Zbieracze borówek to opowieść o utracie, tożsamości i poszukiwaniu swojego miejsca w świecie. Amanda Peters snuje historię dwojga bohaterów – Joe i Normy – których losy naznaczone są tragedią, ale i iskierkami nadziei.
Joe jako dziecko traci siostrę, która znika bez śladu, a później także brata, który ginie w brutalnej szkolnej bójce. To doświadczenie kształtuje jego dorosłe życie, pozostawiając w nim pustkę i niezaleczone rany. Norma dorasta w rodzinie zastępczej, nieświadoma swojego prawdziwego pochodzenia. Jej tożsamość i przeszłość to dla niej zagadka, którą stopniowo odkrywa, a która będzie miała wpływ na jej ciążę i największy dramat dla rodzica - utratę dziecka.
Najmocniejszym punktem książki jest sposób, w jaki autorka buduje psychologiczne portrety bohaterów. Każde z nich zmaga się z utraconą rodziną i próbuje odnaleźć się w świecie, który nie daje łatwych odpowiedzi. Narracja jest pełna emocji, a Peters umiejętnie splata wątki, stopniowo odsłaniając tajemnice ich przeszłości.
Historia nie epatuje dramatem dla samego efektu – to bardziej refleksyjna opowieść o poszukiwaniu swoich korzeni i odnajdywaniu siebie na nowo. Jeśli książka ma pewne słabsze strony, to może miejscami tempo zwalnia, a niektóre rozwiązania fabularne są zbyt przewidywalne. Niemniej to solidna, dobrze napisana powieść, która pozostaje w pamięci.
W poszukiwaniu czegoś nieoczywistego i nieznanego, sięgnąłem po najnowszą pozycję od wydawnictwa ArtRage.
Przepis doskonały przedstawia historię, która łączy w sobie filozoficzne rozważania, subtelny humor i głęboką refleksję nad ludzką naturą. Książka opowiada o poszukiwaniach idealnej receptury na danie zwane pölsa, która staje się pretekstem do eksplorowania zarówno kulinarnych obsesji, jak i egzystencjalnych dylematów.
Główną siłą powieści jest jej atmosfera – pełna skandynawskiego spokoju, a jednocześnie napięcia wynikającego z obsesyjnego dążenia do perfekcji. Autor zręcznie balansuje między powagą a ironią, wciągając czytelnika w świat, w którym gotowanie i filozofia zdają się być nierozerwalnie połączone.
Mimo to książka nie do końca spełniła oczekiwania. Choć jej koncept jest intrygujący, momentami narracja wydaje się zbyt rozwlekła, a tempo nierówne. Trudno także oprzeć się wrażeniu, że niektóre wątki zostały potraktowane powierzchownie, co odbiera historii pełnię jej potencjału. Choć Lindgren zdaje się mieć dużo do powiedzenia o ludzkiej obsesji na punkcie doskonałości, nie do końca mnie to przekonuje.
Przepis doskonały to książka, która z pewnością znajdzie swoich miłośników wśród czytelników ceniących nietuzinkowe podejście do tematyki i oryginalny styl autora. Niemniej jednak, dla niektórych jej subtelność i powolne tempo mogą okazać się męczące i takie niestety były dla mnie.
Długa noc, szósty tom serii o Jakubie Mortce, niestety nie sprostał wysokim oczekiwaniom, jakie zbudowały wcześniejsze książki. Choć Chmielarz potrafił wciągać czytelnika w skomplikowane i pełne emocji historie kryminalne, tym razem fabuła wydaje się rozmyta i pozbawiona tej energii, która napędzała wcześniejsze tomy.
Fabuła opowiada o powrocie Mortki do pracy po przerwie, w której zmagał się z osobistymi problemami i zawodowym wypaleniem. Tym razem śledztwo dotyczy nocnych wydarzeń, które prowadzą do coraz bardziej skomplikowanych wątków. Niestety, to, co w poprzednich tomach było siłą serii – dynamiczna akcja, wielowątkowość oraz rozwój relacji bohaterów – tutaj wydaje się mniej wyraziste. Brakuje napięcia, a sam Mortka sprawia wrażenie postaci wypalonej, co odbiera książce dodatkową iskrę.
Największym zarzutem wobec Długiej nocy jest jej zbędność. Historia nie wnosi nic nowego ani do postaci Mortki, ani do ogólnego obrazu serii. Wygląda to tak, jakby autor chciał zamknąć pewne wątki, ale jednocześnie brakowało mu inspiracji na ich rozwinięcie w sposób, który by porwał czytelnika. W efekcie dostajemy książkę, która jest poprawna, ale nijaka, 100 stron krótsza niż poprzednie tomy, a momenty napięcia i intrygi nie są w stanie zrekompensować poczucia ogólnej stagnacji. Do tego Mortka wraca po latach (około 15), więc dostajemy również sporą dawkę emocji związanych z problemamy jego nastoletkich dzieci, dla których był nieobecnym ojcem. Jego dawni współpracownicy są w zupełnie innych miejscach swojej kariery, więc ich udział jest też inny niż ten, do którego przywykliśmy.
Na plus należy zaliczyć sprawny warsztat autora, który jak zawsze dostarcza solidnie napisanych dialogów i realistycznych opisów. Jednak to za mało, by uratować książkę. Długa noc sprawia wrażenie dodatku, który mógłby zostać pominięty w serii, nie wpływając na odbiór całości, a może nawet bez niej, odbiór serii byłby lepszy, bo jednak Długa noc obniży średnią ocenę serii.
Piąty tom serii o Jakubie Mortce, zatytułowany Cienie, to powrót Wojciecha Chmielarza do lepszej formy. Po nieco spokojniejszym Osiedlu Marzeń, tym razem autor dawkuje nam napięcie trochę sprawniej, jest zwrotów akcji i emocji.
Akcja Cieni zaczyna się od brutalnego napadu na dom jednego z warszawskich biznesmenów. W trakcie zdarzenia giną dwie osoby, a sprawa szybko nabiera rozgłosu medialnego i staje się priorytetem dla policji. Głównym smacznkiem jest to, że na miejscu zbrodni znaleziono służbową broń Kochana, byłego partnera Jakuba. Śledztwo Mortki i jego zespołu odkrywa złożoną sieć powiązań między przestępczością zorganizowaną, światem biznesu i polityki. Jak zwykle u Chmielarza, nic nie jest czarno-białe, a tropy prowadzą w różne, często zaskakujące strony.
W Cieniach szczególnie podobała mi się ewolucja Jakuba Mortki. To bohater, który w każdym tomie staje się coraz bardziej złożony – zmaga się z osobistymi demonami, trudnymi relacjami, a jednocześnie pozostaje wierny swoim zasadom i etyce zawodowej. Tym razem jednak nie tylko Mortka jest w centrum – ważną rolę odgrywa jego dawny współpracownik, Dariusz Kochan, który ponownie pojawia się na scenie. Jego obecność wprowadza dodatkowe napięcie i niejednoznaczność do fabuły, co zdecydowanie działa na korzyść książki.
