Właścicielka sklepu całodobowego gubi portfel. Zgubę odnajduje bezdomny i zwraca go właścicielce, a ta proponuje mu zatrudnienie w sklepie.
Nietuzinkowy sklep całodobowy to nieskomplikowana, trochę naiwna, ale pozytywna opowieść o losach pracowników oraz klientów sklepu całodobowego i ich wzajemnych relacjach, na których wszyscy w nie zawsze oczekiwany sposób zyskują. Książka niby niczym mnie nie zachwyciła, ale okazała się lekką i miłą odskocznią od sci-fi i Warhammera.
Wydawnictwo Zysk i S-ka zapowiada wznowienie klasyki postapo. "Listonosz" Davida Brina wyląduje na sklepowych półkach 5 maja 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie liczy 372 strony, w cenie detalicznej 57,99 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Gdy stary świat się rozpadł i nie ma już państw, opowieści zaczynają decydować o tym, kto przeżyje. Kultowa powieść postapokaliptyczna mistrza science fiction.
Był wędrowcem ocalałym z katastrofy – jednym z wielu, którzy po straszliwej wojnie przemierzali zrujnowany świat, wymieniając opowieści na prowiant i schronienie. Pewnego mrocznego dnia zrządzenie losu popchnęło go ku decyzji pozornie błahej: okradziony i porzucony na śmierć bez ubrania, by ochronić się przed zimnem, przywdziewa kurtkę dawno zmarłego listonosza znalezioną w zniszczonej furgonetce pocztowej. Wytarty strój okazał się jednak czymś więcej niż tylko osłoną przed chłodem. Mundur wciąż niósł ze sobą znaczenie — był znakiem ładu świata, który kiedyś istniał.
Od tej chwili jego opowieści nabrały nowej mocy. Przyodziany w pocztową kurtkę zaczął przemierzać kraj i snuć historię o odradzającej się ojczyźnie, o wspólnocie, która mimo ruin i strachu wciąż trwa. Historia, która miała być tylko sposobem na przetrwanie, stała się iskrą rozpalającą w ludziach wiarę na odrodzenie cywilizacji…
„Lektura tej postapokaliptycznej powieści to niezwykłe doświadczenie. Z jednej strony autor ostrzega nas przed konsekwencjami wojny nuklearnej, z drugiej jednak to przede wszystkim hymn pochwalny, ukazujący wielką siłę ludzi w obliczu niebezpieczeństwa. Mimo upływu lat – książka wciąż na czasie”.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Żadni wrogowie nie zdobyli jeszcze Ankh-Morpork. To znaczy owszem, formalnie tak, nawet dość często. Miasto chętnie witało szastających pieniędzmi barbarzyńskich najeźdźców, a ci po kilku dniach odkrywali ze zdumieniem, że ich własne konie już do nich nie należą, a po paru miesiącach stawali się kolejną mniejszością etniczną, charakteryzującą się własnym stylem graffiti i własnymi sklepami spożywczymi.
“Żaden żołnierz nie zabija tak pewnie jak krzyżowiec.” Kor Phaeron
“To najwspanialsza epoka w historii ludzkości, a prym wiodą w niej nie filozofowie czy wizjonerzy, a wojownicy. To niezdrowe [...] Coś tu jest nie tak. To się musi źle skończyć.” Lorgar
XIV część cyklu Herezja Horusa
Jest trzydzieste pierwsze tysiąclecie, trwa Wielka Krucjata mająca na celu zjednoczenie ludzkości rozproszonej po całej galaktyce. Świat za światem jest przyłączany do Imperium Człowieka lub unicestwiany. Imperator upokarza Lorgara za jego wiarę. Zrozpaczony prymarcha powątpiewa w sens dotychczasowego życia i oddania Wielkiej Krucjacie. Wraz z XVII Legionem udaje się więc w poszukiwaniu nowej drogi. Nowego boga.
