
Piechur
- 961wpisów
- 4964komentarzy
Lubię chodzić po górach i oglądać filmy.

Lubię chodzić po górach i oglądać filmy.
Zaloguj się aby komentować
Siema,
Zapraszam na #piechuroglada
----------
Tytuł: Les Misérables
Reżyseria: Bille August
Moja ocena: 3.5/5
Zbiegły skazaniec przyjmuje nową tożsamość i rozpoczyna życie w zgodzie z naukami Chrystusa, stając się osobą poważaną i wpływową. W wyniku splotu niespodziewanych zdarzeń rzeczywistość, którą zbudował dla siebie i innych, zaczyna się kruszyć, a na jego trop wpada bezkompromisowy były strażnik, pracujący teraz jako oficer policji.
Wciągnęła mnie ta historia. Fabuła jest bardzo ciekawa, pełna chwil zwątpienia, ale mimo to niosąca przekaz, że są wartości, którym warto być wiernym bez względu na czasy, w których się żyje. Może być przez to odebrana jako trochę naiwna i moralizatorska, ale mi to nie przeszkadzało. Większość postaci jest zagrana wyśmienicie (świetny Neeson w roli Jeana Valjeana, Thurman jako Fantyna oraz oczywiście Rush jako pies tropiący Javert). Montaż momentami kuleje, zwłaszcza przy nagłych scenach, ale i tak uważam, że po tych 25 latach film się broni. Mi w każdym razie podobał się znacznie bardziej od wersji z 2012, ale może dlatego, że nie przepadam za musicalami. Polecam osobom, które zawsze starają się szukać światła w otaczającym mroku.
#filmy #kino #ogladajzhejto

Zaloguj się aby komentować
Siema,
Po wspaniałym potrójnym remisie pomiędzy @UmytaPacha , @splash545 oraz moją skromną osobą, będąc namaszczonym przez @UmytaPacha , wraz z @splash545 proponujemy następujące rymy oraz temat:
Rymy: bluszcze - chluszcze - wzdryga - wyga ( @splash545 )
Temat: anatidaefobia - czyli strach przed byciem obserwowanym przez kaczki
Wytłumaczenie zasad TUTAJ .
Zapraszamy do wspólnego wierszoklectwa
#naczteryrymy #zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna
@George_Stark edytuj pluszcze (jest taki wyraz w ogóle? Pluska, ale w poezji wszystko dozwolone) na regulaminowe chluszcze zanim będzie za późno. Sensu to na szczęście nie zmienia.
Zaś z rymów to pamiętam projekt jeszcze z podstawówki jak prawie u dyrki wylądowałem. Było trzeba zrobić plakaty o ptasiej grypie:
Uwaga! Umyj ptaka!
Ptasia grupa będzie stypa.
Nie łap gówna będzie trumna.
Zaloguj się aby komentować
Siema,
W ostatnim wpisie opowiadałem o długiej wyprawie, więc dla równowagi dzisiaj będzie o krótkiej wycieczce. Zapraszam na #piechurwedruje
---------
Miejsce: Dolina Olszowego Potoku (Gorce)
Data: 23 kwietnia 2023 (niedziela)
Staty: 5.5km, 3h30, 225m przewyższeń
Mimo, że uwielbiam zimę w górach, to od początku 2023 roku z niecierpliwością wypatrywałem wiosny. Powód był jeden - spełnić marzenie o wspólnej wyprawie z Myszą, którą mogłaby przejść na własnych nóżkach. Gdy tylko prognozy zaczęły pokazywać nieco wyższe temperatury, pojechaliśmy do sklepu wybrać jej pierwsze górskie buty oraz spodnie.
Najważniejszym warunkiem na pierwszą wycieczkę było to, aby nie była ona zbyt długa, oraz by po drodze było coś ciekawego do zobaczenia (ciekawego z perspektywy brzdąca). W styczniu byliśmy z tatą na nocnej eskapadzie w Dolinie Olszowego Potoku i właśnie to miejsce upatrzyłem jako nasz cel. Wkrótce na kwietniowym horyzoncie pojawił się także cieplejszy weekend, który postanowiliśmy wykorzystać.
Szczęśliwie złożyło się, że w tym terminie dostępność zadeklarowała duża część mojej rodziny, którą bardzo cenię, i ostatecznie na parking w Koninkach, z którego mieliśmy startować, dotarliśmy następującą ekipą: moja babcia, mama z tatą, brat z partnerką, oraz Mysz, żona (będąca wtedy w piątym miesiącu ciąży) i ja. Po zgromadzeniu się i przeliczeniu ruszyliśmy na trasę.
W założeniu miała być to spokojna wycieczka, bez pośpiechu, z uwzględnieniem tego, że będziemy robić częste przerwy. Pierwsza z nich czekała nas już na mostku w drodze do Huciska, gdzie Mysz chciała powrzucać kamyki do potoku. Druga - przy zbiorniku dla płazów znajdującym się niedaleko bramy oznaczającej wejście na teren Gorczańskiego Parku Narodowego.
Jakoś udało się dość do wspomnianego Huciska, skąd czerwonym szlakiem spacerowym poszliśmy wzdłuż Olszowego potoku - młodą rzecz jasna już bolały nogi i chciała wracać. Na szczęście z pomocą przyszedł wujek i ciocia wraz z zabawą w ganianego. Po drodze zatrzymywaliśmy się jeszcze kilka razy: przy zejściu do potoku, żeby znowu porzucać kamieniami, przy kolejnym zbiorniku dla płazów, oraz na mostku, żeby ponownie rzucać kamieniami do wody. I tak przejście 1.5 km zajęło nam jakąś godzinę.
Zaczęły się też poważniejsze kryzysy i niestety zabawy wymyślane przez prababcię, dziadków oraz ciocię i wujka powoli przestały działać. Pozostało przekupstwo - za dojście do ustalonego punktu należał się smakołyk. Nie było łatwo, ale trzymaliśmy nerwy na wodzy. Narzekanie i teatralne siadanie na ziemi stawało się jednak coraz częstsze, więc przy drodze stokowej, gdzie krzyżowały się szlaki czerwony z niebieskim, postanowiłem, że trzeba skrócić trasę. Dlatego też zeszliśmy od razu do potoku Turbacz, zamiast iść dalej w stronę Paciepnicy, co wydłużyłoby wycieczkę o 2.5 km i kto wie ile godzin.
