322 453 + 503 + 9 + 20 = 322 985
Dzień dobry się z Państwem.
Od czego by tu zacząć…?
To może tak: żyję.
Pomimo 500km szutrów, piachów, leśnych ścieżek i innych “ujebów” oraz żaru lejącego się z nieba.
Ale od początku.
Plan przejechania Mazowieckiego Gravela na koronnym dystansie 500km chodził za mną już od dawna. Dwa lata temu zrobiłem nawet pierwsze podejście, ale wtedy dużo rzeczy poszło nie tak i pokonany przez mazowieckie błota, poobijany musiałem się wycofać. Później dwie kolejne edycje jeździłem sobie przygodowo z dzieciakami na dystansie 100km. Dzieciaki jednak dorosły, odkryły, że wcale nie muszą się zgadzać na głupie pomysły ojca i powiedziały “jedź se sam!” A mnie dwa razy powtarzać nie trzeba.
Nauczony poprzednim doświadczeniem, które śmiało można nazwać porażką, tym razem postanowiłem się jednak trochę przygotować. W tym celu na jakiś tydzień przed startem zatrudniłem sobie profesjonalnego trenera. To znaczy “Czata GPT” sobie zatrudniłem. Nakarmiłem go informacjami o sobie, parametrami trasy, swoimi oczekiwaniami i po krótkiej dyskusji, po której czat doszedł do wniosku, że jednak nie uda mu się wybić tego durnego pomysłu z mojej głowy, przygotowaliśmy Plan. Plan bardzo wyraźnie (wielokrotnie i stanowczo) podkreślał, żeby przede wszystkim pilnować tętna (a nie jak na początku chciałem tempa), nawadniania i jedzenia. Uzbroiłem się zatem w żele, batoniki, izotoniki, powerbanki, rozpisałem sobie krytyczne punkty na trasie, upchnąłem wszystko w sakwę i byłem gotowy (xD) do startu.
Start o 6:05 w sobotę z rynku w Warce. W związku z tym pobudka o 3:15, szybkie (ale pożywne) śniadanko, żeby zdążyć na pociąg o 4:26. 10 km na dworzec, wiadomo - rowerem. Przecież nie będę o tak nieludzkiej godzinie budził szanownej małżonki, żeby mnie zawiozła. W ten sposób na starcie byłem z półgodzinnym zapasem.
Na rynku zaskoczył mnie kolega @Ragnarokk, który już wcześniej groził ma na hejto, że się tam zobaczymy. Dlaczego zaskoczył? Bo po tym jak przejrzałem jego posty i nie znalazłem tam żadnych treści “okołorowerowych”, za to mnóstwo treści o “grzybkach” doszedłem do wniosku, że może po prostu z nimi przesadził. Okazało się jednak, że kolega był jedną z tych osób, dzięki którym Mazowiecki Gravel w ogóle może się odbyć i jak pracowita pszczółka uwijał się w roli jednego z organizatorów. Szacun i wielkie dzięki!
No więc start. Od samego początku, trzymając się planu mojego profesjonalnego trenera, pilnowałem tętna. Wbrew pozorom nie było to takie proste - noga świeża, temperatura rano milusia, jedzie się wspaniale - to jak to tak, że mnie wyprzedzają?! Ale zacisnąłem zęby i pilnowałem, żeby serducho nie waliło szybciej niż 145-150 razy na minutę. I takim spokojnym tempem przez pierwsze godziny turlałem się przez piękne tereny w okolicach Warki, a później przez szutrowe autostrady Puszczy Kozienickiej, gdzie dopadła mnie pierwsza i jedyna awaria na trasie. Może awaria to za dużo powiedziane, bo zachowując czujność udało mi się jej uniknąć. Kto jeździ dłuższe trasy, ten wie jak denerwujące są wszelkiego rodzaju trzaski, stuki i inne niepożądane dźwięki w rowerze. Więc kiedy przez szum łańcucha, chrupot moich starych stawów i jęki zmęczenia przedarło się rytmiczne pukanie, postanowiłem się zatrzymać i sprawdzić o co może chodzić. Okazało się, że w dodatkowym uchwycie na bidony, który miałem przykręcony do siodła, poluzowały się śruby i jeszcze parę kilometrów i pewnie bym go zgubił. Niestety trzeba było rozmontować wszystko, dogrzebać się do klucza, przykręcić porządnie śrubę, zmontować wszystko z powrotem, schować klucz, po czym rozmontować wszytko jeszcze raz, ponownie dogrzebać się do klucza, przykręcić drugą śrubę, której nie dokręciłem za pierwszym razem, zmontować wszystko po raz drugi i już po 30 minutach przerwy mogłem ruszyć dalej.