Po pierwszych dziesięciu pozycjach postanowiłem zaburzyć oficjalną kolejność wydawniczą, aby podążyć za liniami fabularnymi zawierającymi puzzle kluczowe do poszerzenia rozległej panoramy uniwersum. Pierwszy Heretyk był dobrym wyborem, ponieważ odpowiedział na kilka istotnych pytań pojawiających się już w trylogii początkowej. Prawdę mówiąc, to śmiało można pominąć kilka książek poczynając od Zstąpienia Aniołów i sięgnąć po ten tom zaraz po Fulgrimie.
Aaron Dembski-Bowden proponuje powrót do wielkiej pompy z Wywyższenia i teatralnych, melodramatycznych dialogów niczym w filmach kostiumowych z lat 60-tych (Ben Hur, Spartacus, Kleopatra itp.). Całość oparł na konstrukcji typu “trzęsienie ziemi na początku, a później rozkręcamy akcję powoli”. Narracja jest nieliniowa i bywa, że przeskakuje w przyszłość, by później wrócić do przeszłych wydarzeń w formie wspomnień lub zeznań. Lorgar depcze zaś po piętach Fulgrimowi w plebiscycie na największą drama queen. Jego tragedia jednak ma niemal szekspirowski wymiar.
Muszę przyznać, że ta książka zmieniła znacząco moje spojrzenie na Lorgara i Głosicieli Słowa, którzy w poprzednich tomach, w szczególności w Bitwie o Otchłań, przedstawieni zostali jako bezwzględnie źli zeloci. Tymczasem Pierwszy Heretyk pokazuje, że ich motywacja wcale nie była pozbawiona logiki. Lorgar przypomina pod pewnym względem filmowego Jockera: niby wiadomo, kim się stanie, a jednak wzbudza współczucie, zrozumienie, a nawet pewien rodzaj sympatii.
Głupio przyznać, ale przy całym swoim uwielbieniu bajki, jeszcze nigdy nie czytałam Muminków!
Trochę mnie zaskoczyło że książeczki są raczej krótkie, mam wrażenie że ich przygody można by opisywać w opasłych tonach 😅
Pierwsza część jest wyjątkowo króciutka. Muminek i Mama Muminka poszukując miejsca na nowy dom, poznają nowych przyjaciół i wpadają na trop zaginionego Taty Muminka. Historia opatrzona jest w oryginalne grafiki autorki, wyglądają przecudnie.
Na końcu książki są opisane charakterystyki postaci występujących w całej tej serii oraz komiksach.
Ocena trochę zaniżona, bo przeczytanie zajęło koło pół godziny, nie zdążyłam jeszcze wczuć się w klimat, ledwo przyzwyczaiłam się do dużych liter 😛
Tym razem lądujemy i orbitujemy wokół Ilusa/Nowej Ziemi - pierwszej planety skolonizowanej przez człowieka poza Układem Słonecznym.
Oczywiście ludzie jak to ludzie zaraz wejdą ze sobą w konflikt. Szczególnie na planecie bogatej w cenny surowiec.
Problemy przyleci rozwiązywać jako rozjemca nasza ekipa z Rosynanta z Holdenem na czele.
W tej części akcja jest mocno szarpana, raz przyspiesza aby opowiedzieć o wydarzeniu z perspektywy kilku postaci po czym zwolnić. I tak do końca tego tomu.
P.S. Mam nadzieję, że nim ukończę cały cykl Expasne, pojawi się w końcu opcja spoilerów w edytorze tekstu
Z grubsza, jest to trudna i smutna lektura przedstawiająca życie i problemy kilku przegrywów, którzy zgodzili się na pewne wyznania i współpracę z autorkami, które w tym środowisku uchodzą za największe zło (kobiety, poglądy lewicowe).
Jestem pod wrażeniem odwagi i otwartości autorek, poradziły sobie z tematem bardzo dobrze.
Znajdziemy tu dobrą analizę problematyki środowiska oraz przestrzeni internetowej w której funkcjonują, czyli głównie wykop, chany i zamknięte grupy na fb.
Najbardziej przejmujące są historie mężczyzn, którzy zgodzili się na korespondencje z autorkami. Świat w którym żyją przepełniony jest chorobami psychicznymi i fizycznymi, zaniedbaniami rodziców, przemocą, biedą oraz często brakiem tej jednej jedynej osoby, która okazałaby zainteresowanie, zaakceptowała wady, których oni sami zaakceptować nie potrafią.
