Proud to be Jarek


Jarek jest malarzem. Pędzlem zarabia na życie. Na płótno codzienności, w trosce o lepsze jutro, wylewa akrylowe łzy. Ale nie zawsze tak było.


Kiedy się poznaliśmy, Jarek miał lat 16, ja 19. Stałem się dla niego portretem, on dla mnie pejzażem. Miał w domu książkę "100 Potraw z Ziemniaka" i parzył herbatę z siedmiu ziaren granulowanej. Miał też dziewczynę, która kiedyś zamówiła sobie na jego adres rower górski, który był wart więcej, niż całe wyposażenie jego mieszkania. Zawsze wisiał jej dwa złote, a ona miała wszystko. Kochali się.


Jarek opiekował się młodszą siostrą. Na zupkę chińską mówili "obiad". Mama gdzieś za granicą, zapierdalała na długi. Sam wtedy nie miałem wiele, ale uczyłem się dzielić tym, co mam. On dzielił się ze wszystkimi choćby paczką draży "Korsarz" o smaku kokosowym. Kazał każdemu spróbować i zostawały mu trzy. I takie draże to dla Jarka był zbytek. Wydatek.


Noc to była nasza pora. Improwizacje na dwóch gitarach gdzieś w środku lasu, na cmentarzu, nad stawem. Rozmowy, słuchanie siebie nawzajem, odkrywanie ścieżek, którymi podąża umysł drugiego człowieka. Można było powiedzieć wszystko.


Pamiętam, jak Jarek odkrył malarstwo. Kiedy po raz pierwszy kapnęło mu z pędzla, to widać było, że to jest coś, co naprawdę go uruchamia. Dostał kilka farb; wziął kawałek deski, zaczął mazać, rozlewać farby, kropić z daleka. Wyszło nadzwyczaj dobrze. Na tyle dobrze, że automatycznie wygrało z muzyką. Faza abstrakcji w malarstwie. W sumie to podobnie traktowaliśmy nasze wspólne nocne granie: wszystko na czuja. Ktoś ma główny temat. Druga osoba go eksploruje. I tak, jak w naszych rozmowach, pomyłka nie ma żadnego znaczenia. To tylko kwestia czasu, żeby naprawić błędy. Na pewnym etapie osoba improwizująca wypracowuje nowy temat. I wtedy się zamieniamy. Tak można grać przez kilka godzin. A w malarstwie Jarek po raz pierwszy mógł być sam. Skończył jeden obraz, przemyślał go i miał pomysł, jak zrobić następny.


I tak by to trwało. Naturalny rozwój wewnętrznej potrzeby, postępujący kolaż (albo nawet kolarz) wrażeń. Gdyby nie... nazwijmy ją w końcu. Patrycja. Ta od roweru. Choć w mojej głowie bardziej Paciocha niż Patrycja. Ona uważała to wszystko, te artystyczne bzdury, za zły wpływ kolegów-klimaciarzy-woodstockowiczów-narkomanów chodzących w wełnianych czapkach latem. Odwracaliśmy jego uwagę od prawdziwego życia, które miało być proste: jej tata (Pan Józek, super człowiek), który zapierdalał na to całe jej bogactwo jako lakiernik, jedyny od zarania dziejów żywiciel tej popierdolonej rodzinki, już w tamtym czasie zaczynał dostawać fiksacji od ciągłego wdychania rozpuszczalników. Ktoś musiał to przejąć. Trzeba było zrobić z malarza lakiernika. I w pewnym sensie się udało, bo pomimo, że Jarek znał lakiernictwo i na porządku dziennym tyrał u Józka za miskę ryżu (Józek nie dotykał pieniędzy, które zarabiał. Mama i Paciocha rozporządzały kasą, więc nawet nie wiedział, że Jarka stać było z tej pracy na parówki raz w tygodniu), Pacia namówiła go na malowanie pejzaży i wystawianie ich na prężnie rozwijającym się naówczas Allegro.


