#czytajzwujkiem

1
338

792 + 1 = 793


Tytuł: Ołowiany wyrok

Autor: Michael Connelly

Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

Wydawnictwo: Sonia Draga

Format: audiobook

Liczba stron: 416

Ocena: 8/10


Drugi tom serii z Mickey'em Hallerem pokazuje, że Connelly potrafi znaleźć idealny balans między thrillerem prawniczym, a kryminałem.


Już na początku Haller przejmuje kancelarię po zamordowanym przyjacielu i razem z dobrodziejstwem inwentarza dostaje długą listę jego klientów - w tym bardzo głośną sprawę producenta filmowego oskarżonego o podwójne morderstwo (żony i jej kochanka) w swoim własnym domu. Z pozoru wygląda to jak ogromna szansa zawodowa i finansowa, ale oczywiście szybko okazuje się, że w tle kryje się znacznie więcej brudu, manipulacji i zagrożeń, niż Haller przewidywał. Oprócz głośnej medialnej sprawy, dostaniemy też kilka pomniejszych, raczej na 2-3 strony, niektóre na góra 10, które może wiele fabularnie nie wniosą, ale pokażą jak działą Mickey i czego możemy się po nim spodziewać.


Nie jest to już ten sam prawnik z Lincolna, bo adwokat dostaje własne, ogromne biuro i cały tabun klientów, więc nie musi się martwić o kasę. Ta książka podobała mi się nawet bardziej niż "Prawnik z Lincolna", głównie dlatego, że jest bardziej dynamiczna i lepiej wykorzystuje samego Hallera. Mickey nadal jest prawnikiem o bardzo płynnej moralności, ale tutaj jeszcze mocniej widać jego inteligencję, instynkt i zdolność odnajdywania się w sytuacjach, gdzie wszyscy próbują go oszukać albo wykorzystać. Do tego Mickey wraca po dłuższej przerwie zdrowotno-odwykowej i zostaje wrzucony od razu na głęboką wodę, gdy jego organizm nie porafi jeszcze pracować na pełnych obrotach.


Bardzo dobrze działa też połączenie świata prawniczego z policyjnym śledztwem. Widać, że Connelly zaczął coraz mocniej łączyć uniwersum Hallera z Harrym Boschem, co dodaje historii dodatkowych smaczków z połączenia energii obu panów. Dzięki temu książka nie ogranicza się tylko do sal sądowych - mamy też klasyczne kryminalne napięcie i poczucie, że stawka rośnie z każdą stroną.


To również świetny przykład historii, która bardzo dobrze sprawdziła się jako materiał na serial. Pierwszy sezon "Prawnika z Lincolna" bazuje właśnie na Ołowianym wyroku (dość luźno jednak) i moim zdaniem bardzo dobrze oddaje klimat książki - szczególnie balans między cynizmem Hallera, proceduralnym aspektem sprawy i zagrożeniem wiszącym nad bohaterem.


Connelly nadal korzysta ze znanych schematów thrillera prawniczego, ale robi to na tyle sprawnie, że trudno się od książki oderwać. Tempo jest dobre, dialogi naturalne, a sama intryga ma kilka naprawdę udanych momentów. Dalej Haller jest otoczony 2 byłymi żonami, córką i przyjacielem, którzy są dla niego najważniejsi i zrobi wszystko, żeby nic im się nie stało, a zagrożenie w tym tomie jest jeszcze bardziej realne niż w poprzednim.


Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto

9b1a7a50-59bf-4455-9fee-10e86ad8b43c

@WujekAlien na podstawie książek Connellego zrobiono też świetny serial „Bosch”. Muszę przyznać że conajmniej dorównuje lekturze a może nawet lekko ją przewyższa.

@WujekAlien polecam. Nieźle dobrana muzyka. Znaczące ale nie przesądzające odejścia od książki. Pierwsze sezony poprowadzone bardzo dobrze.

Zaloguj się aby komentować

790 + 1 = 791


Tytuł: Prawnik z Lincolna

Autor: Michael Connelly

Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

Wydawnictwo: Sonia Draga

Format: audiobook

Liczba stron: 408

Ocena: 7/10


Mickey Haller to prawnik, któremu daleko do klasycznego rycerza sprawiedliwości. Pracuje głównie dla drobnych przestępców, gangsterów i ludzi, których większość społeczeństwa wolałaby omijać szerokim łukiem. Nie ma biura - jego miejscem pracy jest tylne siedzenie tytułowego Lincolna (a właściwie to 1 z 4), z którego prowadzi interesy i omawia kolejne batalie na salach rozpraw. Gdy trafia mu się bogaty klient oskarżony o brutalne pobicie prostytutki, sprawa wygląda jak życiowa okazja. Bardzo szybko okazuje się jednak, że pod powierzchnią kryje się coś znacznie bardziej niebezpiecznego.


Największą siłą książki jest sam Haller. To bohater bez kręgosłupa moralnego, człowiek, który bardziej wierzy w system i procedury niż w pojęcie dobra i zła. Bohater, który broniłby samego diabła, gdyby tylko odpowiednio dużo mu zapłacił. I właśnie to wypada świetnie. Connelly pokazuje prawnika, który nauczył się funkcjonować w świecie pełnym manipulacji, półprawd i układów, a jednocześnie sam stał się częścią tego mechanizmu. To jedna z tych postaci, które trudno jednoznacznie polubić, ale bardzo łatwo ogląda się ich działania. Mickey wypada świetnie również dlatego, że z tymi złymi ma świetne układy, a z tymi dobrymi zawsze na pieńku. Ale ostatecznie pod płaszczykiem bezdusznego prawnika, kryje się facet, który dla ludzi, których kocha, wskoczy w ogień, i kilkukrotnie to w tej książce udowania.


Bardzo podobało mi się też to, jak podobny klimat udało się później zachować w serialowej adaptacji o tym samym tytule (choć nie omawia ona 1 tomu, a tylko luźno do niego nawiązuje w kolejnych sezonach). Zarówno książka, jak i serial dobrze oddają ten świat ludzi żyjących gdzieś pomiędzy prawem a cynizmem, gdzie moralność często schodzi na dalszy plan, gdy w grę wchodzi skuteczności.


Sama intryga jest solidna i dobrze poprowadzona, choć momentami dość klasyczna dla thrillerów prawniczych. Jest kilka zwrotów akcji, których trudno się spodziewać. Connelly świetnie zna realia sali sądowej i potrafi budować napięcie nie akcją, ale rozmowami, negocjacjami i odkrywaniem kolejnych warstw sprawy. To bardzo dobry thriller prawniczy, którego największym atutem nie jest sama zagadka, ale główny bohater i jego mocno śliska moralność.


Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto

8ddf8d7f-b2f6-401b-b121-eadade7847fd

Zaloguj się aby komentować

781 + 1 = 782


Tytuł: Solenoid

Autor: Mircea Cartarescu

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: ArtRage

Format: ebook

Liczba stron: 784

Ocena: 7/10


"Solenoid" to jedna z tych książek, które trudno opisać klasyczną recenzją, bo ona właściwie wymyka się prostej fabule. Niby opowiada o niespełnionym pisarzu, nauczycielu rumuńskiego w podmiejskiej szkole w Bukareszcie, który prowadzi dziennik pełen wspomnień, snów, cielesnych obsesji, szkolnej codzienności i metafizycznych wizji. Ale tak naprawdę jest to ogromna opowieść o porażce, samotności, ciele, literaturze, śmierci i pragnieniu wydostania się poza granice zwykłego życia.


Najbardziej doceniam w tej książce jej kompletność. Cartarescu stworzył powieść totalną - taką, która chce pomieścić wszystko: dzieciństwo, komunizm, Bukareszt, chorobę, szkołę, erotykę, sny, owady, śmierć, religię, matematykę, fizykę, literaturę i kosmos. Są tu fragmenty naprawdę wybitne, szczególnie wtedy, gdy autor opisuje miasto jako organizm albo ludzkie ciało jako coś jednocześnie obrzydliwego, kruchego i metafizycznego. W najlepszych momentach miałem poczucie obcowania z książką wielką, dziwną i bardzo osobistą.


Jednocześnie właśnie ta kompletność jest dla mnie największym problemem. W "Solenoidzie" jest wszystkiego po trochu i nic konkretnie. Książka potrafi zachwycić jednym akapitem, a za chwilę kompletnie zgubić czytelnika w dygresjach, snach, symbolach i cielesnych opisach, które ciągną się daleko poza moją cierpliwość. Mamy cudowny rozdział, a chwilę później bohater wyciąga kolejny fragment sznurka z pępką, jakby chciał sprowadzić czytelnika na ziemię mówiąc: nie przyzwyczajaj się do dobrego. Często czułem się bardziej wrzucony w cudzy majak niż prowadzony przez opowieść. Lubię literaturę wymagającą i dziwną, ale tutaj zagubienie nie zawsze dawało satysfakcję - czasami było po prostu męczące.


Najbardziej przeszkadzały mi fragmenty, które celowo balansują na granicy obrzydzenia. Rozumiem, że ciało jest tu jednym z głównych tematów, że wszy, skóra, pępek, choroby, wydzieliny i pamiątki swojego ciała, mają pokazać człowieka jako istotę biologiczną, śmiertelną i uwięzioną w materii. Tylko że momentami miałem poczucie, że autor tak mocno dociska ten motyw, że zamiast pogłębiać doświadczenie, wybija mnie z immersji. Czujemy, że bohater jest książkowym przykładem psychopaty, a jednocześnie jest nauczycielem, co samo w sobie jest też mocno niepokojące. A opis szkoły, kar cielesnych, traktowania dzieci, spuszczania wpierdolu nauczycielom z zemsty, czy tatuowania uczniom herbu szkoły, wcale nie pomaga i jeszcze bardziej pogłębia tę psychozę. Podobnie działał nadmiar metafizycznych tropów - solenoidy, sny, sekty, znaki, ukryte wymiary - wszystko to jest fascynujące, ale razem tworzy czasem bardziej katalog obsesji niż spójną historię, której autor też przesadnie nie tłumaczy.


Podsumowując:

To weird fiction, bez horrorowego sznytu, to literura piękna, która skręca w rejony "Pachnidła". To książka o fizyce, bez tłumaczenia zagadnień fizycznych. To sci-fi, które przeradza się w "Powrót króla" z Frodem idącym zniszczyć rękopis zamiast pierścienia. Jest tu tak wiele wątków i nawiązań (subtelnych, ale jednak), że łatwo się zgubić. Z jednej strony każdy znajdzie tu coś dla siebie, ale pytanie: czy każdy powinien? Czy na tym polega literatura, żeby jedna książka próbowała zadowolić i zniesmaczyć gusta wszystkich czytelników na raz.


Dla mnie to 7/10 - książka imponująca, gęsta i miejscami genialna, ale też przesadnie rozdmuchana, dezorientująca i momentami odpychająca. Doceniam jej ambicję i literacką siłę, ale nie mogę powiedzieć, że dałem się jej w pełni porwać. To raczej doświadczenie niż powieść: ważne, intensywne, ale nie zawsze przyjemne.


Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto

fd75d9eb-efb4-4cf6-9ac8-f50e2b2e57e1

Zaloguj się aby komentować

779 + 1 = 780


Tytuł: To za dużo dla mnie

Autor: Darko Cvijetic

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: Noir sur Blanc

Format: ebook

Liczba stron: 150

Ocena: 8/10


To nie jest książka, którą da się "opowiedzieć". To raczej doświadczenie - poszatkowane, niespokojne, momentami wręcz odpychające, a jednocześnie dziwnie przyciągające. Cvijetić buduje swoją opowieść wokół Filipa Latinovicia - zbrodniarza wojennego, który wraca do domu po latach i zamiast potępienia dostaje coś znacznie bardziej niepokojącego - status bohatera - symbolu. To punkt wyjścia, ale szybko okazuje się, że fabuła jest tu tylko szkieletem dla czegoś znacznie cięższego.


Największą siłą tej książki jest jej forma. To kolaż: notatki, listy, monologi, urwane sceny, cytaty, powroty do tych samych motywów. Historia nie płynie - ona się rozrywa na kawałki i scala na nowo. I to działa, bo dokładnie tak funkcjonuje pamięć i trauma. Już od pierwszych stron widać, że autor świadomie rozbija narrację, zestawiając różne głosy i porządki - literackie, historyczne i osobiste. Dzięki temu czytelnik nie dostaje jednej wersji świata, tylko chaos, który musi sam uporządkować.


Bardzo mocno wybrzmiewa tu motyw winy. Nie jako jednorazowego aktu, ale jako czegoś, co zostaje z człowiekiem na zawsze. Świetnym przykładem jest obraz "niesienia kości" - przekonania, że każdy powinien dźwigać szczątki tych, których zabił. To jeden z tych fragmentów, które wchodzą pod skórę i zostają tam na długo. Podobnie działa cały wątek powrotu Filipa - człowieka, który sam widzi siebie jako mordercę, podczas gdy społeczeństwo próbuje zrobić z niego symbol.


Ciekawie wypadają też nawiązania do "Zbrodni i kary". Nie są one tylko literackim mrugnięciem oka - raczej próbą przepisania tej historii na realia wojny i współczesności. Raskolnikow u Dostojewskiego mierzy się z winą jednostkową, tutaj mamy winę zbiorową, rozmytą, często wypieraną. To mocne zestawienie, które pokazuje, jak bardzo zmienił się kontekst moralny w ciągu 1 wieku.


Jednocześnie to książka trudna w odbiorze. Brak klasycznej fabuły, ciągłe przeskoki, brutalność obrazów i języka - wszystko to sprawia, że momentami można się od niej odbić. Są fragmenty, które wydają się chaotyczne albo zbyt hermetyczne. To książka, za którą trudno "przepaść", ale od której trudno się oderwać. Jest w niej coś magnetycznego - może szczerość, może brutalność, może fakt, że nie próbuje być wygodna dla czytelnika. To literatura, która bardziej działa niż opowiada i choć momentami męczy, to zostawia po sobie ciężar, którego trudno się pozbyć.


Po raz kolejny musze zganić polską okładkę książki, która jest nijaka. A w porównianiu z oryginalną (2 zdjęcie), wypada blado.


Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto

c3423b62-9727-468d-b3dc-b91f32407f4b
09ab86ce-4777-467a-a80d-ca7a428b0ade

Zaloguj się aby komentować

778 + 1 = 779


Tytuł: Długa noc zimowa

Autor: Elizabeth Hand

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Format: ebook

Liczba stron: 418

Ocena: 5/10


Wpierdzieliłem się w cegłę "Solenoid", której lektura skutecznie wydłużyła mi czas czytania innych książek.


"Długa noc zimowa" to książka, która teoretycznie powinna bardzo dobrze trafić w mój gust: mamy postapokaliptyczny świat, dziwną biologię, resztki upadłej cywilizacji, eksperymenty na ludziach, ruiny, mity, teatr i bohaterów próbujących zrozumieć własną tożsamość. Na poziomie pomysłu jest tu naprawdę dużo rzeczy, które mogłyby złożyć się na mocną, duszną i niepokojącą powieść weird fiction, które lubię. Problem w tym, że sama lektura częściej mnie męczyła, niż wciągała.


Najbardziej podobał mi się klimat. Elizabeth Hand potrafi stworzyć obrazy, które zostają w głowie: laboratorium, Miasto Drzew, zrujnowane przestrzenie, rytuały, dziwne istoty i świat po katastrofie, który nie jest prostym pustkowiem, ale czymś bardziej organicznym, chorym, przerażającym i nieprzewidywalnym. Ciekawy jest też pomysł Wendy jako empaty - osoby stworzonej do przejmowania cudzych traum, która dopiero przez cudze emocje zaczyna uczyć się własnego człowieczeństwa.


Niestety dla mnie to za mało, żeby książka naprawdę zadziałała. Autorka zasypuje czytelnika nazwami, frakcjami, pojęciami, mitologicznymi odniesieniami i fragmentami historii świata, ale zbyt rzadko daje wystarczające oparcie, żeby się w tym wszystkim odnaleźć. Uwielbiam techniczny żargon w książkach postapo i wszystkie aspekty tego, jak doszło do katastrofy. A tu często miałem wrażenie, że zamiast odkrywać świat, muszę się przez niego przedzierać. To nie była dla mnie przyjemna tajemnica, tylko chaos, który utrudniał immersję.


Za zbędne uznałbym nadmierne komplikowanie wszystkiego: mitologii, języka, struktury świata i symboliki. Niektóre elementy brzmią ciekawie same w sobie, ale nie zawsze pracują na emocje albo fabułę. Momentami miałem poczucie, że książka bardziej chce wyglądać na głęboką i niejednoznaczną, niż naprawdę prowadzić czytelnika przez mocną historię. Przez to nawet dobre sceny tracą siłę, bo giną w nadmiarze ornamentów.


Największym problemem było dla mnie to, że trudno było się emocjonalnie przywiązać do bohaterów. Wendy i Rafael mają ogromny potencjał, ale ich historia zbyt często znika pod warstwą symboli, wizji, rytuałów i dziwności dla samej dziwności. Lubię literaturę wymagającą i nieoczywistą, ale tutaj zbyt często czułem dystans zamiast zaangażowania. A szkoda, bo potencjał był na prawdę niezły.


Książka z bardzo ciekawym światem i kilkoma świetnymi pomysłami, ale zbyt chaotyczna, przeładowana i nieprzejrzysta, żeby naprawdę mnie porwać. Zamiast hipnotycznej, postapokaliptycznej opowieści dostałem powieść, która miała duży potencjał, ale za często sama sobie przeszkadzała.


Książkę wygrzebałem na dysku z paczki setek PDFów i zachęciła mnie bardzo skrajnymi ocenami na LubimyCzytać.


Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto

7a14f4ae-2a30-4e93-a429-777a1b810f6d

Zaloguj się aby komentować

751 + 1 = 752


Tytuł: Światło między oceanami

Autor: M.L. Stedman

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: Albatros

Format: ebook

Liczba stron: 384

Ocena: 9/10


Jest takie pytanie, które ta książka stawia już od pierwszych stron i które potem nie daje spokoju przez całą resztę lektury: ile człowiek jest w stanie unieść, jeśli ciężar, który dźwiga, sam sobie wybrał?


Tom Sherbourne wraca z I wojny światowej i szuka spokoju, jakiejś dalekiej, pustej przestrzeni, gdzie nikt nie zadaje pytań. Zostaje latarnikiem na wyspie Janus Rock - kawałku skały przy wybrzeżu zachodniej Australii, oderwanym od świata bardziej niż cokolwiek, co można sobie wyobrazić. W trakci, krótkiej przerwy od obowiązków i powrotu na ląd poznaje Isabel, kobietę, która się w nim błyskawicznie zakochuje i planuje spędzić z nim resztę życia. Biorą ślub i w latarni zaczyna się historia, która jest jednocześnie piękna i druzgocąca. Isabel jest dwukrotnie w ciąży i dwukrotnie traci dziecko.


Pewnego dnia do brzegu dobija łódź. W łodzi martwy mężczyzna i płaczące niemowlę. Isabel, tuż po kolejnym poronieniu i wypełniona bólem po stracie, którego już nie ma gdzie pomieścić, prosi Toma, żeby zostawili dziecko i wychowali jak swoje. Tom wie, że to złe, że tak nie można, że ktoś za tym dzieckiem tęskni i rozpacza. Tom zapisuje to w dzienniku, bo jest człowiekiem procedur i zasad. I mimo to - robi to, czego oczekuje od niego jego żona - Isabel.


To, co Stedman zrobiła z tym materiałem, jest naprawdę rzadkie. Ona nie ocenia. Nie ustawia Toma i Isabel jak winnych na ławie oskarżonych, żeby czytelnik mógł sobie spokojnie rzucać w nich argumentami. Zamiast tego każe im żyć z tym, co zrobili - dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu i rok po roku. W tej izolacji, gdzie są sami we trójkę, a oprócz nich latarnia, ocean i piętno tej decyzji. I właśnie to jest serce tej książki: konsekwencje nie przychodzą nagle jak kara z nieba, tylko wrastają w człowieka powoli, jak coś, co zaczęło się od jednego złego kroku, a potem okazało się, że nie da się go już cofnąć i nagle stał się fundamentem całego życia. Kiedy w końcu na horyzoncie pojawia się Hannah - prawdziwa matka dziecka - Stedman ani przez chwilę nie pozwala nam cieszyć się z prostego podziału na ofiarę i sprawcę. Bo wszyscy tu są ofiarami własnych decyzji albo cudzych, i to boli tak samo.


