicie że spoko.
A badlands polecam, to tak jakby wyjaśnione(nie wprost) dlaczego w ogóle Schwarzenegger i Glover musieli się z nimi kopać bo badlands zaczyna się w ich gnieździe
Philip Calvert (Anthony Hopkins) jest tajnym agentem marynarki. Wraz ze swoim pomocnikiem Hunslettem (Corin Redgrave) mają za zadanie dowiedzieć się kto ukradł miliony..
Źle się dzieje w El Royale, a w filmach akcji źle się dzieje, gdy widz spogląda na zegarek. Reżyserowi udało się dokonać rzadkiego wyczynu: stworzyć bardzo wybrakowane dzieło, które zarazem będzie się dłużyć. Irytujący poziom absurdów również mocno doskwierał, prawie tak bardzo jak wtórny scenariusz i schematy. Końcówka rozwleczona do 1/3 długości filmu, aż się można zastanawiać, czy ktoś obejrzał "gotowy" produkt. Niestety, ale to zdecydowanie najsłabszy z filmów z T. Cruzem jaki oglądałem, a szkoda, bo jedynka była dobra.
Salvatore Giuliano, sycylijski Janosik rabujący bogaczy i obdarowujący biedaków jest bohaterem uwielbianym przez lud do czasu, gdy wikła się w stosunki z włoskimi politykami.