#perfumy
Żeby zapamiętać.
Bekon świeca. Tag się zgadza? Nie no zgadza się.
Bekon świeca. Ok. Zapamiętaj.

#perfumy
Żeby zapamiętać.
Bekon świeca. Tag się zgadza? Nie no zgadza się.
Bekon świeca. Ok. Zapamiętaj.
Zaloguj się aby komentować
Super za⁎⁎⁎⁎sty zapach u Pana Lucjana.
#perfumy
Zaloguj się aby komentować
Moi drodzy!
Wsadziłem dziś w tramwaju palec pomiędzy dwie panie, ale to tylko po to, by dosięgnąć przycisk otwierający drzwi. Natychmiast po tym akcie gwałtu na kobiecej prywatności dosięgły mnie dwie pary oburzonych oczu. I miałem dość dużo do powiedzenia na ten temat, jednak - nie zgadniecie - to naprawdę był mój przystanek (choć nie wierzę w tego typu własność).
Po całych siedmiu sekundach od chwili, gdy czworo nienawistnych ślepi wyssało ze mnie cały zapas dopaminy, wpadło mi do głowy, że być może palec był jak najbardziej na miejscu, a chodziło jedynie o skromny oprysk z Royal Barn.
A co tam u Was?
#conaklaciewariacie #perfumy

@dziadekmarian Clive Christian No. 1 Masculine - świetny kwiatowiec, z pozoru trochę kobiecy i bardzo elegancki słodki, mydlany i pudrowy
@dziadekmarian U mnie dziś designersko. Rano wpadł już niedostępny Armani Code Absolu, super połączenie suchej wanilii z zamszową skórką, a wieczór po męsku Moschino Toy Boy
Zaloguj się aby komentować
Powrót z pracy nocnym autobusem. Na klacie obficie Prissana Haxan. Widzę, jak oni wiedzą, że ja wiem, że oni wiedzą, że ja wiem. A to całkiem normalny zapach.
#perfumy #conaklaciewariacie
Zaloguj się aby komentować
https://testery-perfum.pl/xerjoff/casamorati-1888-unisex/71757.html
Oryginalny zapach w bardzo dobrej cenie. Siedzi już od paru dni na tej stronie. Wzór, trzeba to znać.
Zaloguj się aby komentować
PK Perfumes - Maderas de Oriente Oscuro
Wczesnojesienne, słoneczne popołudnie pod deszczowym poranku. Czas wziąć się do pracy. Dziadek - technik pszczelarstwa, zakończył właśnie ostatnie miodobranie tego roku. Przygotował ule do zimowania; oczyszczone ramki, oparte o ścianę stodoły, w pełnym słońcu czekają na inspekcję. W powietrzu rozchodzi się woń przysychającego miodu oraz połamanych plastrów.
To wciąż ten sam dzień, jednak czas płynie jakoś inaczej. Pochylający się na dachem, ogromny orzech włoski traci czerniejące liście. Trzeba wejść na górę, strącić resztę orzechów, posprzątać dach. Wybieranie łopatką humusu z orzechowych skorupek, gałązek i liści, zalegającego pomiędzy czarnymi kałużami w dachowych rynnach. Zapach roztartego, gnijącego listowia. Ziemisty, trochę ostry, botaniczny. Humus z liśćmi do jednego wiadra, orzechy do drugiego. Na dół po omszałej, trochę śliskiej drabinie, ostrożnie. Wysyp na dymiącą się kupkę gałęzi i z powrotem na dach. I jeszcze raz, tup tup.
Dym. Nie jakiś tam nowoczesny, z kosiarek, plastiku i śmieci - ale ten stary, swojski, pospolity na prawdziwej, dawnej wsi. Dach posprzątany, reszta orzechów zebrana. To już jesień w pełni. W wilgotnym otoczeniu czuć bliskość lasu: mchem, mokrym poszyciem, grzybami. Ramki, których nie dało się naprawić, wciąż stoją oparte o ścianę. Pachną teraz jak obsikane, ale tylko trochę. Czuć je, kiedy przechodzi się obok stodoły w kierunku świronka. Tam z kolei, jeszcze kilka chwil temu nanizana na drut i rozwieszona pod belką, gigantyczna zielono-żółto-szara gąsienica z liści tytoniu, z wolna brązowieje w słońcu. Jej początkowo pieprzna, sierpniowa ostrość teraz blaknie, drewnieje wraz z całym październikowym podwórkiem. Wilgotność otoczenia - choć coraz słabsza - jeszcze wyczuwalna. Wciąż wiele tu zapachów jesiennego dnia pracy na gospodarstwie utrzymującym się z pielęgnacji oraz zbierania darów natury: pasieka, pole tytoniu, orzechy, grzybobranie. Dymu nie jest wiele - on po prostu jest obecny w tym otoczeniu i nie przeszkadza w doświadczaniu reszty zapachów. Wszyscy do jego obecności są przyzwyczajeni.
Wraz z tym chylącym się już ku końcowi przedziwnym dniem, wszystko przysycha coraz bardziej i bardziej. Wilgoć, która wcześniej niosła na sobie zapachy ciężkiej pracy mikroorganizmów rozkładających organiczną materię, zanika wraz z zachodzącym, listopadowym słońcem. Ustępuje nutom suchych drewien oraz dymu - ten staje się już bardziej oczywisty, wyraźny, uproszczony. Na podwórko patrzymy teraz z ciepłego, suchego wnętrza chaty, przez okno sieni, w której trzyma się mały zapas drewna i połamane ramki na opał, susz owocowy, przyprawy. Tytoń stracił żółte i zielone refleksy. Teraz to już rząd martwych, pomarszczonych i brunatnych liści, przyozdabiający ścianę sieni jak naszyjnik z zębów troli. To część narkotyku przeznaczona na własny użytek, gotowa na swoją ostatnią drogę: tę do płuc potrzebujących.
W tym tonie zapach zamiera; cichnie jeszcze przez dość długi czas. I choć do zimy wciąż daleko, podwórko powoli układa się już do snu - w oczekiwaniu, aż przykryje je pierwszy śnieg.
8,5/10
#perfumy #recenzjeperfum

Zaloguj się aby komentować
Unleashed Apothecary - Afrikaan Ambergris
Niech zacznie się prosto. Ale nie idźcie jeszcze do kibla, bo mam ciekawe spostrzeżenia.