Tom jako bohater to jeden z lepiej napisanych moralnych przypadków, jakie ostatnio spotkałem w literaturze. Człowiek, który dobrze wie, czym jest prawo i czym jest wina. Całe życie był skrupulatny i dokładny, myślał, że najgorsze co go spotkało to wojna i jej konsekwencje. Po wszystkim, co w życiu zrobił, wybiera miłość i potem przez lata nosi w sobie oba te światy. Nie krzyczy, nie szuka rozgrzeszenia, nie próbuje siebie tłumaczyć i swojej żony. Po prostu żyje z tym, co zrobił. I to jest tak bezboleśnie i precyzyjnie napisane, że momentami fizycznie czułem ten ciężar. To we mnie narastały konsekwencje tych decyzji, to ja zastanawiałem się, co bym zrobił na jego miejscu. I czy pokochałbym dziecko, którego matce pękło serce, a ja jestem jedno zdanie, od wyjawienia jej prawdy.


Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to do kilku wątków, które są trochę zbyt dramatyczne, jakby autorka za bardzo się bała, że czytelnik nie poczuje wystarczająco cierpiania i kary bohaterów. Ale to naprawdę drobna rzecz przy całości, która działa jak jeden świetnie namalowyany obraz. "Światło między oceanami" to jedna z tych książek, która nie pyta, czy byłeś dobry czy zły. Pyta tylko: czy potrafiłbyś z tym żyć i ze sobą niosącym krzyż konsekwencji?


Świetna książka, ale nie polecam, jeśli macie akurat gorszy czas lub doła, bo tylko go pogłębi. I to jest w niej piękne.


Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto

04370bc7-2b83-4fa7-b553-9e0271278321

Zaloguj się aby komentować

Od zawsze Team #notion, ale musze przyznać, że opcja połączenia #obsidian z #claude kusi.
Do tego widok notatek w formie grafu robi wrażenie :)

Na screenach #czytajzwujkiem i wpisy z tagu bookmeter, około 90 notatek na ten moment.
#secondbrain

58175b91-1fb5-4acc-a74c-fc341b1d0f3f
b880b323-e710-4878-b7a1-7a873a459150

Zaloguj się aby komentować

742 + 1 = 743


Tytuł: Old Shatterhand

Autor: Karol May

Kategoria: literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Siedmioróg

Format: ebook

Liczba stron: 294

Ocena: 7/10


To książka, która działa trochę jak wehikuł czasu. Wracając do Old Shatterhanda, trudno nie mieć wrażenia, że znów jest się młodszym - kiedy czytanie było czymś innym, a wyobraźnia działała inaczej. Przygody na Dzikim Zachodzie wciągały wtedy bez najmniejszego problemu. Historia skupia się na młodym Niemcu, który trafia do Ameryki i stopniowo staje się legendarnym Old Shatterhandem - człowiekiem silnym, sprawiedliwym i niemal niezniszczalnym. Po drodze poznaje Winnetou, z którym łączy go jedna z najbardziej ikonicznych przyjaźni w literaturze przygodowej, mimo wielu róznic.


Największą siłą tej książki jest właśnie jej przygodowy charakter. Pojedynki, pościgi, niebezpieczne wyprawy i starcia z przeciwnikami - wszystko to jest podane w sposób prosty, ale bardzo wciągający. Karl May nie komplikuje fabuły, tylko stawia na tempo i emocje, dzięki czemu książkę czyta się szybko i z przyjemnością. To klasyczna opowieść o dobru i złu, honorze i przyjaźni. Czyli idealna dla jej grupy docelowej.


Jednocześnie widać, że to literatura z innej epoki. Bohaterowie są mocno idealizowani, konflikty często uproszczone, a świat przedstawiony bywa czarno-biały. Dla współczesnego czytelnika niektóre elementy mogą wydawać się naiwne albo zbyt schematyczne - szczególnie jeśli oczekuje bardziej złożonych postaci i realistycznej psychologii, ale przymykam na to oko, bo jestem 25 lat starszy niż typowy czytelnik tej książki.


Mimo tego Old Shatterhand broni się swoją energią i klimatem. To książka, która przypomina, dlaczego kiedyś tak łatwo było zatracić się w lekturze i po prostu dobrze się bawić. Był to bardzo przyjemny powrót do korzeni czytania - może prosty, ale przez to właśnie tak satysfakcjonujący.


Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto

713c986c-1aee-4cd5-945e-49c1bad1968f

Pierwsza książka jaką pamiętam, że mi się bardzo spodobała. Mój tata miał wydanie zeszytowe, zeszyty A4 bodajże kupowane w kiosku, które dał do oprawienia i wyszła wielka książka formatu A4. Nosilem ją ze sobą do podstawówki, zajmowała większą część mojego tornistra, czytałem na przerwach i próbowałem na lekcjach pod ławką 😀

Mocno jest brutalna? Pamiętam, że mi też za gówniaka ta seria weszła jak złoto, więc chciałbym teraz przeczytać to dzieciakowi, tylko obawiam się czy to jeszcze nie za wcześnie dla niemalże 7-latka - pamiętam jakieś walki na noże i opisy skalpowania. Młody już ma za sobą wszystkie klasyki Verne'a, dwie części Tomka i kilka części Pana Samochodzika - czy ta seria mocno odstaje drastycznością od tych pozycji?

@Kuba0788 jest w kategorii 10-12 lat i pewnie w takiej bym ją zostawił. Opisy nie są zbyt brutalne, bardziej sugestywne, ale wyobraźnia dziecka pracuje trochę inaczej i może odnieść podobny efekt.

Zaloguj się aby komentować

741 + 1 = 742


Tytuł: Raczej bohater

Autor: Anna Burns

Kategoria: literatura obyczajowa, romans

Wydawnictwo: ArtRage

Format: ebook

Liczba stron: 104

Ocena: 3/10


To jedna z tych książek, które trudno w ogóle złapać. Na papierze mamy historię stylizowaną na parodię świata superbohaterów - jest Bohater, jest Femme fatale pod wpływem zaklęcia, jest złowroga babka cioteczna będąca jednocześnie arcyłotrem i rodziną, są jakieś misje, konflikty i dziwaczne postacie. Problem w tym, że to wszystko bardziej przypomina luźny strumień myśli niż spójną historię. Co jest dla mnie zaskoczeniem, bo jednak "Mleczarz" tej autorki, książka z Bookerem, mi się podobał.