Seria trzyma lekko nierówny poziom, ale nie jest też tak, że jest to rozbieżność między 4-9, a bardziej 7-8. Dalej uważam, że jest to jedna z lepszych polskich serii kryminalnych.
Czwarty tom serii o Jakubie Mortce to kolejna solidna pozycja od Wojciecha Chmielarza, choć nie wywarła na mnie tak dużego wrażenia jak pierwszy Podpalacz. Tym razem fabuła przenosi nas na zamknięte, luksusowe osiedle – miejsce, które na pierwszy rzut oka wydaje się oazą spokoju i bezpieczeństwa, ale szybko okazuje się siedliskiem mrocznych tajemnic. Śledztwo Mortki rozpoczyna się od brutalnego morderstwa młodej kobiety, której ciało zostaje znalezione na terenie tytułowego osiedla. W miarę jak bohater zagłębia się w sprawę, wychodzą na jaw brudne sekrety mieszkańców – od toksycznych układów po kryminalne powiązania. W tle cały czas mamy też osobiste życie Mortki, które dalej nie wyszło na prostą.
Chmielarz po raz kolejny świetnie buduje klimat – zamknięta, niemal klaustrofobiczna społeczność bogaczy i politycznych elit okazuje się pełna hipokryzji, a kontrast między idealnym obrazem a rzeczywistością daje mocny efekt. Autor ma dobrą rękę do realistycznych, nieprzerysowanych postaci, a jego bohaterowie – zarówno główni, jak i poboczni – są wiarygodni i wielowymiarowi.
Fabuła jest dobrze skonstruowana, ale brakuje jej tego "czegoś" i nieprzewidywalności, które sprawiały, że Podpalacza czytało się niemogąc się doczekać kolejnej strony. Tu chyba najszybciej z całej serii wiedziałem kto zabił i domyślałem się dlaczego. Niemniej, to wciąż porządny kryminał z ciekawym tłem społecznym i bohaterem, którego losy chce się śledzić. Solidna kontynuacja, choć nie najlepsza książka w serii.
Po lekturze Iliady, która była dla mnie momentami męcząca przez swoją archaiczną formę i powtarzalność, Odyseja okazała się znacznie bardziej angażującą opowieścią. W najnowszym wydaniu (Dzięki @Wrzoo ) z tłumaczeniem Antoniego Libery nie mamy już do czynienia z formą rymowaną, więc i odbiór jest zgoła odmienny. Choć nadal mamy tu do czynienia z eposem o bogatej warstwie poetyckiej, fabuła jest bardziej dynamiczna niż w Iliadzie, a sama historia – znacznie ciekawsza.
To opowieść o podróży, tęsknocie i sprycie, ale także o sile przeznaczenia i kaprysach bogów. Odyseusz, wracający do domu po wojnie trojańskiej, napotyka na swojej drodze liczne przeszkody – od cyklopa Polifema, przez zwodnicze syreny, aż po gniew Posejdona, który robi wszystko, by nie pozwolić mu dotrzeć na Itakę.
Tym, co najbardziej przypadło mi do gustu, była pomysłowość głównego bohatera. Odyseusz to nie tylko waleczny wojownik, ale przede wszystkim człowiek inteligentny i przebiegły. Jego zdolność do manipulowania sytuacją i znajdowania wyjścia z pozornie beznadziejnych sytuacji sprawia, że książka jest pełna emocjonujących momentów. Jest tu więcej napięcia niż w Iliadzie, a historia płynie szybciej, nie grzęznąc tak bardzo w długich opisach.
Nie obyło się jednak bez elementów, które mnie irytowały. Struktura eposu jest dość powtarzalna – bohater często opowiada o wydarzeniach, które już znamy, a niektóre epizody wydają się napisane według tego samego schematu. Dodatkowo, podobnie jak w Iliadzie, postaci kobiece pełnią głównie rolę pasywnych obiektów westchnień lub przeszkód do pokonania – choć Penelopa imponuje swoją lojalnością i sprytem, to nadal jej los jest całkowicie uzależniony od działań męskich bohaterów.
Mimo tych drobnych zastrzeżeń Odyseja była dla mnie zdecydowanie przyjemniejsza w odbiorze niż Iliada. To klasyka, która przetrwała tysiąclecia nie bez powodu – pełna przygód, emocji i mitologicznej magii. Choć momentami wymaga cierpliwości, wciąż potrafi wciągnąć, a historia Odyseusza pozostaje jedną z najbardziej fascynujących opowieści literatury światowej. Może to i lepiej, że olałem czytanie lektur w szkole, bo teraz mogę się nimi cieszyć po raz pierwszy i wybrzydzać odnośnie tego, co przeczytam
Trzeci tom serii o komisarzu Jakubie Mortce to powrót do dynamicznej, wielowątkowej fabuły i angażującego śledztwa. Po nieco spokojniejszej Farmie lalek, Przejęcie odzyskuje intensywność Podpalacza, oferując czytelnikowi mroczny miejski kryminał.
Tym razem Mortka, pracujący już w wydziale do walki z terrorem kryminalnym, zajmuje się sprawą zabójstwa bogatego biznesmena. Sprawa szybko zaczyna się komplikować, prowadząc do świata narkotyków, przestępczych porachunków i ludzi, którzy zrobią wszystko, by utrzymać swoje tajemnice w ukryciu. Równolegle do śledztwa Mortki śledzimy losy Kochana – byłego partnera komisarza, który po degradacji trafia na policyjne "zesłanie". To właśnie jego wątek nadaje książce dodatkowej głębi, pokazując brudne mechanizmy funkcjonowania policji oraz cienką granicę między dobrem a złem. Ten zabieg też jest unikatowy, bo pierwsz raz w tej serii mamy 2 bohaterów i obaj mają sporo za uszami. Kochan zostałz degradowany za pobicie żony, które "uzasadniał" kłopotami w pracy, nomen omen spowodowanymi przez Mortkę grzebiącego przy jego "łatwym" śledztwie-podkładce pod awans.
Chmielarz po raz kolejny udowadnia, że potrafi budować realistycznych bohaterów i osadzać ich w brutalnej, wiarygodnej rzeczywistości. Mortka jest tutaj bardziej zmęczony, rozbity, ale wciąż uparty i konsekwentny w dążeniu do prawdy. Zmaga się z niepewnością co do swojego zdrowia, co też dość mocno drenuje jego zdrowie psychiczne i nadaje dodatkowy wymiar książce. Relacje między postaciami są świetnie napisane, a napięcie budowane stopniowo, bez zbędnych fajerwerków, ale z dużą precyzją.
Co wyróżnia Przejęcie na tle poprzednich części, to lepiej poprowadzona intryga – bardziej wielowarstwowa, mniej przewidywalna i zaskakująca w rozwiązaniu. Dwóch bohaterów, którzy prowadzą nas za rękę. Mamy tu powrót do klimatu społecznych nierówności, warszawskiego półświatka i policyjnych układów, co nadaje książce dużej autentyczności.