Pierwsza myśl: szpital. Druga: nie wiem skąd, ale wysmagane wiatrem futro dzikiego zwierza. I teraz: ile dzikich zwierząt powąchałem? Znam zapach lisa, niedźwiedzia. Martwego bażanta. Może to głupie, ale wąchałem też myszy, chomiki, króliki, swinki morskie. I to chyba będą one, a bardziej ich otoczenie. Gdzie zatem czai ten dziki zwierz? Hej! To wcale nie musi być Lampart. To może być walcząca o każdy kolejny dzień Ryjówka. Aj, dobra, pójdźmy w jeszcze mniejsze gabaryty. Proszę Cię teraz: na następny spacer zabierz ze sobą słoik i zanurz go w takim bajorku, porośniętym na powierzchni rzęsą wodną. Jeśli spojrzysz wystarczająco wnikliwie w ten kalejdoskop, ujrzysz prawdziwą walkę o byt. Brutalny ekosystem, kill or get killed w Twoim słoiku.
W każdym razie, takie futerko gryzonia - dzikiego i zdeterminowanego jak sqrvysyn!
Są takie rodzaje plastiku, które palą się oddając podobny zapach. Wciąż kojarzy mi się on ze szpitalem i futrem.
Z czasem ten medyczno/futerkowy zapach robi się trochę bardziej warsztatowy - ale jest to skojarzenie z pracownią, w której obrabia się drewno. Woń drzewnych wiórów zmieszana z chemią maszyn do obróbki drewna. Zapach parującego z wierteł chłodziwa. To z mojej strony wciąż próba interpretacji hyraceum - a być może mamy do czynienia z brudną (nie białą), tańszą ambrą. Bo jednak przewodzi tu wciąż taki medyczny, ale też słonowodny, złożony z kilku dźwięków akord, obecny od samego początku aż do skąpanej w waniliowo-irysowym puddingu śmierci. Ale o tym będzie za chwil parę.
Afrikaan Ambergris nie daje o sobie zapomnieć; jest tu coś magnetycznego. Jakość składników, nieoczywistość skojarzeń. Pewna liczba (bo nie mnogość) niuansów, żądających rozwiązania. I z czasem coraz bardziej i bardziej pojawia się ten oczywisty, choć nie pudrowy irys (początkowo cholernie kompatybilny z tą główną nutą) - i w zasadzie jest to moment, kiedy nasz artysta stopniowo od planu "A" zaczyna przechodzić bezpośrednio do planu "Ż" (tutaj oznacza on "żegnam"). Za irysem wkracza bowiem wanilia. Bardzo ładna - a i owszem. Na tym etapie zaczynamy jednak mieć sytuację, w której można już spokojnie wyjść do ludzi z tym zapachem. Początkowe, niejednoznaczne wrażenia coraz bardziej rozpływają się w tym nowym, oczywistym duecie. A czy na pewno o to chodziło w perfumach, które na starcie posiadały aż tak ciekawy ładunek kontrowersji? Czy jest tu jakaś specyficzna filozofia, czy jednak to kolejny niedokończony pomysł na pachnidło, którego ostatecznym celem jest to, jak bardzo uspokaja się z czasem?
Mimo, że wciąż jest naprawdę miło, to zaczyna mi to przeszkadzać w odczytaniu tej głównej historii - a bardziej w doczytaniu jej do końca. Pierwsza godzina spędzona z Afrikaan Ambergris zdecydowanie odkryła mi jakąś nową drogę; dobrze czułem się w jego otoczeniu, choć zdecydowanie w tej fazie nie nadawał się on między ludzi - tam tylko by wkurwiał, bo był zbyt osobisty, by wąchać i oceniać go "w przelocie". Dla osób postronnych potrzebowałby wyjaśnienia, jakiejś genezy. Wytłumaczenia, co będzie później.
Nie, czekaj. Bez sensu.
Spróbujmy odwrócić linię czasową tych perfum. Jako że knajpy są (podobnie, jak Bieszczady czy Roztocze) moim naturalnym środowiskiem - załóżmy, że wchodzisz do knajpy w otoczeniu pięknej wanilii połączonej z irysem, czyli dokładnie końcówka tego zapachu. Tutaj chciałbym nadmienić, że nieraz szukałem kameralnej, nocnej knajpy, po zakończonej o 3:00 w nocy zmianie w gastro, czy zagranym w jakiejś knajpie gigu, by stworzyć sobie jakiś gradient pomiędzy natłokiem ludzi, słów, dźwięków, a domową ciszą. Miejsca, w którym bez szoku przejdę do kontaktu z sobą samym. I kiedy w takie miejsce psiknę się Naxosem, to niestety - zawsze ktoś się przyjebie o zapach. I zdarzyło mi się zacząć w ten sposób długie rozmowy o pięknie prostej poezji, o wąchaniu kwiatków na grani, i poszukiwaniu ciszy, dojeniu łoszy, malowaniu na krowach napisu "Milka". Głównie jednak sprowadza się to wszystko do rozmów prostych. Żeby nie było: takie też są miłe. Ja jednak najczęściej staram się uderzać w bardziej czułe struny - sensoryka człowieka bardziej mnie interesuje. Wdychanie ludzi. To, co naprawdę myślą. Nie zawsze jednak myślą wiele. I to prawdopodobnie też nie jest niczym złym. Tylko wtedy nie za bardzo jest co wdychać.
Dobra. Wiem, że większość tagowiczy załatwia się szybciej, niż da się przeczytać moje posty.
Afrikaan Ambergris od tyłu brzmi mniej więcej tak: wchodzisz do jakiegoś miejsca, ktoś zagaduje Cię, że super zapach. Pierwsze minuty rozmowy odkrywają, że jesteś miły, nawet dość elokwentny i nie myślisz od razu o taksówce do łóżka, tylko naprawdę chcesz dobrze porozmawiać. W trakcie rozmowy wanilia stopniowo zanika i pojawia się trudniejszy w odbiorze irys. I to jesteś w stanie wytłumaczyć, bo patrzycie sobie w oczy a Ty nie kłamiesz. Wiesz, jak wygląda kolejny rozdział tej historii. Wejdzie stolarka, chłodziwo, lakier... a skończy się na szpitalu.
I jeśli zrobisz to dobrze, z wyczuciem oraz poszanowaniem drugiej osoby, to zostanie ona z Tobą do samego końca tej historii.