Zejście było bardziej nachylone, ale przygotowane na turystów z dziećmi, bo z dostępnymi stopniami czy też schodami ułatwiającymi poruszanie się w dół. Naszym celem była polana Oberówka, ale udało mi się namówić jeszcze Mysz, żebyśmy wcześniej ją okrążyli idąc zieloną ścieżką edukacyjną, dzięki czemu zobaczyliśmy krótki, ale ładny kawałek lasu, oraz potoczek, do którego (zgadliście) znów rzucaliśmy kamienie.
Na polanie zabawiliśmy dłuższą chwilę - przekąsiliśmy coś, pobawiliśmy się w berka i chowanego, odbijaliśmy piłkę. Młoda, która jeszcze kilka chwil wcześniej jęczała, że nie ma już sił, jakimś magicznym sposobem je odzyskała i angażowała wszystkich do zabawy. Na polanie były też wyznaczone miejsca na ognisko, jednak drewno trzeba było kupić czy też zamówić - w każdym razie nie można było zebrać go samemu, ze względu na obecność w parku narodowym.
Z Oberówki udaliśmy się już na parking i zakończyliśmy naszą wycieczkę w Gorce. Ogólnie oceniam ją bardzo na plus, bo spędziłem na prawdę fajne chwile z moimi najbliższymi. Natomiast Mysz, jak na swoje pierwsze samodzielne wyjście, spisała się w mojej ocenie na medal, a każda kolejna wyprawa była już tylko lepsza.
#gory #podroze #wedrujzhejto #fotografia




Dobra wycieczka!
Nie ma co się łamać z braniem na barana. Z obserwacji trzylatków, którą miałem w rodzinie nóżki "bolą" przez pierwszy kilometr, a później realnie dopiero po piątym
Moim rodzimym regionem wędrówkowym jest Beskid Sadecki, dlatego mogę polecić takie trasy-pętelki:
Rytro-Kordowiec-Rytro
Rytro-Cyrla-Rytro
Wierchomla-Bacówka-Wierchomla (w jedną stronę wyciągiem krzesełkowym).
Wszystkie przetestowanie na trzylatkach, które na co dzień mają normalną aktywność (zabawa, spacery). Jestem zdumiony jak dzieci lubią strome odcinki/schodki kamienne. Wchodzą wtedy w tryb kozicy i świetnie się bawią zdobywając wysokość przy okazji.
Na wiosnę najmłodsze będzie już miało 4 lata, więc podbijamy dystans i robimy Przehybę z Gabonia
Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować

Cztery osoby zostały ranne w karambolu na obwodnicy Krakowa. Informację o wypadku otrzymaliśmy na Gorącą Linię RMF FM - potwierdziły nam ją służby.
Na A4 w kierunku Katowic, między węzłami Tyniec i Bielany, zderzyło się 5 samochodów, z czego jeden przewrócił się na bok. 1 osoba nie żyje. W akcji...
Siema,
W tym #piechurwedruje
---------
Szczyty: Kotoń Zachodni, Zembalowa, Łysina (Beskid Makowski, Beskid Wyspowy)
Data: 10/11 listopada 2022 (czwartek/piątek)
Staty: 49km, 11h40, 1.865m przewyższeń
Listopad był chłodny i raczej nie rozpieszczał, a pogoda średnio zachęcała do spacerów. Był jednak ktoś, komu te warunki w ogóle nie przeszkadzały i w deszczu, w nocy, postanowił przejść 36 kilometrów z Międzybrodzia Bialskiego do Wadowic - tym kimś był mój tata. Nie powiedział mi nic o tej wyprawie i gdyby mama się nie wygadała, to pewnie dowiedziałbym się o niej post factum. Oj, zapiekło mnie wtedy ego i zazdrościłem pomysłu okrutnie. Zacząłem wtedy snuć własny plan, który zrealizować miałem już kilka dni później.
Moim celem było obskoczenie możliwie jak największej liczby szczytów w okolicach Pcimia. Ponieważ w deszczu chodzić nie lubię, czekałem na jakieś sprzyjające warunki pogodowe, które nadarzyły się w przeddzień Dnia Niepodległości. Żona zgodziła się zająć usypianiem Myszy, dzięki czemu już o 19:45 byłem na parkingu kościelnym w Pcimiu, gdzie zostawiłem samochód i wyruszyłem w trasę.
Po niedługim marszu żółtym szlakiem wkroczyłem do lasu. Księżyc wynurzał się co chwila zza chmur towarzysząc mi przez większość czasu. Szedłem żwawo, stając się wyregulować oddech i znaleźć odpowiedni balans w organizmie. Kijkami wystukiwałem sobie rytm, wprawiając się w stan lekkiego transu; stukanie miało też informować zwierzęta o tym, że nadchodzę. Pod nogami chrzęściły rozdeptywane suche liście, a wyobraźnia powoli zaczynała grać mi na nosie wyłapując w mroku fantastyczne kształty.
Idąc w takich warunkach słuch robi się bardzo wyczulony i każdy najmniejszy szmer stawia wszystkie zmysły na baczność. Wkrótce zobaczyłem pierwsze pary oczu śledzące mnie spomiędzy drzew. Te pierwsze kontakty z sarnami, do których te oczy należały, były stresujące i powodowały u mnie uczucie dyskomfortu, manifestujące się przez gęsią skórkę wędrującą wzdłuż kręgosłupa do karku. Szedłem czujnie i byłem raczej spięty. W jednym momencie można było zobaczyć ze szlaku, żeby zobaczyć Diabelski Kamień w Stróży - zacząłem do niego iść, ale mimo krótkiego odcinka spietrałem i, bacznie obserwowany spomiędzy gałęzi, wróciłem na szlak.
Kontynuowałem wyprawę i wkrótce dotarłem na Pękalówkę, a następnie na Kotoń Zachodni. Kijki przydały się po drodze kilka razy przy pokonywaniu rozległych kałuż. Kotoń nie zachwycił, nie miał zbyt wiele do zaoferowania.
Skierowałem się w stronę skrzyżowania pod Gorylką i idąc tam zobaczyłem między drzewami jakieś światełka. W miarę jak się zbliżałem robiło się ich coraz więcej. Zacząłem sobie wkręcać, że właśnie trafiłem na mszę satanistów albo spotkanie neonazistów, i mogę zacząć żegnać się z życiem. Okazało się jednak, że był to tylko okazałych rozmiarów ośrodek wypoczynkowy z kilkoma domami z bali.