Póki co, seria mi się bardzo podoba i jestem już w połowie kolejnego tomu, pewnie nie uda się jej skończyć w tydzień, jak Millennium, ale będzie blisko.
Drugi tom serii o komisarzu Jakubie Mortce przenosi nas z warszawskich realiów do małej, zapomnianej przez świat miejscowości w Sudetach. To zmiana, która odświeża dynamikę serii, ale jednocześnie sprawia, że Farma lalek nie ma już tej samej atmosfery co Podpalacz. To wciąż solidny kryminał, w którym brudna, brutalna rzeczywistość miesza się z dobrze skonstruowaną intrygą.
Tym razem Mortka zostaje wysłany (może trochę zesłany) do Krotowic, by pomóc w szkoleniu miejscowych funkcjonariuszy. Szybko jednak okazuje się, że ta wycieczka na prowincję wcale nie będzie spokojna – gdy odnalezione zostają zwłoki brutalnie zamordowanej dziewczyny. Im bardziej Mortka zagłębia się w śledztwo, tym więcej brudnych tajemnic miasteczka wychodzi na jaw.
Największą siłą książki jest ponownie jej realizm – zarówno w przedstawieniu pracy policji, jak i społeczności małego miasteczka, gdzie każdy coś ukrywa, a lokalne układy i zmowa milczenia utrudniają odkrycie prawdy. Chmielarz świetnie oddaje duszną atmosferę zamkniętej społeczności, w której strach i bezsilność są równie groźne, co sam morderca. Choć każdy każdego zna, nie dzieli się z policją swoją wiedzą.
Jednak Farma lalek nie wciągnęła mnie tak bardzo jak Podpalacz. Może to kwestia mniej dynamicznej fabuły, może innego klimatu – brakowało mi tego gęstego napięcia, które były tak wyczuwalne w pierwszym tomie. Mimo to, historia wciąż jest dobrze poprowadzona, a rozwiązanie zagadki satysfakcjonujące na tyle, że warto po nią sięgnąć i dać szansę całej serii.
Podpalacz to początek serii z komisarzem Jakubem Mortką, który od razu daje czytelnikom jasny obraz tego, z jakim bohaterem i światem będziemy mieli do czynienia w kolejnych tomach. Chmielarz tworzy gęsty, realistyczny kryminał osadzony w ponurej, niemal namacalnie rzeczywistej Warszawie, gdzie policyjna praca to nie tylko ściganie przestępców, ale także mierzenie się z biurokracją, błędami przełożonych, parciem na wyniki, przeciekami do prasy i własnymi demonami.
Mortka to postać, którą łatwo polubić, ale trudno jednoznacznie ocenić – jest daleki od bycia kryształowym gliną, popełnia błędy, a jego życie prywatne pozostawia wiele do życzenia. To właśnie sposób, w jaki Chmielarz go przedstawia – bez zbędnego heroizmu, ale z autentycznością – sprawia, że ten bohater tak dobrze sprawdza się jako protagonista. Sam wątek kryminalny, czyli seria brutalnych podpaleń, jest świetnie skonstruowany. Autor buduje napięcie stopniowo, pozwalając czytelnikowi zanurzyć się w śledztwie i podążać śladami Mortki. Fabuła jest logiczna, spójna i nie daje się łatwo przewidzieć, co czyni lekturę jeszcze bardziej wciągającą. Autor podrzuca nam drobne wskazówki, za pomocą których możemy się domyślać kto stoi za podpaleniami i zbrodniami, ale nie są one oczywiste i łatwo je przeoczyć, co nadaje książce wizji autentycznego śledztwa, gdzie nie zawsze łączenie kropek przychodzi z łatwością, a w której presja na szybkie rozwiązanie, potrafi sprawić, że niektóre wątki zostaną przeoczone.
Jednym z największych atutów Podpalacza jest styl Chmielarza – surowy, pozbawiony zbędnych ozdobników, ale niezwykle sugestywny. Warszawa, którą kreśli, to miasto mroczne, pełne skomplikowanych postaci i nieoczywistych moralnych dylematów. To nie tylko kryminał, ale także świetny portret współczesnej policji i realiów, w których funkcjonuje. Jako seria też nie wymaga przechodzenia przez wszystkie tomy, bo z tego co pamiętam, to już wcześniej czytałem kolejne tomy, bez zabrania się za serię od początku i czytając przykładowo Osiedle marzeń (tom 4) nie czułem, że brakuje mi istotnych informacji z pierwszego tomu. Natomiast Podpalacz to bardzo dobry początek serii i książka, która skutecznie wciąga w świat Jakuba Mortki jako bohatera. Chmielarz pokazuje, że potrafi stworzyć angażującą intrygę, wyrazistego bohatera i realistyczne tło, co sprawia, że po zakończeniu tej powieści trudno nie sięgnąć po kolejny tom, co też zrobiłem.
Todo vuelve to solidna kontynuacja pierwszego tomu, która podtrzymuje dynamiczne tempo i charakterystyczny styl Juana Gómeza-Jurado. Autor ponownie dostarcza nam nieźle skonstruowanej rozrywki – pełnej akcji, napięcia i charakterystycznego humoru, który przewija się przez narrację książek z uniwersum Reina Roja.
Największym atutem książki jest konsekwentne rozwijanie bohaterów i relacji między nimi. Gómez-Jurado sprawnie buduje dalszy ciąg wydarzeń, jednocześnie pogłębiając psychologiczne aspekty postaci.
Dalej jest kilka efektownych zwrotów akcji, ale nie wybijają się one na pierwszy plan. Autor skupia się na pokazanu nam ewolucji bohaterów pod wpływem wydarzeń, w których uczestniczą.
Fabuła, choć nadal intensywna, nie jest już tak świeża jak w pierwszym tomie. Niektóre schematy się powtarzają, przez co momentami można odnieść wrażenie, że autor podąża utartym szlakiem, po linii najmniejszego oporu, bo wie, co mu się dobrze sprzedaje.
Zaczynamy przygodę z tym tomem od informacji, że Aura znajduje się w więzieniu, za sprawą antagonisty z pierwszego tomu. Gdy do niej dołączamy, ma już plan jak się z niego wydostać, ale i wrogów, którzy nie spoczną, na obiciu jej twarzy. Na czas zamknięcia, jej dzieci zostały pod opieką koleżanek i nie ma z nimi kontaktu. Po (dość mało satysfakcjonującej) ucieczce z więzienia rusza w pogoń za swoim dawnym życiem i na spotkanie z dziećmi, co jak się pewnie domyślacie nie będzie łatwe. Nie udaje jej się ich odnaleźć, ale tajemniczy głos przez telefon mówi, że jeśli wykonają dla niego zadanie, wszystko zakończy się dla naszej wesołej gromadki (trzech przyjaciółek i dwójki dzieci) dobrze.
Todo vuelve to udana druga część, która chyba nawet przebija poziom swojego poprzednika. Choć nie wnosi rewolucyjnych zmian, dostarcza tego, czego oczekuje się od dobrej kontynuacji – solidnej dawki napięcia, dobrze skonstruowanych postaci i emocjonującej akcji.