Jeśli wybierasz się w najbliższym czasie na klasowe spotkanie... i zamierzasz zabrać tam stare, tureckie spodnie sprzed trzydziestu lat - właśnie te, których celowo nie wyprałeś od trzydziestu lat, żeby zachować w nich ducha czasów - to wiedz, że jest to za⁎⁎⁎⁎sty pomysł. Ważne jest jednak, na którym etapie spotkania dasz je im wszystkim do powąchania. Moim zdaniem powinno to być gdzieś pod koniec...
Tego najbardziej żałuję w Afrikaan Ambergris, ale też w wielu innych perfumach. Gdyby odwrócić bieg zdarzeń, moglibyśmy lepiej opowiadać o takich zapachach. Zaczynałoby się niewinnie, a z czasem bylibyśmy w stanie opowiedzieć, dlaczego kończą się tak, a nie inaczej.
Nie jestem pewny, czy dostatecznie oddałem myśl. Ale chyba tak.
8/10
#perfumy #recenzjeperfum

Zaloguj się aby komentować
23 grudnia 1999. Siedzimy z Kasią w podartych swetrach na podłodze dworca kolejowego w Gliwicach. Robimy tak zwany klimat. Za parę chwil zabierzemy go ze sobą na Lubelszczyznę, gdzie razem spędzimy święta.
Na dworcu być może i jest kilku bezdomnych. Ja pamiętam tego jednego. Wygląda, jak bosman z kazdego mieksca na głowie i twarzy wystają mu rowniutko nastroszone, białe włoski. Taka zimowa, włochata, uśmiechnięta kulka. Kręci się po poczekalni, prosi ludzi o pieniądze. W końcu kieruje się w naszą stronę. Próbuję uprzedzić pytanie i już szukam drobnych w kieszeni. On kednak zatrzymuje się dwa metry przed nami, podnosi wysoko rękę, na jego twarzy maluje się szeroki jak torowisko w Jaworznie uśmiech, a z ust wydobywa się okrzyk:
Wesołych Świąt, C⁎⁎ju!
No to ka Wam teraz również tak z całego serca: Wesołych Świąt
#perfumy
Zaloguj się aby komentować
Szanowne Państwo!
Chciałbym zapytać o coś ważnego.
FOMO
Bo za każdym razem, kiedy ktoś postuje jakąś okazję (sam przecież to robię), ja odpalam się, że to ostatni taki deal. I nie chodzi o to, że jest o dwajjścia czy cztardzieści złoty taniej. Tylko, proszę Państwa, że zaraz to zniknie w pierony i w ogóle nie będzie niczego.
Ahojas. Nie znam. Ale chcę, chciałbym. Zacny Qtavon postuje okazję i ja szaleję. Kupić, k⁎⁎wa, nie kupić, poczekać dwa dni, tydzień, wyjechać do Pruszcza Gdańskiego, wziąć garść czubrycy i rozsmarować sobie na twarzy... Nie wiem, co robić wtedy. Bywa to niepokojące.
Czasami potrzebuję, żeby ktoś uspokoił sytuację. Nie są to powody finansowe - rachuneczki płacę. Do kompulsywnego kupowania starych książek czy ciekawych gitar/wzmacniaczy, na których nie da się grać, jestem przyzwyczajony (uwierzcie, to jest podobnie działająca subkultura - kupujesz jakąś pojebaną gitarę z lat 70' za 5k, żeby na niej pograć przez dwa tygodnie, a potem oddajesz ją dalej - lub nie, jeśli pokochasz - w tej samej cenie, jednej z kilkudziesięciu osób, które nie zdążyły kliknąć "buy" przed Tobą - a bywa też, że zostajesz z jakimś reliktem, którego nikt już dalej nie chce wziąć, w on Ci wcale nie pasuje). Jednak dziś mam taką myśl: jest Kajal Sawlaj za 440 u Lucjana. Zapach pamiętam - a to już dużo. I kupiłbym, choć odlewkę 10 ml użyłem 4 razy od pół roku - za każdym razem byłem zadowolony. Więc w sumie, jeśli mi się skończy i będę tęsknił, to dokupię od kogoś. Nie po 4,40, ale po 6,60. Nic się złego nie stanie. I z drugiej strony jest ten Ahojas, którego nie znam, a jednak chcę kupić bardziej, niż to, co pewne. Znacie to, mam taką nadzieję...
Niech mi ktoś zatem powie coś mądrego na temat tego Ahojasa (to tylko przykład : mógłby to równie dobrze być Ohujos), którego nie znam, a chcę natychmiast kupić. Ja częściowo znam odpowiedź, ale ta część dotyczy tego, jak działa mój chomik między uszami. Ja, mniej lub bardziej, przez całe życie byłem i jestem motywowany przez FOMO. Lubię uczyć się od lepszych; lubię musieć wytężać umysł, by móc pójść dalej. Stąd bywa, że kupuję rzeczy w ciemno, pod wpływem większych umysłów w danej materii.
Z gitarami jest taka sprrawa że nikt Ci o konkretnym egzemplarzu nie opowie tak, jak Ty sam mógłbyś go poczuć pod własną ręką. I nie możesz przetestować sampla, bo gitary nie da się rozlać jak perfumy. Ale przecież są też takie perfumy, co już na świecie się kończą... Najwyraźniej Ahojas również się kończy. Tak, jak skończył się Almas, którego flakon udało mi się zabezpieczyć dzięki Koledze z naszego szalonego ministerstwa zapachów nieoczywistych.
No ale, moi drodzy. Czy to rzeczywiście są wymierające dinozaury, które trzeba chwytać, gdy tylko jest okazja? Ja nie wiem. Powiedzcie coś. I nie pytam o pieniądze, tylko o tę dziwną potrzebę dogonienia mistrzów - nie, żeby ich przegonić, ale by zrozumieć, dokąd iść. Trudne się wylosowało, przepraszam.