I to jest dla mnie największy problem tej książki - kompletny brak punktu zaczepienia. Teoretycznie to satyra i zabawa konwencją superbohaterską, co potwierdzają też inne opinie, które nazywają ją "parodią gatunku superbohaterskiego" . Tylko że ta zabawa bardzo szybko przestaje być czytelna. Zamiast świata, który można zrozumieć, dostajemy coś, co istnieje tylko jako pretekst do kolejnych dziwnych scen i dialogów.


Nie pomogło mi też to, że książka właściwie niczego nie tłumaczy. Zostajemy wrzuceni w rzeczywistość, która nie ma jasnych zasad, nie rozwija się i nie daje czytelnikowi żadnej satysfakcji z odkrywania. W teorii to może być celowy zabieg - chaos jako forma - ale w praktyce odbiera to jakiekolwiek zaangażowanie. Superbohaterowie mają właściwie jedną moc - nieśmiertelność, a mimo tego co chwilę planują zabijać siebie nawzajem (po co?).


Nawet jeśli gdzieś pod spodem są tu jakieś tematy - relacje, tożsamość, bycie bohaterem - to giną one pod warstwą dziwności i stylistycznego eksperymentu. To książka, która może działać jako eksperyment literacki albo żart z konwencji, ale jako historia - kompletnie do mnie nie trafiła. Totalna strata czasu. Nie polecam.


Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto

b6162dfb-b873-4441-8079-28e0d066e5b8

Zaloguj się aby komentować

734 + 1 = 735


Tytuł: Ostatnia sprawa

Autor: Lee Child

Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

Wydawnictwo: Albatros

Format: ebook

Liczba stron: 544

Ocena: 5/10


To tom 16. w serii z Jackiem Reacherem, ale 4. w kolejności chronologicznej, dlatego Jack dalej jest w wojsku i wykonuje zadania dla Pentagonu.


Reacher znów trafia w sam środek sprawy, której teoretycznie mógłby uniknąć… ale jak zwykle nie potrafi. Historia zaczyna się od zadania powiązanego z Pentagonem, które powinno być szybkie łatwe i przyjemne, ale bardzo szybko schodzi na drugi plan. Reacher wikła się w lokalne śledztwo, związane z brutalnymi zbrodniami na kobietach, które - mimo, że trwają od dłuższego czasu - nie zostały rozwiązane. W tle pojawia się też wątek pani szeryf, która nie potrafi zamknąć sprawy, a między nią a Reacherem zaczyna się budować relacja, przez co dość nienaturalnie wkręca się w te dochodzenie.


To książka, która ma wszystkie elementy charakterystyczne dla serii: samotny bohater, lokalna społeczność z problemem, przemoc i poczucie, że coś jest nie tak. Reacher, jak zwykle, miesza się w sprawy, które go nie dotyczą, a potem rozwiązuje je po swojemu - często brutalnie i niekoniecznie zgodnie z prawem. To nadal działa, ale tym razem trochę mniej przekonująco.


Największym problemem tej części jest dla mnie jej rozdarcie. Z jednej strony mamy wątek "ważniejszy" - związany z zadaniem od Pentagonu - z drugiej lokalne śledztwo i relację z panią szeryf. Te elementy nie zawsze dobrze się ze sobą kleją, przez co historia momentami sprawia wrażenie niespójnej. Zamiast jednego mocnego rdzenia dostajemy dwa, które trochę ze sobą konkurują.


Do tego dochodzi powtarzalność schematów. Reacher po raz kolejny trafia na złych ludzi, po raz kolejny działa na granicy prawa, po raz kolejny naraża swoje życie. To już znamy i tym razem nie ma w tym wystarczająco świeżości, żeby naprawdę wciągnąć.


Relacja z "piękną" panią szeryf też wypada dość przewidywalnie. Z jednej strony dodaje książce bardziej "ludzkiego" wymiaru, z drugiej jest jednym z tych elementów, które w serii pojawiają się regularnie, może z mniejszą intensywnością i krótszym związkiem, ale rzadko zostają z czytelnikiem na dłużej.


Nie siadł mi ten tom, męczyłem go dłużej niż każdy inny i czuję, że do pewnego stopnia wpadł na podatny grunt zastoju czytelniczego, albo go pogłębił.


Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto

50dde01c-089b-4cfd-af55-c0f8a93eb7b1

Zaloguj się aby komentować

713 + 1 = 714


Tytuł: Spadek po mojemu

Autor: Mieczysław Gorzka

Kategoria: czarna komedia kryminalna

Wydawnictwo: Skarpa Warszawska

Format: audiobook

Liczba stron: 512

Ocena: 7/10


To książka, która już na starcie zaskakuje, jeśli zna się wcześniejsze dokonania autora. Zamiast brutalnego kryminału dostajemy czarną komedię kryminalną, opartą na bardzo wdzięcznym pomyśle: dwóch braci Dzióbek ma dostać spadek (50 milionów złotych) po dziadku, ale tylko pod warunkiem, że oddadzą skradzione przez niego cztery obrazy prawowitym właścicielom. Problem w tym, że obrazy są warte fortunę (dużo więcej niż spadek), a ich odzyskanie i zwrot szybko przyciąga całą plejadę zainteresowanych - od mafiozów, przez kolekcjonerów, po ludzi, którym bracia są coś winni. Do tego dochodzi policja, która depcze im po piętach i komplikuje wszystko jeszcze bardziej.


Największą siłą książki jest jej lekkość i tempo. To klasyczna komedia pomyłek - pełna absurdalnych sytuacji, nieporozumień i bohaterów, którzy nie zawsze do końca panują nad tym, co się wokół nich dzieje. Dużo frajdy daje też sam duet braci - różni, momentami kompletnie niedopasowani, a przez to generujący kolejne problemy i zabawne sytuacje. Całość ma bardzo filmowy rytm i łatwo sobie wyobrazić tę historię na ekranie.


Jednocześnie trzeba zaakceptować pewien "kontrakt" z autorem. Fabuła momentami jest lekko naciągana, a niektóre rozwiązania opierają się na skrótach i zbiegach okoliczności. To jedna z tych książek, które wymagają od czytelnika przymknięcia oka na logikę, żeby w pełni cieszyć się historią. Jeśli ktoś szuka precyzyjnie skonstruowanego kryminału, może się odbić - jeśli natomiast wejdzie w konwencję, dostanie sporo zabawy.