Natomiast ta odnoga uniwersum średnio mi się podoba, jest schematyczna, do bólu przerysowana, a jej prawdziwe powiązania w ramach uniwersum odnajdujemy dopiero w 2 tomie, no chyba, że za element uniwersum przyjmiemy grupę (trzymającą władzę) hiszpańskich niewyobrażalnie bogatych reprezentantów nocnego przestępczego półświadka, którzy za dnia rządzą największymi firmami, są politykami i twarzami mediów. A których jedyną rozrywką jest pastwienie się nad biednymi owieczkami- ofiarami kapitalistycznego systemu. Obawiam się też, że Jurado, którego szanowałem za świetne pierwsze tomy Reina Roja, staje się Mrozem hiszpańskiej sceny sesnacyjno-kryminalnej i wypuszcza co raz więcej, co raz mniej jakościowych książek.
Tym razem wybór padł na książkę, na której reedycję trochę czekałem, choć dostałem nie do końca to, czego poszukuję w dystopii/postapo, ale nie jestem zawiedziony.
Przypowieść o siewcy to powieść, która wyróżnia się nie tylko wizją upadłego świata, ale przede wszystkim psychologiczną głębią bohaterki – Lauren Olaminy. Butler nie buduje jedynie kolejnej ponurej przyszłości, lecz skupia się na wewnętrznej przemianie młodej dziewczyny, której życie w jednej chwili zostaje wywrócone do góry nogami i z dnia na dzień, a może nawet z godziny na godzinę, wkracza w dorosłość z pełnym dobrodziejstwem inwentarza.
Lauren to bohaterka inna niż większość protagonistek w literaturze dystopijnej. Jest młoda, ale wyjątkowo dojrzała, a jej przypadłość – hiperempatia, czyli zdolność odczuwania bólu i przyjemności innych – czyni ją niezwykle wrażliwą i narażoną na cierpienie. W świecie, gdzie przemoc i brutalność są codziennością, empatia wydaje się raczej przekleństwem niż darem. To właśnie jej sposób radzenia sobie z tą przypadłością i budowanie własnej filozofii życia stanowią największą siłę tej książki.
Po utracie rodziny (najpierw ojca, a później macochy i braci) Lauren, zostaje sama, a jej podróż przez zrujnowaną Amerykę to nie tylko walka o przetrwanie, ale także próba stworzenia czegoś nowego. To nie jest klasyczna historia bohatera, który po prostu przystosowuje się do świata – Lauren buduje społeczność, wprowadza własne zasady i tworzy coś na kształt nowej religii - Nasion Ziemii, która ma pomóc ludziom odnaleźć sens w chaosie. Jej zdolność do przewodzenia innym i odnajdywania sprzymierzeńców sprawia, że książka ma wyjątkowy psychologiczny wymiar – to opowieść o przywództwie, samotności i potrzebie wiary w większy sens istnienia na planiecie, gdzie piekło jest codziennością.
Jednak sama fabuła, choć angażująca, momentami nieco się dłuży. Świat przedstawiony przez Butler jest brutalny, ale nie zaskakuje – wiele jego elementów można znaleźć w innych dystopiach. Nie jest też przesadnie opisany, a tym bardziej wybirtnie wykreowany. Ot nagle trafiamy do końcówki 2024 roku, nie wiedząc czemu, owładniętego chaosem, przemocą, śmiercią i tylko wątłą wolą przetrwania.
Przypowieść o siewcy to nie tylko dystopijna powieść o przetrwaniu, ale przede wszystkim studium psychologiczne młodej dziewczyny, która pomimo przeciwności losu buduje wokół siebie nowy porządek. Choć nie jest to arcydzieło gatunku, zdecydowanie warto ją przeczytać dla głębi postaci i unikalnej perspektywy.
Trzeci tom serii o Zoe Bentley kontynuuje ścieżkę, którą autor obrał od początku – znów mamy tu mieszankę mrocznej psychologii, policyjnego śledztwa i osobistych demonów bohaterki. Tym razem jednak historia wydaje się bardziej rozciągnięta niż rzeczywiście potrzeba, a powracający antagonista sprawia, że napięcie nie jest tak mocne, jak mogłoby być, gdyby śledztwo skupiło się na czymś nowym.
Tym razem Zoe i Tatum zostają wezwani do makabrycznej zbrodni – młoda kobieta zostaje znaleziona martwa, a na jej ciele widać ślady upuszczenia krwi. Kiedy kolejna ofiara zostaje znaleziona w podobnym stanie, śledztwo prowadzi ich do niepokojącej prawdy. Trafimy na fora w darknecie i ludzi pasjonujących się śmiercią, wampiryzmem i płatnościami za związane z nimi fetysze. Równocześnie Zoe nieustannie zmaga się z cieniem Roda Glovera – seryjnego mordercy, który od lat ją prześladuje. I to jest główny problem tej książki – Glover był obecny od pierwszego tomu i zamiast zaskakującej, nowej zagadki, znów wracamy do ścigania tego samego przestępcy. Po raz kolejny ma wpływ na śledztwo i jego przbieg i po raz kolejny wspomnienia Zoe z dzieciństwa, ale i z poprzedniego tomu powracają. Dwóch antagonistów da nam też jeszcze lepsze wejście w umysły i psychozę bohaterów, których Zoe będzie próbowała rozgryźć.
Narracja, jak to u Omera, jest sprawnie poprowadzona, a śledztwo ma swoje momenty – jednak większość książki balansuje na granicy przewidywalności. Największym zaskoczeniem jest jednak końcówka. Ostatnie rozdziały to intensywny rollercoaster, który podkręca napięcie i dostarcza mocnego finału. To właśnie ta część książki sprawiła, że moja ocena wzrosła – gdyby całość była tak dynamiczna i dobrze skonstruowana, jak końcówka, ocena byłaby wyższa.
Gęstsza od krwi to solidne zakończenie trylogii, ale zbyt mocno opierające się na powracających schematach. Jeśli ktoś polubił wcześniejsze tomy, nie będzie rozczarowany, ale trudno nie odczuwać zmęczenia tym samym motywem. Szkoda, że Omer nie postawił na nową zagadkę, zamiast wciąż roztrząsać przeszłość Zoe. To było dość męczące i dla mnie przynajmniej mocno obniżyło ocenę. Nie do końca podobał mi się też motyw Darknetu i brak wykorzystania tego medium na poważnie w historii. Mamy tylko krótki wątek i próbę wrzucenia antagoniście trojana przez plik PDF, ale nie chcę spoilerować jak się skończył.
Trzeci tom sagi Millennium - Zamek z piasku, który runął, to rewelacyjne zakończenie trylogii, które skutecznie łączy najlepsze elementy dwóch poprzednich części. Larsson serwuje nam dynamiczną akcję, wyrafinowane intrygi, spiski mogące zachwiać posadami całego kraju i wciągającą fabułę, która trzyma w napięciu od pierwszej aż do ostatniej strony.