I mniej więcej w tym momencie pojawił się on - upał. Nie, nie upał - piekielny żar. Temperatura przekroczyła 30 stopni i już poniżej tego progu nie spadła. A przynajmniej do późnego wieczora. Teraz oprócz kontroli tętna doszło pilnowanie regularnego nawadniania się i uzupełniania bidonów, co na trasie, która w większości prowadzi przez pola i lasy potrafi być nie lada logistycznym wyzwaniem. Zresztą stąd te dodatkowe bidony pod siodłem.
Pierwszy oficjalny pitstop był po 140 kilometrach na rynku w Zwoleniu. Mój żołądek karmiony do tej pory głównie słodkimi rogalami i żelami z dużą radością przywitał zupę gulaszową (w wersji vege, żeby nie zamulać się mięsem) i kilka herbat z cytryną i dużą ilością cukru - wiadomo w gościach słodzimy najwięcej. Na koniec szybkie chłodzenie głowy w fontannie i można jechać dalej.
O ile odcinki prowadzące przez las, schowane w cieniu, wśród świergotów ptactwa były bardzo przyjemne, o tyle te w szczerych polach dostarczały zupełnie innych atrakcji - żaru, lepiącego się do spoconego ciała kurzu i owadów wpadających we wszystkie otwory ciała. Dosłownie - we wszystkie!
Kolejny pitstop zaplanowany był na 218 kilometrze w Pętkowicach, w okolicy Bałtowa. Na 70 kilometrach dzielących te dwa punkty dwa razy musiałem uzupełniać zapasy izotoników i wody, i wlałem w siebie dwa soki pomidorowe, żeby poczuć w ustach coś innego niż cukier i muchy. Do Pętkowic dojeżdżałem z ogromną nadzieją na jakiś sensowny posiłek. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że pitstop jest lokalną imprezą, przy wiejskiej remizie, z dmuchańcami dla dzieciaków, DJem puszczającym… powiedzmy, że lokalną muzykę, a do spożycia zaoferowano nam kiełbasę z grilla i piwo. Z alkoholem. To znaczy była oczywiście woda, jakieś kruche ciasteczka, a wiejskie koła gospodyń napiekły ciast, ale wierzcie mi po 200km w upale, żrąc tylko i wyłącznie cukier w różnych postaciach i stanach skupienia, sam widok ciasta wywołuje odruch wymiotny. Po szybkim zestawieniu trasy z punktami gastronomicznymi w google maps okazało się, że powinienem zdążyć do pizzerii w Iłży oddalonej o kolejne 60 kilometrów. Jeszcze tylko szybka wizyta w toalecie, w trakcie której odkryłem, że moje spodenki faktycznie - zgodnie zresztą z zapewnieniami na stronie producenta - są idealne na wycieczki do 5h. A później zamieniają się w papier ścierny. No nic, drugich na zmianę nie zabrałem, więc od tej pory, przez (ponad) połowę trasy ratowałem się co jakiś czas kremem na obtarcia, który przezornie ze sobą zabrałem. Cierpienie zmniejszał tylko na chwilę. A ja nie jestem jak @wagabundowy i na stojąco tylu kilometrów nie pojadę, więc przez najbliższy tydzień pewnie będę chodził bez majtek…
Do Iłży dotarłem chwilę po godzinie 22:00. Zamówiłem pizzę i przebrałem się w koszulkę na noc, bo temperatura łaskawie zaczęła spadać. Niestety mam taką przypadłość, że przy takim wysiłku posiłki w formie stałej ciężko mi wchodzą, więc wmusiłem w siebie raptem 3 z 4 kawałków, popiłem dzbankiem herbaty z cytryną i dużą - a jakże - ilością cukru, po czym o 23:00 zostałem z lokalu wyproszony.