@Shivaa szkoda że tag przegryw nie działa, tam powinny być wierzenia i próba pomocy a jest wylewanie frustracji, często bez refleksji. Przez to musiałem szybko zablokować ten tag u białka jak tam jeszcze byłem, tutaj też
@zjadacz_cebuli Tag przegryw na wykopie stał sie miejsce gdzie jedynie mogłeś wylać swoje żale i zabetonować się w swoim nieszczęściu, bo jakakolwiek poprawa własnego poziomu życia w oczach innych przegrywów to było stanie się normikiem. Przegrywy to beznadziejny przypadek, nienawidzą kobiet, nienawidzą normików a co najgorsze, nienawidzą samych siebie.
@zjadacz_cebuli są przegrywy i przegrywy, niestety najgłośniej słychać tych którzy tylko w ten sposób potrafią wyładować swoje frustracje mimo że w środku krzyczą o pomoc i najbardziej jej potrzebują
Ale są też różne bardziej nakierowane grupy, 'odłamy', które skupiają się na wzajemnym wsparciu
Wydawnictwo Zysk i S-ka przygotowuje nowe wydania cyklu Północna Droga. "Saga Sigrun. Ja jestem Halderd" Elżbiety Cherezińskiej ma ustaloną premierę na 28 kwietnia 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie ma 784 strony, w cenie detalicznej 79,99 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Północna Droga to cykl powieściowy rozgrywający się na przełomie X i XI wieku w Skandynawii. W świecie, który poza wojnami o władzę staje wobec wyzwania: oto między fiordy wkracza nowy bóg, Bóg chrześcijan.
Tom I to opowieści kobiet. Tak różnych od siebie, jakby Norny utkały ich losy z całkowicie odmiennej przędzy.
Saga Sigrun
Sigrun, córka potężnego Pana Północy, jest obdarzona przez los wieloma darami, spośród których najważniejszym jest miłość. Z wzajemnością zakochana we własnym mężu, oddana dzieciom, domowi i rodzinie. Strażniczka domowego ogniska, planująca dla swego syna najpiękniejszy los. W tym szczęściu tkwi jednak ziarno niepokoju. Jej mąż jest prawdziwym wodzem Północy: walecznym i honorowym. A to oznacza, że gdy dojdzie do wielkiej bitwy w zatoce Hjorung, popłynie na nią w pierwszym szeregu łodzi.
Skaldowie śpiewają, że najważniejsza jest sława. Na cóż mi ona? Nie obejmie mnie ramieniem, nie obudzi rano, nie wsunie języka między moje wargi. Dzieci ze mną nie spłodzi. Nikt nie zaśpiewa pieśni o Sigrun, kobiecie, która kochała. Moje życie nie nadaje się do waszych rymów, nie zwyciężyłam wojen, nie podbiłam lądów, nigdy nikogo nie zabiłam i nie splądrowałam. Tworzyłam własne strofy, miłosne. Czułe, wypełnione troską, zachwytem, niezdarne tkliwością. Kochałam.
Ja jestem Halderd
Dzieciństwo Halderd naznaczone jest pasmem strat. Jej rodzina traci rodowe dobra, a z nędzy wydobywa ją stryj, wydając młodą dziewczynę za mąż za jednego z Panów Północy. Halderd zyskuje piękny dom, służbę i dostatnie życie, ale płaci za to słono i boleśnie, własnym ciałem. Gdy urodzi piątego syna, wie już, że nie wytrzyma ani dnia dłużej. I wtedy, w najgłębszym mroku, spotyka miłość swego życia – mężczyznę, który pod każdym względem jest przeciwieństwem jej męża. Ten ginie podczas polowania i wdowa Halderd z szóstym synem u boku, rozpoczyna własne panowanie. W bezwzględnym świecie wojny i polityki, przenikliwsza niż którykolwiek z Panów Północy, krok po kroku zbliża się do realizacji swego wielkiego planu. Ale powodzenie zależy od jej najmłodszego syna.