Zacząłem iść asfaltową drogą i pod Gorylką odbiłem w czarny szlak. Minąłem kilka domków, po czym znów zagłębiłem się w las. Doszedłem do skrzyżowania pod Groniem Tokarskim, od którego asfalt już cały czas prowadził mnie do Tokarni. Oprócz małej kapliczki zrobionej na rosnącym przy drodze drzewie nic ciekawego się nie działo.
W Tokarni zrobiłem krótką przerwę na kanapkę. Było po 1 w nocy, tempo miałem niezłe. Kontynuowałem marsz czarnym szlakiem i niebawem znów opuściłem zamieszkałe tereny, zaczynając wspinaczkę na kolejny szczyt. Nagle, niedaleko przed sobą zobaczyłem białą postać. Zupełnie się tego nie spodziewałem i włosy na karku zjeżyły mi się momentalnie. Zbliżyłem się powoli i okazało się, że jest to figura anioła. Dalej z ciemności wyłoniły się kolejne, a ja zastanawiałem się co jest grane. Klimat był zupełnie odjechany i trochę nierealny (w domu sprawdziłem, że była to Kalwaria Tokarska). Wkrótce przestałem jednak o tym myśleć, bo podejście zaczęło dawać mi w kość.
Jakoś wczołgałem się na Golec, z którego po chwili doszedłem na Zembalową. Nie pamiętam dobrze tego odcinka, skupiłem się tylko na tym, żeby dotrzeć na szczyt. Rozpocząłem schodzenie żółtym szlakiem do Lubnia, a trasa zaczynała się już nieznośnie dłużyc. Stada saren albo pojedyncze osobniki spotkałem mniej więcej co godzinę, ale na tym etapie przestały wzbudzać we mnie emocje. Zwykle, żeby jakoś urozmaicić sobie czas, coś do nich mówiłem - zdaję sobie sprawę jak to musiało wyglądać.
Dotarłem w końcu do Lubnia, który spowity był lekką mgiełką, nadając oświetlonemu kościołowi Jana Chrzciciela ciekawej atmosfery. Zjadłem kolejna bułkę, wymieniłem baterie w czołówce, wypiłem herbatę i, w dalszym ciągu żółtym szlakiem, udałem się zdobywać ostatni szczyt. Trasa znów prowadziła częściowo przy drodze, by później skręcić w osiedle domków i wreszcie zanurkować w las. Rozpocząłem długą wspinaczkę na Łysinę.
Na tym etapie towarzyszył mi już ostry kryzys, który trwał chyba 2 godziny. W głowie miałem same negatywne myśli, byłem zmęczony, marzyłem o tym, żeby się położyć. Brak regularnego snu od długiego czasu, ciężki okres w pracy, to wszystko zaczynało się mścić i odciskać piętno na mojej formie. Nie będę ukrywać - w tamtym momencie nie odczuwałem żadnej przyjemności z wycieczki. Wejście na Kamionkę kosztowało mnie dużo energii i gdy następnie, klnąc na czym świat stoi, dotarłem na Patryję, byłem już wyczerpany i zwyczajnie zły.
Usiadłem przy znajdującym się tam stoliku, żeby odpocząć i uzupełnić zapasy energii. Doprowadziłem się niestety do stanu, w którym miałem odruch wymiotny przy próbie jedzenia. Herbata pomogła uspokoić żołądek, a ja rozglądałem się dookoła zastanawiając się, czy byłbym w stanie zasnąć na grubej gałęzi widocznego kawałek dalej drzewa.
Przesiedziałem tak kilkanaście minut zmuszając się do jedzenia i w końcu ruszyłem dalej. Okazało się, że zastosowana kuracja pomogła i po kilku chwilach wrócił mi zarówno humor, jak i siły, aż mnie to trochę zaskoczyło. Kontynuowałem wspinaczkę i niebawem byłem już na Łysinie, ostatnim z zaplanowanych szczytów. Odbiłem w czerwony szlak i zacząłem schodzić do schroniska na Kudłaczach, gdzie chciałem przybić pieczątkę, niestety nocą było zamknięte. Poszedłem dalej i wkrótce znalazłem się na Działku, przy którym było kilka domów mieszkalnych.
Odbiłem w żółty szlak, który chwilę prowadził asfaltową drogą, by ostatecznie skręcić w las. Czułem się dobrze, szedłem dziarsko, zapominając o towarzyszącym mi jeszcze godzinę wcześniej kryzysie. Moja wycieczka powoli dobiegała końca i wiedziałem, że za jakąś godzinę będę już przy samochodzie. Po drodze postanowiłem jednak jeszcze zobaczyć Wielki Kamień, do którego można było trafić skręcając w krótki odcinek czarnego szlaku. Rzecz jasna przegapiłem ten skręt i musiałem się wracać. Sam kamień rzeczywiście był wielki.
Odchodząc od niego zauważyłem coś osobliwego, mianowicie, że światło latarki przestaje być potrzebne. Dopiero wtedy zorientowałem się, że zaczyna się rozjaśniać. Ciężko mi opisać, z jaką radością przywitałem światło po całej nocy włóczenia się w ciemności. Przeżycie miało charakter nieco mistyczny i trochę duchowy - oto las, który do tej pory był surowy, nieprzyjazny i tajemniczy, odkrywał przede mną swoje piękne barwy. Oczy chłonęły cudowne czerwienie opadłych liści, zachwycającą ciemną zieleń iglastych gałęzi, intensywne brązy wilgotnej kory. Popatrzyłem w górę i pomiędzy wierzchołkami nagich gałęzi zobaczyłem rozjaśniające się niebo. Byłem w raju. Na prawdę zapomniałem, że na tym świecie istnieje coś takiego jak kolor. Zaczerpnąłem głęboki oddech chłodnego powietrza i ruszyłem dalej.
Doszedłem na skraj lasu, skąd w końcu mogłem podziwiać okoliczne widoki. Zacząłem widzieć coraz więcej domostw i wkrótce dotarłem do asfaltowej drogi. Przeszedłem przez jakieś pole, minąłem dwie panie, które właśnie zaczynały swoją wędrówkę w góry, następnie przeszedłem nad Rabą i już byłem ponownie w Pcimiu, przy swoim samochodzie. Zapakowałem się do środka i po dość krótkim czasie dotarłem do domu, gdzie wziąłem ciepły prysznic i położyłem się w końcu spać.
