Dziś w #piechuroglada o czarnej komedii politycznej z Meksyku. Wpis dedykuję wszystkim tym, którzy mają zablokowany tag # polityka - dzisiaj chyba nie ma dla Was zbyt wiele treści Zapraszam!
----------
Tytuł: La ley de Herodes (Prawo Heroda)
Reżyseria: Luis Estrada
Moja ocena: 3/5
Nie należący do najbystrzejszych działacz partyjny zostaje awansowany na stanowisko burmistrza małej mieściny znajdującej się po środku niczego. Wierność partyjnej ideologii i regułom prawa szybko miesza się z naturalną wręcz skłonnością do korupcji i nadużywania władzy.
Film jest polityczną satyrą, ukazującą w sposób prześmiewczy do czego może doprowadzić oddanie władzy, nawet nad małą społecznością, komuś zupełnie się do tego nie nadającemu, a jednocześnie posiadającemu złudne przekonanie o wadze powierzonej misji. Zresztą bohater nie rozwinąłby tak skrzydeł, gdyby nie garstka innych ciekawych charakterów zamieszkujących miasto, z których każdym wydaje się kierować miłość do gotówki. Ciekawie było patrzeć jak daleko zajdzie taka historia, i w którym momencie główny bohater będzie w stanie spojrzeć na wszystko z dystansu i stwierdzić, że sprawy zaszły ociupinkę za daleko. Polecam tym, którzy lubią lekko absurdalny, czarny humor, osadzony w świecie polityki.
Oto kolejne podsumowanie tras z #piechurwedruje w ramach #poradnikpiechura
---------
37. Wpis: Ojcowski Park Narodowy
Wnioski:
Jeśli pogoda zapowiada się upalna, warto przemyśleć trasę tak, aby jednak iść w cieniu - zwłaszcza przy wycieczce z dziećmi lub osobami starszymi.
Uważać na wyślizgane skały wapienne.
Jeśli planuje się odwiedzenie jakiejś jaskini na trasie (w stylu Jaskini Łokietka), należy zadbać o dodatkowy ubiór (zwłaszcza jak jest ciepło) oraz latarki.
38. Wpis: Las Krzyszkowicki
Wnioski:
Zamiast jeździć daleko szukając miejsc do spacerów, warto rozglądać się w bliskiej okolicy - a nuż trafi się coś ciekawego.
W takich bliskich miejscach ze ścieżkami może być też różnie i możliwe, że czekać będzie przeprawa przez chaszcze lub skoki nad strumyczkami.
39. Wpis: Kopiec Kraka, rezerwat Bonarka, Kamieniołom Liban
Wnioski:
Jak zwykle bywa przy nocnych wyprawach - strach ma duże oczy. Spacer po miejskich oazach zieleni może dostarczyć więcej emocji niż nocna eskapada w góry.
40. Wpis: Zakrzówek
Wnioski:
Aby wycieczka z dzieckiem była miła, warto zadbać o to, by nie była zbyt długa ani wymagająca fizycznie. Dodatkowym plusem będzie, jeśli w miarę krótkich odstępach będzie dostępna jakaś mała bądź większą atrakcja - segmentowanie trasy na odcinki do zdobycia zwykle działa dobrze i nie da szansy dziecku, aby znudzić się wyprawą.
Jeśli na trasie jest oznaczona grota lub jaskinia, warto wziąć latarkę.
41. Wpis: Dolina Mnikowska
Wnioski:
Nawet krótka trasa, której normalnie nie brałoby się pod uwagę, może pozytywnie zaskoczyć jakimś niespodziewanym elementem - warto szukać nowych miejsc, zamiast trzymać się cały czas tego, co sprawdzone.
42. Wpis: Las Bronaczowa
Wnioski:
Idąc nieoszlakowanymi leśnymi ścieżkami trzeba liczyć się z tym, że mogą być ciężkie do odnalezienia, a przede wszystkim, że będą zarośnięte krzakami i chaszczami, a odnalezienie właściwej drogi opóźni wyprawę.
-------
W kolejnych wpisach powrót do wycieczek górskich. Zapraszam i zachęcam do obserwowania
Dzisiejszym wpisem zamykam na jakiś czas temat spacerów około-miejskich. Zapraszam na #piechurwedruje , a w nim...
---------
Miejsce: Las Bronaczowa (Podgórze Wielickie)
Data: 28 listopada 2023 (wtorek)
Staty: 13km, 3h, 320m przewyższeń
Śnieg spadł, a ja tylko oglądałem kolejne zdjęcia ludzi przemierzających otulone białym puchem szlaki. Nogi swędziały okrutnie i ciężko mi było usiedzieć. Żona w końcu zlitowała się nade mną i dała zielone światło na krótką trasę w niedalekiej okolicy tak, abym w razie czego mógł szybko wrócić. Egoizm zwyciężył we mnie nie pierwszy raz i skorzystałem z propozycji.
Tego samego dnia zadzwoniłem do taty, żeby go wybadać, ale przejrzał mnie w momencie, gdy tylko się przywitałem, i zwyczajnie powiedział, że jedzie. Na miejsce do pochodzenia wybrałem las Bronaczowa leżący za Mogilanami. Miałem już na niego chrapkę od jakiegoś czasu, bo umyśliłem sobie, żeby wejść na każdą większą górkę leżąca przy Zakopiance.
Dojeżdżając na miejsce wiedzieliśmy już, że śnieg będzie mokry - temperatura w ostatnich dniach podniosła się już do okolic zera stopni, w dzień je przekraczając. Założyliśmy stuptuty, przygotowaliśmy latarki i zostawiliśmy auto na małym parkingu, podążając czarnym szlakiem wzdłuż asfaltowej drogi pokrytej lodem.
Wkrótce przekroczyliśmy szlaban i wkroczyliśmy do lasu. Śnieg prószył delikatnie cały czas, drzewa były już nim fajnie pokryte. Droga była szeroka, utwardzona. Minęliśmy małą wiatę i kontynuowaliśmy marsz zielonym szlakiem. Coś mi w całej trasie nie do końca jednak grało i wkrótce zorientowałem się co - niebo nie było kompletnie ciemne (co widać na zdjęciach). Zanieczyszczenie światłem psuło mi nieco estetyczne doznania, ale darowanemu koniowi, itd.