Główne wątki książki koncentrują się wokół Lisbeth Salander, która tym razem znajduje się w niezwykle trudnej sytuacji — zarówno fizycznie, jak i prawnie. Po wydarzeniach z drugiego tomu Lisbeth leży w szpitalu, poważnie ranna, a jednocześnie grozi jej oskarżenie o poważne przestępstwa. To właśnie tutaj zaczyna się jej walka nie tylko o oczyszczenie swojego imienia, ale także o ujawnienie głęboko ukrytej korupcji i tajemnic w strukturach państwa. Fabuła zaczyna się dokładnie zaraz po zakończeniu drugiego tomu, co też świetnie nastraja czytelnika, który zabrał się za trzeci tom, zaraz po ukończeniu drugiego. Lisbeth leżąc w szpitalu powoli dochodzi do siebie fizycznie, ale ciąży na niej podejrzenie o popełnienie 3 morderstw z drugiego tomu. Jej rekonwalescencja ma jeden cel, podleczyć ją na tyle, żeby ze szpitala mogła trafić do aresztu na następnie na salę sądową.
Mikael Blomkvist, pełni kluczową rolę w jej obronie. Jego zaangażowanie w rozwiązanie zagadki sięga jeszcze głębiej niż w poprzednich tomach, prowadząc do ujawnienia przerażających tajemnic na najwyższych szczeblach władzy i służb specjalnych. Mikael angażuje swoją siostrę prawniczkę w proces Lisbeth, dzięki czemu ma odrobinę więcej pola manewru przy jej obronie i planowaniu zaangażowania gazety w proces przez destabilizację pomówień pod jej adresem.
Na szczególną uwagę zasługuje sposób, w jaki Larsson rozwija fabułę. Z jednej strony mamy rozbudowaną warstwę prawną, ukazującą proces sądowy, w którym Lisbeth musi udowodnić swoją niewinność. Z drugiej strony autor tworzy pełen napięcia thriller, w którym odkrywane są kolejne karty tajemniczego spisku. Autor z mistrzowską precyzją łączy te elementy, oferując czytelnikowi zarówno emocjonalne zaangażowanie, jak i intelektualne wyzwanie. Co wyróżnia ten tom na tle poprzednich, to harmonijne połączenie cech pierwszej i drugiej części. Z jednej strony mamy tu dziennikarskie śledztwo i złożoną intrygę kryminalną, które dominowały w Mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet. Z drugiej strony dostajemy intensywną, osobistą historię Lisbeth, która była sercem Dziewczyny, która igrała z ogniem. To połączenie sprawia, że trzeci tom jest wyjątkowo satysfakcjonującym doświadczeniem, łączącym to, co najlepsze w obu poprzednich książkach.
Jedynym drobnym mankamentem, który można zauważyć, jest momentami nadmiar informacji związanych z politycznym tłem spisku. Niektóre fragmenty mogą wydawać się lekko przeciążone detalami, ale jest to zrozumiałe, biorąc pod uwagę skalę intrygi, jaką Larsson buduje. Ale do tego nas już autor przyzwyczaił, że czasami lubi się zatracić w drobnych detaiach, jak wywód na temat ekspresu do kawy, laptopa, palmtopa czy akcji w stylu Robin Hooda w wykonazniu Lisbeth.
Podsumowując całą serię:
Totalnie nie tego się spodziewałem, gdy po nią sięgałem. Grubo ponad 2000 stron książek, od których nie sposób się oderwać, świetnie stworzone uniwersum, rewelacyjni bohaterowie, o których dowiadujemy się znacznie więcej niż potrzebujemy, żeby chłonąć ich historię. Lisbeth, która jest dużo bardziej złożona niż początkowo sądzimy, a która w nienawiści do mężczyzn, którzy zgotowali jej piekło, staje w szranki przeciw całemu światu imponując swoim opanowaniem. Mikael, który z początkowego podstarzałego casanovy, staje się człowiekiem, na którym zawsze można polegać, a jego pióro i zmysł dziennikarski potrafią rozwiązać każde zadanie, jakie na niego spadnie. I w końcu masa pobocznych bohaterów, z których żaden nie jest nijaki, a każdy ma swoją misję to odegrania w tym spektaklu. Jeśli ktoś jeszcze nie sięgnął po trylogię Millennium, zdecydowanie warto nadrobić tę zaległość — zwłaszcza dla takiego finału.
Trudno mi powiedzieć, czy sięgnę po kolejne książki z uniwersum, bo bardzo nie chcę sobie zepsuć historii Larssona, ale czas pokaże.
@WujekAlien Od lat miałem te książki na liście do przeczytania i Twoje wpisy sprawiły że sobie o nich przypomniałem. Mimo że to trochę nie mój gatunek, właśnie zdarłem pierwszy tom trylogii i będzie czytane
Iliada to niekwestionowane arcydzieło literatury starożytnej. Epopeja opowiada o jednym z kluczowych momentów wojny trojańskiej, skupiając się na gniewie Achillesa i jego dalekosiężnych konsekwencjach. Jednak dla współczesnego czytelnika, szczególnie w polskim tłumaczeniu, odbiór tego dzieła może być niemałym wyzwaniem. Największym problemem, jaki napotkałem podczas lektury, było tłumaczenie, które w swojej archaicznej formie tworzyło barierę między tekstem a jego odbiorcą. Choć starania tłumacza - Franciszka Ksawerygo Dmochowskiego, są godne podziwu, to ostateczny styl bywa ciężki i wymaga od czytelnika sporego wysiłku. Mimo niezwykłej treści, niekiedy trudno przebić się przez długie, kwieciste opisy, podniosłe dialogi czy powtarzalne epitety, które w oryginale pewnie miały swoje miejsce, ale w tłumaczeniu wydają się nieco nienaturalne i monotonne.
Fabuła Iliady skupia się na wydarzeniach z ostatnich tygodni dziesięcioletniej wojny trojańskiej, ale co ciekawe, sam początek konfliktu (porwanie Heleny) czy jego zakończenie (upadek Troi) nie są tutaj bezpośrednio opisane. To też mnie trochę denerwowało, bo jednak uniknięcie ukazania najważniejszych wydarzeń początku i końca konfliktu, odbiera im delikatnie znaczenie. Epopeja zaczyna się od gniewu Achillesa, jednego z najpotężniejszych greckich wojowników, który odmawia walki po tym, jak Agamemnon, wódz Greków, odbiera mu ukochaną brankę, Bryzeidę. Gniew Achillesa jest osią napędową fabuły. Bez jego udziału Grecy zaczynają przegrywać w starciach z Trojanami, a ich sytuacja staje się coraz bardziej rozpaczliwa. Na czele Trojan stoi Hektor, szlachetny i honorowy wojownik, który broni swojego miasta i rodziny przed najeźdźcami. Wojna nabiera tempa, gdy Achilles, w wyniku śmierci swojego przyjaciela Patroklosa (który walczył w jego zbroi), w końcu postanawia wrócić na pole bitwy, tym razem napędzany żądzą zemsty. Kiedy dochodzi do pojedynku między Achillem a Hektorem, mamy do czynienia z jednym z najbardziej dramatycznych momentów literatury. Hektor, choć wie, że jest skazany na porażkę, staje do walki z Achillesem, a jego śmierć jest przejmującą sceną, pełną ludzkiej godności, męstwa i tragizmu.