To bardzo przyjemna, lekka odskocznia od typowych kryminałów Gorzki - może mniej poważna, ale za to dająca sporo rozrywki. Do pewnego stopnia przypomina "Czwartkowy Klub Zbrodni", czy serię kryminalną o teściowych Alka Rogozińskiego, tylko z młodszymi, bardziej dynamicznymi bohaterami, choć niedaleko im do #hejto30plus


Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto

3fbe5aeb-ea6f-4684-85fa-df0381586ad7

Zaloguj się aby komentować

@WujekAlien W Zasadzie Niegroźna, czwarta część autostopem przez galaktykę. Albo piąta? Zaraz... Druga to restauracja, trzecia była o krykiecie, czwarta o spółkowaniu z Fenchurch w chmurach, tak, czyli piąta.

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

705 + 1 = 706


Tytuł: Strażnik bram

Autor: Adam Przechrzta

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Format: ebook

Liczba stron: 440

Ocena: 5/10


Nie wiem, czemu się jeszcze oszukuję, że Przechrzta napisze coś nowego i przełomowego.


Jest to kolejna książka autora, która jest o Olafie Rudnickim, to jak się bohater nazywa w książce (Janusz Magnuszewski), nie ma znaczenia, bo i tak dostajemy Olafa. Ze wszystkimi jego zaletami i wadami, ze wszystkimi przywarami i słabościami, z podejściem do życia, z fartem i pechem w niektórych momentach.


Jest to 3 tom cyklu Magiczna Zielona Góra (Mons Viridis Magicus), który skupia się wokół antykwariusza, który ciągiem nieoczekiwanych wydarzeń trafia do magicznego świata, w 1 tomie, a w ostatnim tomie cyklu domykamy wątki zaczynające się od śmierci/zabójstwa żony Janusza. Nie ma na imię Grażyna


Okazuje się, że podobnie jak w przypadku książek z Rudnickim, nie ma nic za darmo i informacje o zabójcy żony dostanie dopiero po odsłużeniu 6 miesięcy kieratu, podmianie ciała na inne (więźnia i najemnika) i zinfiltrowaniu obozu innej magicznej organizacji. Całość dzieje się w mistycznej Moskwie, która często przewija się jako bohater/tło wydarzeń innych książek autora. Natomiast język nie jest stylizowany na rosyjsko-armijny, jak miało to miejsce w poprzednich 2 trylogiach Przechrzty.


To nie jest zła książka, jest wciągają i przyjemnie się ją czyta, ale po raz kolejny dostaję książkę o tym samym bohaterze, dziejącą się w podobnych okolicznościach i z podobnymi motywami, co jednoznacznie zalicza ją do kategorii - odgrzewany kotlet.

PS. Bardzo mi się podobają porawki na stronie bookmeter i powrót możliwości logowania, super robota @renkeri


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto

cca86746-dd66-4ddd-b534-3c35f1b4b1f4

@vizharan na pewno mój ostatni, a szkoda, bo lubiłem pierwszą serię i była czymś nowym na polskim rynku, ale wypuszczenie jeszcze 6 książek o tym samym to już skok na kasę

@WujekAlien tak, ja sobie też już odpuszczę następne. Chętnie bym coś Przechrzty przeczytał dalej, ale to jakaś ewolucja musi być.

Zaloguj się aby komentować

687 + 1 = 688


Tytuł: Ostatnie rozdanie

Autor: Wiesław Myśliwski

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: Znak

Format: ebook

Liczba stron: 448

Ocena: 10/10


"Ostatnie rozdanie" to dla mnie przykład literatury pięknej kompletnej. Takiej, w której nie ma ani jednego elementu zbędnego, a forma, temat, język i sens tworzą spójną całość. Punkt wyjścia jest pozornie prosty: bezimienny narrator przegląda stary notes z nazwiskami i adresami, próbując go uporządkować. Nie jest to też pierwsza próba ogarnięcia tego chaosu, złapanego kilkoma gumkami, żeby się nie rozleciał (nie wybuchł). Każde nazwisko otwiera jednak nie tylko wspomnienie konkretnej osoby, ale całe warstwy pamięci, zaniechań, utraconych możliwości, dawnych miłości i pytań o to, czym właściwie było dotychczasowe życie. I nagle okazuje się, że ten notes jest nie tylko rejestrem kontaktów, pamiętanych dobrze, źle lub wcale, ale metaforą egzystencji.


Najbardziej fascynuje mnie to, że Myśliwski z czegoś tak skromnego buduje powieść o wszystkim. O pamięci, przemijaniu, przypadku, miłości, szczęściu, samotności, wolności, niespełnieniu. To książka, która nie ma klasycznej fabuły w zwykłym rozumieniu (jest tu kilka wątków, które w obliczu przesłania nie mają dużego znaczenia), a mimo to niesie czytelnika swoim rytmem. U Myśliwskiego opowieść jest jak myśl, ona nie płynie - ona meandruje, znika, wraca, zatacza kręgi. I właśnie dlatego działa tak mocno.


Jest w tej książce coś z wciąż żywej korespondencji. Nie tylko dosłownie, przez listy i ślady po ludziach, ale przez samą ideę, że relacje nigdy nie znikają całkiem, tylko przechodzą w pamięć, w język, w sposób, w jaki opowiadamy siebie samym sobie. To piękna myśl, i Myśliwski potrafi ją unieść bez cienia pretensjonalności.


I jest jeszcze język. To jest właśnie ta "kompletność". U Myśliwskiego nie ma rozdziałów zbędnych. Wszystko jest zawarte między tym, co opowiedziane i jak opowiedziane. Ta kompletność objawia się też w połączeniu najlepszych cech z innych jego dzieł: gawędziarstwa znanego z "Traktatu o Łuskaniu fasoli", melancholii z "Widnokręgu", filozoficzności z "Ucha igielnego" i ironii z "Drzewa". W mojej ulubionej książce Pana Wiesława ("Traktacie o łuskaniu fasoli") już te elementy były na miarę arcydzieła, ale mam wrażenie, że tu nie wypada to gorzej.


To jedna z tych rzadkich książek, które nie tylko opowiadają o życiu, ale zdają się działać według jego logiki - fragmentarycznej, nieuporządkowanej, złożonej, a jednak ostatecznie sensownej. Książka, która nie tyle daje się przeczytać, co pyta: A jak wygląda Twój notes teleadresowy? Ile z zapisanych w nim osób dalej pamiętasz, ile z nich odegrało jakąś rolę w Twoim życiu (pozytywną lub negatywną)? a ile na przestrzeni lat stało się tylko nic nie znaczącym wpisem, który możesz bez konsekwencji wyrzucić. I wreszcie, czy piszesz jeszcze odręczne listy? kiedy napisałeś ostatni i do kogo?

Słowo pisane ręcznie jest bowiem innym słowem niż na maszynie czy komputerze. To jakby krwi własnej pieczęć.


Szkoda, że miałem przyjemność widzieć autora tylko raz na żywo i przed jego śmiercią nie udało mi się otrzymać choć 1 autografu.