#gory #podroze #wedrujzhejto #fotografia





Zaloguj się aby komentować
Siema,
Zapraszam na kolejny wpis w #piechurwedruje
---------
Szczyt: Ćwilin (Beskid Wyspowy)
Data: 26 stycznia 2022 (środa)
Staty: 8.5km, 2h50, 540m przewyższeń
Nadchodził koniec stycznia, zima była całkiem udana i nawet biała w porównaniu do lat poprzednich, a ja zorientowałem się, że jeszcze nie byłem w górach od początku nowego roku. Postanowiłem zmienić ten stan, a z racji tego, że z czasem było krucho, zdecydowałem się pojechać gdzieś w nocy, po uśpieniu Myszy. Warunek był taki, że trasa miała być w miarę szybka, bo kolejnego dnia trzeba było wstawać do pracy (wtedy jeszcze się tym przejmowałem). Stanęło na Ćwilinie, na którym już wcześniej byłem.
Na wyprawę chęć wyraziła też koleżanka, która swoją pierwszą trasę w górach zaliczyła w październiku poprzedniego roku ze mną i tak jej się spodobało, że miałem dawać znać, kiedy będę szedł znowu. Nie musiałem jej długo namawiać, złapany bakcyl zrobił swoje.
Po zmroku dojechaliśmy do Jurkowa, z którego miała rozpocząć się trasa. Po założeniu odpowiedniego ekwipunku (latarki, stuptuty) ruszyliśmy w stronę szczytu, dość szybko zmieniając asfalt na polną drogę. Śnieg przyjemnie skrzypiał pod butami, a z każdą chwilą było go coraz więcej.
Niebawem dotarliśmy na skraj lasu, gdzie przywitał nas mały bałwanek. Niebieski szlak, którym szliśmy, zaczął wznosić się nieco bardziej, ale mimo to nie sprawiał problemów. Jest to chyba najłagodniejsze i najmniej intensywne podejście na Ćwilin.
Ja natomiast zaczynałem odlatywać, bo dostałem dokładnie to, czego chciałem: las pokryty śniegiem. Oczy chłonęły wspaniałe obrazki wyławiane na kilka sekund światłem latarki i nurkujące ponownie w gęstej ciemności. Powyginane szpony gałęzi oblepionych lodem, uginające się drzewa z trudem dźwigające ciężar śniegu, biel puchu leżącego na nieprzetartym szlaku - czułem, że jestem u siebie.
Jeśli chodzi o samą trasę, to minęła nam dość szybko i w jednym tylko momencie, niedaleko szczytu, bardziej się zasapaliśmy. Szło się jednak komfortowo, śniegu było tylko po kostki, więc nie sprawiał nieprzyjemności. Pojawiła się natomiast gęsta mgła, która towarzyszyła nam już na sam szczyt. Zrobiliśmy tam krótką przerwę na gorącą herbatę i po zrobieniu pamiątkowych zdjęć przy tabliczce zaczęliśmy schodzić tą samą trasą, skoro i tak nie było nam dane podziwiać nocnego nieba.
Wspomniałem, że przy wchodzeniu jeden fragment był trochę intensywniejszy - właśnie tam w drodze powrotnej postanowiliśmy spróbować zjechać na jabłuszku, które wzięliśmy ze sobą. Niestety, śnieg był zbyt świeży i za mało ubity, więc zamiast szybkiej jazdy skończyło się na mało efektownym zjeździe wspomaganym odpychaniem się nogami.
I tak zakończył się ten krótki wypad. Pożegnaliśmy las, pilnującego go bałwana, wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w stronę Krakowa. W domu byłem chyba w okolicach 23, więc w teorii miałem dużo czasu na sen, jednak długo nie mogłem zasnąć wspominając ciągle piękny nocny krajobraz, jakim obdarowała mnie zima.
#gory #podroze #wedrujzhejto #fotografia




Zaloguj się aby komentować
Siema,
W dzisiejszym #piechuroglada
----------
Tytuł: Stardust
Reżyseria: Matthew Vaughn
Moja ocena: 3.5/5
Młody chłopak mieszkający w małej wiosce przy tajemniczym murze postanawia wyruszyć na poszukiwania gwiazdy, która spadła z nieba. Przekraczając mur dostaje się do krainy pełnej magii, a jego podróż przybierze z goła odmienny kształt, niż to zaplanował.
Nic na to nie poradzę i nic radzić nie chcę, po prostu lubię ten film. Jest najzwyczajniej na świecie lekki - lekko przygodowy, lekko romantyczny, lekko zabawny. Nie mam z nim związanych żadnych sentymentów, oglądałem go będąc już dorosłym chłopem. Mimo to, wracam do niego w miarę regularnie, gdy nie mam ochoty na ambitne kino ani nowe i nieznane filmy, a jedynie na to, by w spokoju wyłożyć się na łóżku i pod ciepłym kocem poluzować nieco trzymane na smyczy myśli. Polecam tym, którzy w chłodne i deszczowe wieczory również poszukują trochę relaksu w wersji niskotłuszczowej.
#filmy #kino #ogladajzhejto

Przecież ten film jest świetną adaptacją świetnej książki, gdzie tu guilty pleasure? No chyba że nie lubisz action-adventure
Już sama obsada dużo mówi - Claire Danes, Charlie Cox, Michelle Pfeiffer, Robert De Niro, Henry Cavill, Mark Strong, Ricky Gervais.
W dodatku świetna muzyka i naprawdę bajeczne plenery.
Naprawdę nie wiem dlaczego ten film nie odniósł sukcesu.
A moim guilty pleasure jest Transformers: The Movie z lat osiemdziesiątych. Niby kreskówka dla dzieci, ale mocno ryje banie.
@pozdrawiam_was_ciule Kreskówka dla dzieci która ryje banię to dla mnie zawsze Batman Beyond. Tam jest wszystko, morderstwa, broń chemiczna, oszustwa, zboczenia, modyfikacje ciała, mutacje, rozpuszczanie żywcem, narkotyki.
Po grzecznym Batman The Animated Series Batman Beyond walił gazrurką przez łeb i nawet nie owijał w kawałek szmaty. Niektóre odcinki zryły mi psychę za dzieciaka.
@pozdrawiam_was_ciule Wiesz, Movie 43 też ma niezłą obsadę
Zaloguj się aby komentować
Tag do blokowania/obserwowania: #piechurslucha
Dobry blues nie jest zły.