Doszliśmy w końcu do miejsca, w którym mieliśmy zboczyć w mniej uczęszczaną drogę. Początkowo była mocno błotnista i rozjeżdżona przez traktory, bo w lesie odbywała się wycinka, ale wkrótce błota było coraz mniej. Przeszliśmy obok jakichś stawów i wkrótce zrobiło się bardziej dziko. Trochę się nakluczyliśmy między drzewami, co chwila przekraczając płynący obok potok, ale w końcu dotarliśmy do niebieskiego szlaku, którym ponownie weszliśmy na górę - to był jedyny etap wspinaczkowy.
Dołączyliśmy znowu do zielonego szlaku i ponownie zaczęliśmy nim schodzić, tym razem odbijając jednak w czerwoną ścieżkę edukacyjną. Wkrótce z niej zeszliśmy i podążyliśmy jedną z leśnych dróg, aby dojść do Rezerwatu Kozie Kąty. Na mapach taka ścieżka była tam zaznaczona, ale w praktyce skończyło się na przedzieraniu przez chaszcze.
Ostatecznie dotarliśmy do rezerwatu i już główną drogą wróciliśmy na niebieski szlak. Niedaleko znajdowała się mijana przez nas wcześniej wiata, w której zatrzymaliśmy się na chwilę na herbatę i krówki (oraz relacjonowanie na hejto). Niedługo później ruszyliśmy w drogę powrotną do samochodu, jednak zamiast czarnym szlakiem poszliśmy zielonym.
Minęliśmy stojący przy drodze krzyż, doszliśmy do ogrodzeń domów i, znowu odnajdując leśną ścieżkę, podreptaliśmy między krzakami w stronę parkingu. Po jakimś czasie ścieżyna odbiła w gęste zarośla i prawdę mówiąc ten etap podobał mi się najbardziej, bo był zbliżony do górskich klimatów, które lubię. Odnaleźliśmy po drodze ambonę stojącą przy dużym polu, a po kilkunastu minutach byliśmy już przy samochodzie.
Do domu wróciłem chwilę przed 1 i od razu poszedłem spać, bo rano trzeba było wstawać do roboty. Wycieczka była ok, bez jakichś fajerwerków, ale lepszy rydz jak nic. Myślę, że do lasu wrócę latem, żeby pospacerować trochę po nim z żoną i dzieciakami - zdaje się, że na takie eskapady będzie on w sam raz.
@Piechur Prześledziłem Twoje wpisy, ale nie znalazłem odpowiedzi na pytanie które mi się nasunęło: w jakich butach Ty i Twoi znajomi chodzicie na wycieczki w śniegu? Szczególnie te dłuższe.
Dziś w #piechurwedruje krótki wpis o fajnym miejscu na szybki spacer.
---------
Miejsce: Dolina Mnikowska (Garb Tenczyński)
Data: 1 listopada 2023 (środa)
Staty: 2km, 1h, 15m przewyższeń (xD)
Początek listopada był zaskakująco wręcz słoneczny, a mi średnio uśmiechało się jeżdżenie z dzieciakami po cmentarzach, więc zamiast tego zacząłem szukać jakichś krótkich tras spacerowych w okolicy Krakowa.
Tak natrafiłem na Dolinę Mnikowską, która leży niedaleko Balic. Zabraliśmy co trzeba i ruszyliśmy na miejsce, gdzie udało nam się jakoś zaparkować - miejsc było na ok. 20-30 samochodów, a my nie byliśmy jedynymi, którzy w ten słoneczny dzień postanowili się tam udać. Z jedną młodą w wózku, a drugą idącą na nogach, poszliśmy niebieskim szlakiem w kierunku dolinki.
Na ziemi leżało mnóstwo opadłych liści, ale duża część drzew była jeszcze niemi przyodziana. Doszliśmy do wysokiej skały, spod której wypływało źródełko. Droga była usiana dużymi kałużami, między którymi robiliśmy slalomy. Po drodze było przygotowanych całkiem sporo ławek, jednak wszystkie były mokre od deszczu.
Dróżka prowadziła wzdłuż potoku, klimacik był przyjemnym. Dookoła królowały wapienne skały, jesień wspaniale pokolorowała drzewa, pogoda była wyśmienita. Doszliśmy tak do miejsca, które było dla mnie sporym zaskoczeniem - po drugiej stronie potoku znajdowały się stopnie prowadzące pod duży malunek naskalny przedstawiający Matkę Boską. Wzięło mnie to trochę z zaskoczenia, bo w ogóle się czegoś takiego nie spodziewałem, ale było to zaskoczenie pozytywne.
Zrobiliśmy tam sobie przerwę. Żona z Myszą podreptały pod malunek, a ja zostałem z Robakiem pilnując, żeby się nie wybudził. Gdy dziewczyny wróciły poszliśmy dalej niebieskim szlakiem, jednak trasa po jakimś czasie zrobiła się już zupełnie nieprzejezdna dla wózka - korzenie, kamienie, a przede wszystkim błoto i kałuże uniemożliwiły dalszą jazdę. Wróciliśmy zatem do samochodu tą samą drogą i pojechaliśmy jeszcze do Lasku Wolskiego.
Dolinę Mnikowską polecam na leniwy spacer, najlepiej nastawiony na piknik albo przynajmniej jakąś dłuższą przerwę - w przeciwnym wypadku dla osoby dorosłej idącej normalnym tempem będzie on zwyczajnie za krótki. Dodam jeszcze, że bliskość Balic odbija się tym, że nad doliną przelatują dość nisko samoloty, także od czasu do czasu jest głośno.
Pewnie wszyscy pozostali kawiarenkowicze pochłonięci są układaniem pomysłowych wersów w #naczteryrymy, ale podzielić się czymś muszę, bo się uduszę.
Otóż jak wiadomo patronem kawiarenki #zafirewallem jest Julian Tuwim, Mistrz słowa pisanego oraz misternie tkanych strof. Ja chciałbym natomiast przypomnieć - a niektórym może przedstawić - postać Jeremiego Przybory, a więc jednego z twórców Kabaretu Starszych Panów.