Podbrzuszem matki są jej synowie. Moim jest Ragnar. Choć przyszłość mu ułożyłam od dnia poczęcia, choć wszystko wokół za gardło chwyciłam i dowlokłam do tego miejsca, w którym zacząć się powinna jego rola, nie umiem mu jej pokazać. Jego jednego do niczego nie umiem myślą zmusić. Nøkken! Ziemie Sigrun i Halderd graniczą ze sobą. Synowie Halderd wychowują się w domu Sigrun. Obu kobiet jednak nigdy nie połączy przyjaźń. Połączy je coś ostatecznego: przepowiednia wieszczki z bagien, która na zawsze splecie ich losy w jeden węzeł.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Nie ma takiego miejsca, do którego Śmierć nie mógłby się udać. Nieważne, jak jest dalekie czy niebezpieczne. A nawet, im bardziej jest niebezpieczne, tym bardziej prawdopodobne, że Śmierć już tam jest.
Czytali: Maciej Więckowski, Filip Kosior, Janusz Zadura, Mirosław Zbrojewicz i inni
Tym razem Zajdel zamiast kosmicznego sci-fi serwuje cyberpunka. Przedstawia ciekawą wizję przyszłości, w której wszyscy ludzie zostali skatalogowani i podzieleni na klasy według zdolności intelektualnych. Otrzymują trzy rodzaje punktów będących walutą: czerwone - są przydzielane wszystkim po równo niezależnie od klasy ani zajęcia i służą do zakupu dóbr niezbędnych do przeżycia; zielone - w zależności od klasy, waluta na dobra lepszej jakości; żółte - wynagrodzenie za pracę, umożliwiają zakup dóbr luksusowych. Ten logiczny system w rzeczywistości prowadzi jednak do licznych nadużyć i powstania nielegalnych procederów. Główny bohater jest wysokiej klasy specjalistą, który w zamian na nieliche honorarium pomaga przechytrzyć prawo i podnieść klasyfikację klienta. Niefortunny zbieg wydarzeń zakłóca jednak jego komfortowe życie.
Intryga jest zgrabna, bieg wydarzeń dynamiczny, a kreacja świata niewątpliwie intrygująca i przemyślana. Mam jednak problem z formą jej prezentacji. Otóż książka zbyt wiele rzeczy tłumaczy wprost zamiast je pokazać poprzez wydarzenia. Podejrzewam, że takie prowadzenie za rękę ma na celu zwiększenie przystępności, ale moim zdaniem psuje to atmosferę opowieści, niszczy płynność i tajemniczość narracji, a czytelnikowi odbiera radość odkrywania. W pewnym momencie po prostu w jednym długim dialogu wykłada kawę na ławę i koniec. Forma nie dorównała idei. Paradyzja bardziej mi się podobała.
O samej książce nie wiele można napisać- czytało się przyjemnie. Obyło się bez wodolejstwa, suchych faktów.
Napisana tak by każdy mógł ją strawić. Ostatnie 20% to przypisy, źródła itp.
Inna sprawa to sam temat opisany w niej.
Pokazuje jak USA korzystając z zwycięstwa na Niemcami wykorzystuje swoją pozycje by czerpać korzyści( w tym uniewinniać czy zmniejszać wyroki) z osiągnieć niemieckich lekarzy, naukowców - zbrodniarzy, czy nawet wykorzystywać swoich więźniów do eksperymentów medycznych.. Przy tym oszukując perfidnie społeczeństwo. Do tego dochodzą walki wewnętrze pomiędzy różnymi agencjami. Idealnie pokazuje jaki to zakłamany kraj. No ale nie o tym miał być wpis
Czyta się bardzo dobrze, są momenty gdzie ma się poczucie, że kilka rozdziałów jest na siłę, ale wciaga generalnie i ciężko się oderwać. Ciekawy bohater, niewidomy. Niestety zakończenie moim zdaniem trochę naiwne i bezsensowne, co mnie zawiodło.
Tytuł: Właśnie że tak! Nigdy w życiu! 20 lat później
Autor: Katarzyna Grochola
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Format: książka papierowa
Liczba stron: 504
Ocena: 6/10
Przez ostatni miesiąc nadrabiałam cykl "Żaby i anioły", by zdążyć z przeczytaniem go na premierę najnowszego tomu serii. Tak się szczęśliwie złożyło, że moja siostra przywiozła "Właśnie że tak!" na święta i zdążyła je przeczytać. Od razu zabrałam się za czytanko.
