Zdjęcie w tle

dziadekmarian

Fenomen
  • 184wpisów
  • 2819komentarzy

Czy ktokolwiek jeszcze docenia Taif al Emarat? Ja wciąż mam sentyment.


Na stronie są bardzo dobre obnizki: -50% na wybrane produkty oraz -30% na wszystkie pozostałe. Naprawdę jest tanio.


Ja potrzebuję dwie rzeczy. Wysyłka to 66$, zatem przy cenach rzędu 100-150$ za sztukę nawet jeden dodatkowy flakon atrakcyjnie zbija cenę.


Być może ktoś z Was chciałby dokupić coś z tej oferty. Dajcie znać. Dodatkowo, mój Alior przelicza zagraniczne waluty z horrendalnym narzutem, więc miło byłoby, gdyby ktoś mógł zapłacić np. Revolutem. No, wiadomo o co chodzi.


Tak czy inaczej dokonam tego zakupu. Ale wolałem zapytać, bo może akurat ktoś coś


https://int.taifalemarat.com/collections/flat-50-off


#perfumy

panie kochany oczywiście że tak, tylko daj się zastanowić co. albo daj chociaż znać że już po ptakach jakby co...

Cześć ludzie, piszę do Was z ciekawości ponieważ rozważam wprowadzenie perfum Taif na Polski rynek. Co sądzicie? Znajdą się odbiorcy tych cudownych zapachów ?

Zaloguj się aby komentować

"We try to reach perfection in every single aspect of our art: starting from the design of the bottle, packaging, and of course the most important - the Jews.

Every single element inside the Jews has to be finally tuned in order to reach our standards."


Russian Adam, Areej le Dore


#perfumy #perfumowehistorie

Zaloguj się aby komentować

Proud to be Jarek


Jarek jest malarzem. Pędzlem zarabia na życie. Na płótno codzienności, w trosce o lepsze jutro, wylewa akrylowe łzy. Ale nie zawsze tak było.


Kiedy się poznaliśmy, Jarek miał lat 16, ja 19. Stałem się dla niego portretem, on dla mnie pejzażem. Miał w domu książkę "100 Potraw z Ziemniaka" i parzył herbatę z siedmiu ziaren granulowanej. Miał też dziewczynę, która kiedyś zamówiła sobie na jego adres rower górski, który był wart więcej, niż całe wyposażenie jego mieszkania. Zawsze wisiał jej dwa złote, a ona miała wszystko. Kochali się.


Jarek opiekował się młodszą siostrą. Na zupkę chińską mówili "obiad". Mama gdzieś za granicą, zapierdalała na długi. Sam wtedy nie miałem wiele, ale uczyłem się dzielić tym, co mam. On dzielił się ze wszystkimi choćby paczką draży "Korsarz" o smaku kokosowym. Kazał każdemu spróbować i zostawały mu trzy. I takie draże to dla Jarka był zbytek. Wydatek.


Noc to była nasza pora. Improwizacje na dwóch gitarach gdzieś w środku lasu, na cmentarzu, nad stawem. Rozmowy, słuchanie siebie nawzajem, odkrywanie ścieżek, którymi podąża umysł drugiego człowieka. Można było powiedzieć wszystko.


Pamiętam, jak Jarek odkrył malarstwo. Kiedy po raz pierwszy kapnęło mu z pędzla, to widać było, że to jest coś, co naprawdę go uruchamia. Dostał kilka farb; wziął kawałek deski, zaczął mazać, rozlewać farby, kropić z daleka. Wyszło nadzwyczaj dobrze. Na tyle dobrze, że automatycznie wygrało z muzyką. Faza abstrakcji w malarstwie. W sumie to podobnie traktowaliśmy nasze wspólne nocne granie: wszystko na czuja. Ktoś ma główny temat. Druga osoba go eksploruje. I tak, jak w naszych rozmowach, pomyłka nie ma żadnego znaczenia. To tylko kwestia czasu, żeby naprawić błędy. Na pewnym etapie osoba improwizująca wypracowuje nowy temat. I wtedy się zamieniamy. Tak można grać przez kilka godzin. A w malarstwie Jarek po raz pierwszy mógł być sam. Skończył jeden obraz, przemyślał go i miał pomysł, jak zrobić następny.


I tak by to trwało. Naturalny rozwój wewnętrznej potrzeby, postępujący kolaż (albo nawet kolarz) wrażeń. Gdyby nie... nazwijmy ją w końcu. Patrycja. Ta od roweru. Choć w mojej głowie bardziej Paciocha niż Patrycja. Ona uważała to wszystko, te artystyczne bzdury, za zły wpływ kolegów-klimaciarzy-woodstockowiczów-narkomanów chodzących w wełnianych czapkach latem. Odwracaliśmy jego uwagę od prawdziwego życia, które miało być proste: jej tata (Pan Józek, super człowiek), który zapierdalał na to całe jej bogactwo jako lakiernik, jedyny od zarania dziejów żywiciel tej popierdolonej rodzinki, już w tamtym czasie zaczynał dostawać fiksacji od ciągłego wdychania rozpuszczalników. Ktoś musiał to przejąć. Trzeba było zrobić z malarza lakiernika. I w pewnym sensie się udało, bo pomimo, że Jarek znał lakiernictwo i na porządku dziennym tyrał u Józka za miskę ryżu (Józek nie dotykał pieniędzy, które zarabiał. Mama i Paciocha rozporządzały kasą, więc nawet nie wiedział, że Jarka stać było z tej pracy na parówki raz w tygodniu), Pacia namówiła go na malowanie pejzaży i wystawianie ich na prężnie rozwijającym się naówczas Allegro.


No jak zobaczyłem pierwszy pejzaż Jarka z jeziorem, to od razu musiałem sprawdzić, czy mi nie zalało butów. Jezioro w perspektywie leżało pod kątem 30° w stronę obserwatora. Produkował te pejzaże - lepsze, gorsze - jednak coraz lepsze. Zaczęliśmy wtedy gadać o geometrii wykreślnej jako nauce pomocniczej. Dużo tych rozmów było. Aż sam z tego wszystkiego nauczyłem się rysować (zawsze wolałem ołówek, czerń i biel, a w zasadzie to fotografię). W tym samym międzyczasie Jarek zdążył zająć się handlem bronią z Czech, ginem Tuzemskym, spirytusem z Ukrainy w zawoskowanych litrówkach z plastiku, butami marki Puma z Odessy. Żeby zjeść, żeby skończyć studia. Jednak wciąż kupował podobrazia, wciąż eksperymentował. Miał to we łbie. I jakkolwiek różnie to wychodziło, po prostu zapierdalał. Co prawda miał jakiś tam powrót do muzyki - złapał dobry kontakt z prawilnymi lokalnymi raperami, nagrał zwrotkę. Jedyne, co uzyskał za to ode mnie, to ksywka "Jarek 50groszy". Czekałem, aż namaluje coś swojego - tak, jak na początku.


Były jeszcze przeboje z Paciochą, kiedy to rzekomo śniłem jej się przez sto nocy, jak ją gwałcę - wszystko po to, żeby udowodnić Jarkowi mój parapsychiczny wpływ na niego oraz to, jak bezwartościową osobą byłem. W pewnym momencie Jarek, otwierając mi drzwi, wykształcił pozę całkowicie blokującą wejście, więc przestałem przychodzić. Ale spotkałem kiedyś Partycję na ulicy. Gdzieś tak następnego lata. Triumfalny uśmiech i spojrzenie wbite w chodnik. Kiedy się mijaliśmy, wepchnąłem ją w żywopłot. Kilka dni później Jarek przyszedł przeprosić. Próbowałem wtedy wbić rekord PSX Extreme w planszy "Warehouse" w grze "Tony Hawks Pro Skater 2". Jarek wszedł, powiedział "cześć" i poczekał pół godziny, aż skończę grać. Od razu dostał ciasto i herbatę od mamy. Ja coś tam głupiego gadałem, pokazywałem mu triki na desce. I znowu gadanie do rana. Nie wbiłem tego rekordu. Było piwo, kumple, zabawa. Powiedział po tym wszystkim, że strasznie się bał tego spotkania, a tymczasem było tak, jakbyśmy się nie widzieli od wczoraj, a nie od roku.

Zrobił ogromny progres w malarstwie. Olał sugestie Paciochy i zaczął tworzyć swoje rzeczy. Takie prosto z głowy. Krzywe budynki, fioletowa trawa, malowanie szpachelką, jakieś mieszane techniki, cykle tematyczne. Znalazł swoją drogę. I teraz już było to albo dobre, albo bardzo dobre.


Proud to be Adam


Przeczytałem kiedyś taką dyskusję, której osią była teza, że marki artisanowe to nabijanie ludzi w butelkę, szafowanie rzadkimi składnikami oraz mieszanie ich bez planu przez ludzi nie posiadających doświadczenia. Że gdyby taki Morillas, Wasser albo inny Elvis Presley perfumiarstwa dorwał się do takich składników, to stworzyłby z nich arcydzieła. A ruski Adam tworzy jakieś nienoszalne gówna dla chorych psychicznie bogaczy, wszystko to zrobione jest "na jedno kopyto" a on sam śmieje się z tych półgłówków, że w ogóle to kupują. Od razu zabrzmiało mi to tak, jakby Morillasa nie było stać na ambrę. Ale wtedy jeszcze nie znałem wiele z artisanowego perfumiarstwa, więc tę tezę wziąłem pod rozwagę.


Jako, że moja ewolucja jako miłośnika perfum dokonała się na oślep (kupowałem to, co tutaj było doceniane), artisanów spróbowałem zdecydowanie za wcześnie. Żeby je docenić, nauczyć się rozróżniać, musiałem się cofnąć i poskładać tę wyboistą drogę za mną w jakąś logiczną całość. I kiedy po roku wróciłem do tego, co tam nakupowałem, dopiero zacząłem doceniać unikalność każdej z tych kompozycji. Czy są to efekty strzelania w ciemno, ciężkiej pracy, talentu? W przypadku Adama mam wrażenie, że musiało się zbiec wiele elementów: pasja, kasa, praca, ogromne wyczucie.


Proud to be Angine de Poitrine


Wciąż nie znam odpowiedzi na pytanie, dlaczego Morillas nie kupi sobie kilo cywetu, żeby pokazać, jak się robi artisany. Ale widziałem ostatnio na jakimś youtubowym kanale o metalu, jak kolejny, tysięczny już muzyk ocenia na żywo występ zespołu Angine de Poitrine. Facet na co dzień grający i komentujący muzykę nie ogarnął, że instrumenty, których używa gitarzysta, są skonstruowane tak, by móc używać mikrotonów, czyli dźwięków znajdujących się pomiędzy tym, co akceptowalne w klasycznym, europejskim czy amerykańskim rozumieniu muzyki. W uproszczeniu: to tak, jakbyś pomiędzy każdym klawiszem pianina umieścił dodatkowy klawisz, grający dźwięk znajdujący się dokładnie w połowie między nimi. Wersja dla budowlańców: masz schody składające się z 12 schodków. I mowisz: a, pi⁎⁎⁎⁎lę. Jebnę jeszcze pomiędzy nimi po jednym. I na tej samej długości masz stopnie ułożone dwa razy gęściej. No i muzyk słuchający Angine de Poitrine tego nie zrozumiał - w dodatku gapiąc się na gitarę, która ma 2x więcej progów, niż powinna.


Czy zatem Alberto...


Happened to be Pinoy Sirun


Z krótkiego śledztwa wynika, że facet dość niedawno wskoczył w temat. "Pinoy Sirun" oznacza "sekrety Filipin" - oczywiście może tam być ukrytych osiem dodatkowych wyrazów, ale tak mniej więcej o to tu chodzi. Dobre dojścia do składników - zapewne za sprawą koneksji żony, poznanej na niekończących się wakacjach. Jest to niesprawiedliwe, że tak o nim piszę. Ale być może to przez zdjęcie chłopa, które znalazłem na Facebooku. Nie wygląda jak Alberto. Ba, nie wygląda nawet, jak Alberto teraz.


Miałem przyjemność przetestować siedem zapachów od Pinoy Sirun. Trzy z nich są produkowane od czasu do czasu (wypusty najczęściej pojawiają się w mikroilościach, np. 4x15ml, więc naprawdę trudno kupić coś dwa razy), co do czterech pozostałych nie znalazłem choćby wzmianki na mediach Pinoy Sirun. Produkcji tych są już raczej setki. Efemeryczne, niektóre z nich wyszły tylko raz, w ilości kilku mililitrów. I wygląda to naprawdę tak, jakby człowiek dopiero się uczył. Ale to akurat te cztery nieznane spodobały mi się bardziej. Widać tam właśnie poszukiwania. Czuć, że to eksperymenty. Zacznijmy od tych znanych.

Scent of Mecca - kakao, trochę oszczanego piżma i ambra. Taka bardziej brudna. Zapach robi się lekko stajenny/oborniczy po kilkunastu minutach. Potem delikatnie wychodzą żywice i owocowo-kardamonowe nutki. 12 godzin zabawy, podczas której zapach ciekawie się zmienia. Jednak głównie jest to oud, ambra i piżmo. Bardzo dobry, mało oryginalny. Mozna powiedzieć, że siedzi w stylu, jak (tu nazwisko ulubionego polityka) na urzędzie. Czyli, jak to mówią, tego światu to pół kwiatu. Choć najbliżej mu klasą do, powiedzmy, Royal Barn od ALD, może z dozą Oud Maximusa.

Proud of Emirates - tu jest prosto: kilka rodzajów oudu, troszkę szpitalnie, miętowo, z różą. Przechodzi to w delikatną obórkę po dziesięciu minutach. I tak trwa.

Golden Ottoman Rise - Ambra? Jeśli tak, to znowu brudna, nawet jeszcze bardziej. Otwarcie trochę jak w ASQ Amber Vintage. Animalne, fekalne. Osiada po pół godzinie, ustępując ładnie zakażonemu oudowi i jakiemuś kwiatkowi - pewnie to jakaś czampaka czy coś. Niełatwy zawodnik. Troszkę taki arab dusiciel.


Blue Royal Tobacco

Guilin's Lost Dreams

Rose Coffee Elixir

Fruity Symphony Woods


... to są eksperymenty - mniej lub bardziej udane. Guilin's Lost Dreams ma niesamowity, kobieco wybrzmiewający, lekko mdły, kwiatowo-owocowy akord. I żałosne parametry. Rose Coffee Elixir to kawa w odsłonie, jakiej nie znałem. Nie wiem, czy nie najładniejszy ze wszystkich. I te dwa pozostałe również bardzo ciekawe. Tylko właśnie: czuć, że to dopiero poszukiwanie drogi. Klasyki jakoś się trzymają. A te nieoczywiste zapachy mają swoje techniczne niedociągnięcia. Zważywszy na to, że już jest dość drogo, powstaje w głowie to pytanie: czy to nie jest właśnie ten przypadek, kiedy ktoś rzuca się na drogie składniki i bez względu na efekt sprzedaje wszystko jak leci? Co zrobiłby Alberto?


Jarkowi 50groszy udało się na początku artystycznej drogi sprzedać jeden z obrazów jakiemuś prezesowi za parę tysięcy. I ten koncept, w którym jakaś gruba ryba chce mieć na ścianie obraz nieznanego artysty, który kiedyś będzie wielki, zatruł mu głowę na jakiś czas. C⁎⁎ja z tego wyszło. Jarek nie uniknął ciężkiej pracy, artystycznych porażek, wyrzucania części obrazów, selekcji tego, co miało być pokazane szerszej publiczności, a co nie.


W Pinoy Sirun raczej tego nie ma. Nie dostrzegam tej pokory. I uważam, że trochę za wcześnie jest tu na dumę. Bo zamiast "Proud to be Pinoy Sirun", ja póki co widzę "happened to be pinoy sirun".


#perfumy #recenzjeperfum #pinoysirun

@dziadekmarian
Tekst opowiada o drodze Jarka, który mimo trudnego dzieciństwa i przeszkód ze strony otoczenia stopniowo rozwijał swój talent malarski dzięki pracy, eksperymentom i wytrwałości. Autor porównuje tę historię do świata perfum artystycznych, zastanawiając się nad rolą pasji, doświadczenia i pokory w tworzeniu wartościowej sztuki. Dochodzi do wniosku, że prawdziwy rozwój wymaga czasu i wysiłku, a w przypadku marki Pinoy Sirun widzi raczej wczesny etap poszukiwań niż dojrzałe mistrzostwo.

K⁎⁎wa rozpisał się tak że jak doszedłem do perfum to wyjebane jajca na nie, zescrollowalem na dół co z Jarkiem...

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Hej!


Gdzie jesteście?


Kolejny raz powtarzam: Jorum Studio - Zhaar to jeden z najlepszych kwiatowych sztosów dla baby. Noszę sam, bo ostatnio mam dość obwąchiwania kobiet.


#conaklaciewariacie u Państwa?


#perfumy

@dziadekmarian Siemaneczko, dzisiaj Prin Naruemit, ale rano, jak się psikałem, wpadł do głowy pomysł, żeby flakon Eshu ustrzelić, bo mi tęskno jak się odlewka skończyła

Zaloguj się aby komentować

Prolog


W naszym uniwersum raczej się to nie zdarza. Ale jest wiele społeczności, w których od czasu do czasu pada pytanie typu: co psiknąć na wieczór, co na randkę, co jest świeże a co kontrowersyjne. I od czasu do czasu w jednym z komentarzy pod takim tematem pojawia się zakompleksiony człowiek, któremu przeszkadza to, że ktoś inny "musi" pachnieć. Taka osoba zazwyczaj odszczekuje, że od tego to jest codzienna kąpiel albo po prostu mydło. Najwyraźniej grupy perfumowe jawią się tego typu osobom jako społeczność stroniąca od higieny; na tyle leniwa, że próbuje kolektywnie zatamować odór niepielęgnowanego od miesięcy ciała luksusowymi pachnidłami. A sposób, w jaki okazują oburzenie, wygląda jak gdyby codzienna higiena była dla nich tych ludzi wielkim wysiłkiem, ale jednak wciąż się myją i jakoś dają radę bez luksusów. Nie tak jak my, wyperfumowane brudasy.


Nigdy nie kojarzyłem perfum z higieną.


Relatywizm


Ogólnie w nauce panuje taki konsensus, że domniemane pozaziemskie cywilizacje odwiedzające Ziemię nie mogą być rozwinięte o wiele bardziej, niż my. I że mało prawdopodobne jest, by w tle piętnastowiecznego obrazu z Maryją, Dzieciątkiem Jezus oraz św. Janem Chrzcicielem (!), latający obiekt namalowany na niebie przez nieznanego autora, był reprezentacją UFO, bo to ewolucyjnie zbyt wcześnie. Co prawda od lat nikt nie pisał nic nowego w tej sprawie, choć przez ten czas w naszym świecie naprawdę wiele się zmieniło i na przestrzeni kilku dziesięcioleci wykonaliśmy ogromny krok do przodu. Ale żeby nie było, że we wszystkim: medycyna od stuleci najlepiej sprawdza się w amputacjach, i to jak dotąd się nie zmieniło. No ale dajmy im kolejne dwa tygodnie. Być może coś się ruszy.


Jest coś w symbolice tego obrazu. Bo na pierwszym planie widzimy kanoniczny wręcz obraz narodzin Syna Bożego. W tle jednak, nie bez przyczyny, namalowany został człowiek obserwujący niezidentyfikowany obiekt lewitujący. I myślę sobie, że być może tak jawiła się w wyobraźni autora ta "gwiazda", która poprowadziła trzech króli, królów, mistyków czy magów do tego, chyba najbardziej kulminacyjnego punktu w historii religii. Dziś, z całkiem innej perspektywy, obiekt kojarzy się już zupełnie inaczej. To trochę tak, jak tutaj. Ktoś maluje flakon za 120zł/ml, a w komentarzach od czasu do czasu pojawia człowiek, który nie rozumie, że to nie jest pozaziemskie. Że na nasz stan wiedzy to jest coś normalnego. Jednak: czy my jesteśmy aż tak bardzo z przodu, czy aż tak bardzo z tyłu? Nie wiem, nie odpowiadam. W każdym razie chłop na drugim planie obserwuje nas, jakbyśmy byli UFO.


Zosia


Zosia wie, że codziennie się kąpię. Wie, że jeśli śmierdzę, to celowo. Wie też, że interesuję się bakteriami, płazami, gadami i wszystkim, co małe na tym świecie. Podoba mi się to, że pomimo bardzo dobrej sytuacji finansowej stara się w wieku 22 lat być niezależna od rodziców. Różnie to wychodzi, ale nie opierdala sie; studiuje zawzięcie, pracuje za średnie pieniądze, ubiera się na ciuchach, kocha zwierzęta i.ma szacunek do starszych osób - jakkolwiek wkurwiające by nie były. Pyta mnie dziś w pracy, czy wiem, co to Hyrax. Bo to taki uroczy ktoś. Suseł, królik, świnka morska? Gryzoń? Nie. Góralek. Mimo, że podobny do gryzoni, to systematycznie najbliżej mu do słonia oraz manata. Zaczynamy gadać o jego znaczeniu w przemyśle perfumeryjnym i przypominam sobie, że przecież mam przy sobie coś z odchodami góralka. Idziemy więc obadać, pogadać.


Nocna Poezja


Rozmowa przenosi się na inne zwierzęce nuty - bo okazuje się, że Nocturnal Poetry posiada je wszystkie. Bezskutecznie próbuję wytłumaczyć hyraceum, bo o pierwszeństwo walczy również cywet, kastoreum, kumin, jaśmin, wosk pszczeli, piżmo i oud. Psikamy więc bez opamiętania, rozkładając ten smród na czynniki pierwsze. Nie jest łatwo, bo naprawdę j⁎⁎ie mocno zwierzęco i dość fekalnie. Ale ogólnie jest przyjemnie i nawet trochę nam się udaje.


Czas do domu. Lecę na nocny autobus. Wali ode mnie niesamowicie - na testy poszło z półtora mililitra. Wskakuję w środkowe drzwi. Taki dziedziniec. Jest nadzwyczaj pusto i coś śmierdzi. To nie ja. Okazuje się, że trafiłem na dość duże skupisko bezdomnych - aż pięć osobników: jedna para oraz trzy wolne samce. Reszta pasażerów usadowiona daleko, na samym początku i na samym końcu pojazdu. Mój zapach miesza się z zapachem bezdomnych - jednak oni zdecydowanie wygrywają. Jest to na tyle ciekawa rozgrywka, że decyduję się usiąść po sąsiedzku. Tak dla obserwacji. Po paru minutach zapachy już tak bardzo ze sobą rezonują, że zaczynam dostrzegać nowe wartości. Wychodzi Champaca - i tym razem to na pewno ja - taki rodzaj azjatyckiej magnolii, której woń ma wybitną zdolność maskowania niejednoznacznych zapachów, jednocześnie będąc do nich w pewnym sensie podobną - coś, jak z jaśminem, tylko inny zapach. W ogóle przestaję już czuć te złe rzeczy. Ni stąd ni zowąd nagle otaczają nas kwiaty, jakiś imbir, wosk, troszkę dymu. Zauważam też wreszcie, że ta para bezdomnych śpi przytulona; że swoje życie mają spakowane w takie same reklamówki. A jeden z trzech samotnych osobników płacze. Ogólnie robi się trochę inaczej. Zaczynamy być na tym samym poziomie, w tym samym czasie. Mimo, że nic tak naprawdę się nie zmieniło - oprócz mojej percepcji.


"Kochać to nie znaczy patrzeć na siebie nawzajem, lecz patrzeć w tym samym kierunku"


#perfumy #perfumowehistorie

fef34f29-b558-47b6-827e-99a4bfad76b8

Jestem kobietą i wg mnie tu nie chodzi o to, że ktoś używa perfumów, tylko o to, że część ludzi ich nadużywa. Zarówno kobiety jak i mężczyźni.


W przestrzeni publicznej ludzie nie powinni emitować nadmiernych zapachów - ani śmierdzieć ani pachnieć - bo jakkolwiek ładny nie byłby dany zapach, to mieszanka perfumów różnych ludzi w danym miejscu nieraz przyprawia o ból głowy.


Wg mnie idealna ilość perfum to taka, przy której, żeby je poczuć, to muszę się do człowieka nachylić.

Zaloguj się aby komentować

#perfumowehistorie #perfumy


"Odór specyficzny nieczystości, jako wydzielających z siebie amoniak także nie można nazwać szkodliwym dla zdrowia: albowiem czuć się daje w każdym nawozie, którym oddychają wszyscy mieszkańcy wsi i zwierzęta domowe bez najmniejszej szkody dla organizmu. A nawet przebywanie w stajniach, przepełnionych ekskrementami i inwentarzem żywym, okazało się zbawiennem dla cierpiących piersiowo. Widocznie amoniak nawozowy działał zabójczo na zarazki suchotnicze.


O zupełnej nieszkodliwości dla ludzi, nieczystości kloacznych, świadczy zdrowie kwitnące robotników, zajmujących się specyalnie oczyszczaniem ustępów i rolników podmiejskich, używających przeważnie nawozów ludzkich, nawet w czasie grasowania chorób epidemicznych. I gdzież tu przypuszczać istnienie mikrobów chorobotwórczych — chyba wymarzonych w pustych głowach pismaków brukowych lub przewrotnych mózgach ludzi złej woli.

Wśród nawozu i siana, wśród bydląt i prostaczków Odwieczna Mądrość nawiedziła ludzkość, zrujnowaną przez teorye i doktryny czystego rozumu, przez urządzenia i budowy kapitalizmu, przez kuglarstwa i zbytki żydowskie, i w ubogiej szopie betleemskiej znakami nadprzyrodzonymi rozkazała monarchom i mędrcom, powitać przyszłego Zbawiciela świata."


F.R. rolnik nadwiślański: "Kanalizacya miasta Warszawy jako narzędzie judaizmu i szarlataneryi", Kraków 1900.

effe39b6-18ab-4323-b2c6-83258ffc203c

@dziadekmarian onegdaj wykonywałem prace zawodowe w oparach nieczystości kloacznych, miast mego zdrowia, kwitły choróbska niemożebne we wnętrzu i zewnętrzu organizmu mego. Jednakowoż przypuszczam w tej breyi istnienie mikrobów chorobotwórczych

@dziadekmarian kiedyś przeczytałem całą tę broszurę - najbardziej mnie urzekło, jak autor opisywał, że "przed żydowską kanalizacją" to najbardziej szlachetnych ryb targach przy rzece Wiśle, wręcz za bezcen było mnóstwo: ale jak zabrakło gówna w rzece, to i ryby się skończyły, ot co.

Zaloguj się aby komentować

Hej!


Ostatni zapach tego roku. Po kilku "założeniach" wciąż nic mi w nim nie przeszkadza, więc nie jest źle.


Prissana - Sahar


Porównują do L'Air du Desert Marocain. Rozumiem to porównanie, choć nie podzielam tych wrażeń. Kolendra, kumin, lekko słodkawa, ciepła baza, troszkę cynamonu... Fani Marocain zapewne nie pomyliliby go z niczym innym. I pewnie spodobałby im się Sahar. Tutaj jest jednak więcej wątków. Żywice kadzidlaków, więcej zielonych aspektów; od strony przyprawowej również bardziej skomplikowany. Ciepły, złożony, żywiczno-przyrawowo-zielonkawy zapach.


A Wy, kochani, czym się raczycie na ten piękny koniec?


#conaklaciewariacie #perfumy

5faf8315-1058-477d-9b42-f07cd14af9a0

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

#perfumy #recenzjeperfum


Ensar Oud - Santal Royale


...


Chyba se ktoś żarty robi ze mnie.


9,5/10


Trzeba było trzydziestu lat, by dojść do wniosku, że tamte koraliki z sandałowca to jednak był właściwy zapach.

Pomijając przyprawowe otwarcie to jest to dla mnie najlepszy zapach sandałowca i chyba najlepszy zapach drzewny. Parametry lepsze niż nie jeden chemolany, co akurat jest dziwne bo każdy olejek sandałowy czy nawet chemiczny jego odpowiedniki były zawsze blisko skórne. Cenowo odlot, ale jeśli weźmiemy pod uwagę fakt że ma 80% koncentracji to robi się sensowniej bo płacimy praktycznie za sam olejek sandałowy z dodatkami. Z fajnych dodatków są tutaj cieliste aspekty piżma, trudno mi jednak powiedzieć czy to od samego sandałowca czy od właśnie ozima - stawiam na sandałowca bo jendka od piżma inaczej brzmią.

Zaloguj się aby komentować

Fascynujące


Jako pierwszy w tej przeogromnej kategorii był oczywiście MFK Baccarat Rouge 540. Naoglądalem się perfumowych influencerów z zagranicy (żeby nie było, że zza granicy). Wszyscy kochali BR540. Perfumowi influencerzy. Faceci. Niektórzy po 50-tce. Utrzymywali, że to jeden z ich ulubionych...


To było bardzo drogo jak na perfumy. Znając już starą prawdę, że Arab zrobi wszystko za 1/10 ceny, kupiłem odlewkę Lattafa Ana Abiyedh Rouge. Psiknąłem i było dziwnie. To było dla mnie coś totalnie nowego, magnetyzującego - choć odpychającego zarazem. Przedziwny zapach. Spsikałem nim firankę w pokoju i poszedłem spać. Przyśniła mi się dziwna historia. Wojna. Żołnierz (w tej roli ja) budzi się w lesie, twarzą do ziemi. Oszolomiony wstaje i widzi, że biegnie do niego z bagnetem inny żołnierz, w mocno pokrwawionym mundurze wrogiej armii. Udaje mu się jakimś cudem uniknąć śmiertelnego ciosu, a w toku walki udusić przeciwnika. Wtedy dostrzega, że to nie bagnet, tylko flakon, na ktorym widnieje napis...


Tak, właśnie. Takie gówno mi się przyśniło. Z dłoni wroga wyrwałem flakon i pośpiesznie oddaliłem się w stronę wsi. Czułem, pamiętałem, że była jakaś rzeź, przegrana bitwa. Cudem udało mi się zbiec; niewiele więcej pamiętałem. Spojrzałem na flakon w dłoni. Spod warstwy błota zmieszanego z zakrzepłą krwią oraz kawałkami liści, połyskiwały szkarłatne tony etykiety. Po zdrapaniu brudu ukazał się wiadomy napis: Baccarat itd. Rozpyliłem małą porcję zapachu w powietrze. Obolałe, wyczerpane ciało w jednej chwili jakby przestało istnieć. W tamtej chwili byłem tylko ja i ten zapach: najpiekniejszy, jaki w życiu poznałem. Zupełnie nie pasujący do śmierci, do tej przeklętej, bezsensownej wojny, którą i tak przyjdzie nam wszystkim przegrać. Pomyślałem o niej, skrytej pod jedną w wiejskich strzech, czekającej w trwodze na werdykt nocnej bitwy. Na nasz powrót. Czułem, że wieś już od dawna wie o naszej klęsce. Najpewniej wróg w tym momencie oblewał już benzyną ściany wiejskiego spichlerza by podpalić go wraz z garstką pozostałych mieszkańców, zamkniętą wewnątrz. Z tymi, którzy nie byli w stanie walczyć: kobietami, dziećmi, starcami (wtedy nie było jeszcze seniorów - ci powstaną dopiero w roku 2020, czyli jakieś 80 lat później)


Nigdy nie dałem jej czegoś tak pięknego. Siły opuszczały mnie z chwili ma chwilę. Musiałem jej to dać.


Nawet nie zdążyłem wyjść z lasu, a gdy usłyszałem, że od strony wsi biegną ludzie z psami. Znajome mi głosy mężczyzn wykrzykiwały nazwiska - a wśród nich również moje - oraz hasła typu: "znaleźć tych zdrajców", "zabić wszystkich". Zawróciłem więc i rzuciłem się do ucieczki. Nie posiadając broni, nie miałem żadnych szans na ujście z życiem. Poza tym czułem, że nie wytlumaczyłbym im, dlaczego przebrano mnie w mundur wroga i puszczono bezbronnego w okolice wioski.


Przedzierając się przez chaszcze, potykając o konary, resztką sił dostrzegłem w pewnej chwili podnoszącego się z ziemi żołnierza obcej armii. Oszołomiony, półprzytomny, spojrzał na dłoń zaciśniętą na flakonie z napisem "Baccarat". Jego mętne oczy w jednej chwili zapłonęły z przerażenia.


Byłem pewny, że nie przeżył starcia ze mną. Wyciągnąłem dłoń, żeby go uspokoić. To nie była broń; to tylko flakon cudownych perfum. Byłem w stanie oddać je, rzucić w jego stronę i odejść w swoją. Zanim zdążyłem zrobić, powiedzieć cokolwiek, on już siedział na mnie i z całej siły zaciskał stwardniałe dłonie na mojej szyi. Jego twarz. Przypominała mi kogoś. Gasnąc, zobaczyłem w niej... taaak, ciekawe kogo.


...


No tak, fascynujące jak cholera. Z czasem zacząłem rozpoznawać ten zapach na ulicy i czuć go coraz częściej. W tramwajach. W knajpach. Na weselach. W kiblach, korytarzach. Raz nawet w lesie. Raz poczułem go siedząc w kuchni na trzecim piętrze, kiedy grupa osób przechodziła pod klatką.


Fascynujące


Fascynujące, jak jeden zapach potrafi przenieść człowieka w inne miejsce. I tak samo jest ze mną: kiedy czuję Ethyl Maltol, zabieram mandżur i przenoszę się w inne miejsce.


2/10


#perfumy #recenzjeperfum

6b9e1495-fd77-43b1-9671-acb1cf29a230

Zaloguj się aby komentować

Siemandero Szanowne Państwo.


Mój zapach nr 666 - czekał chwilę, bo podejrzewałem, że będzie niezły. Areej Le Dore - Siberian Musk III. Potwierdził moją olfaktoryczną kompatybilność z wyziewami Adasia. Towarzyszy mi już czwarty dzień z rzędu, pokazując różne foszki w zależności od temperatury otoczenia, mojego nastroju oraz fazy, w której sam zapach aktualnie się znajduje. Późny drydown, choć nieco menelski, wspaniale układa do snu - aż się nie chce myć łba przed snem. Tylko koty bardzo się do niego złażą i kręcą mi się po łóżku, kiedy śpię.


Nie jest to dla mnie zapach idealny - zawsze mógłbym wywalić z niego cytrusy czy coś tam. Jednak mógłbym tak sobie w nim chodzić, czytać, spać, pracować... więc jest bardzo dobrze.


Proszę się chwalić, proszę polecać ciekawe smrody i tak dalej. miłego popołudnia!


#conaklaciewariacie #perfumy

76ac904e-1433-433d-b2c5-86fa252830c3

@dziadekmarian Brzmi to bardzo dobrze, muszę kiedyś spróbować. Dzisiaj padło na TRNP Garden of pleasures, dobry zapach, nic w nim nie uwiera, dużo kwiatów które uwielbiam.

Zaloguj się aby komentować

Hhhławek


Widywałem go wcześniej. Z wysoko położonego podwórka mojego domu był widok na cegielnię. Stał tam taki przyległy domek, w którym on mieszkał razem z mamą. Ludzie ją znali, bo jeździła na Ukrainie i rozwoziła listy. "Na Ukrainie", bo to taki rower był. Czasami wyprzedzałem ją swoim Ereliukasem 8 - zwłaszcza, kiedy jechała gdzieś pod górkę. Była gruba, a ja często miałem doczepiony do swojego roweru kawałek tlącego się... właśnie, takiej papierowej płyty izolacyjnej - coś jak dzisiejszy regips; takie brązowe, sprasowane tekturowe gówno, które podpalało się i na wietrze potrafiło się to dość długo tlić. Więc jeździłem szybko i udawałem... motocykl. Takie były czasy, nic nie poradzę. Klęła na mnie, że ją uduszę.


Jego nie znał nikt. Chodził do szkoły specjalnej. Nie było to typowe porażenie mózgowe; być może jakiś uraz z okresu prenatalnego. Zatrucie, niskie dochody albo c⁎⁎j wie, może od tego roweru. Myślę, że przyczyna dość prędko zaginęła w mrokach dziejów. Urodził się, jaki się urodził. Potem zaczął chodzić, potem jeszcze zaczął chodzić do roboty na cegielnię. Czasami widywałem go, jak kopie piłkę pod domem. I nie zdziwiłbym się wcale, gdyby dopiero po tym wszystkim zaczął mówić. Aż tyle to obchodziło wszystkich dookoła w tym je⁎⁎⁎ym znoju. Ważne, że oddychał.


Pewnego dnia łaziłem sobie po kałużach na pobliskim boisku szkolnym i myślałem sam do siebie, że ja to chyba nigdy nie umrę. Szkoła była tak blisko, że mój brat był w stanie regularnie wybijać z procy szybę w oknie pokoju nauczycielskiego. Nocą wychodził na dach i strzelał że śrutu, zajebanego z Fabryki Łożysk Tocznych przez kogoś tam. Takie to były czasy na zadupiu.


Zobaczyłem kątem oka, jak zapierdala do mnie w ten bardzo chłodny, deszczowy, wakacyjny dzień. Z piłką pod pachą. Mocno cofnięta żuchwa, górne zęby wystające ze szczęki do przodu - o wiele dalej, niż kończy się twarz człowieka. Krępa budowa, garb do wysokości czoła. Wyglądał, jakby po drodze musiał się przedzierać tą szczęką przez stojące mu na drodze powietrze. Niczym wymarły jaszczur, zapierdalał prosto na mnie.


- Khehhk, jehtem Hhhławek! Grahhh w pyłke?


- Okywihkhe! Nie no k.., oczywiście!


Byłem tylko o dwa lata młodszy od niego. Jednak, w wieku 10 lat miałem wrażenie, że mnie zabije tą piłką. Chlopak miał takie pierdolnięcie, że parę lat później, kiedy znaliśmy się już bardzo dobrze, pamiętałem chyba z pięć piłek, które zniszczył zbyt mocnym kopnięciem. Miał nieludzką siłę i niczego się nie bał. Wymyślił zabawę, w której ścigaliśmy się po otaczających boisko drzewach na czas. Trzeba było w jak najkrotszym czasie zrobić około stumetrowy odcinek, nie wchodząc na ziemię. Za to było 15 sekund kary. Były ze trzy takie miejsca, gdzie brakowało jednego drzewa, żeby było przejście, jeśli piłka wyleci poza boisko. Sławek przeskakiwał te miejsca jak małpa. Po kilku upadkach my - bo zaczęliśmy się kumplować w szerszym gronie - również się tego nauczyliśmy. Z czasem poznaliśmy każdą gałąź na tej trasie i z początkowych dziesięciu minut zrobiły się cztery, u niektórych trzy z groszami. Dzięki temu chłopakowi.


Pewnego dnia postanowiłem, że nauczę go mówić. Zgodził się. Spojrzał na mnie, mrugając od czasu do czasu. W ciszy. Pamiętam te jego blond falowane włosy i nigdy nie chowające się dwa zęby. Dziś uważam, że było to jedno z najbardziej uroczych, zamyślonych i oczekujących zmiany na lepsze spojrzeń, skierowanych w moją stronę.


Inni mówili na niego "Szczurek". Ja nie bawiłem się w konwenanse i mówiłem do niego "Hławek". Lubił to. Nie dawał się obrażać chlopakom - od razu bił. W miarę lekko, ale to i tak było zbyt mocno, żeby ktoś próbował się z niego śmiać. Dziś myślę, że gdyby był zwierzątkiem, ktoś wziąłby go do domu, kochał ponad wszystko i nigdy nie pozwolił skrzywdzić. Niestety - Hhhławek był człowiekiem. A dokładniej: khhłowiekiem. I późniejsze życie jego ułożyło się tak, jak na to wskazywały jego predyspozycje... Walka, porażki, rozczarowania, szczypta radości mam nadzieję.


Podczas wydobywania dźwięków Sławek korzystał głównie z miękkiego podniebienia - stąd te charki w twardych spółgłoskach. Trudność w spotkaniu się gornej wargi z dolną powodowała, że "p" i "b" odbijał od górnych zębów, co było do zrozumienia bez problemu, choć równocześnie przypominało analogicznie "f" i "w". Taki to Hhhławek był, proszę Państwa.


Zaczęliśmy od slowa "d⁎⁎a". Po kilku minutach Sławek z oczywistego dla siebie "gupa" przeszedł na wyraźne "d⁎⁎a". Z radości zaczął wykrzykiwać: "Duuupa, d⁎⁎a!" - niemal tak perfekcyjnie, jak walaszkowe skrecze z Niemena. Inne wyrazy z "d" również zaczęły brzmieć tak, jak "powinny". Przećwiczyliśmy jeszcze kilka innych, trudnych zwrotów. I szło mu naprawdę wyśmienicie. Nie znałem wtedy słowa "logopeda". U nas to wciąż była jeszcze epoka kamienia nazębnego a lekarz to był doktur po prostu. Wyjarałem tego dnia z pół paczki Radomskich z radości. Sławek nie palił. Nie pociągał go ten aspekt dorosłości. Dla niego dorosłość to było wyklepanie dwóch tysięcy cegieł o świcie, "skantowanie" w południe oraz zwiezienie ich pod szopę i poukładanie w słupki wieczorem. Chyba, że w ciągu dnia spadł nieoczekiwany deszcz, to jeszcze więcej dorosłości w życiu trzynastolatka.


Kilka dni później spotkaliśmy się na boisku (na drzewach) na kolejną lekcję.


Zapomniał wszystko.


Zrozumieć ambrę


O tym, że mój ojciec przynosił do domu stosy książek, już kiedyś pisałem. Mnie najbardziej interesowały te podróżnicze. Przeżycia Erneesta Shackletona, Williama Bleigha, Nansena czy Heyerdahla rozpalały moją wyobraźnię do stopnia, w którym odrywając się od książek, trudno było mi wrócić umysłem do miejsca, w którym czytałem, kiedy nagle ktoś mi przerwał. W tych opowieściach od czasu do czasu pojawiali się wielorybnicy. Niejednemu bezinteresownie uratowali d⁎⁎ę przy okazji robienia swoich interesów. To trochę tak, jak wraca się z pracy w Krakowie; w środku nocy, bocznymi uliczkami... I nagle widzisz Brytola, próbującego uruchomić telefon. I już wszystko jest jasne: trzeba będzie dowiedzieć się skrawków informacji, które zapamiętał, zanim się sponiewierał i zostawili go kumple, i na podstawie tego podprowadzić go tam, gdzie powinien być już dawno temu. Bo jest zimno, a on stoi w podartej koszulce - no bo zdążył się już nawet z kimś poszarpać. Stracisz mnóstwo czasu, a kiedy już chłop pozna okolicę, to wpada mu do głowy, że chcesz go okraść i żegna się w pośpiechu. Wracasz więc na swoją trasę, a za rogiem stoi następny...


Trzy lata temu stałem sobie za barem w najlepszym miescu z piwem w Krakowie. Trzej przyjaciele, prowadzący tę knajpę, mieli jakiś wyjazd i poprosili mnie, żebym popracował za nich. I przyszedł kolega, który jakiś czas wcześniej wjebał się w perfumy. Przyniósł mi dekancik Tauer - Orange Star. Powiedział: "Chłopie, szara ambra. Słone, czujesz wzburzony ocean." Dał mi to. I to był przełom. Gdyby nie powiedział o tej ambrze, to zapewne psikałbym się dziś czymś za 20zł - o tak tylko, żeby było. Przede wszystkim poczułem tam jakość. Ale ambry nie czuję tam do dziś. Być może dlatego, że jej tam nie ma.


Poszukiwania: seria Bvlgari Aqva jako pierwsza. Coś więcej z morza. Drugim wdrukowanym zapachem stała się Aqva Amara. Potem trafiłem na ten morski od Profvmvm Roma. No dooobry, morski. Ale wciąż nie byłem pewny, czy ja w ogóle wiem, co to jest ta ambra... W międzyczasie odkryłem Hejto. Tutaj ludzie gadali o dziwnych zapachach. To była era pierwszych uber kadzidlaków, drogich arabów, niszy typu Hiram Green. Te czasy. Ja tymczasem rozkminiałem.te.ambroksoidy plus, minus i wszystkie inne.


Aż się zlitował @pomidorowazupa i rozebrał ALD Musk Collection. I jak siadły mi inne zapachy, to tego, co trzeba, nie zauważyłem. Ambra przeszła mi koło nosa. Musiał minąć jeszcze rok, zanim dorwałem się do EO - Jamaican Ambergris. Dopiero przy tych perfumach połapałem, pozbierałem do kupy prawdziwe aspekty ambry. I naprawdę przypomniały mi się wszystkie te podróżnicze książki, kiedy zastanawiałem się nad tym zapachem. To, jak unosi na sobie inne nuty, będąc w zasadzie tłem - ale takim, na którym opiera się cały zapach. Zrozumiałem też wtedy, że w zasadzie to ambroksan rzeczywiście pełni podobną funkcję. Jest jednak obrzydliwie daleki od ambry.


Areej Le Dore - Creme de la Creme


Nawet nie miałem w głowie, żeby wracać do tego zapachu. Za pierwszym podejściem nie potrafiłem poukładać go w głowie - zupełnie, jakby został zrobiony "na pałę". Jakieś kwiatki, coś starego. Ponownie namówił mnie na niego @Morawagin81 - i to było pierdolnięcie! Zupełnie jak Hławek na szkolnym bojo z czuba w komunistyczną pyłkę w 1987. Nagle zacząłem odróżniać kwiaty - przynajmniej jako grupę, bo nawet nie chcę przypominać sobie, co to za kwiaty. Są po prostu piękne. Na dokładkę kremowość drzewa sandałowego pomieszana z wytwornym oudem - solidna drewniana, mocno aromatyczna, wręcz czekoladowa - jeśli się uprzesz - baza. I dziś czuję, jak to wszystko unosi się na powierzchni oceanu, położone na tym przedziwnym "kamieniu". Nie jest to zapach kostki do kibla, nie kest w żaden sposób "niebieski". Jest stary, wysmagany deszczem i wiatrem, pełen dawno zapomnianego rozkładu martwych tkanek wokół. Słony, jeśliby chcieć go tak określić. Potężny, zamierzchły i pełen chłodnych nocy. Szary, biały, złoty. I choć wiem przecież, że to zmieni się jeszcze wiele razy, to dziś trudno mi wskazać zapach, który do tego stopnia przenosi mnie do innego świata. Do czegoś, czego już nie ma. Po paru latach wreszcie udało mi się zakodować, czym jest ambra - choć różnice pomiędzy Jamaican a Creme są na pierwszy rzut oka ogromne. Poznałem wcześniej jakieś inne zapachy z ambrą, ale to przy tych dwóch zapomniałem te poprzednie.


Już nie zapomnę ambry. Ale do tego potrzeba było naprawdę długiej drogi. O Sławku myślę czesto. I też go nie zapomnę.


#perfumy #recenzjeperfum

4ad551eb-f412-4b56-93cc-cf45f263a3b1

Zaloguj się aby komentować

@dziadekmarian c⁎⁎ja tam w kulki poleciał flakon sprzedał się 12 dni temu, bo ma na wall podziękowanie za almasa, pisałem wczoraj zaraz jak wrzuciłeś ofertę bo koleś szukał, to jeszcze wisiał po moim zapytaniu zalogowała się i usunął flakon, typowe chujkowe zagranie szwabow zero odpowiedzi. A generalnie oferta wystawiona 21dni temu także można było przewidzieć że ktoś zawinął

Zaloguj się aby komentować

Już się załapię na #conaklaciewariacie , choć czas spać.


Wydawało mi się, że promka w Rossmannie (nie do końca pamiętam, jak się to pisze; zakodowałem tylko, że to coś pomiędzy Dirk Rossmann a Kirk Lewiatann) skończyła się wraz z wykupionymi Amłażami itp.


No i zarzuciłem Xerjoff Malesia od @Przem86 i olśniło mnie. To nie jest taki "Twój typowy, codzienny Xerjoff". Troszkę przypomina (i jednocześnie gasi jak peta) Asrar Indonesia - tylko bez tego przesadzonego, szambowego cytrusa. Niemal wszystko się zgadza w tym zapachu. I był wciąż dostępny na tej promce.


Dobieram więc na szybko drugi zapach. A ch..., w ciemno. I zaciekawił mnie 'Ilm - również od Xerjoff. Zacząłem czytać, w końcu kliknąłem... i kirba, kapota, za późno...


Znacie/macie 'Ilm?


No i najważniejsze: co tam śmierdzi na salonach? Bo u mnie Asrar Indonesia...


#perfumy

c4db4929-6801-41fd-ad17-59ba27f6fdee

@dziadekmarian testowo ALD Antiquity II - zgniła, choć soczysta brzoskwinia z aldehydami, które dają, które dają akord starego kwiatowego mydła, do tego "obsikany" piżmem mech dębowy i miękka skórka. Kompozycja z czymś mi się kojarzy, jakąś starą kompozycją, ale nie mogę sobie teraz przypomnieć z czym konkretnie. Pierwsze wrażenia lepsze niż po Cuir de Russie II.

@dziadekmarian Ilm nie zdążyłem poznać przed erą ostatecznych naturalsow ale Malesia swego czasu robiła na mnie wrażenie.

Dzisiaj Triad od Bortnikoffa. Zacny oudzik ze zwierzakiem puszczających oko zza róży.

Zaloguj się aby komentować

Ostatnio było tu delikatne zainteresowanie Sawlajem. Mój kosmiczny ojciec, Pan Lucjan, właśnie obniżył cenę.


Zapach należy do grupy tych "dobrych". Jest specyficzny, to fakt. Ale to przyzwoite pachnidło.


460


https://www.luxuryforless.pl/p/27/80705/kajal-sawlaj-woda-perfumowana-100-ml-perfumy-niszowe-dla-kobiet-.html


#perfumy

Zaloguj się aby komentować

@ucho_igielne jest Moje pierwsze sample od Bortnikoff przyjąłem podobnie. Nic mi się nie podobało. Trzeba się oswoić - choć sam od Musk Cologne nie zaczynałem; to były m.in. Lao Oud oraz Triad, które koniec końców przekierowały mój nos w stronę perfumowego rzemiosła. Musk Cologne to dość trudny "świeżaczek". Ja bym próbował dalej.

@dziadekmarian Dzięki za cynk. Akruat większości nie znałem i zakupiłem 11 próbek Niestety za długo sie zastanawiałem i ktoś mi zawinął z koszyka klasyczną Alexandrie II

Zaloguj się aby komentować

Kusi, kusi.


Jazeel Ghala - oud+róża w naprawdę dobrym i dość oryginalnym wydaniu, za 572. Obok The Palace, mój ulubiony Jazeel. Spokojnie wart 10zł/ml za jakość składników.


Darmowa wysyłka. Dodatkowo -5% za newsletter. 543,40. Zwiebel . Gdybym nie miał jeszcze ze 25 ml - których nie zużyję przez następnych kilka lat, brałbym. A swojego kupiłem za 840.


https://www.perfumeria.pl/products/jazeel-ghala-perfumy?variant=50950887473482&utm\_source=adtraction&utm\_medium=partner&utm\_campaign=adtraction&at\_gd=0FCE25D3D7B3AFAA2DAE1956CF24C87E82704AC5


#perfumy

a2ab0930-cea0-44a7-95fb-d09510ec4c14

Zaloguj się aby komentować

Hej hej!


Spóźniłem się na #souk w tym tygodniu. Tyram i nie mam czasu na dziwne wpisy - choć tęsknię do tego. Życie mnie zaskoczyło. W związku z tym potrzebuję pozbyć się ciekawych flakonów. Nieciekawych nie śmiem tu wystawiać.


Yas Laitek Mai. 84ml, 370 zł (4,40/ml)


Yas Taj. 76ml, 350 zł (4,60/ml)


Yas Musk Yas. 70ml, 385 zł (5,50/ml)


Sprzedaję troszkę taniej, niż kupiłem. Jeśli Twoja siorka jeździ co tydzień do Dubaju w interesach i może jeszcze taniej, to zamów u niej.


#perfumy

3a276021-591a-45a2-ad61-9282d354869c

Wyliczenia na Hejto vs wyliczenia na parfumo.com


Dziadekmarian robi kalkulacje, fotki, waży flakony.


Typowy niemiec na souks pisze stan zawartosci 69/75ml i wrzuca takie zdjecie gdzie każdy widzi że ubytek jest większy.

12d40f22-62a6-4369-9d38-d1869db5ca55

Zaloguj się aby komentować