No jak zobaczyłem pierwszy pejzaż Jarka z jeziorem, to od razu musiałem sprawdzić, czy mi nie zalało butów. Jezioro w perspektywie leżało pod kątem 30° w stronę obserwatora. Produkował te pejzaże - lepsze, gorsze - jednak coraz lepsze. Zaczęliśmy wtedy gadać o geometrii wykreślnej jako nauce pomocniczej. Dużo tych rozmów było. Aż sam z tego wszystkiego nauczyłem się rysować (zawsze wolałem ołówek, czerń i biel, a w zasadzie to fotografię). W tym samym międzyczasie Jarek zdążył zająć się handlem bronią z Czech, ginem Tuzemskym, spirytusem z Ukrainy w zawoskowanych litrówkach z plastiku, butami marki Puma z Odessy. Żeby zjeść, żeby skończyć studia. Jednak wciąż kupował podobrazia, wciąż eksperymentował. Miał to we łbie. I jakkolwiek różnie to wychodziło, po prostu zapierdalał. Co prawda miał jakiś tam powrót do muzyki - złapał dobry kontakt z prawilnymi lokalnymi raperami, nagrał zwrotkę. Jedyne, co uzyskał za to ode mnie, to ksywka "Jarek 50groszy". Czekałem, aż namaluje coś swojego - tak, jak na początku.


Były jeszcze przeboje z Paciochą, kiedy to rzekomo śniłem jej się przez sto nocy, jak ją gwałcę - wszystko po to, żeby udowodnić Jarkowi mój parapsychiczny wpływ na niego oraz to, jak bezwartościową osobą byłem. W pewnym momencie Jarek, otwierając mi drzwi, wykształcił pozę całkowicie blokującą wejście, więc przestałem przychodzić. Ale spotkałem kiedyś Partycję na ulicy. Gdzieś tak następnego lata. Triumfalny uśmiech i spojrzenie wbite w chodnik. Kiedy się mijaliśmy, wepchnąłem ją w żywopłot. Kilka dni później Jarek przyszedł przeprosić. Próbowałem wtedy wbić rekord PSX Extreme w planszy "Warehouse" w grze "Tony Hawks Pro Skater 2". Jarek wszedł, powiedział "cześć" i poczekał pół godziny, aż skończę grać. Od razu dostał ciasto i herbatę od mamy. Ja coś tam głupiego gadałem, pokazywałem mu triki na desce. I znowu gadanie do rana. Nie wbiłem tego rekordu. Było piwo, kumple, zabawa. Powiedział po tym wszystkim, że strasznie się bał tego spotkania, a tymczasem było tak, jakbyśmy się nie widzieli od wczoraj, a nie od roku.

Zrobił ogromny progres w malarstwie. Olał sugestie Paciochy i zaczął tworzyć swoje rzeczy. Takie prosto z głowy. Krzywe budynki, fioletowa trawa, malowanie szpachelką, jakieś mieszane techniki, cykle tematyczne. Znalazł swoją drogę. I teraz już było to albo dobre, albo bardzo dobre.


Proud to be Adam


Przeczytałem kiedyś taką dyskusję, której osią była teza, że marki artisanowe to nabijanie ludzi w butelkę, szafowanie rzadkimi składnikami oraz mieszanie ich bez planu przez ludzi nie posiadających doświadczenia. Że gdyby taki Morillas, Wasser albo inny Elvis Presley perfumiarstwa dorwał się do takich składników, to stworzyłby z nich arcydzieła. A ruski Adam tworzy jakieś nienoszalne gówna dla chorych psychicznie bogaczy, wszystko to zrobione jest "na jedno kopyto" a on sam śmieje się z tych półgłówków, że w ogóle to kupują. Od razu zabrzmiało mi to tak, jakby Morillasa nie było stać na ambrę. Ale wtedy jeszcze nie znałem wiele z artisanowego perfumiarstwa, więc tę tezę wziąłem pod rozwagę.