Zaraz po śmierci Hektora dostajemy kolejną scenę budzącą emocje, gdy Priam udaje się do obozu greckiego, by błagać Achillesa o wydanie ciała syna. Ich spotkanie jest pełne ludzkiego bólu i wzajemnego zrozumienia, co ukazuje, że nawet w obliczu wojny bohaterowie potrafią odnaleźć w sobie człowieczeństwo.
Epickie opisy bitew, pojedynków czy boskich interwencji są tym, co stanowi o sile Iliady. To, jak Homer łączy codzienność żołnierzy z nieuchronnym wpływem bogów, czyni tę epopeję czymś więcej niż tylko opowieścią o wojnie. Podsumowując, Iliada to dzieło, które warto znać, choć niełatwo się je czyta, szczególnie w polskim przekładzie. Wymaga cierpliwości i otwartości na specyficzny, antyczny styl, który może wydać się toporny w dzisiejszych czasach. Dla tych, którzy przebrną przez tłumaczeniowe trudności, Homer wciąż ma do zaoferowania nie tylko opowieść o bohaterach, ale także refleksję nad ludzką naturą i nieuchronnością przeznaczenia.
Nie ukrywam, że zmęczyłą mnie ta książka, choć zdecydowanie doceniam historyczną wartość dzieła i uniwersalność przesłania, które niesie, mimo blisko 3000 lat na koncie.
@WujekAlien ja się boję ruszać klasyki właśnie przez te przedpotopowe tłumaczenia, które cebulackie wydawnictwa masowo drukują, bo nie trzeba do nich kupować praw...
@Hilalum akurat teraz wiele klasyków ma nowe tłumaczenia, używające współczesnej polszczyzny, nawet bez żadnych specjalnych archaizacji. W zeszłym miesiącu też przeczytałem "Iliadę" i oceniłem ją znacznie wyżej (9/10), może właśnie ze względu na odmienne tłumaczenie (Roberta R. Chodkowskiego). Niektóre wierszowane fragmenty w przekładzie Dmochowskiego rzeczywiście brzmią dobrze, ale na dłuższą metę wydawało mi się to męczące.
@WujekAlien : swoją drogą, czy wydawnictwo MG nie robi przypadkiem po raz kolejny czytelnika w bambuko i nie serwuje wydania skróconego i okrojonego? Akurat miałem w Legimi dostęp do ebooka tego wydania i kiedy chciałem porównywać niektóre fragmenty ze swoim egzemplarzem (tym KUL-owskim), to okazywało się, że długość większości pieśni jest znacznie krótsza (i mają po kilkaset wersów mniej). Jeśli tak jest w rzeczywistości (możesz porównać końcówki kilku pieśni z oryginałem dostępnym na WIkiźródłach - https://pl.wikisource.org/wiki/Iliada_(Dmochowski) ), to nie dziwię się całkiem innego odbioru dzieła, a wydawnictwo MG po raz kolejny postępuje nieuczciwie.
Drugi tom serii Millennium to książka, która od początku do końca trzyma w napięciu i nie pozwala się oderwać. Stieg Larsson podnosi poprzeczkę, budując fabułę w sposób, który wciąga jeszcze bardziej niż w Mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet. Tym razem fabuła podzielona jest na 3 części: w pierwszej towarzyszymy Lisbeth niemal na każdym kroku, aż do wizyty w mieszkaniu dziennikarzy Millennium Daga i Mii. Tu autor zabiera nam "smycz", wkraczamy w drugą część i od tego momentu możemy się już tylko domyślać, jaki był udział Lisbeth w ich zabójstwie, z którym jest powiązana odciskami palców na broni i obecnością w mieszkaniu na chwilę przed morderstwem. Ale nie pozostaniemy z tym sami, bo swoimi spostrzeżeniami i przypuszczaniami podzielą się z nami policjant Jan Bublanski i Mikael (bohater pierwszej części), którzy spróbują rozwikłać zagadkę i pomóc w ujęciu, oczyszczeniu Lisbeth z zarzutów. A w trzeciej części znowu mamy układ znany z pierwszego tomu, czyli przeplatankę wątków bohaterów między sobą, rozwikłania poszczególnych zagadek i tropów. Fabularnie dowiemy się jeszcze więceh od Lisbeth, o jej przeszłości, chorobie psychicznej i tym jak stała się obecną wersją siebie.
Zmana narracji jest ciekawym zabiegiem, zgoła odmiennym od tego prezentowanego w pierwszej części. Dynamiczna akcja, złożoność intryg oraz niezwykłe napięcie sprawiają, że książka jest prawdziwą ucztą dla miłośników thrillerów. Larsson doskonale balansuje między odsłanianiem kluczowych szczegółów, a pozostawianiem czytelnika w niepewności, co czyni tę lekturę fascynującą. Dodatkowo, ponowne zagłębianie się w życie Lisbeth i odkrywanie jej przeszłości oraz motywacji wzbogaca obraz tej bohaterki, czyniąc ją jeszcze bardziej wielowymiarową.
Dziewczyna, która igrała z ogniem to świetna kontynuacja, która nie tylko rozwija świat przedstawiony w pierwszym tomie, ale również wprowadza nowe, wciągające wątki i pozostawia czytelnika z niedosytem, gotowego na kolejny tom. To zdecydowanie jeden z tych thrillerów, które pozostają w pamięci na długo.
Trudno jest mi nawet wymienić większe wady tej książki, bo jedyne co mi przeszkadzało, to nie do końca nakreślone miejsce akcji i nie zrozumcie mnie źle, nie mam zielonego pojęcia o miejscach w Szwecji, gdzie ta akcja się dzieje, ale jeśli nasi bohaterowie są 5m od siebie, to chciałbym to wiedzieć. Jeśli Mikael wchodzi do mieszkania Lis, z którego ona wyszła 30-60 minut temu, to mogłyby być jakieś wskazówki, że niewiele im zabrakło do spotkania. Okładka to dramat, ale była projektowana blisko 18 lat temu, więc już trochę trąci myszką. Szczególnie, że zupełnie inaczej sobie wyobrażam dziewczyną z tatuażem smoka na pół pleców
Jest to lepszy tom, niż pierwszy z dwóch powodów: zagadka jest realna i dzieje się tu i teraz, a sposób narracji i "zniknięcie" głównej bohaterki, z którą jeszcze minutę temu siedzieliśmy na fotelu, w mieszkaniu, które teraz pachnie śmiercią, krwią i prochem, to rewelacyjny zabieg.
@WujekAlien Widzę szybko poszło z kolejnym tomem Fabularnie bardzo mi się spodobał plot twist oraz historia Lisbeth, nagle wszystko zaczęło się łączyć w całość (w sensie jej sposób bycia), bo w pierwszej części wydawała mi się dosyć karykaturalna - natomiast po tym tomie można choć trochę ją zrozumieć.