#muzyka
Zaloguj się aby komentować
Siema,
Dziś opiszę wycieczkę na Górę Policyjną. Zachęcam do czytania i śledzenia tagu #piechurwedruje
---------
Szczyt: Lackowa (Beskid Niski)
Data: 23 stycznia 2021 (sobota)
Staty: 10.5km, 5h, 415m przewyższeń
Była druga połowa stycznia, a cały śnieg w mieście zniknął. Mnie natomiast po dobrym początku roku, kiedy to udało mi się wyrwać na Łopień, znów zaczynało nosić. Szybko sprawdziłem na mapach szczyty należące do #koronagorpolski, możliwe do przejścia trasy, dojazd i pogodę, wykonałem kilka telefonów po rodzinie, i w ten sposób wyklarował się plan zdobycia Lackowej.
Na uczestnictwo w wyprawie wyrazili chęć kuzynka, tata i brat. Wyruszyliśmy w drogę trochę po 5 rano, jeszcze przed świtem, tak abyśmy jak najwcześniej mogli wrócić do domu, co według moich wstępnych wyliczeń miało oznaczać godzinę 13.
Startowaliśmy z miejscowości Izby, z której udaliśmy się w stronę granicy, aby dołączyć do czerwonego szlaku. Śnieg co prawda leżał dookoła, ale był wręcz parszywie mokry, droga natomiast była częściowo błotnista, a częściowo pokryta jeszcze lodem. Weszliśmy do lasu i niedługo później dotarliśmy do przełęczy Beskid, gdzie przywitała nas tabliczka informującą o dotarciu do granicy państwa. Czerwonym szlakiem ruszyliśmy zdobywać szczyt.
Przed wyjazdem czytałem o tym fragmencie drogi, który został nazwany "ścianą płaczu" ze względu na swoje ostre nachylenie. Owszem, początek prowadził nieco stromiej pod górę, ale było w miarę ok, więc zastanawiałem się, czy ktoś nie przesadził z tak dramatycznie brzmiącą nazwą. I wtedy zobaczyłem właściwą ścianę.
Podejście rzeczywiście wyglądało imponująco i trochę demotywująco, a i tak widziałem tylko jego kawałek, bo reszta kryła się we mgle. Rozpoczęliśmy mozolną wspinaczkę, sapiąc i klnąc od czasu do czasu pod nosem. Wejście nie byłoby nawet takie złe, gdyby nie tragiczny śnieg, na którym ślizgały się buty: wyglądało jakby nie mógł się zdecydować, czy już chce być cieczą, czy jeszcze ciałem stałym. Kijki bardzo przydały się w tych warunkach, natomiast raczków postanowiłem nie zakładać.
W końcu wgramoliliśmy się na szczyt, gdzie wiatr dął jak opętany. Rozpoczęliśmy poszukiwania wierzchołka, co trochę nam zajęło, bo na mapach Google jest oznaczony wcześniej, niż faktycznie się znajduje. Ostatecznie trafiliśmy pod tabliczkę Lackowej ze wskazaną wysokością 997 m n.p.m. - stąd też prześmiewcza nazwa "Góra Policyjna". Wraz z kuzynką przybiliśmy pieczątki do #koronagorpolski, zrobiliśmy zdjęcie, napiliśmy się wszyscy gorącej herbaty i ruszyliśmy w dół, bo wiatr dawał się już we znaki i zaczęliśmy tracić czucie w palcach.
Droga do przełęczy Pułaskiego również była dość stroma (polecam zobaczyć profil na zalinkowanej mapie), jednak w dół schodziło się w panujących warunkach bardziej komfortowo, niż wcześniej się wchodziło. Na tym etapie raczki znalazły się już na moich butach, śnieg amortyzował kroki, było całkiem przyjemnie. Porzucaliśmy się trochę śnieżkami i w dobrych nastrojach wyszliśmy z chmury.
Na przełęczy rozpocząłem poszukiwania ścieżki, którą moglibyśmy wrócić do Izb, co udało się dość szybko. Zeszliśmy ze szlaku i poszerzającą się drogą udaliśmy się w dalszą podróż. Było bardzo mokro i ślisko, a wzdłuż ścieżki płynął już mały potoczek, który szybko zmienił się w pełnoprawny górski potok.
Po drodze zaglądnęliśmy jeszcze do cerkwi św. Michała Archanioła, która okazała się być jedyną pozostałością po nieistniejącej już wsi Bieliczna - jeśli dobrze pamiętam, to wybita została przez jakąś zarazę. Drogę kilkukrotnie przecinał wspomniany już potok i kilka razy pokonywaliśmy go w nieco partyzancki sposób, przechodząc po zwalonych kłodach. Na szczęście nikt się w nim nie wykąpał.
W końcu, po przeprawieniu się przez ciapę i błoto, trafiliśmy na asfaltową jezdnię, którą dotarliśmy do samochodu. Początkowe wyliczenia, według których miałem być w domu o 13, okazały się mocno niedoszacowane, bo godzina wybiła, a my dopiero przebieraliśmy buty. Dostałem za to trochę po głowie od żony (zasłużenie), ale nie żałowałem ani minuty, bo trasa, mimo, że wymagająca, dostarczyła nam mnóstwo frajdy.
#gory #podroze #wedrujzhejto #fotografia





Zaloguj się aby komentować
Siema,
Zapraszam na #piechurwedruje
---------
Szczyt: Babia Góra (Beskid Żywiecki)
Data: 1 czerwca 2019 (sobota)
Staty: 14km, 6h45, 885m przewyższeń
Ten wypad zorganizowaliśmy sobie z żoną z okazji Dnia Dziecka - 2 tygodnie wcześniej dowiedzieliśmy się, że będziemy mieć dzidziusia, więc trzeba było to adekwatnie uczcić. Około 7:30 dojechaliśmy do Przełęczy Krowiarki, gdzie, o dziwo, udało nam się zaparkować praktycznie przy wejściu na teren BPN.
Zdecydowaliśmy się pójść najmniej wymagającą trasą i czerwonym szlakiem rozpoczęliśmy wspinaczkę na Sokolicę. Było w miarę słonecznie, ale mimo wszystko chłodno - warunki do chodzenia idealne. Droga prowadziła gęstym lasem, ubitą ścieżką ze stopniami wytyczonymi drewnianymi belkami. Minęliśmy kilka powalonych drzew, okazałych wykrotów i już byliśmy na szczycie.