Jako, że moja ewolucja jako miłośnika perfum dokonała się na oślep (kupowałem to, co tutaj było doceniane), artisanów spróbowałem zdecydowanie za wcześnie. Żeby je docenić, nauczyć się rozróżniać, musiałem się cofnąć i poskładać tę wyboistą drogę za mną w jakąś logiczną całość. I kiedy po roku wróciłem do tego, co tam nakupowałem, dopiero zacząłem doceniać unikalność każdej z tych kompozycji. Czy są to efekty strzelania w ciemno, ciężkiej pracy, talentu? W przypadku Adama mam wrażenie, że musiało się zbiec wiele elementów: pasja, kasa, praca, ogromne wyczucie.


Proud to be Angine de Poitrine


Wciąż nie znam odpowiedzi na pytanie, dlaczego Morillas nie kupi sobie kilo cywetu, żeby pokazać, jak się robi artisany. Ale widziałem ostatnio na jakimś youtubowym kanale o metalu, jak kolejny, tysięczny już muzyk ocenia na żywo występ zespołu Angine de Poitrine. Facet na co dzień grający i komentujący muzykę nie ogarnął, że instrumenty, których używa gitarzysta, są skonstruowane tak, by móc używać mikrotonów, czyli dźwięków znajdujących się pomiędzy tym, co akceptowalne w klasycznym, europejskim czy amerykańskim rozumieniu muzyki. W uproszczeniu: to tak, jakbyś pomiędzy każdym klawiszem pianina umieścił dodatkowy klawisz, grający dźwięk znajdujący się dokładnie w połowie między nimi. Wersja dla budowlańców: masz schody składające się z 12 schodków. I mowisz: a, pi⁎⁎⁎⁎lę. Jebnę jeszcze pomiędzy nimi po jednym. I na tej samej długości masz stopnie ułożone dwa razy gęściej. No i muzyk słuchający Angine de Poitrine tego nie zrozumiał - w dodatku gapiąc się na gitarę, która ma 2x więcej progów, niż powinna.


Czy zatem Alberto...


Happened to be Pinoy Sirun


Z krótkiego śledztwa wynika, że facet dość niedawno wskoczył w temat. "Pinoy Sirun" oznacza "sekrety Filipin" - oczywiście może tam być ukrytych osiem dodatkowych wyrazów, ale tak mniej więcej o to tu chodzi. Dobre dojścia do składników - zapewne za sprawą koneksji żony, poznanej na niekończących się wakacjach. Jest to niesprawiedliwe, że tak o nim piszę. Ale być może to przez zdjęcie chłopa, które znalazłem na Facebooku. Nie wygląda jak Alberto. Ba, nie wygląda nawet, jak Alberto teraz.


Miałem przyjemność przetestować siedem zapachów od Pinoy Sirun. Trzy z nich są produkowane od czasu do czasu (wypusty najczęściej pojawiają się w mikroilościach, np. 4x15ml, więc naprawdę trudno kupić coś dwa razy), co do czterech pozostałych nie znalazłem choćby wzmianki na mediach Pinoy Sirun. Produkcji tych są już raczej setki. Efemeryczne, niektóre z nich wyszły tylko raz, w ilości kilku mililitrów. I wygląda to naprawdę tak, jakby człowiek dopiero się uczył. Ale to akurat te cztery nieznane spodobały mi się bardziej. Widać tam właśnie poszukiwania. Czuć, że to eksperymenty. Zacznijmy od tych znanych.

Scent of Mecca - kakao, trochę oszczanego piżma i ambra. Taka bardziej brudna. Zapach robi się lekko stajenny/oborniczy po kilkunastu minutach. Potem delikatnie wychodzą żywice i owocowo-kardamonowe nutki. 12 godzin zabawy, podczas której zapach ciekawie się zmienia. Jednak głównie jest to oud, ambra i piżmo. Bardzo dobry, mało oryginalny. Mozna powiedzieć, że siedzi w stylu, jak (tu nazwisko ulubionego polityka) na urzędzie. Czyli, jak to mówią, tego światu to pół kwiatu. Choć najbliżej mu klasą do, powiedzmy, Royal Barn od ALD, może z dozą Oud Maximusa.