#perfumy
@dziadekmarian jak wbiłem lvl 18 i zacząłem sie interesować piwem to trafiłem na któryś krakowski festiwal gdzieś przy fabrycznej. Byłem w raju: IPY, RISy, Witbiery, jakieś warianty niestworzone, coś wspaniałego. Szybko jednak dotarło do mnie, że nie spróbuję nawet połowy. Mówiąc inaczej: przegapię PONAD POŁOWĘ piw jakie tu są. No to jak niby mam wybrać, co jest warte spróbowania a co mogę olać? Skąd mam wiedzieć że napiłem sie tych których warto było się napić, a ominąłem pozostałe? I jak zwaliduje ten wybór SKORO NIE MAM PORÓWNANIA DO POZOSTAŁYCH? Przecież to jakiś koszmar a nie rozrywka. Z festiwalu nie wyszedłem zadowolony z kilkunastu odkrytych piw, nie. Wyszedłem rozgoryczony tymi kilkudziesięcioma które mnie ominęły. Nie ważne było że spróbowałem najlepszego w swoim życiu (na tamten moment) przedstawiciela AIPA czyli szalonego alchemika z Dukli, ważne było że NIE SPRÓBOWAŁEM jakiegoś tam RiSa którego nawet już nie pamiętam.
Sytuację nieco poprawił BeerWeek na Cracovii gdzie mogłem brać próbki na dnie kufla, i próbować już nie kilkunastu lecz kilkadziesięciu piw, a nawet częstować ludzi własnym domowym. Nadal kurde jednak nie potrafiłem wybrać co ominąć, a dodatkowo dochodził paraliż "co wziąć na start, póki zmysły mam ostre"? Super rozrywka xD
Nie wiem kiedy odpuściłem, może to przesyt na rynku i coraz większa liczba premier, a może po prostu znudzenie materiałem, ale był moment gdy zrozumiałem"j⁎⁎ać to". Poszedłem jeszcze raz na festiwal, ale bez presji, chciałem po prostu napić się piwa, wedle swojego gustu, który już miałem nieźle poznany na tym etapie. I to był najlepszy festiwal na jakim byłem xD też BeerWeek ale nie pamiętam numerku edycji.
W każdym razie, dobijając do brzegu, dla mnie łapczywe FOMO to coś co z jednej strony motywowało do poznawania, ale z drugiej okropnie psuło całość doświadczeń. Wybrałem wlasnie piwo i to jeszcze w Krakowakim półświatku, bo wiem że Ty tu jesteś bardziej wsiąknięty niż ja, więc pewnie przykład Ci bliski xD
W perfumach na początku miałem podobnie: wszystko, już, teraz, co jak coś mnie ominie? I była to dobra ścieżka, poznałem Mythsa, poznałem DHP, poznałem Ganymede. Ale teraz mi się krzywa nieco przechyla w drugą stronę. Chciałbym posiadać tajne flakony w kolekcji, ale nie mam aż takiego parcia na dalsze szukanie, zmęczyłem sie, osiągnąłem cel i poznałem swój gust. Fakt że nowości wpada nadal dużo staje sie już bardziej męczący niż rozwijający xD
Ogólnie to nie lubię FOMO
Nie ma sie co martwic ze okazja ucieknie nam spod nosa. Z doswiadczenia wiem ze jesli chodzi o perfumy to nawet za 10,20,30 a moze i nawet wiecej lat bedziesz w stanie kupic takiego ahojasa;) Jestem w 100% przekonany ze perfumy ktore sa limitowane nawet do kilku flakonow na caly swiat bedziesz w stanie zdobyc w ciagu tych kilkudziesieciu nastepnych lat. Skad to wiem? Bo my jestesmy tak po⁎⁎⁎⁎ni ze mam po kilkadziesiat a nawet kilkaset flakonow i jeszcze wiecrj odlewek. I ta liczba sie jedynie powieksza xD A co za tym idzie to nie jestesmy w stanie wypsikac jednej flaszki przez cale zycie;) btw zobacz sobie jakie flaszki np ALD sa na souku na parfumo. Zawsze pelne albo bez kilku psikow albo po rozbiorce. Ja sam jedyne co osuszylem to kilka dekantow xD ostatnio widze jakies ubytki we flaszkach bo ograniczylem ilosc i psikam glownie Derby, Antaeusa i BelAmi.
Zaloguj się aby komentować
#perfumowehistorie
Taka historia.
Po dość ciężkim dniu pracy postanawiam pójść na karaoke do znajomych muzyków (grają na żywo; męczą się niemiłosiernie, bo nie chce im się dodać do listy utworów dwudziestu piosenek, które lubią grać). Biorę coś tam, siadam blisko sceny. Już mnie wołają, żebym coś zaśpiewał. Zapchajdziura przyszła; będzie robić nieudane salta na scenie i zmieniać teksty z ładnych na brzydkie. Nie-e-e-e-e. Dziś nie spełniam życzeń. Odpoczywam. Ale czy na pewno?
Po dziesięciu sekundach od "usiądźnięcia" odczuwam jakiś gorący powiew na lewym uchu. Zespół cieśni nadgarstka powoduje, że przez 22 milisekundy nie do końca wiem, co się dzieje z moim uchem. W międzyczasie jednak dociera do mnie niepodważalny fakt, że to działa tylko z dłonią... i po tych 22 milisekundach słyszę wreszcie: CZEŚĆ MARECZEK! ZGADNIJ, CZYM DZIŚ PACHNĘ!!!
...
Kolega. Przychodzi śpiewać Franka Sinatrę operowym głosem. Strasznie mnie to wkurwia, ale przyzwyczaiłem się.
Był kiedyś taki przypadek: jakaś firma wysłała swojego kosmitę na orbitę. Coś miał naprawić, pokombinować. Ale gdy już nadszedł czas powrotu, coś nie domknęło się do końca i włączył się alarm. Piiip, piiip, piiip. Chłop zgłosił to do "bazy". Szybko okazało się, że to tylko jakiś błąd systemu. Mimo to nijak nie dało się wyłączyć alarmu - a był on bardzo donośny.
Po kilku godzinach - już podczas powrotu - facet od tych dźwięków zaczął wariować. Wżerały mu się w głowę - co w połączeniu z samotnością wywoływało lęki (szczerze mówiąc wątpię, by wysyłało się na takie misje jedną osobę - ale taką historię przeczytałem pimcet lat temu). Kiedy ów człek już dość wyraźnie zbliżał się do osiągnięcia czwartej gęstości obłędu, dano mu "na linię" panią psycholog. I tak, kroczek po kroczku, doszli wspólnie do sytuacji, w której facet został przez nią przekonany, by zakochać się w tym dźwięku. No bo nie było w tamej chwili innego wyjścia.
Kiedy, po niezliczonych kolejnych godzinach, wylądował w końcu na Planecie, był w błogim stanie.
...
Za każdym razem, gdy ten kolega śpiewa, ja myślę o tamtym kosmonaucie. I naprawdę pomaga.
