@GazelkaFarelka wiesz- nie twierdzę, że to co opisujesz nie jest problemem (bo jest), ale no muszę wbić klina i zadać to niewygodne pytanie, bo znam to niestety z praktyki rodzinnej- ile z tego to faktyczne pokolenia dziedziczonej traumy, a ile to specjalnie i skrzętnie hodowana trauma celowo przekazywana z pokolenia na pokolenie wśród kobiet?
Bo w mojej rodzinie tak to właśnie wyglądało. Zawsze jak się zbliżała jakaś okazja, okoliczność, czy święta, gdzie trzeba było "coś" zrobić, co było czymś więcej jak po prostu przejechaniem mokrą ścierą podłogi i wyciągnięciem tej lepszej zastawy na stół, to odpalała się każdej szajba ze szczegółowym planem co MUSI być zrobione, "bo świat się zawali (tm)". Plan był tak nierealistyczny i bezsensowny, że wszyscy domownicy w końcu mówili, że "to jest gruba przesada" (bo jak inaczej nazwać malowanie połowy domu, żeby się przygotować na Wielkanoc?) i nawet jakby chcieli dokończyć to zdanie "ale jak chcesz to pomogę", to nie mieli szans, bo wtedy już wyjebywało jej bezpiecznik i szedł standardowy scenariusz.
Pierwsze było głośne robienie z siebie ofiary i teksty "no jasne jak zawsze zostawcie mnie ze wszystkim sami", potem złorzeczenie na wszystkich z tym charakterystycznym burczeniem pod nosem tak, żeby wszyscy ciągle to słyszeli w stylu "no tak tak jak zwykle ja muszę wszystko robić wszystko na mojej głowie i nikt mi nie pomoże bo wszyscy siedzą na dupie i tylko czekają tak jest zawsze ja zapierdalam i nikt się nie zainteresuje żeby pomóc bo po co" i tak przez cały okres tego święta, a jak się ktoś całkiem szczerze zainteresował i chciał pomóc... to zaraz się zaczynały krzyki w stronę oferenta, że teraz to ma wypierdalać, ma nie przeszkadzać i zająć się sobą skoro wcześniej nic nie zrobił, a teraz chce robić tłum. Takie błędne kółko stworzone celowo, żeby w nim tkwić jako ofiara i móc oskarżać wszystkich wokoło o swój ciężki los. I jak się pytałem kiedyś przy okazji właśnie jakiegoś święta, możliwe nawet, że wspólnego Bożego Narodzenia, już teraz świętej pamięci dziadka o co cała ta wojna, to powiedział, że jak był mały i żyła jeszcze jego babka (babka dziadka w sensie czyli moja praprababka), to już takie coś w ich domu było normą. Praprababka. 4 pokolenia wstecz. Z praprababki na prababkę. Z prababki na babkę. Z babki na ciotkę i mamę. Z pokolenia na pokolenie, z matki na córkę, wiecznie przekazywana ta sama sztucznie indukowana uraza, że facet twój wróg i wszyscy są wszystkiemu winni i trzeba ich antagonizować. Matka ciągle i ciągle powtarzała córce jak to one zawsze miały źle, więc jak córka dorastała, to w głowie miała już wdrukowane przeświadczenie, że ona też będzie miała źle i nawet wiedziała dokładnie kto będzie źródłem jej wszelkich problemów.
Szczęście w nieszczęściu, że nie sam nie jestem kobietą, ani nie mam siostry, bo na moim pokoleniu się to w mojej rodzinie skończyło. Bo jak mama zobaczyła, że nie ma kogo programować, bo w naszym domu byłem tylko ja i tata, to po prostu to przestała w pewnym momencie robić, jak kilka razy usłyszała, że albo chce pomocy i wtedy ją dostanie, albo ma się uspokoić i przestać szukać problemów tak, gdzie ich nie ma.