Proud of Emirates - tu jest prosto: kilka rodzajów oudu, troszkę szpitalnie, miętowo, z różą. Przechodzi to w delikatną obórkę po dziesięciu minutach. I tak trwa.

Golden Ottoman Rise - Ambra? Jeśli tak, to znowu brudna, nawet jeszcze bardziej. Otwarcie trochę jak w ASQ Amber Vintage. Animalne, fekalne. Osiada po pół godzinie, ustępując ładnie zakażonemu oudowi i jakiemuś kwiatkowi - pewnie to jakaś czampaka czy coś. Niełatwy zawodnik. Troszkę taki arab dusiciel.


Blue Royal Tobacco

Guilin's Lost Dreams

Rose Coffee Elixir

Fruity Symphony Woods


... to są eksperymenty - mniej lub bardziej udane. Guilin's Lost Dreams ma niesamowity, kobieco wybrzmiewający, lekko mdły, kwiatowo-owocowy akord. I żałosne parametry. Rose Coffee Elixir to kawa w odsłonie, jakiej nie znałem. Nie wiem, czy nie najładniejszy ze wszystkich. I te dwa pozostałe również bardzo ciekawe. Tylko właśnie: czuć, że to dopiero poszukiwanie drogi. Klasyki jakoś się trzymają. A te nieoczywiste zapachy mają swoje techniczne niedociągnięcia. Zważywszy na to, że już jest dość drogo, powstaje w głowie to pytanie: czy to nie jest właśnie ten przypadek, kiedy ktoś rzuca się na drogie składniki i bez względu na efekt sprzedaje wszystko jak leci? Co zrobiłby Alberto?


Jarkowi 50groszy udało się na początku artystycznej drogi sprzedać jeden z obrazów jakiemuś prezesowi za parę tysięcy. I ten koncept, w którym jakaś gruba ryba chce mieć na ścianie obraz nieznanego artysty, który kiedyś będzie wielki, zatruł mu głowę na jakiś czas. C⁎⁎ja z tego wyszło. Jarek nie uniknął ciężkiej pracy, artystycznych porażek, wyrzucania części obrazów, selekcji tego, co miało być pokazane szerszej publiczności, a co nie.


W Pinoy Sirun raczej tego nie ma. Nie dostrzegam tej pokory. I uważam, że trochę za wcześnie jest tu na dumę. Bo zamiast "Proud to be Pinoy Sirun", ja póki co widzę "happened to be pinoy sirun".


#perfumy #recenzjeperfum #pinoysirun

Komentarze (11)

@dziadekmarian ściana pięknego tekstu Marianie, tu brakuje jakiś tagów żeby więcej osób to przeczytało, #perfumy mogą się czuć uprzywilejowane.


Patrycja też dobra jest, jak ta jej matka i siostrunia pierd0lnieta

@dziadekmarian
Tekst opowiada o drodze Jarka, który mimo trudnego dzieciństwa i przeszkód ze strony otoczenia stopniowo rozwijał swój talent malarski dzięki pracy, eksperymentom i wytrwałości. Autor porównuje tę historię do świata perfum artystycznych, zastanawiając się nad rolą pasji, doświadczenia i pokory w tworzeniu wartościowej sztuki. Dochodzi do wniosku, że prawdziwy rozwój wymaga czasu i wysiłku, a w przypadku marki Pinoy Sirun widzi raczej wczesny etap poszukiwań niż dojrzałe mistrzostwo.

K⁎⁎wa rozpisał się tak że jak doszedłem do perfum to wyjebane jajca na nie, zescrollowalem na dół co z Jarkiem...

Zaloguj się aby komentować