Trochę wiało, więc założyliśmy kurtki, czapki i kaptury. W oddali widać było kapryśne Babsko, owinięte chmurami niczym szalem. Tak właśnie zapamiętałem ten szczyt z poprzednich eskapad: wiecznie przysłonięty, nawet jeśli warunki wydawały się być obiecujące. Wiedziałem już, że na widoki nie będzie co liczyć.
Weszliśmy w pas kosodrzewiny, który nieco chronił przed wiatrem. Chmury przewalały się przez grzbiet góry, gnając w dół zbocza, wyglądało to świetnie. Kontynuowaliśmy wspinaczkę wchodząc ostrożnie po leżących na trasie rozległych plackach pozostałego jeszcze po zimie śniegu. Minęliśmy Kępę, gdzie zrobiło się trochę łagodniej, po czym dotarliśmy do Gówniaka. Zaraz za nim, między Małymi Garbami, był bardzo fajny punkt widokowy, gdzie zrobiliśmy sobie zdjęcia na ogromnych skalnych blokach. Widoków rzecz jasna w tych warunkach pogodowych nie było.
Dotarliśmy w końcu na szczyt Diablaka, na którym zrobiliśmy krótką przerwę. Wiało okrutnie, nic nie było widać na kilka metrów wprzód, więc podjęliśmy decyzję o szybkim zejściu do schroniska. Zejście z Babiej w stronę przełęczy Brona jest usiane głazami, po których lepiej schodzić ostrożnie, bo mogą być śliskie i łatwo o nieszczęście. W drodze towarzyszyły nam już wspaniałe widoki, bo chmury zaczęły powoli ustępować. Zanim się obejrzeliśmy, a byliśmy już na przełęczy.
Po krótkim odpoczynku zaczęliśmy schodzić do schroniska w Markowych Szczawinach. Pierwsza część drogi z przełęczy Brona była ostrzej nachylona i nieco błotnista, także schodziliśmy powoli. Od Biwaku Zapałowicza trasa jednak złagodniała i szło się przyjemnie. Dotarliśmy do schroniska, zjedliśmy po szarlotce i udaliśmy się niebieskim szlakiem z powrotem do przełęczy Krowiarki.
Ta część była już spacerowa i niewymagająca. Szliśmy pięknym lasem, który kojąco szumiał. Po drodze minęliśmy kilka strumieni i małych polanek. Między drzewami mogliśmy spojrzeć jeszcze ostatni raz na szczyt Babiej, który rzecz jasna akurat wtedy postanowił się odsłonić. Bez pośpiechu, rozkoszując się zielenią, kroczyliśmy w stronę parkingu. Niedaleko końca trasy zeszliśmy jeszcze do Mokrego Stawku.
I tak skończyła się nasza wycieczka. W Przełęczy zapakowaliśmy się do samochodu i wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Mimo pochmurnej i wietrznej pogody byliśmy zadowoleni, bo udało nam się gdzieś wyrwać. Poza tym obiecaliśmy sobie, że powrócimy na Babsko, aby zobaczyć je w pełnej krasie i lepszej pogodzie, co po kilku latach zresztą się udało.
#gory #podroze #wedrujzhejto #fotografia





Zaloguj się aby komentować

W niedzielne popołudnie, lokalny mieszkaniec znalazł się prawdopodobnie w pobliżu niedźwiedziej gawry. To właśnie tam mężczyzna został zaatakowany. Na szczęście była z nim druga osoba, która zaalarmowała służby ratunkowe.
Jako pierwsze na miejscu pojawili się ratownicy Bieszczadzkiej Grupy...
Siema,
Zapraszam na już piąte podsumowanie tras z #piechurwedruje
---------
25. Wpis: Czarny Staw Gąsienicowy
Wnioski:
Jeśli tylko dopisują siły i ma się w zapasie czas, to warto zawsze rozważyć wydłużenie trasy o kolejny ciekawy punkt.
Niby oczywiste, ale w Tatrach na prawdę żyją dzikie zwierzęta, i nie są to tylko sarny czy kozice, ale także niedźwiedzie, które można zobaczyć, a jeśli ma się pecha to także spotkać.
W Tatry najlepiej zawsze wybierać się z samego rana - pozwoli to uniknąć korków zarówno w stronę Zakopanego, jak i w drogę powrotną.
26. Wpis: Wysoka
Wnioski:
27. Wpis: Lubomir
Wnioski:
Zanim zdecydujemy się iść z dzieckiem na wycieczkę w nosidle dobrze jest przetestować jak na nie reaguje, żeby uniknąć nieprzyjemnych niespodzianek.
Dla dziecka wyprawa powinna być przyjemnością, a to w dużej mierze zależy od tego, jak jesteśmy w stanie mu ją urozmaicić.
28. Wpis: Chełmiec
Wnioski:
Przy dobrym planowaniu spokojnie można zrobić przynajmniej dwa szczyty w jeden dzień w ramach #koronagorpolski
Mimo pozornie ciepłej pogody i braku śniegu w niższych partiach góry może on dalej zalegać w jej wyższych partiach już w formie lodu - na wycieczki zimą, a także wczesną wiosną dobrze jest mieć w plecaku nakładki antypoślizgowe lub raczki.
Gubienie szlaku to już klasyka - warto regularnie sprawdzać swoje położenie na mapie.
29. Wpis: Waligóra
Wnioski:
Mimo tego, że planowana trasa może wydawać się krótka i łatwa na mapie, dobrze jest rozeznać się w panujących warunkach i w przypadku braku odpowiedniego sprzętu wspomagającego (raczki, nakładki) mierzyć siły na zamiary.
Pomagajmy sobie w górach uprzedzając innych na szlaku o panujących warunkach na czekającym ich odcinku, jeśli wiemy, że może sprawić on trudność.
30. Wpis: Wielka Sowa
Wnioski:
W przypadku wędrówek po zaśnieżonych i skutych lodem trasach kijki, raczki i nakładki antypoślizgowe powinny znaleźć się w naszym wyposażeniu.
Nigdy nie ufać nawigacji w 100% - wyznaczone trasy lepiej prześledzić, żeby później nie pluć sobie w brodę.
-------
Kolejne wpisy będę wrzucać już trochę mniej regularnie ze względu na dynamicznie rozwijającą się sytuację domową, ale nie powinno być tragedii
#gory #podroze #wedrujzhejto #pasja

Zaloguj się aby komentować
Tag do blokowania/obserwowania: #piechurslucha
Bardzo lubię ten kawałek, cały soundtrack do Into the Wild i sam film również.
#muzyka
Zaloguj się aby komentować
Hej, czy ktoś z miłujących parzoną kawę mógłby polecić jakiś ręczny młynek? Chodzi mi głównie o to, żeby był dobry jakościowo i trwały. Planuję kupić tacie na święta.
Dodatkowe pytanie: młynek elektryczny czy ręczny? Jakie są plusy i minusy?
#kawa #pytanie
Zaloguj się aby komentować
Siema,
Zapraszam na ostatni wpis dotyczący jednodniowej wyprawy z moim kuzynostwem. Zachęcam do czytania i obserwowania #piechurwedruje
---------
Szczyt: Wielka Sowa (Góry Sowie)
Data: 19 marca 2022 (sobota)
Staty: 9km, 2h50, 385m przewyższeń
Zaliczyliśmy już Chełmiec i Waligórę, więc przyszedł czas na ostatni z zaplanowanych szczytów, czyli Wielką Sowę. Opuściliśmy schronisko Andrzejówka i pojechaliśmy w kierunku miejscowości Rzeczka.
W tamtym momencie już nie po raz pierwszy za bardzo zaufałem mapom Googla, które poprowadziły mnie co prawda najkrótszą trasą, ale wijącą się przez wąskie górskie drogi. W pewnym momencie dojechaliśmy wręcz do miejsca, w którym widniał sezonowy zakaz wjazdu. Odcinek do przejechania był krótki, więc postanowiłem zaryzykować. Nie było to mądre - co prawda udało się przejechać, ale droga była szerokości jednego samochodu i leżał na niej miejscami zmarznięty śnieg. Wystarczyłoby, żeby było go więcej albo by ktoś jechał z naprzeciwka i w najlepszym wypadku musiałbym wracać na wstecznym.
Ostatecznie dojechaliśmy jednak na miejsce i zostawiliśmy auto na darmowym parkingu przy jednym z ośrodków wypoczynkowych. Wraz z masą innych turystów rozpoczęliśmy wspinaczkę czerwonym szlakiem pod najostrzejszy kawałek trasy prowadzący do schroniska Orzeł. Była to najmniej przyjemna część wędrówki.
W schronisku przybiliśmy pieczątki do #koronagorpolski, wypiliśmy po kawie i ruszyliśmy dalej. Mniej więcej od obelisku Karla Wiesena na drodze pojawił się gruby lód i szybko uznaliśmy, że raczki i nakładki muszą znaleźć się na butach.
Pogoda dopisywała, niebo było niebieskie, a słońce świeciło mocno, więc szybko zrezygnowałem z kurtki. W dobrych nastrojach doszliśmy do schroniska Sowa, gdzie znów przybiliśmy pieczątki. Od tamtego miejsca aż na szczyt szlak prowadził lasem, cały czas po skutej lodem ścieżce. Szło się jednak bardzo przyjemnie.
Po dotarciu na Wielką Sowę zrobiliśmy sobie zdjęcie przy tabliczce. Ludzi było sporo, zawłaszcza rodzin z dziećmi. Niestety nie mieliśmy okazji wejść na wieżę widokową, bo była w remoncie. To co mnie zaskoczyło to sposób w jaki szczyt był przygotowany na turystów - pełno ław, wiat, miejsc na ognisko, a także buda z jedzeniem i toaleta, wszystko na polanie otoczonej lasem. Pierwszy raz się z czymś takim spotkałem.
Nadszedł czas na powrót. Udaliśmy się żółtym szlakiem w kierunku Jeleniej Polany. Po drodze, niedaleko za szczytem, minęliśmy ruiny jakiegoś schroniska, a po dłuższym kawałku spokojnego marszu dotarliśmy do Małej Sowy. Zdjąłem przy niej raczki, bo nie były już potrzebne. Zejście do Polany było nieco bardziej nachylone, ale dzięki kijkom czułem się pewniej.
Odbiliśmy na czarny szlak prowadzący już szeroką drogą i spokojnie zeszliśmy do ulicy, przy której zostawiliśmy auto - trzeba było jednak dojść do niego jeszcze kawałek poboczem pod górę. W ten oto sposób, zaliczając trzy szczyty, zakończyliśmy naszą jednodniową wyprawę. Teraz czekała nas już tylko długa droga powrotna i wspominanie przybitych kilometrów oraz widoków.
Na upartego mogliśmy jeszcze pojechać na Ślężę, na co byliśmy przygotowani pakując czołówki, ale zależało mi już na powrocie do domu przed kąpielą Myszy. Tak czy inaczej, plan minimum został zrealizowany, a ja spędziłem świetnie czas ze swoim cudownym kuzynostwem.
#gory #podroze #wedrujzhejto #fotografia





Zaloguj się aby komentować
Mój drugi raz w tej gierce
10.11.2023 – DIFFLE
3 słowa – 22 litery
https://deykun.github.io/diffle-lang/
#diffle
Zaloguj się aby komentować
Siema,
W dzisiejszym #piechurwedruje
---------
Szczyt: Waligóra (Góry Kamienne)
Data: 19 marca 2022 (sobota)
Staty: 3km, 1h15, 185m przewyższeń
Chełmiec został zaliczony, tak więc bez większej zwłoki wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy w dalszą drogę. Opuściliśmy Wałbrzych i skierowaliśmy się do Rybnicy Leśnej, a konkretnie do schroniska Andrzejówka. Zaparkowałem samochód na błotnistym parkingu, po czym udaliśmy się do budynku przybić pieczątki do #koronagorpolski.
Odległość ze schroniska na szczyt to ledwie 500 metrów i w normalnych warunkach trasa nie zajęłaby nam dużo czasu. Praktycznie całą drogę pokrywał jednak lód i trzeba było uważać, jak stawia się nogi. Był to również moment, w którym zdecydowałem, że lepiej założyć raczki, niż wywinąć orła. Nakładki antypoślizgowe założyła także kuzynka, ale okazało się, że kuzyn takowych nie ma. Na szczęście zwykle pakuję więcej rzeczy na różne okazje i poczęstowałem go swoim kompletem.
Zaczęliśmy podchodzić pod Waligórę żółtym szlakiem. Jest to najkrótszy odcinek, jakim można się na nią dostać od schroniska, ale jest też na prawdę stromy. Nie dało się już kluczyć bokiem głównej ścieżki, jak to robiłem na Chełmcu, bo lód pokrywał praktycznie całe podłoże. Szliśmy ostrożnie, a mi oprócz raczków przydały się też kijki, dzięki którym udało mi się uniknąć bolesnego wywrócenia i zjazdu na dół po tym, jak przypadkiem postawiłem stopę bokiem buta i momentalnie zaczęła mi odjeżdżać. Nie będę ukrywać, serce zaczęło bić mi w tamtym momencie szybciej.
Powoli dotarliśmy do miejsca, w którym szlak przecinał się ze ścieżką prowadzącą wzdłuż poziomic. Spotkaliśmy tam parę, która planowała schodzić drogą, którą my weszliśmy - nie mieli ani kijków, ani raczków czy jakichkolwiek nakładek, na nogach adidasy; zapewnie nie spodziewali się takich warunków. W każdym razie stanowczo odradziłem im kontynuowanie trasy, widząc z jaką trudnością pokonują odcinek o mniejszym nachyleniu niż ten, który ich czekał. Nie wiem czy posłuchali rady, my w każdym razie poszliśmy dalej.
Po dotarciu na szczyt Waligóry zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie i w dalszym ciągu żółtym szlakiem zaczęliśmy schodzić jej południową stroną. Na tym etapie trudności się skończyły i zamiast lodu pod nogami pojawił się śnieg, także wkrótce ściągnąłem raczki. Trasa delikatnie i równomiernie opadała, a spacer był przyjemny.
W miarę szybko doszliśmy do skrzyżowania szlaków przy potoku Sokołowiec, skąd już zielonym szlakiem wróciliśmy do schroniska i czekającego na parkingu samochodu. Słońce świeciło jasno, pojedyncze chmury błąkały się po niebie, więc nie traciliśmy czasu i pojechaliśmy zdobyć następny, ostatni już w tym dniu szczyt.
#gory #podroze #wedrujzhejto #fotografia




Zaloguj się aby komentować
Siema,
Ten i kolejne dwa wpisy będą poświęcone trzem szczytom w trzech różnych pasmach, które obskoczyłem w ciągu jednego dnia w ramach #koronagorpolski . Zachęcam do czytania i obserwowania #piechurwedruje
---------
Szczyt: Chełmiec (Góry Wałbrzyskie)
Data: 19 marca 2022 (sobota)
Staty: 8km, 2h15, 390m przewyższeń
Do #koronagorpolski zapisałem się w 2019 roku, ale od dłuższego czasu nastąpiła pewna stagnacja w zdobywaniu szczytów wchodzących w jej skład. Na większość gór, które były w niedalekiej okolicy (czyli do 2h jazdy) już wszedłem i zostały te oddalone o ponad 4h. Z czasem było ciężko, bo młoda chorowała praktycznie bez przerwy, dodatkowo wychodziły jej jeszcze zęby i była marudna, więc nie mogłem pozwolić sobie na znikanie na całe dnie. Zdrowy rozsądek nakazywał również zdobycie kilku szczytów, jeśli w grę wchodziła dłuższa jazda.
W końcu trafiło się okienko - Mysz była zdrowa od tygodnia, sobota zapowiadała się ładna, a żona dała zielone światło. Razem z kuzynką i kuzynem, który był inicjatorem zapisania się do klubu, umówiliśmy się na wyjazd, a ja zająłem się logistyką, czyli planowaniem tras oraz kolejności ich przechodzenia.
Naszym pierwszym celem był Chełmiec, tak więc czekała nas około 4 godzinna jazda do Wałbrzycha. Wyruszyliśmy wczesnym rankiem (ku wielkiej rozpaczy kuzynki), dzięki czemu koło 8:00 byliśmy już na miejscu.
Żółtym szlakiem skierowaliśmy się w stronę Czarnego Mostu, spod którego odbiliśmy na północ w czarny szlak. Droga była błotnista i rozjeżdżona przez traktory, a las wyglądał szaro buro i ponuro, pełen nagich drzew pozbawionych jeszcze liści.
Z czarnego szlaku skręciliśmy w niebieski, który prowadził już na sam szczyt. Tutaj rozpoczęła się pierwsza część wspinaczki, odcinek był jednak krótki, bo tylko na pół kilometra. Doszliśmy do drogi dojazdowej, która prowadzi na Chełmiec, i którą kawałek trzeba było iść. Szukaliśmy miejsca, w którym niebieski szlak znów skręca pod górę i oczywiście go przegapiliśmy. Na szczęście, nie po raz pierwszy, z pomocą przyszedł GPS.
Okazało się, że zgubić szlak wcale nie było trudno, bo odbijał w górę w dość nieoczekiwanym miejscu - trzeba było przejść przez rów przy drodze i wspiąć się ostro pod górę po nasypie. Ta część trasy była już cięższa i prowadziła praktycznie prostopadle do gęsto usianych poziomic. Dodatkowo pojawił się lód, przez co szło się wolno, bo nogi co i rusz rozjeżdżały się na boki. Nie zakładałem jednak raczków, bo udawało się przejść trochę bokiem po leżących kupkach śniegu.
W końcu moim oczom ukazał się przebijający przez gałęzie duży Krzyż Milenijny, który zapowiadał dostanie się na szczyt. Doszedłem do XIX wiecznej wieży widokowej, która niestety była zamknięta, i poczekałem na kuzynostwo. Przybiliśmy pieczątki, zrobiliśmy zdjęcie, zjedliśmy po bułce i ruszyliśmy w drogę powrotną - plan mieliśmy napięty.
Do samego samochodu szliśmy już żółtym szlakiem i ta trasa pod względem wizualnym podobała mi się już znacznie bardziej. Las był jakby trochę inny, drzewa przyjaźniejsze, może dzięki słońcu, które zaczynało przygrzewać coraz bardziej. Minęliśmy uroczy zakątek przy dwóch małych stawach i wkrótce dotarliśmy ponownie na Czarny Most.
Zanim się obejrzeliśmy, a byliśmy przy aucie. Szybko wsiedliśmy do środka i pojechaliśmy zdobyć kolejną niewielką górę. Na sam Chełmiec muszę wrócić latem, może bardziej mi się spodoba, bo wrażania po tej marcowej wycieczce miałem raczej średnie.
#gory #podroze #wedrujzhejto #fotografia





Zaloguj się aby komentować