@WujekAlien cała trylogia świetna. Niektórym osobom nie podobały się tomy 2 i 3., bo to jednak pierwszy tom miał intrygę detektywistyczną i całkiem zgrabną historię zaginionej dziewczyny, a historia Lisbeth i Mikela były tylko tłem. Tutaj natomiast to historia Lisbeth gra główne skrzypce. Dla mnie bomba.
Jedyne czego mógłbym się doczepić w całej trylogii to trochę dziwny, zbyt detalistyczny sposób opisywanie rzeczywistości przez autorską. Książki nie straciły by wiele, gdybyśmy nie wiedzieli o modelu ekspresu do kawy, laptopa czy nazwy programu szyfrującego wiadomości e-mail. Stieg Larson lubił konstruować długie zdania, pełne nieistotnych szczegółów. W moim odczuciu brzmiało to trochę nienaturalnie. Ale mocy książkom na szczęście nie odebrało.
@tegie Mi się tom 2 bardziej podobał, bo jednak zagadka jest bardziej namacalna. Autor nie nastawiał nas też do niej jak w pierwszym tomie, gdzie kilkukrotnie przypominał, że znalezienie zaginionej dziewczyny jest niemal niemożliwe. Tu też Lisbeth szuka wiele osób i z pewnością ktoś ją znajdzie. A ostatecznie to ona była łowcą, a nie zwierzyną.
@WujekAlien widzę że rzeczywiście "wrzuciłeś na półkę" i szybko sięgnąłeś Tomy 2 i 3 w sumie mogłyby być jedną długą książką. Muszę też się zebrać i wrzucić recenzję całej trylogii na tag,
@Vakarian Teraz maltretuję 3 tom, jeszcze trudno mi powiedzieć, czy jest tak wciągający, bo Lisbeth jeszcze nie wyszła ze szpitala, a przez to trochę tempo kuleje i liczę, że szybko się rozkręci.
Drugi tom serii o psycholożce sądowej Zoe Bentley rozwija wszystko to, co było mocną stroną pierwszej części, dodając odrobinę więcej napięcia i jeszcze bardziej skomplikowane śledztwo.
Tym razem Zoe i agent specjalny Tatum Gray zostają wezwani do sprawy mordercy, który swoje ofiary zamyka w ciasnych przestrzeniach, by ostatecznie je zabić. A to co się dzieje od zamknięcia do śmierci, nagrywa i transmituje w sieci. Sama koncepcja zbrodni nie jest nowatorska, bo podobny koncept widziałem już w innych książkach, ale tu jest to zaprezentowane w trochę inny sposób, za każdym razem istnieje szansa, na uratowanie ofiary. Może nie tak jak w Behawioryście, gdzie to ludzie głosowali na to, kto ma "zginąć" ale sam zamysł jest zgrabnie napisany i poprowadzony przez wszystkie przypadki z ostatnim na czele. Omer zgrabnie buduje atmosferę, a opisy psychologicznych motywacji zabójcy stają się coraz bardziej szczegółowe i mroczne.
Relacja Zoe i Tatuma, to jeden z większych atutów tej serii. Ich dynamika nadaje powieści lekkości, kontrastując z ciężkimi tematami, które porusza. Trochę jak w przykładzie Braciaka o tym czym się różni amerykański film wojenny od polskiego. Sama Zoe pozostaje intrygującą postacią – jej obsesja na punkcie psychologii przestępców i zmagania z demonami przeszłości dodają jej głębi i wiarygodności.
Podobnie jak w pierwszym tomie, historia mordercy przeplata się z głównym wątkiem fabularnym, co buduje dodatkowe napięcie. Tym razem jednak fabuła wydaje się bardziej spójna, a tempo akcji lepiej wyważone, co sprawia, że książkę czyta się z większym zaangażowaniem. Wątek seryjnego mordercy z pierwszego tomu powraca, choć jest to fajnie wyważone i jak tylko czujemy nim przesyt, autor wyrywa nas z niego i wrzuca do głównego śledztwa.
W ciemnościach to solidna kontynuacja, która rozwija bohaterów i pogłębia atmosferę grozy. Choć nie jest to dzieło przełomowe w gatunku thrillerów, to wciąga, intryguje i oferuje naprawdę udaną rozrywkę. A w sumie właśnie o to chodzi w takich książkach.
Trudno mi jej dać więcej, bo jednak przy Millennium, które teraz czytam, wypada słabiej, niemal pod każdym względem: od fabuły, postaci, na poczytności kończąc.
Książka wymyka się tradycyjnym ramom kryminału, oferując czytelnikom wciągającą zagadkę, ale poruszając trudne, społeczne tematy. Przez długi czas ignorowałem ten cykl, trudno mi nawet powiedzieć dlaczego, nie spodziewałem się, że książka tak mnie wciągnie i zaskoczy swoją treścią.
Fabuła rozpoczyna się jak klasyczny kryminał – dziennikarz Mikael Blomkvist zostaje wynajęty do rozwikłania tajemnicy zniknięcia Harriet Vanger, członkini znanej szwedzkiej rodziny. Wkrótce dołącza do niego nietuzinkowa hakerka Lisbeth Salander, jedna z najbardziej wyrazistych postaci literackich, z jakimi miałem do czynienia. Ta dwójka, choć na pierwszy rzut oka zupełnie niedopasowana, tworzy duet, którego dynamika jest jedną z największych zalet książki. Sama zagadka zabierze nas w mroczne bagno rodziny Vangerów i sprawi, że poczujemy do nich obrzydzenie. Zaczniemy się też zastanawiać, kto w tej historii jest na prawdę tym dobrym bohaterem i to nie tylko w ujęciu rodziny, ale i pozostałych bohaterów, którzy dostaną tu swoje 5 minut. Bo nie znajdziemy tu ludzi krystalicznych. A im dłużej ją czytamy, tym więcej tych brudów wychodzi.
Larsson umiejętnie buduje napięcie, a jego proza balansuje między intrygującą detektywistyczną zagadką a głębszymi refleksjami nad przemocą wobec kobiet, korupcją i nadużyciem władzy. Książka nie boi się poruszać trudnych tematów i zmusza czytelnika do konfrontacji z niewygodnymi prawdami, które często są przemilczane. Choć momentami akcja rozwija się wolniej, ten rozbudowany kontekst fabularny pozwala w pełni docenić skomplikowaną sieć powiązań, które Larsson misternie tka przez całą powieść. Postać Lisbeth, z jej niezwykłym umysłem i trudną przeszłością, to absolutna gwiazda tej historii – trudno oderwać od niej wzrok, a spojrzenie na jej moralny kręgosłup dodaje książce dodatkowej głębi.
Dla mnie była to książka pełna zaskoczeń – seria, którą do tej pory omijałem, okazała się prawdziwą literacką perełką, którą zdecydowanie warto odkryć. Jeśli jeszcze jej nie czytałeś, tak jak ja totalnie ignorując skandynawskie arcydzieła, czas to nadrobić
A czemu nie więcej? Bo mam wrażenie, że ta seria dopiero pokaże swoje najlepsze oblicze, a biorąc pod uwagę ile czasu autor poświęcił wątkowi Lisbeth, zakładam, że to ona odegra pierwsze skrzypce w kolejnym tomie/tomach.