ZGADNIJ! (bawimy się czasem w tę zabawę, bo raz zgadłem TF Noir na nim, i kiedyś też ADG na takim dziadku, co podrywał młodych chłopaków - wszystko to na tych karaoke - nie wymieniliśmy tiktaków, nigdzie indziej się nie spotykamy)
Jakiś taki metaliczny, troszkę dymu. Ale też mokry. Niewiele czuję. Szampon trochę. Trudne.
AAA, NIE ZNASZ! T-REX OD ZOOLOGERA!
... co kurw
Znam T-Rexa od Zoologist. Ale to nie jest to. Ktoś coś kupił na bazarku. Ale czekaj, nic nie mów, zamień się w słuch...
STARY, JEST TAKA (dobra, chodzi o to, że w knajpie jest głośno, moje ucho zmęczone i mokre)
- Stary, jest taka perfumeria: Insity. Robią idealne inspiracje najlepszych zapachów. Ale co jest najlepsze: używają ambroksylotolidolu, żeby miały większą trwałość! Chłopie, Zoologer kosztuje 2500 za 50ml, a ja to kupiłem za 30 ziko! Idź tam jutro, to zobaczysz!
- Śpiewałeś już?
-Nooo! Już trzy numery.
- ...za⁎⁎⁎⁎ście.
(mój zapach podczas tej rozmowy: Chypre Palatin podbity kroplą Paradise Soil, wiadomo od kogo)
Tak że ten. Taka historia. Zasoby miłości pozostają na bezpiecznym poziomie. A przecież mógł jeszcze zaśpiewać...
#perfumy
Zaloguj się aby komentować
Mandodari Mandodari na spacerze z Diaghilevem
Prin: no to co, zajaramy? Czy cię żona z domu wy⁎⁎⁎ie?
Roja: kolego, ty już walisz dymem. Nie musisz nawet palić. Po prostu powąchaj się i zjedz cytruska, będziesz zdrowszy. Masz, jedz. A ja przynajmniej mam żonę.
Prin: nie nie, dzięki stary. Wyciągam tytoń.
Roja: mówię ci, cytruska zapodaj... Ty, co ten tytoń taki słodki? Do niego też dodajesz cukier?
Prin: dzieciaku, on nie jest słodki. Choć nie jest też niesłodki... Cywet ci wypadł z kieszeni.
Roja: chyba tobie. Dobra, palisz, czy będziesz tak tylko miętosił? Mordo, nieźle ci się odkleiło od tego spania w jaśminie. A, goździk ci z ucha wystaje.
Prin: na razie miętoszę. Rozrobię sobie z mchem.
Roja: chcesz trochę mojego? Mniej wysuszony.
Prin: nie, dzięki. Nosisz go w pudełku po mydle...
Roja: no właśnie, kolego. Mógłbyś się w końcu wykąpać.
Prin: spoko, kiedyś się wykąpię. Ale na pewno wtedy nie pomylę kabiny prysznicowej z tą drugą.
Roja: weź, dla mnie jesteś szyprem.
Prin: a ty dla mnie jesteś szyprem.
Roja: dobra, wiesz co, spierdalaj.
Prin: a ty spierdalaj.
Roja: wypierdalaj do Tajlandii
Prin: prin prin prin
#perfumy
Zaloguj się aby komentować
#perfumowehistorie
Skradziona ambra
Sto funtów ambry przechwycono w Seattle jako skradzione mienie. Oszacowana wartość wynosi 30$ za uncję, czyli 48.000$ za sto funtów (45kg). Sto funtów czystego złota byłoby warte o 16.000$ mniej. A gdyby podobna ilość złota została skradziona w Seattle, wywołałoby to wielkie zamieszanie.
Ambra jest rzadsza od złota. Jej zasoby są niemożliwe do oszacowania. Trudniej jest ją znaleźć i trudniej transportować. Znajduje się ją pod postacią brył unoszących się na powierzchni oceanu, a czasami również we wnętrznościach Kaszalotów Spermacetowych.
Jednakże liczebność kaszalotów jest bardzo mała, a kawałki ambry stają się coraz rzadsze w miarę spadku populacji tych wielorybów. Cena wzrosła, choć ambra zawsze dobrze się sprzedawała. Kawałek ważący 130 funtów (59kg), znaleziony wewnątrz wieloryba zabitego w pobliżu wysp Windward (okolice Barbados) czterdzieści lat temu, został sprzedany na pniu za 2500 dolarów - i jeszcze o wiele drożej, gdy już dotarł na rynek. Zaś Holenderska Kompania Wschodnioindyjska zapłaciła królowi Tidoru (przyp: w tamtym czasie sułtanat położony w okolicach Papui-Nowej Gwinei, pod protektoratem holenderskim) fortunę za kawałek ambry ważący 182 funty. 40-50 lat temu, kiedy ambra była warta 5$ za uncję, już wtedy stała się przedmiotem złodziejskich intryg na podobnym poziomie, co diamenty. Mamy setki przypadków, gdzie żeglarze Morza Karaibskiiego oraz wód archipelagu Bahamów popadali w poważne tarapaty z powodu prób kradzieży ambry. W dawnych czasach bywała ona przyczyną morskich bitew. Dziś - gdy jej wartość jest sześciokrotnie większa niż czterdzieści lat temu - ludzie knują plany jej kradzieży tak, jak planuje się napad na bank. Obserwują statki przewożące 100, 200 lub 500 funtów ambry tak samo, jak bandyci obserwują pociągi przewożące złoto ze wschodu na zachód. Nic dziwnego, że mieszkańcy cieśniny Puget Sound są tak zaniepokojeni kradzieżą stu funtów ambry, jak gdyby chodziło o ładunek złota z Klondike. Dziś ambra warta jest więcej, niż jej waga w złocie.
"Stolen Ambergris", Chico Record, Volume 52, no.98, 12 października 1903
#perfumy

Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
Zainspirowany recenzjami kadzidlaczków od @saradonin_redux , przypomniałem sobie niedawną przygodę z pewnym zapaszkiem.