Nie będę się tu rozwodzić nad jego życiorysem, kto chce może sobie przybliżyć jego dokonania wyszukując je w internecie. Chciałbym Wam natomiast zaprezentować jeden z wielu utworów jego autorstwa, który swoją stylistyką, humorem, pomysłowością i świetnymi porównaniami wrył mi się w pamięć, z pewnością w jakiś sposób kształtując mój smak jeśli chodzi o poezję jako taką. Dziękuję mojej kochanej mamie, która "katowała" mnie i moje rodzeństwo takimi kawałkami, gdy byliśmy dziećmi.
Oto wzruszająca i ściskająca krtań opowieść o stracie
--------------
Addio, pomidory!
Minął sierpień, minął wrzesień
Znów październik i ta jesień
Rozpostarła melancholii mglisty woal
Nie żałuję letnich dzionków
Róż, poziomek i skowronków
Lecz jednego jedynego jest mi żal
Addio pomidory, addio ulubione
Słoneczka zachodzące za mój zimowy stół
Nadchodzą znów wieczory sałatki niejedzonej
Tęsknoty dojmującej i łzy przełkniętej wpół
To cóż że jeść ja będę zupy i tomaty
Gdy pomnę wciąż wasz świeży miąższ
W te witaminy przebogaty
Addio pomidory addio utracone
Przez długie złe miesiące wasz zapach będę czuł
Owszem była i dziewczyna
I miłości pajęczyna
Co oplotła drżący dwukwiat naszych ciał
Porwał dziewczę zdrady poryw
I zabrała pomidory
Te ostatnie com schowane przed nią miał
Addio pomidory, addio ulubione
Słoneczka zachodzące za mój zimowy stół
Nadchodzą znów wieczory sałatki niejedzonej
Tęsknoty dojmującej i łzy przełkniętej wpół
To cóż że jeść ja będę zupy i tomaty
Gdy pomnę wciąż wasz świeży miąższ
W te witaminy przebogaty
Addio pomidory addio utracone
Przez długie złe miesiące wasz zapach będę czuł
--------------
W tym miejscu nie może oczywiście zabraknąć kultowego wykonania w roli Wiesława Michnikowskiego do muzyki Jerzego Wasowskiego. Smacznego!
Niedawny komentarz @Lubiepatrzec sprawił, że wpadłem w zadumę nad sposobem wymieniania "uprzejmości" w ostatnich sonetach. Efektem jest poniższy mały sonecik w stylu barnfieldowskim (abba cddc effe gg). Wyszedł bardziej moralizatorsko, niż bym chciał, ale nie miejcie do mnie pretensji - ja tu tylko piszę
----------
Na patosonety
Patosonet - nowa moda, ostrości poezji doda
Język koniecznie karczemny, żółć swą zlej w sposób pisemny
Niech odbiorca Twój nikczemny wie, że jego trud daremny -
Już powąchał Twego smroda, niechaj wie, że jest lebioda
Niech mu pójdzie w same pięty, tępak niedorozwinięty
Niech poczuje, jak to piecze, gdy go smagasz swoim mieczem!
Bez litości pióro siecze... Czy to jakieś średniowiecze?
Choć odbiorca uśmiechnięty, siedzi taki jakiś... spięty?
Dosyć waśni moi mili, czas byście się pogodzili
Zamiast szczypać, dołki kopać, niczym indyk wciąż gulgotać
Lepiej sobie poszczebiotać, w mózgu zwoje pogilgotać
Więc nie traćcie ani chwili, w ruch paluszki, gili-gili
Bo najlepiej się rymuje
Kiedy się nie deprymuje
----------
Różna #tworczoscwlasna , choć głównie #poezja i bitwy #nasonety , w kawiarence #zafirewallem
W dzisiejszym wpisie o spacerze z Myszą po miejscu, które każdy krakus, jeśli już w nim nie był, to na pewno odwiedzi. Zapraszam na #piechurwedruje
---------
Miejsce: Zakrzówek (Pomost Krakowski)
Data: 7 września 2023 (czwartek)
Staty: 3.5km, 1h50, 85m przewyższeń
Kończyłem właśnie pracę, za oknem było ładnie, więc zapytałem Myszy, czy chce się gdzieś przejść. Po tradycyjnym pierwszym "nie", rzuconym bardziej z automatu, zareagowała całkiem entuzjastycznie, więc szybko przypomniałem zasady (chodzenie na własnych nóżkach) i pojechaliśmy na Zakrzówek.
Wybrałem dla nas trasę niebieskim szlakiem, który okala Skałki Twardowskiego - głównie dlatego, że nigdy wcześniej nią nie szedłem. Rozpoczęliśmy od miejsca, w którym znajduje się średnio udany pomnik Elvisa Presleya. Bałem się, że będziemy szli głównie asfaltowymi alejkami, ale na szczęście szybko odbiliśmy za szlakiem między drzewa.
Było ciepło i przyjemnie. Szliśmy niespiesznie, w dobrych humorach, nawijając makaron na uszy. Co i rusz były jakieś ciekawe rzeczy do zobaczenia - małe grzybki na drodze, ładne kamyczki, ławeczki, trafił się nawet fragment z widokiem na kawałek Wisły. Przez większość czasu szliśmy za rękę, bo dróżka była uczęszczana przez rowerzystów, którzy czasami pojawiali się dość niespodziewanie.
W końcu córa zaczęła coś przebąkiwać, że jej się nudzi. Na szczęście przed nami była pierwsza z atrakcji - jaskinia Jasna. Była to raczej duża wyrwa w skale, z barierką mającą uniemożliwić podejście do niej (niebezpieczeństwo dostania w głowę obrywem skalnym), ale młodej się podobało. Następnie dotarliśmy do położonej niedaleko jednostki wojskowej, która też z jakiegoś względu wzbudziła zainteresowanie.