Okładka z mojego ulubionego wydania, Znak zrobił rewelacyjną robotę wydając te książki w tak pięknej i zarazem prostej oprawie, która świetnie współgra z treścią książek i twórczością Pana Wiesława.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

#bookmeter #ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto

50b85623-63bf-436e-9cca-48d04643a6db

@WujekAlien Właśnie przed sekundą skończyłem ją czytać. Dla mnie to jest zdecydowanie najlepsza książka Myśliwskiego jaką miałem okazję przeczytać. Śmiem nawet twierdzić, że jest lepsza niż Traktat o łuskaniu fasoli. W Traktacie było kilka fragmentów, które mnie... zmęczyły? Ostatnie rozdanie natomiast, dotyka jakichś takich obszarów we mnie, że im dłużej ją czytałem, tym bardziej chciałem, żeby ona w ogóle nie miała końca. Ale książki Myśliwskiego są o życiu i tak jak życie - mają swój koniec. I tak samo jak życie zostawiają czytelnika z głębokim poczuciem niedosytu. A "relacja" z Marią - zarówno w idei, formie i języku - to jest po prostu majstersztyk!

@fonfi dla mnie te 2 książki plus “Widnokrąg” to najlepsze, co Myśliwski napisał i trudno mi wybrać, która jest lepsza. Fakt “Ostatnie rozdanie” jest bardziej kompletne i porusza ważniejsze wątki, niż Traktat, do tego ma odrobinę wątków fabularnych, które też są na plus. Ale Traktat to mistrzostwo gawedziarstwa, które u autora uwielbiam.

No i książka wylądowała właśnie w czytniku kompletnie zaburzając kolejność tego, co miałem czytać dalej. Wydaje mi się jednak, że to, że ten wpis pojawił się akurat wtedy, kiedy wybrałem się do Sandomierza, to musi być jakiś znak.

eadb20b6-20ba-4a41-b40d-607f5465c363
9549005d-645a-4219-8551-a2cdf47c0bb6

Zaloguj się aby komentować

682 + 1 = 683

Tytuł: Świadek numer 8

Autor: Steve Cavanagh

Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

Wydawnictwo: Albatros

Format: ebook

Liczba stron: 432

Ocena: 7/10


Ósmy tom przygód Eddiego Flynna ponownie wrzuca byłego oszusta, a dziś adwokata, w sprawę, która z pozoru wygląda jasno, ale bardzo szybko okazuje się znacznie bardziej skomplikowana. W centrum jest proces o morderstwo, któego miał się dopuścić znany i ceniony chirurg, a Eddie podjął się bronić. Do tego kłamliwi świadkowie, manipulacje i gra pozorów, w której, jak to u Cavanagha - prawda nigdy nie leży tam, gdzie wydaje się na początku. Flynn znów porusza się na granicy prawa, wykorzystując nie tylko wiedzę prawniczą, ale też dawny instynkt człowieka, który kiedyś sam żył z oszustwa i liczne kontakt w przestępczym półświadku.


Największą siłą książki jest klimat. Czuć napięcie, czuć stawkę, a historia ma ten charakterystyczny dla serii nerwowy puls, który sprawia, że czyta się szybko i z zaangażowaniem. Cavanagh bardzo dobrze buduje poczucie, że Flynn po raz kolejny zadziera z niewłaściwymi ludźmi i że tym razem cena może być naprawdę wysoka i wyjątkowo, w tym tomie, jest. Motyw zagrożenia życia protagonisty działa, bo wpisuje się w jego charakter: to bohater, który regularnie igra z ogniem.


Podoba mi się też, że Flynn nie jest nieskazitelnym bohaterem. Nadal działa po swojemu, czasem balansując na granicy etyki, czasem ją obchodząc, jeśli uzna, że prowadzi go to do celu. To właśnie odróżnia tę serię od bardziej klasycznych thrillerów prawniczych - tu nie chodzi tylko o salę sądową, ale o ciągłą grę, w której bohater sam bywa częścią problemu. Eddie jest oszustem, a dopiero później prawnikiem i autor nigdy tego nie ukrywał.


Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to do tego, że seria zaczyna momentami korzystać z własnych sprawdzonych schematów. Flynn po raz kolejny wpada w śmiertelne tarapaty, po raz kolejny ryzykuje za dużo, po raz kolejny gra nie do końca czysto. Po raz kolejny rani to (dosłownie) kogoś z jego najbliższych. To działa, ale nie ma już efektu świeżości z pierwszych tomów.


Jest to solidny, klimatyczny thriller prawniczy, który może nie należy do najmocniejszych części serii, ale dobrze wykorzystuje to, co w Eddiem Flynnie najlepsze i co najważniejsze, nie wymaga właściwie znajomości poprzednich tomów, żeby się dobrze bawić.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

#bookmeter #ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto

4406eb48-63c5-48bb-bc59-a996f6068f31

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry,
Dziś przychodzę do Was z promocjami księgarni Wydaje Nam Się - czyli firmowej księgarni Wydawnictwa Poznańskiego.


  1. Domowe Targi Książki -50% na wszystkie książki i ebooki - LINK do promocji
    Promocją objęte są też pakiety książek - LINK do pakietów
    Promocja trwa do 19.04.2026 do 23:59

  2. Wiosenne Wietrzenie magazynu z książkami za 7,90zł - LINK do wszystkich książek za 7,90

  3. Wiosenne Wietrzenie magazynu z książkami za 15,90 zł - LINK do wszystkich książek za 15,90

  4. Promocja na nowości - do -40% - LINK do nowośći
    Do końca weekendu -50%, później spadnie do max -40%


Darmowa dostawa od 200zł.

#ksiazki #promocjeksiazkowe #czytajzwujkiem #wydawnictwopoznanskie #wydajenamsie

70a57849-8f20-4431-8304-fee3148a56a8

681 + 1 = 682

Tytuł: Malorie

Autor: Josh Malerman

Kategoria: horror

Wydawnictwo: Akurat

Format: audiobook

Liczba stron: 320

Ocena: 8/10


Drugi tom historii zapoczątkowanej w "Nie otwieraj oczu" wraca do świata, w którym patrzenie wciąż oznacza śmierć. Tym razem jednak perspektywa jest szersza - Malorie nie jest już tylko samotną bohaterką walczącą o przetrwanie, ale matką, która musi chronić dorastające nastoletnie dzieci w rzeczywistości, której one właściwie nie znają inaczej. Gdy pojawia się nadzieja na bezpieczne miejsce i odnalezienie rodziców/dziadków, bohaterowie wyruszają w kolejną niebezpieczną podróż, gdzie każdy błąd może mieć ostateczne konsekwencje.


Największą siłą tej części jest sposób, w jaki Malerman rozwija znany świat. Nie próbuje wymyślać wszystkiego od nowa, tylko dokłada nowe elementy do tego, co już działało - pogłębia zasady rządzące rzeczywistością i pozwala czytelnikowi spojrzeć na nią z innej strony. Dorzuca też pociąg ocalałych, który odgrywa ogromną rolę w przygodzie naszej trójki.