Papillon - Spell 125
Otwarcie kwaśne - trochę mrówkowe, lekko kadzidlane, choć bez dymu. Bardzo świeże kadzidło podbite sosnowymi igłami. Mrowisko w sosnowym lesie (czyli mrowisko iglaste - choć nawet w lasach liściastych mrokwi potrafią załatwić skądś te igły - dziwi od lat). Z każdą minutą pojawia się coraz więcej nut kościelnych jednak bardziej jasnych, świeżych aniżeli kamiennych, zatęchłych. Coś tak pachniało... lekko plastikowo - ale to taki plastik z natury (nie, że butelki po Hellenie wyjebane w lesie; pewne owady produkują taki zapach; pluskwicze na ten przykład). Ostre iglaste żywice również potrafią stworzyć takie wrażenie, lekko plastikowe, sztuczne.
To nie Sorcinelli. To letnia wyprawa z księdzem do lasu. I te mrówki.
Miodowy Ylang dociera do mnie po 10 minutach, kiedy już przestaję pchać nochala (próbka jest niewielka). Wyokrągla ten dość ostry zapach ( który znam z takiej starej szuflady, wypełnionej rdzewiejącymi gwoździami, uszczelkami, smarem, klejami - nikt już od dawna do niej nie zaglądał. I coś wewnątrz niej pachniało podobnie. Albo wszystko. Nie no, coś jest kwaśnego w starych, przemoczonych i zardzewiałych gwoździach, a zwłaszcza w zapachu rąk po ich dotknięciu; to wrażenie kest dość blisko Spell 125).
Jest. Wiem.
Już napisałem, że nawąchałem się w swoim życiu trochę owadów. Jest taki chrząszcz/biegacz: Carabus ulrichii. Och, jakże "egzotycznie" on pachnie! Kwaśno, mrówkowo, świdrująco i iglaście. Czuję tu tego polskiego Skarabeusza od Ulryka. Skurwiel jest dość duży, biega sprawnie i złapany w rączki nie pi⁎⁎⁎⁎li się w tańcu. Silne nogi, mocne żuwaczki. Taka trochę Ewa Drzyzga świata owadów. Choć Ewy nie powąchałem. Może i dobrze. Myślę, że może pachnieć podobnie...
Ciągnie się to, ciągnie... Ścisza się, ścisza... Zdecydowanie już nie mieszamy kijem w mrowisku. Ksiądz również gdzieś zniknął. Pewnie spodobał się komuś i poszli pogadać. Ja oraz reszta wycieczki dostajemy kompot z suszu. Las się oddala - albo to my od niego. Może jeszcze ze dwoe mrówki zostały w gaciach, te najbardziej waleczne; gryzą resztką sił w wewnętrzną stronę uda. Od jakiegoś czasu zaczęło pojawiać się troszkę, potem troszkę wiecej, i jeszcze wiecej, dymu. Księdza nie ma już od jakiegoś czasu, więc tak kombinuję, że być może próbuje spalić zwłoki. Mam nadzieję, że jakoś nas dogoni. Dobra tam. Baza przyjemna, klasyczna, lekko dymna, trochę kompotowo-swiąteczna. Trwałość - taka ło. Dla mnie wystarczająca, żeby zastanowić się nad zapachem.
8/10

Zaloguj się aby komentować
Osiołkowi w żłoby dano
No przecież dobrze pamiętam moich kolegów skejtów zbliżających się do poręczy, z której nie dało się zjechać bez szwanku, będąc Polakiem.
Dziś z bezpiecznej odległości przyglądam się młodzieży pochłaniającej Tik Toki. Pięć sekund, scroll, pięć sekund, scroll. Trochę się śmieję, a trochę boję.
Ok, dobijmy do perfum. Codziennie spoglądam na półkę/szafkę/cały pokój. Mam ponad 200 zapachów do wyboru. Pamiętam te moje ulubione. Nie zawsze mam na nie ochotę. Ale przecież jest też cały legion "pewniaków" - takich, które bardzo lubię, choć nie śpią pod poduszką z najlepszymi snami. Zdarza się na nie chęć, trzeba je mieć pod ręką.
O tym, że w życiu nie znajdę swojego "signature scent", wiem od roku. W tej pasji można być nieodpowiedzialnym. Zmieniać zapachy jak rękawiczki. Hej, w końcu to one nas oszukują, a nie odwrotnie. Żeby nie było: doceniam instytucję "kompletnej kolekcji". Są takie. Tak samo, jak gdzieś na Oceanii wciąż jest jakieś plemię, które napierdala dzidami w każdy przelatujący nad ich wyspą samolot, bo 80 lat temu cesarz Japonii powiedział ich pradziadkowi, że tak należy robić.
Perfumowa grupa Hejto ewoluuje bardzo szybko. Ja, jako ostatni wagon, przez jakiś czas musiałem mocno się gimnastykować, żeby nadążyć. I powiedzmy, że nadążyłem. Szybkie skoki pomiędzy stylami, niszami, trendami... rezygnacja z flakonów, które "musiałem mieć" na rzecz odlewek, o których nie miałem pojęcia. Każdy zakup odlewek w ciemno udowadniał mi, że wcale nie potrzebowałem tamtych flakonów. Stałem się odlewkowiczem. A już wtedy stały u mnie flakony z ubytkiem 5ml, które to rok wcześniej miały być tymi jedynymi. I to tak ze dwadzieścia sztuk. Na szczęście rozdałem to w xhuj - cenię sobie wolną przestrzeń.
Przyszły jednak czasy, że horyzont jednocześnie o tyle się poszerzył, o ile też zawęził. Pierwszy był Bortnikoff. "Sprawdź to" - mówił ten diabeł/anioł (z rozmowy z @pomidorowazupa). Sprawdziłem więc. I było dla mnie za wcześnie. Jednak już podczas tych testów wyjaśniło się kilka spraw: zrozumiałem, co znaczy zapach skomplikowany. Dotarło do mnie również, że nie wszystko w tej branży jest robione po to, żebyś wyszedł między ludzi i pokazywał, jak pachniesz. Tak samo zabawa w rozpoznawanie nut: lubię, ale na pewnym poziomie nie jest to możliwe. A najbardziej to: jeśli poważnie traktujesz tę pasję, spędzaj czas w otoczeniu zapachów, których nie rozumiesz.
Stąd poszła lawina pomysłów. Pójście dalej, czyli ALD, EO, Agar Aura itp. Powrót do prostych zapachów w celu zweryfikowania własnych wrażeń sprzed roku. Spróbowanie wreszcie tych najtańszych rzeczy - Lattafy, francuskich lanych itp. Typowe działania dla człowieka zagubionego, próbującego odnaleźć odpowiedź na pytanie: "gdzie jestem?".
Najbardziej skupiłem się na podróży w przyszłość - to jasne. Szanujmy eksperyment, ale jednak potrzeba poruszania się do przodu dla większości z nas jest najbardziej kusząca. W moim przypadku okazała się być chyba zbyt pochopna.
W pewnej chwili pojawiło się wszystko, co najlepsze. Najbardziej wyszukane kompozycje - o całe kilometry oddalone od mainstreamu i tzw. niszy - z której głównie się śmieję, bo kto mądry dodaje truskawkę do kadzidła...
Tutaj mała dygresja: spotykam kolegę. Wygląda na dość rozemocjonowanego. Pytam: co tam? On odpowiada: Mareczku, wymyśliłem ultymatywną odpowiedź na pytanie "Dlaczego baby są głupie?" No bo kto mądry bierze c⁎⁎ja do buzi? Hahahaha (jego donośny śmiech rozchodzi się na cały krakowski Kazimierz).
...
no i patrzę na te 200 zapachów.
"wiosna, lato, jesień, zima, nic mi się nie przypomina"
Dopaminowy kryzys. Stałem się perfumowym tiktokerem. Scrolluję tik taki.
Czasami trzeba zwolnić. Powrócić. Z niecierpliwością czekam na Orlova od Qtafona. Jeszcze dokupię Red Shield i jeśli Bóg da to Opium od Dyniela i na razie spokój. Przez ostatni miesiąc co noc próbowałem dodać kolejny zapach do kolekcji - wciąż mam ich ze trzydzieści do przodu. Ale to właśnie na Prinie Lomrosie się potknąłem. Tutaj nie powinno się myśleć przez godzinę. Niektóre zapaxhy potrzebują kilku dni - zapamiętać , pomyśleć. To nie są rzeczy, które można sobie "przeglądać". To są wydarzenia. Życie jest zbyt długie, żeby z takich wydarzeń robić sobie "wieczorki". Na pewnym poziomie one powinny uczyć, a nie sprawiać chwilową przyjemność/nieprzyjemność.
Po co kraść Lambo, kiedy nie masz nawet prawa jazdy?
Stopuję z recenzjami. Muszę dorosnąć. Na razie szukam ciekawych artykułów sprzed stu lat. Ale jestem z Wami, czytam i kupuję
#perfumy
@dziadekmarian Chyba zachowuję balans i udało mi się jak na razie uniknąć "tiktokowego" pochłaniania perfum.
Mam trochę odlewek w kolejce, ale każdemu zapachowi poświęcam przynajmniej kilka dni.
I nie ważne, że w kolejce jest coś co mnie bardzo ciekawi, jak leżący tam od dwóch tygodni Triad. Jego czas jeszcze nie nadszedł i dopóki nie skończę się zapoznawać z zapachami, które były w kolejce wcześniej, to nawet go nie dotknę, nawet korka nie powącham.
@dziadekmarian ciekawy przykład z tym tiktokiem, choć sam nigdy z niego nie korzystałem nawiasem mówiąc, jeśli tak "scrollujesz" przez zapachy to najprostsza droga aby się zmęczyć tym hobby i przysłowiowym gonieniem króliczka, sam to wielokrotnie przerabiałem, nawet całkiem niedawno. Abstrahując, na tyle dobrze czyta się Twoje wpisy i recenzje, że mógłbyś nawet opisywać zapachy Maison Alhambra czy Lattafa, a z chęcią bym poczytał
@pedro_migo No, nie kuś
Bardzo ciekawe spostrzeżenia. Ja akurat doszedłem do momentu, że wracam do pierwszych wyborów sprzed trzech lat.
YSL M7 to spaniałe pachnidło, nie rozumiem dlaczego puściłem flakon na rzecz jakiś oborniaków. Podobnie Afrykaniec, czy Creed Bois du Portugal- ponadczasowy klasyk.
W tygodniu robiłem zakupy w Lidrze i spotkałem dwóch pięknie pachnących panów. Świeżo, elegancko, żadnych wydzielin odbytniczych.
Mam już trochę dość tych dziwadeł za miliony monet. Chcę pachnieć przyjemnie dla siebie i otoczenia, a jednocześnie oryginalnie. Chcę dać drugą szansę Black Iris i wejść trochę w retro. Barberskie w starym stylu.
No i morskie jako że jestem prostym chłopakiem znad morza. Zbieram się do Bogdana, obiecał mi przywieźć jakiegoś marynarzyka spod lady.
Zaloguj się aby komentować
#perfumowehistorie
Perfumy sprzeciwiają się praniu
Arabowie z okolic Aden kochają mocne perfumy i są wysoce wykwalifikowani w ich produkcji. Ich ulubione to "Oodi." Są wytwarzane z drewna o nazwie "Ood" i tak potężne, że gdy pali się je w kadzielnicy, wytworzony dym impregnuje ubrania wszystkich obecnych tak, że zapach pozostaje na nich przez wiele dni - nawet, gdy już zostaną wyprane. Często łączą oni "ood" z cywetem, ambrą oraz piżmem, perfumując ubrania powstałą mieszanką.
Niemcy próbowali sprzedawać swoje perfumy w Aden, jednak bez powodzenia - jako że najlepsze, co mogli zaoferować, kosztowało 43 centy za uncję perfum, które nie były choćby zbliżone jakością do tego, co miejscowi wytwarzali za osiem centów.
"Perfumes defy laundry" (The DeKalb Daily Chronicle, Vol.19, no.189, 8 lipca 1918)
#perfumy

Zaloguj się aby komentować
Perfumowanie Skóry
Kobiety znalazły nowe zastosowanie dla strzykawki. Z Paryża nadeszły wieści, że perfumy wracają do łask. Użycie zastrzyków podskórnych z ekstraktu fiołka to najnowsze wariactwo paryżanek. Mówi się, że ta metoda nadaje skórze trwały zapach. Już teraz spośród kobiet spotykanych na przyjęciach dość łatwo jest rozpoznać te, które uzależniły się od tego obyczaju. Plan zrodził się oryginalnie w głowie pewnego paryskiego aptekarza, który to zdradził swój pomysł kilku znajomym paniom. Te z kolei powierzyły sekret następnym, a tamte jeszcze innym przyjaciółkom. Dziś uważa się, że połowa obytych w towarzystwie kobiet w Wesołym Mieście używa igły oraz delikatnego ekstraktu. Jest to tym bardziej zaskakujące, że jeszcze do niedawna używanie jakichkolwiek zapachów było postrzegane jako przejaw nadzwyczaj złych manier. Kobiety o wyrafinowanym guście unikały wszystkiego w tej materii, poza delikatnym pudrem (przyp: "sachet powder"), który znajdował swoje zastosowanie w pudełku na chusteczki czy szafie z ubraniami.