Po krótkiej chwili poszliśmy dalej. Trasa prowadziła wzdłuż betonowego płotu bazy, co mocno odejmowało jej uroku. Na tym odcinku miało znajdować się kilka jaskiń, do których chciałem podejść. Jeśli chodzi o pierwsze trzy (z Kulkami, pod Nyżą, Niska), to szkoda tracić na nie czasu. Natomiast czwarta, Grota Twardowskiego, jest już fajna - wejście klasycznie niezbyt czyste, ale sama jaskinia jest wysoka i można zapuścić się spory kawałek w jej głąb. Warto mieć latarkę, bo telefonem niewiele da się oświetlić, a w środku jest dość ślisko. Ja niestety latarki nie wziąłem, także Mysz bała się wejść do środka.
Poszliśmy dalej i ścieżka wkrótce znów skręciła w lasek. Minęliśmy Okno Zbójeckie (kolejna mala jaskinia) i poszliśmy w stronę punktu widokowego, z którego można było obejrzeć zalany kamieniołom. Pogoda na taki spacer była wręcz idealna, nie gorąco, nie chłodno, tak w sam raz. Po krótkim odcinku byliśmy na miejscu. Zakrzówek zrobił na Myszy wrażenie, co mnie ucieszyło, bo dobrze pamiętam, że rozbudzał również moją wyobraźnię, gdy będąc bajglem chodziłem tu z rodzicami na spacery.
Przyszedł czas na powrót - kontynuując trasę niebieskim szlakiem doszliśmy na parking, gdzie zrobiliśmy jeszcze krótką przerwę na biszkopty patrząc, jak słońce udaje się na spoczynek.
Tym, co byli na Zakrzówku, nie muszę go polecać. Jest to naprawdę bardzo fajne miejsce na spacery, oferujące wiele różnego rodzaju tras, które można dowolnie przemierzać. Miejsce zdecydowanie ma swój klimat. Jeśli chodzi o niebieski szlak, to na wycieczkę z dziećmi jest świetny - co chwila jest jakaś mała atrakcja, a odległości między nimi nie są duże. Przewyższeń praktycznie brak, ale są miejsca wymagające małej asekuracji. Czasowo i kilometrażowo wyszło bardzo fajnie (prawie 2h, 3.5km), w sam raz na małe nóżki, także jak najbardziej polecam tę trasę.
Sen jest dla słabych, także zgodnie z sugestią @UmytaPacha , naoliwiony nieco pierwszym podejściem w pisaniu sonetów, przedstawiam niniejszym sonet di riposta do sonetu di proposta w ramach bitwy #nasonety .
----------
RZ jak?
Język nasz ojczysty nie na wszystkie uszy
Wytknąć mu też można rozmaite braki
Jednak, gdy go słyszę, cieplej mi na duszy
Biel widzę obłoków i czerwone maki
Trochę mierzi tedy, gdy ktoś będąc w błędzie
Z wymową kuleje, zamiast mówić - kracze
Różne są problemy; mając to na względzie
Tym oto przykładem tutaj was uraczę
"R" wraz z "Z" w wyrazach nierzadko szaleje -
W "rzyci" "RZ" wymówisz, razem tam usiadły
Lecz w "marznie" osobno toczą się ich dzieje
Postaraj się zatem by tak z ust wypadły
Także powtórz teraz jak i ja powtarzam:
Wymawia się "TaRzan", a nie jakiś "TaRZan"!
----------
Różna #tworczoscwlasna , choć głównie #poezja , w kawiarence #zafirewallem
Ło Panie teraz to się cieszę, że jako pierwszy te swoje powrzucałem i się rozkręciłem trochę. Jakbym taki sonet zobaczył, to by mi było głupio swoje wrzucać
Fajnie, że się nam tu jakieś style kreują, Ty widzę jesteś ekspert od takich majstersztyków, ja bardziej uderzam w mniej poważne nuty
Oto mój jubileuszowy, setny wpis, który postanowiłem poświęcić bitwie #nasonety .
Podobnie jak kolega @splash545 spróbuję sił układając swój pierwszy w życiu sonet (dla świeżaka sprawa prosta - będzie sonet di proposta) Zapraszam do czytania i krytykowania, brutalność dozwolona.
-----------
Phi, sonet!
Sonet? To banał! Prosta budowa:
Czternaście wersów i strofy cztery
Układasz w słowa różne litery
Rymujesz wersy - forma gotowa!
Myślę więc: "Całkiem mądra ma głowa
Nie takie w życiu za mną numery"
W uszach już słyszę najdziksze szmery -
Zaraz okiełznam niesforne słowa!
Chwytam więc pióro, entuzjazm wzbiera
Już są wyrazy, lecz - rymów nie ma
Sylab za dużo... W co się wkopałem!
Liczę - raz, dwa, trzy... Niech to cholera!
To na nic, mam dość, zżarła mnie trema...
Lecz... Chwila! Co też tu napisałem?!
-----------
Różna #tworczoscwlasna , choć głównie #poezja , w kawiarence #zafirewallem
Dzisiaj o kolejnej "ekscytującej" trasie w mieście. Zapraszam na #piechurwedruje
---------
Miejsce: Kopiec Kraka, rezerwat Bonarka, Kamieniołom Liban (Pomost Krakowski)
Data: 6 lipca 2023 (czwartek)
Staty: 5.5km, 1h15, 135m przewyższeń
Wcześniej tego wieczora przeszedłem się już po lasku Mogilskim i wokół Łąk Nowohuckich, ale nic specjalnie ciekawego tam nie było, więc na zakończenie postanowiłem w końcu wejść na teren kamieniołomu Liban, czego do tamtej pory jeszcze nigdy nie zrobiłem, ale zawsze o tym myślałem. Tym spacerowym wypadem kontynuowałem pomysł, by odwiedzić w Krakowie te miejsca, w które raczej nie chciałoby mi się pójść w dzień, ale po zmroku już bardziej.
Wystartowałem z parkingu przy przystanku Kraków Podgórze i szybko wspiąłem się na Kopiec Kraka. Chwilę popatrzyłem na rozświetlone miasto i udałem się w stronę Pomnika Ofiar Faszyzmu. Spacer przebiegł bez problemu i wkrótce mijałem pomnik, kierując się na teren rezerwatu Bonarka.
Wejście do niego było przy bardzo ruchliwej ulicy i hałas towarzyszył mi cały czas. Starałem się odnaleźć jakąś ścieżkę, ale wszystko było pozarastane haszczami i krzaczorami, które drapały mnie po łydkach, gdy się przez nie przedzierałem. Odcinek w rezerwacie był krótki, ale mnie rozsierdził i żałowałem, że w ogóle tam wchodziłem.
Ostatnią atrakcją miał być kamieniołom Liban, do którego poszedłem asfaltową drogą prowadzącą obok ogródków działkowych. Zacząłem szukać zejścia, które było oznaczone na mapach, ale tutaj również ścieżka pozarastała i ciężko było coś znaleźć. W końcu, uważając, żeby nie zlecieć z urwiska, udało mi się dostać do wież będących pozostałością po planie filmowym do Listy Schindlera.
Na jednej z nich siedziała sowa, która wydawała dźwięki nie przypominające pohukiwania, a raczej jakby wrzasku dziecka, ciężko mi to określić. Chwilę na siebie patrzyliśmy, po czym odleciała, żeby drzeć się z innego miejsca. Zszedłem po zniszczonych schodach i znalazłem się na drodze z macew.
W kamieniołomie było cicho, a jedyne dźwięki wydawała od czasu do czasu wspomniana już wcześniej sowa. Zacząłem czuć się nieswojo, ale szedłem ścieżką dalej. Dziwna sprawa, ale chodząc nocą po górach denerwuję się znacznie mniej, jeśli nie wcale, natomiast w tamtym miejscu moja wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach. I tak, miałem wizję tego, jak trafiam na jakiegoś ćpuna, który rzuca się na mnie z nożem, albo na legowisko żuli, czy jakąś małą sektę składająca ofiary z piechurów. Nikogo jednak nie spotkałem. Nie zobaczyłem również niczego ciekawego, więc stwierdziłem, że czas wracać do domu
Wyszedłem z kamieniołomu trafiając ponownie pod kopiec, spod którego udałem się do samochodu. Łącznie tej nocy przeszedłem w ciemności jakieś 15km, ale czy było warto? Patrząc wstecz - raczej nie, bo nic ultra ciekawego nie zobaczyłem. Z drugiej jednak strony mogłem zobaczyć, więc raczej w miarę możliwości będę kontynuować takie krótkie eskapady (tylko nie za często).
@Piechur Końcówka przypomniała mi słynną notkę prasową z libacji na skwerku Ja też czasami idę po prostu w miejsca, gdzie jeszcze nie byłem. Często faktycznie nie ma nic ciekawego, ale czasem można przeżyć pozytywne zaskoczenie, więc zgadzam się, że warto eksplorować nieznane tereny.
Niedawną wrzutką @moll narobiła mi smaka na pieczone jabłka, więc dzisiaj sam przygotowałem. Kolejnym razem bardziej dokokszę farszem, bo coś malizną zalatywało. Mysz rzecz jasna nawet nie ruszyła, bo "to jest ble"
Jedyny prawdziwy "farsz" do takich pieczonych jabłuszek to masło z cukrem i odrobiną cynamonu. Jest jeszcze druga wersja gdy zamiast jabłek masz mus, wtedy kruszonka na wierzch a jabłka zmieszane z cukrem, mąką ziemniaczaną i cynamonem. Aż się głodny zrobiłem.
Zwycięzców powinno być trzech ( @moll , @George_Stark i ja), jednak jak wiadomo nie ważne kto piorunuje, ważne kto liczy pioruny - tym też sposobem proponuję dzisiaj co następuje:
Rymy: pała - wała - przygoda - jagoda
Temat: autokorekta
Zachęcamy wszystkich do wspólnej zabawy Zasad można poszukać w poniższych tagach lub zapytać o nie w komentarzach. Powodzenia!
#naczteryrymy czyli #poezja i #tworczoscwlasna w kawiarence #zafirewallem
W dzisiejszym #piechurwedruje o szybkim spacerze po lesie. Fajerwerków nie będzie, ale chętnych zapraszam tak czy siak
---------
Miejsce: Las Krzyszkowicki (Podgórze Krakowskie)
Data: 4 kwietnia 2023 (wtorek)
Staty: 7.5km, 1h45, 180m przewyższeń
Na pomysł wybrania się do Lasu Krzyszkowickiego wpadłem, gdy szukałem jakichś terenów do pochodzenia w niedalekiej odległości mojego miejsca zamieszkania. Moją uwagę przykuła dość sporych rozmiarów zielona plama widoczna na mapie. Zwykle przejeżdżałem obok tego lasku ale nigdy w nim nie spacerowałem, więc postanowiłem to zmienić i sprawdzić, czy da się tam pochodzić z dzieckiem.
Podjechałem wieczorem zaraz na jego skraj i ruszyłem ścieżką w dół, szybko skręcając między drzewa. Różnych dróżek było od groma, ale ja postanowiłem iść tą biegnącej wzdłuż autostrady. To główny i najpoważniejszy minus tego miejsca - hałas przejeżdżających samochodów słychać praktycznie cały czas. Sam lasek jest jednak dość urokliwy jeśli chodzi o aspekty wizualne.
Moim celem było dojść do fortu Kosocice. Dotarłem do jakiegoś strumyko-potoko-czegoś (Malinówka), przez który według map miało dać się przejść. Trochę mi zajęło, żeby się nad niego dostać, bo ścieżka pozarastała chaszczami, ale w końcu się udało. Natknąłem się tam na dylemat - przejściem okazała się być kłoda przewalona z jednego brzegu na drugi. Podrapałem się po głowie i stwierdziłem, że spróbuję po niej przejść. Ostatecznie było to całkiem łatwe, bo wystarczył jeden duży krok połączony z susem.
Po drugiej stronie czekała mnie strasznie błotnista i rozjeżdżona przez ciężki sprzęt droga, jako że w okolicy trwała budowa kolejnych szeregówek. Skierowałem się w stronę małego osiedla domków, niedaleko którego miał znajdować się "monument oznaczający punkt przecięcia się linii współrzędnych" 50°N/20°E, jak głosiła kartka przypięta do drzewa. Dalej zastanawiam się, czego się tam spodziewałem - "monumentem" okazało się być kilka betonowych płyt chodnikowych ułożonych na ziemi.
