Dzisiaj czuję się obrzydliwie. Mam 40 lat i mam wrażenie, że przez większość życia łudziłem się, że Stany Zjednoczone są jakimś globalnym strażnikiem porządku, który przede wszystkim pomaga słabszym i stoi po stronie dobra. Kiedy jednak patrzę wstecz i składam fakty w całość, coraz trudniej mi w to wierzyć.
Widzę państwo, które działa przede wszystkim we własnym interesie: buduje bezpieczeństwo, wpływy i dobrobyt kosztem innych. Ten amerykański sen często wydaje się sponsorowany przez wykorzystywanie peryferiów świata, a nie przez jakąś wyjątkową moralną misję. Jako Polak czuję z tym dysonans: z jednej strony rozumiem, jak działa geopolityka, z drugiej strony odpycha mnie skala obłudy i cynizmu.
Coraz bardziej mam też wrażenie, że różnice między USA a Rosją nie są tak wielkie, jak chciałbym wierzyć. Owszem, są inne hasła i inne opakowanie, ale mechanizm bywa podobny: gra o strefy wpływów, surowce, kontrolę nad szlakami i decyzjami innych krajów. Płacą za to zwykli ludzie w państwach na planszy, bo ich los jest w tej grze drugorzędny.
Widać to szczególnie w regionach, gdzie są surowce i strategiczne interesy. Mam poczucie, że gdyby takie kraje zostawiono w spokoju, wiele z nich mogłoby funkcjonować znacznie lepiej. Zamiast tego często dochodzi do ingerencji z zewnątrz, podsycania konfliktów wewnętrznych, wspierania jednych sił przeciw drugim, byle tylko utrzymać wpływ i dostęp do zasobów. Ludność lokalna bywa traktowana jak szczegół, a nie podmiot.
To we mnie coś złamało. Jeszcze niedawno wierzyłem, że na poziomie globalnym istnieje jakieś wyższe dobro, elementarna sprawiedliwość, że są gracze, którzy realnie pilnują porządku. Dzisiaj widzę bardziej brutalną logikę: interes, siła, propaganda i umiejętność przerzucania kosztów na innych.
Z tego wynika dla mnie wniosek praktyczny: Europa powinna na serio przemyśleć uzależnienie strategiczne od Stanów Zjednoczonych. Być może trzeba ograniczać zakupy zbrojeniowe w USA, rozwijać własną produkcję i zdolności obronne, a w dłuższej perspektywie budować realną niezależność bezpieczeństwa. To nie jest kwestia jednej kadencji czy jednego nazwiska. Chodzi o to, że Europa zbyt długo opierała swoje bezpieczeństwo na założeniu, że centrum decyzyjne po drugiej stronie Atlantyku zawsze będzie stabilne i przewidywalne. A jeśli nie jest, to my musimy mieć plan B, który jest realny, a nie deklaratywny.
Po ostatnich wydarzeniach pojawia się też pytanie, czy Europa nie powinna pokazać kręgosłupa ostrzej i szybciej niż zwykle. Nie tylko poprzez słowa, ale poprzez decyzje: ograniczanie albo nawet zrywanie części kontraktów zbrojeniowych z USA, wstrzymywanie wybranych strategicznych inwestycji i uzależnień, i przerzucanie tych pieniędzy w trybie pilnym na europejski przemysł obronny.
Tu jest jednak sprawa, której nie da się ominąć: jeśli Europa zacznie wycofywać się ze strategicznych interesów z USA, to jest duże prawdopodobieństwo, że Stany odpowiedzą presją. I najbardziej oczywistą dźwignią może być Ukraina. Trzeba więc postawić sobie pytanie wprost: czy w takim scenariuszu USA będą próbowały szantażować Europę ograniczeniem albo wstrzymaniem wsparcia dla Ukrainy, i czy Europa jest w stanie to udźwignąć finansowo, logistycznie, przemysłowo i politycznie. Bo tak najpewniej będzie wyglądać realna cena niezależności. Jeśli nie jesteśmy w stanie jej ponieść, to cała rozmowa o strategicznej autonomii zostaje w sferze haseł. Jeśli jesteśmy, to jest to moment, żeby to udowodnić i zacząć budować twardy kręgosłup na własnych zasobach.