Wsiadłem na rower, i po przejechaniu kilkuset metrów troszkę mnie po posiłku zmuliło, więc stwierdziłem, że w sumie nic nie stoi na przeszkodzie żeby drzemkę, którą miałem zaplanowaną dopiero na 330km w Szydłowcu odbyć już teraz. Podjechałem pod kościół, znalazłem schowaną w cieniu ławeczkę, przypiąłem sobie rower linką do ręki, ustawiłem budzik i zamknąłem oczy. Budzik zadzwonił po piętnastu minutach więc… przestawiłem go o kolejne piętnaście. A później jeszcze raz… W ten sposób udało mi się zdrzemnąć jakieś pół godziny. Ze snu bardziej niż dźwięk budzika wyrwał mnie dźwięk terkoczącej piasty jakiegoś innego przejeżdżającego uczestnika, którego zatrzymałem w nadziei, że razem - żeby było raźniej - przejedziemy przez noc. Okazało się, że kolega ma zarezerwowany nocleg w Iłży i zaczął mnie gorąco namawiać, żeby się tam z nim zabrać, bo są miejsca i w ogóle. Przez zmęczenie i późną porę (było już po północy) w pierwszym momencie dałem się mu namówić, ale po chwili jazdy stwierdziłem, że jak położę się w miękkim łóżku, to prędko się z niego nie podniosę. Perspektywa kolejnego całego dnia w upale, z obtartymi jajkami szybko przywołała mnie do rozsądku, podziękowałem koledze i pojechałem w noc. I w las…
I to była najlepsza decyzja w tym całym porąbanym pomyśle. W nocy temperatura spadła do 14 stopni, drogi pożarowe w lasach w Górach Świętokrzyskich okazały się niewiele gorsze od asfaltów, a z podcastem w uchu nawet błyskająca na horyzoncie burza nie wydawała się taka straszna.
Następny na trasie był Szydłowiec. Szydłowiec był w moim planie niezmiernie istotny. A był istotny dlatego, że znajdowała się w nim jedyna otwarta 24h/dobę stacja benzynowa, a za nim przez kolejne 100 kilometrów, poza lasami, nie było zupełnie nic. Należało więc chwilę odpocząć, posilić się i uzupełnić zapasy. Po dojechaniu na Orlen okazało się, że:
-
toaleta zamknięta, bo właśnie jest sprzątana,
-
maszyna do kawy i herbaty też jest wyłączona, bo dopiero czeka na sprzątanie, przez tą samą panią co właśnie ogarnia toaletę
-
piec do ciepłych posiłków jest w trybie serwisowym
-
a hot-dogi wyjedli już Ci co byli ode mnie szybsi
Jedyne co pani była w stanie mi zaoferować, to hamburger podgrzany w opiekaczu. ale o drugiej w nocy, po 300km, człowiek raczej nie wybrzydza. Niestety bułka po podgrzaniu okazała się twarda jak kamień więc wyjadłem tylko ze środka mięso z ogórkiem przywalone keczupem i musztardą. Zresztą “mięso” to też nadinterpretacja, ale akurat w tym wypadku to nawet dobrze. Na szczęście w międzyczasie udrożniła się toaleta i ekspres więc mogłem zalać posiłek kolejną herbatą z cytryną i - wiadomo - dużą ilością cukru. Chwilę jeszcze posiedziałem, żeby podładować telefon i nawigację.