Poszedłem dalej, przeszedłem przez małe osiedle i wkrótce znów byłem w lesie. Tym razem szedłem wzdłuż strumyka, a odgłosy autostrady trochę ucichły (tak po prawdzie to już wcześniej przestałem zwracać na nie uwagę). Po kilkunastu minutach marszu byłem już przy bramie fortu - niestety zamkniętej, więc nie udało mi się wejść i poeksplorować jego pozostałości.
Do Malinówki, którą ponownie miałem przeskakiwać, udałem się południową stroną lasu. Po drodze spotkałem stado sarenek, które bacznie obserwowało mnie spomiędzy drzew, błyszczącymi w świetle latarki oczami śledząc każdy mój krok. Dotarłem nad brzeg i, zbierając się w sobie, przeszedłem po kłodzie uważając, by nie wpaść do wody. Jakoś się udało.
W dalszym ciągu kierując się południową stroną lasu doszedłem w okolice domostw i postanowiłem je okrążyć. Minąłem kilka zwalonych drzew, przeszedłem obok jakiegoś placu budowy i w końcu trafiłem na ścieżkę prowadzącą przy płocie wykonanym z siatki. Był to kolejny punkt, który chciałem zobaczyć, bo na mapach wyglądał interesująco - samotna willa pośrodku lasu. Według tabliczki miał to być jakiś ośrodek szkoleniowy, ale nie wiem dokładnie kogo tam szkolili, w każdym razie wejść do środka się nie dało.
Dotarłem w końcu do samochodu i ruszyłem do domu. Spacer nie był specjalnie ekscytujący ani spektakularny, ale przynajmniej zobaczyłem ten lasek na własne oczy. Bliskość autostrady niestety mu nie służy, jednak dla osób mieszkających w jego okolicy musi to być na prawdę super miejsce, czy to do spacerów z psami, czy do poobiedniej przechadzki, pobiegania, czy też do jazdy na rowerach dla dzieciaków (widziałem przygotowane hopki). Jak to mówią: lepszy wróbel w garści.
Zanim zaleje nas fala wpisów o mikołajkowych prezentach, zapraszam Was na wspominkę wycieczki do Ojcowskiego Parku Narodowego Ten i kolejnych kilka wpisów w #piechurwedruje będzie poświęconych miejscom w bliskiej okolicy Krakowa.
---------
Miejsce: Ojcowski Park Narodowy (Wyżyna Olkuska)
Data: 25 czerwca 2022 (sobota)
Staty: 10km, 4h, 290m przewyższeń
Wycieczkę zaplanowałem dzień wcześniej, w piątek, chcąc jakoś wykorzystać świetną pogodę. Oprócz Myszy, żony i mnie, po krótkich acz stanowczych namowach, zdecydowała się w niej uczestniczyć również moja babcia. W takim też zacnym gronie dojechaliśmy późnym rankiem na (płatny) parking Złota Góra.
Po spsikaniu się środkiem przeciw komarom i kleszczom ruszyliśmy zielonym szlakiem do Doliny Sąspowskiej. Młoda siedziała w nosidle i miała raczej dobry humor, jak zresztą reszta towarzystwa. Szliśmy krótko, schodząc zielonym lasem, aż dotarliśmy do doliny, w której było parno, duszno, a dookoła słychać było brzęczenie owadów wśród wysokich traw.
Szliśmy żółtym szlakiem, wzdłuż szemrającej obok Sąspówki. Trasa prowadziła częściowo po odsłoniętym terenie, a częściowo pod gałęziami drzew, które chroniły przed słońcem. Co jakiś czas spomiędzy pni wyłaniały się wapienne skały. Klimacik był świetny i gorąco polecam wszystkim tę trasę.
Po jakimś czasie doszliśmy do asfaltowej drogi, przy której znajdowały się różnego rodzaju bary, a także pstrągarnia, z której słynie to miejsce. Zjedliśmy po lodzie i udaliśmy się czarnym szlakiem do Groty Łokietka. Po drodze weszliśmy jeszcze na punkt widokowy znajdujący się na skale Jonaszówka - babcia nie wchodziła, bo kamienie były strasznie wyślizgane.
Dalsza część drogi prowadziła pod górę, ale nachylenie było ok, a dodatkowo wykonano tu stopnie ułatwiające wchodzenie. Wyjąłem Mysz z nosidła i przeszła sama kilka kroków, ale to jeszcze nie był jej dzień na rozstanie się z "plecaczkiem".
Dotarliśmy do groty, przy której zrobiliśmy kolejną przerwę, jednak nie wchodziliśmy do środka - raz, że nie byliśmy przygotowani (brak latarek i ciepłego okrycia); dwa, że Mysz zwyczajnie by się bała. Po posileniu się ruszyliśmy dalej, tym razem schodząc niebieskim szlakiem przez Wąwóz Ciasne Skałki. Tu również było klimatycznie: wapienne skały wyglądały fantastycznie, a gdzieniegdzie można było dostrzec amonity.
W końcu doszliśmy do formacji skalnej zwanej Bramą Krakowską, gdzie urządziliśmy piknik. Babcia wyjęła ciasteczka, czym wzbudziła entuzjazm u prawnuczki oraz u wnuka. Niedaleko było Źródełko Miłości, do którego także podeszliśmy, ale nie wyglądało jakoś szałowo. Po przeciwnej stronie również wznosiły się piękne skały; widać było m.in. Rękawicę, do której aż chciało się pójść, niestety czas już trochę gonił.
Rozpoczęliśmy drogę powrotną na parking. Czerwonym szlakiem udaliśmy się w stronę Ojcowa. Zahaczyliśmy o jaskinię Krowią, minęliśmy stawy z pstrągami i cały czas asfaltową drogą kontynuowaliśmy marsz. Słońce nie miało dla nas litości i martwiłem się trochę o Mysz oraz babcię, na szczęście odsłonięty odcinek nie trwał tak długo. Wkrótce mijaliśmy już muzeum i wchodziliśmy po schodach do bramy zamkowej (nie wchodziliśmy do środka). Było bardzo ładnie, pogodnie i spokojnie.
Spod zamku zielonym szlakiem, prowadzącym znowu pod górę przez las, wróciliśmy na parking. W międzyczasie młoda tradycyjnie zasnęła w nosidle, co oczywiście było do przewidzenia. Wsiedliśmy do samochodu i odjechaliśmy w stronę Krakowa, usatysfakcjonowani odbytą wycieczką. Polecam tę trasę na leniwe weekendy, jednak lepiej iść nią raczej gdy jest sucho.
Kolejne podsumowania tras z #piechurwedruje w ramach zaniedbanego #poradnikpiechura
---------
31. Wpis: Babia Góra
Wnioski:
W wysokich partiach gór śnieg może zalegać nawet kilka miesięcy po zakończeniu zimy.
Kurtka przeciwwiatrowa z kapturem zawsze na plus.
Jeśli zależy nam na widokach, lepiej wcześniej dobrze sprawdzić kilka prognoz pogody dla danego szczytu.
Nie ma co szaleć z tempem, zwłaszcza schodząc po głazach - poślizg może wiązać się z bolesnym upadkiem, także kontuzją.
Ciąża, zwłaszcza wczesna, zwykle nie dyskwalifikuje przed wycieczkami górskimi.
32. Wpis: Lackowa
Wnioski:
W warunkach zimowo-śniegowych stuptuty powinny znaleźć się w naszym wyposażeniu.
Jeśli nie jest się w parku narodowym, to chodzić można nie tylko po szlaku, a dużo map turystycznych oferuje możliwość wyznaczania trasy po innych uwzględnionych na nich ścieżkach czy drogach.
W przypadku wycieczki podczas roztopów trzeba liczyć się z tym, że drogę przetną liczne mniejsze i większe strumienie, a także potoki.
33. Wpis: Ćwilin
Wnioski:
Ośnieżony las nocą wygląda obłędnie.
Na jabłuszku kiepsko zjeżdża się po świeżym śniegu.
34. Wpis: Kotoń Zachodni, Zembalowa, Łysina
Wnioski:
Do długodystansowych wycieczek lepiej być wyspanym i wypoczętym, w przeciwnym razie wyprawa na prawdę da się we znaki.
Na trasie w nocy można spotkać wiele saren, które raczej unikają kontaktu z człowiekiem, a ich obecność szybko przestaje wzbudzać emocje.
Warto dawać znać zwierzętom, że się idzie, np. przypinając do plecaka dzwoneczek, lub stukając kijkami o drogę.
Zmęczony umysł sprawia, że wyobraźnia może zacząć płatać figle. Jeśli nie lubi się niespodzianek, jak majaczące w ciemności figury aniołów, lepiej prześledzić wcześniej całą planowaną trasę dokładnie.
35. Wpis: Dolina Olszowego Potoku
Wnioski:
Pierwsze wędrówki z dzieckiem, które ma przemierzyć na własnych nóżkach, nie powinny być zbyt długie, a także powinny oferować coś ciekawego z perspektywy szkraba.
Warto nie ulegać złym humorom i marudzeniu, i nie brać dziecka na barana, ale zachęcać je do dalszej samodzielnej wędrówki. Dzieci mają na prawdę dużo wytrzymałości i energii, ale korzystają z tych zapasów tylko, jeśli mają w tym interes.
Cierpliwość to cnota, która powinna nam towarzyszyć zawsze, ale zwłaszcza przy wycieczkach z maluchami - emocje trzeba trzymać na wodzy.
36. Wpis: Halicz, Tarnica
Wnioski:
Pierwsze wrażenia mogą być mylne i trasa, która zapowiada się początkowo nieciekawie, może stać się jedną z tych, które wspominać się będzie najdłużej.
Warto zadbać o odpowiednie naładowanie organizmu energią przed ruszeniem na trasę.
W górach lepiej spodziewać się deszczu i dobrze być na tę ewentualność odpowiednio przygotowanym.
Termos z gorącą herbatą to nieoceniony kompan podróży.
To, co mówi się o Bieszczadach, jest prawdą.
-------
Kolejna seria wpisów będzie ponownie o mniejszych wycieczkach w okolicy Krakowa - zachęcam do odwiedzin na tagu
Uważać na roaming poza UE! Można się nieźle przejechać, jeśli telefon zgubi polską sieć i zacznie korzystać z transferu zagranicznej, nie będącej w UE sieci (np. ukraińskiej).
Dzisiaj w #piechurwedruje o wyprawie, która niestety dużo mnie kosztowała. Zapraszam do czytania i zachęcam do obserwowania tagu
---------
Szczyty: Halicz, Tarnica (Bieszczady)
Data: 2 września 2022 (piątek)
Staty: 21.5km, 6h30, 885m przewyższeń
Z okazji czwartej rocznicy ślubu chcieliśmy spędzić z żoną trochę czasu solo - niestety, z wiecznie chorującą Myszą było to praktycznie niemożliwe. W końcu jednak planety ułożyły się w sprzyjający sposób, a moja złota i kochana mama zaproponowała, że weźmie młodą pod swoje skrzydła na dwie noce. Oczywiście skorzystaliśmy z tej niepowtarzalnej oferty.
W ciągu kilku godzin zaplanowaliśmy i zorganizowaliśmy wyjazd, który miał się odbyć się za kilka dni. W przeddzień nocowaliśmy u rodziców, aby następnie z samego rana wyruszyć w trasę, która miała trwać kilka godzin. Naszym celem były Bieszczady, gdzie planowaliśmy zdobyć jeden ze szczytów należących do #koronagorpolski , czyli Tarnicę.
Po długiej jeździe dojechaliśmy do miejscowości Wołosate, gdzie na dużym płatnym parkingu zostawiliśmy samochód. Następnie rozpoczęliśmy wędrówkę czerwonym szlakiem w stronę przełęczy Bukowskiej. Niebo było pochmurne, trochę wiało, ale bez tragedii.
Przez jakieś 2 kilometry szło się asfaltem, później utwardzona droga prowadziła już przez las, a obok szumiała płynąca Wołosatka. Żona nie miała coś humoru na chodzenie, trochę sapała i w pewnym momencie prawie mieliśmy wracać na parking, ale ostatecznie spięła się w sobie. Trasa nie była wymagająca, a nawet powiedziałbym, że raczej nudna.
Po 6 kilometrach, od kiedy zeszliśmy z asfaltu, dotarliśmy do przełęczy Bukowskiej, gdzie w altance zrobiliśmy krótką przerwę na posiłek. Nie mogłem wtedy przestać zastanawiać się, co ludzie właściwie widzą w Bieszczadach, bo na mnie nie zrobiły do tamtej pory większego wrażenia - ot góry jak góry, trasa taka sobie. Ubraliśmy kurtki i skierowaliśmy się w stronę najbliższego szczytu, którym był Rozsypaniec.
Zaczęliśmy wychodzić z lasu i powoli znajdowaliśmy się ponad wierzchołkami drzew. I wtedy zrozumiałem. Musiałem zobaczyć na własne oczy, o co wszystkim chodzi - a chodzi o przestrzeń, niczym nie zaburzoną, nieskrępowaną i nie zanieczyszczoną. Wokół nas znajdowały się tylko góry, część z odsłoniętymi wierzchołkami. Żadnych miast, zboczy upstrzonych wyrastającymi losowo domami, pól uprawnych, tylko dzikość natury. Było na prawdę pięknie, a z każdym krokiem robiło się coraz lepiej.
Trasa była wyznaczona drewnianymi barierkami, a szło się twardą, wydeptaną ścieżką usianą głazami. Na górze wiało już okrutnie, więc na naszych głowach szybko znalazły się czapki i kaptury.
Minęliśmy Rozsypańca i skierowaliśmy się na Halicz. Widoki były niezwykłe, rozsadzały mi głowę, uczta dla oczu i duszy. Bieszczady wyglądały zupełnie inaczej niż inne pasma, w których do tamtej pory chodziłem; przypominały fale na wzburzonym, niespokojnym morzu. Te wysokie wyblakłe trawy, czerwone owoce na krzakach, wszystko było inne, ale estetycznie bardzo przyjemne. Szło mi się świetnie, żona natomiast miała zdecydowanie gorszy dzień i na Halicz weszliśmy z kilkoma przerwami po drodze.
Cały czas widzieliśmy w oddali Tarnicę, która ani trochę się nie przybliżała. Nie przeszkadzało mi to zupełnie i jak dla mnie wycieczka mogłaby trwać cały dzień. Zeszliśmy z Haliczy i po dłuższym odcinku zaczęliśmy iść zboczem Kopy Bukowskiej. Szlak przez chwilę prowadził w dół i tak dotarliśmy do Przełęczy Goprowskiej. Niedaleko znajdowała się wiata, w której postanowiliśmy jeszcze coś przekąsić. Niestety, na tym etapie wiedzieliśmy już, że z widoków nic nie będzie, bo chmury kompletnie przysłoniły wierzchołek. Miałem tylko nadzieję, że nie zacznie padać.
Rozpoczęliśmy wspinaczkę na szczyt. Na tym etapie żonie było już dosyć ciężko, ale i motywacja była silniejsza, bo cel znajdował się już naprawdę niedaleka, także dzielnie stawiała kolejne kroki. Minęliśmy przełęcz pod Tarnicą i w gęstej chmurze, z wiatrem smagającym nas po twarzach, dotarliśmy na wierzchołek góry. Widoków oczywiście nie było, ale była za to gorąca herbata. Zrobiliśmy sobie zdjęcie przy tabliczce, dopiliśmy resztę napoju i stwierdziliśmy, że najwyższy czas wracać.
Do Wołosatego zeszliśmy niebieskim szlakiem. Z ulgą powitaliśmy las, który skutecznie chronił przed dającym się coraz bardziej we znaki wietrzyskiem. Trasa była bardziej stroma niż ta, którą wchodziliśmy (duh), ale mimo to nie wspominam jej źle - a tak prawdę mówiąc, kiepsko ją pamiętam. Wydaje mi się, że było kilka drewnianych kładek, oraz w kilku miejscach odcinki ze stopniami, mającymi ułatwić wchodzenie i schodzenie.
Wyszliśmy z lasu i po chwili marszu znaleźliśmy się przy punkcie informacyjno kasowym, gdzie przybiliśmy pieczątki do książeczek. Wkrótce byliśmy też przy aucie i, nieco zmęczeni i zmarznięci, pojechaliśmy do Rymanowa Zdrój na dalszą część naszego krótkiego urlopu.
Aha, i na zakończenie o tym, czemu mnie to wszystko dużo kosztowało. Otóż rozpoczynając trasę postanowiliśmy z żoną nagrać ją na Stravę, którą włączyliśmy odruchowo, bez zastanowienia. Miesiąc później przyszedł rachunek i osiwiałem - 500 złotych... Rzecz jasna złapała nas sieć ukraińska, a więc rośliny roaming poza UE. Ostatecznie udało się obniżyć kwotę do 250 złotych, ale i tak zabolało, no ale cóż, za głupotę się płaci.
Gdzieś słyszałem że na Tarnicę znacznie ładniej z Ustrzyk niż Wołosate. Masz może porównanie, czy próbować forsować od Wołosate czy może pętlę tak jak na twojej wyprawie?
@Marchew Niestety, to był mój jedyny raz w Bieszczadach do tej pory, odległość jednak robi swoje. Ale pewnie kolejnym razem uderzę właśnie z Ustrzyk - jeśli hejto będzie do tej pory istniało, to dodam relację
@Piechur wydaje mi się że zrobiłem tą samą pętlę ale odwrotnie i z tego się cieszę bo ten długi łagodny w sumie nudnawy odcinek mieliśmy zmęczeni na powrocie. A stromy łatwiej do góry, lepiej dla kolan.
@Catharsis Ja zawsze słabo trafiam w Tatrach, za to w Bieszczadach ładnie miałem.
@esquina Ja akurat taką nudę wolę na koniec, więc moja wersja mi pasowała Zresztą zwykle jeśli jest gdzieś dłuższy kawałek asfaltem, to wolę mieć go z głowy na początku.