Główna bohaterka serii, Judyta, jest już koło sześćdziesiątki. Dalej mieszka w domku na wsi, sąsiaduje z Ulą, i prowadzi dom z Adamem. Wraz z nim założyła też biuro matrymonialne, i wspólnie pomagają samotnym ludziom odnaleźć miłość. Jednak to, co nie daje Judycie spokoju, to problemy związkowe jej córki, Tosi — teraz dorosłej kobiety z trójką dzieci.
I to na tych dwóch wątkach skupia się narracja książki: biuro matrymonialne i Tosia. No dobra, i wnuki. A o wnukach jest bardzo dużo. Nie wiem, czy dobrze zgaduję, ale wydaje mi się, że pani Grochola ma tendencję do wrzucania anegdotek ze swojego życia i tekstów zasłyszanych u bliskich, co w przypadku wypowiedzi wnuków Judyty bywa sztuczne i krindżowe.
Tym niemniej, miło, że po 20 latach znalazła czas, by odświeżyć tę serię. Szału nie ma, ale czyta się lekko jak zwykle.
@WujekAlien hm, jestem na mobilce i wygląda dobrze, ale może edytor w wersji webowej źle przetwarza tekst wklejony z bookmetera… @renkeri, mógłbyś potwierdzić?
@WujekAlien @Wrzoo Portal traktuje znaki nowej linii inaczej w przeglądarce, a inaczej w aplikacji mobilnej. Kiedy kopiujesz treść z Bookmetera, wygląda ona mniej więcej tak: `Tytuł: ...\nAutor: ...\n`, gdzie `\n` oznacza znak nowej linii.
Gdy wkleisz post przez przeglądarkę, `\n` łamie tekst do nowej linii i wpis wyświetla się poprawnie. Natomiast gdy wkleisz go przez aplikację mobilną, `\n` jest poprawnie interpretowane na urządzeniu mobilnym, ale w przeglądarce zostaje zamienione na spację.
Nie wiem, z czego wynika brak spójności w wyświetlaniu tych znaków, ponieważ dzieje się to po stronie portalu. Po swojej stronie mogę jedynie sprawdzać, czy użytkownik kopiuje wpis z urządzenia mobilnego, i ewentualnie modyfikować znaki przy kopiowaniu, ale to i tak nie daje 100% pokrycia wszystkich przypadków.
Na pierwszy rzut oka książka zapowiada się jak klasyczny thriller psychologiczny. Mamy zaginięcie i powrót, seryjnego mordercę, tajemnicę jednego z pacjentów, bohaterkę z przeszłością i śledztwo, które powinno stopniowo odkrywać kolejne warstwy prawdy.
Historia skupia się na terapeutce Gwen, która próbuje rozwikłać sprawę pacjenta, który jeszcze chwilę temu opowiadał na terapii, że chce zabić żonę, a teraz zarówno on, jak i jego żona nie żyją. Niestety pojawia się nowy ważniejszy wątek, na którym musi się skupić. Seryjny morderca popełnia błąd i niedoszła (7) ofiara ucieka, wskazując nauczyciela lokalnej szkoły jako oprawcę. Ojciec jednej z ofiar zatrudnia terapeutkę, do sprofilowania sprawcy i upewnienia się, że policja złapała właściwego sprawcę.
Problem w tym, że bardzo szybko okazuje się, że książka nie jest ani pełnoprawnym kryminałem, ani thrillerem. Zamiast napięcia i dobrze poprowadzonej intrygi dostajemy raczej historię obyczajową, skupioną na relacjach, emocjach i przeszłości bohaterów. Elementy kryminalne są gdzieś w tle i nie budują takiego napięcia, jakiego można by oczekiwać po tym gatunku. Nawet niedoszła ofiara jest pominięta, jakoś tak, jakby był bohaterem przez 24h i nagle wszyscy o nim zapomnięli.
Hej, na wolności może dalej przebywać seryjny morderca, czy ktoś się tu jeszcze boi, że jego dziecko zostanie porwane i zginie?
Najbardziej zgrzyta jednak ton książki. Wyraźnie czuć, że autorka - pisząca pod innym pseudonimem głównie powieści obyczajowo-erotyczne - nie do końca potrafiła odciąć się od tego stylu. Niestety dowiedziałem się o tym dopiero po przeczytaniu. W niektórych momentach historia skręca w tę stronę, która wybija z klimatu i zamiast budować napięcie, rozmywa je jeszcze bardziej. Sporo tekstów jest mocno żenujących, a zachowanie samej terapeutki mocno niepokojące. Jest roztrzepana, średnio ogarnięta, zachowuje się jak napalona nastolatka i co chwilę gdzieś zostawia dokumenty, które nie powinny się znaleźć w niepowołanych rękach.
Szkoda, bo sam pomysł miał potencjał. Gdyby książka zdecydowała się iść w stronę thrillera albo konsekwentnej obyczajówki, mogłaby wypaść znacznie lepiej. W obecnej formie zostawia poczucie niedosytu i chaosu gatunkowego.
To książka, która obiecuje thriller, a ostatecznie okazuje się czymś zupełnie innym - na pewno nie lepszym. Dlatego oznaczyłem ją jako literaturę obyczajowę, żeby ktoś szukający thrillera przypadkiem po nią nie sięgnął
Wydawnictwo Olesiejuk umieszcza Komandosów Republiki w Kolekcji Legend. "Bezpośredni kontakt" Karen Traviss w księgarniach od 27 maja 2026 roku. Wydanie w dwóch wersjach - miękkiej oprawie i twardej z barwionymi brzegami - obejmuje 432 strony, w cenie detalicznej 49,99 za miękką i 129,90 zł za twardą. Poniżej okładki (miękka z lewej, wizualizacja twardej z prawej) i krótko o treści.
ELITARNA DRUŻYNA OMEGA STAJE DO WALKI W OBRONIE REPUBLIKI.
Trwają wojny klonów. Komandosi Republiki wyruszają na samobójczą misję na Qiilurę, gdzie w tajnym ośrodku naukowym hoduje się nanowirusy, zdolne do eksterminacji żołnierzy-klonów.
Elitarna Drużyna Omega działa głęboko za liniami wroga — w mniejszości, bez wsparcia i pod nieustanną groźbą dekonspiracji. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy podczas lądowania Darman, specjalista od materiałów wybuchowych, zostaje odcięty od reszty zespołu. Jego jedyną sojuszniczką okazuje się niedoświadczona padawanka Etain.
Żołnierzy i młodą Jedi czeka śmiertelnie niebezpieczna podróż przez terytoria separatystów, trandoshańskich handlarzy niewolników i podejrzliwych miejscowych. Jeden fałszywy krok oznacza śmierć. To misja samobójcza — dla każdego, poza komandosami Republiki.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Powszechnie wiadomo, że osiem kolorów wspólnie tworzy biel. Ale istnieje też osiem barw czerni dla tych, co potrafią je zobaczyć. Ule Śmierci stoją na czarnej trawie w czarnym sadzie, pod obsypanymi czarnym kwieciem gałęziami starych drzew, które kiedyś wydadzą jabłka, a te.... ujmijmy to w ten sposób... zapewne nie będą czerwone.
Tomek dostał lanie i wrócił na swoje miejsce niezbyt zmartwiony. Uważał, że rzeczywiście mógł sam rozlać atrament podczas jakichś szturchańców w ławce. Zaprzeczył tylko ze względów formalnych, bo taki był zwyczaj, a on nie chciał łamać tradycji szkolnej.
Chyba nie czytałem tej książki wówczas, kiedy byłem w wieku odpowiednim na tego typu lekturę. Chyba byłem wtedy zajęty Przygodamitrzech detektywów sygnowanymi przez pana Hitchcocka albo może byłem zajęty swoimi własnymi przygodami? – dawno temu to było i nie bardzo pamiętam. Teraz, kiedy czytałem Przygody Tomka Sawyera kilka motywów wydało mi się znajomymi, choćby sposób, w jaki Tomek poradził sobie z malowaniem płotu zleconym mu przez ciotkę Polly. Czy znałem to z filmu (albo serialu), bo na pewno kiedyś coś o Tomku Sawyerze oglądałem, czy może pamiętałem z omawiania nieprzeczytanej przeze mnie lektury na lekcji a może ta opowieść jest tak silnie już zakorzeniona w kulturze, że po prostu się „ją zna”? – tego też nie jestem w stanie stwierdzić z całą pewnością.
Niemniej, pomimo tego, że coś mi tam w głowie świtało, niezwykłą przyjemnością był dla mnie ten czas, który razem z Tomkiem Sawyerem spędziłem w mieście St. Petersburg nad rzeką Missisipi. To była nie tylko podróż literacka, to była dla mnie również podróż do moich młodzieńczych lat, bo, choć urodziłem się ponad sto lat po wydaniu tej książki i choć od moich narodzin również sporo czasu już minęło, to wciąż pamiętam sposób widzenia świata chłopca w jego wczesnonastoletnich latach (zresztą, powidoki tego mam do dziś i są to bardzo przyjemne momenty życia). Nie było dla mnie zaskoczeniem, raczej było nawet przyjemnością to, że w Tomku Sawyerze odnalazłem trochę siebie. Tak tego sprzed lat, jak i tego z dzisiaj.
Mimo upływu lat nie uważam, żeby Przygody Tomka Sawyera zestarzały się. Opowieść jest wartka i żwawa a bohaterowie urzekający i odmalowani dokładnie i z ogromną precyzją (pan Twain chyba nigdy nie zapomniał jak to było być chłopcem). To, co odróżnia tę książkę od książek współczesnych, to (tak mi się wydaje) prezentacja świata. To, że Tomek dostaje lanie, nie jest niczym skandalicznym, jest normalną częścią życia. To, że pół-Indianin nazywany jest „mieszańcem” a Murzyni Murzynami być może dziś by nie przeszło albo wywołało jakiś skandal, szczególnie w książce kierowanej do dzieci. Mnie to nie przeszkadza, tak wyglądały te czasy, w których Przygody powstawały i te, w których dzieje się ich akcja. Piszę o tym dlatego, że doszły mnie słuchy, że tego typu elementy w książkach klasycznych chce się „poprawiać” (co uważam za niedopuszczalne) albo że chce się powoli tych książek może nie zakazywać, ale skazywać je na zapomnienie. A w tym drugim przypadku byłoby po prosu szkoda.
– Mniemam, iż sir Aubrey ży-ży-życzy sobie, bym powiedział – zaczął słabym głosem doktor – że silni mężczyźni, którzy przewodzą Bry-Bry-Brytyjczykom i bronią ich, muszą podtrzymywać siły, zadowalając z w i e r z ę c ą cząstkę swej natury za-za-zabawaianiem się z dziewkami, lecz zachowują przy tym czy-czy-czystość łoża małżeńskiego i świętość domu, w którym poczęci zostają ich synowie i córki.
Splot kilku okoliczności, których pozwolę sobie nie opisywać, nie są bowiem istotną częścią tego wywodu, sprawił, że sięgnąłem po Biedne istoty, po które pewnie inaczej bym nie sięgnął. Gdyby nie ten splot kilku okoliczności i po tę książkę bym nie sięgnął, straciłbym okazję na wyśmienitą lekturę.
Trzeba mieć spory talent albo olbrzymi warsztat (albo i oba na raz), a przy okazji bardzo wyostrzony zmysł obserwacji, umiejętność (czasem nieoczywistego) samodzielnego wnioskowania i mnóstwo poczucia humoru żeby móc napisać coś takiego jak Biedne istoty. Pan Gray, wydaje mi się, dysponował wszystkimi tymi wymienionymi wyżej cechami, na co najlepszym dowodem jest to, że to właśnie on tę książkę napisał. Czego to w Biednych istotach nie ma?
No dobrze, pewnie znalazłoby się parę rzeczy, których autor w tej książce nie zawarł (nikt na przykład nie wędruje w niej przez złowrogie krainy po to, żeby wrzucić obrączkę do wulkanu), ale mnogość tego, co udało mu się zawrzeć w Biednych istotach naprawdę jest imponująca. I mam tutaj na myśli kilka warstw tej książki – od warstwy fabularnej, przez narracyjną, językową aż po to co, z braku lepszego określenia, mógłbym nazwać jej warstwą kulturową.
W warstwie fabularnej mamy do czynienia z rozwojem bohatera (w tym przypadku bohaterki), a przynajmniej tak się może wydawać, bo książka zawiera pewne bardzo ciekawe zaskoczenie. W warstwie narracyjnej mamy do czynienia z moją chyba ulubioną, a przynajmniej w ostatnim czasie ulubioną, konstrukcją „opowieści w opowieści”. W warstwie językowej pan Gray daje popis (choć na mniejszą skalę) tego, co w Kwiatach dla Algernona zrobił pan Daniel Keyes. Najbogatsza jednak, a przynajmniej ja najwięcej w niej znalazłem, jest warstwa kulturowa. W tej warstwie odmalowany jest do pewnego stopnia obraz wiktoriańskiej Anglii wraz z licznymi paralelami do teraźniejszości (bo świat, uważam, mało się od tamtego czasu zmienił, a ludzie to już na pewno), które to paralele świadczą o wspomnianej spostrzegawczości i umiejętności wyciągania wniosków przez autora. Ale mamy też w tej warstwie do czynienia z licznymi tropami prowadzącymi do innych dzieł kultury, jak choćby najbardziej oczywisty Frankenstein pani Mary Shelley, ale też i na przykład twórczość pana Edgara Allana Poe. Świetnie bawiłem się znajdując te tropy, świetnie bawiłem się poznając fabułę, świetnie bawiłem się zapoznając się z obserwacjami i wnioskami z tych obserwacji, które pan Gray w Biednych istotach zawarł. I mógłbym tak jeszcze przez kilka akapitów tę książkę chwalić dalej, ale muszę spadać bo mam zamiar dalej bawić się świetnie oglądając zrealizowany na jej podstawie film, który wyreżyserował pan Yórgos Lánthimos. Jak się ostatnio okazało – mój ulubiony reżyser.
Zaczyna się niczym w "Tożsamości Bourne’a": główny bohater budzi się w szpitalu po wypadku samochodowym i chociaż doznał amnezji, od razu wyczuwa, że personel chce go zabić. Ucieka więc ze szpitala i udaje się do domu kobiety, która w aktach medycznych została wpisana jako jego siostra. Tam dowiaduje się, że tak naprawdę jest księciem Corwinem, jednym z dziewięciu pretendentów do tronu istniejącego w równoległym świecie królestwa Amberu. Wraz z przyrodnim bratem Corwin wraca do domu, by zagrać w grę o tron.
I niby to ma być klasyka fantasy?
Dziewięciu książąt Amberu praktycznie niczym nie różni się od fanfików, które 15 lat temu były wyśmiewane na blogach Niezatapialna Armada Kolonasa Waazona i Przyczajona logika, ukryty słownik, i aż dziw bierze, że powieść wyszła spod ręki dorosłego mężczyzny, który w chwili jej wydania miał już pewien dorobek literacki. Ubogi i toporny styl, nielogiczny świat przedstawiony, postacie praktycznie pozbawione osobowości i zachowujące się w idiotyczny sposób, rozwiązywanie problemów deus ex machina. W dodatku epickie walki o tron opisane w stylu „Zginęło 69 tysięcy żołnierzy, a rannych zostało 2,137 milionów”. Liczyłam na mroczną historię w stylu GoT, albo chociaż wątku walczących książąt z filmu Gwiezdny pył, dostałam wypociny nastolatka, które w takiej formie nigdy nie powinny zostać przyjęte do druku. Całe szczęście, że ten badziew jest krótki.
Naprawdę, już sztampowy Jordan jest lepszy od tej grafomanii.
@Vampiress sam dałem temu zbyt wysoką ocenę, absolutnie nie rozumiem zachwytów, a jak ktoś mówi, że to jego ulubiona seria, to chyba nic innego w życiu nie czytał.