Jakimś cudem większość paryskich kaprysów znajduje w naszym kraju swoich zwolenników - zatem jest bardzo prawdopodobne, że w najbliższym czasie do amerykańskiego Morfinowego Maniaka oraz Pijaka Wody Kolońskiej dołączy również Miłośnik Perfum.
Ekstrakty zyskują na wartości, a za permanentny zapach wymagane są wygórowane ceny. Najbardziej doceniane zapachy to fiołek i lawenda. I aż strach powiedzieć - odór piżma unosi się w zagranicznym powietrzu - a nowa mieszanka tego przenikliwego zapachu znana jest jako saszetka Frou-Frou.
Każda kobieta używająca różnego rodzaju zapachów ma swój ulubiony. Jedyna zasada to zakaz mieszania różnych perfum. Zawartość saszetek, podskórnych injekcji, perfum i wód toaletowych powinna składać się z tego samego zapachu.
"Perfuming the skin" (True Republican, 1 kwietnia 1896)
#perfumy #perfumowehistorie

@dziadekmarian gdzieś czytałem, że jakiś czas przed ubojem można karmić świnie mieszanką aromatycznych ziół. Ponoć mięsko lepiej smakuje. A gdyby tak zamiast karmić, naszprycować je olejkami?
@Pirat200 Kiedyś w okolicach Annopola nad Wisłą jeden progresywny Janusz hodowca świń masowo odławiał ryby (przy pomocy prądu) i dawał świnkom do jedzenia. Mówiło się, że nie da się jeść tej wieprzowiny, bo zalatywała gnijącymi rybami. Nie wiem, czy wpadł przez to, ale mam nadzieję, że tak.
Dziś uważa się, że połowa obytych w towarzystwie kobiet w Wesołym Mieście używa igły
To prawdopodobnie znów jest aktualne

Zaloguj się aby komentować
https://www.parfumo.com/Users/Carbonara73/Souk/Item/4298134
Musk Kabib 46ml, 169 euro. Niecałe 16zł/ml
#perfumy
Zaloguj się aby komentować
Rozbitkowie statku "King George" opowiadają o śmierci Kapitana oraz jego służącego
(Nowy Jork, 14 maja 1910)
Czterech członków załogi wraku statku "King George" przyniosła wczoraj portowe wieści o tym, jak to kapitan statku - John Jeffrey z Nowej Fundlandii - oraz jego służący Kanaka zostali pożarci przez rekiny w listopadzie zeszłego roku u wybrzeży Jawy. (przyp: Kanaka - rdzenny mieszkaniec wysp poludniowego Pacyfiku)
Oto morał ich opowieści: „Nigdy nie pij perfum - niezależnie od tego, jak bardzo wyschła okrętowa spiżarnia”.
"King George" osiadł na skałach 24 listopada. Siedmiu z trzydziestu członków załogi dopłynęło na brzeg, zaś holenderski kuter celny (przyp: w tym czasie Jawa, po dość długiej wojnie z Wielką Brytanią, znajdowała się pod panowaniem Holandii) zabrał resztę załogi - pozostawiając jedynie kapitana Jeffreya, Kanakę oraz trzech marynarzy, którzy postanowili zostać na pokładzie, dopóki statek nie zatonie.
Kiedy kilka dni później kuter wracał na statek, po drodze napotkał trzech marynarzy w otwartej łodzi, ciągnących za sobą ciała Kapitana oraz służącego Kanaki, owinięte w tkaninę. Opowiedzieli, że alkohol na statku skończył się już drugiego dnia, a wyczerpany Kapitan wraz że służącym zabrali się wtedy za zapasy wody toaletowej. Kanaka zmarł w cztery godziny po ostatnim łyku, Kapitan zaś dopiero po godzinach osiemnastu.
Gdy statek zaczął się rozpadać, pozostali przy życiu mężczyźni wsiedli do szalupy ratunkowej. W obawie przed podejrzeniami o morderstwo - jako dowód ich niewinności - zabrali ze sobą ciała zmarłych. Kiedy już wszystkie okoliczności zostały wyjaśnione, jawajscy oficerowie odcięli przywiązane do łodzi ciała, pozostawiając je na pastwę wygłodniałych rekinów.
"Died drinking perfume; sharks gobble 'em up" (Los Angeles Herald, Volume 37, no. 226, 15 maja 1910)
#perfumy #perfumowehistorie

Zaloguj się aby komentować
Aptekarz
Aptekarz trzymał w ręku bryłę szarej substancji, przypominającą kit. Była mniejsza od piłki baseballowej i lekka jak korek. Tu i ówdzie poprzecinana była smugami żółci i czerni.
-To kawałek ambry - powiedział - Jest wart około 500 dolarów, tak myślę. Proszę powąchać.
Klient zbliżył nos do ambry. Po chwili, zaskoczony, odpowiedział:
- Dlaczego? Nie ma tu żadnego zapachu.
Aptekarz, uśmiechając się, począł pocierać szarą bryłę o rękaw płaszcza. Powietrze natychmiast wypełnił potężny, piżmowy zapach.
- Surowa ambra - odparł - Nigdy nie pachnie, dopóki jej nie podgrzejesz lub o coś nie potrzesz. Ten kawałek pachnie jak piżmo tylko dlatego, że jest w stanie surowym. Zapach przetworzonej ambry nie ma nic wspólnego z piżmem.
Potarł dłoń o rękaw.
- Od samego trzymania tego mój płaszcz będzie pachniał przez miesiące. A moje ręce - niezależnie od tego, jak je umyję - będą pachnieć przez kilka dni.
"Powerful Odor of Ambergris" (Stockton Record, Volume XIX, no.122, 29 sierpnia 1904)
#perfumy #perfumowehistorie

Taki pomysł na cykl
Warto wspomnieć, że siła nabywcza pięciuset dolarów w 1904 roku była porównywalna do 17 tys. dolarów dziś.
@UmytaPacha hej hej
Zaloguj się aby komentować