Pamietam, ze na studiach mialem laborke na 7:30, wiec polozylem sie do lozka o 22 jakos z mysla, ze jeszcze sobie chwilke poczytam. Czytalem wtedy "Zamek z piasku, ktory runal". Skonczylo sie tak, ze nie poszedlem spac w ogole, tylko czytalem ostatnia czesc trylogii
Ta seria (a przynajmniej 3 tomy Larssona) to jest jakiś cholerny narkotyk. Łącznie około 2100 stron (może nawet 2137), a jak mnie wciągnęło, to wypluło dopiero gdy skończyłem tydzień później.
Główna bohaterka, Zoe Bentley, to postać nietuzinkowa – jako 14-latka przeżyła traumatyczne spotkanie z sąsiadem seryjnym mordercą, który naznaczył jej życie. Teraz, jako psycholog sądowa, wraca do sprawy, ponownie stając naprzeciwko złoczyńcy, który już raz odebrał jej niewinność, młodzieńczą radość i sprawił, że ogląda sie za siebie na każdym kroku.
Największą siłą tej książki jest właśnie ta podwójna perspektywa: retrospekcje z młodości Zoe przenikają się z jej obecnym życiem zawodowym, pokazując, jak przeszłość wpłynęła na jej wybory i sposób patrzenia na świat. Pokazuje jak inteligentna była już jako 14 latka i jak z braku autorytetu u dorosłych, sprawca nie został złapany, bo nikt nie traktował jej słów poważnie. A teraz powraca i znowu zabija, nabrał już więcej doświadczenia i traktuje grę z Zoey jako wyzwanie.
Omer świetnie ukazuje jej psychologiczne zmagania – zarówno jako młodej dziewczyny próbującej zrozumieć niewyobrażalne zło, jak i doświadczonej ekspertki, która nadal musi mierzyć się z demonami przeszłości. Niestety, fabuła momentami traci na napięciu, ponieważ tożsamość zabójcy staje się nie tyle przewidywalna, co znana już w połowie książki. Więc jedyne co nam zostanie to zrozumienie pobudek mordercy i analiza jego psychiki. Brak niespodziewanych zwrotów rozczarowuje. Niemniej jednak sposób, w jaki Omer prowadzi narrację i pogłębia postać Zoe, sprawia, że historia wciąż jest angażująca i ma swój wyjątkowy charakter. Solidny thriller psychologiczny, który mimo przewidywalnej fabuły, dzięki emocjonalnemu zaangażowaniu i świetnie zbudowanej linii czasowej, potrafi wciągnąć.
Jest to pierwszy tom trylogii (choć przeczuwam, że po niezłym odbiorze pierwszych 3 tomów, dostaniemy jeszcze kolejne)
Terry Pratchett zabiera nas do świata bankowości – niezwykłej instytucji, w której fikcyjny kapitał, intrygi i szaleństwo łączą się w spektakularną całość. Kontynuujemy historię Moista von Lipwiga, który po sukcesach w odświeżeniu poczty (znanej z Piekła pocztowego) otrzymuje zadanie zmierzenia się z tajemniczym i nieprzewidywalnym światem finansów. Początkowe je odrzuca, ale za sprawą psiny odziedziczonej w spadku, która jest głownym udziałowcem banku, zostaje pełniącym obowiązki prezesa banku i opiekujem sympatycznego czworonoga. Sam spadek też odegra kluczową rolę, bo będzie solą w oku rodziny zmarłej i szansą na pozbycie się Moista.
Pratchett, jak zwykle, z ogromną przenikliwością przygląda się ludzkim zachowaniom, demaskując absurdy i patologie systemu bankowego. Dzięki barwnym postaciom – zarówno starym znajomym, jak i nowym bohaterom – książka zyskuje dynamikę i humor, który zadowoli zarówno fanów Świata Dysku, jak i nowych czytelników.
W porównaniu do Piekła pocztowego, Świat finansjery wydaje się mniej intensywny. Historia, choć wciągająca, momentami traci tempo, a humor, choć nadal błyskotliwy, nie śmieszy już tak jak w przypadku przygód pocztowych. Sam Moist też jakby trochę ochłonął z zauroczenia wdrażaniem nowinek i pochyla się bardziej w kierunku stagnacji.
Jakub Żulczyk to autor, który przyzwyczaił swoich czytelników do wciągających, pełnokrwistych opowieści z głębokim spojrzeniem w ludzką psychikę. Jednak Wzgórze psów okazuje się książką, która nie spełnia oczekiwań, stając się bardziej próbą niż osiągnięciem w dorobku autora.
Fabuła osadzona jest w małej miejscowości - Zyborku, gdzie główni bohaterowie – młode małżeństwo – powracają, by zmierzyć się z przeszłością i lokalną społecznością pełną tajemnic, hipokryzji i mroku. Mikołaj jest pisarzem, któy popełnił książkę o rodzinnej miejscowości, a jego żona dziennikarką. Teraz wracają, by skonfrontować się z ojcem Michała i lokalną społecznością. Żulczyk buduje atmosferę napięcia i izolacji, łącząc dramat obyczajowy, wręcz rodzinny z elementami thrillera. Niestety, mimo potencjalnie interesujących założeń, powieść grzęźnie w dłużyznach. A jest ich na prawdę sporo i tak, długośc tej książki to nie jest zachęta do cudownej literackiej przygody, a do długich stron przynudzania czytelnika.
Książka cierpi na nadmiar opisów i dialogów, które niewiele wnoszą do rozwoju fabuły. Wiele wątków wydaje się rozwleczonych, jakby autor na siłę starał się nadać powieści monumentalny charakter, co zamiast budować napięcie – rozmywa je. Atmosfera jest duszna, ale nie zawsze w sposób zamierzony, a miejscami akcja sprawia wrażenie chaotycznej i niepotrzebnie zapętlonej.
Choć Żulczyk znany jest z wnikliwego portretowania postaci, tutaj bohaterowie nie zyskują wystarczającej głębi, by wynagrodzić czytelnikowi trudy przedzierania się przez rozbudowany tekst. Ich relacje i konflikty, choć momentami intrygujące, giną w gąszczu zbędnych detali. Zakończenia nie trudno się domyślić, ale nie jest ono też satysfakcjonujące, bo mam wrażenie, jakby ktoś autorowi powiedział, masz już 800 stron natrzaskane, kończ to Jakub.
Wzgórze psów to książka, która mogła być wciągającym thrillerem psychologicznym, ale rozczarowuje rozwlekłością i brakiem wyrazistego tempa. Mimo przebłysków talentu Żulczyka, to jego najsłabsze dzieło – dla mnie wypadek przy pracy, który dowodzi, że nawet najlepszym autorom zdarzają się potknięcia.
Po książkę sięgnąłem przed premierą serialu na Netflixie.