Jeżeli Europa jest w stanie temu podołać, to byłaby to okazja, żeby uniezależnić się nie tylko militarnie, ale też technologicznie. Bo zależność nie dotyczy wyłącznie broni. Dotyczy łańcuchów dostaw, infrastruktury, standardów, cyberbezpieczeństwa, danych, komunikacji, chmur, półprzewodników, systemów satelitarnych i całej warstwy nowoczesnej gospodarki. Jeśli chcemy naprawdę mówić o suwerenności, musimy ją budować nie tylko na papierze, ale w fabrykach, laboratoriach, energetyce i w technologiach krytycznych.
W Europie Wschodniej i w krajach najbardziej zagrożonych Rosją potrzeba też twardszego myślenia o odstraszaniu, bo geografia jest nieubłagana. My nie będziemy mieli takiego komfortu jak Hiszpania czy Włochy. Żyjemy bliżej agresora i musimy to zaakceptować. Dlatego widzę sens w dużo ściślejszym pakcie państw frontowych: wspólne planowanie, wspólne zdolności, wspólne zakupy, wspólna logistyka, wspólne szkolenia. I przede wszystkim zasada jeden za wszystkich, wszyscy za jednego w praktyce, a nie tylko na papierze.
Ciężar bezpieczeństwa nie rozkłada się w Europie równo i nigdy nie będzie się rozkładał równo. Kraje bezpośrednio narażone na rosyjską agresję muszą przyjąć, że to one będą pierwszą linią i to one powinny zbroić się najszybciej, najkonsekwentniej i najbardziej bez złudzeń. Te państwa mają wspólny interes, bo dla nich nie ma bezpiecznej iluzji, że wojna jest daleko. Taki frontowy blok powinien działać praktycznie: rotacja zdolności i zasobów między krajami regionu, wspólne utrzymywanie dużych rezerw, wspólna obrona powietrzna, wspólne rozpoznanie i interoperacyjność. Chodzi o to, żeby agresor widział, że uderzenie w jedno państwo uruchamia natychmiast twardą, namacalną odpowiedź całej grupy.
W tym miejscu dochodzi jeszcze kwestia odstraszania strategicznego. Jeśli Europa ma mówić o niezależności serio, to musi mieć wiarygodność odstraszania, której nikt nie wyłączy jednym podpisem w innym kraju. To oznacza bardzo trudną dyskusję o europejskiej odpowiedzialności za odstraszanie, także w wymiarze nuklearnym. Kraje najbardziej zagrożone powinny aktywnie naciskać, aby ta odpowiedzialność miała realny kształt, a nie tylko symboliczny parasol. I dlatego uważam, że państwa frontowe powinny dążyć do tego, aby w regionie istniała rotacja broni nuklearnej i rotacyjna obecność komponentu odstraszania, tak żeby ryzyko dla agresora było jednoznaczne, a gwarancje nie były tylko deklaracją polityczną.
I obawa jest dla mnie prosta: Zachodnia Europa, jeśli poczuje, że wojna jest daleko, może zmieniać nastroje i priorytety szybciej, niż nam się wydaje. Kilometry robią swoje, a propaganda potrafi odwracać społeczne emocje w zaskakującym tempie. Jeśli chcemy spokoju, musimy go sobie realnie wypracować, a nie pożyczać.
Wpływ propagandy widać nawet u nas, na przykład w zmianach nastrojów części Polaków wobec Ukraińców i w nasileniu hejterskich treści. To nie bierze się znikąd ani z jednego wydarzenia, tylko jest efektem lat konsekwentnego podgrzewania emocji i budowania antyukraińskich narracji, które z czasem zaczynają żyć własnym życiem.
I właśnie dlatego mam też świadomość, jak to wygląda w realnym życiu, a nie w deklaracjach. Dzisiaj pewnie moglibyśmy liczyć na wsparcie naszych niemieckich sąsiadów, bo na poziomie państwa i instytucji jest tam duża świadomość, że stabilność Europy leży w ich interesie. Ale równocześnie widać, że także tam propaganda robi swoje, a coraz większą popularnością cieszą się partie otwarcie pro-rosyjskie. To oznacza, że nawet jeśli dziś wsparcie wydaje się możliwe, to jutro może stać się zakładnikiem nastrojów i wewnętrznej polityki.
Dlatego blok państw granicznych, bezpośrednio narażonych na rosyjską presję, wydaje mi się najpewniejszy i w dłuższej perspektywie najbardziej stabilny. Nie dlatego, że ktoś jest lepszy albo gorszy, tylko dlatego, że te kraje mają wspólny, twardy interes strategiczny, którego nie da się zagadać i którego nie zmieniają wybory ani chwilowe mody. To jest ta różnica między wygodną odległością a życiem obok agresora.
#polityka