Kluczową zmianą jest przerzucenie części narracji na dzieci, które urodziły się i dorastały w świecie bez wzroku. To daje bardzo ciekawy efekt - dla nich to nie jest apokalipsa, tylko norma. Oni widzą... dźwiękami. Świetnie wypada też wątek nastoletniego buntu. W świecie, gdzie zasady są absolutne i ich złamanie oznacza śmierć, naturalna potrzeba sprawdzenia granic nabiera zupełnie innego ciężaru. To jeden z tych pomysłów, które wydają się oczywiste dopiero po fakcie i tutaj działa naprawdę dobrze, dodając historii napięcia i emocjonalnej głębi. Konflikt na linii matka - syn dodaje historii emocji, których nie oczekiwałem, ale przyjemnie się o nich czytało. Każda z postaci ma też swoje sekrety, które wyjdą na jaw i będą sporym zaskoczeniem.


Książka utrzymuje klimat pierwszego tomu - nadal jest duszno, niepewnie i bardzo klaustrofobicznie - choć momentami czuć, że to już bardziej rozwinięcie świata niż jego odkrywanie. Nie ma tu aż takiego efektu świeżości jak wcześniej, ale w zamian dostajemy bardziej świadomie zbudowaną historię. Nie jest też aż tak horrorowo, są momenty, ale to bardziej zaskoczenie, niż strach. To bardzo dobra kontynuacja, która pokazuje, że ten świat nadal ma potencjał i można go rozwijać w ciekawy sposób.

Wołam @Shivaa


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

#bookmeter #ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto

875a63f9-c760-4102-9587-ac3512deef91

Zaloguj się aby komentować

673 + 1 = 674


Tytuł: Martwy Punkt

Autor: Aro Sainz de la Maza

Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

Wydawnictwo: SQN

Format: audiobook

Liczba stron: 480

Ocena: 8/10


Drugi tom serii "Morderstwa w Barcelonie" ponownie zabiera nas do dusznej, pełnej napięć stolicy Katalonii, ale tym razem historia wyraźnie skręca w bardziej osobistą stronę. Milo Malart jako główny bohater, mierzy się nie tylko ze sprawą kryminalną, ale też z własną przeszłością i konsekwencjami wcześniejszych wydarzeń. Śledztwo, które prowadzi, szybko okazuje się bardziej złożone, niż początkowo się wydaje, a kolejne tropy prowadzą w miejsca, gdzie granica między sprawą zawodową a osobistą zaczyna się zacierać. Sam Milo też jest bardziej emocjonalnie zaangażowy, choć jako bohater jest totalnie w rozsypce. Morderstwa osób i bestialskie okaleczanie zwierząt zdają się być zupełnie niepowiązane, choć Milo uważa inaczej. Na pomoc przychodzi mu Koleś - owczarek, którym musi się opiekować przez niemal cały tom, a w pewnym momencie nawet ratuje mu życie.


Największą zaletą "Martwego punktu" jest właśnie to przesunięcie akcentu. W porównaniu do pierwszego tomu książka wypada dojrzalej i bardziej angażująco, bo oprócz samej intrygi dostajemy głębsze wejście w psychikę Milo. To już nie tylko detektyw rozwiązujący zagadkę, ale człowiek z bagażem doświadczeń, który musi radzić sobie z własnymi demonami. Dzięki temu historia zyskuje emocjonalną warstwę, która realnie wpływa na odbiór całej książki.


Sama intryga jest dobrze poprowadzona - tempo jest równe, napięcie budowane konsekwentnie, a Barcelona ponownie robi świetną robotę jako tło wydarzeń. Miasto nie jest tylko dekoracją, ale żywym organizmem, który wpływa na klimat i decyzje bohaterów. To jeden z tych kryminałów, gdzie miejsce akcji naprawdę ma znaczenie.


"Martwy punkt" to przykład kontynuacji, która nie tylko trzyma poziom, ale wręcz rozwija serię w ciekawszym kierunku. Tym razem bez sztuki w tle, ale z bardziej osobistymi, dojrzalszymi i lepiej angażującymi wątkami niż pierwszy tom. Jest też krótsza, ale nie za krótka (o ile można tak powiedzieć o książce, która ma blisko 500 stron) i wydaje mi się, że był to świetny zabieg.

#bookmeter #ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto

38731e75-fb35-4deb-a29f-8e61de677191

Zaloguj się aby komentować

664 + 1 = 665


Tytuł: Nie otwieraj oczu

Autor: Josh Malerman

Kategoria: horror

Wydawnictwo: Akurat

Format: audiobook

Liczba stron: 304

Ocena: 8/10


To jedno z tych postapo, które od pierwszych stron buduje napięcie bardzo prostym, ale genialnym pomysłem: nie wolno patrzeć. Świat zostaje opanowany przez coś/istoty, których nie można zobaczyć, bo jedno spojrzenie oznacza natychmiastowe szaleństwo i śmierć samobójczą. Historia skupia się na Malorie, która próbuje przetrwać w tej rzeczywistości i podjąć desperacką próbę przedostania się w bezpieczne miejsce. Z zasłoniętymi oczami, zdana na inne zmysły, zarówno swoje, jak i dwójki małych dzieci, wyrusza w niebezpieczną podróż.


Największą siłą książki jest konstrukcja oparta na dwóch liniach czasowych. Z jednej strony śledzimy początki katastrofy - moment, w którym świat zaczyna się rozpadać i bohaterowie próbują zrozumieć, z czym mają do czynienia. Z drugiej dostajemy późniejszą, dużo bardziej klaustrofobiczną historię podróży, gdzie każdy dźwięk może oznaczać zagrożenie. To przeplatanie się narracji działa świetnie i sprawia, że bardzo trudno się od książki oderwać - ciągle chcesz przeczytać jeszcze jedną stronę, jeszcze jeden rozdział, żeby dowiedzieć się więcej o obu wątkach.


Malerman bardzo umiejętnie operuje tym, czego nie pokazuje. Groza nie wynika z opisu potworów czy konkretnych zagrożeń, ale z niewiedzy i wyobraźni czytelnika. To jeden z tych horrorów, gdzie brak informacji działa mocniej niż ich nadmiar. Scena porodu zostanie ze mną zdecydowanie na dłużej. Dzięki temu napięcie jest niemal ciągłe i nie potrzebuje spektakularnych scen, żeby działać.


To świetne, bardzo wciągające postapo, które udowadnia, że czasem najprostszy pomysł potrafi wywrzeć ogromne wrażenie na czytelniku. Książka doczekała się ekranizacji w 2018 roku.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

#bookmeter #ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto

7a406364-283d-4940-8620-8ac7c4f7c7bd

Zaloguj się aby komentować