Jak tylko ruszyłem to zaczęło się robić jasno, bo to przecież najkrótsza noc w roku. Po podjechaniu kilku podjazdów, które na mapie wyglądały dużo groźniej niż w rzeczywistości i kilku odcinków “specjalnych”, które w rzeczywistości wyglądały dużo gorzej niż na mapie spotkałem kolegę, który jak tylko mnie zauważył zaczął gorączkowo machać. Zdecydowanie nie wyglądało to na pozdrowienie, a na prośbę o pomoc - dlatego też postanowiłem się zatrzymać. Okazało się, że kolega - na potrzeby tego tekstu nazwijmy go Adam, chociaż imię miał zupełnie inne - złapał gumę i swoją pompką uszkodził już zawór w pierwszej zapasowej dętce, więc z drugą dętką bał się ryzykować i w towarzystwie owadów czekał, aż go ktoś inną pompką poratuje. No więc poratowałem. Podarowałem mu też jedną ze swoich zapasowych dętek, żeby bidula nie jechał bez zapasu, życzyłem powodzenia i pośpiesznie ruszyłem dalej, pozwalając komarom kontynuować konsumpcję nieszczęśnika.
Tak jak wspomniałem od Szydłowca przez kolejne 100 kilometrów nie było nic. To znaczy trasa prowadziła przez jakieś mieściny, ale jako że była już niedziela i wczesnoporanne godziny to na nic ciekawego nie można było liczyć. Nawet wiejskie psy nie wykazywały zainteresowania.
I tak, przeklinając kilka razy na piachach organizatorów, dojechałem do Odrzywołu (417km) do kolejnej otwartej 24h stacji benzynowej. Tutaj na szczęście udało mi się dostać hot-doga, który przy moim oporze do stałych posiłków, wszedł zaskakująco gładko. Został popity, a jakże - herbatą i butelką soku pomarańczowego. Tutaj też dogonił mnie Adam (ten, który ma zupełnie inaczej na imię) i postanowiliśmy, że do mety pojedziemy już razem.
W towarzystwie czas mija zdecydowanie szybciej więc nawet nie wiem, kiedy minęło nam tych kolejnych kilkadziesiąt kilometrów. Wiem za to, że minęło nam na marudzeniu, narzekaniu i plotkowaniu. Mieliśmy nadzieję dojechać do mety już bez postojów, ale niestety pojawił się znowu on - upał. Nie, nie upał - piekielny żar. Temperatura znowu przekroczyła 30 stopni, a momentami zbliżała się nawet do 40. Dlatego też postanowiliśmy zatrzymać się jeszcze na chwilę na kolejnej stacji na 460km, czyli niecałe 40 km przed metą. Jeszcze nigdy bezalkoholowe piwo nie smakowało mi tak bardzo. Przy okazji odkryłem, że potrafię wypić całą półlitrową puszkę jednym haustem, ciekawych rzeczy się człowiek dowiaduje o sobie przy okazji takich przygód. Kiedy ja przyjemnie siedziałem sobie w klimatyzowanym pomieszczeniu odpisując na SMSy, Adam wyszedł dokończyć swoje napoje na zewnątrz. Kiedy po 10 minutach wyszedłem, znalazłem go - jak przystało na prawdziwego ultrasa - śpiącego na trawie przy koszu na śmieci.
Z przykrością go obudziłem i podjęliśmy ostatni już tego dnia wysiłek. Okazało się, że ten króciutki postój dał nam nowy zastrzyk energii i - jak to mawiają - poszedł ogień na tłoki. Perspektywa, zbliżającej się z każdym obrotem korby, mety spowodowała, że przestaliśmy już nawet dbać o jedzenie i poiliśmy się tylko izotonikami - po to, żeby oszukać głód i nie dostać udaru.
I tak po niecałych 32 godzinach wjechałem na metę, gdzie ku mojemu zaskoczeniu czekali na mnie z niespodzianką rodzice.
500 kilometrów, ponad doba na rowerze, hektolitry herbaty z cukrem, kilka kryzysów i dokładnie zero powodów, żeby robić to ponownie.
Do zobaczenia za rok.
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin









