Zdjęcie w tle

dziadekmarian

Fenomen
  • 180wpisów
  • 2726komentarzy

Dali


„Z kuchni dobiegał mnie zapach nadchodzącego posiłku, zmieszany z ostrym zapachem konia. Białko ubite na pianę, uchwycone przez promień słońca przecinający wir dymu i much, błyszczało dokładnie jak piana, która formuje się w ustach dyszących koni tarzających się w kurzu i krwawo biczowanych, by zmusić je do powstania.”


„Każdy człowiek zasługuje na własny zapach – tak osobisty i znaczący, jak odcisk palca”


Elena Iwanowna Diakonowa


Znana jako Gala Dali. O dziesięć lat starsza od Salvadora. Miłość, którą ją darzył, nie była łatwa. Z jednej strony jego, jak by to ująć... cipkofobia. Z drugiej kobieta, która w zasadzie nie odmawiała nikomu, plus dość duże parcie na finanse, jako że lubiła obdarowywać kochanków drogimi prezentami - oczywiście za pieniądze artysty, który to sam pieniędzmi niezbyt się przejmował.


Znacie lotnisko w Gironie? To taka tańsza opcja, gdy leci się do Barcelony. Girona to historyczne miasto Hiszpanii, z piękną, acz zaniedbaną architekturą. Spotkałem tam kiedyś, leżącego na ławce w parku największego miejskiego ronda, człowieka z mojego rodzinnego miasta. Okazało się, że był tam bezdomnym od ponad dziesięciu lat, bez kontaktu z rodziną, która nic o nim nie wiedziała. Nawiasem mówiąc, nic im nie podkablowalem po tym spotkaniu... Przepraszam. Takim jestem niedoskonałym człowiekiem.


Pomimo wielu nieudogodnień we wspólnym życiu, w 1968 roku, gdy ta miała już ponad 70 lat, Dali kupił Gali zamek w Gironie. Ta z wdzięczności za prezent, zabroniła mu pokazywać się na jego terenie bez uprzedniego pisemnego zezwolenia. Dalsze perypetie pary to rosnąca frustracja Salvadora, tłumiona przez Galę wtłaczanymi w niego lekami...


Kto zmarł jako pierwszy? Na nieszczęście dla Salvadora, po 53 latach znajomości, Gala. Na szczęście dla perfumowego świata - również Gala. Salvador, od dzieciństwa pochłonięty przez zmysł węchu, właśnie wtedy po raz pierwszy pomyślał o wydaniu swoich własnych perfum. Miały one być hołdem dla Gali. Lata, które z nią przeżył, mogły nie wydawać się najlepszymi, jakie można sobie wymarzyć. Jednak lata nas zmieniają - na tyle, że z tęsknoty za bliską osobą odzywamy się do nikogo innego, jak Antonio Banderasa. Tfu, Lodówkasa. Tfu! Morillasa. W ten sposób, po miesiącach nieścisłości związanych z wyobrażeniami Salvadora na temat zapachów, konfrontowanych z kunsztem oraz wiedzą Morillasa, w 1983 roku powstaje "Dali Femme". Artysta miał już wtedy 79 lat.


Ale czy to na pewno pierwszy zapach, który stworzył Dali? W książce "The Secret Life of Salvador Dalí" (1942), opisał zmysł powonienia jako niezwykle ważny dla własnej percepcji świata. Uznawał go za jeden z najbardziej pierwotnych i emocjonalnych zmysłów. Wspomina zapachy kościelnego kadzidła, piżma, zwierząt - czy to żywych, czy gnijących - miały na niego silny wpływ, nie tylko na poziomie emocjonalnym, ale starał się również pojąć ich symbolikę.


Baran


U Salvadora Dali fascynacja baranem jako artefaktem sztuki sięga roku 1925, kiedy to Max Ernst namalował "La Belle Saison". Dali swą fascynację tymże obrazem przelał na płótno już w 1928 roku, tworząc "The Ram", gdzie księżyc ponad horyzontem zamienia się w oko groteskowego mężczyzny, za którego usmiech służy baran. Nie jest to jedyna praca Salvadora Dali, ktora przestawia to zwierzę. Co ciekawe, w "Psie Andaluzyjskim" z roku 1929 księżyc transformuje w kobiece oko, które następnie jest rozcinane żyletką. Ciężki kadr. Dooobra, wróćmy do barana.


Według znających go osób, Salvador Dali był owładnięty zapachem barana. Pewnego dnia uznał, że on sam musi pachnieć jak baran. Znał jednego, który zwykł przechadzać się codziennie pod jego oknem. Znał jego zwyczaje, temperament oraz woń. Próbował już wcześniej rozmawiać z perfumiarzami na ten temat: stworzenie brutalnego, animalnego zapachu. Dali parał się wcześniej sztuką graficznej oprawy oraz projektowaniem flakonów perfum różnych marek - znał więc wielu ówczesnych twórców. Oni jednak nie byli skłonni podjąć choćby próby współpracy nad czymś takim.


Tego pamiętnego dnia Dali postanowił wziąć sprawy w swoje ręce: ruszył do swojej pracowni, by zamienić tę, wzbieraną latami pasję w coś, co w końcu będzie dało się poczuć nosem. Na palniku postawił wodę i począł dodawać do niej przeróżne substancje, które miał pod ręką. Nie były one jednak w stanie oddać tego, co miał w głowie. Wyszedł zatem przed dom, zebrał z ziemi kawałek baraniego nawozu, w pracowni zmieszał go z rybim klejem i dodał do garnka. Zamieszał, zagotował. Rozsmarował miksturę po ciele. Dzieło się dokonało. Salvador Dali w końcu stał się Baranem.


#perfumowehistorie #perfumy

3b913705-7013-4fb0-b44f-aafa0d73c021

Zaloguj się aby komentować

Hej!


W sumie to przyglądam się tej "okazji" od jakiegoś czasu. Przy utrzymujących się od już prawie dwóch lat, idiotycznych cenach Aqva Amara, być może jakiś entuzjasta się skusi. 45/50ml, 250 zł. Ja swoją setkę kupiłem niewiele taniej; co prawda batch z 2013, ale chyba nie zdążyli za bardzo nakombinować z tym zapachem - był chemolem od samego początku.


https://perfuforum.pl/thread-19573.html


#perfumy

@dziadekmarian ja mam taki paradoks że niby mam zaklepane 10 ml u przyjaciela serdecznego którego bardzo szanuję, ale na żywcem nie mam kiedy wymiany dokonać

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Olympic Orchids - Night Flyer. A cóż to za zapach... Miała być jaskinia, ziemia, jakieś powiewy egzotyki, pachy zapracowanego nietoperza...


A ja się śmieję sam do siebie, bo głównie czuję buraka prosto z sokowirówki. No i co zrobisz, nic nie zrobisz. Szemerege buroki.


A co u Szanownych Państwa dziś się roznosi w szeroko pojętym powietrzu?


#conaklaciewariacie #perfumy

005a7c65-234e-4720-887a-78b36e909e27

@dziadekmarian Skombinowałem większość próbek OO w tym Nightflyera i też mnie jakoś nie porwał, nawet go nie zapamiętałem za bardzo. A dzisiaj pachniałem Maison Crivelli Iris Malikhan, chyba podoba mi się bardziej od Italian Leather

Zaloguj się aby komentować

Ensar Oud - Jamaican Ambergris, Hoi An


Na szczęście...


Na szczęście urodziłem się i wychowałem w domu, w którym zwracano na mnie uwagę; być może miłość nie była w nim wyrażana gestami, jednak na pewno okazywano mi ją poświęconym czasem.


Na szczęście moje zainteresowania absorbowały uwagę rodziców, co skutkowało rozmowami oraz kupowaniem mi książek, które odpowiadały na moje pytania.


Na szczęście udało mi się żyć w czasie i miejscu, gdzie zapach starości był w pełni akceptowalny. Zmurszały, "śmierdzący" pamiątkowy płaszcz dziadka, zmarłego na długo przed moim pojawieniem się na świecie, wiszący w jeszcze starszej szafie. Strych u babci, wypełniony papierami, listami oraz fotograficznymi albumami które przesiąkły naprzemiennie następującymi po sobie wilgotnymi oraz suchymi porami roku... Papier zatrzymuje w sobie wszystko, co go spotka; cienkim kartkom wystarczy kilka dni suszy, by zachowały szczególne pleśnie, pyłki czy nawet ślady stóp owadów, nie niszcząc przy tym własnej struktury. Na szczęście znam zapach tych kartek. Najstarsza książka w moim domu, jaką powąchałem i przeglądałem to "Berezyna" z 1899 roku, w poplamionej twardej oprawie. Przeżyła ona okresy wilgoci/suszy, a brana z półki i czytana wiele razy w różnych odstępach czasu, nazbierała bardzo wiele nut zapachowych. Kawa, zioła, być może wino, krew, nie wiadomo. Wszystko to tworzyło specyficzną zapachową aurę, która kojarzyła mi się właśnie się ze starością. Tak samo, jak nieporządkowane od lat szuflady czy skrzynki na narzędzia - wtedy jeszcze drewniane, kilkudziesięcioletnie, nasiąknięte to technicznymi, to ziołowo-kurzowymi, to znowu balsamicznymi zapachami. Rzadkie, choć systematyczne zaglądanie do nich by upewnić się, czy aby na pewno czas w ich wnętrzach - choćby o sekundę - nie poszedł do przodu.


Na szczęście mój ojciec dał radę zgromadzić w naszym domu prawdziwą bibliotekę. Na szczęście był marzycielem, od czasu do czasu wydającym część zaoszczędzonej kasy na pizdryki, które w tych dziwnych czasach kształtowały moją świadomość i wyraźnie pokazywały, że życie to nie tylko zaspokajanie potrzeb egzystencjalnych, ale też coś więcej. Na szczęście próbował spełniać moje marzenia, dopóki był.


Na szczęście wśród książek w moim domu znalazły się również te podróżnicze. Na szczęście dość wcześnie dowiedziałem się, kim byli James Cook i William Bligh, Fridtjof Nansen, Ernest Shackleton czy Thor Heyerdaal. Wielcy podróżnicy i odkrywcy, których historie zabierały mnie tam, gdzie nie mogłem się udać. Kolejne strony przynosiły mi do domu zapach zbutwiałego drewna, bezlitosnego oceanu, ale też nowo odkrytych lądów i nieznanej dotąd przyrody.


Na szczęście (?) dostałem w gratisie Ensar Oud - Jamaican Ambergris.


Od jakiegoś czasu znam ambrę. Wcale nie było łatwo rozeznać się w jej "czuciu". Ale, jak ze wszystkim, mózg potrzebuje czasu. I właśnie: czucie. Tak, jak czuje się, że ktoś przyjdzie lub że coś się wydarzy. I dopiero za tym idzie jakiś zapach.


Tutaj ambra jest obecna w każdym składniku - zupełnie jakby nią nasiąkły. Doświadczenie bardzo przyjemne. Na szczęście nie chciałbym chodzić w tym między ludźmi i zaburzać sobie wrażenia z obcowania z zapachem. Jamaican Ambergris pachnie dla mnie tak idealnie, jak te wszystkie XIX-wieczne legendy, które przypływały do portów wraz z wysmaganymi sztormem wielorybnikami, spisane na pożółkłych od starości kartkach.


#perfumy #recenzjeperfum

443106af-ac79-4274-8307-917147eeedd3

Zaloguj się aby komentować

Opium Pour Homme to jeden z niewielu zapachów, które przetrwały ze mną od początku tej historii. Po sprawdzeniu już około dziesięciu edycji (w tym, za poradą znawcy tematu @Navier również niepełnej piąteczki z 2009 - bez dwóch zdań innej, lepszej od wszystkich nowszych), zdecydowałem się w końcu na jakiś flakon. Trochę w ciemno, bo różne miewałem doznania, niezależnie od rocznika. Bywało dobrze, źle, nijak...


Opium Pour Homme EDT ze strony "testery perfum". Starte napisy, rozjebane pudełko... No musi być stare.


Okazuje się, że nie aż tak bardzo - to rocznik 2017. Jest już bardziej sztucznie, niż w 2009. Jednak jest to przyzwoicie odleżany flakon z ośmioletnim sokiem. Pachnie klasycznie, pięknie. Bardzo się cieszę z tego zakupu za grosze i polecam Wam zaopatrzyć się, bo jest to naprawdę bardzo blisko oryginału. Ach, i nie jest to tester (co w sumie nie powinno mieć znaczenia). A mój egzemplarz był już wcześniej psikany. Who cares. Choć to może mieć znaczenie (delikatne utlenienie).


Jest naprawdę bardzo dobrze.


https://testery-perfum.pl/yves-saint-laurent/opium-pour-homme/163543.html


#perfumy

bddb8b3e-dbfc-468a-b58d-6d132e15f115

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

@dziadekmarian ja cie kręcę, mimo że jestem za minusie z budżetem to dziewiątego bym brał xD


Z tego co widzę Lyric w historycznie niskiej, może @minaret by drugi flakon wziął ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Zaloguj się aby komentować

Do dzisiejszego wpisu zainspirował mnie ten post @Earl_Grey_Blue dotyczący serii "Les Vanites" od Sylhouette Parfums:


https://www.hejto.pl/wpis/quot-vanitas-vanitatum-et-omnia-vanitas-marnosc-nad-marnosciami-i-wszystko-marno


Jako że ostatnio moim ulubionym gatunkiem są właśnie "perfumy nie dla ludzi", to testy serii "Les Vanites", dokonywane przez @Earl_Grey_Blue w cyklu #conaklaciewariacie bacznie obserwowałem (właśnie z nadzieją na recenzję), w międzyczasie czytając co się da (czyli niewiele) o "Les Vanites". Okazuje się, że seria ta jest opowieścią o człowieku, który straciwszy to, co w jego mniemaniu było najważniejsze - czyli miłość - stopniowo degraduje się jako istota. Seria ma być swego rodzaju ostatnim pamiętnikiem tego upadku. Przemawia za tym kolejność wpisów dotyczących serii, publikowana na Instagramie twórcy, a wygląda ona tak:


Romance Noir - utrata miłości. Blaknąca plama wina na ubraniu, więdnąca róża. Wietrzejące, starzejące się uczucie.


Desir Noir - utrata pożądania. Pożegnanie ze zmysłowością. Ostatnie wspomnienia zapachów fizycznej bliskości, stopniowo przykrywane przez papierosowy dym.


Bible Noire - utrata wiary. Wiara jako święte miejsce w każdym z nas. Proces degradacji, pożaru świątyni/duszy, która najpierw staje w płomieniach, po czym stopniowo zamienia się w popiół.


Chanson Noire - tracenie pamięci. Istota pozbawiona miłości, cielesności oraz wiary, błąkająca się po świecie w poszukiwaniu resztek siebie samej, być może w nadziei odbudowania tego, co utraciła, lecz bardziej chyba znalezienia dla siebie nowego miejsca, by całkowicie już zapomnieć to, co bylo.


Poeme Noir - utrata wzroku. Postępujące zatracanie się w upojeniu alkoholowym. Otępianie samego siebie do granic możliwości. Zatracanie się w poematach pisanych przez ciemność, skutkujące całkowitą utratą możliwości prawidlowego postrzegania rzeczywistości, a co za tym idzie ostateczną utratą kontroli nad własnym życiem.


Soleil Noir - utrata nadziei. To już ostatni rozdział szamotaniny. Słońce, tak jak było przed nami, tak samo będzie, gdy nie będzie już nas. Słońce, łąka, morela... niezależnie od tego, ile brudu się wydarzyło, cały utwór znowu powraca do natury.


Może ch... z tym, jak to wszystko pachnie. Może chodzi o to, czym to pachnie? Gdzie się zaczyna a gdzie kończy. Nie wiem, czy poza kolejnością postów na Instagramie twórca podał, jak konsumować tę serię. I pomyślałem, że jak najbardziej powinno się coś takiego znaleźć wewnątrz setu sampli, zwłaszcza w takiej cenie. Wszak kupując książkę, strony mamy nie tylko ponumerowane, ale również posklejane ze sobą w odpowiedniej kolejności...


Mimo, że nie powąchałem żadnego z zapachów, wpis @Earl_Grey_Blue pokazał czytelne fragmenty historii. Wiemy, że czasami autorskie opisy są po prostu dorabianiem idei do kolejnego nieciekawego zapachu. Tutaj mam wrażenie, że ktoś naprawdę napisał utwór. @Earl_Grey_Blue - ciekawe, czy będzie to miało jakiś sens...


#perfumy

3381d8ba-fbeb-4b78-8bf6-f390c89c6498

Zaloguj się aby komentować

Prissana - Thichila


Jest coś nie tak ze mną. Z początku mocno uderza mnie kamfora. I to lubię, aczkolwiek po chwili zapach transformuje w bardziej anyżowo-kamforowy. I w tym momencie powinienem już wycofać się z dalszej eksploracji zapachu - zwykle tak robię, gdy trafię na anyż. Tutaj jednak, po kilku sekundach od aplikacji, mój mózg staje się bardzo zajęty. Bo niby to anyż, jednak taki nie do końca. Sam już nie wiem, czy przypadkiem to nie irys.. czasami mylą mi się. Pamięć szwankuje, wszystko się miesza. Bo ten anyżowo-kamforowy wcale mi nie przeszkadza. Zaczynam szukać wśród znanych mi nut. I oczywiście, że nie znajdę odpowiedzi, bo to tajskie perfumy.


Grzybki


Swoich pierwszych Tajów poznałem w roku 2020, na kole podbiegunowym. Z dnia na dzień zdecydowałem się wyjechać tam do pracy - najcięższej, a zarazem najbardziej relaksującej w moim dotychczasowym życiu. Jako dziewięćdziesięciokilogramowy gitarzysta, po spektakularnym uderzeniu ryjem o pandemię, tę propozycję pracy otrzymałem z nieba. To był ostatni moment, w którym jeszcze dało się jakoś uratować cały ten mój niestabilny biotop, ale potrzebna była bardzo szybka zmiana. Do tamtej pory samotnie wynajmowałem pożydowskie mieszkanie na krakowskim Kazimierzu, które od końca roku 2019 dosłownie z miesiąca na miesiąc kosztowało coraz więcej, a właściciel - niejaki Jarema Bezdel (kiedyś tam jeszcze kopnę go w d⁎⁎ę za to wszystko, choć już mi przeszło... ale tak kolekcjonersko wypłacę mu kopa i podepczę myckę, jeśli nasze drogi się przetną) - nie miał żadnych skrupułów, by ciągnąć ze mnie pieniądze, które czuł, że mogę mieć, podczas gdy ja tak naprawdę ich nie miałem.


Wylot za dwa dni. Północ Szwecji. Formalności przedłużyły go o kolejne dwa dni, a bilet w tym czasie zdrożał z trzech do sześciu tysięcy złotych. Dziwne czasy. Co najbardziej zapamiętałem z tych kilku dni, to już w drodze do pracy, dwa urocze Cavaliery obwąchujące mnie pod kątem obecności narkotyków, podczas przesiadki w Oslo. Merdały do mnie, a ja zastanawiałem się, czy to dobrze, czy źle... czy wyczują, że 25 lat temu byłem ćpunem i będę musiał wrócić do Polski i odwołać kolegę, który przeprowadził się do mnie, żeby opiekować się kotami, sam rezygnując z wynajmu innego mieszkania z dnia na dzień. Merdały do mnie, a ja zastanawiałem się nad tym, jak będę miał przejebane, jeśli mnie zawrócą.


Udało się. Jestem na najdalszej północy Szwecji. Mam być anglojęzycznym pośrednikiem pomiędzy Ukraińcami a Szwedami. Pracującym na torach poliglotą. Od tygodnia nie mogą się porozumieć, bo ostatni pośrednik musiał uciekać. Jego brat po pijanemu nastąpił bosą nogą na rozbitą butelkę gdzieś w niemieckim mieszkaniu i wykrwawił się na śmierć. Chłop musiał wracać. Potem jeszcze spotkaliśmy się na tej północy i okazało się, że dobrze się znamy. Ale do Grzybków.


"Grzybki" to wymyślone przeze mnie przezwisko dotyczące Tajów obsługujących pole z domkami, w ścianach jednego z których spędziłem kilka następnych miesięcy. Uśmiechnięci, zapracowani, niscy, w wielkich wełnianych czapkach wyglądających, jak grzybowe kapelusze. Prowadzili skup borówek, ogarniali wielkie pole namiotowe, jeździli jakimiś koparkami... i zawsze machali nam na powitanie, gadając coś po tajsku i śmiejąc się z nas. Głównie przez ten czas śmialiśmy się z siebie nawzajem i dla wszystkich było to miłe.


Wan Sao Long


Trudno dotrzeć do prawdziwych tajskich źródeł dotyczących tej rośliny. Oryginalne przekazy były prawdopodobnie pisane na liściach bobu lub wypalane na skórze niewolników z niższej kasty i nic z tego wszystkiego nie zachowało się do dnia dzisiejszego. Jestem święcie przekonany, że Grzybki wiedziałyby coś na ten temat. A jest to roślina legendarna. Dawniej występująca jedynie w małych skupiskach, na terenach trudno dostępnych uroczysk południowej Tajlandii; dziś już nie tak endemiczna i rozpowszechniona wszędzie tam, gdzie znajdzie się choć trochę chłodu i wilgoci, które są jej niezbędne do przetrwania. Poza powszechnie znanymi wśród Tajów właściwościami leczniczymi, miała swym zapachem onieśmielać kobiety - i to właśnie ta najbardziej legendarna część informacji o tym tajemniczym ziółku, które pachnie w zasadzie w całości, na dodatek dość intensywnie. Różnie gada się o tym zapachu; dla europejskiego nosa najbliżej mu jednak do anyżu lub irysa. I na tym właśnie tradycyjnym ziółku Prin Lomros oparł swoje kolejne dzieło.


Thichila


Niby nie dzieje się wiele, jednak nie jest cienko. Nudność anyżu to Wan Sao Long. Początkowo w bliskim sąsiedztwie pobrzmiewa kurkumowy puder. Szybko jednak zanika i na wierzchu są właściwie dwie nuty. Ta druga, eukaliptusowa, wręcz rodem z Vicks Vaporub kamfora, to Borneol. Sprawia, że zapach wibruje, choć nie jest w stanie zbilansować uczucia mdłej, gumowej aury. Mdła, gumowa... to nie w negatywnym sensie. To nie tak, że coś się nie udało. Jest pewność, że tak ma być.

Dość słodkawy, ale nic a nic ulepny. Anyżowo-kamforowe duo jest tu zdecydowanie głównym tematem. Otoczone odległymi, kwiatowymi niuansami, cichnie z czasem, ustępując drzewno-kadzidlanej bazie. Oud prezentuje się tu jako dość pudrowe, słodkawe, drewno (myślę, że w idealnych proporcjach z sandałowcem). Tego typu gładki oud odtwarzany jest czasami w europejskim mainstreamie (Oud Palao). Na tym etapie kojarzy mi się również z bazą w ASQ - Filaria Oud. Kwiatów tu nie ma już zbyt wiele, jednak wciąż czuć daleko w tle jaśmin/tuberozę. Z drewienek oczywiście cynamon. Chyba największa porcja słodyczy pochodzi właśnie stąd. Kafir (czyli w uproszczeniu bardzo blisko skórki limonki) - jego nie czuję w ogole. Blend jest perfekcyjny - trudno rozkładać to na części. A może nawet nie powinno się.

Projekcja - niestety - bardzo średnia. Choć miło byłoby posiadać kilka mililitrów, tak na globala dwa razy do roku, pozastanawiać się, co tam Grzybki robią.


8/10


#recenzjeperfum #perfumy

b35dc05f-146e-4e5d-94b3-857284e818b5

@dziadekmarian Jak zwykle napisane ciekawie i niesztampowo z umiejętnym wplataniem historii spoza perfumowego świata, dzięki czemu recenzja jest wielowymiarowa Szacun!

Zaloguj się aby komentować

Dzień Dobry!


Prin - Onthamara to według twórcy klasyczny fougere uzupełniony o niecodzienne składniki pochodzenia roślinnego z dużą dozą zwierzątek: piżma, hyraceum oraz kastoreum. I dla mnie otwiera się głównie tymi właśnie pluszakami, otoczonymi dymem z labdanum i smołą sosnową. Skórzano-piżmowa petarda po godzinie transformuje jednak w uber kadzidlaka, jakiego nie powstydziłby się nawet Jan Paweł Wałęsa.


Niesamowity, możliwe że najlepszy zapach od Prina Lomrosa, jaki miałem przyjemność testować.


A co Was dziś nosi?


#conaklaciewariacie #perfumy

8860f40d-7469-449e-a211-13af6f2f588e

@dziadekmarian Prin Varuek, tutaj Prin chyba jak się odwracał to przez przypadek przewrócił butle z animalnymi bazami która prawie całą opróżniła się do kotła z kilkoma innymi składnikami. Początek nie bierze jeńców, ale jeśli przetrwasz ten animalny overdose to będziesz w stanie po kilku godzinach doświadczyć fajnie skonstruowanej mieszanki na bazie drzewa tekowego. Jak ja bym chciał żeby Loup po otwarciu pachniał jak varuek albo żeby varuek miał pierwsze chwile takie jak Loup, niestety nie można mieć wszystkiego a pachnidło idealne chyba nie istnieje.

Dzisiaj dzień testów. Lewa ręka - rzemieślniczy zapach ,,Huldra'' od Karola Obary. Kompozycja w większości oparta na naturalnych olejkach. Dla fanów Norne od Slumberhouse oraz estetyki Pineward warte przetestowania. Zaś prawa ręka - Ensar Oud ,,CP Raspberry''.


Zapachy całkiem inne i całkiem inna ranga perfumiarzy za nimi stojących. No i zupełnie inna półka cenowa Ale tu Was może zaskoczę - nos jakoś chętniej wędruje do lewego nadgarstka Karol, jak na perfumiarza - hobbystę, zrobił na prawdę dobrą robotę przy tym zapachu i na prawdę sprawia mi przyjemność poznawanie tych perfum.


Konkluzja z tego taka, że nos się ani marką ani ceną nie sugeruje tylko wybiera to, co mu najzwyczajniej ładnie pachnie

Zaloguj się aby komentować

Katana - coś tam coś tam Qadah coś tam coś tam


Co to za świeżak? Nuty prawie jak w Bleu de Chanel.


20 sekund


Co to za słodziak? Nuty jak w cukierni.


Co ta Katana...


Jednak coś eleganckiego, choć nieśmiało, wyłazi spod tej słodyczy. Drzewny, subtelny, może trochę warsztatowy wątek. Coraz bardziej skórzany. Nuta podobna, jak w Ombre Lesther, tylko w otoczeniu słodkiej wanilii. Bardzo słodkiej. Paczula, też słodka, czekoladowa, te tanie tabliczki na wagę. Co ta Katana... Nic z mirry i kadzidła. Tytoń w stylu Naxos. No co ta Katana...


Po 10 minutach już się tworzy mój nieulubiony skórzano-paczulowy akord. Nudna, słodkawa skóra. Jakby dodać cukru do marihuany. Albo marihuany do cukru. I czuć gdzieś w tle bardzo eleganckie drewno. Szkoda, że tak mocno ukryte.


No nie.


Nacotopoco 

5/10


SORY


#perfumy #recenzjeperfum

5916281b-0db5-4d6f-985a-c92b77eddbc9

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

@dziadekmarian no niestety tylko kolega Loadnip ostatnio bierze udział w rozbiorkachi co raz ciężej idą większość już chyba na tym poziomie tutaj że wiedzą czego chcą.

Zaloguj się aby komentować

Hej!


Skończył mi się Nawab of Oudh od Ormonde Jayne. Myślałem nad flakonem, ale jest bardzo duży. Może ktoś z Was miałby ochotę na rozbiórkę. Wyszłoby po 7,10zł/ml. Tak wstępnie pytam. Przytuliłbym ze 30ml, flakonu nie potrzebuję.


#perfumy

Zaloguj się aby komentować

Hiram Green - Philtre


Zacznę od niezbyt popularnego twierdzenia na temat definiowania świata, sformułowanego niegdyś przez Roberta Anthona Wilsona - jednego z bardziej fascynujących w moim mniemaniu dziwaków, jakich spotkałem na swojej drodze: opisując rzeczywistość, przedstawiamy jedynie możliwości obiektywu, przez który ją obserwujemy.


Czy jest sens pisać innym ludziom o zapachach, będąc niezbyt wprawionym w rozbieraniu ich na części pierwsze? A zwłaszcza opisywać je komuś, kto dobrze rozpoznaje nuty, ma za sobą lata doświadczenia w tej pasji, tysiące przetestowanych pachnideł... A kiedy to Ty jesteś doświadczony, to na ile możesz być pewny, że ktoś zrozumie, gdy napiszesz "ziemista paczula", "metaliczna róża", "techniczny oud"?


Przez ostatni czas narastało we mnie coś na kształt wewnętrznego "nacotopoco". Lubię tu czytać i lubię też pisać. Opisując rzeczy, odnosimy się do tego, co znamy. Rozumiem , że aby zostać zrozumianym, należy poszukiwać wspólnych punktów z rozmówcą, próbować korespondować również z jego doświadczeniami. Jak je odgadnąć, kiedy odbiorca nie jest nam znany?


Na szczęście wcale nie różnimy się od siebie aż tak bardzo. Pomimo tony śmieci, która przykleja się do nas w trakcie tej przedziwnej, trudnej podróży, wciąż mamy ze sobą wiele wspólnego. Dlatego lubię odwoływać się do tych "najpierwszych" skojarzeń, podstawowych uczuć. Zatem nie do tego, co zdefiniowałem ja sam, ale właśnie do chwil, które zdefiniowały mnie.


Cmentarze


Mój kraśnicki stary cmentarz na pewno w wielu punktach różni się od każdego innego cmentarza na świecie. Nie posiada formy wielkomiejskiego, starego parku (jak np. krakowski Rakowicki czy przepiękny lubelski cmentarz przy ul. Lipowej). Dziś nie jest już również "romantyczny" czy kameralny... tego zjawiska doświadczyłem po raz ostatni okazjonalnie w późnych latach dziewięćdziesiątych, w postaci jednego z maleńkich, zapomnianych, wiejskich cmentarnych zagajników Chełmszczyzny, gdzie niewielki żeliwny krzyż, złapany w uścisk przez dwa próbujące się przytulić drzewa wrósł w nie, został wyrwany z ziemi i wyniesiony na wysokość głowy, a mijające lata uczyniły go po prostu częścią przyrody, zaakceptowaną przez mieszkańców. Coś takiego. Cmentarz jako zjawisko przyrodnicze.


Lecz jeszcze wcześniej, w latach 80' te mniejsze cmentarze wciąż miały ze sobą wiele wspólnego. Niemal każdy posiadał starą część - wilgotną, gdzieniegdzie porośniętą mchem, z choćby kilkoma ogromnymi drzewami, których szumiące korony pozwalały w gorące dni zachować cień w miejscach, gdzie na chałupniczo skonstruowanych ławeczkach przesiadywały kruche babcie, spędzając wolny czas na gawędzeniu, a między nimi przechadzali się zmarli ojcowie, mężowie, synowie. Stonowane, nigdy zbyt głośne rozmowy w otoczeniu ostatnich miejsc i ludzi, z którymi jeszcze cokolwiek te staruszki łączyło. To jeszcze czasy, zanim nowoczesne budownictwo rozpoczęło masowy gwałt na tych miejscach; zanim wmówiono nam, że każdy z nas może być Gaudim i że kosztowny materiał jest w stanie zastąpić styl i nie zaburzy pierwotnego przeznaczenia cmentarzy jako dzieł kultury, miejsc zadumy, wyciszenia i spoczynku - a tego ostatniego zarówno dla umarłych, jak i żywych. Im gęściej te nowoczesne pomniki zaczęły się pojawiać, zmarli coraz mniej chętnie przechadzali się alejkami. Stłoczyli się w starych częściach cmentarzysk, aż w końcu pokrywali się pod ziemią ze strachu przed tymi granitowymi landarami, a same cmentarze z roku na rok stawały się coraz bardziej martwe.


W dzieciństwie wyjście tam z którąś z ciotek było dla mnie przygodą. Mnogość kwiatowych rabatek oraz zasiedlających je owadów. Gryzonie, płazy i gady zamieszkujące pęknięcia i zapadliny. Naturalnie wydeptane, choć jakoś tam kontrolowane alejki. Mieliśmy kilka miejsc: dwa w najstarszej, tej zgrzybiałej części ze wspaniałą fauną i florą, rzeźbami z piaskowca i gadającymi staruszkami; część z lat siedemdziesiątych, gdzie pastowało się lastrykowy pomnik, wyglądem przypominający wypłowiałą kaszankę, z sąsiadką codziennie przesiadującą przy grobie męża-lotnika, zmarłego podczas wojny (nigdy ponownie nie wyszła za mąż), opowiadającą mu każdy dzień. Tu było zdecydowanie mniej drzew, a część z nich mocno zniekształcona - jak gdyby niektórzy "mieszkańcy" nie zdążyli jeszcze pogodzić się z własnym losem; wchodzili w pnie i wykręcali gałęzie próbując przegryźć się przez korę z powrotem do świata żywych.


I w końcu ta "nowa" część, obsrana tak zwanymi świeżymi kwiatami, zniczami, z pobliskim śmietnikiem, cyklicznie podpalanym przez kustosza/grabarza. Zero przyrody, tuje, czysta śmierć. A o śmierci mówiło się przy dzieciach, jednak nie w taki sposób, w jaki było ją czuć w tym miejscu. Pamiętam, że przerażało mnie to, jak prędko powstają nowe alejki. I tutaj przejdę już do opisywania Philtre - choć mam wrażenie, że trochę już go opisałem.


Philtre


Zapach otwiera się goździkiem (kwiat), wraz z ziołowym, zielonym lecz ciężkim i duszącym dodatkiem mdłych ziół. Już jest trochę cmentarnie, kwiatowo i ciężko. W niczym nie przypomina goździka z Xerjoff 1888 - tu jest bliżej do Beaute du Diable. Albo w zasadzie to jeszcze dalej, bo Beaute du Diable jest świeższy (!) i niezbyt zmienny. W Philtre ktoś wciąż przekłada jakieś chaszcze, przelewa zużytą wodę z wazonów... Niepostrzeżenie dołącza - i po 10 minutach już dominuje - goździk (tym razem przyprawa). Wciąż jest mdło, wręcz lekko dymnie - być może to te "stems" - łodygi, ale nie świeże. To nie są trawy, łodygi świeżo skoszonej łąki. One są ciężkie i zalegające. Philtre to pierwsze czyszczenie świeżego grobu, wyrzucanie więdnących kwiatów, których dołącza jeszcze trochę. Jaśmin odnajduje się pośrodku tej sterty i dusi nie mniej namiętnie, co cała reszta tego zielska. Wraz z najcichszą chyba tu różą pozostaje w tej mdłej harmonii, niczego nie ożywiając. To okolice wypastowanej grobowej płyty w otoczeniu niezbyt świeżych kwiatów w gorący, suchy dzień. Jedyna wilgoć to ta gnijąca woda z wazonów. Jest jeszcze nuta podobna do cywetowego akordu od Bogue. Bardzo nikła. Dodaje groteskowości. Po testach O! Doleur nie bardzo lubię o niej pisać.


Chciałbym kiedyś odnaleźć ten pierwszy, najstarszy...


Z rana, po ośmiu godzinach, już bardziej przypomina 1888. Ale to chyba tylko ten goździk, który jakoś przetrwał noc.


#perfumy #recenzjeperfum

1733086f-7b8c-45c9-bca1-8d713327c5cf

@dziadekmarian, poruszył mnie opis cmentarzy. Coś jest w tej nieograniczonej fantazją granitowej puszczy. W zeszłym roku chowaliśmy dziadka i sporo członków rodziny narzekało, że co grób to inna wysokość, nierówno się kończyły, co tych mniej uważnych mogło doprowadzić do upadku.

Pod koniec zeszłego roku byłem na szkockim cmentarzu, właściwie dwóch, oba w bliskiej odległości od centrum. Piękne, stare płyty z napisami, kto, z kim, kiedy m, czasami opisane historie życia. Zielono, dużo miejsca. U nas w większości to płyta horyzontalna, wertykalna i powsciskane jeden obok drugiego ze sztucznymi kwiatami.

@Ukradkiem No właśnie. Bardziej to dziś przypomina efekt pracy deweloperów. Bez kontekstu, bez hostorii i niespójnie. Na dodatek natura nie za bardzo ma co z tym zrobić, bo to już nie część przyrody, tylko cywilizacji...

Zaloguj się aby komentować

@dziadekmarian a czemu nie prawdziwe ,babeczka zweryfikowana z dobra i dość długa historia na parfumo,po drugie to tylko 7,5ml.

@dziadekmarian tak tylko zwróć uwagę że to wszystko miniaturki, jak ktoś ma dobre dojścia, to jeszcze trochę tego mozna znaleźć, moim zdaniem wszystko ok

Zaloguj się aby komentować